poniedziałek, 22 stycznia 2018

A Toyah dalej galopuje hen, hen! – w bezdroża i oczerety


Toyah niestety kolejnymi wpisami tylko dowodzi mojej oceny, że na temat Kościoła nie ma nic sensownego do powiedzenia. Broni ojca świętego. No cóż... mógłbym powiedzieć, wzorując się na jego wpisach, że Kościół powinien bać się takiego obrońcy bardziej niż swoich krytyków. Ale może od biedy lepszy taki obrońca papieża niż ci, którzy wyzywają go od antychrysta i rzucają pod jego adresem wulgarne określenia? Chociaż z drugiej strony akurat w tym ostatnim przypadku widać z miejsca wyraźnie, że to, co wypisują, od złego pochodzi.

Nawet nie mam ochoty podawać linku do jednego z ostatnich wpisów Toyaha, aczkolwiek każe mi on nieco zmodyfikować swoją opinię o tym blogerze. Ten wpis, w którym Toyah wypowiada się pogardliwie o czterech kardynałach, wybitnych i zasłużonych dla Kościoła, porównując ich do faryzeuszy, po prostu nie zasługuje na upowszechnianie. Kto zechce, ten sobie go znajdzie. Wyraźnie widać, że o zamieszaniu w Kościele, jakie trwa za tego pontyfikatu, Toyah albo ma umiarkowaną wiedzę albo nie chce o pewnych faktach najzwyczajniej w świecie wiedzieć (a można ich przytoczyć zatrważającą ilość). Być może niezbyt uważnie korzysta z Internetu. Potrafi rzucać tylko epitetami i to tak kuriozalnymi, jak „katoprawica” czy „staruszkowie” (ten ostatni jest chyba jego ulubionym, być może powinien dodać jeszcze, że są to staruszkowie niewykształceni i z małych miejscowości) i podawać swoją dość uproszczoną wersję wydarzeń. Nawet nie dostrzega, że faktycznie słowa Chrystusa – ale nie te, które przytacza, lecz te o nierozerwalności małżeństwa i o Mojżeszu – mogłyby być skierowane właśnie do obrońców zachowań i działań tego papieża, a zwłaszcza feralnego punktu 301 Amoris laetitia. No cóż...

Oni byli gotowi umrzeć za wiarę, a my? – „Angielscy męczennicy reformacji”


Wśród książek wydanych dla upamiętnienia tragedii reformacji warto zwrócić uwagę na niewielką objętościowo książeczkę księdza Jana Badeniego TJ. „Angielscy męczennicy reformacji” to wznowienie publikacji ze schyłku XIX wieku – jak się domyślam z Posłowia, prawdopodobnie wydanej pośmiertnie (ksiądz Badeni zmarł w roku 1889, a obecna publikacja jest oparta na wydaniu z roku 1901).


Choć niektórym lektura tej pracy może z początku wydać się nieco ciężka, głównie ze względu na odrobinę już staroświecki język, to zachęcam, by po nią sięgnąć – w pewnym momencie nie mogłem się od niej po prostu oderwać. Ale wciągająca narracja nie jest jedynym argumentem. Sporo kontrowersji obecnie wywołują różne przyjacielskie gesty katolickiej hierarchii wobec protestantów (mieliśmy tego przykłady również w Polsce). Próbuje się na różne sposoby wybielać i usprawiedliwiać początki tej jednej z największych katastrof w dziejach Europy. Aczkolwiek nie można zaprzeczyć, że wśród pierwszych „reformatorów” z pewnością byli ludzie, którym na sercu leżało dobro Kościoła, a których przeraziłyby skutki ich własnych działań, to trudno pomijać w rozliczeniach z przeszłością to, co wskazywało wyraźnie również na złe intencje inicjatorów i wykonawców owej „reformy”.

„Angielscy męczennicy reformacji” dla wielu czytelników mogą być znakomitą okazją do poznania w zarysie sytuacji katolików w Anglii, która za czasów Henryka VIII oderwała się od jedności z Rzymem. Autor opisuje położenie ówczesnych katolików poprzez losy męczenników Kościoła – gorliwych kapłanów, którym na sercu leżało zbawienie dusz ich własnych rodaków – mieszkańców Anglii. Pretekstem to napisania tej książki musiał dla polskiego jezuity być fakt – o którym wspomina we Wstępie – beatyfikowania 54 męczenników angielskich w roku 1886 przez papieża Leona XIII.


Badeni na początku daje krótki przegląd sytuacji za panowania Henryka VIII, poświęcając oczywiście miejsce Tomaszowi More i Janowi Fisherowi wśród wielu innych męczenników za wiarę, którzy są tu bądź wymienieni chociaż z imienia, bądź krótko przedstawieni. Większość jego książki skupia się natomiast na męczennikach z czasów królowej Elżbiety I. W szczególności wyróżnieni zostają trzej z nich: Edmund Campion, Aleksander Briant oraz Tomasz Cottam – każdemu z nich poświęcony jest osobny rozdział.


Czytając o losach tych wspaniałych ludzi nie sposób rumienić się ze wstydu. Ci bohaterscy wyznawcy Chrystusa gotowi byli ponieść okrutną śmierć męczeńską, by nawrócić choć parę dusz, sprowadzić je ze złej drogi ku Prawdzie. A kaźń, jaka czekała schwytanych kapłanów, była naprawdę przerażająca, nawet biorąc pod uwagę ogólną brutalność ówczesnych obyczajów. Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach niewielu znalazłoby się gorliwych katolików, którzy gotowi byliby oddać życie za ideały, które przyświecały Campionowi czy Cottamowi. Swoją drogą – czy taki napływ Polaków do Anglii, jaki nastąpił w ostatnich czasach, nie powinien był stać się okazją do „nowej ewangelizacji” (nomen omen) tego kraju? A stał się?


Należy przy tym zaznaczyć, że ówcześni katolicy byli monarchistami. Oskarżano ich natomiast o zdradę stanu. Broniąc się, owi męczennicy za wiarę katolicką podkreślali swoją lojalność wobec królowej. Odmawiali jej jednak prawa do decydowania o kwestiach wiary, czyli zwierzchnictwa nad Kościołem. Choć kuszono ich zaszczytami i wolnością, nawet widząc przerażającą kaźń swoich poprzedników, nie ulegli pokusie, zachowując wierność Chrystusowi i ojcowi świętemu w Rzymie. Władza świecka nie miała prawa decydować o prawdach wiary, a przecież takie było m.in. pokłosie reformacji, oprócz grabieży na szeroką skalę dóbr kościelnych.


Warto zwrócić przy okazji uwagę na jedną ciekawostkę, o której Badeni nie wspomina, gdyż pewnie nie miał o tym nawet pojęcia. Otóż istnieje pewne prawdopodobieństwo, że sam William Szekspir miał możliwość osobiście poznać Campiona. Są poszlaki, które wskazują na styczność z jezuitami jego ojca – Jana. Autor „Angielskich męczenników reformacji” wspomina o tym, że Campion wraz z towarzyszami był goszczony w drodze do Anglii przez Karola Boromeusza. Badania wykazały, że odnaleziony testament ojca Szekspira jest kopią dokumentu, który sporządził dla katolików znajdujących się w sytuacji zagrożenia włoski święty. Pierwotnie wzór takiej ostatniej woli miał służyć katolikom w czasach zarazy, gdy nie mieli szansy uzyskać pomocy duchowej ze strony kapłana. Znakomicie nadawał się dla katolików w Anglii, których położenie nie było dużo lepsze – wszak kapłanów katolickich w tym kraju bezwzględnie tępiono i ścigano. Wygląda na to, że towarzyszący Campionowi Robert Parsons (znany również jako Persons) organizował szmugiel kopii takiego testamentu do Anglii. Jezuici mogli otrzymać wzór owego dokumentu bezpośrednio od samego św. Karola Boromeusza, który ich tak gościnnie przyjął.


Książka „Angielscy męczennicy reformacji” jest skromnie, acz ładnie wydana. Bez wątpienia należy być wdzięcznym wydawnictwu Prohibita za wznowienie tej pracy, a także za opatrzenie jej krótkim posłowiem, które uzupełnia ją o te informacje, których Badeni wówczas posiadać rzecz jasna nie mógł. Żeby jednak nie było za słodko, trzeba wspomnieć o dwóch mankamentach.


Pierwszym jest niestety niezbyt dokładna korekta. Jeśli są to tylko literówki, w większości przypadków można domyślić się poprawnej wersji, ale czasami czytelnik może mieć wątpliwości, czy ma do czynienia z jakąś archaiczną formą językową, czy po prostu zwykłym błędem. Domyślam się, że interpunkcja jest w tekście oryginalna, nie uwspółcześniona – brak o tym informacji. I to jest właśnie drugi mankament – brak choć paru słów wyjaśnienia na temat współczesnego wydania tej książki. Z Posłowia wnioskuję na przykład, że oryginalny tytuł to „Błogosławieni męczennicy angielscy” i że opierano się na wydaniu z roku 1901, ale nie wiadomo, czy to było pierwsze, choć pośmiertne, wydanie, czy może kolejne.


Ks. Jan Badeni TJ, Angielscy męczennicy reformacji, Prohibita, Warszawa 2016.

sobota, 20 stycznia 2018

Toyah wali w Górnego, czyli szarża po bezdrożach i oczeretach


Lubię krytyczne spojrzenie na rzeczywistość, niezależność myślenia, unikanie stadności, stąd na moim blogu m.in. linki do dwóch harcowników Internetu: Coryllusa i Toyaha.


Nie oznacza to jednak, abym zgadzał się ze wszystkim, co na swoich blogach piszą. Odwaga myślenia wiąże się przecież z ryzykiem błądzenia i możliwością palnięcia piramidalnego głupstwa. Stąd zdarza się obu wymienionym blogerom nieco zagalopować w swoich szarżach.


I tak, choć nie czytam jego bloga dość regularnie, cenię sobie np. uwagi Toyaha na temat polskiej polityki. Chyba jako jeden z niewielu mógł z satysfakcją się przyglądać histerii w obozie propagandy „dobrej zmiany”, gdy okazało się, że minister Macierewicz został jednak zdymisjonowany. Przewidział to z dość dużym wyprzedzeniem, co czytelnicy mogą po prostu zweryfikować na jego blogu. Muszę mu więc przyznać to, że wykazuje przenikliwość w obserwacji polskiej sceny politycznej, co nie oznacza, że koniecznie się zgadzam z jego opinią o byłym ministrze obrony.


Z drugiej strony nisko oceniam jego kompetencje do wypowiadania się na tematy kościelne. Zwłaszcza po jego pogardliwym wpisie o czterech kardynałach, autorach słynnych dubiów. Tutaj Toyah galopuje na swoim koniku po terenie kompletnie mu obcym, waląc na lewo i prawo, jak jakiś śmieszny Don Kichot, pałętając się po bezdrożach, a nawet taplając w bagnie. Nie dotykając nawet meritum sprawy. Mam wrażenie, że orientacja autora w tych kwestiach jest bliska zera, choć nie przeczę, że z pewnością jest wiernym synem Kościoła katolickiego.


Tak też oceniam jego ostatni wpis, w którym broni papieża Franciszka, a tak naprawdę robi jakieś osobiste wycieczki pod adresem Grzegorza Górnego i to nie pierwszy raz (chyba że pomyliłem jego tekst z jakimś wpisem Coryllusa).


Otóż w sprawach kościelnych akurat więcej zaufania mam do Górnego. Szkoda może czasu na polemikę z tym tekstem (jak już napisałem – to bardziej jakieś osobiste, a przy tym złośliwe, wycieczki pod adresem byłego naczelnego „Frondy”) – twierdzenie, że większym problemem dla Kościoła katolickiego może być wierny katolik, krytykujący siejących zamęt duchownych z Zachodu i brak reakcji Watykanu, niż właśnie ci duchowni (choćby nawet „staruszkowie”) jest po prostu śmieszne. Warto może jednak zwrócić uwagę na dwa fragmenty.


Po pierwsze na samym początku Toyah pisze o „agresji”, z jaką papież Franciszek miał się ponoć spotkać „ze strony naszych głównych portali prawicowo-katolickich-niepodległościowych, zarzucających mu wspieranie aborcji”. Nie wiem, które portale zarzucały papieżowi wspieranie aborcji. Faktem jest natomiast, że duże kontrowersje nie tylko w Polsce wywołała kwestia przyznania orderu św. Grzegorza działaczce aborcyjnej Liliane Ploumen. Sam napisałem na tym blogu, że było to jak splunięcie w twarz Mary Wagner, która niemal w pojedynkę walczy z krwiożerczym (dosłownie!) systemem. Nie twierdzę, że ojciec święty wspiera w ten sposób aborcję, ale niestety takie wrażenie cała sprawa wywołała.


Toyah twierdzi na swoim blogu, że „wystarczyło zaledwie parę godzin, by plotki, które stały na samym początku tego kłamstwa, zostały skutecznie odsłonięte”. Nie wiem, o jakim kłamstwie mówi tutaj Toyah. Powtórzę – odniosłem wrażenie, że przede wszystkim krytykowano przyznanie orderu św. Grzegorza aborcjonistce” i wrażenie, jakie to wywołało – a było ono fatalne, zarówno dla wizerunku papieża Franciszka (obojętnie, czy wiedział coś o tym, czy nie), jak i samego Kościoła (a Mary Wagner siedzi w więzieniu). Gdzie tu kłamstwo i w jaki sposób „plotki (...) zostały skutecznie odsłonięte”? Chodzi o te idiotyczne tłumaczenia o zwyczajach dyplomatycznych??! Chyba że Toyah pisze o czymś, co przeoczyłem.


Druga kwestia jest natomiast raczej zabawna. Otóż pod koniec swojego wpisu Toyah ironizuje: „Znalazł Górny w internecie te informacje, napisał na ten temat tekst...” Ironizowanie na temat znalezienia informacji w Internecie jest raczej śmieszne (chyba, że mylnie odczytuję to zdanie, stawiając akcent tam, gdzie go nie ma). Jestem ciekaw, gdzie Toyah znajduje większość informacji. Internet to obecnie jedno z najlepszych źródeł informacji, gdyż daje możliwość niemal równoczesnego weryfikowania podanych wiadomości, sprawdzenia poglądów i opisu sprawy z różnych punktów widzenia. Te możliwości stają się jeszcze większe, gdy ktoś włada np. dwoma językami obcymi.

Oczywiście Internet jest też pełen pułapek i jeśli nie weryfikuje się serwowanych tam wiadomości wystarczająco starannie, można z łatwością popełnić kardynalny błąd. Zwłaszcza, jeśli jest się dziennikarzem. Sam się o tym przekonałem kilka razy, zbyt pośpiesznie biorąc za fakt coś, co było jedynie wytworem wyobraźni autora.


Czasem natomiast wystarczy jednak tylko jedno kliknięcie myszą, by się przekonać, z czym mamy do czynienia. Właśnie niedawno przeczytałem o pewnym księdzu, który po swoim skandalicznym postępku powinien był być natychmiast suspendowany, a nie spotkała go nawet łagodna nagana (mniejsza teraz o szczegóły). Po wpisaniu jego nazwiska w wyszukiwarce, kliknąłem myszą i gdy zerknąłem na jedno z wyświetlonych zdjęć, od razu wszystko stało się dla mnie jasne. Więcej nie było sensu szukać. Oczywiście dziennikarz z prawdziwego zdarzenia powinien wszystko dokładnie sprawdzić: może zdjęcie to fotomontaż, może duchowny znalazł się na tle tej tęczowej flagi przez przypadek albo rozwinęli ją za nim jego przeciwnicy?


Swoją drogą ciekawe, czy Toyah, gdyby poznał sprawę, uznałby, że problem stwarza w tym przypadku katolicki dziennikarz krytykujący brak reakcji ze strony biskupa miejsca, czy sam hierarcha, który toleruje takie sytuacje i nie reaguje na wybryki siejącego zgorszenie „staruszka”?


piątek, 19 stycznia 2018

Położyć kres zamętowi, a może znowu iskra wyjdzie z Polski...


Żyjemy w czasach zamętu. Zamętu nie tylko w świecie pogańskim, ale w samym Kościele.

Być może przeciętny katolik nie jest do końca tego świadom. Zwłaszcza katolik w Polsce, gdzie jeszcze jest w miarę normalnie, tzn. wiara odgrywa ważną rolę w życiu znacznej części mieszkańców.


Niestety w ślad za rewolucją seksualną przyszedł atak na rodzinę, atak na świętość więzów małżeńskich. Przykre to, ale duże zamieszanie wywołuje tutaj także dokument kościelny – adhortacja Amoris laetitia papieża Franciszka.


Obrońcy adhortacji twierdzą, że odczytują ten dokument zgodnie z tradycją i nauką Kościoła i posądzają krytyków o zwykłe uprzedzenie. Na jednym z portali na przykład stwierdzono, że to uprzedzenie wiąże się z tym, że przez długie lata papieżem był Polak, a teraz jest nim ktoś z dalekiej Ameryki Południowej. To dość absurdalny zarzut, gdyż ci sami krytycy działań obecnego ojca świętego zazwyczaj z rewerencją odnoszą się do papieża Benedykta XVI, nawet jeśli krytykują jego przejście na emeryturę. A przecież Benedykt XVI nie jest Polakiem, a co gorsza – Niemcem.


Broniący Amoris laetitia jakby nie chcą dostrzec, że w różnych miejscach na świecie pojawiły się interpretacje tego dokumentu sprzeczne z niezmienną nauką Kościoła, także za naszą zachodnią granicą, które dopuszczają do Komunii Świętej osoby rozwiedzione żyjące w nowych związkach cywilnych. A ojciec święty milczy, gdy kardynałowie w słynnych dubiach proszą go o wyjaśnienie i potwierdzenie doktryny Kościoła.


Ale jakby tego zgorszenia było mało, ostatnio pojawiły się nawet interpretacje jak informuje portal PCh24.pl stwierdzające, że homoseksualiści żyjący w grzechu ciężkim niekoniecznie muszą być pozbawieni łaski uświęcającej i mogą przystępować do Komunii Świętej! Teolodzy z amerykańskiego katolickiego uniwersytetu (sic!) głoszący taki pogląd podpierają się fragmentem adhortacji Amoris laetitia.


Dlatego zachęcam wszystkich wiernych katolików do podpisania petycji do polskich biskupów o potwierdzenie niezmiennego nauczania Kościoła na temat rodziny i małżeństwa. Akcję zainicjował portal Polonia Semper Fidelis. Może znowu iskra wyjdzie z Polski.

czwartek, 18 stycznia 2018

„Seksmisja” po kanadyjsku


Jak się okazuje jedna z najzabawniejszych komedii w historii polskiego kina była nie tylko kpiną z totalitaryzmu, ale też przepowiednią czasów przyszłych, w których już żyjemy. Zapewne też wbrew intencjom samego reżysera. Jesteśmy też świadkami rzeczy, o których się wówczas ani reżyserowi, ani przeciętnym Polakom w siermiężnej komunie nie śniło. Na przykład: jednego z największych obłędów nowego stulecia (aż strach pomyśleć, co będzie dalej) – ideologii „gender”.


Wspomniałem już poprzednio na tym blogu, że Kanada, to kraj, któremu coraz dalej do sielankowego stereotypu o niej, a coraz bliżej do krainy przypominającej najczarniejszą dystopijną wizję.


Cóż jednak począć z tą wiadomością z Quebeku, którą podał portal LifeSiteNews? Śmiać się czy płakać? W latach osiemdziesiątych uznalibyśmy to za tak absurdalne, że nikt nie uwierzyłby, że takie rzeczy będą się dziać na serio. A jednak.


Otóż niejaki/niejaka (niepotrzebne skreślić) „Gabrielle” Bourchard została/został (niepotrzebne skreślić) szefową „największej grupy walczącej o prawa kobiet”. Ten ktoś urodził się jako mężczyzna, a teraz określa się jako „kobieta”. Nie wiem, czy po powrocie ściąga z ulgą perukę i zrzuca damskie ciuszki. W każdym razie taki absurd zaczyna niestety być dla nas powszechnością. Po Wrocławiu też biega coś/ktoś (niepotrzebne skreślić) w damskich szpilkach, co/kto (niepotrzebne skreślić) nieodmiennie kojarzy mi się z koziołkiem, a może satyrem.


Ale to nie koniec całej historii! Żeby było jeszcze zabawniej, część feministek zbuntowała się przeciwko nowej „szefowej”, twierdząc, że „nie może przemawiać w imieniu kobiet, gdyż urodziła się mężczyzną”.


„Szefowa” broni się natomiast twierdząc, że przedtem była/był (niepotrzebne skreślić) ponad „szklanym sufitem”, a teraz jest pod nim, stawszy się częścią „uciskanej grupy”, więc w rzeczywistości lepiej rozumie sytuację kobiet.


Cyrk trwa.

środa, 17 stycznia 2018

Plunąć w twarz Mary Wagner


Chyba nie da się inaczej określić przyznania Orderu św. Grzegorza pani Liliane Ploumen, działaczce pro-aborcyjnej, prowadzącej swą śmiercionośną aktywność na szeroką skalę, jak tylko plunięciem w twarz Mary Wagner.

Tłumaczenia urzędników watykańskich, że to taka „praktyka dyplomatyczna” i że takie wysokie odznaczenia przyznaje się ot tak po prostu – jak długopis z logo firmy – są żałosne.

Zamiast żenujących i najzwyczajniej w świecie śmiesznych kolejnych wyjaśnień, może warto byłoby po prostu przeprosić. Także przeprosić takich ludzi, jak dzielna Kanadyjka, Mary Wagner, która po raz kolejny siedzi w więzieniu, bo nie chce zrezygnować z namawiania kobiet do porzucenia zamiaru zamordowania własnego dziecka.

Jeśli już ktoś powinien dostać Order św. Grzegorza to właśnie ona. Niemal w pojedynkę toczy nierówną walkę z aparatem współczesnej, „oświeconej” opresji stojącej na straży „cywilizacji śmierci”. Notabene Kanada, na pozór kraina lasów, jezior i niedźwiedzi, coraz bardziej przypomina jakąś ponurą dystopijną wizję niż sielankowy, spokojny „kraj pachnący żywicą”.

Może warto więc dołączyć do sygnatariuszy petycji skierowanej do Ojca Świętego o cofnięcie zaszczytu, jakim została obdarzona pani Ploumen, a którą można znaleźć na stronie LifeSiteNews.

wtorek, 16 stycznia 2018

„A Fistful of Dollars”, czyli legalne oglądanie jest do bani


Nie jestem jakimś szczególnym kinomanem. Jeśli mam wybór: dobra książka a film, wybiorę książkę. Nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu lubię obejrzeć coś dobrego: albo pobudzającego intelektualnie i dostarczającego wrażeń artystycznych, albo po prostu niezłą rozrywkę.

Pamiętam, jak przebywając w latach dziewięćdziesiątych w Dublinie, w epoce, kiedy Polaka rzadko kiedy można było spotkać tam na ulicy, postanowiłem uzupełnić swoje braki w edukacji filmowej i zobaczyć przynajmniej część dzieł z klasyki kina. Można było wówczas w stolicy Irlandii pożyczyć po prostu sprzęt wideo, tak jak i telewizor. W okolicy, w której mieszkałem sporo mieszkań lub tzw. „bedsittów” wynajmowali studenci, stąd pewnie ktoś wpadł na pomysł, by wynajmować im sprzęt, tak jak wynajmuje się auta. Nie pamiętam już skąd miałem telewizor: czy zostawił go poprzedni lokator, czy ktoś mi go podarował. Z pewnością wypożyczyłem odtwarzacz. Pamiętam, że obejrzałem wówczas prawie wszystkie filmy Andrieja Tarkowskiego. Kasety znajdowałem w lokalnych wypożyczalniach. Jedna z nich była całkiem nieźle zaopatrzona. Znalazłem tam nawet filmy polskie. Zresztą, gdyby nie było i tam ambitniejszych filmów, to znałem jedną z wypożyczalni, którą mijałem codziennie po drodze z pracy, a która oferowała filmy dla koneserów.

Ostatnio dopadł mnie jakiś wirus i nie puszczał przez ponad tydzień. Ponieważ sił starczało mi tylko na przeglądanie Internetu, czytanie szło z trudem, postanowiłem zobaczyć coś z klasyki. Nie wiem, jak to się stało, ale zacząłem szukać filmów Sergio Leone. Zobaczyłem „A Fistful of Dollars”, „The Good, the Bad and the Ugly”, „For a Few Dollars More” oraz „Once Upon a Time In the West”. Do tego wszystkiego dołożyłem jeszcze jeden – nieco denerwujący (zarówno główną postacią, jak i pewnymi rozwiązaniami komediowymi), ale z kapitalną sceną otwierającą (w której czuć było muśnięcie geniuszu Leone – podobno reżyserował niektóre z jego fragmentów) „My Name Is Nobody”, którego reżyserem był Tonino Valerii. Frajda była podwójna: po raz pierwszy oglądałem te filmy w całości po angielsku i była to rozrywka na naprawdę wysokim poziomie (co może się wydawać paradoksalne, jeśli się pamięta, że były to w większości produkcje niskobudżetowe). Niektóre ze scen mógłbym z lubością oglądać po raz kolejny, tak jak zawsze chętnie wracam do ulubionych fragmentów „Blade Runnera” czy „The Fifth Element”.
Niestety żadnego z tych filmów nie obejrzałem czerpiąc z tzw. legalnego źródła. Co piszę z prawdziwą przykrością, by uważam, że autorom lub spadkobiercom ich praw autorskich należy się wynagrodzenie za włożoną pracę. W większości znalazłem je na popularnym YouTube, co zmusiło mnie do oglądania części z nich z jakimiś dziwnymi napisami (niekiedy dziwnie niezsynchronizowanymi z akcją, co już miało najmniejsze znaczenie, bo i tak były w niezrozumiałym języku, choć nie przeszkadzało to zauważyć tego braku synchronizacji).

Cóż było jednak robić, skoro tzw. „legalne źródła” nie mają działu klasyki, w którym można by na przykład wypożyczyć sobie za sensowną kwotę pakiet filmów Sergio Leone albo innego mistrza kina? Nie ma też już wypożyczalni płyt DVD, więc nie mogłem poprosić żony, by przywiozła mi po drodze coś z pracy. Gdybym chciał sobie dzisiaj obejrzeć filmy Tarkowskiego, mogę jedynie pomarzyć.

Problem nie dotyczy jednak tylko filmów z klasyki kina. To samo z filmami najnowszymi. Od dawna czekam, aż np. „American Sniper” Clinta Eastwooda czy „Interstellar” będą dostępne do wypożyczenia za jakąś sensowną kwotę. Gdyby istniała sieć wypożyczalni DVD, filmy te pewnie już dawno obejrzałbym jak najbardziej legalnie, tak jak wszelkie inne obrazy warte zobaczenia, a których z różnych powodów nie zobaczyłem w kinie.

Niestety okazuje się, że doba Internetu to czas, kiedy zamiast poszerzenia dostępu do dzieł filmowych mamy właściwie tego dostępu ograniczenie. Nie wiem, na czym polega polityka płatnych portali, a może samych producentów tych filmów. Dlaczego wybitniejsze produkcje nie są dostępne w opcji do wypożyczenia, ale jedynie do kupienia? Wierzę, że „American Sniper” Eastwooda to film wybitny, ale naprawdę nie mam potrzeby kupowania go za kwotę, za którą mógłbym kupić np. dwie dobre książki. I chyba takich widzów jest więcej, stąd niestety popularność portali, które oferują pirackie wersje ostatnich hitów kinowych. Wysokie ceny takich filmów napędzają tylko nielegalne ich rozprowadzanie. Sądzę, że wielu widzów wolałoby jednak zapłacić kwotę np. 10 zł za wypożyczenie i obejrzeć te obrazy w dobrej jakości i jeszcze na dodatek z możliwością wyboru wersji językowej niż w kiepskiej, pirackiej wersji, gdzie tłumaczenie jest kiepskie, a na dodatek nie ma opcji językowych. Ja w każdym razie tak, bo przecież twórcy należy się wynagrodzenie za pracę. Dlaczego więc, jak się wydaje, firmy działają na swoją niekorzyść? O co w tym wszystkim chodzi? Skąd te utrudnienia w dostępie do dobrych filmów? Przecież więcej widzów wypożyczy film, zamiast kupować go za jakieś absurdalne kwoty, a tym samym przyniesie większy zysk zarówno portalom oferującym legalne oglądanie, jak i samym producentom. Zwłaszcza, jeśli film spodoba się tak bardzo, że ktoś będzie chciał nie tylko jeszcze raz go obejrzeć wypożyczając, ale może kupując tym razem na własność!

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Interes mojej żony i moich dzieci jest drugorzędny, liczy się pomoc imigrantom


Słuchając niektórych kapłanów lub hierarchów Kościoła katolickiego mam wrażenie, że ich wypowiedzi świadczą albo o nieuświadomionej pysze (pokazaniu, że jest się lepszym od całej reszty), albo o kompletnym oderwaniu od zwykłego życia (co jest zaskakujące w przypadku osób pomagających np. bezdomnym).


Obchodzono w niedzielę Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. Miałem okazję zatem wysłuchać wczoraj kazania, w trakcie którego wyszły z kościoła trzy osoby, co zauważył sam duchowny. Duchowny powiedział przy okazji, by nie dzwonić z pretensjami do proboszcza, bo on wie coś o tym, co mówi – pracował z bezdomnymi. Sprawdziłem, to prawda – duchowny zasłużony w działalności charytatywnej. Ale jakoś mu nie przyszło do głowy, że akurat te osoby, które wyszły, mogły mieć albo nieprzyjemne doświadczenia z tzw. „imigrantami” i „uchodźcami”, albo takie doświadczenie mogło spotkać ich krewnych. Naprawdę trudno to sobie wyobrazić?


Kapłan z parafii św. Augustyna we Wrocławiu przytoczył na samym początku wypowiedź Jana Pawła II, najpierw tajemniczo nie wyjawiając, kim jest autor. Potem oczywiście z triumfem oznajmiając imię autora tego cytatu (chyba większość parafian się i tak domyśliła). Prawdopodobnie cytował za arcybiskupem Gądeckim, którego wystąpienie jest dostępne dzisiaj na stronie Episkopatu Polski i w którym znajduje się, jeśli dobrze zapamiętałem, dokładnie ten sam cytat. Problem w tym, że jeśli wierzyć źródłom, ten sam papież miał wizję Europy najeżdżanej przez islamistów, wizję przerażającą, w której nasz kontynent ma doświadczyć rzeczy gorszych nawet niż w czasie totalitaryzmu komunistycznego i hitlerowskiego.


Ten sam duchowny stwierdził, że w mediach nie podaje się informacji o pomocy udzielanej chrześcijanom przez muzułmanów. Jako przykład przytoczył wiadomości o ataku na świątynię koptyjską w Egipcie. Stwierdził, że nie poinformowano w mediach o postawie imama z pobliskiego meczetu broniącego chrześcijan, a także o oddawaniu krwi przez muzułmanów dla rannych. Być może obaj czytamy inną prasę lub korzystamy z innych źródeł, bo do mnie taka informacja jednak dotarła. I to nie tylko w tym przypadku.


Dalej kapłan stwierdził, że nieprawdą jest, jakoby kraje muzułmańskie nie przyjmowały uchodźców. Jako przykłady podał m.in. Turcję i Oman. I znowu pudło. Nie argumentuje się bowiem w mediach, że kraje muzułmańskie nie pomagają uciekinierom, ale że nie robią tego bogate państwa arabskie, które wydają się mieć wystarczające środki finansowe, albo skazując osoby potrzebujące na karkołomną eskapadę do Europy, albo tak naprawdę wysyłając je tam celowo, by skolonizowały stary Kontynent. Turcja akurat sąsiaduje z krajami tamtego rejonu i stanowi jedną z dróg do Europy.


Przykład z Omanem był natomiast nietrafiony z tego powodu, że raczej odstraszający. Wierni bowiem dowiedzieli się, że to chrześcijanie negocjują między ludnością lokalną (muzułmańską) a imigrantami z Syrii (muzułmanami), by nie dochodziło między nimi do konfliktów. Mimo różnic, z których typowy Europejczyk nie zdaje sobie sprawy, jednak zarówno uchodźcy, jak i mieszkańcy Omanu wydają się być sobie bardziej bliscy pod względem kulturowym i mentalnym. Jaka istnieje przepaść między typowym Europejczykiem, a tzw. „uchodźcą” z kraju islamskiego, nie trzeba chyba mówić – zdążyli się już o tym przekonać mieszkańcy Zachodu.


Polski franciszkanin skonstatował również ze smutkiem, że Polska jest krajem zamkniętym i nie ma tutaj możliwości pomocy migrantom i uchodźcom. Trochę po macoszemu natomiast potraktował pomoc charytatywną udzielaną przez Polskę i Polaków np. Syrii oraz innym krajom muzułmańskim, a przecież dane, które można znaleźć w sieci, są naprawdę imponujące. Rozczulał się też nad osobami niewierzącymi, które bardzo martwią się losem imigrantów i uchodźców. Owszem, ich postawa może być zawstydzająca dla wielu katolików, ale czy czasami nie bywa też motywowana tą moralną wyższością, o której pisałem na samym początku?


Kapłan (który powiedział parę rzeczy ważnych – nie przeczę) zdaje się zapominać chyba jednak o jednej istotnej sprawie, o czym chyba powinien wiedzieć, jako osoba działająca na rzecz biednych, a mianowicie, że są różne formy pomocy i że nie każdy może pomagać w ten sam sposób. Pewnie sam stwierdziłby, że np. jego działalność charytatywna byłaby bardzo utrudniona, gdyby nie wsparcie finansowe różnych darczyńców. Tylko dlaczego ci darczyńcy, drogi ojcze, nie angażują się sami np. w rozdawanie zupy lub zbieranie osób bezdomnych z ulic? Zna, ojciec, odpowiedź?


Jeśli jeszcze nie zaświtało, a chyba również nie zaświtało to arcybiskupowi Gądeckiemu, który pięknie mówi o nadrzędności pomocy człowiekowi, traktując bezpieczeństwo państwa jako rzecz drugorzędną, to podpowiem.


Otóż, ów franciszkanin pewnie nie miałby oporów, by udzielić noclegu osobie bezdomnej pukającej do furty klasztoru. Kto wie, być może nawet odstąpiłby takiej osobie swoje własne łóżko, oddał swoją kolację. Niewykluczone. Ja natomiast nie. Co najwyżej dałbym mu torbę z jedzeniem, kubek herbaty, a nawet może jakiś śpiwór by się gdzieś znalazł lub choćby koc. Dlaczego nie udzieliłbym noclegu? Bo po prostu bałbym się o bezpieczeństwo i cześć mojej żony, wpuszczając taką osobę do domu. A to mojej żonie powinienem w pierwszej kolejności zapewnić to bezpieczeństwo i to ona jest dla mnie „najważniejszym punktem odniesienia” i to jej „bezpieczeństwo osobiste” przedkładam nad inne.


Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć? Każdy mężczyzna, który ma rodzinę i dzieci zrozumie to bez trudu, chyba że jest nieczułym głupcem, którego nie obchodzi dobro jego bliskich. Żaden normalny mąż i ojciec nie wpuści do domu grupy nieznanych mu ludzi, obawiając się o bezpieczeństwo swoich bliskich, których ma przecież chronić. Jakimże nieodpowiedzialnym głupcem byłby człowiek, który mając w domu żonę i np. dwójkę małych dzieci wpuściłby kompletnie nieznanych mu ludzi, proszących go o wsparcie i nocleg! Samotny mężczyzna może to zrobić na własną odpowiedzialność. Również kobieta (niestety mamy już drastyczne przykłady, czym się taka łatwowierność skończyła). Ryzykuje jedynie własne życie. Czy to wszystko naprawdę trzeba tłumaczyć??? Naprawdę?
Traktuję Polskę, swoją Ojczyznę, jako w pewnym sensie moją rodzinę. Zależy mi na bezpieczeństwie tej rodziny. I myślę (taką przynajmniej mam nadzieję), że jako taką traktują Polskę rządzący i że im też zależy na bezpieczeństwie tej rodziny. Teraz zamieńmy słowa „bezpieczeństwo narodowe” z wypowiedzi arcybiskupa Gądeckiego na „bezpieczeństwo rodziny”. Co nam wyjdzie? Jak wówczas zabrzmią słowa polskiego hierarchy?

sobota, 13 stycznia 2018

Czy katolik może głosować na PO?


Może. Ale czy będzie to robił z czystym sumieniem? Z pewnością nie.

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do tego, czy PO jest faktycznie partią chrześcijańską (a już bardzo dawno temu powinien się był ich wyzbyć), to po ostatnim głosowaniu nad dwoma obywatelskimi projektami ustaw złożonymi w sejmie, chyba nie może mieć już żadnych złudzeń. Odpowiedź jest prosta: nie jest.

Wykluczenie trzech posłów PO z partii po tym, jak nie zagłosowali za pro-aborcyjnym projektem feministek, mówi wyraźnie, że PO to ani Kościół łagiewnicki, ani toruński (pomijając już absurdalność takich określeń, wszak Kościół jest jeden). Politycy tej partii od dawna byli na bakier z nauką moralną Kościoła w swoich oficjalnych deklaracjach i postępowaniu publicznym. Niestety nie spotykało się to z wyraźnym potępieniem Kościoła, nie było żadnej groźby ekskomuniki np. dla polityków, którzy publicznie wspierają projekty pro-aborcyjne, in vitro czy tzw. „małżeństwa” homoseksualne. Ba! Nawet znaleźli się duchowni, którzy popierali tzw. „kompromis aborcyjny”.
Czy po ostatnich głosowaniach w sejmie duchowni wspierający w swoich oficjalnych wypowiedziach PO nie powinni wyraźnie potępić postępowania polityków tej partii?

Jednak, żeby nie było zbyt różowo, wyborcy głosujący na PiS również nie mają łatwo, choć prawicowe media (z pewnymi wyjątkami) się o tym nie rozpisują. W końcu pięćdziesięciu paru posłów tej partii głosowało za skierowaniem projektu feministek do dalszych prac nad nim w sejmowej komisji. W tym niestety prezes tej partii, Jarosław Kaczyński. Ci sami posłowie (jeśli dobrze sprawdziłem) głosowali również za projektem broniącym życia nienarodzonych dzieci.
Co to oznacza? Przeczytałem gdzieś, że politycy PiS zadeklarowali się nie odrzucać projektów obywatelskich w pierwszym czytaniu. Nie pamiętam tego postulatu. Być może. W każdym razie stąd pojawiła się sugestia, że to taka strategia obliczona na zamknięcie ust tym, którzy twierdzą, że rządząca partia wprowadza w Polsce zamordyzm i ogranicza inicjatywy obywatelskie. Czyżby? Projekt feministek jednak był taki, że należało go z góry odrzucić. Nie można serio rozpatrywać projektów dopuszczających mordowanie najsłabszych i najbardziej bezbronnych.

Wydaje mi się natomiast, że niestety strategia PiS obliczona była na to, że skierowanie obu projektów do komisji wydłuży czas pracy nad tymi projektami, przedłużając całą procedurą ad calendas Graecas. 

Choć jestem gotów bronić Prezesa w różnych kwestiach, to niestety w przypadku aborcji jest mi z nim zdecydowanie nie po drodze. Myśli jak polityk, a nie jak wierny syn Kościoła. Dla mnie w tej kwestii sprawa jest prosta: tak – tak, nie – nie. Zaleciłbym na ferie zimowe lekturę I i II Księgi Królewskiej, I i II Księgi Kronik albo obu Ksiąg Machabejskich – one pokazują wyraźnie do czego prowadzi paktowanie z władcą tego świata. Czas na prawdziwą kontrrewolucję. Z diabłem się nie paktuje.

piątek, 12 stycznia 2018

Ryszard III, czyli ile Szekspira w Szekspirze?


Koniec starego roku i początek nowego, to z reguły czas różnych podsumowań. Zacznijmy więc sobie na tym blogu od teatru.


Wyjście do teatru w dzisiejszych czasach to ryzyko. Zwłaszcza, jeśli idzie się na premierę lub pierwszą inscenizację tuż po niej, kiedy jeszcze nie ma żadnych recenzji. Może się okazać, że to, co zapowiada plakat, nijak się ma do tego, co zobaczymy na scenie. Zamiast króla i trzech córek ku swemu zdumieniu w przedstawieniu opartym na dramacie Szekspira ujrzymy... papieża i trzech kardynałów. Zamiast dramatu Wyspiańskiego bluźnierstwa i pornografię, które wołają o klątwę i istną pomstę prosto z nieba.

Parafrazując klasykę kina polskiego, możemy się spytać, patrząc ze smutkiem na to wszystko: „Ile jest Szekspira w Szekspirze?” czy „Ile Wyspiańskiego w Wyspiańskim?” Wielkie nazwiska okazują się bowiem być pretekstem do serwowania widzom własnych fantasmagorii i brudnych „przemyśleń” reżysera, gdzie „pięknym jest brzydkie, brzydkim piękne”, podczas gdy oryginalny dramat zostaje poddany kompletnej dekonstrukcji.


Szedłem zatem na przedstawienie Ryszarda III we wrocławskim Teatrze Polskim, którego premiera odbyła się 24 listopada tego roku, z obawami. Ale i też nadzieją. Tę nadzieję uzasadniał fakt, że Cezary Morawski, obecny dyrektor teatru, stał się obiektem ataków różnych środowisk liberalnych i lewicowych, jak również buntu części trupy teatralnej. Pomyślałem sobie, że gorzej niż za Krzysztofa Mieszkowskiego chyba już być nie może. Po Morawskim, który zresztą zagrał główną rolę w najnowszej inscenizacji dramatu Szekspira, raczej nie spodziewałem się wulgarnej prowokacji, obliczonej na to, że motywowani niskimi instynktami i sugestią pornografii widzowie zasilą kasę teatralną, a przy okazji, że wywoła to skandal i reakcję „ciemnogrodu”.


Okazało się, że nadzieje nie były płonne. Wprawdzie niektórzy bardziej „tradycyjni” widzowie mogą się zjeżyć na fakt, że aktorzy nie występują w strojach „z epoki”, ale przecież teatr to sztuka iluzji, w której wiele miejsca wciąż pozostawia się wyobraźni widzów. Najprościej można wyjaśnić to w ten sposób: dziecko do zabawy bierze patyk, który raz jest mieczem, innym razem karabinem maszynowym, oszczepem albo berłem. Poza tym, jakie miałyby to być stroje, jeśli postać Ryszarda III jest raczej bardziej dziełem wyobraźni, niż odzwierciedleniem rzeczywistej postaci? We wrocławskiej inscenizacji pewne elementy aktorskich kostiumów sugerowały zarówno pełnioną rolę, jak charakter odgrywanej postaci. Te bardziej współczesne części garderoby dawały zresztą do zrozumienia aktualność przedstawianej wizji (ale bez prostackiej publicystyki i odwołań do polskiej polityki).

Jeśli jesteśmy już przy kostiumach i inscenizacji, to duże brawa należą się Sylwii Kochaniec za proste, acz jednocześnie bardzo pomysłowe rozwiązania inscenizacyjne. Zwłaszcza kapitalnym pomysłem były dwie konstrukcje na kółkach, platformy które raz tworzyły sale zamkowe, innym razem reprezentowały dwa wrogie sobie stronnictwa, innym znowu razem przedstawiały loch w twierdzy Tower, dwa wrogie obozy czy wojenne machiny. W pamięci zwłaszcza utkwiła mi scena, w której Clarence opowiada o swoim śnie i oto loch w Tower zamienia się nagle w okręt płynący po powierzchni morza. A to wszystko uzyskano bardzo prostymi, a jednocześnie bardzo teatralnymi środkami.


Przy okazji: właśnie za tę sugestywną scenę powinien być również nagrodzony rzęsistymi brawami Dariusz Bereski, który jej niesamowitość także wykreował umiejętnie swoją sztuką aktorską. To niewątpliwie jeden z lepszych fragmentów tej inscenizacji.


Wracając do postawionego na początku pytania: „Ile Szekspira w Szekspirze?”, muszę przyznać, że we wrocławskim przedstawieniu jest go sporo, a nawet dużo więcej, niż mógłbym się spodziewać po współczesnym teatrze, zwłaszcza tym, ześlizgującym się w tanią publicystykę. A tego właśnie trochę się obawiałem i nie wątpię, że bardziej „uświadomionego” politycznie reżysera pewnie taka perspektywa by pokusiła. Wówczas ujrzelibyśmy jakąś groteskę, gdzie Gloucester, późniejszy Ryszard III, byłby złośliwym gnomem-Kaczyńskim albo rudym fałszywcem-Tuskiem – w zależności od tego, za którą opcją opowiadaliby się twórcy. Na szczęście takie „genialne” pomysły najwidoczniej nie przyszły Adamowi Sroce, reżyserowi tej inscenizacji, do głowy.


Nie było też w moim odczuciu wczytywania w tragedię wielkiego Anglika jakichś współczesnych koncepcji filozoficznych, choć program teatralny, zwłaszcza wzmianką o „pustym Niebie”, zdaje się jakby coś takiego sugerować.


Jest to wręcz klasyczna w swojej pozornej prostocie inscenizacja tragedii. Taka, na którą bez obaw zgorszenia, można wybrać się z młodzieżą. Poczynione skróty w tekście są uzasadnione i nie naruszają integralności tekstu, a nawet podkreślają pewne jego walory czy eksponują znaczenie poszczególnych scen.


Ryszard III wystawiony na deskach Teatru Polskiego to dla mnie przede wszystkim studium łotra, kanalii, postaci demonicznej, człowieka, który do szczytów władzy dąży z całą bezwzględnością, traktując ludzi jako środki do celu, umiejętnie manipulując nimi, usuwając ich, jeśli stoją mu na zawadzie, wiążąc się z nimi, jeśli ułatwiają mu realizację swoich zamiarów. Z całą pewnością nie są dla niego osobami, podmiotami, których uczuciami należałoby się przejmować. Jednocześnie tytułowy bohater to ktoś, kto zdając sobie sprawę ze swojej nikczemności, z pomocą słów stara się owładnąć drugim człowiekiem, omotać go, niczym pająk pajęczyną swoich słów, by potem wykorzystać i porzucić, gdy okaże się bezużyteczny. Znakomicie pokazuje to jedna ze słynniejszych scen z tego dramatu: dialogu między Lady Anną a hrabią Gloucester i kończący tę scenę monolog tytułowego bohatera, gdzie między innymi słyszymy:

Przeciw mnie Bóg był, jej sumienie, zwłoki,
Za mną nikt, tylko diabeł i obłuda.
Lecz ją zdobyłem – nicość przeciw światu!

Drugi aspekt tej tragedii, który we wrocławskiej inscenizacji wybrzmiał dla mnie dość wyraźnie, to postawy ludzi wobec tej tyranii i bezwzględności: ich lęk, ich strach, gniew i rozpacz, próby przetrwania i dostosowania się, lawirowania, przymykania oczu czy wreszcie świadomy współudział w knowaniach i machinacjach głównego złoczyńcy, bez przejmowania się faktem, że jest to współudział w złu. Tutaj też w pamięci tkwią role kobiece. Choć na przykład widzów może drażnić, irytować czy zastanawiać nieco dziwna maniera recytacji tekstu przez Ewę Dałkowską jako Księżną Yorku. Z ról męskich wyróżnia się Krzysztof Franieczek jako Buckingham oraz Jakub Grębski odtwarzający kilka ról, w tym Mordercę I oraz Lorda Majora.


Wreszcie trzecim aspektem jest kwestia sumienia. Szczególnie widoczna w dwóch scenach: w groteskowym dialogu Morderców w Tower oraz w monologu Ryszarda III nawiedzanego przez duchy zamordowanych w noc przed rozstrzygającą bitwą. W tym pierwszym przypadku sumienie „czyni człowieka tchórzem (...). Jest to zarumieniony, wstydliwy duch, buntujący się w piersi człowieczej; napełnia człowieka przeszkodami (...) Jako rzecz groźna, bywa przepędzane z wszystkich grodów i miast, a każdy człowiek pragnący żyć dostatnio stara się wierzyć sobie i obywa się bez niego” – tak przynajmniej usprawiedliwia się Morderca II, który potem własnemu sumieniu ulegnie. W tym drugim przypadku król też przegrywa walkę z własnym sumieniem, nawiedzającym go pod postacią jego zamordowanych ofiar: „Moje sumienie posiada/Tysiąc odmiennych języków”. W tym w gruncie rzeczy przejmującym monologu tytułowy bohater uświadamia sobie własną samotność i pustkę swojego życia. Jak sam stwierdza: „Niestety, nienawidzę siebie/Za wszystkie nienawistne czyny!”

Ryszard III w Teatrze Polskim to po prostu dobra, „klasyczna” inscenizacja. Najzwyczajniej w świecie „normalna”, taka, na którą można się wybrać bez obawy, że po scenie będą biegać w amoku nadzy aktorzy lub uprawiać seks oralny z figurą świętego. Na pozór tylko tyle i aż tyle.


William Shakespeare, Ryszard III, reż. Adam Sroka, Teatr Polski we Wrocławiu, premiera: 24 XI 2017.

wtorek, 2 stycznia 2018

Wątły intelekt, czyli czy alkoholik wie, że jest alkoholikiem?


Wspomniałem w swoim ostatnim wpisie w zeszłym roku, że bluzg jest czymś, co nieodłącznie kojarzy się od jakiegoś czasu z tzw. „inteligencją”. Nie trzeba było czekać długo i taki „inteligentny” inaczej dał tego znakomity przykład.

Ciekawe, że tego typu ludzie zazwyczaj używają określeń pod adresem swoich przeciwników, które znakomicie pasują do nich samych. Z czymże bowiem mamy tutaj do czynienia, jak nie z „rynsztokiem”?

Taki popis cienkiego, a nawet dość „wątłego” intelektu przywodzi na myśl jako żywo alkoholików, którzy kpią z... alkoholizmu, nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, że sami mają problem z piciem wyskokowych trunków. Różnica może jest tylko taka, że w tym przypadku to problem ma głównie sam rzucający bluzgiem.


środa, 27 grudnia 2017

Kolejny koniec komunizmu w Polsce


Minister Błaszczak obwieścił, że wraz z podpisaniem ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym skończył się w Polsce komunizm. Przypomina to oczywiście scenę, kiedy drżącym głosem dawno temu pewna znana aktorka obwieściła światu z telewizji koniec komunizmu.

Choć minister Błaszczak ma większe prawo do użycia tych słów niż owa aktorka (wówczas chyba niewiele osób potraktowało jej wypowiedź całkiem serio), to pozwolę sobie zachować daleko posunięty sceptycyzm. Nie dlatego, bym chciał się wpisywać w nakręcaną ewidentnie z Zachodu i ze Wschodu, ale też przez „użytecznych idiotów” w Polsce, histerię, jakoby nadciągała jakaś dyktatura czy że rządy PiS to rządy bolszewickie (jeśli już, to dużo więcej z bolszewią mieli wspólnego towarzysze z PO, a także ci, którzy pod Sejmem dziś protestują). Mam po prostu wątpliwości, czy ta reforma położy ostateczny kres złogom komunizmu. Raczej usunie kolejny potężny relikt tamtej epoki. Ale tych reliktów jest po prostu jeszcze sporo. A dość potężna ich dawka tkwi w mentalności żyjącej w Polsce tzw. „inteligencji” wychowanej na strawie serwowanej im przez post-komunistyczne media, a zwłaszcza pewien dziennik postępowej, „europejskiej”, wykształconej na uniwersytetach „inteligencji” z dużych miast.

Jeśli już o reliktach mowa, to wspomniana aktorka dała właśnie przykład takiej mentalności sypiąc bluzgiem pod adresem ministra Błaszczaka. Zadziwiające, że w dzisiejszej Polsce bluzg nieodmiennie kojarzy się z tzw. „inteligencją”. Im naprawdę ciężko odnaleźć się w nowej rzeczywistości, stąd ogólna nerwowość, wściekłość i wrzask. Chyba trzeba odczekać te czterdzieści lat, by wreszcie wejść do Ziemi Obiecanej. Pewnie już nie dożyję.

środa, 25 października 2017

O Lutrze bez retuszu


Już wkrótce okrągła, bo pięćsetna, rocznica tragicznego w skutkach wystąpienia Marcina Lutra. Grzegorz Braun właśnie kończy swój najnowszy film dokumentalny poświęcony twórcy reformacji. Wszelkie obchody tej tragedii z udziałem dostojników Kościoła katolickiego, to moim zdaniem głębokie nieporozumienie. Tym bardziej należy szerzyć wiedzę i wspierać inicjatywy takie, jak film reżysera „Marszu wyzwolicieli”.
Premiera już 12 listopada. Z pewnością warto będzie zobaczyć.

sobota, 21 października 2017

Od islamu wybaw nas, Panie!


Niektóre media ekscytują się odpowiedzią, jakiej udzielił Cezary Pazura (atakowany przez postępowych celebrytów za udział w Różańcu do granic) prof. Jerzemu Stuhrowi. Oczywiście Cezary Pazura ma prawo prostować błędne i przekłamane informacje na swój temat (tym bardziej, jeśli przypisanych mu słów nie wypowiedział) i po swojemu rozumieć modlitwę. 

Mam jednak pytanie: Czy modlitwa przeciwko islamizacji, przeciwko temu, „żeby islamu w Polsce nie było”, faktycznie jest „bluźnierstwem”, jak chce znany aktor i reżyser? 

Modlimy się: „od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie”. Islam to religia wojny, wbrew temu, co głoszą sami jego wyznawcy. Czy zatem, jeśli będziemy modlić się np.: „Od islamu wybaw nas, Panie”, to popełniamy grzech bluźnierstwa? Wolne żarty!

środa, 18 października 2017

Srogość prymasa


Chciałbym, aby prymas Polski, tak jak w swojej wypowiedzi o problemie imigracji, był równie stanowczy w swoich wystąpieniach na temat polityków, którzy określają się jako katolicy, przystępują do Komunii św., a jednocześnie sieją zgorszenie i zamęt popierając aborcję, in vitro czy tzw. „małżeństwa” homoseksualne. 

Chciałbym, aby nasz prymas surowo potępił hipokryzję takich polityków – a także księży! –  by zawołał: „Nie udzielę Komunii świętej politykom, którzy popierają zbrodnicze ustawodawstwo! Nie pozwolę na świętokradztwo!” 

Jakoś nie przypominam sobie takiej reakcji arcybiskupa Wojciecha Polaka. Ale może media po prostu nie nagłośniły? Może za mało czytam? A może łatwiej przytulić emigranta?

poniedziałek, 2 października 2017

Jutro obrończynie wyjdą na ulice


Będą bronić prawa do mordowania. Tych najbardziej niewinnych z niewinnych, bo jeszcze nienarodzonych.

Czarne anioły, szwadrony śmierci w spódnicach. Z parasolkami.

Już słychać chichot diabła.

sobota, 30 września 2017

Prawicowi dziennikarze wiedzą lepiej od Pana Boga


Zadziwiają mnie tzw. „prawicowi” dziennikarze, którzy przeciwstawiają się zakazowi handlu w niedzielę, czerniąc papier, dwojąc się i trojąc w obronie otwartych supermarketów, jakby nie było lepszych spraw.

Oczywiście mogą krytykować niespójności w proponowanym projekcie, a nawet zarzucać pomysłodawcom hipokryzję i tuczenie się na związkowych składkach. Albo rozczulać się nad tym, że otwarte supermarkety umożliwiają rodzinom wyjście z domu na lody i ciastko, inaczej spędzałyby je w przed komputerem i telewizorem (albo - o zgrozo! - może nawet niektórzy sięgnęliby po książkę lub co gorsza Biblię!).

Pytanie moje jednak jest proste: A co z trzecim przykazaniem Dekalogu? Pan Bóg też nie wiedział, co jest dla ludzi dobre? Czy może dla tych „prawicowych” dziennikarzy Dekalog to tylko taka legenda, coś w rodzaju mitów greckich – istotny składnik kultury europejskiej, ale traktować go serio nie trzeba? Nikt przecież nie będzie trzymał się jakichś „nieżyciowych” praw danych jakiemuś Żydowi przed paroma tysiącami lat na kamiennych tablicach, prawda?


piątek, 9 czerwca 2017

Kolczyk w uchu Ezry Pounda i „dziarana” Europa


W swojej biografii Hilairego Belloca „Old Thunder” Joseph Pearce opisuje w pewnym momencie pojedynek poetycki, w jakim autor „Wielkich herezji” wziął udział. Ów pojedynek rozegrał się w Londynie na początku XX wieku, jeszcze przed wybuchem I wojny światowej. Hilaire Belloc zajął w nim drugie miejsce. Wśród uczestników tego konkursu znalazł się także Ezra Pound. Ów poeta „właśnie pojawił się w literackim Londynie, nosząc jeden kolczyk, który pewne panie uważały za bardzo skandaliczny”. 

Kiedy doszedłem do tego fragmentu parsknąłem śmiechem. Książkę Pearce’a czytałem na wakacjach. Spędzaliśmy je z żoną na Krecie w hotelu sprzedanym nam przez znane biuro podróży na zasadzie: „zmienimy twoje wakacyjne marzenia na nasze”, tzn. „my wiemy lepiej, czego wam trzeba i w ostatniej chwili przed wyjazdem poinformujemy was, że zarezerwowany pół roku temu hotel jest niedostępny”. 

Otóż hotel, podsunięty nam w zastępstwie, był bardzo rodzinny. Nie mam nic przeciwko hotelom dla rodzin. Wprost przeciwnie – popieram takie inicjatywy całym sercem. Problem w tym, że planowaliśmy z żoną coś kameralnego i spokojnego. Tymczasem znaleźliśmy się w otoczeniu głównie skandynawskich par i rodzin z dziećmi. Nie mam nic przeciwko Skandynawom. Problem w tym, że owi potomkowie wikingów byli... no cóż... specyficzni. Jakieś 10-20 lat temu pewnie uciekłbym z tego hotelu w popłochu obawiając się o życie i cześć mojej żony, domagając się asysty greckiej policji oraz odszkodowania od biura podróży. 

„Pewne panie” z początków XX wieku kolczyk w uchu Ezry Pounda uznałyby z pewnością za niewinny wybryk, gdyby trafiły do naszego hotelu. Bez dwóch zdań salwowałyby się również z niego ucieczką, jeśli wcześniej nie straciłyby przytomności z wrażenia. Ujrzałyby bowiem wokół istny pokaz sztuki tatuażu. Na żywo. Na obnażonych mniej lub bardziej ciałach potomków słynnych morskich barbarzyńców. 

Jeśli od czasu do czasu odruchowo chwytałem się za portfel i sprawdzałem, czy mam jeszcze komórkę, to nie było w tym nic dziwnego. Miałem uczucie, jakbym był na obozie duńskiej, szwedzkiej, a może norweskiej resocjalizacji (w oczach miałem komfortowe warunki, w jakich wyrok więzienia odsiaduje Breivik). 

Kilka obrazów utkwiło mi żywo w pamięci. Oto pewien brodaty jegomość siedzi w basenie – na głowie granatowa przeciwsłoneczna czapeczka. Jego wystający z wody, „dziarany” tułów wyglądał, jakby ktoś oblał go atramentem. Dwie „puszyste” Walkirie rozkładają się przy basenie, wylewając się ze swoich strojów kąpielowych – niemal jak wyjęte z karykatur przedstawiających żony wikingów – brakowało tylko charakterystycznych hełmów z potężnymi rogami. Jedna z nich przynajmniej wykazała się zmysłem „estetycznym” – jej tatuaż był kolorowy: po potężnej łydce wiły się jakieś ryby czy inne morskie stwory. W sali przy napojach stoi młoda, ładna blondynka. Obraca się bokiem i widzę, że po jej nodze pną się granatowo-czarne bazgroły, które kończą się gdzieś na szyi. I jeszcze jeden, bynajmniej nie ostatni, przypadek: obok stolika, przy którym spożywamy posiłek, przechodzi pewien młodzieniec ze zwieszonymi jak goryl ramionami i swoją posturą mocno to zwierzę przypominając. Oba ramiona, a także tułów pobazgrane granatowymi esami-floresami. Tutaj na serio zastanawiałem się, czy to aby nie jakiś bandzior na wakacjach. 

„Pewne panie” z literackiego Londynu początków XX wieku na pewno nie chciałyby spędzać wakacji w takim towarzystwie. My także czuliśmy się nieswojo. A to przecież po prostu współczesna Europa. Coś, co niegdyś kojarzyło się z marynarzami i światkiem kryminalnym, teraz stało się normą. Smutne wydało mi się, że dla dzieci, które w tym rodzinnym hotelu spędzały wakacje, to normalność. Wokół siebie oglądały przecież na co dzień oszpecone ciała (doprawdy trudno nazwać to „sztuką” – choć pewnie „wyrafinowani” naziści zrobiliby sobie z tego niejeden ciekawy abażur – aż ciarki przechodzą po plecach na samą myśl). 

Przez dwa tygodnie postanowiłem wyłączyć się i odpocząć, trzymając z daleka od masmediów. Kiedy wróciliśmy do Polski, zwróciłem w szczególności uwagę na jedną z informacji z Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy ustawiali się do salonów tatuażu, by dać „wydziarać” sobie pszczółkę. Taki gest solidarności z Manchesterem. Pomyślałem sobie, że strasznie to głupie. Choć ci biedni ludzie pewnie mieli dobre intencje – chcieli jakoś wyrazić swoją solidarność i łączność z ofiarami. 

Cóż... oni już nie znają czegoś takiego, jak świętych obcowanie, modlitwa jest dla nich pewnie czymś obcym i niezrozumiałym, Msza Święta wydaje im się zapewne czymś nudnym. Tak samo zresztą chyba obcy jest im duch walki. Zamiast więc modlitwy, tatuują się. Zamiast przeciwstawić się przemocy, broniąc swoje rodziny, rysują kolorowe obrazki na chodnikach... 

W Księdze Kapłańskiej czytamy: „Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować” (Kpł 19,28). Kiedyś wydawało mi się, że to stary zakaz mający znaczenie i sens jedynie w czasach starożytnego Izraela. Okazuje się, że brzmi jakoś dziwnie aktualnie.

piątek, 2 czerwca 2017

Nasze małe greckie wakacje IV


Hańba!


To, co się dzieje wokół ekshumacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, jest porażające. Ale chyba bardziej porażające od tej makabrycznej i bolesnej dla rodzin ofiar sytuacji jest zachowanie członków PO. W zasadzie nic mnie już nie zdziwi. Ci ludzie wydają się być pozbawieni elementarnego, zwykłego, ludzkiego poczucia wstydu, empatii, odpowiedzialności.

Co gorsza, okazuje się, że kręci nawet duchowny, który co innego opowiadał w tamtych dniach, a co innego parę lat później. Ludzka pamięć jest aż tak zawodna? 

Ci ludzie powinni po prostu zniknąć z polskiej polityki. Może powinni znaleźć się w polityce rosyjskiej, niemieckiej, może francuskiej, ale z pewnością nie polskiej. Hańba! 


Na dzisiejszej konferencji prasowej prokuratury, prokurator Marek Pasionek odczytał w jakim stopniu i czego dotyczyły nieprawidłowości związane z sekcjami zwłok z tragedii pod Smoleńskiem:
- w 2 przypadkach doszło do zamiany ciał -  Piotra Nurowskiego i Mariusza Handzlika
- w 9 przypadkach doszło do pomieszania ciał
- w grobie p. Natalii Januszko ujawniono ciała 5 innych osób
- w grobie p. Natalli - Świat znaleziono szczątki 1 innej osoby
- w grobie gen. Kwiatkowskiego wykryto 14 części ciała należących do  7 innych osób
- w grobie gen. Potasińskiego było 6 części ciała 4 innych osób
- w grobie duchownego Chodakowskiego połowę ciała od pasa w górę jest jego, od pasa w dół ciało należy do gen. Płoskiego, w którego trumnie stwierdzono tylko pół ciała
- w trumnie Lecha Kaczyńskiego fragmenty ciał 2 innych osób.
Dane, które podał prokurator Marek Pasionek, nie są liczbami ostatecznymi.

poniedziałek, 1 maja 2017

Zmarł Tomasz Burek


To bardzo smutna wiadomość w ten chłodny majowy „długi łykend”.

Pierwszy raz zetknąłem się z twórczością krytyczną Tomasza Burka w ponurych latach osiemdziesiątych – była to wydana w podziemiu książka pod charakterystycznym tytułem „Żadnych marzeń”. Ostatnią zaś książką, jaką czytałem tego autora, był chyba „Dziennik kwarantanny”, a więc rzecz wydana grubo ponad 10 lat temu. Czekałem zresztą na coś nowszego, ale autor raczej nie publikował książek zbyt często. A „Niewybaczalne sentymenty” niestety nie trafiły w moje ręce.

Od czasu do czasu napotykałem jego teksty w Internecie lub czasopismach. Pamiętam na przykład ten poświęcony „Afazji polskiej”. A choć nie śledziłem na bieżąco dokonań wybitnego krytyka i choć nie podzielałem wszystkich jego fascynacji literackich, to jednak zawsze jego wypowiedzi czytałem z zainteresowaniem. Należał bowiem do autorów osobnych, nie kojarzących się z głównym nurtem. W czasach PRL-u od lat siedemdziesiątych angażował się w działalność opozycyjną. W ostatnich czasach należał do tych pisarzy, którzy w swoich wyborach politycznych zdecydowanie nie zaliczali się do typowego literackiego establishmentu reagującego histerycznie na najnowsze zmiany na politycznej scenie. Nie zawsze musi to być powód do chwały, ale jednak...

Wieczne odpoczywanie, racz mu dać Panie...

niedziela, 30 kwietnia 2017

Autorzy, których nigdy nie przeczytam. Przypadek III – Olga Tokarczuk


Olga Tokarczuk miała w moim przypadku tego pecha (albo było to moje szczęście), że stała się popularna, kiedy akurat mnie nie było w Polsce. Przeciwnie do pisarstwa Jerzego Pilcha, z jej pisaniną wcześniej nigdy się nie zetknąłem. Gdy wróciłem, zobaczyłem, że jest taka autorka i nawet mi zaimponowało, że założyła swoje własne wydawnictwo, by publikować swoją prozę.

Wiele razy wówczas obiecywałem sobie, że któregoś dnia sięgnę po jej książki. Pewną nieufność, jak zwykle zresztą w przypadku literatury, budziła we mnie jej sława i przychylne opinie krytyki. Jednak mijały dni, tygodnie i miesiące, a jeśli kupowałem coś w księgarni, to były to książki innych autorów. Różne okoliczności sprawiły zresztą, że w pewnym momencie nie czytałem tak dużo jak dawniej (nowa absorbująca praca, brak czasu, a jeśli już jakaś lektura, to związana z tym, co robiłem), a jeśli miałem już trochę wolnych chwil, to siłą rzeczy sięgałem po to, czego byłem pewny.

Któregoś dnia jednak, myszkując po księgarskich półkach, natknąłem się na zbiór opowiadań. Nie pamiętam już, czy były tam opowiadania tylko Tokarczuk, czy również innych autorów. Może tylko pani Tokarczuk. Książeczka była, jeśli mnie pamięć nie myli, niewielka. Opowiadanie było o szafie. W każdym razie już na pierwszy rzut oka były to jakieś popłuczyny po Freudzie, Jungu i tym podobnych sprawach. Może gdyby napisał to ktoś na początku XX wieku, bawiłoby mnie jako ramotka z przeszłości. Ale to napisała współczesna polska pisarka! Czytałem i już wiedziałem, z czym mam do czynienia. Opowiadanie było tak idiotyczne, że praktycznie było parodią samego siebie (chyba niezamierzoną, pisaną serio). Aż nie chciało mi się wierzyć, że ktoś może jeszcze takie epigońskie parapsychologiczne idiotyzmu wypisywać u schyłku XX wieku (bo był to koniec lat dziewięćdziesiątych, a może już początek nowego stulecia).

Odłożyłem, niedokończywszy, książeczkę na półkę i odechciało mi się lektury wytworów pani Tokarczuk. Choć wielokrotnie jeszcze widziałem jej książki i spotykałem się z zachwytami krytyki, nie kusiło mnie, by eksperymentować dalej. Nie widziałem potrzeby.

Kolejne zresztą publikacje, o jakichś dziwacznych tytułach, w których autorka radziła komuś prowadzić pług przez czyjeś kości, skutecznie zniechęcały do wszelakiej lektury. Wystarczyło mi też zdjęcie pisarki czy to na jakiejś stronie internetowej, czy to w jakimś periodyku literackim, a może w tzw. „tygodniku opinii”, na którym wyglądała jak zamyślony Mickiewicz na Judahu skale – nawet w tym była epigonką (brakowało jej chyba jedynie bokobrodów)! I przy tym jeszcze imitowała faceta.

Kontrowersje wokół filmu Agnieszki Holland na podstawie powieści pani Tokarczuk, sam opis tego filmu dokonany przez reżyserkę, a także przez krytyków zarówno zachwalających, jak i zjeżdżających ten film, także utwierdziły mnie w mniemaniu, że moja niechęć po lekturze opowiadania o szafie była jak najbardziej uzasadniona. Na tę panią po prostu szkoda czasu. No i jeszcze ten początek wychwalanej przez krytykę ostatniej mega-powieści! Przytaczali go m.in. dwaj harcownicy Internetu – Coryllus i Toyah, więc jeśli ktoś chce, to sobie znajdzie. Ja nie chcę, mam dość, się napromieniowałem, nie zamierzam poświęcać na tę „tfurczynię” więcej czasu i energii, poza może tym tekstem.


wtorek, 28 marca 2017

Trzy dłonie w grobie


Tak, taki koszmar muszą przeżywać ofiary katastrofy smoleńskiej (czy pewniej zamachu smoleńskiego). Takie rzeczy ujawniają przeprowadzone ostatnio ekshumacje. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, jakie to musi być bolesne dla rodziny tej młodej stewardessy.

I choćby nie wiem, co robić, choćby nawet ten rząd nie chciał wikłać tego koszmaru w politykę, pozostanie on sprawą zarówno polityczną, jak i ludzką tragedią. Bo przecież ktoś wcześniej nie dopuścił do otwierania tych trumien, ktoś nie wyraził zgody na zbadanie doczesnych szczątków tych ofiar przez niezależnych patologów, ktoś chyba nie chciał ujawnienia prawdy. Koszmar więc trwa.


czwartek, 16 marca 2017

O Unii Europejskiej


„Jest przy tym wielkim paradoksem, że państwa Europy Wschodniej, które niedawno wyzwoliły się z komunizmu, wchodzą do struktury, w której spodziewały się znaleźć wolność, a w której odnajdą i spotkają się z inną formą wciąż żywego marksistowskiego totalitaryzmu”. 

Roberto de Mattei, Dyktatura relatywizmu, tłum. Piotr Toboła-Pertkiewicz i Emila Turlińska

sobota, 11 marca 2017

To w końcu Polska jest samotna czy też nie?


Wybranie Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej wywołało różne reakcje. Wśród nich wyróżniło się przekonanie, że oto jesteśmy w Europie osamotnieni jako Polska. Ku swojemu zdumieniu usłyszałem to nie tylko od osób popierających rządy PiS-u, ale także  z ust przeciwnika obecnego reżimu.

To ostatnie jest bardzo ciekawe. Bo albo Donald Tusk jest Polakiem, albo nie jest. Albo reprezentuje w Radzie Europy polskie interesy, albo nie. Jeśli nie, to pytanie: czyje i jakiej ponownie wybrany przewodniczący jest narodowości? Radziłbym przeciwnikom PiS-u biadolącym nad osamotnieniem Polski przemyśleć sobie raz jeszcze, czy aby na pewno wiedzą, co mówią i nad czym biadają.

Żeby było śmieszniej jedynym kontrkandydatem był... Polak. 

Jeśli chodzi o sposób wybierania przewodniczącego (który otrzymuje z kieszeni podatnika horrendalne wynagrodzenie, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a potem będzie dostawać niezłą emeryturę), o realną politykę, którą uprawiają inne państwa europejskie, o interesy niemieckie, o to, czy PiS zaliczył wtopę czy była to celowa strategia, aby wyeliminować Tuska z polskiej polityki itp. – to już inne zagadnienia, warte z pewnością dłuższego tekstu albo kilku tekstów.

środa, 8 marca 2017

O kuszeniu Chrystusa na pustyni i o tym, czym jest niebo


„Heaven is not a place so much as it is a Person, or rather Three Persons. This one God vanquished an entire kingdom in one act. What absurdity, what folly, to consider now that Satan in the desert offered to the Kingdom of Heaven the kingdoms of the world in exchange for homage. In retrospect (for Satan has a memory), his humiliation must be increased all the more when he considers the profound idiocy of his temptation”.
 
Michael Voris, The Weapon

wtorek, 7 marca 2017

Diabeł spuszcza feminazistki z łańcucha

Czy to nie jest znaczące, że tuż przed Środą Popielcową, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Postu tzw. „feministki” wypuściły obrzydliwe wideo, które uwłacza prawdziwej godności kobiet?

wtorek, 28 lutego 2017

„Nature Boy” na koniec karnawału

Internet przy swoich wadach pozwala na wiele rzeczy, które niegdyś były nie do pomyślenia. W pewnym sensie więc ubogaca. Gdybym chciał prześledzić np. różne wersje standardów jazzowych bez Internetu, to byłaby to niegdyś „mission impossible”. Teraz wystarczy kilka kliknięć myszą i można posłuchać różnych wersji i to z różnych niemal epok. 

Skąd zainteresowanie akurat tym motywem muzycznym? Ktoś, kto posłucha i przyjrzy się zamieszczonym filmikom, pozna raczej bez trudu. 

Na początek więc piękna interpretacja Nat King Cole’a, którego lubię w tej „nieprzesłodzonej” wersji, z jego triem i który, jak wyczytałem, jako pierwszy nagrał piosenkę „Nature Boy”. Potem wersja słynnego Franka Sinatry. Dla mnie nieco zaskakująca. Milesa Davisa nie trzeba rekomendować – każdy, kto nie znał, a lubi jazz, z chęcią posłucha – po prostu nostalgiczne cudeńko. I na koniec coś odmiennego, niezupełnie już może jazzowego – Aurora – a od tego się jakby zaczęło. I to jest już naprawdę zupełnie inna epoka. I inne strachy. 

Można by tutaj dodać parę jeszcze innych intrygujących wersji, ale poprzestańmy na tych. Kto zechce, znajdzie sobie resztę. Warto poszukać – jest jeszcze kilka pięknych, nietuzinkowych interpretacji.




sobota, 25 lutego 2017

Czy papież może się mylić?

Wiele osób, także wiernych katolików, ma zupełnie mylne pojęcie o nieomylności papieża. Zamieszanie związane z adhortacją Amoris laetitia powinno być znakomitą okazją, by nieco rozjaśnić tę kwestię. Dzięki portalowi PCh24 możemy obejrzeć komentarz Michaela Vorisa na ten temat:


czwartek, 2 lutego 2017

Ubabrany jak świnia święty


Pewien wybitny polski uczony, myśliciel, autorytet i zbawca narodowej gospodarki, oburzając się na sposób, w jaki potraktowano polskiego mędrca, ojca narodu, skoczka przez płot i noblistę (bo ośmielono się podać, że ekspertyzy grafologiczne potwierdzają podpisywanie przez niego kwitów i pobieranie wygranych w „totolotka”), stwierdził:

„Gdyby Kościół katolicki stosował takie same zasady jak oni, to połowa świętych nie byłaby świętymi. Na czele ze świętym Pawłem”.

Nasz wielki autorytet i chluba narodu zapomniał o jednym: ci święci żałowali swojej przeszłości, odpokutowali ją, przemienili swoje życie, a nawet oddali za Chrystusa życie (jak przywoływany tutaj sam św. Paweł). Oni nie kluczyli, nie wykręcali się i nie zaprzeczali, że kiedyś postąpili źle, a nawet uważali się za najmniejszych i najgorszych ze wszystkich ludzi (ponownie – można sprawdzić, co św. Paweł pisał o sobie samym).

No tak, ale komuś z tak szlachetną przeszłością, kto pewnie jeszcze gdzieś w szufladzie biurka przechowuje z sentymentu czerwoną legitymację, trudno to zrozumieć. I nie ma się co dziwić. W końcu jest specem od ekonomii, a nie od wyrzutów sumienia.

sobota, 28 stycznia 2017

Marsz za życiem – Marsz za śmiercią

W mediach wciąż jeszcze można przeczytać wiadomości z wczorajszego Marszu za życiem w Waszyngtonie, w którym udział wziął również wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Tymczasem w zeszłą sobotę odbył się tzw. „Marsz Kobiet”, który był dość zasmucającym wydarzeniem i chyba stosowniejszą nazwą byłaby "Marsz za śmiercią". Może warto przypomnieć i tamto wydarzenie, tak odmienne od wczorajszego. Dość emocjonalny komentarz wygłosił na jego temat Michael Voris (polskie napisy):

czwartek, 26 stycznia 2017

Aborcja i dwa światy polityki


Kiedy polski polityk prawicowy mówi, że będzie bronił życia nienarodzonych, to mówi.

Kiedy amerykański polityk prawicowy mówi, że będzie bronił życia nienarodzonych, to broni. Tuż po objęciu urzędu. Od razu.

środa, 25 stycznia 2017

Corner Shop: „The Great Heresies” – taka niepiękna katastrofa


W pięćsetną rocznicę reformacji warto byłoby sięgnąć po jakąś pozycję związaną z tematem, a przynajmniej choć częściowo tego tematu dotyczącą. Wydaje mi się, że Hilaire Belloc może być tutaj trafnym wyborem jako autor nietuzinkowy, a przy tym zaliczany do grona wybitnych pisarzy katolickich języka angielskiego. 

Kontrowersje związane ze świętowaniem okrągłej rocznicy wystąpienia Marcina Lutra, kwestie udziału hierarchów Kościoła katolickiego w tych obchodach, a nawet samego papieża Franciszka (sporo szumu wywołała jego obecność na uroczystościach w Szwecji) to również znakomity pretekst, by zapoznać się nie tylko z historią reformacji, ale dowiedzieć się nieco więcej o zjawisku herezji jako takiej. 

„The Great Heresies. An Examination of Religion” to jedna z tych publikacji Belloca, która zdaje się wciąż cieszyć dużym zainteresowaniem zarówno czytelników, jak i wydawców, sądząc choćby po ilości wznowień dokonanych przez różne oficyny wydawnicze, mimo dostępności angielskiego tekstu również w Internecie. Notabene Belloc nie ma tyle szczęścia do polskich tłumaczeń, co jego współpracownik i przyjaciel, jakim był Chesterton, a przecież znajomość autora „Ortodoksji” bez Belloca to znajomość niepełna. Wszak przezwano ich niegdyś „Chesterbelloc” jakby stanowili jedną istotę. 

Książka Belloca skupia się na kilku epizodach w historii Kościoła, które zdaniem autora są znaczące, a które mogły stanowić (albo stanowiły) katastrofalne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Choć zdaniem autora spory teologiczne nie są jedynie teoretycznymi sporami grupki oderwanych od rzeczywistości pięknoduchów, a mają wpływ na rzeczywistość większy, niż niektórzy sobie wyobrażają, to autor wybiera tylko te, które były szczególnie znaczące: arianizm, mahometanizm, herezja albigeńska, reformacja i faza nowożytna.

 Każdy czytelnik bez wątpienia zatrzyma się w tym wyliczeniu na mahometanizmie. Islam jest przecież postrzegany jako osobna religia. Tymczasem Belloc traktuje ją jako herezję chrześcijaństwa, podążając zresztą tropem ojców Kościoła. Podkreśla, że różni wyznanie Mahometa od innych herezji zwłaszcza to, że w przeciwieństwie do nich jeszcze nie wygasło, a zdaniem Belloca każda z herezji zmierza ku wymarciu, nawet jeśli pewne jej symptomy utrzymują się jeszcze w społeczeństwie przez dłuższy czas. Tymczasem islam wciąż przejawia niepokojącą żywotność. Co ciekawe – i co z pewnością przyczyniło się do popularności tej książki – autor stwierdza to wówczas, kiedy wydawało się, że właśnie islam jest już w fazie zamierania, a przynajmniej stagnacji i upadku dawnej potęgi (książka została napisana jeszcze przed II wojną światową). Tymczasem Belloc wieszczył powrót mahometanizmu, jakby przewidywał wstrząsy dzisiejszej epoki. Te partie książki czyta się niemal jak proroctwo. 

Jeśli chodzi o rozdział poświęcony reformacji, to ciekawe dla współczesnego czytelnika może być to przede wszystkim, że samą reformację Belloc nie traktuje jako jedną herezję, ale bardziej jako ruch, w którym widoczne były różne typy herezji, a tym, co je jednoczyło, była niechęć do autorytetu Rzymu i odrzucenie go. Autor „The Great Heresies” podkreśla przy tym, że uczestnikom tego wielkiego zamieszania nie chodziło tak naprawdę z początku o rozbicie chrześcijaństwa, dopiero splot różnorodnych czynników, wśród których niebagatelną rolę odegrał geniusz Jana Kalwina, doprowadził do kataklizmu, jakim było podzielenie Europy. 

Belloc nie ukrywa bowiem, że uważa reformację za katastrofę, która skutkowała m.in. fatalnymi pod względem społecznym skutkami w XIX wieku, choć niewątpliwie początkowo nadała pewną dynamikę krajom protestanckim. Pisarz w najmniejszym stopniu nie był piewcą dzikiego kapitalizmu, który pozbawiał wielkie masy społeczeństwa wolności. Z pewnością też nie zachwycał go socjalizm czy komunizm, który dążył do pozbawienia człowieka własności zabezpieczającej jego niezależność od państwa. Był Belloc też wrogiem państwa opiekuńczego. Niektóre jego uwagi pod tym względem mogą zapewne szokować współczesnego czytelnika przyzwyczajonego do opieki państwa, które ingeruje we wszelkie sfery życia osobistego. 

Interesujące są również analizy dotyczące „fazy nowożytnej”, próba ogarnięcia zjawiska, dla którego jeszcze Belloc nie miał sprecyzowanej nazwy, gdyż przecież był obserwatorem niejako z wewnątrz, nie mogąc ogarnąć całości zjawiska jednym rzutem oka. Wiele spostrzeżeń wydaje się celnych. W innych przypadkach Belloc mylił się co do tempa następujących zmian. Faktem jest natomiast, że trafnie przewidział, iż nowa epoka będzie atakiem dążącym do całkowitego zniszczenia Kościoła katolickiego. 

Współczesny czytelnik bez wątpienia znajdzie w książce wiele cennych przemyśleń. Może wręcz zaskakiwać, jak przenikliwym obserwatorem był Belloc, choć sam zdawał sobie sprawę, że zjawiska historyczne to procesy długofalowe i precyzyjne ich zdefiniowanie w trakcie trwania jest niezwykle trudne. Jak bardzo adekwatne dla naszych czasów są uwagi autora „The Great Heresies” może obrazować choćby fakt, że już Belloc pisze o... banksterach. Wprawdzie sam nie wpadł na to, by ukuć taką właśnie nazwę, ale fragmenty poświęcone systemowi bankowemu i lichwie czyta się, jakby powstały właśnie teraz. 

Warto również na zakończenie tej pobieżnej recenzji zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz. Może najistotniejszą, bo ważną dla zrozumienia samej herezji jako zjawiska. Otóż Belloc podaje jej definicję, którą w najprostszych słowach można wytłumaczyć mniej więcej tak: herezja to nie jest totalne zaprzeczenie systemu, przeciwko któremu występuje. Ona bazuje na istniejącym już systemie, wymienia jednak jakiś istotny dla tego systemu element, powodując tym samym, że system nie jest już ten sam. Z pozoru taki system może nawet wyglądać na pierwszy rzut oka podobnie. Jednak konsekwencje zmiany są niebagatelne. W przypadku religii, która jest podstawą kultury, oznacza to wpływ nie tylko na życie indywidualne, ale na cały organizm społeczny. Stąd Hilaire Belloc przyrównuje znaczenie ważnych kontrowersji teologicznych do znaczenia rozstrzygających bitew, które zmieniały bieg historii. 

Zakończę te parę refleksji po lekturze małą dygresją, która niezupełnie dotyczy tylko Belloca. Otóż czytając książki z literatury angielskiej niejednokrotnie uświadamiam sobie, jak cenną serią jest (a może była?) popularna seria Biblioteki Narodowej Ossolineum. Staranne przygotowanie tekstu, przypisy, bibliografia, obszerna przedmowa – to elementy, które ułatwiają współczesnemu czytelnikowi obcowanie z dziełami literatury nie tylko z odległej przeszłości. Popularne, tanie wydania klasyki literatury angielskiej czy światowej w tym języku niestety nie są tak pieczołowicie opracowane. Choć ich zaletą jest cena (będąc w Anglii, a potem w Irlandii zgromadziłem sobie małą biblioteczkę, a każdy tom kosztował tylko jednego funta), to zwłaszcza dla obcokrajowca (choć sądzę, że nie tylko) mankamentem jest brak tego, co znajduje w serii Ossolineum. Dzieła klasyczne padają też ofiarą pospiesznego, niestarannego wydania. I niestety książki Belloca do nich należą. A przykład widać już choćby na okładce. Pozostawiam czytelnikowi odkrycie, o co chodzi.

Hilaire Belloc, The Great Heresies. An Examination of Religion, World Library Classics, Lexington, KY 2012.