wtorek, 28 marca 2017

Trzy dłonie w grobie


Tak, taki koszmar muszą przeżywać ofiary katastrofy smoleńskiej (czy pewniej zamachu smoleńskiego). Takie rzeczy ujawniają przeprowadzone ostatnio ekshumacje. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, jakie to musi być bolesne dla rodziny tej młodej stewardessy.

I choćby nie wiem, co robić, choćby nawet ten rząd nie chciał wikłać tego koszmaru w politykę, pozostanie on sprawą zarówno polityczną, jak i ludzką tragedią. Bo przecież ktoś wcześniej nie dopuścił do otwierania tych trumien, ktoś nie wyraził zgody na zbadanie doczesnych szczątków tych ofiar przez niezależnych patologów, ktoś chyba nie chciał ujawnienia prawdy. Koszmar więc trwa.


czwartek, 16 marca 2017

O Unii Europejskiej


„Jest przy tym wielkim paradoksem, że państwa Europy Wschodniej, które niedawno wyzwoliły się z komunizmu, wchodzą do struktury, w której spodziewały się znaleźć wolność, a w której odnajdą i spotkają się z inną formą wciąż żywego marksistowskiego totalitaryzmu”. 

Roberto de Mattei, Dyktatura relatywizmu, tłum. Piotr Toboła-Pertkiewicz i Emila Turlińska

sobota, 11 marca 2017

To w końcu Polska jest samotna czy też nie?


Wybranie Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej wywołało różne reakcje. Wśród nich wyróżniło się przekonanie, że oto jesteśmy w Europie osamotnieni jako Polska. Ku swojemu zdumieniu usłyszałem to nie tylko od osób popierających rządy PiS-u, ale także  z ust przeciwnika obecnego reżimu.

To ostatnie jest bardzo ciekawe. Bo albo Donald Tusk jest Polakiem, albo nie jest. Albo reprezentuje w Radzie Europy polskie interesy, albo nie. Jeśli nie, to pytanie: czyje i jakiej ponownie wybrany przewodniczący jest narodowości? Radziłbym przeciwnikom PiS-u biadolącym nad osamotnieniem Polski przemyśleć sobie raz jeszcze, czy aby na pewno wiedzą, co mówią i nad czym biadają.

Żeby było śmieszniej jedynym kontrkandydatem był... Polak. 

Jeśli chodzi o sposób wybierania przewodniczącego (który otrzymuje z kieszeni podatnika horrendalne wynagrodzenie, niewyobrażalne dla przeciętnego zjadacza chleba, a potem będzie dostawać niezłą emeryturę), o realną politykę, którą uprawiają inne państwa europejskie, o interesy niemieckie, o to, czy PiS zaliczył wtopę czy była to celowa strategia, aby wyeliminować Tuska z polskiej polityki itp. – to już inne zagadnienia, warte z pewnością dłuższego tekstu albo kilku tekstów.

środa, 8 marca 2017

O kuszeniu Chrystusa na pustyni i o tym, czym jest niebo


„Heaven is not a place so much as it is a Person, or rather Three Persons. This one God vanquished an entire kingdom in one act. What absurdity, what folly, to consider now that Satan in the desert offered to the Kingdom of Heaven the kingdoms of the world in exchange for homage. In retrospect (for Satan has a memory), his humiliation must be increased all the more when he considers the profound idiocy of his temptation”.
 
Michael Voris, The Weapon

wtorek, 7 marca 2017

Diabeł spuszcza feminazistki z łańcucha

Czy to nie jest znaczące, że tuż przed Środą Popielcową, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Postu tzw. „feministki” wypuściły obrzydliwe wideo, które uwłacza prawdziwej godności kobiet?

wtorek, 28 lutego 2017

„Nature Boy” na koniec karnawału

Internet przy swoich wadach pozwala na wiele rzeczy, które niegdyś były nie do pomyślenia. W pewnym sensie więc ubogaca. Gdybym chciał prześledzić np. różne wersje standardów jazzowych bez Internetu, to byłaby to niegdyś „mission impossible”. Teraz wystarczy kilka kliknięć myszą i można posłuchać różnych wersji i to z różnych niemal epok. 

Skąd zainteresowanie akurat tym motywem muzycznym? Ktoś, kto posłucha i przyjrzy się zamieszczonym filmikom, pozna raczej bez trudu. 

Na początek więc piękna interpretacja Nat King Cole’a, którego lubię w tej „nieprzesłodzonej” wersji, z jego triem i który, jak wyczytałem, jako pierwszy nagrał piosenkę „Nature Boy”. Potem wersja słynnego Franka Sinatry. Dla mnie nieco zaskakująca. Milesa Davisa nie trzeba rekomendować – każdy, kto nie znał, a lubi jazz, z chęcią posłucha – po prostu nostalgiczne cudeńko. I na koniec coś odmiennego, niezupełnie już może jazzowego – Aurora – a od tego się jakby zaczęło. I to jest już naprawdę zupełnie inna epoka. I inne strachy. 

Można by tutaj dodać parę jeszcze innych intrygujących wersji, ale poprzestańmy na tych. Kto zechce, znajdzie sobie resztę. Warto poszukać – jest jeszcze kilka pięknych, nietuzinkowych interpretacji.




sobota, 25 lutego 2017

Czy papież może się mylić?

Wiele osób, także wiernych katolików, ma zupełnie mylne pojęcie o nieomylności papieża. Zamieszanie związane z adhortacją Amoris laetitia powinno być znakomitą okazją, by nieco rozjaśnić tę kwestię. Dzięki portalowi PCh24 możemy obejrzeć komentarz Michaela Vorisa na ten temat:


czwartek, 2 lutego 2017

Ubabrany jak świnia święty


Pewien wybitny polski uczony, myśliciel, autorytet i zbawca narodowej gospodarki, oburzając się na sposób, w jaki potraktowano polskiego mędrca, ojca narodu, skoczka przez płot i noblistę (bo ośmielono się podać, że ekspertyzy grafologiczne potwierdzają podpisywanie przez niego kwitów i pobieranie wygranych w „totolotka”), stwierdził:

„Gdyby Kościół katolicki stosował takie same zasady jak oni, to połowa świętych nie byłaby świętymi. Na czele ze świętym Pawłem”.

Nasz wielki autorytet i chluba narodu zapomniał o jednym: ci święci żałowali swojej przeszłości, odpokutowali ją, przemienili swoje życie, a nawet oddali za Chrystusa życie (jak przywoływany tutaj sam św. Paweł). Oni nie kluczyli, nie wykręcali się i nie zaprzeczali, że kiedyś postąpili źle, a nawet uważali się za najmniejszych i najgorszych ze wszystkich ludzi (ponownie – można sprawdzić, co św. Paweł pisał o sobie samym).

No tak, ale komuś z tak szlachetną przeszłością, kto pewnie jeszcze gdzieś w szufladzie biurka przechowuje z sentymentu czerwoną legitymację, trudno to zrozumieć. I nie ma się co dziwić. W końcu jest specem od ekonomii, a nie od wyrzutów sumienia.

sobota, 28 stycznia 2017

Marsz za życiem – Marsz za śmiercią

W mediach wciąż jeszcze można przeczytać wiadomości z wczorajszego Marszu za życiem w Waszyngtonie, w którym udział wziął również wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Tymczasem w zeszłą sobotę odbył się tzw. „Marsz Kobiet”, który był dość zasmucającym wydarzeniem i chyba stosowniejszą nazwą byłaby "Marsz za śmiercią". Może warto przypomnieć i tamto wydarzenie, tak odmienne od wczorajszego. Dość emocjonalny komentarz wygłosił na jego temat Michael Voris (polskie napisy):

czwartek, 26 stycznia 2017

Aborcja i dwa światy polityki


Kiedy polski polityk prawicowy mówi, że będzie bronił życia nienarodzonych, to mówi.

Kiedy amerykański polityk prawicowy mówi, że będzie bronił życia nienarodzonych, to broni. Tuż po objęciu urzędu. Od razu.

środa, 25 stycznia 2017

Corner Shop: „The Great Heresies” – taka niepiękna katastrofa


W pięćsetną rocznicę reformacji warto byłoby sięgnąć po jakąś pozycję związaną z tematem, a przynajmniej choć częściowo tego tematu dotyczącą. Wydaje mi się, że Hilaire Belloc może być tutaj trafnym wyborem jako autor nietuzinkowy, a przy tym zaliczany do grona wybitnych pisarzy katolickich języka angielskiego. 

Kontrowersje związane ze świętowaniem okrągłej rocznicy wystąpienia Marcina Lutra, kwestie udziału hierarchów Kościoła katolickiego w tych obchodach, a nawet samego papieża Franciszka (sporo szumu wywołała jego obecność na uroczystościach w Szwecji) to również znakomity pretekst, by zapoznać się nie tylko z historią reformacji, ale dowiedzieć się nieco więcej o zjawisku herezji jako takiej. 

„The Great Heresies. An Examination of Religion” to jedna z tych publikacji Belloca, która zdaje się wciąż cieszyć dużym zainteresowaniem zarówno czytelników, jak i wydawców, sądząc choćby po ilości wznowień dokonanych przez różne oficyny wydawnicze, mimo dostępności angielskiego tekstu również w Internecie. Notabene Belloc nie ma tyle szczęścia do polskich tłumaczeń, co jego współpracownik i przyjaciel, jakim był Chesterton, a przecież znajomość autora „Ortodoksji” bez Belloca to znajomość niepełna. Wszak przezwano ich niegdyś „Chesterbelloc” jakby stanowili jedną istotę. 

Książka Belloca skupia się na kilku epizodach w historii Kościoła, które zdaniem autora są znaczące, a które mogły stanowić (albo stanowiły) katastrofalne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Choć zdaniem autora spory teologiczne nie są jedynie teoretycznymi sporami grupki oderwanych od rzeczywistości pięknoduchów, a mają wpływ na rzeczywistość większy, niż niektórzy sobie wyobrażają, to autor wybiera tylko te, które były szczególnie znaczące: arianizm, mahometanizm, herezja albigeńska, reformacja i faza nowożytna.

 Każdy czytelnik bez wątpienia zatrzyma się w tym wyliczeniu na mahometanizmie. Islam jest przecież postrzegany jako osobna religia. Tymczasem Belloc traktuje ją jako herezję chrześcijaństwa, podążając zresztą tropem ojców Kościoła. Podkreśla, że różni wyznanie Mahometa od innych herezji zwłaszcza to, że w przeciwieństwie do nich jeszcze nie wygasło, a zdaniem Belloca każda z herezji zmierza ku wymarciu, nawet jeśli pewne jej symptomy utrzymują się jeszcze w społeczeństwie przez dłuższy czas. Tymczasem islam wciąż przejawia niepokojącą żywotność. Co ciekawe – i co z pewnością przyczyniło się do popularności tej książki – autor stwierdza to wówczas, kiedy wydawało się, że właśnie islam jest już w fazie zamierania, a przynajmniej stagnacji i upadku dawnej potęgi (książka została napisana jeszcze przed II wojną światową). Tymczasem Belloc wieszczył powrót mahometanizmu, jakby przewidywał wstrząsy dzisiejszej epoki. Te partie książki czyta się niemal jak proroctwo. 

Jeśli chodzi o rozdział poświęcony reformacji, to ciekawe dla współczesnego czytelnika może być to przede wszystkim, że samą reformację Belloc nie traktuje jako jedną herezję, ale bardziej jako ruch, w którym widoczne były różne typy herezji, a tym, co je jednoczyło, była niechęć do autorytetu Rzymu i odrzucenie go. Autor „The Great Heresies” podkreśla przy tym, że uczestnikom tego wielkiego zamieszania nie chodziło tak naprawdę z początku o rozbicie chrześcijaństwa, dopiero splot różnorodnych czynników, wśród których niebagatelną rolę odegrał geniusz Jana Kalwina, doprowadził do kataklizmu, jakim było podzielenie Europy. 

Belloc nie ukrywa bowiem, że uważa reformację za katastrofę, która skutkowała m.in. fatalnymi pod względem społecznym skutkami w XIX wieku, choć niewątpliwie początkowo nadała pewną dynamikę krajom protestanckim. Pisarz w najmniejszym stopniu nie był piewcą dzikiego kapitalizmu, który pozbawiał wielkie masy społeczeństwa wolności. Z pewnością też nie zachwycał go socjalizm czy komunizm, który dążył do pozbawienia człowieka własności zabezpieczającej jego niezależność od państwa. Był Belloc też wrogiem państwa opiekuńczego. Niektóre jego uwagi pod tym względem mogą zapewne szokować współczesnego czytelnika przyzwyczajonego do opieki państwa, które ingeruje we wszelkie sfery życia osobistego. 

Interesujące są również analizy dotyczące „fazy nowożytnej”, próba ogarnięcia zjawiska, dla którego jeszcze Belloc nie miał sprecyzowanej nazwy, gdyż przecież był obserwatorem niejako z wewnątrz, nie mogąc ogarnąć całości zjawiska jednym rzutem oka. Wiele spostrzeżeń wydaje się celnych. W innych przypadkach Belloc mylił się co do tempa następujących zmian. Faktem jest natomiast, że trafnie przewidział, iż nowa epoka będzie atakiem dążącym do całkowitego zniszczenia Kościoła katolickiego. 

Współczesny czytelnik bez wątpienia znajdzie w książce wiele cennych przemyśleń. Może wręcz zaskakiwać, jak przenikliwym obserwatorem był Belloc, choć sam zdawał sobie sprawę, że zjawiska historyczne to procesy długofalowe i precyzyjne ich zdefiniowanie w trakcie trwania jest niezwykle trudne. Jak bardzo adekwatne dla naszych czasów są uwagi autora „The Great Heresies” może obrazować choćby fakt, że już Belloc pisze o... banksterach. Wprawdzie sam nie wpadł na to, by ukuć taką właśnie nazwę, ale fragmenty poświęcone systemowi bankowemu i lichwie czyta się, jakby powstały właśnie teraz. 

Warto również na zakończenie tej pobieżnej recenzji zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz. Może najistotniejszą, bo ważną dla zrozumienia samej herezji jako zjawiska. Otóż Belloc podaje jej definicję, którą w najprostszych słowach można wytłumaczyć mniej więcej tak: herezja to nie jest totalne zaprzeczenie systemu, przeciwko któremu występuje. Ona bazuje na istniejącym już systemie, wymienia jednak jakiś istotny dla tego systemu element, powodując tym samym, że system nie jest już ten sam. Z pozoru taki system może nawet wyglądać na pierwszy rzut oka podobnie. Jednak konsekwencje zmiany są niebagatelne. W przypadku religii, która jest podstawą kultury, oznacza to wpływ nie tylko na życie indywidualne, ale na cały organizm społeczny. Stąd Hilaire Belloc przyrównuje znaczenie ważnych kontrowersji teologicznych do znaczenia rozstrzygających bitew, które zmieniały bieg historii. 

Zakończę te parę refleksji po lekturze małą dygresją, która niezupełnie dotyczy tylko Belloca. Otóż czytając książki z literatury angielskiej niejednokrotnie uświadamiam sobie, jak cenną serią jest (a może była?) popularna seria Biblioteki Narodowej Ossolineum. Staranne przygotowanie tekstu, przypisy, bibliografia, obszerna przedmowa – to elementy, które ułatwiają współczesnemu czytelnikowi obcowanie z dziełami literatury nie tylko z odległej przeszłości. Popularne, tanie wydania klasyki literatury angielskiej czy światowej w tym języku niestety nie są tak pieczołowicie opracowane. Choć ich zaletą jest cena (będąc w Anglii, a potem w Irlandii zgromadziłem sobie małą biblioteczkę, a każdy tom kosztował tylko jednego funta), to zwłaszcza dla obcokrajowca (choć sądzę, że nie tylko) mankamentem jest brak tego, co znajduje w serii Ossolineum. Dzieła klasyczne padają też ofiarą pospiesznego, niestarannego wydania. I niestety książki Belloca do nich należą. A przykład widać już choćby na okładce. Pozostawiam czytelnikowi odkrycie, o co chodzi.

Hilaire Belloc, The Great Heresies. An Examination of Religion, World Library Classics, Lexington, KY 2012.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Aborcyjne kłamstwa, smutna rocznica i skrucha

Wczoraj minęła smutna rocznica procesu, który przyczynił się do legalizacji aborcji w Stanach Zjednoczonych, tzw. procesu „Roe vs. Wade” z 22 stycznia 1973. 

Warto przypomnieć tę smutną rocznicę, bo jest ona przykładem jeszcze jednego kłamstwa na temat aborcji. Jak podaje portal LifeSiteNews, młoda Jane Roe miała być rzekomo ofiarą gwałtu, ale było to kłamstwo. Została wykorzystana przez ruch proaborcyjny. 

Teraz Jane Roe – Norma McCorvey żałuje swojego czynu. W krótkim filmie opowiada swoją historię (polskie napisy po włączeniu funkcji):

sobota, 14 stycznia 2017

Amerykanie jako zło konieczne?


Wiele jest ostatnio radości w rządzie i w prawicowych mediach (z pewnymi wyjątkami) z powodu „wkroczenia” wojsk amerykańskich na tereny Polski. Ma to być koniec Jałty. Ma to być powód do optymizmu i nadziei. Amerykanie obronią nas przed agresją ze Wschodu albo... skądinąd. Różni eksperci mówią też, że jest to obecność symboliczna, ale...

Patrzę na to z pewną dozą sceptycyzmu. Wprawdzie nie posunąłbym się tak daleko, by mówić o „okupacji amerykańskiej”, jak robią to niektórzy – raczej uznałbym takie sformułowanie za absurdalne, już choćby z tego względu, że sami się o to prosiliśmy – ale przypomina mi się Konrad Mazowiecki. No, cóż... on też miał doskonały pomysł.

Nasuwają mi się jednak przynajmniej dwie niewesołe refleksje z tym związane.

Pierwsza jest taka, że to raczej smutne, kiedy na swoim terytorium ma się wojska silniejszego sojusznika. Smutne, bo oznacza to, że sami nie jesteśmy w stanie się obronić, a przynajmniej bronić się do czasu odsieczy mocniejszego od nas sprzymierzeńca, który gwarantowałby pomoc w sytuacji, gdyby sprawy potoczyły się naprawdę źle i groziłaby nam zagłada i utrata niepodległości. Lepiej by było, gdybyśmy to my byli tym silniejszym.

Druga refleksja dotyczy w zasadzie do pewnego stopnia tej analogii z Konradem Mazowieckim. Nie twierdzę, że Amerykanie nagle zwrócą się przeciwko nam i wykroją sobie na naszym terytorium osobne państewko z wielkim mistrzem i tak dalej. Myślę sobie jednak, że łatwo jest wprowadzić obce wojska na swoją ziemię, a trudniej się ich pozbyć. Zwłaszcza, jeśli są to wojska silniejszego sojusznika.

Z tą refleksją wiąże się też drugi aspekt. A mianowicie: któż zagwarantuje, że Stany Zjednoczone będą stale tym miłośnikiem wolności i demokracji, za jakiego je uważamy? I czy w ogóle Stany jeszcze tej wolności bronią?

Zwycięstwo Trumpa wydaje się powstrzymywać, przynajmniej na pewien czas, te złe tendencje, które nasiliły się za rządów Obamy, a które pewnie spotęgowałyby się niemożebnie za władania pani Clinton. Jakie to tendencje? A choćby takie, że Stany po raz pierwszy znalazły się na liście krajów łamiących wolność religijną. To stamtąd też głównie idzie ta cała absurdalna rewolucja kulturalna, która głosi m.in., że chłop może być babą, baba chłopem albo nawet i tym, i tym. Za chwilę może się okazać, że ktoś w głębi duszy czuje się psem i jakiś sąd zagwarantuje mu stosowną opiekę właściciela i regularne wyprowadzanie na spacer z możliwością załatwiania się pod drzewkiem. Dorzućmy do tego naciski na promowanie dostępu do aborcji i in vitro, i paru innych jeszcze kwestii (jak na przykład klub wyznawców szatana dla dzieci), a mamy cały nieprzyjemny pakiet, a nawet istną puszkę Pandory.

I wyobraźmy sobie, że oto te wojska stacjonują u nas, a w USA rządy obejmuje jakaś Hilary Clinton albo inny Obama do entej potęgi i dalej prowadzi tę swoją rewolucję kulturalną pod hasłami „wolności, braterstwa i demokracji”, a oto w Polsce w tym samym czasie mamy jakiś konserwatywny rząd z prawdziwego zdarzenia, który np. wprowadza całkowity zakaz aborcji, zakazuje in vitro, nie zgadza się na tzw. „małżeństwa” homoseksualne i generalnie promuje te chrześcijańskie wartości, na których zbudowana została Europa. Lepiej – promuje wartości, kodeks moralny głoszony przez Kościół katolicki (o zgrozo!). Wyobraźmy sobie dalej, że wszelkie naciski ekonomiczne, próby wpływania na media, restrykcje, agentura wpływu, czarne marsze feminazistek i tym podobne nie działają. Ktoś mógłby wpaść na myśl, że należałoby wykorzystać te amerykańskie wojska i przywrócić „porządek i demokrację” nad Wisłą. A wówczas...

Tak sobie gdybam, dyletant w sprawach wojskowości. Jak mawiali starożytni: „si vis pacem, para bellum”. Czyli powinniśmy uzbroić się po zęby i pozbyć się tych bratnich wojsk w cholerę.

piątek, 13 stycznia 2017

Autoportret w skradzionym tle


Pozwoliłem sobie bezczelnie wykorzystać dla swojego „autoportretu” jedną z tzw. „monotypii” wrocławskiej artystki Edyty Purzyckiej. Akurat ta należała do tych, które podobały mi się na dzisiejszym wernisażu najbardziej. Oczywiście autorka ma pełne prawo mnie zamordować za taki brak szacunku dla sztuki. Tym bardziej, że barwy już też pewnie są nie takie.

Kto interesuje się sztuką współczesną i coś z niej rozumie albo ma przynajmniej wrażliwość na barwy i ich kompozycję, powinien zajrzeć do Galerii Pod Plafonem we Wrocławiu. Wystawa „Monotypie” Edyty Purzyckiej będzie dostępna do 31 stycznia 2017.

czwartek, 12 stycznia 2017

środa, 11 stycznia 2017

Florencja raz jeszcze


Do Florencji, tak jak do wielu innych miast i miasteczek włoskich, z pewnością warto wybrać się na dłużej niż jeden dzień tylko. 


Miasto ma w sobie coś swojskiego, jakby nieco znajomego z Krakowa, Lwowa czy innych miast polskich. Choć bez wątpienia nie do końca to samo. Mimo gigantycznych budowli nie przytłacza, tak jak przytłaczał mnie industrialny Turyn. Tu niewątpliwie warto mieć czas na powolne zwiedzanie, na wędrówkę po mieście z dobrym przewodnikiem pod pachą. Myśmy tylko trochę to miasto „liznęli”. 

W pamięci niewątpliwie zostaje imponująca katedra Stanta Maria del Fiore (zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz), słynny Most Złotników, plac przed Palazzo Vecchio z rzeźbami Giambologni i Ammantiego, niesamowity obraz widziany krótko, zbyt krótko w pewnym kościele oraz... restauracja czy też kawiarnia o swojsko brzmiącej nazwie: „Paszkowski”. Nie założył jej jednak polski powstaniec styczniowy, jak mylnie powiedziała nam, sympatyczna zresztą, przewodniczka (chyba, że to mnie się mylnie zakonotowało). Ma to miejsce wprawdzie związek z owym powstańcem, ale taki, że był to jego syn. I nie założył on tej kawiarni (gdyż był producentem piwa), choć nadano jej jego imię. Historia jest jednak nie mniej ciekawa, a po ilustrowany zdjęciami tekst i informacje, skąd ta nazwa, odsyłałam na bloga „W altanie przy kawie”. 

Warto notabene przysiąść sobie w Ristorante Paszkowski na obiad. Dobre wino, dobre jedzenie i sympatyczna obsługa, która mówi po angielsku (choć nie po polsku niestety). 

Aha! I nie można zapomnieć o Dantem rzecz jasna.


środa, 4 stycznia 2017

Prezydent Duda ma romans na boku


Jak funkcjonują media w Polsce? Widać to na przykładzie ostatniej afery z „polskim Kennedym”. Gdyby nie zdjęcie zrobione komórką przez pasażera samolotu, a następnie puszczone w obieg w Internecie, prawdopodobnie jeszcze długo o całej sprawie byśmy nic nie wiedzieli. 

Czy romanse „nowoczesnego” polityka mnie ekscytują? Nie, nie bardzo. Co najwyżej tyle, że cała ta „love story” pokazuje, z jak żałosnymi politykami opozycji mamy do czynienia. Są gotowi wzniecić pożar, doprowadzić do destabilizacji państwa, wykreować w mediach zagranicznych ponury obraz „kaczystowskiej” dyktatury, po czym w samym środku tego wszystkiego wyjechać sobie na Maderę lub w inne rejony, gdzie mróz i „zamordystyczny” reżym nie będzie psuł im upojnej sylwestrowej zabawy. 

Ale to nie wszystko. Czy pamiętacie, Państwo, jak media spekulowały nad nieobecnością Agaty Dudy na uroczystościach państwowych u boku męża? Drążono temat, domyślano się rozpadu małżeństwa, spięć małżeńskich i licho wie czego jeszcze. Tymczasem sprawa wyglądała, jak się nie mylę, dość prozaicznie – po prostu żona prezydenta zajmowała się chorym ojcem. 

A może przypominacie sobie, jak analizowano zdjęcia i nagrania z pewnej uroczystości, w której udział brali Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński? Spekulacjom nie było końca (i chyba do tej pory niektórzy drążą temat). 

Tymczasem gdzieś na boku trwał sobie romans. Może nawet już od dłuższego czasu. Może od maja. A może dłużej. Nie, nie prezydenta Dudy i nie jego żony. Nie Jarosława Kaczyńskiego. Romans „nowoczesnego polityka”. Wymarzony temat dla tabloidów. I co? I nic.

wtorek, 3 stycznia 2017

Dwie filozofie życia


„Actually, there are only two philosophies of life: one is first the feast, then the headache; the other is first the fast and then the feast”.

Abp. Fulton Sheen, Life of Christ

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Celebryci w oparach absurdu


Wspominałem już na tym blogu, że niektórzy obywatele Polski zdają się żyć w rzeczywistości wirtualnej. Chyba najbardziej predestynowani do takiego życia są aktorzy. I to się (niestety) potwierdza:


czwartek, 29 grudnia 2016

Jarosław Kaczyński Herodem roku 2016


Daleki jestem od dzikiej satysfakcji z wszelkich potknięć, błędów czy chybionych decyzji prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Jestem odporny na falę nienawiści, jaką się go nieustannie zalewa. Mam w sobie wystarczającą dozę antidotum, by nie ulec temu jadowi, jaki się sączy na polityka, który moim zdaniem przejdzie do historii jako jedna z najwybitniejszych postaci polskich przełomu XX i XXI wieku.

To wszystko jednak nie przeszkadza mi dostrzegać rzeczy, z którymi w polityce tego tragicznie doświadczonego męża stanu się nie zgadzam. W przeszłości np. nie zgadzałem się z jego wypowiedzią, że nie należy eksponować agenturalnej przeszłości byłego lidera „Solidarności”. Dzisiaj nie zgadzam się i nie podzielam podejścia Jarosława Kaczyńskiego do problemu aborcji.

Choć bez trudu mógłbym wymienić – także w jego obozie – polityków, którzy w pierwszym rzędzie i jak najbardziej zasłużenie powinni się znaleźć na liście do tego haniebnego wyróżnienia (Ewa Kopacz byłaby tu na czołowej pozycji), to z przykrością muszę stwierdzić, że „uhonorowanie” Herodem Roku 2016 Prezesowi się należy, tak samo jak całemu PiS-owi. Zresztą tytuł ten przyznany Jarosławowi Kaczyńskiemu można potraktować jako symbolicznie przysługujący PiS-owi, z wyjątkiem tych posłów, którzy do samego końca bronili projektu ustawy chroniącej życie nienarodzonych.

PiS stracił szansę, by uczcić 1050 rocznicę chrztu Polski ustawą broniącą najsłabszych i najbardziej zagrożonych przemocą. Ale nie chodzi tylko o symbole. Ktoś, kto bardziej boi się ludzi niż Pana Boga, już przegrał. Choćby nawet wygrał w wymiarze doczesnym. Ale nawet w wymiarze doczesnym partia „dobrej zmiany” przegrała, bo uległa pozornej sile rozwrzeszczanych i wulgarnych feminazistek.

Zaufanie Panu Bogu, to coś, z czym zmagamy się w życiu osobistym. Ale to również coś, z czym mamy do czynienia w szerszej skali – w życiu wspólnoty. Kto ma wątpliwości, niech sięgnie do Biblii, niech poczyta choćby I i II Księgę Kronik czy I i II Księgę Królewską. Polska mogła wybić się nie tylko na prawdziwą niepodległość w dziedzinie doczesnej, ale mogła tę niepodległość osiągnąć w sferze duchowej – ufając Panu Bogu i wprowadzając w życie ustawę, która byłaby zgodna z Jego wolą, a nie z wolą władcy ciemności, choćby nawet podporządkowywały się jej wszystkie narody na kuli ziemskiej.
 

sobota, 17 grudnia 2016

Kodziarze jak… Palestyńczycy


Najpierw mistrzowie teatru ulicznego z Palestyny:


A teraz ich nędzni imitatorzy z Polski:


Ewidentnie posłom opozycji zależy na tym, by znaleźć się za kratkami


Posłowie opozycji chyba chwytają się już naprawdę wszystkiego, by jednak doprowadzić do choć namiastki stanu wojennego, kiedy ktoś im wlepi w tyłek policyjną pałką i będą mogli wreszcie pokazywać czerwone pręgi na... no mniejsza z tym, gdzie... telewizjom całego świata. Może nawet uda się, że któremuś wybiją ząb i będzie mógł zawołać: „Wybili, wybili, panie!!!! O!” 

Wojna ubecji, resortowych dzieci, obcych wywiadów, opłacanych zdrajców i użytecznych idiotów z Polską trwa.

środa, 7 grudnia 2016

Michael Voris we Wrocławiu


Warto było we wtorkowy wieczór wybrać się na wrocławskie spotkanie z Michaelem Vorisem, które zorganizowały Klub Polonia Christiana i Civitas Christiana. Amerykański dziennikarz i apologeta katolicki, twórca filmów, strony internetowej „Church Militant”, na której można zobaczyć m.in. program „Vortex” („Wir”) oraz przeczytać artykuły i wiadomości dotyczące Kościoła i polityki, mówił o roli mediów katolickich w życiu publicznym.

Dość przyzwoitą relację z tego spotkania można przeczytać na stronie wrocławskiego „Gościa Niedzielnego”.
 
Jutro (8 XII) ostatnie spotkanie – w Warszawie. Szczegóły można znaleźć tutaj.

Florencja V – Lwy pałacowe


czwartek, 1 grudnia 2016

Cinque Terre X


Jeszcze kilka ostatnich fotek z Cinque Terre. To bez wątpienia jeden z piękniejszych rejonów Włoch, położony w Ligurii, znajdujący się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO. 


Podejrzewam, że w lecie muszą to miejsce oblegać tłumy turystów. Jesienią, przy pięknej, słonecznej pogodzie, też było ich sporo, ale nie dawało się to tak we znaki. Dla mnie przynajmniej pogoda była idealna, gdyż nie było lejącego się z nieba żaru. 


Pięć miasteczek, malowniczo położonych na brzegu morza, to: Monterosso, Vernazza, Corniglia, Manarola i Riomaggiore. Obecnie można do nich się dostać drogą lądową – pociągiem, a nawet na piechotę. Jednak chyba najlepszym pomysłem jest popłynąć tam stateczkiem, a wrócić koleją. A może precyzyjniej – stateczkami, wysiadając w każdym z tych miasteczek na zwiedzanie i zabierając się następnym rejsem do kolejnej miejscowości. Chyba dopiero właśnie z morza można docenić ich malowniczość, kiedy z łodzi widać pnące się po zboczach w górę kolorowe domy. Każda z nich ma nieco inny charakter, w każdej warto pospacerować wąskimi uliczkami, usiąść w restauracji, by zjeść danie z owoców morza (jeśli ktoś takie atrakcje lubi), lub zatrzymać się w kawiarni na dobrą włoską kawę. 


To zestawienie gór i morza nieco przypominało mi moje podróże i zachwyty zachodnimi rejonami Irlandii. A trochę krótkie wakacje w tym roku na Krecie. 


Chyba najbardziej „wypoczynkową” z tych pięciu jest Monterosso al Mare (skąd pochodzą zdjęcia w tym wpisie) z piaszczystą plażą i lądującymi na niej co jakiś czas paralotniarzami. Tutaj także mieliśmy okazję zobaczyć krewnych fruczaka, zwanego również zawisakiem, który już regularnie co lato do później jesieni przylatuje do pelargonii na naszym balkonie. W Monterosso było ich tyle, że przypomniało mi to opowieść o Małym Księciu i jego róży. Nasz fruczak też jest jedyny na świecie. Choć w tym roku po raz pierwszy zobaczyliśmy na balkonie dwa. 


Nie wspominałem na tym blogu jeszcze o fruczaku? Hm... Trzeba będzie to naprawić, ale to może innym razem. I najlepiej wówczas, kiedy uda mi się zrobić jego wyraźne zdjęcie, a jest to bardzo trudne. Ale z tym trzeba będzie poczekać do lata.