piątek, 16 listopada 2018

O niezwykłości rzeczy zwykłych i literaturze, która wiedzie do Kościoła katolickiego

Przytoczyłem już na swoim blogu dwa krótkie fragmenty z autobiografii wybitnego poety i pisarza XX-wiecznego, George’a Mackaya Browna. Nie mogę się oprzeć, by nie zacytować jeszcze przynajmniej jednego dłuższego fragmentu, gdyż nieodmiennie urzeka mnie on swoim pięknem (mam nadzieję, że mój niezdarny przekład odda choć cień tego piękna).

G. Mackay Brown, pochodząc z rodziny prezbiteriańskiej, nawrócił się na katolicyzm, co jest chyba rzeczą dość niezwykłą, wziąwszy pod uwagę środowisko, w jakim się wychowywał i obracał. Niebagatelną rolę musiała tutaj odegrać poetycka wrażliwość samego twórcy. Nie było to szybkie nawrócenie, jak w przypadku św. Pawła czy XX-wiecznego francuskiego dziennikarza Andre Frossarda. To nawrócenie trochę się przeciągało. Jak pisze sam autor:

„Jednak żaden Szkot nie podejmuje pochopnych działań. Zwlekałem latami w tym stanie uznawania katolicyzmu, jednocześnie nie robiąc w tej sprawie nic. W szkockim mieście Dalkeith w pobliżu miejsca, w którym studiowałem w latach 1951/52, poszedłem dwa lub trzy razy na Mszę i byłem rozczarowany – zgubiłem się w Mszale, pośród długich chwil milczenia i szeptów; a pieśni i wierni ze swoimi paciorkami byli dla mnie czymś dziwnym. Nabożeństwo kobiet z klasy robotniczej wzruszało mnie: tutaj znajdowały piękno i pokój pośród szarego życia.
Jednak czułem, że mimo wszystko to tutaj był Kościół, który został założony na Skale.
I wciąż zwlekałem przez kolejne dziesięć lat.

W końcu to literatura zburzyła moje ostatnie linie obrony. Istnieje wiele sposobów wejścia do owczarni, dla mnie to piękno słów otworzyło bramę:

Love bade me welcome; yet my soul drew back,
Guilty of dust and sin…

Piękno przypowieści Chrystusa było nieodparte. Jak mogłoby być inaczej, kiedy tak wiele z nich dotyczy orki, czasu siewu i żniw, a Jego słuchacze w większości byli rybakami? Mieszkam na wyspach, które były uprawiane od wielu wieków; wokół mnie w lecie są szeleszczące pola zbóż, które zmieniają się z zielonych w złote. „Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze...” Słowa te były rozkoszą i objawieniem, kiedy po raz pierwszy je zrozumiałem. A przy przystaniach i miejscach cumowania w każdej wiosce i na każdej wyspie są łodzie rybackie i codzienni śmiałkowie wyprawiający się na niebezpieczny zachód, zapatrzeni w horyzont i smakujący sól rybacy („Podobne jest królestwo niebieskie do sieci...”, „Uczynię was rybakami ludzi...”). żywioły ziemi i morza, które uważaliśmy za tak nudne i zwykłe, zawierały obfitość i tajemnicę nie z tego świata. Teraz patrzyłem innym okiem na tych dostarczycieli chleba i ryb; a kiedy zacząłem w końcu pracować jako pisarz, to te heroiczne i prastare zajęcia dostarczały najbogatszej metaforyki, najbardziej ekscytującego symbolizmu.
To, że mozół rolnika staje się w czasie Mszy Corpus Christi było dla mnie tak cudowne, że brakowało słów i wciąż tak jest. To, że jednym z tytułów papieża jest Rybak, co jest uznaniem jego następstwa po Szymonie Piotrze, rybaku, było dodatkową rozkoszą dla umysłu i ducha – i wciąż jest”.


George Mackay Brown, For the Islands I Sing (tłum. Własne)

czwartek, 15 listopada 2018

O wyjątkowości Kościoła katolickiego

Żyjemy w czasach kryzysu Kościoła katolickiego. Ktoś stwierdził gdzieś, że Kościół katolicki tak naprawdę jest cały czas w kryzysie. Z pewnością jednak bywają chwile, kiedy ten kryzys się nasila i przybiera rozmiary zatrważające... I tak zdaje się być dzisiaj, choć nie wszyscy to dostrzegają, a nawet prawda o tym kryzysie jest sączona wiernym ostrożnie i powoli, aby przypadkiem się nie zorientowali, że dzieje się coś złego. Nie należy się jednak trwożyć, a można nawet znaleźć w tym fakcie pociechę, bo nie pierwszy i nie ostatni raz Kościół przeżywa takie wstrząsy.

Cytowałem już wczoraj drobny fragment książki szkockiego poety i pisarza katolickiego George’a Mackaya Browna. Dzisiaj kolejny drobny cytat. Przypomnę tylko, że Mackay Brown nawrócił się na katolicyzm i to nawrócił się pod wpływem literatury. Okazuje się, że do jego konwersji przyczyniły się nawet książki wrogie katolicyzmowi. W swojej autobiografii For the Islands I Sing autor tak opisuje swoją reakcję na jedną z takich protestanckich książek, gdy czytał o tym, jak papieże przeczyli sobie nawzajem:

To, że taka instytucja jak Kościół rzymski – ze wszystkimi swoimi ludzkimi wadami – przetrwała przez niemal dwa tysiące lat, kiedy partie, frakcje i królestwa przebrzmiały i wygasły, wydawało mi się niezwykle cudowne. Jakaś tajemnicza moc wydawała się zachowywać ją przeciwko atakom i erozji czasu.

G. Mackay Brown tak naprawdę powtarzał tutaj spostrzeżenie H. Belloca, który również podkreślał tę wyjątkowość Kościoła na tle innych instytucji i organizacji ludzkich – niezmienne jego trwanie na przestrzeni wieków, kiedy tak po ludzku rzecz biorąc już dawno powinien się rozsypać i pozostać jedynie wspomnieniem na kartach historii.


środa, 14 listopada 2018

Nigdy nie będzie dobrego społeczeństwa...


„Niemal każdy inteligentny młody człowiek jest socjalistą i spogląda w przyszłość lśniącymi oczami; z pewnością możliwe jest, bez wątpienia upragnione jest ustanowienie dobrego społeczeństwa. Stalin i Mao mieli także lśniące, niewinne oczy w wieku dwudziestu lat. To, czego nigdy się nie bierze pod uwagę, to coś, co uważaliśmy za jałowy, wymyślony przez księży przesąd – Upadek człowieka. Nigdy nie będzie dobrego społeczeństwa, zbyt wiele jest skaz w ludzkiej naturze. W najlepszym przypadku możemy powstrzymywać społeczeństwo przed byciem całkowicie złym, budującym Belsen i Gułagi. Nawet w chwili, kiedy to piszę, bliźni robią straszne rzeczy bliźnim w Bośni, Burundi, Haiti, Afryce Południowej. Mimo powszechnej edukacji, mimo demokracji parlamentarnych diabeł, jak lew ryczący krąży”.

George Mackay Brown, For the Islands I Sing (tłum. własne)

wtorek, 13 listopada 2018

Gietrzwałd 1877 – nowy film Grzegorza Brauna już w realizacji!


Pisałem już na tym blogu o książeczce Grzegorza Brauna Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne. Niech nikogo nie zmyli zdrobnienie: „książeczka”, bo choć rzecz to niewielka, to ma siłę skondensowanego materiału wybuchowego. To lektura, która powinna stać się lekturą obowiązkową każdego myślącego katolika.


Jednak Grzegorz Braun postanowił nie poprzestać na samej książce i jest w trakcie realizacji filmu poświęconego Gietrzwałdowi. Z pewnością będzie to rzecz niezwykła i nietuzinkowa, tak jak niezwykła jest zarówno książka, jak i wszystkie poprzednie filmy tego reżysera, które mają swój niepowtarzalny i rozpoznawalny charakter.


Znakomity film Luter i rewolucja protestancka nie otrzymał chyba do tej pory żadnej nagrody (zgodnie z moimi przewidywaniami). Książeczka Gietrzwałd 1877 pewnie niestety również nie doczeka się uznania na żadnych targach czy to książki katolickiej, czy historycznej. Już te dwa przykłady pokazują, że rynek książki i dystrybucja filmów są tak formatowane, by nie promować treści wartościowych, choć może dla przeciętnego czytelnika i widza kontrowersyjnych, bo wychodzących poza utarte schematy myślowe.


Pisałem już tym, że film o rewolcie protestanckiej odniósł sukces, mimo że nie był w żaden sposób dofinansowywany z budżetu państwa. Duża to zasługa tych widzów (potencjalnych widzów przecież wówczas), którzy zaufali i postanowili wesprzeć ów dokument z własnej kieszeni dobrowolnie i świadomie.


Obecnie jest możliwość wsparcia realizacji filmu o Gietrzwałdzie. Więcej informacji (wraz z numerami kont) można znaleźć na stronie www.gietrzwald1877.pl



poniedziałek, 12 listopada 2018

Pałac Kultury i Nauki – niech zniknie naprawdę!


Tadeusz Konwicki, pisarz i reżyser, do którego twórczości czuję wciąż dużą słabość i sentyment, choć jego wyborów życiowych nie rozumiem, umieścił m.in. w Lawie Pałac Kultury i Nauki jako symbol zniewolenia Polski. To zadziwiające, że do tej pory jest to chyba najbardziej rozpoznawalna budowla kojarząca się ze stolicą. Chyba nawet kolumna Zygmunta nie jest tak często przywoływana. Szkoda, że właśnie na setną rocznicę odzyskania niepodległości Polski pałac nie zniknął z krajobrazu Warszawy.

W swoim ostatnim wpisie wspomniałem o spocie z Melem Gibsonem. Teraz okazuje się, że twórcy tego filmiku muszą (?!) się tłumaczyć (po co?) ze zniknięcia charakterystycznej – stalinowskiej przecież! – budowli z panoramy Warszawy w ich produkcji. Dla mnie to zniknięcie (obojętnie jakie względy przyświecały twórcom) jest bardzo symboliczne – tak właśnie powinna wyglądać współczesna stolica Polski, oczyszczona z tego, co świadczyło przez tyle dziesięcioleci o braku wolności, o podporządkowaniu obcemu mocarstwu i złowrogiej, antyeuropejskiej i antychrześcjańskiej ideologii. Niech Pałac Kultury i Nauki, niech ten podarunek Stalina pozostanie już tylko w literaturze i filmie, jak koszmar z przeszłości. Niech wreszcie zniknie naprawdę z krajobrazu Warszawy! Szkoda, że nie stało się tak na setną rocznicę odzyskania niepodległości.

sobota, 10 listopada 2018

Wielka improwizacja i powrót do domu z Melem Gibsonem


Ostatnie doniesienia na temat obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę są pocieszające. Narodowcy doszli do porozumienia z prezydentem i rządem, odbędzie się wspólny marsz, będzie wspólne świętowanie. Miejmy nadzieję, że odbędzie się bez incydentów, choć wygląda na to, że są tacy, którzy mają ochotę zrobić z tego za wszelką cenę jakąś rozróbę i nie chodzi tylko o panią prezydent Warszawy (swoją drogą: to są „Obywatele RP”? Naprawdę? „RP” musi tu chyba oznaczać coś zupełnie innego niż to, z czym się większości Polaków kojarzy).

Z drugiej strony nie sposób uciec przed myślą, że to wszystko wygląda na jedną wielką improwizację. Czy na przykład naprawdę nie można było spokojnie usiąść do stołu już choćby dwa lata temu lub nawet rok temu i porozumieć się co do wspólnych uroczystości, zaplanować wszystko dokładnie, przewidzieć różne scenariusze, pomyśleć o tym, jak zapobiec możliwym próbom zakłócenia przebiegu święta?

Inny przykład: Krucjata Różańcowa chciała, by przed Marszem Niepodległości odbyła się Msza polowa. Okazuje się, że o pozwolenie biskupa poproszono dopiero w czwartek! Nie wnikam w to teraz, czy jest sens organizowania takiej Mszy. Chodzi o to, że przecież o stuleciu niepodległości wiemy nie od tego tygodnia! Piszę to naprawdę nie po to, aby komuś dokopać, a już najmniej Krucjacie Różańcowej.

Mimo wszystko życzę wszystkim i sobie radosnego świętowania odzyskania niepodległości przez Polskę! A by zrobiło się nieco weselej, obejrzyjmy sobie filmik Polskiej Fundacji Narodowej, nakręcony z udziałem Mela Gibsona, który ponoć podbija sieć:


piątek, 9 listopada 2018

Pasztet Bufetowej na radosne świętowanie


Na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości otrzymaliśmy pasztet Bufetowej.

Smutne to całe przedstawienie świadczy głównie nienajlepiej o odchodzącej prezydent Warszawy, ale także o całym środowisku, które za nią stoi. Pani prezydent, która kiedyś działała w Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, nie przeszkadzają marsze sodomitów, będące obrazą moralności publicznej i podważaniem podstaw cywilizacji europejskiej. Przeszkadza jej natomiast Marsz Niepodległości, bo jest organizowany przez środowiska narodowe, choć jest to impreza rodzinna, a tłumny udział w niej Polaków świadczy o dużym poparciu dla całej inicjatywy, mimo że partie narodowe czy nacjonalistyczne nie cieszą się szczególnie dużymi względami w wyborach. Polakom jednak to nie przeszkadza świętować razem. Pani prezydent wie mimo to lepiej, jak być powinno.

Co ciekawe, pani prezydent z uporem maniaka dalej chce jechać tym Waltzem w tłum świętujących i odwołać się od decyzji sądu unieważniającej jej zakaz. To już wygląda po prostu na jakąś obsesję.

Z drugiej strony smutny jest również fakt, że – oprócz takich działań, których celem jest ewidentnie psucie Polakom święta, a może sprowokowanie zamieszek (oby nie skończyło się to ofiarami śmiertelnymi!) – sami narodowcy i rząd nie potrafili się dogadać w sprawie wspólnych i radosnych obchodów. Nie chcę oceniać, po czyjej stronie stoi wina (choć ewidentne przechwycenie Marszu przez prezydenta po zakazie pani Waltz zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie), bo nie śledziłem zbyt uważnie doniesień medialnych na ten temat. Fakt jednak pozostaje faktem.

Tak się jakoś dziwnie składa, że akurat poczytuję sobie w wolnych chwilach Kazania sejmowe Piotra Skargi. Właśnie skończyłem czytać Kazanie wtóre, czyli O miłości ku Ojczyznie i o pierwszej chorobie Rzeczpospolitej, która jest z nieżyczliwości ku Ojczyźnie. A gdy ta cała smutna heca się rozkręcała, zacząłem czytać Kazanie trzecie, czyli O drugiej chorobie Rzeczpospolitej, która jest z niezgody domowej.

środa, 7 listopada 2018

Waltzem w Marsz Niepodległości


Przez ostatnie trzy lata nie dochodziło do żadnych awantur i zadym podczas Marszu Niepodległości. Charakterystyczne – ustały one po utracie władzy przez PO. Trochę dziwny zbieg okoliczności, nieprawdaż?


Widać taka sytuacja bardzo niektórych boli, postanowili więc na setną rocznicę odzyskania niepodległości zrobić nam prawdziwe święto – doprowadzić do eskalacji konfliktu. Pojawiały się już wiadomości o „tęczowym marszu”, a teraz wreszcie odchodząca z urzędu pani prezydent postanowiła na koniec z prawdziwym wdziękiem staranować Marsz swoim Waltzem... Niech nie będzie za wesoło! A co!


Marzyło mi się, że w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości będziemy mieli radosne obchody, że będą one przypominać nieco amerykański Independence Day wesołym świętowaniem, że może w niebo polecą fajerwerki... Nic z tego, „Europejczycy” wyraźnie dążą do wywołania ostrej zadymy, licząc na to, że Polacy będą mieli dość nieustannych awantur i konfliktów, a potem przyjedzie Waltz... to znaczy walec i wyrówna... Paweł Lisicki z „Do Rzeczy” ma rację: „Wszystkie najgorsze słowa są tu właściwe”.


Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. II


Właściwie moje wątpliwości co do książki Grzegorzewskiej zaczęły się już od wstępu o. Szymona Hiżyckiego OSB, w którym pojawia się intrygująca, acz karkołomna, teza o „obiektywności” powieści i powieści jako formie uprawiania teologii:

Powieść pokazuje nam, że to, co opisuje teologia, nie jest wcale abstrakcją odklejoną od świata, ale raczej precyzyjnym opisaniem praw nim rządzących, więcej nawet – uchwyconych w konkretnym momencie rzeczy ukrytych od jego założenia, a które przecież decydują o naszym być albo nie być. Powieść ma w tym doświadczeniu tę przewagę nad doświadczeniem potoczności, że jest obiektywna i nieskażona naszymi uprzedzeniami do ludzi bądź instytucji. Kryje zatem w sobie olbrzymie możliwości poznawcze.

Wydaje mi się, że autor ulega mniej więcej temu samemu złudzeniu, jakiemu swego czasu uległ (wciąż ulega?) Milan Kundera, gdy pisał o polifoniczności powieści. Akurat powieści Kundery wydają się mieć więcej wspólnego z relatywizmem niż z polifonicznością. Piszę to jako osoba, dla której niegdyś odkrycie Nieznośnej lekkości bycia było ogromnym przeżyciem intelektualnym i estetycznym. Dzisiaj na tamtą młodzieńczą fascynację patrzę z dużym dystansem. O. Hiżycki chyba ma dokładnie takie same złudzenia jak Kundera. Zastanawiałem się wprawdzie, czy dobrze rozumiem jego intencje, ale stwierdziłem, że będę myślał prosto: „obiektywny” to znaczy pozbawiony uprzedzeń, to zaprzeczenie subiektywizmu, to odzwierciedlenie świata takim, jakim jest.

Czy powieść jest obiektywna? Myślę, że jednak nie. Powieść jest mniej więcej tak samo subiektywna jak wiersz, może tylko poprzez nagromadzenie fikcyjnych i odmiennych postaci dawać złudzenie tej „obiektywności”, o której pisze o. Hiżycki. Cały wywód autora wstępu miał na celu przekonania czytelnika o swoistej „obiektywności” dramatu, będącego zdaniem autora „powieścią obdartą ze skóry”.

Wracając do Grzegorzewskiej muszę powiedzieć, że książkę czytałem momentami z narastającym rozdrażnieniem. Nieco złośliwie, parafrazując samą autorkę, mógłbym powiedzieć, że Szekspir nie odrobił lekcji z wykładów Agambena i nie przeczytał książki neomarksisty Waltera Benjamina o źródłach dramatu żałobnego w Niemczech. I mógłbym dodać, że z pewnością nie wpadł w zachwyt, gdy Kott porównał Króla Leara do teatru absurdu. Nie wiem również, co Szekspir powiedziałby o stwierdzeniu, że „nachodźcy” to „przykład kolejnej totalitarnej nowomowy naszych smutnych czasów” (sic!). Jakże irytująca jest ta wyższość moralna niektórych intelektualistów!

Czy to oznacza, że nie warto przeczytać książki Grzegorzewskiej? Nie, warto. Autorka z pewnością daje popis olbrzymiej erudycji. Nie śmiałbym też w żaden sposób podważać jej kompetencji i znajomości teatru elżbietańskiego czy historii literatury. Można mówić o wspomnianej wyżej błyskotliwości stylu. Jako laik odnajduję w książce Grzegorzewskiej także garść cennych informacji. Czasem drobnych, ale mających istotne znaczenie dla zrozumienia dramaturgii wielkiego Anglika. Ot choćby słynne słowa Hamleta o klasztorze. Pearce nie wspomina, że słowo „nunnery” (klasztor) miało również inny sens w mowie potocznej – wulgarny, a oznaczający burdel. To zdecydowanie zmienia nasze spojrzenie na ten znany fragment. Być może autor The Quest for Shakespeare pomija to znaczenie, bo dla czytelnika w kulturze anglosaskiej jest ono oczywiste? A może po prostu jego interpretacja (z którą niekoniecznie trzeba się zgadzać) arcydzieła nie uwzględnia tego sensu? Trudno mi powiedzieć.

Bardzo też cenię sobie te partie esejów Grzegorzewskiej, w których odnajduje ona paralele i nawiązania do Biblii. Ten trop wydaje się wręcz oczywisty, choć można się zastanawiać, czy momentami autorka nie posuwa się w swoich interpretacjach za daleko. Ale to samo mógłby ktoś zarzucić Pearce’owi. Mam poza tym wrażenie, że zarówno Pearce, jak i Grzegorzewska dochodzą momentami do podobnych wniosków. Stosując ponownie metaforę, mógłbym jednak powiedzieć, że w przypadku autorki Teologii Szekspira wrażenie jest takie, jakby doprowadziła ona nas do tego samego punktu okrężną drogą, pokazując piękne lub przerażające krajobrazy, wiodąc nas po bagnach i oczeretach, by w końcu zaprowadzić nas do punktu, do którego Pearce doszedł dużo krótszą trasą, niekiedy może tylko usuwając ostrą maczetą zarośla i chwasty, które zarosły szlak. W kilku punktach z pewnością nie byłoby między nimi zgody.

Zastanawiam się też, czy tytuł: Teologie Szekspira nie jest nieco na wyrost. Czy faktycznie mamy tu do czynienia z kilkoma teologiami, czy z dywagacji Grzegorzewskiej, zadawanych przez nią pytań i wysnutych wniosków nie wyłania się jednak jedna teologia i to – wbrew intencjom autorki, by nie opowiadać się po żadnej stronie – jak najbardziej katolicka? Jednym z przewijających się motywów, który zwrócił moją uwagę, okazuje się motyw wyrządzonego zła, krzywdy, odkupieńczego cierpienia, miłosierdzia i przebaczenia. A na to wszystko nakłada się Męka naszego Pana, Jego śmierć na krzyżu i Zmartwychwstanie, a do tego katolicka nauka o Wcieleniu i rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii. Hmm...

PS.

Warto jeszcze dodać, że sama książka, choć skromnie wydana, ma pomysłową i ładną okładkę. Takie książki z przyjemnością bierze się do ręki i z pewnością należą się tutaj podziękowania i wyrazy uznania dla o. Borysa Kotowskiego OSB, który rzecz zaprojektował.

Małgorzata Grzegorzewska, Teologie Szekspira, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, seria Homini, Kraków 2018.

wtorek, 6 listopada 2018

Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. I


Trzy książki Josepha Pearce’a na temat Szekspira i jego twórczości były dla mnie otwarciem oczu na piękno dzieł wielkiego dramaturga i poety. Gdybym miał ująć to metaforycznie, stosując jakiś obraz, to powiedziałbym, że wrażenie jest takie, jakby Pearce rozciął gruby kokon interpretacyjny narosły wokół dzieła autora Makbeta i pokazał tę twórczość, jeśli nie w stanie czystym, to niemal takim właśnie. Mógłbym powiedzieć, że lektura The Quest for Shakespeare czy Through Shakespeare’s Eyes była czymś takim, jakby ktoś przetarł zamgloną, poplamioną szybę i nagle ukazał się wyraźny obraz tego, co było jedynie rozmazaną plamą.

Stosując tę metaforykę, mógłbym powiedzieć, że lektura Teologii Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej po tych trzech książkach była dla mnie takim doświadczeniem, jakby ktoś na nowo tego „odzyskanego” Szekspira szybko zaczął motać w nowy, gruby kokon interpretacyjny. Albo jakby ktoś na tę przetartą szybę rzucał kolejne, różnokolorowe plamy, dając nam do zrozumienia, że to jest rzeczywisty obraz.

Tak się składa, że mamy znakomity przykład zarówno u Grzegorzewskiej, jak i u Pearce’a, by zilustrować, o co chodzi. Oboje przytaczają dokładnie ten sam, dobrze znany „cmentarny” fragment z Szekspira. Dla Grzegorzewskiej jest to pretekst, by mówić o „szmerze istnienia” Maritaina i zacytować Ingardena. Tymczasem Pearce w Through Shakespeare’s Eyes zauważa przede wszystkim w tej scenie wyraźne nawiązanie do poezji Roberta Southwella, a konkretnie do jego wiersza Upon the Image of Death. Dalej stwierdza, że dla publiczności w czasach Szekspira nieobce byłyby, po rozpoznaniu tej inspiracji, inne aluzje do tego wybitnego poety metafizycznego, a przy tym jezuity i świętego męczennika Kościoła katolickiego. U Grzegorzewskiej o Southwellu nie ma ani słowa, ten poeta nie jest też wymieniony nawet w bibliografii na końcu książki.

Te różnice widać także i w innych partiach tekstu. Grzegorzewska chętnie przytacza koncepcję „szmeru istnienia” neotomisty Maritaina, Pearce raczej odwołuje się bezpośrednio do św. Tomasza z Akwinu. Grzegorzewska dość często cytuje neomarksistę Waltera Benjamina (nie powiem – jego uwagi są dość intrygujące), Pearce zwraca uwagę na spór nominalistów z realistami i jego widoczne echo w arcydziełach Szekspira (autorka Teologii Szekspira wspomina o nim jedynie mimochodem); Grzegorzewska wędruje po epokach, Pearce próbuje umieścić dzieła wielkiego dramaturga w kontekście jego czasów; Grzegorzewska zachwyca się spostrzeżeniem Jana Kotta o podobieństwie Króla Leara do XX-wiecznego teatru absurdu i nurtu egzystencjalnego, Pearce wykazuje absurdalność takiego tropu...

Przy tym zaznaczam, by nie być źle zrozumianym – bibliografia Pearce’a pewnie jest nie mniej bogata niż Grzegorzewskiej, oboje autorów łączy też błyskotliwość stylu – np. sam esej „Spopielanie. Hamlet” Grzegorzewskiej jest popisem zgrabnej kompozycji z przewijającym się motywem wspomnianego już wyżej „szmeru istnienia”.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Ważny apel – azyl dla Asii Bibi

Asia Bibi to chrześcijanka, która spędziła 8 lat w więzieniu pod zarzutem bluźnierstwa. Grozi jej w Pakistanie śmierć mimo wyroku uniewinniającego. Wyznawcy „religii pokoju” chcą jej śmierci. Mamy szansę coś zrobić w jej sprawie i jest inicjatywa zaapelowania do polskich władz o udzielenie jej i jej rodzinie azylu. Więcej można przeczytać na stronie PCh24.pl. Możemy złożyć swój podpis pod petycją i zrobić dla niej choć tyle. Tutaj liczba głosów naprawdę ma sens. Nie czekaj! Podpisz!

sobota, 3 listopada 2018

Corner Shop: Niedorzeczny Szekspir Jana Kotta


Rekomendowałem już na tym blogu parę razy pisarstwo Josepha Pearce’a. Pearce, oprócz tego, że jest wykładowcą i autorem kilku ważnych książek poświęconych nie tylko Szekspirowi, ale również m.in. takim twórcom, jak Chesterton, Belloc czy Sołżenicyn, jest także redaktorem serii klasyki w amerykańskim wydawnictwie Ignatius Press. Wśród książek wydanych z tej serii jako „szekspirologa” amatora zwrócił moją uwagę rzecz jasna King Lear.

Gorąco polecam tę publikację każdej osobie, która czuje się na tyle mocna w angielskim, by spróbować lektury tego dzieła w oryginale. Przy tym rekomenduję wydanie w formie elektronicznej, gdyż ułatwia ona sprawdzanie nieznanych słów czy zwrotów bez potrzeby zaglądania co chwilę na koniec książki lub wertowania słowników (aczkolwiek w samej książce jest kilka błędów w edycji lub formatowaniu, które wydawnictwo powinno poprawić).

Zaletą tej edycji wielkiego dramatu Szekspira jest nie tylko możliwość czytania go w formie elektronicznej (gdyż staje się to już w zasadzie standardem), ale spory wybór krytyki szekspirowskiej. Mamy tutaj bowiem zarówno przykłady klasycznej recepcji Króla Leara (takich autorów, jak John Keats, Samuel Johnson czy A.C. Bradley), jak i teksty współczesnych znawców literatury angielskiej (oprócz szkicu samego redaktora wydania). Przy czym teksty współczesne rzucają snop światła na to dzieło z chrześcijańskiego punktu widzenia, co też nie jest niczym dziwnym, skoro o chrześcijaństwie, czy wręcz katolicyzmie wybitnego dramaturga angielskiego pisze redaktor wydania również w innych swoich publikacjach (o czym zresztą pisałem już na tym blogu).

Zwracam jednak uwagę czytelników na to amerykańskie wydanie Króla Leara nie tylko dla jego walorów poznawczych, to znaczy pomieszczonych tu esejów, które pozwalają zrozumieć i docenić głębię i ukryte wymiary tego arcydzieła. Podsuwam tę książkę również dla obecnego w niej wątku polskiego, a konkretnie dla krytyki takiej interpretacji Szekspira, jaką zaoferował Jan Kott, a także fatalnego wpływu tego krytyka na współczesne inscenizacje Króla Leara.

Jan Kott to pewnie dla wielu literaturoznawców, a także absolwentów filologii zarówno angielskiej, jak i polskiej, wciąż wybitny autorytet. Pamiętam, z jakim zachwytem sam niegdyś czytałem, jeszcze w podziemnych wydaniach „Zeszytów Literackich” jeden z jego sugestywnych i świetnych literacko szkiców. Ta sława zdaje się nie mijać, na co wpływ zapewne ma międzynarodowe uznanie i wpływ książki Kotta Szekspir współczesny. Ostatnio zetknąłem się z taką entuzjastyczną uwagą o tym krytyku w książce Teologie Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej (o której z pewnością nie omieszkam tutaj jeszcze napisać).

Tymczasem, czy wszyscy na Zachodzie tak bardzo ekscytują się spojrzeniem Kotta na twórczość Szekspira? Zerknijmy na dwa teksty z wydania Króla Leara pod redakcją Josepha Pearce’a.

James Bemis w swoim szkicu „King Lear on Film” przedstawia słynne filmowe wersje arcydzieła Szekspira. Pisząc o kinowej interpretacji Petera Brooka, w której główną rolę odtwarzał Paul Scofield, autor daleki jest od zachwytów, jakie można spotkać do dziś wśród polskich krytyków. Przede wszystkim zauważa, że dzieło znanego reżysera zamienia „Króla Leara w dramat egzystencjalistyczny, bez krztyny prawdziwego człowieczeństwa”. Dalej autor zwraca uwagę na wpływ Jana Kotta właśnie na taką, a nie inną wizję słynnego dramatu we wspomnianym wyżej filmie Brooka:

Być może egzystencjalizm był modny na początku lat 70-tych XX wieku, ale obecnie podejście Brooka wydaje się niemądre [w orginale: „silly”]. Co ciekawe, to spojrzenie na Leara zasugerował Szekspir współczesny, kontrowersyjna książka Jana Kotta. Kott przedstawia niedorzeczne twierdzenie, że Shakespeare był jednym z nas – nie jednym z tych zacofanych ludzi średniowiecza, ale naprawdę współczesnym facetem. Stąd wersja Leara Brooka ma modne źródła. W zgodzie z tym „postępowym” tematem Scofield przedstawia Leara jako monotonnego, ponurego i wyczerpanego. Niestety inscenizacja tej sztuki jako dramatu egzystencjalistycznego lekceważy jego oczywiste elementy odkupieńcze. A zatem, choć być może jest to Lear Brooka, to z pewnością nie jest to Lear Shakespeare’a.

Nie mniej krytyczny jest Jack Trotter w swoim eseju „Tragic Necessity and the Uncertainty of Faith in Shakespeare’s King Lear”. Autor broni tradycyjnej interpretacji Króla Leara i zauważa, że „pozostaje (...) argument nie do odparcia na rzecz poglądu, że tradycyjne odczytanie Króla Leara – takie, które uznaje jego wymiar transcendentny – oddaje większą sprawiedliwość sztuce niż dużo nowsze interpretacje, z których większość uparcie jest oddana postmodernistycznemu i (nie wprost) nihilistycznemu kulturalnemu Duchowi Czasu”. A nieco dalej stwierdza:

Mimo tego, co okazuje się w Królu Learze być opatrznościowym wzorem czyśćcowego cierpienia, po którym następuje przebaczenie, pojednanie i powrót do duchowego zdrowia, w ostatnich dziesięcioleciach krytyka usiłowała radykalnie zakwestionować tę perspektywę. Jak się wydaje ta zmiana nastąpiła na początku lat 60-tych XX wieku i w bardzo dużym stopniu odzwierciedla awangardowe niepokoje filozoficzne i artystyczne tamtej epoki. Na przykład wpływowa interpretacja tej sztuki autorstwa Jana Kotta nie odnajduje w niej tragedii w ścisłym rozumieniu, ale nową formę tragedii, w której dominującą nutą jest to, co groteskowe. Tragedia w klasycznym rozumieniu tego terminu, jak Kott prawidłowo zauważa, „jest potwierdzeniem i uznaniem absolutu”. Tragedia przynosi katharsis, podczas gdy groteska „nie oferuje jakiejkolwiek pociechy”. Król Lear w tym spojrzeniu nie  proponuje uznania absolutu ani pociechy. Shakespeare jest „nam współczesnym”, ponieważ przynajmniej w Królu Learze jego wrażliwość jest bliższa tej, jaką można odnaleźć w dramacie absurdu Becketta czy Ionesco. Dla Polaka Kotta świat Leara jest światem bezsensownego, na pozór przypadkowego okrucieństwa okupacji nazistowskiej i – następnie po niej – terroru okupacji sowieckiej.

Jakkolwiek osobiste i przesadne byłoby odczytanie Króla Leara przez Kotta, jego perspektywa gwałtownie rozprzestrzeniła się w środowisku akademickim, w którym nieco udomowiona odmiana podejścia Kotta do sztuki pozostaje konwencjonalnym paradygmatem.

William Shakespeare, The Tragedy of King Lear with Classic and Contemporary Criticisms, red. Joseph Pearce, Ignatius Press, San Francisco 2008 [wersja elektroniczna].

piątek, 2 listopada 2018

Różne święta

Niektórzy wczoraj „obchodzili spektakularnie święto zmarłych” i „czcili przodków”. My obchodziliśmy Dzień Wszystkich Świętych, a dzisiaj świętujemy Dzień Zaduszny. I ogólnie pamiętamy o świętych obcowaniu. Ot, taka „subtelna” różnica...


poniedziałek, 29 października 2018

Św. Franciszek – bohater na miarę naszych czasów?


Problem ze świętymi jest taki, że to nie tylko nietuzinkowi ludzie (a jest ich w Kościele katolickim sporo), ale także, że wszelkie próby przedstawienia ich w literaturze czy filmie rzadko kończą się powodzeniem, a przy tym zdarza się, że ich postaci są kreowane w taki sposób, by pasować do właśnie dominujących mód i poglądów.

Zazwyczaj twardzi mężczyźni, którzy porzucili wszystko dla Boga, okazują się na różnych wizerunkach postaciami, które bardziej przypominają panienki w zwiewnych sukienkach niż prawdziwych ludzi z krwi i kości. To samo zresztą dotyczy samego Chrystusa, więc cóż się dziwić, że Jego naśladowców spotyka podobny los.

Swego czasu „Fronda” próbowała przeciwstawić się takiemu wypaczeniu wizerunku wielkich świętych Kościoła katolickiego. Pamiętam serię zdjęć z jednego numeru, na których odgrywano sceny z życia męczenników, próbując pokazać brutalność cierpień, jakie ich spotkały. Podobną próbą był film Mela Gibsona, gdzie Chrystus jest przedstawiony jak twardy mężczyzna, który przyjmuje cierpienie za innych. Końcowa scena Pasji może zresztą w takim przedstawieniu męskiego Zbawiciela przypominać nawet do pewnego stopnia słynnego... Terminatora.

Taką postacią, która stała się niemal ikoną popkultury, okazuje się być m.in. św. Franciszek z Asyżu. Każdy z pewnością miał okazję zobaczyć chociaż jeden film o tym świętym lub zetknąć się z pobożnymi opowieściami na jego temat. Św. Franciszek jawi się w nich jako egzaltowany mężczyzna, który porzuca bogactwo i splendor, by zbratać się z ubogimi, zachwyca się przyrodą, traktuje zwierzęta jak równe sobie, wygłasza hymny pochwalne na cześć piękna stworzonego świata, interweniuje w wojnie świata chrześcijańskiego ze światem muzułmańskim, udając się z pokojową misją do sułtana itp., itd. W tych wyobrażeniach biedaczyna z Asyżu często bardziej przypomina średniowiecznego hippisa niż świętego Kościoła katolickiego. Jeśli nie pali trawki, to chyba tylko dlatego, że uznano by to za ahistoryczne lub wywołało oburzenie publiczności, do której taki film jest kierowany.

Sam pamiętam pewien film, w którym szczególnie uderzyła mnie scena rozmowy św. Franciszka z sułtanem. Wyznawca islamu był w nim przedstawiony jako w gruncie rzeczy kulturalny pan, który jest wyznawcą „religii pokoju”, a barbarzyńcami okazują się chrześcijańscy rycerze, którzy z bliżej nieznanych powodów postanowili najechać takich jak on ludzi. Franciszek oczywiście został przedstawiony jako ten, któremu bliższe byłoby hasło „Make love, not war” niż „Deus vult”. Czy taki obraz jest jednak prawdziwy?

Odpowiedzi na powyższe pytanie udziela Guido Vignelli w swojej książce Święty Franciszek odkłamany wydanej w serii „Biblioteka Polonia Christiana”. Udziela on zresztą odpowiedzi na szereg innych pytań, a wśród nich m.in.: Czy św. Franciszek był pacyfistą? Czy św. Franciszek był przeciwnikiem krucjat? Czy św. Franciszek był ekumenistą? Czy św. Franciszek był jednym z pierwszych ekologów? Czy św. Franciszek był nienormalny? Czy św. Franciszek występował przeciwko hierarchii? Czy św. Franciszek był przeciwko możnym?

Zaletą książki jest bogata bibliografia. Autor obficie cytuje zarówno ze źródeł franciszkańskich, jak i z dokumentów Kościoła czy historyków. Dla niektórych, którzy szukają nieco łatwiejszej lektury, ta obfitość cytatów może być nawet nieco przytłaczająca, ale przemawia ona na korzyść Vignelliego, który swoją książkę napisał przecież po to, aby odkłamać obraz świętego z Asyżu. Autor nie tylko podważa popkulturowy wizerunek Franciszka, ale obnaża także próby zafałszowania tej postaci zarówno przez protestantów i wrogów Kościoła, jak i przez samych ludzi Kościoła, którzy usiłowali przykrawać ten wizerunek do własnych wyobrażeń o świętości i religii czy panujących w ich czasach mód i poglądów.

Święty Franciszek odkłamany to lektura obowiązkowa zarówno dla tych, którzy chcą poznać i zrozumieć prawdziwego świętego Franciszka i jego duchowość, jak i zrozumieć nauczanie Kościoła, które nie podlega modom i duchowi czasu.

Guido Vignelli, Święty Franciszek odkłamany, Biblioteka Polonia Christiana, Kraków, bez roku wyd.

sobota, 27 października 2018

Minister Edukacji Narodowej oblewa egzamin


Niektórym politykom dobrze by zrobiło, gdyby pojawiali się w telewizji jak najrzadziej, jeśli pomyśli się o tym, jak łatwo potrafią się skompromitować. Choć z drugiej strony ostatnie wybory lokalne pokazują, że wyborców i tak niewiele rusza, czy ich kandydat jest totalnym kretynem, czy też np. zwykłym przestępcą.

Ostatnio popis dała była minister Edukacji Narodowej, pani Kluzik-Rostkowska, która ewidentnie ma problemy nie tylko z definicją podstawowych pojęć, ale również generalnie z historią. Z tego przedmiotu oblałaby test lub egzamin co najmniej na poziomie szkoły średniej, jeśli nie podstawowej.

Była (na szczęście) pani minister Edukacji Narodowej wzorem sowieckim dzielnie walczy z faszyzmem. Słowo „faszyzm” to takie użyteczne słowo wytrych stosowane zazwyczaj przez tych, którzy akurat z faszyzmem mają dużo więcej wspólnego, niż się im wydaje. Przypomnijmy, że faszystami bywali już w Polsce np. Józef Piłsudski, urzędnicy przedwojennego rządu, żołnierze wyklęci, a nawet... monarchista Grzegorz Braun!

Okazuje się, że pani Kluzik-Rostkowska, mieszając pojęcia i plącząc się jak źle przygotowany student na egzaminie, stwierdza, że faszyzm narodził się w... Niemczech. Tego nawet nie ma co komentować. Miejmy jedynie nadzieję, że ta pani już nigdy nie zostanie ministrem Edukacji Narodowej.

środa, 24 października 2018

Synod do spraw młodzieży – czy należy zacząć się bać?


Choć w mediach katolickich zazwyczaj panuje radosna atmosfera w związku z odbywającym się właśnie w Rzymie synodem do spraw młodzieży, to jednak napływające z niego tu i ówdzie informacje nie wydają się budzić aż takiego optymizmu. Jednym z kluczowych tematów wydaje się być kwestia np. tzw. LGBT-coś tam. Agenda LGBT zatruwa nasze życie publiczne, życie kulturalne, edukację i wydarła się też do Kościoła. Krytykowano już w ogóle samą zasadność użycia tego zwrotu w dokumentach synodalnych, a okazuje się, że jest to też jeden z tematów dyskusji.

Kiedy oglądam czy czytam relacje z tego synodu, zastanawiam się nieustannie, ku czemu to wszystko zmierza. Czy nie jest to przypadkiem kolejny przejaw kryzysu w Kościele? Mówi się o „Kościele słuchającym”, a co z Kościołem głoszącym niezmienną naukę Chrystusa? Mówi się o uczeniu się Kościoła od młodych, a czy to nie Kościół raczej powinien młodych uczyć? Mówi się o otwartości na innych, a co ze stanowczym podkreślaniem niemoralności pewnych czynów, takich jak choćby czynny homoseksualne? Mówi się o przyjmowaniu imigrantów, a co z ochroną własnej rodziny – zarówno tej właściwej, jak i tej większej, jaką jest nasza ojczyzna? Miłość bliźniego nie oznacza przecież głupoty i narażania bezpieczeństwa bliskich nam osób.

Zachęcam do śledzenia informacji o synodzie na portaluPCh24.pl. Można tutaj dowiedzieć się nieco więcej i bez tej cukierkowatej oprawy i słodkiego ple, ple, jakie towarzyszy innym relacjom.

Niepołomice III




wtorek, 23 października 2018

Spektakularna wyborcza klęska Kościoła katolickiego


Pisałem wczoraj, że rezultaty wyborcze to tak naprawdę spektakularna klęska PiS-u i że nie przykryją tego żadne propagandowe zabiegi mediów przychylnych partii rządzącej. Jak bowiem skomentować fakt, że w Warszawie z Patrykiem Jakim mógłby równie dobrze wygrać zwykły kij od szczotki albo mop ucharakteryzowany na kandydata KO?! Trudno się dziwić w tej sytuacji rozpaczy córki Jolanty Brzeskiej. Przecież partia rządząca miała wszystkie atuty w ręku, a okazuje się, że pan Trzaskowski mógłby równie dobrze siedzieć w domu i co najwyżej oblepić Warszawę swoją facjatą lub zdjęciem wspomnianego wyżej mopa.


Jednak ta spektakularna klęska PiS-u, której najlepszym przykładem jest Warszawa, to także klęska... Kościoła katolickiego. Pisałem już na tym blogu chyba kilka razy o dziwnym milczeniu duchownych, gdy kandydaci partii rządzącej wygadywali skandaliczne rzeczy o in vitro, twierdząc jednocześnie, że ich poglądy są zgodne ze stanowiskiem Episkopatu Polski (casus Patryk Jaki). Nie przypominam sobie ani rzecznika polskich biskupów, ani jakiegoś księdza, który zabrałby w tej sprawie głos i skarcił polityka głoszącego poglądy będące w jawnej sprzeczności z nauką moralną Kościoła katolickiego. Głos powinien chociaż zabrać proboszcz parafii, w której Jaki chodzi na Mszę św. Jaki to przecież osoba publiczna, a jego słowa sieją zamęt wśród mniej rozgarniętych katolików, którzy nie słysząc głosu sprzeciwu, mogą sądzić, że faktycznie Kościół dopuszcza in vitro czy finansowanie tego procederu przez administrację lokalną.


To jednak jeden tylko przykład nieinterweniowania kapłanów w sytuacji, gdy wierny Kościoła katolickiego, będąc osobą publiczną, głosi rzeczy i podejmuje działania narażające go na ekskomunikę albo które właściwie skazują go na ekskomunikę, dopóki nie odwoła swoich poglądów publicznie. Mieliśmy już tego przykłady zresztą w sytuacji stanowiska zajmowanego przez katolickich polityków w kwestii aborcji.


Kiedy się jednak weźmie pod uwagę sukces w tych wyborach polityków o – nazwijmy to łagodnie – wątpliwej reputacji, to rodzą się od razu dwa pytania: 1) Jaki procent wyborców, którzy oddali głos na tych polityków, to wierni Kościoła katolickiego? 2) Co robili duchowni w miejscowych parafiach, gdy widzieli, że kandydatami na urzędy są osoby albo skazane prawomocnymi wyrokami, albo mające mocne zarzuty, albo wręcz siedzące w aresztach (sic!)?


Jeśli chodzi o pierwsze pytanie, to trudno uwierzyć w to, by wśród osób głosujących na przykład na prezydenta Poznania czy Olsztyna nie było w ogóle katolików! A media przypominają, że pierwszy promuje dewiacje seksualne, a drugi ma poważne zarzuty o gwałt! Ale to tylko dwa przykłady, a przecież jest ich więcej. Jaki był procent katolików, którzy oddali na tych ludzi głos? Czyżby katolicy biorący udział w wyborach w ogóle nie brali pod uwagę nauki moralnej Kościoła? Czyżby dla wiernych Kościoła katolickiego nie liczyły się takie cechy jak np.: prawość, uczciwość, prawdomówność, szacunek dla płci pięknej, skromność, przestrzeganie Dekalogu itp., itd.? Dość dosadnie zresztą i bez ogródek podsumował to prof. Jacek Bartyzel.


Jeśli chodzi o drugie pytanie, skoro księża i biskupi milczeli w przypadku deklaracji niezgodnych z nauczaniem moralnym Kościoła, to można przypuszczać, że niestety również milczeli w przypadku kandydatów o wątpliwej reputacji. Jeśli jednak się mylę i przemówili w tej sprawie, a wierni mimo to oddali głos na takie szemrane towarzystwo, to raczej kiepsko świadczy o sile Kościoła katolickiego. W obu przypadkach oznacza to jego spektakularną klęskę.


Podsumowując te dyletanckie refleksje: powód do poważnego namysłu i zmartwienia mają więc nie tylko liderzy partii rządzącej, ale także (a może przede wszystkim?) hierarchowie Kościoła katolickiego. Zrobią to? Trochę wątpię.


poniedziałek, 22 października 2018

Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. II


Przede wszystkim już na początku Pearce zauważa, że możliwe są „trzy sposoby czytania tej sztuki. Pierwsze to odczytanie fatalistyczne, w którym los, czyli fortuna są postrzegane, jako wszechmocne, ale bezosobowe siły, które miażdżą „kochanków, przez gwiazdy przeklętych” i każdego innego z mechaniczną obojętnością. (...) Drugi sposób czytania tej sztuki to jest to, co można określić jako zatargowe albo romantyczne odczytanie, w którym toczące spór strony są uważane za winne tragicznego losu kochanków doświadczonych fatum i zadurzonych w sobie. W takim odczytaniu nienawiść i bigoteria Kapuletich i Montekich to główna przyczyna wszystkich niedoli (...). Trzecim sposobem czytania sztuki jest ostrzegawcze, czyli moralne odczytanie, w którym podjęte w sposób wolny działania każdej postaci są postrzegane jako mające dalekosiężne i daleko idące konsekwencje” (podkreślenie moje – Terezjusz).

Otóż Pearce analizując szczegółowo słynny dramat dowodzi, że to ta trzecia interpretacja wydaje się być właściwą. Romeo i Julia (czy też Romeo i Juleczka) to nie pochwała romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia, w której emocje biorą górę nad rozsądkiem, ale przestroga przed zgubnymi konsekwencjami działań, w których rozum ustępuje uczuciom.

Nasza epoka wydaje się wysławiać romantyczne zadurzenie, szalone, niepohamowane, nieliczące się z konsekwencjami. Ileż to filmów każdy z nas miał okazję obejrzeć w kinie czy w telewizji, gdzie dzikie, egotyczne uczucia biorą w posiadanie bohaterów, a „rozum śpi”! Obojętnie, czy będzie to Angielski pacjent, Lolita, Pretty Woman, Dziewięć i pół tygodnia czy w takim duchu nakręcona interpretacja Romea i Julii Lanzmanna – by wymienić tylko kilka przykładów, jakie pierwsze nasuną się na myśl.

Nie miejsce tu, by przytoczyć całą argumentację Pearce’a, bardzo logiczną, szczegółową i błyskotliwą. Dość powiedzieć, że Pearce stosuje konsekwentnie klucz interpretacyjny, który rozpatruje dzieło literackie w kontekście, w którym powstawało, i przy uwzględnieniu tego, co wiemy o samym autorze. Jak taka interpretacja pozwala odkryć w utworze literackim to, co wydaje się być kompletnie zakryte dla współczesnych (dez)interpretatorów?

Oto próbka. Pearce zwraca uwagę na znamienny fakt, że Szekspir odmładza swoją tytułową bohaterkę w stosunku do źródła, którym się inspirował. Co ciekawe, nie tylko odejmuje Julii (albo Juleczce) dwóch lat, ale też dodaje „co najmniej dwa lata do wieku jej kochanka”. W ten sposób Julia staje się trzynastoletnią zaledwie dziewczynką! I jak stwierdza autor Shakespeare on Love: „W tragicznym centrum sztuki jest złamane serce dziecka”.

Aby podkreślić to jeszcze lepiej (jeśli ktoś już nie dostrzega, jakie są konsekwencje takiego zabiegu Szekspira, który przecież nie jest przypadkowy), Pearce uświadamia nam, że w elżbietańskiej Anglii uważano, że małżeństwo dziewczyny młodszej niż szesnaście lat było niebezpieczne dla jej zdrowia. „W konsekwencji osiemnaście lat traktowano jako najwcześniejszy wiek dla macierzyństwa, a za wiek idealny dla zawarcia małżeństwa przez mężczyzn i kobiety uważano odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia lat”.

Proszę sobie więc wyobrazić, jakim szokiem musiał być dla ówczesnej publiczności młodziutki wiek „Juleczki”! Gdybyśmy mieli szukać jakiegoś współczesnego nam odpowiednika, to chyba trzeba by było porównać dramat Szekspira do Lolity Nabokowa. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji i różnić w wymowie obu dzieł – chodzi mi o skandal i szok, jaki musiała wywoływać świadomość, że „Juleczka” to ledwo dziecko. Stąd polskie tłumaczenie tytułu tej sztuki powinno być właśnie raczej oddane jako Romeo i Juleczka lub Romeo i Julcia. Warto wszak zauważyć, że samo angielskie „Juliet” (francuskie „Juliette”) to zdrobnienie od francuskiego „Julie”.

Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, nagle wymowa całego dramatu staje w innym świetle. Trudno już nam zachwycać się młodzieńczą, romantyczną miłością, gdy mamy w świadomości, że coś tu „nie gra”, że ten Romeo wiedzie małą dziewczynkę ku zagładzie. Nagle zaczynamy inaczej patrzeć na jego „miłość” do Rozaliny. Nagle odkrywamy egotyzm i egocentryzm głównego bohatera. Nagle śmieszne i żałosne wydają się nam jego działania, w których bardziej kieruje się emocjami niż rozumem, impulsem niż rozwagą.

Co więcej – takie odczytanie nie odejmuje sztuce jej uroku, nie robi z niej nudną „piłę” dydaktyczną, ale pozwala odkryć jej głębię, pozwala dostrzec kolejne jej poziomy. Jak zauważa Pearce miłość Romea okazuje się bałwochwalcza, a przez to też wiodąca ku katastrofie. Jest ona nieposłuszeństwem wobec I przykazania Dekalogu, a tym samym zgubna. Zamiast wieść ku zbawieniu duszy, prowadzi ku jej potępieniu. Namiętność zaślepia na prawdę. Nie oznacza to oczywiście, że sami dorośli nie są w tej sztuce bez winny. Nawet ojciec Laurenty nie jest postacią kryształową.

Pearce umieszcza też słynny dramat w kontekście sporu nominalistów z realistami i pokazuje, że znane zdania Juleczki o imieniu Romea nie są jedynie pozbawioną większego znaczenia grą słów czy poetycką zabawą, ale mają głębszy sens i wymiar. Wpisują także tę tragedię w konkretną tradycję filozoficzną, przeciwną protestantyzmowi, a bliską katolicyzmowi.

Publikacja Pearce’a należy do tych, których niedostępność w polskim przekładzie jest bez wątpienia stratą. Miejmy nadzieję, że jakieś wydawnictwo zauważy ten brak i udostępni tę książkę w polskiej wersji czytelnikom nieznającym języka angielskiego.

Joseph Pearce, Shakespeare on Love. Seeing the Catholic Presence in Romeo and Juliet, Ignatius Press, San Francisco 2013.

Spektakularna klęska PiS-u


Kilka chaotycznych uwag dyletanta na temat wyborów samorządowych.

Według mnie jest to spektakularna klęska PiS-u. I to obojętnie, jaką propagandę sukcesu będą uprawiać media przychylne rządzącym.

Dlaczego? Przede wszystkim PiS-owi nie udało się odbić żadnego z większych miast Polski. Ani Wrocławia, ani Poznania, ani Łodzi. A raczej wątpliwe by udało się tego dokonać w Krakowie czy Gdańsku w II turze. Byłby to prawdziwy cud lub jakaś niespodziewana mobilizacja zwolenników zmiany.

Pytanie: jak można było przegrać wybory na prezydenta Warszawy, mając takie atuty w ręku jak afera prywatyzacyjna? Nie przeceniałbym wpływu na tę klęskę wyborcy konserwatywnego, który jak ja ma po prostu dosyć wygibasów „konserwatywnych” polityków. Jednak ciekawe, jaki procent takich wyborców po prostu został w domu, oddał głos nieważny lub wskazał innego kandydata, gdyż nie chciał by jego prezydent dofinansowywał in vitro czy wchodził w egzotyczny sojusz ze zwolennikiem homoseksualizmu? Czy inni wyborcy również wyczuli fałsz postawy Jakiego? I jeszcze raz: jak można było przegrać te wybory w Warszawie, jeśli miało się takie atuty w ręku? Wydaje się to czystą niemożliwością!

Ta klęska w przypadku wielkich ośrodków miejskich powinna być bolesną nauczką dla rządzących. Dlaczego? A to dlatego, że wygląda na to, że nie przekonali Polaków do zmian również na poziomie lokalnym. Wrocławianie na przykład będą dalej psioczyć na korki, złą organizację ruchu, marnotrawienie pieniędzy na bezsensowne inwestycje, zadłużanie miasta i inne absurdy mniejszego lub większego kalibru, ale zagłosują na stary układ, tylko z nową twarzą. A przecież miarą sukcesu działań rządu byłoby to, gdyby ludzie, nawet ci sceptyczni czy wrodzy rządowi, stwierdzili, że „dobra zmiana” jest faktycznie dobra i na tyle imponująca, że warto by nastąpiła ona również na ich lokalnych podwórkach. Tymczasem nic takiego się nie szykuje. Jest wrażenie zabetonowania pewnego układu.

Co ciekawe i raczej smutne, to takie przypadki, jak wybór na prezydenta miasta pani, która ma prawomocny wyrok sądowy, albo znakomity wynik wójta, który zdobył ponad 48 procent poparcia, a obecnie siedzi w areszcie i jest podejrzany o 92 przestępstwa, w tym kierowanie grupą przestępczą (sic!). Tych przypadków jest zresztą więcej. Naprawdę ludzi nie obchodzi, że głosują na kandydatów o podejrzanej reputacji? Naprawdę obojętne im jest to, czy będzie ich lokalną wspólnotą rządził jakiś bandzior, hochsztapler, zwykły cham czy kłamca? To również spektakularna klęska „dobrej zmiany”.

A jeszcze do tego wszystkiego te nieszczęsne „nasze” media, która obwieszczają „rekordowe” zwycięstwo i kpią sobie z niektórych kandydatów opozycji tam, gdzie jeszcze można sobie pokpić, bo wynik nie jest pewny. Naprawdę ci dziennikarze uważają, że najlepiej pomogą rządzącym kadząc im, zamiast pisać prawdę i krytykować to, co złe, a chwalić to, co dobre? Kiedy przejrzą w końcu na oczy, będzie już za późno. I będzie znowu można psioczyć, że to „oni” mają pieniądze i monopol informacyjny.

To naprawdę spektakularna klęska PiS-u.

sobota, 20 października 2018

Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. I


Lektura książek Josepha Pearce’a o Szekspirze może być dla wielu otwarciem oczu na piękno i głębię dramatów angielskiego poety, odkryciem ich w gruncie rzeczy na nowo. The Quest for Shakespeare, o której to książce już wspominałem na tym blogu, jest przede wszystkim analizą dowodów na katolicyzm autora Króla Leara. Sam Pearce zapatrywał się na tę sprawę sceptycznie – mimo że o katolickiej mentalności wielkiego dramaturga pisali również tacy wybitni katolicy, jak Belloc, Chesterton czy kard. Newman – ale w końcu musiał stwierdzić, że zebrany materiał – choć sam przyznaje, że jest to materiał poszlakowy – pozwala z dużą pewnością mówić o Szekspirze jako katoliku i w tym świetle czytać jego twórczość.

Już w The Quest for Shakespeare Pearce znajdował potwierdzenie na ten katolicyzm również w utworach. Nic dziwnego, że dwie kolejne swoje książki poświęcił dogłębnej analizie dramatów. Through Shakespeare’s Eyes szczegółowo interpretuje Hamleta, Kupca weneckiego i Króla Leara. O tej książce może jeszcze parę słów na tym blogu napiszę. Trzecia książka szekspirowska, Shakespeare on Love, skupia się tylko na jednej tragedii – Romeo i Julii, czy też może raczej – Romeo i Juleczce albo Romeo i Julci, jak chyba stosowniej byłoby przetłumaczyć tytuł tej sztuki (o czym mowa będzie za chwilę). Warto dodać, że na końcu tej publikacji znajduje się również obszerny i arcyciekawy dodatek poświęcony wpływom na twórczość Szekspira jego dalekiego kuzyna, wielkiego poety metafizycznego, męczennika Kościoła katolickiego i świętego – Roberta Southwella.

Podejście Pearce’a do dramaturgii Szekspira przypomina mi w dużej mierze spojrzenie Hansa Georga Wunderlicha na wykopaliska na Krecie. Wunderlich przyglądając się wykopaliskom w słynnym Knossos, a potem innym podobnym odkopanym „pałacom” na Krecie, doszedł do wniosku, że badacze tych archeologicznych odkryć popełnili błąd podstawowy – „czytali” to, na co patrzyli, stosując współczesne nam miary, współczesny światopogląd, współczesne wzorce kulturowe i nie biorąc pod uwagę faktu, że być może odkryta cywilizacja różniła się od naszej tak diametralnie, że należy ją raczej odczytywać w kontekście kultury i środowiska, w jakim powstawała, uwzględniając przy tym odkrycia z różnych innych dziedzin niż tylko archeologia, takie choćby jak geologia, historia literatury, mitologia, ekonomia, badanie starożytnych tekstów, które w różnej formie przetrwały do naszych czasów.

Kiedy Wunderlich zastosował taką metodę i odstawił na bok opowiastki o beztroskiej cywilizacji, którą zmiótł jakiś niespodziewany kataklizm, wyłoniła się kompletnie inna wizja cywilizacji minojskiej od tej, jaką zresztą do tej pory sprzedaje się turystom i czytelnikom popularnych opracowań na temat historii starożytnej Grecji. Nagle okazało się, że być może te pałace z wodociągami i „nowoczesnymi” wannami to tak naprawdę pałace funeralne, a więc miejsca pochówku, podobne do tych, jakie znajdują się w Egipcie; że radośnie pląsające delfiny, to wcale nie symbol beztroski, ale motyw żałobny; że panie paradujące w „śmiałych” strojach odkrywających biust, to w rzeczywistości płaczki żałobne itd., itp.

Piszę o tym w wielkim skrócie, bo tematem jest książka samego Pearce’a, a nie Tajemnica Krety Wunderlicha. Otóż analizy literackie Pearce’a, podobnie jak archeologiczne dociekania Wunderlicha, zmieniają zupełnie nasze spojrzenie na dramaturgię Szekspira. Od szkoły średniej w zasadzie traktowałem Romeo i Julię jako tragedię o romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia, która jako swą główną przeszkodę napotkała waśń między dwoma możnymi rodami. Nie mogąc się oficjalnie kochać, młodzi muszą skonsumować swój związek w tajemnicy, choć bacząc na względy przyzwoitości i moralności, bo po równie tajemnym ślubie, którego udziela im życzliwy zakonnik. Niestety nienawiść ich rodzin doprowadza do tragedii, której można by było uniknąć, gdyby dorośli mieli więcej rozsądku i nie kierowali się emocjami (!). Jak to możliwe, że sam nie dostrzegłem w tym sprzeczności?

No cóż... Pearce roztrzaskuje taką wizję słynnej tragedii w drobny mak. A robi to czytając tę sztukę m.in. w kontekście epoki i katolickiego, a już na pewno chrześcijańskiego i to zakorzenionego w filozofii św. Tomasza z Akwinu, spojrzenia na świat wpisanego w sam utwór. I nagle nie dość, że wszystko zaczyna nabierać głębszego znaczenia, to jeszcze okazuje się, że sama sztuka jest o czymś zupełnie innym, niż sądzą zarówno nieuważni badacze, jak i ulegający im czy czarowi samej sztuki czytelnicy. Jednym słowem autor Shakespeare on Love burzy romantyczne odczytanie tej tragedii.