czwartek, 19 lipca 2018

PiS i grzech zaniedbania


PiS lekceważy podstawowe prawo człowieka do życia. Niestety! Niestety – bo wielu wyborców zaufało partii obecnie rządzącej, że będzie stawać w obronie niewinnych dzieci, które okrutny system prawny pozwala szlachtować tak, jakby były najbardziej zatwardziałymi zbrodniarzami. Partia, która potrafi się zmobilizować w taki sposób, że w ciągu jednego dnia uchwala ustawę lub poprawki do jakiejś ustawy (łącznie z podpisem prezydenta!), bo inne państwo wysuwa żądania jej zmiany, jednocześnie odsyła ad Kalendas Graecas projekt prawa, który poparła oszałamiająca część obywateli Polski.


Jednak tu nie chodzi tak naprawdę o liczby. Nawet, gdyby ten projekt poparła garstka Polaków, bo reszta nie potrafiłaby zrozumieć, że nie wolno mordować niewinnego człowieka w imię np. „prawa do własnego brzucha”, to w dalszym ciągu obowiązkiem władz jest bronienie prawa naturalnego, prawa Bożego, łącznie z zapisaniem go w konstytucji. Powinna to rozumieć zwłaszcza partia „prawicowa” i zrobić to już na samym początku rządów. Nie rozumie tego!


To prawo jest ważniejsze niż prawa zwierzątek futerkowych do życia czy takież prawo kornika drukarza. Ba! Choćby cała Puszcza Białowieska rozrastała się, kwitła i roiła bujnym życiem fauny i flory, a Izrael i Stany Zjednoczone traktowały nas jak swoich najlepszych braci, to wszystko to na nic, jeśli będzie się pozbawiać prawa do życia tych, którzy nawet nie mieli szansy się narodzić! Żadne pomyślne reformy gospodarcze, przepisy ułatwiające działalność biznesom, niskie podatki, najdoskonalsze i najsprawniejsze sądy itp. nie mają tutaj znaczenia, jeśli pozwala się na gwałcenie tego podstawowego prawa, jakim jest prawo do życia od chwili poczęcia do naturalnej śmierci. Cóż po sprawnych sądach, jeśli będą one pozwalały na łamanie prawa do życia nienarodzonych Polaków i nie chroniły tych, którzy dopiero mają się na tym świecie pojawić?


Obrońcy prawa do życia wykonali ogromną pracę, by uświadomić społeczeństwu, jak bardzo to jest ważne. Śmiem nawet twierdzić, że odzyskali znaczną część pola, które zagarnęli barbarzyńcy z lewicy. Wszelkie wymówki o jakimś „wahadle” są jedynie wymówkami rządu, by nie podjąć tego wyzwania, jakim jest podkreślenie z mocą i utrwalenie w ustawach, że każdy człowiek ma prawo do życia. Każdy! A zwłaszcza ten, który jest najbardziej bezbronny! Mając władzę partia rządząca jest w stanie przeprowadzić ogromną kampanię uświadamiającą potworne zło, jakim jest aborcja, jednocześnie tworząc taki system, który wspierałby wszelkie inicjatywy pomocy matkom i rodzicom borykającym się z wychowywaniem dzieci z wadami wrodzonymi. Ma też możliwość silnego akcentowania prawa do życia na różnych forach zagranicznych. Nie robi tego.


To nie żadne „wahadło” doprowadzić może do zmiany obecnych przepisów – tzw. ich „liberalizacji”, jak to się eufemistycznie określa – ale właśnie ten grzech zaniedbania rządzących, którzy stanęli przed szansą, jakiej później mogą już nigdy nie mieć. Odpowiadają za ten grzech zaniedbania przed przyszłymi pokoleniami Polaków, ale przede wszystkim przed Panem Bogiem.


wtorek, 17 lipca 2018

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. II


Każdy były uczeń szkoły średniej bez wątpienia pamięta (a przynajmniej tak było w moich czasach) scenę z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, kiedy Konrad wadząc się z Bogiem traci przytomność, co chroni go przed wypowiedzeniem bluźnierstwa. Jakie to bluźnierstwo? Że Bóg jest... carem! Dla przeciętnego Polaka zatem to zestawienie: Bóg i car, nałożenie się obrazu Boga i obrazu cara tak, że stają się jednym, wydaje się czymś niewyobrażalnym, profanacją, która tylko może przyjść do głowy chyba jedynie... demonom.


Tymczasem Caryll Houselander miała – tak to przynajmniej relacjonuje – dokładnie sto lat temu wizję cara jako ukrzyżowanego Chrystusa Króla, choć z początku nie zdawała sobie sprawy, co dokładnie ogląda. Była to druga w jej życiu wizja Chrystusa umęczonego. Miała ją, idąc londyńską ulicą do sklepu po... ziemniaki. Oddajmy zresztą głos bezpośrednio samej autorce:

Nagle znieruchomiałam, jakby magnes przykuł moje stopy do tego konkretnego miejsca pośrodku drogi. Przede mną, nade mną, dosłownie wymazując nie tylko szarą ulicę i niebo, ale cały świat, było coś, co mogę jedynie nazwać gigantyczną i żywą rosyjską ikoną. Nigdy wówczas nie widziałam rosyjskiej ikony ani – jak sądzę – żadnej reprodukcji jakiejkolwiek z nich. Później widziałam ich wiele, ale żadnej, która byłaby choć w przybliżeniu tak piękna.

Była to ikona Chrystusa Króla ukrzyżowanego.

Rozciągnięty na krzyżu ognia, w szacie, która skrzyła się i płonęła od klejnotów, ukoronowany wspaniałą koroną ze złota, która przytłaczała mu głowę, Chrystus unosił się ponad światem na naszej ponurej ulicy, tak uniesiony wypełniał niebo. Jego ramiona zdawały się sięgać od jednego krańca świata do drugiego, rany na Jego dłoniach i stopach to były rubiny, ale rubiny roztopione, które krwawiły światłem. Wszystko, nawet żarzące się fałdy szaty, wydawało się płonąć i poruszać życiem i ruchem płomieni ognia; rozłożone ramiona – z wydłużonymi dłońmi, wynurzającymi się ze zdobionych klejnotami rękawów – były jak olśniewające skrzydła przykrywające świat. Sam Chrystus – z głową pochyloną przez koronę, w zamyśleniu nad światem. Pośród tej wspaniałości surowa prostota tej pięknej twarzy ostro odróżniała się od całej reszty swoim smutkiem. Jednak oczy i usta uśmiechały się w nieopisanej miłości, która pochłania żałość i cierpienie, tak jak szmaty zostają pochłonięte przez płonące ognisko.

Nie wiem, jak długo tam stałam ani jak długo to wrażenie trwało. Myślę, że nie było to dłużej niż kilka minut, gdyż kiedy się skończyło, choć nad ulicą zmierzchało, to nie było zupełnie ciemno.

Byłam zażenowana, kiedy się okazało po moim dojściu do warzywnego, że łzy spływają mi po twarzy. Życzliwa kobieta, która sprzedawała mi ziemniaki, usiłowała mnie pocieszyć, przypuszczając, jak sobie wyobrażam, że mam jakieś kłopoty, ale nie mogłam powstrzymać tych łez. W końcu dała mi w podarunku jabłko i poszłam do domu.

Nie wiem, jak szybko potem opublikowano wiadomości o zamachu na cara – być może było to następnego dnia. Wiem tylko, że kiedy wyszłam ponownie z domu i zobaczyłam na tym samym rogu ulicy, na którym widziałam uprzednio ukrzyżowanego króla, afisz ogłaszający zamach na cara Rosji, zrozumiałam sens tego, co wcześniej bardzo żywo widziałam. Albowiem twarz cara na gazetowych zdjęciach była twarzą mojego Chrystusa Króla, ale bez tej wspaniałości.

Od tamtej pory całkowicie zawładnęła mną myśl o Rosji. Rosja stała się dla mnie krajem, w którym Męka Chrystusa się urzeczywistniała. Byłam przekonana, że dzięki ziarnu krwi męczenników, które tam zasiano, a nade wszystko dzięki krwi namaszczonego króla, świętokradczo tam przelanej, Chrystus – którego widziałam zstępującego na świat i w życie ludzi, by być w nich ukrzyżowanym – powróci na świat biorąc w posiadanie całą ludzkość poprzez Rosję; że nawrócenie świata do Chrystusa (nie mówiłam wówczas, że na katolicyzm) zacznie się – tak naprawdę już się zaczęło – w „Świętej Rusi” wraz z zabójstwem jej króla.
Ta wizja „ikony Chrystusa Króla” miała ogromny wpływ na moją postawę wobec innych ludzi.

Ostatnie zacytowane tu słowa przypominają objawienia w Fatimie. Są niemal powtórzeniem tego, co Matka Boska mówiła o nawróceniu Rosji. Być może Houselander świadomie lub nieświadomie zinterpretowała po latach własną wizję w świetle objawień fatimskich. Jej autobiografia wyszła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, musiała zatem wiedzieć o Fatimie.


Jak już pisałem, Polakowi bez wątpienia trudno przyjąć ze spokojem wizję Chrystusa Króla, który ma twarz cara Mikołaja II. A jednak obraz, który Houselander zobaczyła tamtej nocy sto lat temu, wydaje się kryć w sobie przesłanie, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Sama autorka skomentowała to w następujący sposób:

Teraz nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, ujrzałam dramat i rzeczywistość Męki Chrystusa w królach. Kiedy stałam na swojej londyńskiej ulicy po drodze, by kupić ziemniaki, król w Rosji umarł śmiercią Chrystusa. Tragedia i okropne tego piękno przeniknęło do mojej duszy; przeniknęło także do mojego serca, jak włócznia płonącego światła, która je otworzyła. W ciągu chwili stałam się głęboko świadoma świętokradztwa, jakie wiąże się z zabójstwem namaszczonego króla, a imię „Chrystus” – „Namaszczony” – nagle nabrało dla mnie niezwykłego znaczenia.

(...)

Nie bez znaczenia okazał się fakt, że mój pierwszy przebłysk wizji Chrystusa w człowieku był w najpokorniejszej ze świeckich sióstr, pochylonej pod wielką koroną cierniową, a drugi – w królu w jego splendorze, królu przytłoczonym wielką koroną ze złota. Uświadomiłam sobie, że każda korona jest koroną Chrystusa, a korona ze złota jest koroną cierniową.

Wszystkie cytaty są w moim przekładzie i pochodzą z elektronicznego wydania „A Rocking Horse Catholic” (wszelkie ich wykorzystanie wyłącznie za moją zgodą). Sama książka Houselander zasługuje na osobne omówienie. Ale na to może jeszcze w cyklu „Corner Shop” przyjdzie czas innym razem.


Caryll Houselander, A Rocking Horse Catholic, Pickle Partners Publishing 2016.

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. I


Dzisiejszej nocy minęła dokładnie setna rocznica zamordowania ostatniego cara Rosji i jego rodziny przez bolszewików. Dla nas, Polaków, słowo „car” nie ma najlepszych konotacji. Toteż z pewnością z jednej strony odczuwamy zgrozę z powodu tamtego brutalnego mordu, a z drugiej strony nie budzi to wydarzenie prawdopodobnie większego współczucia. Być może nawet jest to uczucie, jakie wielu żywiło oglądając zdjęcia z egzekucji Ceausescu i jego żony – świadomość, że dokonano tak naprawdę mordu przy pozorach praworządności, ale że i tak mu (im) się to „należało”, a proces z prawdziwego zdarzenia jedynie by przeciągał nieuniknione.


Tymczasem mamy w literaturze zapis, który przedstawia całą rzecz w zupełnie innym świetle. Jest to dość kontrowersyjne przedstawienie mordu dokonanego na carze Mikołaju II. Być może niektórzy nawet powiedzieliby, że bluźniercze. A już z pewnością trudne do przełknięcia dla przeciętnego Polaka.

Caryll Houselander prawdopodobnie jest autorką raczej słabo znaną polskiemu czytelnikowi. Z jej dorobku, jeśli dobrze się orientuję, wydano po polsku jedynie „Trzcinę Boga” i chyba ze dwie książki dla dzieci. Tymczasem ta XX-wieczna angielska mistyczka była inspiracją np. dla tak ważnego XX-wiecznego autora i duchownego, jak Fulton J. Sheen. Ślady tej inspiracji można odnaleźć w „Life of Christ”.

Caryll Houselander miała w swoim życiu trzy odmienne wizje Chrystusa. W tych trzech osobnych przypadkach zobaczyła Chrystusa w różnych ludziach, których napotkała na swojej drodze. Pierwszy taka wizja dotyczyła niemieckiej zakonnicy z Bawarii. Działo się to podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy raczej nie cieszyli się, mówiąc delikatnie, najlepszą reputacją, a młode dziewczyny wychowywane przez zakonnice, wśród nich i sama autorka, były, jak to określiła Houselander, indoktrynowane „w zapiekłej nienawiści do Niemców”.


Wśród tych zakonnic znajdowała się właśnie ta jedna z Bawarii, która w tej atmosferze wojennych złych emocji czuła się dość samotna, co pogłębiała dodatkowo słaba znajomość zarówno francuskiego, jak i angielskiego i brak atutów zjednujących sympatię młodych dziewcząt. Któregoś dnia młoda Caryll, idąc korytarzem, zauważyła, że owa zakonnica czyściły buty uczennic. Tak to relacjonuje dalej w swojej autobiografii „A Rocking Horse Catholic”:


Zatrzymałam się i weszłam do środka, zamierzając pomóc jej w czyszczeniu. Dopiero gdy się wystarczająco zbliżyłam, zauważyłam, że szlocha; łzy ściekały jej po różanych policzkach i kapały na błękitny fartuch i dziecięce buciki. Zmieszana spuściłam oczy i stałam przed nią, niema z zażenowania, nie mogąc zupełnie wykrztusić słowa. Widziałam, jak jej duże, spracowane dłonie opuszczają się na podołek i obejmują te buciki. I nawet owe dłonie, czerwone i spękane, o stępionych paznokciach, były złożone w sposób, który wyrażał nieukojoną żałość.
Obie byłyśmy pogrążone w całkowitym milczeniu: ja – patrząc na jej piękne dłonie, bojąc się podnieść wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć, ona – bezdźwięcznie szlochając.
W końcu z wysiłkiem uniosłam głowę i wtem – ujrzałam to – zakonnica miała na głowie cierniową koronę.
Nie będę próbować tego wyjaśniać. Po prostu mówię, jak to wyglądało.
Ta pochylona głowa była przytłoczona koroną cierniową.
Stałam tak – jak przypuszczam – kilka sekund, wprawiona w osłupienie i wtedy, odnajdując język, powiedziałam do niej:
Ja bym nie płakała, gdybym nosiła koronę cierniową jak ty.
Spojrzała na mnie, jakby przestraszona i spytała:
– Co masz na myśli?
– Nie wiem – odparłam. I wówczas nie wiedziałam.
Usiadłam obok niej i razem polerowałyśmy buty.

Nim przejdziemy do drugiej wizji, tej, która dzisiaj jest najważniejsza, zmieńmy kolejność i krótko powiedzmy jeszcze o wizji trzeciej i ostatniej – Caryll Houselander jadąc metrem któregoś dnia zobaczyła nagle Chrystusa w pasażerach. Jak pisze: „Dość nagle ujrzałam swoim umysłem, ale tak żywo, jak cudowny obraz, Chrystusa w nich wszystkich [pasażerach metra]. Ale ujrzałam więcej niż to; nie tylko Chrystus był w każdym z nich, żyjąc w nich, umierając w nich, radując się w nich, smucąc się w nich – ale ponieważ On był w nich i ponieważ oni byli tutaj, cały świat był tutaj także, tutaj, w tym podziemnym pociągu; nie tylko świat taki, jaki był w tej chwili, nie tylko wszyscy ludzie we wszystkich krajach świata, ale wszyscy ci ludzie, którzy żyli w przeszłości i ci wszyscy, którzy mieli dopiero nadejść”.



CDN


poniedziałek, 16 lipca 2018

Amerykański byczek cierpi w poczekalni polskiego lekarza


Po napisaniu tekstu o moich irlandzkich doświadczeniach i przykrym incydencie w Krakowie, gdzie nikt nie ustąpił miejsca ciężarnej kobiecie, przypomniał mi się jeszcze jeden taki przypadek, który pokazuje przepaść, jaka (przynajmniej jeszcze do niedawna) dzieliła nas i część zachodniego świata, a którą chyba zaczynamy niestety dość szybko zasypywać.

Otóż jakiś czas temu natrafiłem na wideo zrobione przez młodego Amerykanina z jego podróży po Polsce. Ciekaw, jak nas widzi ktoś z zewnątrz, obejrzałem tę jego relację. Nie pamiętam, szczerze powiedziawszy, za dużo. A właściwie to tak naprawdę w zasadzie nic. Nic – z wyjątkiem jednego momentu. A ten moment był taki, że jeśli wciąż nie mam otwartej szczęki ze zdumienia, to pewnie dlatego, że upłynęło już trochę czasu.

Ów młody człowiek, podkreślam – MŁODY, musiał w Polsce udać się do lekarza, co też opisał w swoim filmiku. Nie pamiętam, czy zaraził się grypą, czy może doznał jakieś kontuzji, w każdym razie nie było to nic poważnego. Nie groziła mu nagła śmierć z upływu krwi lub z powodu zawału serca.

Myślicie pewnie, że owego amerykańskiego młodzieńca zbulwersowały typowe problemy z polską służbą zdrowia (długie kolejki, braki personelu, opieszałość, jakość usług). Nie, nic z tego! Tego Amerykanina zbulwersowała jedna jedyna rzecz. Ów młody pan musiał ustąpić miejsca kobiecie w ciąży! To była jego bolączka! To go wkurzyło! Wyobraźcie sobie, że w Polsce jest zwyczaj, iż kobiety w ciąży są obsługiwane poza kolejnością! A przecież ten pan był chory, być może miał numerek, by nie musieć pilnować swego miejsca i oto nagle musiał ustąpić kobiecie w ciąży i poczekać! Tak! Istna zgroza! Młody, amerykański byczek musiał ustąpić miejsca kobiecie w ciąży, musiał dręczony katarem wytrzymać w poczekalni jeszcze 15 minut, a może nawet pół godziny dłużej!

Polska to jednak barbarzyński kraj! (A przynajmniej takim jeszcze do niedawna była!)

sobota, 14 lipca 2018

Gdzie ci dżentelmeni z dawnych lat?


Pamiętam z Irlandii trzy scenki z lat dziewięćdziesiątych, które pokazywały wówczas (bo chyba teraz niestety już nie) dobitnie różnicę między mentalnością przeciętnego Polaka a Irlandczyka. Wszystkie dotyczą komunikacji miejskiej – moich podróży autobusem, gdyż w latach dziewięćdziesiątych tramwajów w Dublinie nie było. Można było je obejrzeć jedynie na zdjęciach z początku XX wieku, dopiero parę lat po moim wyjeździe przywrócono w stolicy Irlandii komunikację tramwajową.


Pierwsza scenka rozegrała się gdzieś chyba na samym początku mojego pobytu w Dublinie, bo kojarzę, że jechałem dość długo do centrum, a przez krótki czas mieszkałem na obrzeżach miasta. Wsiadłem w każdym razie do pustawego autobusu, który stopniowo się zapełniał. Czytałem książkę i nie zwracałem uwagi na pasażerów. W pewnym momencie oderwałem się od lektury i spojrzałem wokół siebie. Było dość tłoczno. Niedaleko mnie stała kobieta w zaawansowanej ciąży. Nie wiem, kiedy wsiadła. Wszystkie miejsca były zajęte. Nikt nie kwapił się, by ustąpić jej miejsca. Szybko się podniosłem zażenowany i pokazałem jej, by usiadła. Podziękowała mi z wyraźną ulgą. Jechałem dalej w lekkim szoku.


Druga scenka była dość zabawna, ale mi zrobiło się nieco smutno. Dojeżdżałem już do centrum miasta. Musiał to być przystanek gdzieś chyba koło Christ Church. Autobus był wcześniej mocno zatłoczony, ale wyraźnie się poluźniło. Większość pasażerów wysiadła. Zwolniło się też parę miejsc. Obok mnie było jedno miejsce siedzące wolne. Nie siadałem, bo i tak za chwilę miałem wysiąść. W pewnym momencie podeszła do mnie kobieta i spytała się mnie, czy będę miał coś przeciwko, że usiądzie na tym wolnym miejscu. Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Nie wyobrażałem sobie, by jakaś kobieta mogła mnie pytać w Polsce, czy może zająć wolne miejsce. Skonsternowany przytaknąłem. Nie wiem, czy kobieta zwróciła uwagę na wyraz osłupienia malujący się na mojej twarzy.


Trzecia scenka rozegrała się niedaleko ulicy, na której wówczas mieszkałem. Czekałem na autobus. Oprócz mnie na przystanku stała jeszcze jakaś kobieta. Gdy autobus przyjechał, ustąpiłem jej i gestem ręki pokazałem, by wsiadła pierwsza. Kobieta zareagowała oburzeniem. Nie pamiętam już, co powiedziała. Ale wyraźnie rozłoszczona wskazała mi, bym wsiadał. Wzruszyłem ramionami i wszedłem do autobusu. Zapewne chciało mi się śmiać. Było to chyba pierwsze w moim życiu zetknięcie z feministką.


Pamiętam też, że jedną z rzeczy, na które uwagę zwracały polskie dziewczyny w Irlandii i w Wielkiej Brytanii, był stosunek mężczyzn do płci pięknej. Takie proste rzeczy, jak np. ustępowanie miejsca czy otwieranie drzwi kobiecie. Jeśli miałem wówczas jakieś kompleksy wobec ludzi szeroko rozumianego Zachodu, to w Wielkiej Brytanii i Irlandii dość szybko się z nich wyleczyłem.


Wygląda na to, że niestety coś się zmieniło, coś się popsuło. Kiedy to się stało? Jak do tego doszło? Otóż, przeglądam sobie dzisiaj wiadomości na różnych portalach i oto trafiam na coś takiego: „Niewzruszenisiedzieli w towarzystwie kobiety w ciąży. Interweniowała motornicza”. Nie, to nie jest wiadomość z Dublina, Londynu czy Paryża. Ten artykuł opisuje sytuację w... Krakowie. I pomyśleć, że Kraków kojarzy się zazwyczaj z konserwatyzmem. Hmm... A może po prostu portal Republika nie ma ciekawszych wiadomości i zapełnia stronę, czym się tylko da? Chciałbym w to wierzyć. Wolałbym myśleć, że to jedynie incydent i że tak się przypadkiem niezwykle zdarzyło, że do tego tramwaju wsiadły po prostu jakieś gbury z Irlandii lub Wielkiej Brytanii.


piątek, 13 lipca 2018

Brudna i nudna rekonstrukcja Patryka Vegi


Ponieważ nie należę do jakichś zagorzałych fanów kina, głośne filmy czasami oglądam dawno po czasie ich premiery. Tak było ze „Służbami specjalnymi” Patryka Vegi. O samym filmie wiedziałem co nieco z recenzji i opinii wyrażanych przez różne osoby. Były one rozbieżne. Postanowiłem w końcu sam sprawdzić, co ten film sobą reprezentuje.


Pamiętam, jak przed paru laty, właściwie przez przypadek, odkryłem serial „Pitbull”. Chyba już znałem wówczas kinową wersję. Obejrzałem pierwszy odcinek i wciągnęło mnie, bo było to coś odmiennego od tego, co można było zazwyczaj zobaczyć w telewizji (której i tak już od dawna nie oglądałem). Poszukałem w Internecie i obejrzałem wszystkie odcinki. Były w tym filmie pewne naiwności i uproszczenia, ale ponieważ pasowały one do „brudnej” poetyki tego obrazu, więc nie drażniły aż tak bardzo. W każdym razie z jakiegoś powodu nie drażniło to tak, jak szczeniacka i irytująca treść filmów Pasikowskiego. Kolejny film kinowy z tego cyklu, ten z Bogusławem Lindą, był całkiem niezły. Natomiast „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” był tak żenujący, że pożałowałem już po pierwszych paru minutach. Obejrzałem do końca tylko dlatego, że zapłaciłem. Były to zmarnowane pieniądze. Na wersję Pasikowskiego nawet się nie wybrałem ani nie próbowałem oglądać jej w Internecie.


„Służby specjalne” to niestety kolejne rozczarowanie. Całość filmu spajają w zasadzie trzy wątki, które są tak żałosne, że praktycznie nie da się tego filmu oglądać. Swoje rozczarowanie mogę porównać do tego, jakie odczułem, kiedy wreszcie po latach przeczytałem słynną swego czasu sztukę Mrożka – „Alfę”. Ten dramat autora „Tanga” był tak żenująco kiepski, tak irytująco naiwny, że chyba można to coś było jedynie porównać do jakichś produkcyjniaków z czasów stalinowskich. Różnica może była taka, że Mrożek pewnie napisał ją z potrzeby serca, a literaturę socrealistyczną pisano pod dyktando.


Paradoksalnie, gdyby nie owe wspomniane trzy wątki osobiste, związane z głównymi bohaterami „Służb specjalnych”, całość oglądałoby się raczej jak rekonstrukcje Wołoszańskiego. Vega mógł równie dobrze zrobić coś takiego, pomijając te fabularyzowane i cienkie opowiastki, a występując w roli, jaką Wołoszański pełnił (pełni?) w swoich rekonstrukcjach historycznych. Oczywiście mógłby się przez to nieco niektórym narazić, a może nawet trafić do sądu, gdyby ktoś z zainteresowanych potraktował przedstawioną tam wizję naszej rzeczywistości jako insynuacje wymierzone w niego.


Jeśli chodzi o te nieszczęsne trzy opowiastki, to przewijałem film do przodu, gdy pojawiał się wątek żony korpo-ludka (korpo-ludki?) i jej męża, który bardzo chciał mieć dziecko. Było to tak irytujące, tak wkurzające, że najzwyczajniej w świecie nie dawało się tego oglądać. Wystarczyło mi wyjmowanie spiralki i tzw. „walenie gruchy” (sic!). Nie lepszy był wątek „chłopczycy”, która najwidoczniej jako sport traktowała mordobicie z ochroniarzami klubów nocnych, miała ciężkie dzieciństwo i czuła lęk czy też wstręt do mężczyzn. Jedynie trzeci wątek – ten o nawróconym esbeku się jako tako bronił. Być może z powodu roli i gry Andrzeja Grabowskiego oraz Janusza Chabiora, a może dlatego, że było w nim trochę prawdy psychologicznej. Reszta to tak zwane „mocne kino”, ale bardziej raczej film instruktażowy (czy też rekonstrukcja à la Wołoszański) o działalności służb specjalnych. A przy tym przytyczek w nos samego Macierewicza. Pytanie – na ile taka interpretacja jego działalności ma jakikolwiek związek z rzeczywistością, a na ile realizowała po prostu oczekiwania przeciwników byłego ministra obrony. W końcu nie wprost, ale w dość czytelny sposób obwinia się go o całkowitą niekompetencję, bezmyślność i narażenie na śmierć niewinnych (?) ludzi. A to już bardzo poważne oskarżenie.


Służby specjalne, reż. Patryk Vega, Polska 2014.

czwartek, 12 lipca 2018

Corner Shop: „Dawn of All”, czyli potęga Różańca


Omawiałem już na tym blogu książkę Roberta Hugh Bensona The Lord of the World. Wizja, którą tam naszkicował, wydaje się być obecnie bardzo realistyczna. Nie mówię oczywiście o całym sztafażu science-fiction, który trąci dziś myszką i pokazuje, jak szybko starzeje się fantastyka (choć wciąż ma swój urok). Sytuacja Kościoła w tej powieści bardzo przypomina to, co obecnie dzieje się na świecie. Bardzo też bliska jest temu, co w swojej Opowieści o Antychryście przedstawił Włodzimierz Sołowjow.

Benson jednak napisał drugą powieść, która przedstawia wizję zgoła odmienną, tworząc w gruncie rzeczy coś w rodzaju dyptyku. W The Lord of the World chrześcijaństwo wydaje się być na wymarciu, ostatki chrześcijan chronią się przed prześladowaniem albo porzucają wiarę. W Dawn of All mamy świat, w którym chrześcijaństwo, a właściwie by być precyzyjnym – katolicyzm, dominuje świat. Jeśli w pierwszej powieści jest zatem Kościół wojujący, to w drugiej spotykamy Kościół triumfujący. Triumfujący już na tym świecie.

Obraz świata, jaki tworzy Benson w tym utworze, z pewnością będzie miły każdemu tradycjonaliście: W krajach Europy przywrócona zostaje monarchia, społeczeństwo jest zhierarchizowane, co uwidocznia się także w stroju, nauka Kościoła jest respektowana i szanowana, łacina jest językiem zarówno Kościoła, jak i nauki, herezja jest karana śmiercią przez władze świeckie, które bronią w ten sposób istniejącego ładu, Irlandia to w gruncie rzeczy jeden wielki klasztor, gdzie przyjeżdża się dla odnowy duchowej, medycyna uwzględnia w leczeniu czynnik duchowy, w Europie tylko jeden z władców jeszcze się waham, czy przejść na katolicyzm... itp., itd. Na dodatek wszelkiej maści socjalistów i liberałów wysyła się do Ameryki Północnej, gdzie mogą sobie organizować życie według swoich zasad na wyznaczonym obszarze, a w Europie są już tylko niedobitki lewicy, które walczą o przetrwanie, podejmując być może już ostatnią próbę rewolucyjnego przewrotu...

Benson maluje więc wizję świata, jak z najlepszego snu brazyliskiego myśliciela Plinia Correa de Oliveiry, który uważał, że przecież procesy zachodzące w społeczeństwie nie są nieodwracalne, a to, co często dzisiaj uznajemy za nowość (np. rozwody), wcale nie jest nowe, nie mówiąc już o tym, że nie jest też i dobre. Nie wiem, czy Oliveira znał tę powieść, która została wydana, kiedy był jeszcze trzyletnim dzieckiem, jednak bez wątpienia bardzo przypadłaby mu do gustu.

Ów wyimaginowany świat przyszłości oglądany jest oczami człowieka o mentalności na wskroś nam współczesnej, który jednocześnie piastuje w nim wysokie stanowisko kościelne. W czasach Bensona wiele rzeczy, które dla nas uchodzą za normalne i oczywiste, wcale takie oczywiste się nie wydawały, choć spora część nowinek stała się już powszechnością. Wystarczy poczytać Chestertona czy Belloca – dwóch pisarzy, którzy właściwie są niemal z tej samej epoki. W każdym razie bohater Bensona poznaje ten świat w zdumieniu, nie potrafiąc do końca pojąć, że nastąpił jakby cywilizacyjny regres, choć technologicznie świat, w którym się znalazł (albo o którym zapomniał – przyjemność odkrycia tego zostawiam czytelnikom), jest bardzo zaawansowany. Wiele z tych zmian wydaje się po pewnym czasie akceptować, kiedy odkrywa ich sens i pozytywne oddziaływanie na człowieka i społeczeństwo, ale też nie przyjmuje ich ze stuprocentową pewnością, ciągle targany wątpliwościami.

Powieść Bensona jest w gruncie rzeczy prowokacją dla naszych XXI-wiecznych gustów i poglądów. Rzuca nam przed oczy alternatywną rzeczywistość, która przy sprzyjających okolicznościach mogłaby zaistnieć, choć w dzisiejszych czasach powszechnego rozkładu i wszechobecnej pychy objawiającej się ekscesami egalitaryzmu, o jakich Benson nawet nie śnił, wydaje się niemal mglistym mirażem.

Podobnie, jak w przypadku The Lord of the World, chciałbym, aby ktoś nakręcił film na podstawie tej powieści. A najlepiej dwa filmy, które stanowiłyby dyptyk przeciwstawnych i uzupełniających się obrazów – Kościoła wojującego i Kościoła triumfującego. Tylko skąd wziąć takiego kontrrewolucjonistę, który się na to zdobędzie i będzie miał jeszcze fundusze, by zrobić z tego jeśli nie arcydzieło, to przynajmniej dobry film?

A co z tym Różańcem? No właśnie! Powieść Bensona to również utwór o przemieniającej sile i skuteczności modlitwy różańcowej. Tutaj zachęcam jednak do lektury, aby odkryć, o co chodzi. Zbyt wiele musiałbym zdradzić, a tego nie lubię w żadnej recenzji.

Notabene całkiem niedawno Wydawnictwo AA wydało polskie tłumaczenie Dawn of All jako Świt Nowej Ziemi. Nie wiem, czy to dobry przekład, ale z pewnością warto sięgnąć, jeśli nie zna się języka angielskiego. Tych natomiast, którzy posiadają czytnik książek elektronicznych i znają język angielski, zachęcam do ściągnięcia tej książki za darmo z księgarni Amazon (w takiej postaci ją właśnie przeczytałem) lub lektury online, skąd zresztą również można ściągnąć tę książkę w formacie PDF lub ePub. Ta wersja ma swój dodatkowy urok, bo jest skanem amerykańskiego wydania z roku 1911, a strony zmienia się niemal jak w prawdziwej książce.

Robert Hugh Benson, Dawn of All, A Public Domain Book.

środa, 11 lipca 2018

Rzeź wołyńska – wciąż niezabliźniona rana


Dzisiaj rocznica rzezi wołyńskiej. Tamte wydarzenia wciąż pozostają kwestią sporną pomiędzy Polską a Ukrainą. Mam tylko nadzieję, że rząd nie będzie chował w tym przypadku głowy w piasek i nie ulegnie żadnym naciskom ze strony Ukrainy, jak to się stało w przypadku presji ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych. Nie można budować zdrowych relacji na kłamstwie. Zarówno tych osobistych, jak i tych międzypaństwowych. Nie oszukujmy się. W tym przypadku prezydent Duda zachował się tak, jak trzeba. Chciałbym, aby Polska tym razem okazała się tą silniejszą stroną, aby wreszcie Ukraińcy ulegli presji i przyznali się do winy. Na razie się na to nie zanosi.

Przed paru laty pisałem o powieści Ukraiński kochanek Stanisława Srokowskiego, która między innymi stała się podstawą dla filmu Wołyń Smarzowskiego. Na końcu tamtej recenzji przytoczyłem cytat, który nie przystaje być aktualny. Zachęcam do lektury całego tekstu.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Ludzie listy piszą, czyli co ma piernik do wiatraka?


Niedawno żona znanego piłkarza napisała list (listy?) do Polaków. Teraz „mędrzec” Europy napisał list do lidera The Rolling Stones. Z miejsca stał się oczywiście pośmiewiskiem Internetu, ale jakby nie zauważając swojej śmieszności brnie ponoć dalej w ten kanał i zamierza napisać do lidera grupy Pink Floyd.


Gdyby nasz „mędrzec” po prostu wyraził swój entuzjazm do muzyki słynnej brytyjskiej grupy rockowej, to można byłoby na to machnąć ręką. Ale on oczekiwał jakichś działań na rzecz „demokracji” w Polsce! Na szczęście sam Jagger miał więcej oleju w głowie niż przeciętny celebryta oraz „mędrzec” i stwierdził: „Polska to piękny kraj, ale ja jestem za stary, żeby być sędzią. Ale nie jestem za stary, żeby śpiewać”.


„Mędrzec” stał się pośmiewiskiem Internetu – i słusznie! Dziwne jednak, że pośmiewiskiem Internetu i w ogóle całej Polski nie stają się poważne media, gdy nagłaśniają wypowiedź jakiegoś celebryty, jakieś gwiazdki filmu lub muzyki pop, jakiegoś mniej lub bardziej znanego aktora na temat aborcji, wolnych sądów, konstytucji, praw homoseksualnych itp., itd. Dlaczego tak się nie dzieje?


Być może dlatego, że na co dzień ludzie nie uświadamiają sobie absurdalności, jaką jest emocjonowanie się wypowiedziami znanych gwiazdek na wymienione tematy. Fakt, że ktoś pojawia się często w telewizji, jeździ po świecie z występami i oglądany jest na ekranach kin nie przekłada się na kompetencje tej osoby do wypowiadania się na tematy związane z polityką, moralnością czy choćby... astrofizyką. Wyobrażacie sobie, jakie wybuchy śmiechu wzbudziłaby jakaś Beyonce czy inna Madonna, gdyby w wywiadach telewizyjnych dywagowała na temat życia na Marsie? Dlaczego zatem ktokolwiek przejmuje się nonsensami, które jakaś Gretkowska, jakiś Sthur czy inny Hołdys wypowiada na temat polityki, związków homoseksualnych, genderyzmu, sądownictwa aborcji, in vitro? Oni nawet nie potrafią powiedzieć nic sensownego poza zwykłymi inwektywami! Różni mądrale kiedyś prawili, że krzyk jest oznaką braku argumentów. A czym innym jest wulgaryzm?


Lech Wałęsa, nie zdając sobie z tego sprawy, jedynie pokazał, jak bardzo idiotyczne jest ekscytowanie się wypowiedziami osób, których jedyną kompetencją jest sława, na tematy zupełnie nie związane z wykonywanym przez nie zawodem.


piątek, 6 lipca 2018

Sodoma wchodzi do Warszawy bocznymi drzwiami, czyli dlaczego wolę Trzaskowskiego


O byle-Jakim kandydacie PiS-u na prezydenta Warszawy już pisałem. Ale sprawa jest na tyle, moim skromnym zdaniem, kontrowersyjna i niejako w pigułce pokazuje, co nas czeka w większej skali, że chyba warto do niej wrócić. Przyglądając się doniesieniom z kampanii, którą prowadzą Patryk Jaki i Rafał Trzaskowski, muszę stwierdzić, że zdecydowanie wolę tego ostatniego.

Gdyby Patryk Jaki jako prezydent Warszawy miał wpływ jedynie na kwestie, które z moralnością nie mają nic wspólnego, być może byłby lepszym kandydatem niż człowiek, który nie zna dzielnic Warszawy. Niestety, obaj panowie wypowiedzieli się również w sprawach z moralnością mających dużo wspólnego, a i wygląda na to, że będą tu również wiele mieli do powiedzenia jako potencjalni gospodarze stolicy.

Mówiąc wprost: pan Trzaskowski nie ukrywa, że chce z Warszawy zrobić Sodomę. Mówi to wystarczająco jasnym językiem, by dotarło to nawet do najbardziej tępego człowieka. Patryk Jaki natomiast stwierdza, że nie chce „Warszawy ideologicznej”. I w taki oto sposób szykuje nam ów koszmar – ów korowód, o którym pisze Chesterton w swojej powieści Człowiek, który był czwartkiem.

Notabene polskie tłumaczenie tej powieści wydane przez Frondę z jakiegoś powodu nie ma owego podtytułu, który wyjaśnia sens całego utworu (w oryginale nosi on tytuł: The Man Who Was Thursday. A Nightmare). Mówiąc w wielkim skrócie, o co mi chodzi: wydaje się, że Jaki traktuje walkę ze złem, jakim jest np. szerzenie homoseksualizmu czy handel żywym towarem (a takim jest in vitro), jako jedną z wielu ideologii, a więc jako coś, co stanowi jedynie element wielkiego korowodu, balu, na którym każda maska jest równie dobra – może piękniejsza, może brzydsza, ale wcale nie lepsza czy gorsza.

Otóż na coś takiego przystać nie mogę. Zło jest złem. Dobro dobrem i nie zmieni tego fakt, że współczesny świat ma na tę kwestię inny pogląd.

Otwieranie szeroko drzwi Sodomie jest rzecz jasna złe. Ale czy wpuszczanie jej bocznymi drzwiami jest lepsze? W tym pierwszym przypadku przynajmniej ludzie mogą się od razu przekonać, co się szykuje i zareagować. W tym drugim – kiedy się zorientują, co się stało, może być już za późno – ich dom otoczą sodomici, by poobcować z aniołami.

Dlatego zdecydowanie wolę Trzaskowskiego. Choć to nie znaczy, bym na niego głosował. W końcu zło jest złem. Również i to przebrane w skórę „nieideologicznej” owcy.

wtorek, 3 lipca 2018

O PiS-ie, co Pana Boga się nie bał


Posłowie rządzącej partii po raz kolejny pokazali wczoraj, że bardziej boją się ludzi niż Boga.

Pod wpływem Izraela w żenującym spektaklu zmienili w zeszłym tygodniu błyskawicznie ustawę o IPN. Choć Izrael zamieszkują potomkowie narodu wybranego, to jednak współcześni Żydzi nie są głosem Boga.

Wczoraj po raz kolejny decyzję o pracy nad projektem poprawki do ustawy, która miałaby chronić życie nienarodzonych obywateli Polski, odłożono ad Kalendas Graecas. „Nie zabijaj” to przykazanie Boże. Posłowie rządzącej partii jednak bardziej drżą przed wulgarnymi feministkami i naciskami międzynarodowego lobby aborcyjnego niż przed Panem Bogiem.

Ciekawe przed kim będą drżeć na Sądzie Ostatecznym?

poniedziałek, 2 lipca 2018

Nasze małe greckie wakacje 2018: Santorini X


Santorini to niewątpliwie jedno z tych miejsc, które warto zobaczyć. Położenie jest urokliwe, a świadomość, że jest to fragment wulkanu, dodaje całej wyprawie dodatkowej ekscytacji.

Z drugiej strony tak naprawdę to swego rodzaju grecki Disneyland dla turystów. Kiedy to piszę, czuję się nieco niezręcznie, bo od razu przypomina mi się afera związana ze znaną siecią supermarketów, która na greckich produktach, wykorzystujących wizerunki z Santorini właśnie, pousuwała krzyże. Używając więc słowa „Disneyland” mam wrażenie, jakbym też popełniał jakąś profanację. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko tu jest zrobione pod turystów: odnowione białe domki lśniące w blasku słońca, niebieskie dachy cerkiewek, osiołki czekające na pasażerów... Jestem nawet gotów podejrzewać, że także sam wjazd z portu – autokarem lub samochodem – został specjalnie tak przygotowany, by wyglądało to spektakularnie i budziło dreszczyk emocji i grozy, że oto za chwilę wszyscy runą w dół, bo kierowca wykona nieostrożny ruch.
 
Jeśli wierzyć przewodniczce, która nas po tej wyspie oprowadzała, to poza sezonem na Santorini zostaje tylko garstka tubylców – reszta wraca do innych rejonów Grecji. W samym sezonie może zdarzyć się natomiast, że zabraknie wody, bo nawała turystów jest tak olbrzymia, a słodkiej wody jest generalnie niedostatek.

Usłyszycie też od tych, którzy Santorini zobaczyli, dwie opinie: jedni będą mówić, że warto, drudzy, że nie warto się tam wybrać. Otóż i jedni i drudzy mają rację. Wszystko tak naprawdę zależy od tego, jakimi funduszami dysponujecie.

Myśmy planowali wybrać się na Santorini jeszcze za naszym pierwszym pobytem na Krecie. Jednak cena – dość wysoka – takiej wycieczki, krótkość czasu i fakt, że chcieliśmy zobaczyć także coś na samej Krecie – to wszystko przesądziło o tym, że zrezygnowaliśmy. Drugim razem – za sprawą znanej polskiej sieci biur podróży, która na parę dni przed wyjazdem poinformowała nas, że zarezerwowany pół roku wcześniej hotel jest niedostępny – znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu Krety niż planowaliśmy, co ogólnie kompletnie popsuło nam wszelkie plany. Dopiero w tym roku, w ramach prezentu urodzinowego dla siebie nawzajem, zdecydowaliśmy się zaszaleć i wybrać na tę drogą wycieczkę.

Kiedy już dotarliśmy na Santorini, moją pierwszą reakcją było głębokie niezadowolenie. W gruncie rzeczy taka zorganizowana wyprawa to koszmar dla kogoś, kto jak ja nie lubi tłoku. Przez wąziutkie uliczki miasteczek Santorini przewalają się tłumy. Ścisk jest taki, jak w czasie wyprzedaży na głównych ulicach handlowych Londynu czy Paryża. Przy okazji wszyscy próbują zrobić sobie zdjęcie na tle jakiegoś ładnego widoczku. A na dodatek cała rzecz odbywa się praktycznie w biegu – do zobaczenia są dwa miasteczka, a jeśli ktoś ma jeszcze kondycję, to również czarna plaża. Tak przy okazji – nie poinformowano nas, że ta czarna plaża była w gruncie rzeczy opcjonalnie, bo oznaczało to rzut oka na drugie miasteczko i pęd do kolejnego autokaru, który zabierał chętnych na te wulkaniczne piaski. Myśmy zamiast biegu wybrali obfity lunch w greckiej tawernie, gdzie otrzymaliśmy porcję dla dwojga, której czterech biesiadników by nie zmogło, a do rachunku po darmowym kieliszeczku ouzo.

Biorąc więc pod uwagę czas, jaki jest potrzebny, by dotrzeć na Santorini z Krety i wrócić z powrotem na Kretę (około dwóch godzin promem w jedną stronę, a zatem grubo ponad cztery godziny rejsu + czekanie na prom), czas, jaki zostaje na samo zwiedzanie, koszt całej wyprawy – muszę stwierdzić, że nie warto. Za te pieniądze, wypożyczywszy samochód, moglibyśmy sobie zobaczyć całkiem spory kawałek Krety, odwiedzając różne miejsca w swoim tempie i na spokojnie.

I w tym właśnie sęk. Wycieczkę na Santorini mogę porównać do swojej dwukrotnej wyprawy na irlandzką wyspę Skellig Michael. To niezwykłe miejsce może śmiało konkurować z grecką atrakcją. Wprawdzie nie jest tak duże, ale widoki są równie spektakularne. Na Skellig Michael wybrałem się małą łodzią rybacką. Koszt był dość spory, jak na moją kieszeń wówczas, ale nie żałowałem ani jednego funta czy pensa (w Irlandii wówczas nie było jeszcze euro). A przede wszystkim było aż nadto czasu, by zobaczyć samą wyspę, wspiąć się na szczyt, gdzie można zobaczyć ruiny klasztoru (część budynków w kształcie kamiennych igloo bardzo dobrze zachowanych), którego początki sięgają jeszcze VI wieku, i nacieszyć się niesamowitymi widokami. To wszystko bez pośpiechu, bez ścisku, bez niepotrzebnej nerwówki.

Jeśli zatem ktoś chce się wybrać na Santorini i skorzystać z tego pobytu jak najwięcej, to po pierwsze musi mieć pieniądze albo zacząć je odkładać na długo przed wyprawą. Po drugie lepiej zaplanować tę wycieczkę na okres poza sezonem lub po sezonie (myśmy byli tuż przed sezonem, a tłok był taki, jak opisałem – trudno mi nawet wyobrazić sobie, co tam się dzieje w okresie letnich wakacji!). Po trzecie lepiej wybrać się na Santorini na 2-3 dni, a więc zarezerwować sobie hotel – wówczas będzie czas na spokojne pozwiedzanie wyspy, zobaczenie także tych atrakcji, których normalnie turyści pędzący w zorganizowanych wycieczkach nie są w stanie zobaczyć, a poza tym na cieszenie się posiłkiem czy szklaneczką wina w jednej z tych restauracji z pięknym widokiem na morze.

Jeśli już natomiast ktoś decyduje się mimo wszystko wybrać na zorganizowaną wycieczkę na Santorini, to lepiej załatwić ją na Krecie w jednym z biur oferujących takie atrakcje turystom niż u rezydenta biura podróży, z którym przyjechało się na wakacje. Nasi znajomi, nie mogąc dodzwonić się do rezydentki, tak postąpili i mieli niższą cenę i nawet lepszą klasę na promie.

sobota, 30 czerwca 2018

Wielkie zwycięstwo, czyli przegrana bitwa


Ostatnia hucpa ze zmianą ustawy o IPN w dalszym ciągu napawa mnie niesmakiem. Jeszcze przed tym pamiętnym dniem słyszałem, jak tak zwani „prości ludzie” mówią: „Dawniej jeździli po instrukcje do Moskwy. Teraz jeżdżą do Tel Awiwu”.

W zasadzie mamy tutaj kilka spraw. Jedną z nich jest przykra świadomość, że Polska to państwo słabe, które w końcu musiało (a musiało?) ugiąć się pod naciskiem i zmasowanym atakiem.

Niektórym ciężko przełknąć porażkę polskiej drużyny piłkarskiej, a to przecież tylko zabawa – wprawdzie zaangażowane są w nią olbrzymie pieniądze, ale w dalszym ciągu jest to zabawa. W przypadku przegranej po prostu paru piłkarzy nie zarobi kasy, jaką by zyskali, gdyby rozegrali jeszcze parę meczy. No i najwyżej paru kibiców wyrzuci telewizor przez okno.

W przypadku Polski jednak chodzi o życie. O to, czy będą nas szanować, czy my będziemy szanować samych siebie i czy następne pokolenia będą żyć w wolnym państwie. I czy Polska jeszcze w ogóle będzie istnieć na mapie. Świadomość, że Izrael może nam narzucać, jak ma wyglądać nasze ustawodawstwo, jest głęboko przygnębiająca i niepokojąca.

Ot, na przykład mieszkający z dziada pradziada na Litwie Polacy domagają się respektowania swoich praw i protestują przeciwko regulacjom je łamiącym. Wyobrażacie sobie, że oto Polska, która przecież graniczy z Litwą, tupnie nogą i Litwini zmieniają niekorzystne dla naszych rodaków prawo albo że otwierają i dofinansowują z państwowych pieniędzy jakieś muzeum dokumentujące historię Polaków na Litwie? Pomijam już śmielsze posunięcia, jak na przykład przyznanie prawa wyborczego Polakom (nie mówiąc już o obywatelach II RP) mieszkającym na zagrabionych Kresach. A przecież nie znaleźli się poza granicą swojego państwa z własnej woli!

Druga sprawa, to wspomniany na początku niesmak. Niesmak związany z całą tą otoczką propagandową. Moją uwagę zwrócił zwłaszcza portal, który w swojej nazwie eksponuje niezależność, a tak naprawdę powinien nosić nazwę „Tuba Propagandowa”. To, co wyprawiano w tym medium, po prostu biło na głowę najgorsze ekscesy „Gazety Wyborczej”. To nawet nie było słynne „wycofanie się na z góry upatrzone pozycje”, to było przedstawianie klęski jako wielkiego zwycięstwa! Ba! Zrobiono z tego nawet zwycięstwo nad Rosją (sic!)! Jednym słowem – traktowanie czytelników i zwykłych obywateli jako upośledzonych umysłowo debili!

Czy naprawdę nie lepiej było po prostu powiedzieć: „Tak, przegraliśmy bitwę! Ale to nie jest przegrana wojna! Walka wciąż toczy się na różnych frontach i trwa dalej”? Po prostu – „siła złego na jednego, musieliśmy ustąpić”. Przeciętny obywatel czułby może przygnębienie, ale przynajmniej wiedziałby, że traktuje się go poważnie (pomijam już, czy to w ogóle jest prawdziwy obraz sytuacji, czy może jest gorzej, niż to sobie wyobrażamy).

Niestety, media w Polsce zajmują się głównie propagandową nawalanką. Te, które wspierają rząd, nawet nie pomyślą, że dobra krytyka, a nie czołobitne kadzenie, może uchronić popierany przez nich obóz przed przyszłą klęską wyborczą, a przede wszystkim przed posunięciami, które są niekorzystne dla nas wszystkich.

środa, 27 czerwca 2018

Żydzi mogą wiele


Naprawdę wiele! Nic dziwnego, że niektóre palanty widzą ich wszędzie: w rządzie, w Kościele, w episkopacie, w PiS-ie, w PO, w SLD, w partiach lewicy, w partiach prawicy, w prezydencie Dudzie, w Komorowskim, w Kwaśniewskim, w Kiszczaku i Kaczyńskim, w Tusku i Jaruzelskim, w Szydło i Kopacz, w papieżu Janie Pawle II i w papieżu Franciszku, w prezydencie Trumpie i w kanclerz Merkel... (wpiszcie to, co i kogo tylko chcecie).

Ta cała heca z nowelizacją ustawy o IPN to najlepsza droga do budzenia nastrojów antysemickich. To także pokaz słabości państwa polskiego. To naprawdę żałosne! Gdybyż Polska miała taki wpływ na ustawy w Izraelu czy w Stanach Zjednoczonych, czy choćby Ukrainy dotyczące dawnych ziem Rzeczpospolitej! Albo choćby małej Litwy (co z polskimi nazwiskami i nazwami miejscowości?)!

Tymczasem, by coś z tego zrozumieć, polecam wywiad z dr Ewą Kurek na stronie PCh24.pl.

wtorek, 26 czerwca 2018

Krystyna Janda otwiera szampana i tylko koni żal...


Niedawne upały tak przygrzały, że niektórym chyba przydałoby się dobre chłodzenie „twardych dysków” i zwojów mózgowych, bo nie wyrabiają. Mamy jednym słowem istny sezon na głupie, głupsze i najgłupsze wypowiedzi. Jest jednak jakaś nadzieja, bo ostatnimi czasy nastąpiło ochłodzenie.

Osobiście nie lubię futbolu. Uważam tę grę za nudną i nie ekscytują mnie nawet Mistrzostwa Świata. Niech będzie, że to uraz z dzieciństwa. Jakoś w mojej pamięci utkwiło z nieznanych mi bliżej przyczyn jedno takie szczególnie nudne popołudnie, kiedy z Tatą poszliśmy do stryja, a w telewizji leciał jakiś mecz. Do dziś pamiętam charakterystyczne dźwięki gwizdków, kibicowania i głos komentatora – dla mnie było to ekstremalnie nieciekawe. Byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem. Chyba nawet jeszcze do przedszkola nie chodziłem, więc pewnie też niewiele z tego wszystkiego rozumiałem.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nigdy mi się ta ogólnopolska szajba nie udzieliła. Był taki moment. Byłem wówczas nieco starszym młodym człowiekiem i ekscytowałem się finałem piłki nożnej, ale tylko finałem – poprzedzających meczów nie oglądałem. Z jakiegoś powodu coś mi odbiło i dałem się ponieść fali ekscytacji. Potem mi przeszło i nie wróciło do tej pory.

Moja żona natomiast uwielbia takie plebejskie rozrywki i sprawia to jej dużo radości. A jako że nie mamy telewizora, jest poszkodowana. Musi wpraszać się do sąsiadów. Jeśli przy tym emocjom piłkarskim towarzyszy grill i dobre piwko moja lepsza połówka jest przeszczęśliwa.

Byłbym więc pozbawionym instynktu samozachowawczego idiotą, gdybym sobie kpił z tych emocji nazbyt szyderczo. Po prostu albo kopałbym sobie bardzo płytki grób, albo musiałbym spędzić noc na wycieraczce.
Takiego instynktu samozachowawczego są pozbawieni najwidoczniej niektórzy celebryci III RP. A to jakiś młody, lewicowy reżyser teatralny czy inny dramaturg palnie taki idiotyzm, że słuchać hadko, a i powtarzać się też tego nie da, a to pani Janda się wypowie z przerażeniem i obrzydzeniem o ewentualnym polskim zwycięstwie na mundialu, którego „nie dałoby się wytrzymać”, bo taka straszaliwa byłaby euforia, a to znowu, nie chcąc najwidoczniej byś gorsza, jakaś Manuela Gretkowska da głos, porównując piłkarzy do „apostołów w majtkach” i tym podobne bzdury. Niektórym politykom natomiast nie tylko w polityce i w historii wszystko się myli, także w piłce nożnej.

Nie chcę twierdzić, że szajba jest tylko po drugiej stronie. Nie brak jej też i po stronie fanów futbolu, którzy faktycznie klęskę swojej drużyny przeżywają tak, jakby nastąpił istny koniec świata albo jakbyśmy przegrali co najmniej jakąś wojnę, po której nic już nie będzie takie jak dawniej.

Niektóre objawy ekscytacji bywają faktycznie kuriozalne i zastanawiam się, czy nawet nie ocierają się o jakąś formę bluźnierstwa (wówczas ta nieszczęsna blond feministka miałaby nawet pewną rację). Już sam pomysł modlitwy o zwycięstwo polskich piłkarzy wydaje mi się nieco dziwny. Czy jest to faktycznie aż tak poważna sprawa, by angażować w to niebo? Na litość! Toż to tylko zabawa! Choć trzeba przyznać, że sowicie opłacana. Jak jednak potraktować pomysł „duchowej adopcji” piłkarza polskiej drużyny na wzór duchowej adopcji dziecka poczętego? Czy modlitwa za kogoś, kto kopie piłkę i biega w tę i z powrotem, nie jest przypadkiem wzywaniem Pana Boga nadaremno? To już naprawdę lepiej poświęcić ten czas na modlitwę za jakieś nienarodzone dziecko albo za zmarłą duszę w czyśćcu!

Inne przejawy powszechnego zajoba są natomiast zabawne. Oto gdzieś ujrzałem informację o liście do Polaków żony słynnego piłkarza. Nie czytałem. Na szczęście też nasz proboszcz nie wpadł na pomysł odczytania go zamiast kazania. Świat obiegło też zdjęcie tejże samej żony pocieszającej swojego kopacza po przegranym meczu. Łezka w oku mi się zakręciła normalnie! Pomijam już kretyńskie, acz momentami przezabawne reklamy.

Dlaczego to wszystko w ogóle piszę? Otóż dlatego, że wolałbym, aby choć 20% tej ekscytacji moi rodacy poświęcili innym sportom, w które nie inwestuje się aż takiej forsy, ale które wymagają może dużo więcej trudu, czasu i poświęcenia.

Takim sportem jest na przykład jeździectwo. Smutno mi się niedawno zrobiło, kiedy w „Gazecie Wyścigowej”, wydanej specjalnie z okazji wyścigów na wrocławskich Partynicach, przeczytałem, że „w Polsce mamy trzy tory wyścigowe: warszawski Służewiec, wrocławskie Partynice i Sopot Wyścigi. To kropelka w porównaniu z Francją (ok. 250), Anglią (ok. 60) i wszystkimi krajami na zachód od nas”.

Pamiętam, jak Fredro w „Trzy po trzy” pisał wzgardliwie o umiejętnościach francuskich jeźdźców i o tym, że Polacy trzymają się w siodle tak, jakby się w nim urodzili. I oto mamy czasy, kiedy w Polsce są jedynie trzy tory wyścigowe, a we Francji ok. 250!

sobota, 23 czerwca 2018

Ukradziona pamięć


Pisałem tutaj przed paroma dniami o jednym z „ojców założycieli III RP”, który wyrażał swój „niesmak” dzisiejszą polską młodzieżą. Bezczelność tego pana i brak jakiegoś elementarnego poczucia wstydu, zważywszy na jego własną młodość, to coś wprost niewiarygodnego. A przynajmniej powinno tak to być postrzegane, gdyby nie fakt, że przez ćwierć wieku urabiano polską opinię publiczną w taki sposób, by ją kompletnie znieczulić na takie postawy.

Ostatnie odkrycie Wojskowego Biura Historycznego pokazuje, dlaczego ci panowie (i panie) mogą się czuć tak bezkarnie. Jeśli jeszcze stosunkowo niedawno, bo w roku 2009 niszczono akta PRL-owskich służb, które mogłyby dać nam pełniejszą wiedzę o tamtych czasach, to z pewnością dawni towarzysze, z niewielkimi wyjątkami, mogą spać spokojnie. Proces czyszczenia twardych dysków pamięci narodowej przebiegał niezakłócony w czasach, w których teoretycznie nic takiego nie powinno się zdarzyć. Czy w tej sytuacji dziwi kogokolwiek, że opozycja broni SB-eckich emerytur?

piątek, 22 czerwca 2018

XXI wiek – wiek zaćmienia rozumu


Wyobraźmy sobie taką sytuację z filmu science-fiction: oto statek kosmiczny, na którego pokładzie znajdują się badacze i naukowcy, po nawiązaniu kontaktu ląduje na odległej planecie, którą odkryto na obrzeżach znanego wszechświata.

Planetę zamieszkują istoty inteligentne, które stworzyły dość rozwiniętą cywilizację i właśnie zaczynają powoli eksplorować kosmos. Pod tym ostatnim względem cywilizacja ta jest jeszcze nieco zacofana, a to dlatego, że nie potrafi pokonać bariery prędkości światła. Rozwija się jednak błyskawicznie, osiągnięcia w dziedzinie komunikacji, medycyny, technologii i ogólnie nauki, jak na ten etap rozwoju, są dość imponujące.

Naukowcy ze statku kosmicznego powoli poznają ten nowy świat. Interesuje ich oczywiście wszystko – geologia, geografia, fauna i flora, zjawiska atmosferyczne, ale najbardziej zamieszkujący tę planetę obcy i ich kultura i cywilizacja.

Po jakimś czasie, kiedy badaczom udaje się opanować kilka najbardziej dominujących języków w tym nowym świecie i zagłębić w zapisy dotyczące przeszłości i teraźniejszości, eksploratorzy przeżywają swoisty szok poznawczy. Otóż okazuje się, że cywilizacja, którą badają, jest w stosunku do swojego rozwoju technicznego pod względem moralnym znacznie zacofana. Stopniowo i z przerażeniem załoga misji międzyplanetarnej odkrywa zadziwiające barbarzyńskie praktyki, które w tych rozwiniętych społeczeństwach chronione i sankcjonowane są odpowiednimi ustawami. Ba! Ogólnoplanetarne zgromadzenia obcych wręcz domagają się respektowania tych praktyk, a nawet karzą tych, którzy się im przeciwstawiają.

Zdumiewający jest także dla załogi statku fakt, że te barbarzyńskie obyczaje, których ofiarą padają niewinne i bezbronne istoty zamieszkujące tę planetę, były niegdyś w rzeczywistości... zabronione. Tak więc wraz z rozwojem techniki nastąpił regres moralny. Co gorsza, właśnie ten rozwój nowoczesnej, jak na ten etap, techniki i nauki z racjonalnego punktu widzenia powinien potwierdzić wręcz te zasady moralne, które obcy w jakimś obłędzie odrzucają. Jakby byli całkowicie ślepi na to, co nauka mówi im o nich samych, jako istotach inteligentnych. Oni nawet uważają, że ten regres to w rzeczywistości progres!

Badacze misji kosmicznej stają przed dylematem: nie ingerować w rozwój, czy raczej zacofanie, jakie zapanowało na tej planecie czy też ingerować, by ocalić niewinne istoty, które masowo są na niej zabijane. Wysyłają raport specjalny na swoją rodzimą planetę i czekają na decezyję.

Scenariusz filmu fantastycznego? Science-fiction? Skądże! Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Żyjemy w prawdziwych wiekach ciemnych. Świat ogarnął jakiś obłęd, który trudno jest wytłumaczyć racjonalnie, jeśli nie uwzględni się czynnika diabolicznego.

Jak to bowiem wytłumaczyć, że w XXI wieku, przy tak ogromnym rozwoju nauk medycznych, rozwoju psychologii i psychiatrii, metod leczenia zaburzeń psychicznych, może się szerzyć taki zabobon, jakim jest ideologia gender?! Że nauczyciele akademiccy, którzy ośmielą się ten zabobon krytykować, mogą utracić pracę i dostać wilczy bilet?

Jak to wytłumaczyć, że nawet małe dzieci okalecza się w imię tej szalonej ideologii, że chłopców przebiera się w sukienki, a dziewczynki w chłopięce ubranka?

Jak to wyjaśnić, że po wiekach doświadczeń i udokumentowanej historii, doszliśmy do etapu, na którym rozbija się tradycyjną rodzinę, zrównując z nią związki homoseksualne, a nawet propagując możliwość związków poligamicznych, nie zważając na to, że osłabia się w ten sposób, a nawet wręcz niszczy podstawy każdego zdrowego społeczeństwa? Czy naprawdę historia niczego nie uczy, jeśli już w ogóle nie uwzględnia się kwestii moralnych?

Jak to uzasadnić, że w cywilizacji, w której dzięki osiągnięciom nauki, można udokumentować rozwój życia ludzkiego praktycznie od chwili poczęcia do samych narodzin, propaguje się i wciela w życie prawo do mordowania najniewinniejszych z niewinnych istot ludzkich, jakim jest prawo do aborcji, a nawet argumentuje się, że jest to podstawowe prawo kobiety??!

Jak to w ogóle zrozumieć, że w tej samej cywilizacji, w której lamentuje się nad rozdzielaniem dzieci od rodzin nielegalnych imigrantów, jednocześnie z kieszeni podatnika finansuje się handel żywym towarem, jakim jest in vitro, a tego rodzaju pomysły popierają nawet politycy uważający się za szanujących Prawo Boże konserwatystów?

Jak to pojąć, że w tej cywilizacji, w której postęp w naukach medycznych umożliwia podtrzymywanie przy życiu osób, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu byłby skazane na śmierć – i to zarówno tzw. „wcześniaków”, jak i osoby w wieku podeszłym – jednocześnie jako prawo uchwala się eutanazję, czyli wspomagane samobójstwo, a pomocnikiem Tantosa staje się lekarz, czyli ten, który życie powinien ratować?

Smród siarki czuć aż nadto wyraźnie. Kiedy świat się opamięta? Czy jeszcze wróci do rozumu?

wtorek, 19 czerwca 2018

Z życia mikrobów XXVI: Dał młodzieży przykład Balcerowicz, jak zwyciężać mamy


Od czasu do czasu ojcowie założyciele III RP, która przyczyniła się do rozkwitu nowej, czerwonej arystokracji – jak ludzka huba żerującej na Polsce, raczą nas swoimi złotymi myślami, które płyną z ich ust, jak miód ze świeżego plastra. Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy, gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. A zmierzamy obecnie do... dyktatury.


Tako przynajmniej rzecze Leszek Balcerowicz. I w tym przypadku jego słowa nie są jak miód, ale mają posmak piołunu. Bo też ojcowie założyciele, niczym starotestamentowi prorocy, nie tylko miłe rzeczy prawią, ale również niemiłe i niepopularne, które przeszywają duszę jak miecz obosieczny. Z ich marsowego czoła nie schodzi wówczas wyraz zatroskania i niepokoju o los naszej ludowej ojczyzny.


Tym razem Leszek Balcerowicz zatroskał się o młodzież polską, wyrażając przy tym szacunek dla młodzieży rosyjskiej, która „odważnie staje przeciwko dyktaturze Władimira Putina”. Polska młodzież powinna spuścić oczy ze wstydu, a najlepiej zapaść się pod ziemię. Ojciec założyciel jest bowiem rozczarowany jej postawą: „Muszę przyznać, że z jakimś niesmakiem patrzę na zachowanie młodego pokolenia Polaków” – rzecze profesor i marmurową, a może spiżową dłonią poprawia okulary na nosie.


Powodów może być kilka, a nawet trzy tego niesmaku. A tym trzecim jest to, że polska młodzież, która tak bardzo rozczarowała profesora, nie odróżnia „dyktatury, czy zmierzania do dyktatury, od demokracji, państwa prawa”.


Ojciec założyciel, Leszek Balcerowicz, wie, co mówi. W końcu sam należał do nonkonformistycznej młodzieży w czasach PRL-u. On wówczas potrafił odróżnić „dyktaturę proletariatu” od demokracji, a nawet prawdziwą „demokrację ludową” od fałszywej demokracji burżuazyjnej, która oznaczała ucisk i wyzysk klasy pracującej miast i wsi. I dlatego, jeśli wierzyć Wikipedii, jako młody człowiek, bo w wieku 22 lat, wstąpił do partii komunistycznej, której członkiem był od roku 1969 do 1981.


To zapewne ten „nonkonformizm”, praktykowany w najbardziej nonkonformistycznej organizacji tamtych czasów, i świadomość, czym jest demokracja, a czym dyktatura, umożliwiły towarzyszowi Balcerowiczowi studia w Nowym Yorku w latach siedemdziesiątych. Wskażcie mi bowiem takiego młodego idiotę (albo „złodzieja”, jak powiada złotousta kramarka III RP, a obecnie pani komisarz ludowa w eurokołchozie), który mógłby wówczas, w czasach PRL-u, studiować w Stanach, nie potrafiąc jednocześnie dokonać tak oczywistej dystynkcji pomiędzy „demokracją” a „dyktaturą” i wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


Wstyd, polska młodzieży, wstyd! Poprawcie się, bo ojciec założyciel znowu plunie jadem!


sobota, 16 czerwca 2018

Rzecznik Praw Niektórych


Nie wiem, czy w „Najwyższym Czasie” jest w dalszym ciągu dział „Postępy postępów”, ale chyba w ostatnich czasach mamy taki zalew postępowych niebezpiecznych kretynizmów, że ten dział nie nadążyłby z ich drukowaniem, słowem: najwyższy czas zacząć się bać.

Ot, na przykład irlandzki premier po uchyleniu ósmej poprawki do konstytucji już zapowiedział, że szpitale katolickie nie będą mogły odmówić wykonania aborcji, czyli mówiąc wprost – zamordowania w warunkach klinicznych nienarodzonego człowieka (notabene, dzięki, Bono, za Twój współudział w tej zbrodni, możesz dalej śpiewać swoje słodkie piosenki o Jezusie, po prostu: „Peace, man!”). W Australii z kolei na poważnie rozpatruje się zmianę prawa tak, by zmusić księży do złamania tajemnicy spowiedzi. Można to skwitować stwierdzeniem: tam, gdzie uchyla się prawa Boże, wolność kwitnie tak, że aż chwyta za gardło i nie puszcza.

Także u nas, choć Polska w sposób szczególny doświadczyła koszmaru totalitaryzmów i jej przeciętny mieszkaniec powinien być wyczulony na wszelkie nieodpowiedzialne i groźne dla życia brednie, nie brak takich, którzy chcą się znaleźć w czołówce postępowej ludzkości. Z pewnością pragnie w niej być Adam Bodnar, rzekomo Rzecznik Praw Obywatelskich, a tak naprawdę Rzecznik Praw Niektórych.

Niedawno media obiegła wiadomość, że drukarz, który odmówił druku materiałów LGBT, został uznany przez Sąd Najwyższy za winnego. Sąd wydał „salomonowy” wyrok, bo jednocześnie odstąpił od nałożenia na drukarza grzywny. Wyrok skandaliczny, bo naruszający podstawowe wolności i prawa człowieka, choć z drugiej strony, jeśli dobrze się orientuję (a nie zamierzam udawać znawcy w dziedzinie prawa), opiera się on o prawo, które powstało jeszcze w czasach PRL-u.

Jeśli słuszne jest moje przypuszczenie (a nawet jeśli jest to prawo uchwalone później), to normalny Rzecznik Praw Obywatelskich powinien zasugerować zmianę przepisów, a konkretnie art. 138 Kodeksu Wykroczeń, aby zagwarantować wolność zarówno działalności gospodarczej, jak i wolność sumienia (Ordo Iuris zwraca uwagę na niebezpieczeństwo wykładni Sądu Najwyższego dla tych wolności właśnie, które gwarantuje konstytucja – notabene gdzie te protesty KOD-ziarzy? Konstytucja! Konstytucja!).

Tymczasem jednak mamy Rzecznika Praw Niektórych, a nie Obywatelskich, gdyż jego reakcja jest taka: „Orzeczenie SN potwierdza, że usługodawca nie ma prawa kategoryzowania czy selekcjonowania klientów wyłącznie w oparciu o ich cechę osobistą. W wyjątkowych przypadkach wolność sumienia i wyznania uzasadnia odmowę świadczenia usługi, ale wydrukowanie roll-upu z logotypem fundacji nie jest takim wyjątkowym przypadkiem”.

Tak więc nasz Rzecznik Praw Niektórych stwierdza, że jako osoba prowadząca prywatny biznes mogę odmówić wykonania usługi tylko w „wyjątkowym przypadku”! Zakładam, że ów drukarz uważa promowanie homoseksualizmu za zło, jest to sprzeczne z jego sumieniem, ma poczucie, że współuczestniczyłby w promowaniu tego zła, gdyby zgodził się wydrukować czy to logo czy jakieś inne materiały promujące sodomię, ale Rzecznik Praw Niektórych uważa, że jest to „kategoryzowanie (...) wyłącznie w oparciu o (...) cechę osobistą” klienta! Czy jeśli przyjdzie do niego lub innego drukarza ktoś ze zleceniem wydrukowania materiałów pornograficznych, a drukarz odmówi, to też jest to „selekcjonowanie” ze względu na „cechę osobistą” czy już „wyjątkowy przypadek”? Co to za bzdury!

Adam Bodnar, czyli Rzecznik Praw Niektórych, powinien podać się do dymisji i przestać sprawować urząd, który piastuje, bo uzurpuje sobie miano, które mu nie przysługuje i wprowadza w błąd publikę. Nie potrafi też dostrzec zagrożeń dla podstawowych praw człowieka, w tym przypadku wolności sumienia i wypowiedzi, jak i wolności prowadzenia działalności gospodarczej. Zamiast bronić obywatela i jego praw, broni tak naprawdę obłędnej ideologii, która dąży coraz bardziej do łamania sumień i wolności wypowiedzi, a nawet wdziera się w życie rodzin, naruszając prawo rodziców do wychowania własnych dzieci.

sobota, 9 czerwca 2018

Dawid przeciwko 52-głowemu Goliatowi


Aż 52 przedstawicieli obcych państw poparło tzw. „paradę równości”, która ma się odbyć w Warszawie. Można się zastanawiać, czy nie jest to ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski. Można się też zastanawiać, czy naprawdę powinna cieszyć nas obecność wojsk NATO na terenie naszego kraju. Kto wie – może kiedyś (może już niedługo?) zostaną użyte one po to, aby zapewnić, że nad Wisłą też zapanuje „równość” i „wolność”.

Świat stacza się w kolejny totalitaryzm i widać to właściwie gołym okiem. Obłęd, jaki ogarnia ludzkość, jest czymś, w co jeszcze w latach osiemdziesiątych trudno byłoby tak naprawdę uwierzyć. W tym nowym totalitaryzmie cenzura będzie się nazywać zwalczaniem „mowy nienawiści”, brak wolności wypowiedzi będzie określany poszanowaniem tzw. „mniejszości seksualnych”, brak wolności religijnej – poszanowaniem innych religii. Na uniwersytetach ideologia gender już pełni rolę łysenkizmu, a kto ją podważa, może stracić pracę i dostać wilczy bilet.

Prawo do mordowania najbardziej bezbronnych istot ludzkich już się określa prawem kobiet do własnego ciała. Zabijanie staruszków w szpitalach to tzw. „godna śmieć”. Walka o prawo do zabijania spowijana jest w kolorowe opakowanie w wesołych kolorach (jeśli nie liczyć diabolicznych czarnych marszy) – serduszko, buzia z uśmiechem i hasło „Repeal the 8th” w Irlandii.

I tylko gdzieś tam na obrzeżu młody człowiek z zespołem Downa mówi, by głosować przeciwko uchyleniu ósmej poprawki, by inni, tacy jak on, mogli żyć. Ale kto się będzie nim przejmować? Już przecież niedługo takich jak on w Irlandii też nie będzie, podobnie jak nie ma już ich prawie w Islandii – wymorduje się ich, nim w ogóle będą mieli szansę się narodzić. W końcu po co jest ta cała nowoczesna technologia, która umożliwia wykrywanie wad już u nienarodzonego dziecka? Po co nowoczesne szpitale i kliniki? Przecież nie po to, aby się potem zajmować „downami” i zapewniać im stosowną opiekę!

Także ci, którzy dzisiaj mają mniej niż 60-50 lat powinni się szykować na to, że nie umrą śmiercią naturalną. Ktoś nam wyłączy respiratory, ktoś wstrzyknie do żył odpowiednią miksturę, byśmy mogli „godnie” odejść z tego świata.

Poparcie dla tzw. „parad równości” to tak naprawdę poparcie dla niszczenia tradycyjnej rodziny, która jest podstawą każdego silnego państwa i każdej silnej i zdrowej cywilizacji. To także atak na katolicyzm, bez którego Europy by po prostu nie było. Tak naprawdę to zagrożeniem dla Europy (i świata Zachodu) nie są hordy najeźdźców z krajów muzułmańskich, ale barbarzyńcy w instytucjach europejskich. To oni niszczą Europę. Ci muzułmańscy najeźdźcy, zamaskowani pod nazwą „uchodźców”, tak naprawdę tą Europą gardzą, bo z prawdziwej Europy zostały w niej tylko ruiny. Oni widzą, że ten piękny, kolorowy miraż jest jedynie iluzją, pod nią kryje się zgnilizna, rozkład i trupie truchło, które rozsypie się, gdy je dotknąć palcem i wpuścić trochę świeżego powietrza.

Polska mogłaby odegrać rolę bastionu Europy, broniąc tego, co tę Europę przez wieki tworzyło i budowało. Polska mogłaby być Dawidem, który staje naprzeciwko pysznego Goliata. Niestety, ze smutkiem myślę, że nic takiego się nie stanie. Aby Polska stała się Dawidem, musiałaby „bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Gdy patrzę na polską tzw. „prawicę”, myślę, że nie ma na to szans. Ponoć Patryk Jaki, „prawicowy” kandydat na prezydenta Warszawy, nie tylko planuje dofinansowywać in vitro z kieszeni podatnika, ale też nie będzie walczył z homoseksualną tęczą. Widać uznał, że „etap”, o którym kiedyś mówił niejaki Misio Kamiński – też przecież twardy „konserwatysta”, już nadszedł i że Polska jest nań gotowa.

piątek, 8 czerwca 2018

Czy żyjemy w państwie policyjnym?


Byłem dzisiaj odebrać nowy dowód osobisty. Cała procedura przebiegła szybko i sprawnie. Podobnie było przy składaniu wniosku. Nie wiem, czy tak tylko szczęśliwie trafiłem, ale w obu przypadkach nie było kolejek.

Wszystko fajnie i pięknie, pytanie tylko: po co w ogóle traciłem czas wybierając się do urzędu miejskiego? Mój dowód utracił ważność kilka miesięcy temu. Nie spieszyłem się, bo do niczego nie był mi potrzebny, a do wyjazdu na wakacje miałem paszport. Poza tym nie miałem nic innego do załatwienia w pobliżu urzędu, więc szkoda mi było czasu.

W międzyczasie słyszałem jakieś straszliwe historie o karach finansowych za niewyrobienie nowego dowodu i o niemożliwości załatwienia bez niego niektórych spraw. Miałem tego drobny przykład w pewnym banku, o którym mam bardzo negatywną opinię (nawet „banksterzy” to zbyt łagodne określenie na ich bezczelność i jednocześnie brak kompetencji), a do którego od czasu do czasu muszę się udać z żoną, by podpisać dokument lub dwa. Tym razem byłem sam, bo żona swój podpis złożyła wcześniej. Pani poprosiła mnie o dowód tożsamości. Kiedy wyciągnąłem i podałem jej paszport, zakłopotana spytała, czy nie mam dowodu. Myślałem, że zabiję ją śmiechem, ale uratowała ją przełożona, która – uprzedzona najwidoczniej przez moją żonę o moim negatywnym nastawieniu do tego banku – szybko się wtrąciła i powiedziała, że wszystko jest w porządku.

Tak więc chcąc nie chcąc złożyłem wniosek i stałem się szczęśliwym posiadaczem kolejnej plastykowej karty w mojej kieszeni. I jeszcze raz zadam to pytanie: po co? Dlaczego potwierdzeniem mojej tożsamości nie może po prostu być prawo jazdy? Zawsze jako drugi dokument mogę przedstawić paszport, który pozwala mi przecież podróżować po świecie. A czy rachunki za prąd lub telefon nie mogą być dodatkowym poświadczeniem mojego adresu w przypadku załatwiania np. nowego konta w banku?

Po co więc ta cała biurokracja? Po co wywalanie pieniędzy na produkowanie plastykowych kart, robienie zdjęć, zatrudnianie urzędników, którzy przyjmują, stemplują, drukują, wprowadzają do systemu itp., itd.? A przypomnijmy, że szanowni posłowie znaczną większością głosów utrzymali do tego jeszcze obowiązek meldunkowy, który jest najzwyczajniej w świecie czystą fikcją (swoją drogą jestem ciekaw, jak głosował Grzegorz Schetyna, który niegdyś sugerował zniesienie tego anachronizmu). Założę się, że każdy z nas zna dziesiątki osób, które nie mieszkają tam, gdzie są zameldowane, i nie zmieniają tego, bo po prostu szkoda im czasu na chodzenie do urzędów i załatwianie tego wszystkiego. I założę się, że możliwość złożenia wniosku przez Internet niczego tutaj nie zmieni.

Czemu w ogóle służy obowiązek meldunkowy? Przecież nie identyfikacji przestępców, bo oni mają to głęboko w poważaniu. Można powiedzieć, że ma jakiś sens w przypadku obcokrajowców, ale po co wobec obywateli własnego kraju? Czyżbyśmy żyli w państwie policyjnym? Może nie, ale opiekuńczym na pewno – z tej troskliwości nas po prostu udusi, tak nas kocha i tak bardzo chce o nas wszystko wiedzieć.