poniedziałek, 30 listopada 2009

Na czas adwentu

postanowiłem zawiesić regularne pisanie w blogu.

Nie jest to tym razem żart. Moim zamiarem był eksperyment z blogiem prowadzonym codziennie, w którym zamieszczałbym notki o książkach, filmach, muzyce i teatrze, przeplatane własnymi próbkami fotograficznymi i komentarzami na różne interesujące mnie tematy. Niestety, ten eksperyment się nie powiódł. Nienormalne godziny pracy, codzienne zmęczenie, wysoki poziom frustracji, a przy tym kłopoty finansowe uniemożliwiły mi zrealizowanie w pełni mojego zamiaru i utrzymaniu codziennika na w miarę znośnym poziomie. O regularnym chodzeniu do kina czy teatru, systematycznej lekturze książek i czasopism, częstym słuchaniu nowości płytowych mogę zapomnieć. Przynajmniej dopóki coś się nie zmieni i nie znajdę sensownego wyjścia z obecnej sytuacji, które zapewniłoby mi stabilizację finansową i wreszcie nieco wolnego czasu. Na razie takiego wyjścia nie widzę. Mam wrażenie przebywania w ślepej uliczce.

Być może od czasu do czasu zamieszczę jakiś krótszy lub dłuższy tekst, ale obecnie zamierzam odpocząć od Internetu, robiąc wyjątek dla regularnego czyszczenia skrzynki pocztowej.

niedziela, 29 listopada 2009

Jaki brzydki ten Wrocław!

Jakoś tak wypadło, że dopiero dzisiaj, korzystając ze słonecznej pogody, postanowiłem zobaczyć panoramę Wrocławia z dachu odnowionej "Renomy". Byłem zaskoczony brzydotą miasta. Jesień obnażyła ją bezlitośnie. To, co może jeszcze w lecie zakryłyby liście, było widoczne jak na dłoni: brzydkie, szare, chaotycznie, bez składu i ładu porozrzucane budowle. Jedynie spojrzenie w kierunku starego miasta dało nieco wytchnienia oczom. Tam uchowały się skrawki świetności dawnego Breslau, choć niestety i tu wkradły się potworki jak ze snu wariata.

Gdy jakiś Wrocławianin będzie przed Wami zachwalać piękno tego miasta, nie wierzcie! Zazwyczaj widzi tylko to, co chce widzieć.

sobota, 28 listopada 2009

Polska jako Las Ardeński?

A dlaczego by nie?

Prawowitego władcę przepędza uzurpator. Czy Polska nie mogłaby dać mu schronienia? Może uzurpator się opamięta i założy włosiennicę?

piątek, 27 listopada 2009

Powrót Polkowskiego

uważam za jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze, wydarzeń literackich ostatniego roku. Dlatego zachęcam do lektury dwóch kolejnych recenzji wyłowionych z sieci: Andrzeja Franaszka i Tadeusza Nyczka, a potem do skonfrontowania opinii krytyków z własnymi wrażeniami z lektury.

czwartek, 26 listopada 2009

O interpretowaniu poezji Polkowskiego

Z recenzji A. Horubały:

„Jego poezja, choć rządząca się skrótem, strzępem, to jednak często wręcz przeładowana znaczeniami, tropami, różnorodnymi skojarzeniami rozsadzała ramy wiersza i tradycyjnej liniowej wyobraźni”.

Parę lat temu, gdy myślałem o twórczości Jana Polkowskiego, stwierdziłem, że właściwie do interpretacji jego utworów można by użyć najnowszej techniki komputerowej, przedstawiając jego wiersze w postaci trójwymiarowych, a raczej wielowymiarowych wizualizacji, którym towarzyszyłaby muzyka, a kolejne kliknięcia myszy otwierały nowe obrazy, cytaty, odniesienia. W ten sposób możliwe stałoby się oddanie niezwykłej przestrzeni poetyckiej kreowanej przez autora.

środa, 25 listopada 2009

Prawdziwe święto poezji


Nowy tomik poetycki Jana Polkowskiego nie powinien być chyba dla mnie zaskoczeniem, a jest. Nie powinien, bo przecież pojawienie się w roku 2008 zbioru „Elegie z Tymowskich Gór” zapowiadało możliwość powrotu autora, który milczał prawie 20 lat. Notabene wydana wówczas książka nie była wznowieniem „Elegii z Tymowskich Gór i innych wierszy” z 1990 r., jak gdzieniegdzie zdarzało mi się przeczytać, ale nową wersją – zawierała bowiem tytułowy cykl wzbogacony o niepublikowane w formie książkowej liryki, pomijała natomiast wybór poezji z lat wcześniejszych, znanej czytelnikom wydawnictw drugiego obiegu.

Mimo to, recenzja Andrzeja Horubały, jaką znalazłem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, była dla mnie dużą niespodzianką. Niespodzianką i radością, bo nie spodziewałem się, że tak szybko po „Elegiach...” otrzymamy nowe, nieznane i niepublikowane do tej pory wiersze Polkowskiego. Jeszcze większą radość sprawiło mi znalezienie tomiku „Cantus” (bo tak zatytułował swoją najnowszą książkę autor) na księgarskiej półce.

Rzecz jasna nie zamierzam pisać recenzji. Książkę mam ledwo parę godzin i przeczytałem dopiero tylko kilka z tych wyjątkowo pięknych utworów. Zachęcam do lektury na portalu „Frondy” pełnej wersji tekstu A. Horubały pod znamiennym tytułem „Poezja powraca razem z Janem Polkowskim”. Nie wiem wprawdzie, czy podzielając opinię Horubały o niezwykłej randze dokonań poetyckich autora „Drzew”, zgadzam się w pełni z jego analizą nowej publikacji, ale trudno mi wdawać się w polemikę po powierzchownym przeczytaniu kilku wierszy.

Mogę jednak już teraz zachęcić do sięgnięcia po najnowszą poezję Polkowskiego. Od dawna uważam, że to jeden z najważniejszych poetów polskich przełomu XX i XXI wieku. Nawet, jeśli milczą o nim podręczniki szkolne, a co niektórzy kojarzą jego nazwisko co najwyżej ze słynnym swego czasu wierszem Marcina Świetlickiego.

wtorek, 24 listopada 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

„You’re Beautiful” – bez obróbki




Ta parodia tak mnie rozbawiła, że nie mogłem się powstrzymać, być jej tutaj nie zamieścić.

niedziela, 22 listopada 2009

Przebieranki u Szekspira

Nic nie jest takie, jakie się wydaje. I nikt.
Choć czasem serce może odgadnąć to, czego nie widzą oczy.
Banał, banał, banał...
A jednak ta gra pozorów fascynuje.

sobota, 21 listopada 2009

Van Damme albo prezydent Ropucha

- Van-Dam-zo-stał-pre-zy-den-tem-pre-zy-den-tem. Van-Dam... – podskakiwał wesoło Prosiaczek.

- Van Rompuya – warknął przygnębiony Kłapouchy. Próbował właśnie zasnąć.

- Van-Da... – mały przyjaciel Kubusia Puchatka zatrzymał się w połowie kroku – Van-kto?

- Van Rompuya – westchnął osiołek.

- A kto to taki?!! – Prosiaczek patrzył na ponuraka swoimi małymi oczkami, które ze zdumienia stawały się okrągłe jak dwa guziczki.

- No przecież każdy dobrze... Aaaa... zresztą! – Kłapouchy machnął ogonkiem i przewrócił się na plecy. Ponuro wpatrywał się w pochmurne niebo. Jak na listopad było wyjątkowo ciepło.

- Van Ropucha? – Starał się nie zniechęcać Prosiaczek.

- Uffff!!! – westchnął zamiast odpowiedzi Kłapouchy martwo gapiąc się w szare skłębione obłoki.

Prosiaczek stał jeszcze chwilkę licząc na to, że osiołek jednak powie coś więcej. Ten jednak dalej tępo wbijał wzrok w niebo i od czasu do czasu ciężko wzdychał.

- Hmm... Pójdę do Krzysia. On mi na pewno wyjaśni, kim jest pan Ropucha – szepnął do siebie mały przyjaciel Kubusia Puchatka i nie oglądając się za siebie pognał szybciutko przez Stumilowy las.

czwartek, 19 listopada 2009

Żółto-czerwono...


było, gdy Kłapouchy wreszcie na chwilę otworzył oko. Potem znowu zasnął. Może zapadł w sen zimowy. Zmęczył się biedaczek.

Posted by Picasa

poniedziałek, 16 listopada 2009

- Dzisiaj jestem zmęczony

Jutro będę zmęczony.
I pojutrze też.
Idę spać - mruknął Kłapouchy popadając w coraz bardziej melancholijny nastrój.

niedziela, 15 listopada 2009

„Będą was wydawać sądom...”

Te słowa z Ewangelii św. Mateusza nabierają w dzisiejszych czasach nowego znaczenia. Okazuje się bowiem, że przeciwnicy chrześcijaństwa znaleźli „humanitarną” metodę walki z uczniami Chrystusa. Już nie strzelają do nich, nie wieszają ich, nie wysadzają w powietrze kościołów czy cerkwi. Oni po prostu idą przeciwko nim do sądów, broniąc rzekomo w ten sposób „tolerancji” i „wolności”. I tak oto dożyliśmy czasów, gdy wyzwoliwszy się z okowów komunizmu, ponownie jesteśmy świadkami walki o krzyże. Jeszcze nie w Polsce, ale już pewna pani szykuje się do tego, by ponieść kaganiec... tzn. „kaganek oświaty” i w naszym kraju.

Nie chodzi zresztą „tylko” o symbole. Zagrożona jest wolność słowa, swoboda głoszenia własnych poglądów i życia w zgodzie z własnymi przekonaniami. Przykładem w Polsce był kontrowersyjny wyrok w procesie przeciwko „Gościowi Niedzielnemu”. Zdaje się, że jako chrześcijanie możemy sobie tak ogólnie potępiać (przynajmniej jeszcze) aborcję, ale nie mamy już prawa powiedzieć, co myślimy o postępowaniu konkretnej pani Kowalskiej. Batalia przeciwko chrześcijaństwu dopiero się rozkręca. Kolejnym do odstrzału jest red. Terlikowski. Jestem ciekaw, jaki wyrok będzie w tej sprawie, jeśli dojdzie do procesu. I kto będzie następny? Owe 12 tys. sygnatariuszy listu solidarności z ks. Gancarczykiem?

środa, 11 listopada 2009

Dzień Niepodległości

„Święta, święta i po świętach” – zaryczał Kłapouchy próbując dostrzec ogonek, czy przypadkiem nie przypaliła go jakaś petarda.

wtorek, 10 listopada 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Tak, zburzmy ten cholerny pałac!

Wyjątkowo zgadzam się z Radosławem Sikorskim: Pałac Kultury i Nauki należy, a właściwie to już dawno należało zburzyć. Nie rozumiem przywiązania Polaków do tego symbolu zniewolenia, jaki postawiono w centrum stolicy. Takich „pałaców” na wschodzie można znaleźć na pęczki. Kiedyś wyobrażałem sobie, że gdy Polska odzyska niepodległość, to właśnie ten budynek będzie jednym z pierwszych monumentów komunizmu, jakie znikną z powierzchni ziemi. Tymczasem ta ohyda stoi dalej. Podoba mi się też pomysł stworzenia w jego miejsce parku na wzór Central Parku w Nowym Jorku.

Swoją drogą szkoda, że nie pomyślano o takiej zielonej wyspie we Wrocławiu np. w okolicach Powstańców Śląskich. Zamiast tego powstaną kolejne – jeśli powstaną – jakże urocze „drapacze chmur”. No, cóż... liczy się forsa i cena gruntu...

niedziela, 8 listopada 2009

Z życia mikrobów XIII – Michael Stone, czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Niegdyś nazywał ich „pedałami” i nawet do tej pory można myszkując po Internecie natknąć się na nagranie, które to potwierdza. Lecz dzisiaj na pytanie, czy przyjąłby zaproszenie na homoseksualną imprezę organizowaną pod hasłem „Duma”, Michael Stone odpowiada: „I would be more than happy”. Wciąż jest ponoć konserwatywnym politykiem, a konserwatyzm w krainie, z której pochodzi, kojarzy się wielu m.in. z wiernością chrześcijańskim wartościom, ze szczególnym wskazaniem na te, które głosi Kościół katolicki. Choć ta wierność nie oznacza koniecznie pogardy dla drugiego człowieka i obrzucanie inwektywami, wyborcy zaufali Michaelowi i wybrali go mając nadzieję, że w stolicy gnijącego imperium będzie stać na straży tego, co niegdyś było jednym z filarów cywilizacji i potęgi nie tylko jego własnego kraju.

Czy coś się zmieniło? No, cóż, pan Stone spotkał się z niesłusznymi posądzeniami o antysemityzm akurat wówczas, gdy objął dość atrakcyjne stanowisko w parlamencie gnijącego imperium. Nie wszyscy krajanie się za nim wstawili, by odeprzeć te podłe zarzuty w imię narodowej solidarności, a przede wszystkim wierności prawdzie. Michael Stone widać postanowił bronić sam swojej ciężko zdobytej synekury i pokazać, że też jest światły, a jego rodacy są zacofanymi ciemnogrodzianami na innym etapie rozwoju. Ot, ciemny lud, który nie dorósł do prawdy, że homoseksualizm to tzw. „orientacja seksualna”. Jeśli dowiemy się w najbliższej przyszłości, że Michael ma właśnie „wychodzić za mąż”, nie powinno nas to specjalnie zdziwić. Nawet jeśli dzisiaj się zarzeka, że małżeństwo zarezerwowane jest dla związku dwojga osobników przeciwnych płci. On się tak zarzeka, bo to po prostu jeszcze nie ten etap.

Przy okazji warto wspomnieć, że pan Stone należał onegdaj do pewnej chrześcijańsko-narodowej partii, którą straszono niegrzeczne dzieci. Z tej partii wywodzi się paru innych znanych polityków. A ponieważ owa partia odeszła praktycznie w niebyt, jej członkowie znaleźli się niekiedy po przeciwnej stronie barykady zasilając szeregi nowych bytów politycznych. Ciekawostką jest, że należał do nich np. Stephen Carryhunting, który związał obecnie swoje losy z partią liberalną i ku uciesze gawiedzi robi w niej za błazna z pianą na ustach głoszącego miłość bliźniego. Intrygujące są też dzieje pewnego nauczyciela fizyki, również byłego członka owej chrześcijańsko-narodowej partii, którego pokarało tym, że obdarzono go wysoką funkcją państwową, a potem załatwiono mu intratną posadkę w centrum rekinów biznesu. Gdyby nie to, pewnie do tej pory byłby przykładnym mężem i ojcem, mieszkał w prowincjonalnym miasteczku oraz chwalił się w gronie bliższych i dalszych znajomych, że nie ma mu równego w czyszczeniu toalet. A tak stał się trefnisiem w świecie kolorowych pisemek dla pań mniej rozgarniętych.

niedziela, 1 listopada 2009

Dzień Wszystkich Świętych

„Nie ma zbawienia jak tylko przez ziemię
jak szare ziarno młyn na mąkę miele
tak nas rozkłada na cząstki woda
rzeka hucząca w podziemnych ogrodach...”
(Wojciech Wencel, fragment wiersza Przez ziemię, z tomu Ziemia Święta).

Utwór Wojciecha Wencla należy do tych, które tkwią gdzieś w pamięci i co jakiś czas wracają jeśli nie w całości, to przynajmniej fragmentem. Pochodzi zresztą z tomiku, w którym można znaleźć garść pięknych, przejmujących wierszy o przemijaniu (np. cykl epitafiów), ale też o nadziei.

Ten, którego początkowy fragment przytoczyłem, zawiera w sobie zarówno grozę upływu czasu, znikomości i marności naszego istnienia, nieuchronności śmierci, jak i nadzieję. Właśnie dzisiaj, gdy przeczytałem go kolejny raz, nasunął mi skojarzenia z potężnym lejem. Drapiemy się po jego bokach w górę, rozpaczliwie próbujemy dobrnąć do krawędzi albo może udajemy, że go nie ma, ale siła ciążenia jest bezlitosna: „do wnętrza kuli pcha nas grawitacja”. I cokolwiek byśmy robili, nie da się uciec. Wcześniej czy później trafimy tam, gdzie słychać zgrzyt mielących żaren. Ale ten lej przypomina w rzeczywistości klepsydrę. I choć budzi to wszystko lęk, to ów lej otwiera się gdzieś po drugiej stronie. Otwiera się na coś, czego nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

Tak to ujrzałem teraz. A jest jeszcze wiatr, który wieje też w innych wierszach Wencla (zwłaszcza, mam wrażenie w „Imago mundi”), symbol Ducha Świętego. Wiatr, który zgina nas do ziemi jak źdźbła trawy. I oczyszczająca woda.

Zresztą przeczytajcie najlepiej sam utwór poety z Matarni. Warto się nad nim zadumać. Zwłaszcza dzisiaj i jutro jest dobra ku temu okazja.