czwartek, 14 listopada 2019

wtorek, 12 listopada 2019

Zachować się jak cham, a potem się dziwić

Wyobraźcie sobie taką sytuację: ktoś przychodzi na urodzinową imprezę osoby, której nie lubi. Próbuje na różne sposoby zakłócić tę uroczystość. W końcu goście i gospodarz, chcąc bawić się dalej, wzywają policję, bo ten ktoś nie chce wyjść po dobroci. Niektórzy zostają wytrąceni z równowagi i używają niecenzuralnych wyrażeń, ale trudno im się dziwić. Bluzgi wprawdzie nie są godne pochwały, ale w końcu nie każdy ma mocne nerwy. Kiedy wreszcie policja wyprowadza intruza, wszyscy oddychają z ulgą i bawią się dalej. Następnego dnia intruz zamieszcza na Tłiterze i innym Fejsbuku komentarz na temat całego zdarzenia, cytując bluzgi, jakimi został obrzucony, i kąśliwie pisząc o „imprezowiczach”.

A teraz powiedzcie: Co myślicie o pani Joannie Scheuring-Wielgus i jej zachowaniu w czasie Święta Niepodległości?


poniedziałek, 11 listopada 2019

W Święto Niepodległości twardy pisarz twardo wali w pysk

Znany pisarz, który niegdyś napisał wzruszające alegoryczne opowiadanko o Polsce, znowu stoi okrakiem, waląc „ostro” w święto niepodległości, ale tak by go jednak kochano. Cały czas się tylko zastanawiam: po co w ogóle pisze po polsku? I cały czas sobie przypominam: najważniejsza jest przecież literatura. No tak, a ile dochodu przyniesie literatura pisana tylko w gwarze śląskiej? To też przecież część tej strategii stawania okrakiem. Jego „odważne” wypowiedzi stają się wobec tego nudne, kiedy się tylko uświadomi tę metodę (a uświadomić ją sobie można dość szybko).

Notabene odnoszę wrażenie, że on tego środowiska, w które wszedł parę lat temu, tak naprawdę nienawidzi i gardzi nim, tak jak gardzi (ale z inych powodów) teraz tym, z którego wyszedł. No cóż... najważniejsza jest literatura.

Może zamiast słuchać jego wypowiedzi, obejrzyjmy sobie nieco baśniową opowiastkę na 101 rocznicę niepodległości:


sobota, 9 listopada 2019

Katolikowi plują w twarz, a on? Dalej kupuje...

Czasami obserwując to, co się dzieje, zastanawiam się, na ile katolicy w Polsce (i nie tylko) poważnie traktują swoją wiarę. Oto co jakiś czas słyszymy o antychrześcijańskich wyskokach dużych korporacji. A to jedna wymaże krzyż ze swoich reklam, by nie raził on tych, którzy nie wierzą albo tych, którzy są muzułmanami, a to jakaś inna ogłosi dzień tolerancji i eksponuje tęczową wystawę lub zablokuje dystrybucję jakiegoś czasopisma (w ramach tejże tolerancji i wolności słowa), a to znowuż jeszcze inna wyrzuci pracownika, bo ośmielił się zacytować Biblię i zaprotestować przeciwko indoktrynacji ideologią LGBT.

Czy zatem, gdybyśmy serio traktowali swoją wiarę, te firmy w ogóle by jeszcze istniały na rynku polskim? Przecież normalnie nie pchamy się tam, gdzie nas nie chcą, prawda? A katolicy stanowią wciąż większość w Polsce. Dlaczego przynajmniej część z tych firm nie świeci pustkami i nie jest na skraju bankructwa? Dlaczego nie spieszy z przeprosinami, by ułagodzić obrażonych katolików, którzy postanowili robić zakupy w innych sklepach? Dlaczego jedna czy druga z nich nie zamknęła swoich placówek w Polsce?

Że co? Że niektóre z nich są praktycznie monopolistami na rynku polskim? Ale przecież, jeśli ktoś nas nie chce, to tam nie idziemy, prawda? Chyba że jesteśmy nachalnymi domokrążcami. Sprzedajemy się za miskę soczewicy? Te standardowe krzesełka czy tańsze marcheweczki są aż tak nam niezbędnie do życia potrzebne. I bez przesady z tym monopolem (to zresztą pomysł dla zaradnych: np. sieć sklepów meblowych, która ogłasza: My obchodzimy wszystkie święta katolickie i dzielimy się prawdziwym poświęconym opłatkiem na Boże Narodzenie!).

Oto jedna z tych firm świętuje „imprezę zimową”, a zamiast choinki sprzedaje „roślinę sztuczną”. I co? I nic. Katolikowi plują w twarz, a on się uśmiechnie i powie, że pada deszcz. I pójdzie tam na zakupy.


piątek, 8 listopada 2019

Nie ma wyboru dla przeciwników „prawa do wyboru”

Rafał Otoka-Frąckiewicz w jednym ze swoich internetowych programów celnie zauważył, że feministki, które twierdzą, że są za tzw. „prawem do wyboru”, jednocześnie chcą tego wyboru odmówić innym, domagając się nie tylko bojkotu filmu „Nieplanowane”, ale wręcz zakazu jego wyświetlania. I to jest w gruncie rzeczy typowe dla lewicy i tzw. „liberałów”.

I tak oto zwolennicy „demokracji” podnoszą wrzask, a nawet domagają się interwencji zagranicznych sił, gdy w wyniku procedur demokratycznych do władzy dochodzą nie ci, których „demokraci” chcieliby u tej władzy widzieć. Przezabawne są też ich łamańce (mało) intelektualne, kiedy wręcz dowodzą, że tak naprawdę nie wygrali ci, którzy wygrali, bo całkowita liczba oddanych głosów jest mniejsza niż suma głosów tzw. „opozycji”.

Ci sami homoseksualiści, którzy domagają się poszanowania swojej „odmienności” i „różnorodności”, jednocześnie szydzą, drwią i kpią ze świętości drogich np. katolikom. Wulgaryzmy, obraźliwe epitety, raniące wizerunki nie stanowią wówczas dla nich problemu, bo nie dotyczą ich osobiście.

Zwolennicy „wolności słowa” i „tolerancji” bronią jej innym, którzy głoszą poglądy odmienne od nich. Z historii ostatnich tylko kilku lat można by przytoczyć wiele przykładów takich działań: cenzurowanie i usuwanie materiałów z sieci, odmawianie sali na wykład, domaganie się wyrzucenia z uczelni, szykanowanie tych, którzy kwestionują oficjalną historiografię i odmawianie im prawa do publicznej obrony swoich tez.

Czy zatem może dziwić, że np. redaktor Łukasz Karpiel miał problemy ze zorganizowaniem spotkania o „tęczowej zarazie” w Opolu? Czy dziwi, że grozi mu się konsekwencjami prawnymi? Czy zaskakują postulaty zakazywania takich spotkań? Czy niezwykłe jest, że przy tym operuje się kłamstwami i pomówieniami? Więcej o sprawie można dowiedzieć się zarówno na portalu PCh24TV tutaj i tutaj oraz na portalu wRealu24.


środa, 6 listopada 2019

Czerwona panienka z okienka i alternatywny polityk-muzyk w samobójczym locie

Muszę powiedzieć, że z dużym zainteresowaniem, rozbawieniem i niesmakiem obserwuję lot piosenkarza, który niegdyś śpiewał „Jak ja was, ku...wy, nienawidzę”. Nawet nie chodzi o to, by do tej pory ten lot był nieposzlakowany, bo przecież co starsi pamiętają jeszcze z pewnością np. piosenkę „ZChN się zbliża”, w której autor wykorzystał znaną melodię kościelną, i kontrowersje wokół tamtego wyskoku. Sam zresztą do najbystrzejszych nie należy. Ale w końcu to też nie jest powód do rozpaczy. Sam do bystrzejszych nie należę i jakoś żyję.

Zasługą twórcy partii/ruchu swojego imienia było – przy wszelkich zastrzeżeniach –wpuszczenie do Sejmu poprzedniej kadencji ludzi, którzy normalnie nie mieliby szansy tam zaistnieć i którzy wprowadzili tam trochę zdrowego fermentu, rozbijając dwupartyjny monopol. I w gruncie rzeczy to by było na tyle...

Najpierw alternatywny muzyk postanowił uratować przefarbowaną na zielono postkomunistyczną partię (ratując swoje miejsce w Sejmie?), w której schroniły się również różne stwory wyrzucone z PO. A teraz wygaduje głupoty w programie czerwonej panienki, która panienką już nie jest, ale której panieńskie nazwisko kojarzy się nieodmiennie z najgorszą komunistyczną swołoczą.

Sama czerwona panienka może sobie robić programy, jakie zechce, jeśli robi to za swoje pieniądze. Można by też powiedzieć, że nie jest jej winą, że takiego, a nie innego, miała ojca. Choć mam wrażenie, że z tego akurat powodu wstyd jej nie jest. Ale czy musi u niej pojawiać się człowiek, który chciał rozwalić skostniały system? I przy tym jeszcze wygadywać bzdury usprawiedliwiające jej ojca i stan wojenny? Gdzie go teraz zobaczymy? W programie Urbana? Popijającego wódeczkę w towarzystwie starych komuchów i planującego „nowe rozdanie”? Aż tak zmienia wejście w politykę?


wtorek, 5 listopada 2019

Jak wierzy zwykły katolik z ulicy?

Jak wygląda nasza wiara? Czy naprawdę wierzymy i postępujemy zgodnie z nauką Chrystusa, którą przekazuje nam Kościół katolicki? Ilu wśród nas letnich katolików? ilu polityków, którzy nominalnie są katolikami, a w praktyce łamią przykazania Kościoła katolickiego, wynajdując wszelkie możliwe usprawiedliwienia?

W tym wideo z cyklu „Vortex” Michael Voris, jeszcze w trakcie obrad synodu amazońskiego, postanowił zadać kilka prostych pytań przeciętnym, spotkanym na ulicy Rzymu katolikom z różnych krajów. Wynik jest ciekawy. Pytanie: czy mamy powody do niepokoju, czy do umiarkowanego optymizmu?


"accelerometer; autoplay; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture" all

środa, 30 października 2019

Kompromis eksterminacyjny albo niech żyje prawo i sprawiedliwość!

Nie oglądam telewizji, o czym wiedzą czytelnicy tego bloga, jednak ostatnio mnie pokusiło, by odnaleźć w Internecie stronę Telewizji Polskiej i obejrzeć obszerne fragmenty zarejestrowanego programu, w którym prowadzący rozmawiał z przedstawicielami partii, które dostały się do Sejmu w ostatnich wyborach. Po lewej stronie prezentera znalazły się panie z lewicy, jedna skrajniejsza, druga nieco bardziej powściągliwa. Naprzeciwko byli panowie z prawicy, a ze studia chyba w Radomiu łączył się Grzegorz Braun.

Muszę przyznać, że było to żałosne widowisko. Głównie za sprawą pań z lewicy, które reprezentowały jednocześnie mocny nurt bezmyślności w polskiej (i nie tylko) polityce, nurt, który można by też określić jako emocje bez wsparcia rozumu. To zresztą nie pierwsza i nie ostatnia kompromitacja tych pań, o czym świadczy niedawny głośny wyskok innej ich reprezentantki, a mianowicie pani, która ubolewała nad spaleniem na stosie Brunona Schulza.

Znaczna część programu, którą można było sobie odpuścić, miała charakter bardziej kabaretowy niż poważny. Cóż bowiem myśleć o dywagacjach językowych pani z lewicy, która domagała się żeńskich form rzeczowników, które zwyczajowo są w języku polskim używane w formach męskich? Może tyle tylko, że było to specyficzne zaklinanie rzeczywistości? A poza tym bicie piany, w którym prowadzący program usiłował przekonać lewaczkę, że trzeba by było również zmienić treść odpowiednich dokumentów państwowych, łącznie z samą Konstytucją.

Zgrozę natomiast wywoływała u mnie następna część programu, w którym zaczęto dywagować nad tematem aborcji. Panowie, słusznie zresztą, dowodzili, że zgodnie z nauką nienarodzone dziecko jest człowiekiem. Pani z lewicy uważała natomiast, że kiedy była w ciąży, to była po prostu... w ciąży i nie było mowy o żadnym „noszeniu dziecka pod sercem” – który to termin zresztą uznała za „kościelną mowę” – bo to, co nosiła, nie było dzieckiem. Nawet nie próbuję się domyślić, dlaczego wobec tego ta pani uważała, że zabijanie nienarodzonych – nazywane dla zmyłki „aborcją” – może być dopuszczalne do dwunastego tygodnia ciąży. Skoro to nie jest dziecko, to po co te ograniczenia? Logiki w tym nie było żadnej, a zasada niesprzeczności była pewnie tak obca tej pani, jak przeciętnemu człowiekowi życie na obcej planecie w innym systemie słonecznym.

To, że owa pani miała mózg w doskonałym stanie, bo nieużywany, było aż nadto widoczne, więc szkoda poświęcać na nią więcej czasu. Zdumienie natomiast wywoływali panowie – z wyjątkiem samotnego w tym towarzystwie Grzegorza Brauna – którzy z zasadą niesprzeczności wydawali się też mieć widoczny problem, choć z początku stwarzali pozory, że z szarych komórek mózgowych korzystają. Pomijam już nawet uleganie mowie-trawie pani z lewicy i pozwolenie na to, by wpuściła ich w kanał, jakim były dywagacje o tzw. „średniowieczu”.

Otóż pan z PiS-u nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że nienarodzone dziecko jest po prostu człowiekiem. Jednocześnie jednak obstawał przy tzw. „kompromisie” aborcyjnym, zarzucając Grzegorzowi Braunowi i ogólnie Konfederacji ekstremizm. Rzecz jasna pojawiły się argumenty zgodne z linią partii, że ten zgniły „kompromis” pozwala ocalić dzieci, które inaczej byłyby mordowane w wyniku zmiany przepisów.

Aby uświadomić sobie całą grozę takiego rozumowania, wyobraźmy sobie sytuację z rzeczywistości alternatywnej. Oto Europa po kontrolowanym upadku III Rzeszy. W jednym z państw europejskich (podobnie jak i w pozostałych) ciągle obowiązują jeszcze pozostałości prawa hitlerowskich Niemiec. Eksterminacja Żydów istnieje, ale w ograniczonym zakresie. W wyniku tzw. „kompromisu eksterminacyjnego” Żydów można mordować jedynie w ściśle określonych przypadkach. Na przykład wówczas, kiedy Żyd stanowi zagrożenie życia lub zdrowia. Albo wówczas, kiedy Żyd ma wrodzone wady, które uniemożliwią mu normalne funkcjonowanie.

W kolejnych wyborach do parlamentu tego kraju dostaje się partia konserwatywna, która jako jedyna stoi na stanowisku, że Żydzi jako ludzie mają prawo do życia i w związku z tym obowiązujące przepisy należy zmienić. Partia prawicowa, która po raz drugi wygrała wybory stoi na stanowisku podobnym, ale twierdzi, że niestety wszelka zmiana prawa doprowadzi do przesunięcia wahadła i w następnych wyborach ustawodawstwo zostanie zmienione tak, by dopuścić eksterminację Żydów bez ograniczeń. Dlatego regulacji nie zmieni i będzie bronić „kompromisu eksterminacyjnego”. Dodam, że w tej rzeczywistości alternatywnej owa partia prawicowa, która broni sprawiedliwości i prawa, również nie robi nic, by zmienić mentalność obywateli swego kraju. Straszy natomiast ekstremizmami.


wtorek, 29 października 2019

Chcesz wpakować się w poważne kłopoty? YouTube ci pomoże

Muszę przyznać, że szczęka dzisiaj mi opadła z wrażenia. Oto przeglądając ofertę dostępną na kanale
YouTube natknąłem się na reklamę. Reklamę, której nie jestem w stanie wyłączyć. Jak się zorientowałem, są takie, które można wyłączyć od razu, i takie, które wymagają wejścia w ustawienia i zmienienie tych ustawień – niestety nigdy nie mam pojęcia, co mam tak naprawdę zrobić i tego typu reklamy ciągle się pojawiają.

Nie chodzi jednak o sam fakt niemożności wyłączenia tej konkretnej reklamy, ale o to, co ona przedstawia. Otóż medium, które słynie z cenzurowania różnych portali prawicowych i katolickich, znajdując na nich – jak się wydaje – treści „niebezpieczne”, dopuszcza na swoich stronach reklamy, które mogą doprowadzić do poważnego niebezpieczeństwa i zagrożenia życia. I to nie tylko życia cielesnego, ale życia wiecznego – czyli mówiąc bez ogródek po prostu wiecznego potępienia.

Ktoś może sobie stroić z tego żarty, ale znam z bliskiego otoczenia dwa autentyczne przypadki opętania, więc nie jest mi do śmiechu. Taką reklamę może zobaczyć nastolatek, który nieświadomie kupi te niebezpieczne „gadżety” i napyta sobie i otoczeniu biedy. Zrobiłem printscreen jako ostrzeżenie i potwierdzenie, że sobie tego nie wymyśliłem. Opętanie duchowe to poważne zagrożenie! To prawdziwe nieszczęście!


poniedziałek, 28 października 2019

Zmarł Władimir Bukowski

Wczoraj zmarł Władmir Bukowski. Do tej pory pamiętam, jakie wrażenie wywarła na mnie jego książka I powraca wiatr..., której podziemne wydanie wciąż mam wśród swoich zbiorów. Jest to w zasadzie reprint drobną czcionką publikacji wydawnictwa „Polonia”, który wydało w Polsce z kolei wydawnictwo „Antyk”.

Pamiętam kilka scen z tej książki, m.in. próby zapalenia papierosa w celi, kiedy Bukowski nie miał zapałek i usiłował dostać się do żarówki pod sufitem. A także inną – budowanie w myślach zamku z wieloma komnatami.

Myśląc o tym słynnym antykomuniście, który wykorzystał moment i w roku 1992, po swoim powrocie do Rosji, zeskanował dokumenty Komitetu Centralnego, które między innymi obnażały kłamstwa Jaruzelskiego na temat stanu wojennego, wziąłem z półki i zacząłem przeglądać kieszonkowe podziemne wydanie jego wspomnień. Zauważyłem jeden fragment, który z jakiegoś powodu musiał mnie wówczas przed wielu laty zafascynować lub zafrapować, bo zaznaczyłem go ołówkiem:

„Być samemu – to ogromna odpowiedzialność. Człowiek przyparty do muru uświadamia sobie: „Ja – to lud, ja – to naród, ja – to partia, ja – to klasa; nie ma niczego innego”. Nie może poświęcić części siebie, nie może rozdzielić się, rozpaść a jednak żyć nadal. Nie ma już dokąd się cofać i instynkt samozachowawczy skłania go do skrajności – przedkłada śmierć fizyczną nad śmierć duchową.
I – zadziwiająca rzecz – broniąc swej jednolitości broni jednocześnie swego ludu, swej klasy czy partii. Tacy właśnie ludzie wywalczają prawo do życia dla swojego środowiska, chociaż możliwe, że w ogóle o nim nie myślą.
– Dlaczego ja? – pyta sam siebie każdy w tłumie. – Sam niczego nie zdziałam.
I wszyscy przepadają.
– Jeśli nie ja, to kto? – pyta sam siebie człowiek przyparty do muru. I ratuje wszystkich.
W ten sposób człowiek zaczyna budować swój zamek” (I powraca wiatr..., tłum. Andrzej Mietkowski).

Może kiedyś znajdę czas, by I powraca wiatr... przeczytać raz jeszcze, może wówczas przypomnę sobie, dlaczego akurat tylko ten fragment zaznaczyłem w całej książce.

Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie...


sobota, 26 października 2019

Nie karmić trolla! Czyli prawicowy Internet w służbie zła

Czasami na różnych portalach pojawia się komunikat od któregoś z uczestników dyskusji: „Nie karmić trolla!” Chodzi generalnie o to, by nie odpowiadać na zaczepki kogoś, kto nie respektuje zasad kulturalnej dyskusji, a ma na celu jedynie jątrzenie i wywoływanie wściekłej reakcji. Nie odpowiadanie na zaczepki „trolla” ma go zniechęcić do zamieszczania kolejnych wpisów, bo przecież nie o brak reakcji mu chodzi, ale o rozwścieczenie innych komentatorów. Jeśli więc nikt nie będzie go dostrzegał, jest szansa, że przestanie swoje chamskie wpisy zamieszczać.

Do sejmu dostała się pani, która mimo protestów z powodu swoich chamskich występów pozostała na liście kandydatów KO. Było w zasadzie wiadomo od samego początku, że nikt tej pani nie usunie, bo zamiarem jest wprowadzenie do Sejmu Sztukmistrza z Lublina w spódnicy, który będzie prowokował Prezesa do jakiejś wściekłej reakcji w podobny sposób, w jaki robią to trolle na różnych forach internetowych. Pani ta zresztą (cały czas się zastanawiam, czy można ją w ogóle określać „panią”) zdążyła jeszcze przed wejściem do Sejmu wytrącić z równowagi osoby zasłużone dla polskiej kultury.

Okazuje się, że pani ta (albo czymkolwiek ona jest) święci triumfy nie tylko wśród elektoratu o niskim poziomie moralnym, ale również na prawicowych portalach i forach internetowych. Oto np. „prawicowa” telewizja puszcza w całości jej filmik. Oto ktoś ze zwolenników PiS-u zamieszcza w całości jej produkt medialny i pyta retorycznie, kto mógł w ogóle na kogoś takiego zagłosować. Oto „konserwatywny” tygodnik na swoim portalu publikuje w całości jej „szoł”, a jakby ktoś nie potrafił zrozumieć albo nie chciał oglądać, co ta pani powiedziała, to jeszcze poniżej otrzymujemy streszczenie tego nagrania. Pytanie: Po co?

Przecież wiadomo, że im więcej reakcji, tym większy bodziec dla tej pani do dalszego działania. Z immunitetem będzie mogła sobie poszaleć nawet jeszcze bardziej. Pojawi się więcej nagrań, a mównica sejmowa pewnie też stanie się dla niej okazją do kolejnych chamskich wystąpień. A i jeszcze do tego dojdą rozliczne wywiady, w których będzie mogła zatruwać atmosferę dalej.

Być może ta pani nie zdaje sobie sprawy z tego, że jakiś wytrącony z równowagi człowiek może jej w końcu rozbić butelkę na głowie albo walnąć w nią kamieniem. Z pewnością jednak biorą to pod uwagę jej mocodawcy – ci, którzy dopuścili, by w ogóle zaistniała w polityce. Jeśli poleje się krew, to dla nich tym lepiej – będzie można obsmarować przeciwnika, bo przecież ta pani tylko uprawia „satyrę”, a jakiś zwolennik PiS-u okaże się zwykłym brutalnym bandytą oraz ponurakiem, który nie docenia „sztuki” i „zdrowego śmiechu”.

Dlatego, by uniknąć jakiegoś nieszczęścia po jednej czy po drugiej stronie, dobrze radzę: Nie karmcie trolla!

Aha! I nie porównujcie tej pani do Grzegorza Brauna. Ona mu poziomem wykształcenia, wiedzy i intelektu nawet do pięt nie dorasta.


piątek, 25 października 2019

Tolerancja dla wybranych

Ataki na Emiliana Kamińskiego i Marka Krajewskiego za to, że przyjęli odznaczenie od prezydenta Dudy najlepiej świadczą o obrońcach demokracji i Konstytucji. Atakujący tak szanują demokrację, że nie są w stanie uszanować faktu, iż Duda został wybrany na prezydenta leganie i głosami wyborców, którzy wybrali go bez przymusu i w wolnych wyborach. Są oni tak tolerancyjni, że ich tolerancja kończy się wówczas, gdy coś idzie nie po ich myśli. Nie są w stanie uznać, że nielubiany przez nich prezydent, czy tego chcą, czy nie, reprezentuje Rzeczpospolitą Polską.

Co ciekawe, to taką „tolerancją” wykazują się środowiska nie tylko internetowych trolli, ale także tzw. „intelektualistów” i środowiska „artystyczne” oraz „dziennikarskie”. Mieliśmy przykłady szczucia na wybitnych sportowców, aktorów i pisarzy właśnie przez nie. No cóż, nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji, zwłaszcza tej socjalistycznej.


środa, 16 października 2019

Co dalej z puszczą? Pies z kulawą nogą...

Emocje wokół wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej już chyba ucichły kompletnie. O samej puszczy pewnie żaden obrońca środowiska już pewnie nie pamięta, zajęty innymi tematami i przykuwaniem się do kominów lub robieniem spektakularnych akcji.

Tymczasem tekst opublikowany jeszcze w marcu 2019 roku przedstawia całą sytuację w dość dramatycznym świetle. Według informacji z tamtego okresu 25 procent świerków w Puszczy Białowieskiej była już martwa. Jak jest dzisiaj? Czy zniszczenia w puszczy postąpiły dalej? Ktoś się tym interesuje? Ktoś demonstruje, informuje, przejmuje się jeszcze?

Działacze ekologiczni skompromitowali się dokumentnie, gdy doszło do awarii oczyszczalni ścieków w Warszawie. Tamta awaria pokazała, że ich cele są ściśle polityczne i powiązane z określonymi środowiskami. Trudno przecież uznać, że naprawdę zależy im na przyrodzie, skoro milczeli. Przy tym wszystkim nasuwa się pytanie o źródła finansowania organizacji ekologicznych w Polsce i to, kto za nimi tak naprawdę stoi.

Tymczasem proponuję sobie przypomnieć wyżej wspomniany tekst pt. „Sukces ekologów: Puszcza ginie i już się nie odrodzi”.


wtorek, 15 października 2019

Dwa sukcesy Grzegorza Schetyny

Niewątpliwym sukcesem Grzegorza Schetyny jest wejście do Sejmu komunistów. Najpierw zostali oni wprowadzeni dzięki liderowi PO na brukselskie salony (ciekawe za co taka nagroda?), a następnie fakt ten bez wątpienia umożliwił im powrót do Sejmu. Sam powrót tych ludzi do polityki po czterech latach nieobecności jest policzkiem wymierzonym pokoleniom Polaków walczących z komuną, tak jak były nim zarówno pozostawanie ich przy władzy, jak i możliwość kandydowania do Sejmu i Senatu po roku 1989.

Drugim niewątpliwym sukcesem Grzegorza Schetyny jest wprowadzenie do Sejmu pani, której imienia tutaj nie wymienię, a której zachowanie zasługuje na określenie jej najgorszymi epitetami. Założenie jest z pewnością takie, iż pani ta będzie nowym „Sztukmistrzem z Lublina” w spódnicy i podobnie jak on będzie psuć atmosferę polskiego życia politycznego, paląc koty i dążąc jednocześnie do sprowokowania Jarosława Kaczyńskiego albo innych członków jego partii do jakiejś gwałtownej reakcji. Świadczy to niestety jak najgorzej o liderze PO, bo mógł po prostu ją ze swojej listy usunąć, a więc ponosi także odpowiedzialność za to, co będzie się działo.

Wybór tej pani do Sejmu również świadczy jak najgorzej o wyborcach, którzy oddali na nią swój głos. Jakże bowiem trzeba być zaślepionym w swej nienawiści, by zagłosować na kogoś, kto nie ma elementarnego poczucia wstydu i godności, nie mówiąc już o szacunku dla drugiego człowieka i majestatu śmierci?


poniedziałek, 14 października 2019

Worek cebuli i Internet koniecznie potrzebne!

Jeszcze nie podano pełnych wyników wyborów, a już się pojawili pierwsi męczennicy za demokrację i tolerancję. Oto dwaj bracia – grubszy i chudszy – z pogardą spoglądają zbliżającej się kaźni prosto w oczy. Ba! Przeciwstawiają jej kamerę, którą zarejestrują każdy cios i każdy kopniak! Nie cofną się ani o krok! Przyjmą uderzenie prosto na klatę i nie ustąpią! Przydałby się im tylko worek cebuli albo dwa, by przetrwać niesprawiedliwe ciosy losu albo PiS-u, gdy będą gnić w więzieniu.

Maja Ostaszewska natomiast pewnie ostatnie zapasy Internetu chowa i upycha do zakamarków i skrytek, by choć jeszcze przez chwilę radować się świeżym powiewem wolności, która za chwilę stanie się towarem reglamentowanym albo zgoła zupełnie niedostępnym.

Spazmów oczywiście dostała Krystyna Janda. Myli się tylko w jednym, kiedy mówi, że „druga strona ma tylko siebie, wspomnienia i internet”. Owszem siebie i wspomnienia – tak. Ale Internet z pewnością nie, bo przecież to już ostatnie godziny, może minuty. Mówiła o tym już i wieszczyła inna wybitna aktorka (vide wyżej).

Są i tacy, którzy są twardzi jak stal albo ich nazwisko: siedzą na barykadzie i rozdają twarde ciosy i opinie. Krzywda ich za to nie spotka, ale zyskają sławę i podziw (link litościwie pominę).

I tak to wygląda za każdym razem: histeria bab i „twarde, męskie”, odważne do szaleństwa komentarze pupilków losu.


czwartek, 10 października 2019

Ciągle czekam, aż przyznają literacką nagrodę Nobla

Chyba się nie doczekam.

O tej autorce, która nie rozumie słowa „naród” i która bredzi o „matczyźnie”, pisałem dwa lata temu tutaj.

Dwie opinie: Mój przyjaciel z dawnych lat, obecnie profesor, o wytworach pani laureatki: „Próbowałem to czytać, nie przebrnąłem”. Moja znajoma, wykształcenie wyższe, dumna, że Polska znowu coś znaczy, że o nas mówią, że coś osiągnęliśmy jako naród, bo kolejna laureatka (ale przecież ona nie rozumie słowa „naród”!): „Moje koleżanki dały mi jej książki w prezencie. Nie byłam w stanie przez nie przebrnąć. No, ale to kwestia gustu przecież. Mi jej styl po prostu nie odpowiada”. Chyba nie tylko jej, jak widać...


środa, 9 października 2019

Czy Pan Jezus był Bogiem? Co naprawdę powiedział papież Franciszek?

Anglojęzyczne media społecznościowe i nie tylko społecznościowe, zwłaszcza te katolickie, buzują (nie wiem, jak jest w niemieckojęzycznych, francuskojęzycznych itp., itd.). Eugenio Scalfari z „La Repubblica” puścił w świat kolejną wiadomość podważającą ortodoksyjność papieżaFranciszka. Tym razem rzekomo ojciec święty miał zanegować Bóstwo Pana Jezusa, gdy stał się człowiekiem.

Przypomnijmy, że to nie pierwszy taki „news” puszczony w świat przez Scalfariego. Poprzedni dotyczył rzekomego zakwestionowania piekła przez papieża Franciszka. A teraz taka w czasie kontrowersji wokół tzw. synodu amazońskiego i dziwnych obrzędów mu towarzyszących Scalfari wypuszcza w świat jeszcze i tę rzekomą wypowiedź obecnego biskupa Rzymu. Włos się na głowie jeży.

Watykan wydał wprawdzie oświadczenie, ale i ono z kolei budzi wątpliwości dziennikarzy.

Pamiętajmy jednak, że cokolwiek by się działo, bramy piekielne Kościoła nie przemogą. I ostatecznie to do Chrystusa należy zwycięstwo. Zatem: Nie lękajmy się!


wtorek, 8 października 2019

Dokąd zmierza Kościół katolicki i co mówią o tym Amerykanie?

Albo raczej: ku czemu chcą zmierzać niektórzy hierarchowie tego Kościoła? Amerykańscy publicyści, zwłaszcza ci, których moglibyśmy określić mianem „konserwatywnych”, z reguły nie owijają słów w bawełnę i dość ostro krytykują obecną sytuację w Kościele katolickim. Nie wahają się nawet z krytyką papieża, zwracając uwagę na to, że Kościół nie należy do papieża i że jego rolą jest głoszenie prawdy Chrystusa jasno i bez dwuznaczności. I niewątpliwie to dlatego ojciec świętych wspomniał Amerykanów w jednej ze swoich wypowiedzi, mówiąc, że uznaje to za zaszczyt, iż go atakują.

Michael Voris należy do tych krytyków obecnej sytuacji w Kościele, którzy walą prawdę prosto w oczy (albo jak kto woli: mówią, co myślą). Z pewnością warto posłuchać, co ma do powiedzenia, chociaż w Polsce taka krytyka może się wydawać niektórym aż nazbyt ostra. Wierni katolicy u nas mają bowiem często opory z wyrażaniem krytycznych opinii o duchowieństwie. Także dlatego, że jest ono niesprawiedliwie atakowane przez lewicę.

Tak zwany synod amazoński to kolejny przykład narastających kontrowersji w Kościele za tego pontyfikatu. Posłuchajmy zatem, co Amerykanie mają do powiedzenia: