środa, 8 lutego 2012

Spokojnie, tylko toniemy

Lubię takie książki. Autor idzie nie tyle pod prąd, co po prostu swoją drogą. Choć idzie swoją drogą, czy też swoimi ścieżkami, to szanuje tradycję. Jest oryginalny, nie siląc się wcale na oryginalność i składa przy tym hołd swoim mistrzom. Jak bowiem notuje w swoich – nomen omen – „myślach nieoryginalnych” kończących książkę: „Jeżeli nam się wydaje, że jesteśmy oryginalni, to znaczy, że jesteśmy słabo oczytani”. Ma odwagę myśleć na przekór, nie obawiając się śmieszności i posądzenia o oszołomstwo. Stąd zdarza mu się zapędzić na manowce myśli, ale to tym bardziej podkreśla nietuzinkowość innych jego odkryć i dociekań. Wszelkie próby zaszufladkowania go są przez to skazane na porażkę i nie oddają trafnie, z kim mamy tak naprawdę do czynienia. Ot, cóż bowiem począć choćby z takim faktem: konserwatywny publicysta i pisarz, broniący Radia Maryja który nie ukrywa fascynacji takimi dwoma „degeneratami”, jak Philip K. Dick i Kurt Vonnegut? Z których jeden to rozwodnik, przeżywający jakieś dziwne „objawienie” (kto wie, czy nie pod wpływem eksperymentów z narkotykami?); a drugi ateista i zwolennik aborcji.


Jednak powyższy przykład świadczy o ważnej cesze tego pisarstwa, intrygującego i wciągającego w swój wir od pierwszego zdania – jego autor jest niezmiernie ciekaw świata, potrafi dostrzec perełki myśli, przebłyski geniuszu także u tych, którzy w gruncie rzeczy wydają się stać po przeciwnej stronie barykady, ma odwagę zapuszczać się w rejony budzące przy pierwszym zetknięciu odrazę lub niechęć. A przy tym, zamiast iść w gronie lemingów, wyłamuje się z szeregu – choć drogowskazy i znaki wskazują szlak prowadzący utartymi ścieżkami myśli – by popatrzeć na rzeczywistość z nieoczekiwanej perspektywy, dostrzec to, czego inni nie dostrzegają lub na co nie potrafią zwrócić uwagi. Stąd autor na przykład pokpiwa sobie z naśmiewających się ze „spiskowej teorii dziejów” i sam próbuje właśnie „wczuć się w prymitywny umysł zwolennika teorii spiskowej”, bo przecież nie wierzy, „że wszystko dzieje się przypadkiem”. Inna kwestia, czy dalsze wywody autora w tej materii można traktować z pełną powagą. Choć sam również jestem przecież daleki od drwin ze „spiskowej teorii” dziejów i patrząc na polską politykę zastanawiam się niejednokrotnie, kto tak naprawdę pociąga tutaj za sznurki marionetek, kto jest marionetką, kto zaś się maskuje jako tylko marionetka.

Innym takim przykładem nietuzinkowego spojrzenia na rzeczywistość we wspomnianej książce jest sprawa klasycznego pytania unde malum. Autor, zamiast zastanawiać się nad fenomenem pochodzenia i istnienia zła, pyta: unde bonum? Jak to możliwe, że w świecie tak skłonnym do zła, tak skażonym złem w ogóle jeszcze istnieje dobro? Jak pisze w szkicu poświęconym Vonnegutowi i Dickowi: „Ludzie wierzący muszą się uporać z problemem zła w świecie stworzonym przez dobrego Boga. Ateista, widzący, że świat jest zły, a ludzie głupi (albo na odwrót), musi stawić czoło zagadce unde bonum, skąd bierze się w świecie dobro. Jeżeli świat premiuje zło (…), jeżeli na jego straży stoją armie, policje, banki i hipermarkety, to jakim prawem żyje jeszcze jakieś dobro? Jeżeli kiełkuje samorzutnie, to znaczy, że świat nie jest jednolicie zły, albo należałoby przyjąć, że otrzymuje wsparcie z zewnątrz, z jakiegoś innego świata”.


A skoro już o wierze mowa, to niebagatelną rolę w dociekaniach autora – zarówno tych dotyczących polityki, geopolityki, historii, jak i literatury, antropologii czy kultury – odgrywa jego chrześcijaństwo. To również pozwala mu wyjść poza stereotypy, przedrzeć się przez zasłonę „Matrix-u” i… zachować spokój. Spokój nie tyle stoickiego mędrca, ale spokój człowieka pokładającego ufność w Opatrzność Bożą i dlatego patrzącego z pobłażliwością na wariactwa świata, mającego świadomość, że i tak w ostatecznym rachunku to Bóg jest prawdziwym zwycięzcą, bo to On „jest gwarantem istnienia wszechświata”. Dlatego, choć pisarz nie ma złudzeń co do przyszłości gnijącej cywilizacji europejskiej, choć dostrzega symptomy rozkładu w potędze Stanów Zjednoczonych, nie rozpacza, wie, że nic w tym świecie nie jest trwałe, że żadne granice nie są stałe, a najpotężniejsze imperia wcześniej lub później chylą się ku upadkowi. I choć smród zgnilizny zdaje się być wyczuwalny nawet w łonie samego Kościoła, to przecież „religia Chrystusa rosła przez kolejne katastrofy”, a zagłada cywilizacji europejskiej nie oznacza całkowitej katastrofy, bo zdaniem autora „z wielkiego zamętu wyjdzie chrześcijaństwo jako religia prawdziwie światowa”.


Dlatego też, dzięki swojej wierze, autor nawet w starości budzącej trwogę światłych myślicieli, starości, o której wszyscy dookoła starają się zapomnieć, nie myśleć, od której próbują uciec oddając się kultowi młodości – w tej właśnie starości autor potrafi dostrzec poczwarkę, której przeobrażenia przybliżają nas do chwili narodzin pięknego motyla. Porównując życie człowieka do gąsienicy kornika przedzierającej się ku powierzchni, drążącej „twardą materię drewna”, która „ogranicza naszą wiedzę o świecie”, autor tak pisze o starości:


„Gąsienica, która nie dała się zwieść obfitości smakowitego drewna, zbliża się do powierzchni i tutaj przechodzi przepoczwarzenie: staje się brzydka (poczwarna), wypadają jej niepotrzebne już zęby, łupie ją w plecach, skąd ma nieszczęsna wiedzieć, że to rosną jej skrzydła. Potem poczwarka umiera, aby ocknąć się w innej postaci, w innym świecie, wśród kwiatów, kolorów, zapachów”.


Prawda, że piękna metafora? A jeszcze na dodatek Lech Jęczmyk, autor omawianej tu książki „Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze Średniowiecze”, skromnie zauważa: „mam przeświadczenie, że to nie ja ją wymyśliłem – przyszła do mnie cała i gotowa”.


Lubię takie książki i żałuję tylko jednego – że kiedy w księgarni obracałem w ręku poprzedni zbiór szkiców Jęczmyka pt. „Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze”, nie zdecydowałem się na jego kupno. Na marginesie dodam jeszcze, że to między innymi Jęczmykowi zawdzięczam moją trwającą do dziś fascynację twórczością Philipa K. Dicka, bo od „Człowieka z Wysokiego Zamku” najprawdopodobniej zaczęła się moja przygoda z tym pisarstwem. „Najprawdopodobniej” – gdyż niestety nie potrafię sobie już dziś przypomnieć, czy jako gówniarz ze szkoły podstawowej przeczytałem z wypiekami na twarzy najpierw „Ubika”, czy wspomnianą wyżej powieść w tłumaczeniu autora „Dlaczego toniemy…”. Bo trzeba zauważyć, że Lech Jęczmyk jest nie tylko nietuzinkowym publicystą, lecz również znakomitym tłumaczem. Ale to już temat na inną opowieść…

Lech Jęczmyk, Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze Średniowiecze, Poznań 2011.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Autorowi się chyba coś pohorubaliło

Dopiero dzisiaj wpadł w moje ręce dodatek do „Rzeczpospolitej” „PlusMinus”, a w nim znalazłem recenzję Wojciecha Stanisławskiego z najnowszej książki Andrzeja Horubały. To znaczy… hm… chyba Andrzeja Horubały. Ku mojemu zdumieniu dowiedziałem się bowiem z owej recenzji zatytułowanej „Pojedynki w Babilonie”, że autor zbioru „Żeby Polska była seksy i inne szkice polemiczne” to w rzeczywistości Andrzej Horubala! Myśląc, że to literówka, sprawdziłem cały tekst. Jednak zarówno podpis pod okładką książki (napisanej przecież przez Horubałę), którą akurat mam przyjemność czytać, jak i powtórzenie nazwiska recenzowanego krytyka, nie pozostawiały wątpliwości – Stanisławski sięga „po książki Horubali” (sic!). A nie przypadkiem krasnala Hałabały?

Albo autorowi się coś pohorubaliło, albo korekta powinna dostać porządnie po łapkach.

sobota, 4 lutego 2012

„Oczywiste rozwiązanie”...



... czy też „ostateczne rozwiązanie” kwestii nienarodzonych? To nie jest śmieszne, proszę pani. Stop aborcji!

sobota, 14 stycznia 2012

Drętwy Stawrogin albo strachy na lachy

Terezjusz:
To miało być święto. W minionym roku z różnych względów nie dane mi było chodzić do teatru, jeśli nie liczyć monodramu „Rozmowy z diabłem” w znakomitym wykonaniu Jerzego Treli oglądanego właśnie prawie 12 miesięcy temu. Dlatego z radością powitałem zaproszenie na „Biesy” w Teatrze Polskim i to jeszcze na mojej ulubionej scenie na Dworcu Świebodzkim. Wielka literatura i reżyseria Krzysztofa Garbaczewskiego, którego „Nirvana” wywarła na mnie swego czasu spore wrażenie, zapowiadały ekscytujący wieczór.

Nowoczesna forma, wykorzystanie wideo i laptopów, muzyka rockowa, nawiązania do współczesności – to wszystko nie było dla mnie zaskoczeniem, ani nie raziło. Raczej takiej formy się spodziewałem zamiast klasycznego teatru. Podobał mi się zwłaszcza pomysł wykorzystania teatru cieni i nawiązanie do niemego kina. Także rozmywanie granic między widzem a aktorem, teatralną grą i rzeczywistością, nie było ani czymś specjalnie niespodziewanym, ani nowatorskim. Niespójność poszczególnych scen, ich oniryczność w pierwszej części przedstawienia można by też od biedy interpretować jako np. ostatnie przebłyski świadomości umierającego Szatowa. To ostatnie skojarzenie – nie wiem na ile trafne – nasunęło mi się poprzez nawiązanie do „Nirvany” tego samego reżysera.

Chaotyczność pierwszej części mnie bardziej intrygowała niż poruszała, z początku wydawało się nawet, że będzie zarówno śmiesznie, jak i strasznie, że ważne pytania zostaną przyprawione ostrą dawką ironii, a przedstawienie będzie balansować na granicy groteski i tragedii. Nie było w tym jednak nic, co by mną wstrząsnęło i miałem nadzieję, że druga część będzie prawdziwą eksplozją i pokaże ku czemu to wszystko tak naprawdę zmierza. Jednak już w tejże pierwszej części pojawił się pewien element niepokojący. Z pewnym zaskoczeniem i zmieszaniem przyjąłem fakt, że rolę Stawrogina gra kobieta. Z początku próbowałem nawet dociec sensu takiego wyboru, ale potem dałem sobie z tym spokój, bo nad tym wszystkim zaczęło dominować poczucie irytacji i rozdrażnienia. Czy chodziło tutaj o jakiś chwyt z dziedziny gender studies, czy jakieś inne nowoczesne wymysły – nie mam pojęcia. Mniejsza o to, w końcu w czasach Szekspira role kobiece grali mężczyźni, to dzisiaj mogą je grać też i kobiety. W końcu i tak teatr to gra pozorów.

Jednak to rola, grającej Stawrogina i nie znanej mi wcześniej, Katarzyny Warnke była ostatecznie głównym elementem, który według mnie, obok innych mankamentów, rozłożył całe przedstawienie. Początkowe zaskoczenie zastąpiła wspomniana już wcześniej irytacja grą aktorki. Z ulgą przyjmowałem chwile, kiedy usuwała się ze sceny albo gdy inni aktorzy dominowali. Jej drętwe, pozbawione ekspresji deklamacje drażniły. Także sztywne – nie wiem, czy usiłujące naśladować zachowanie mężczyzny – ruchy były męczarnią dla oczu i świadomości. Nawet, kiedy aktorka wyciskała łzy z oczu, to miałem wrażenie, że jest to rozpacz spowodowana niemożnością wlania choć odrobiny życia w odgrywanego bohatera.

W drugiej części było już tylko gorzej. To była prawdziwa męczarnia, którą z trudem zniosłem do końca. Niestety drętwy Stawrogin, jak prawdziwy nudziarz zamęczający swoimi opowieściami kolejne ofiary, stał się głównym bohaterem. Gdyby tę rolę zagrał robot, przynajmniej nie myliłby się przy czytaniu tekstu z laptopa, a sztuczność jego elektronicznej mowy skontrastowana z opowiadaną historią pewnie wywołałaby wstrząs albo przynajmniej salwy śmiechu swoją groteskowością. Stawrogin Warnke był tak papierowy, jak to możliwe, choć niby poruszał się przede mną pod postacią aktorki. Nawet wdzierające się z zewnątrz zimno nie było taką katuszą. Przed ostatecznym opuszczeniem sali powstrzymywał mnie tylko szacunek dla gry Ewy Skibińskiej. Każdy jej gest i słowo traktowałem jak wybawienie.

Prawdziwym zwieńczeniem tego wieczoru były porcje kurczaka, które spożyliśmy w fastfudzie. To była dopiero uczta! Choć szkoda, że nie także duchowa, którą sobie obiecywaliśmy.


Sobota:
Zgadzam się w pełni. Nazwisko nieszczęsnego Stawrogina poznaję dopiero z Twojego tekstu, i w sumie to nawet mnie nie dziwi. Przy takiej „grze” chciałoby się je wyprzeć z pamięci, a nawet może krzyknąć w niepohamowanym żalu „niech sczezną artyści!” I to dosłownie. Ale jednak nie, bo Pani Ewa jak zwykle na najwyższym z możliwych poziomów! Jedyna która tu naprawdę wzrusza (nie ujmując pozostałym aktorom, którzy jednak już tak nie porywają). Dobra, dawna szkoła. Swoją drogą podziwiam jak lata lecą, a Ona wciąż niezmiennie piękna i wręcz dziewczęca. Wzruszające, jak w tym teatrze światłocienia pięknie potrafiła pokazać nawet postać skrzywdzonej, i w końcu wymierzającej sobie samej najokrutniejszą karę (wierząc dziecinnie, że wyrządzone jej przez świat zło jest wyłącznie jej winą) – dziesięcioletniej dziewczynki! Wzruszające, a może nawet i zdumiewające! Choć talent Pani Ewy mnie akurat od lat nie zdumiewa.


Jeśli idzie o chaotyczność scen, to mnie ona tu bardziej doskwiera niż Tobie (zwłaszcza po całkiem niedawnej lekturze Biesów), ale jeśli zgodzić się z Twoją koncepcją mieszaniny przedśmiertnych przebłysków, to ujdzie i dla mnie. Niestety sztywny, mylący się i miotający po scenie dziwnymi krokami w przód, w tył i na boki, niczym konik szachowy Stawrogin rozłożył wszystko na łopatki. Każda wypowiedziana przez niego/nią kwestia brzmiała sztucznie.


Wyjść przed końcem spektaklu to chęć, która niezwykle rzadko mi się przytrafia, ale wrocławskim Biesom udało się ją wywołać. Niestety z różnych względów nie można było jej zrealizować (czego nie można powiedzieć o parze sąsiadów obok), więc moja męka trwała 2 i pół godziny. Bardzo chętnie poszłabym dziś natychmiast odreagować na „20 najśmieszniejszych piosenek…”, (byłam i bardzo polecam!), ale niestety nie ma już miejsc.

„Biesy” – adaptacja, reżyseria i scenografia Krzysztof Garbaczewski, Scena na Świebodzkim

piątek, 13 stycznia 2012

Fatalny strzał Tygryska

- Kłapousiu, Kłapousiu! Tygrysek się po… – tutaj Prosiaczek się potknął i już miał zakląć siarczyście jak dzika świnia, ale się powstrzymał – … strzelił! Tygrysek się postrzelił!

Kłapouchy zaniepokojony podniósł swój ciężki łeb i ujrzał… wesoło podskakującego Prosiaczka.

- I już wydziela wywiadów! – kontynuował mały przyjaciel Kubusia Puchatka.

- Udziela – poprawił odruchowo Kłapouchy.

- Tak! Udziela! Udziela! Ale teraz siedzi pod kluczem! I nawet nie jest mu ciężko, bo Krzyś miał tylko mały kluczyk. Tylko trochę niewygodnie, bo chciałby już nie siedzieć, ale Krzyś mówi, że musi być pod obserwancją! Bo może jest w presji!

- Depresji! – warknął Kłapouchy wróciwszy do przeżuwania ostu.

- Tak! Tak! De-presji! De-presji! – radował się Prosiaczek. – A Sowa Przemądrzała zwołała konfe… konfo… konfresję! I zaprzecza! I de-montuje! I wszyscy są poruszeni! Ogromnie! I nasz prezydent, Władysław Bronisławski, się też wypowiedział!

Kiedy mały przyjaciel Kubusia Puchatka podskakiwał wokół wykrzykując kolejne wieści, Kłapouchy smętnie popatrzył na Stumilowy Las. Sędziwe drzewa pięły się dostojnie w górę podpierając niskie zimowe chmury. I pożałował osiołek, a ciężkie westchnienie wyrwało mu się z piersi, że nie jest to Las Ardeński.

- Może jednak warto spróbować – powiedział do siebie i po kolejnej chwili wahania ruszył powoli w stronę gęstych zarośli.

Zaszumiał zimny wiatr. Płatki śniegu zawirowały opadając miękko na ziemię. Wyglądało na to, że wreszcie nadciąga prawdziwa zima.

środa, 26 października 2011

Dwie powieści o smutku i miłości

Dawno już chyba nie czytałem powieści tak smutnej, tak przygnębiającej swoim klimatem, jak „Piąty kąt”. Poziom smutku jest w utworze Izraila Mettera praktycznie porównywalny z tym, który odnajdujemy w twórczości innego pisarza i mieszkańca Związku Sowieckiego zarazem – Andrieja Płatonowa. Jednak od autora „Wykopu” różni Mettera zarówno styl, jak i w moim przekonaniu skala talentu. Łączy ich natomiast ponury, szary krajobraz kraju, który stał się przedmiotem jednego z najbardziej zbrodniczych eksperymentów, eksperymentów dokonywanych – że tak powiem – na żywej tkance i bez znieczulenia. Skutki tego eksperymentu jeszcze długo będziemy odczuwać na własnej skórze.

Ta przygnębiająca szarość świata przedstawionego jest szarością znaną mi tak dobrze z lat osiemdziesiątych w Polsce. Właśnie z szarością, ale też z siermiężnością i tandetą tamte czasy mi się kojarzą. I nikt mnie nie przekona, że było w tamtym eksperymencie cokolwiek dobrego, że oprócz wad, były też i zalety. Dowodem jest też nieco chaotyczna opowieść, jaką odnajdujemy w „Piątym kącie”. Z grubsza rzecz biorąc to opowieść o życiu, któremu odebrano szansę na spełnienie, na realizację swojego potencjału, to historia życia kalekiego i prób odnalezienia w takim życiu sensu. Bohater „Piątego kąta” żyje wspomnieniami, we wspomnieniach wraca do miejsc, postaci i czasów mu znanych. Pamięć jest chyba najcenniejszą, ale też najboleśniejszą rzeczą, którą posiada. Ma też on świadomość szaleństwa, jakim jest zarażony, szaleństwa błąkania się „wśród zaginionych mogił”. Jeden z bardziej wstrząsających fragmentów tej powieści – będącej jednym wielkim monologiem, a momentami dialogiem z samym sobą młodszym o kilkanaście lat – to ten przedstawiający spotkanie głównego bohatera z kobietą, którą zna tylko z korespondencji. Okazuje się, że z pieczołowitością kustosza gromadzi ona szczegóły dotyczące życia ukochanego przez siebie człowieka, ale również osób, które się z nim przyjaźniły. Tymi szczegółami i wspomnieniami, a właściwie ich okruchami, których łącznikiem jest pamięć o ukochanym mężczyźnie, wypełnione jest jej życie, w nich się ono w pewnym sensie spełnia, ale też i ogranicza. Jej znajomość faktów z dalekiej już przeszłości jest zarówno imponująca, jak i przerażająca. Jej mieszkanie swoim wystrojem kojarzy się z przypadkowo zagraconym strychem pamięci przechowującej  jakieś fragmenty dawnej rzeczywistości, ale coraz bardziej tracące swoją żywotność, coraz bardziej martwe – cienie dawnego życia, które już nie powróci.

„Piąty kąt” to również opowieść o miłości, opowieść tragiczna i smutna, jak smutna jest cała ta historia; opowieść o szaleńczej miłości trwającej latami i nie znajdującej szczęśliwego zakończenia. I podobnie jak życie głównego bohatera, ta miłość jest ułomna, jest i jej nie ma zarazem, a w momencie okrutnej próby zostaje ona sponiewierana, zmieszana z błotem, czy też raczej pobita i zapędzona do tytułowego piątego kąta pozostawiając po sobie poczucie winy i bólu. To właśnie scena przesłuchania ukochanej głównego bohatera – czy też tego przesłuchania wyobrażenie – jest fragmentem powieści, który wstrząsnął mną najbardziej i który tkwi we mnie do tej pory, choć jest to tylko drobny wyimek z całej historii. Chyba nie poruszyć może on tylko tego, kto nigdy nie kochał, kto nigdy nie czuł tej wzbierającej w gardle czułości na myśl o ukochanej kobiecie. Zresztą sam bohater mówi o tym tak:

„(…) czym jest noc dla starego człowieka? W jakkolwiek stronę zwróciłby myśli – spokoju nie znajdzie. Zupełnie jakby miał wmontowany w czaszkę najbardziej czuły odbiornik, który ma podwójne zasilanie: włączony do sieci przeszłości pracuje na wyczerpanych bateriach sumienia. Nie ma na nim skali, nie ma zagłuszarki. Wysiłkiem woli próbuję przełączyć go z jednej fali na inną. To nie „Głos Ameryki” – to mój głos. (…)
Na koniec wyjął z teczki i dał mi te rzeczy Katii. (…)
To najdłuższa fala w moim przeklętym odbiorniku. Częstotliwość też przyzwoita – co noc.”

Warto jeszcze odnotować, że zamiast posłowia książka została opatrzona krótkim  wspomnieniowym tekstem – a raczej dwoma krótkimi tekstami – autora o nim samym zatytułowanym „Autobiografia. Rodowód”. Czytając te zapiski, momentami miałem wrażenie, że są one ciekawsze od samej powieści, ciekawsze w tym sensie, że nawet jeśli pamięć płata figle, to jest to intrygujący zapis, próba ocalenia od zapomnienia fragmentu nieistniejącego już świata charkowskich Żydów, a tego w „Piątym kącie” jakby mi nieco zabrakło, jakby było mi zbyt mało.

Ilekroć biorę do ręki kolejną książkę Sándora Máraiego, podejrzewam u siebie skłonności masochistyczne. Węgierski pisarz to jeden z tych autorów (jeśli nie jedyny), których nie lubię i lubię zarazem. Właśnie w tej kolejności: nie lubię i lubię. Świat Máraiego jest mi bowiem kompletnie obcy, nie znajduję w nim nic fascynującego, nic z czym mógłbym się identyfikować lub utożsamiać. Wrażenia z lektury każdej kolejnej powieści Máraiego mógłbym porównać do tępego bólu zęba. Chyba rzadko zdarza się mi przeżywać podobną męczarnię, jak ta, jakiej doznałem czytając „Wyznania Patrycjusza” – będące moim pierwszym zetknięciem się z twórczością słynnego Węgra. Potrzebowałem naprawdę dużo samozaparcia, by dobrnąć do końca. A i z następnymi utworami nie było lepiej. Jakże znużyło mnie przedzieranie się przez wezbrane potoki słów w „Krwi świętego Januarego”, jak irytował starczy monolog w „Żarze”! A więc dlaczego, dlaczego, dlaczego? Skąd ta pokusa, by przechodząc obok półki z prozą obcą, zatrzymać się właśnie przy literze „m”, by wyciągnąć kolejny tom i powtórnie zabrać się za lekturę? Próbowałem już na to pytanie odpowiedzieć na swoim blogu. I chyba w dalszym ciągu chodzi o to samo – o powagę, o traktowanie świata serio, o powolne, niespieszne przyglądanie się otaczającej rzeczywistości i człowiekowi. Co w wesołkowatym świecie popkultury oznacza jednocześnie pójście  pod prąd, wybranie osobnej i mniej uczęszczanej ścieżki. Co także wiąże się z pogłębionym namysłem zamiast strategii uników, powierzchownego kwitowania śmiechem istotnych pytań.

W przypadku „Pierwszej miłości” nie było lepiej niż z innymi utworami Máraiego. Po przeczytaniu kilkunastu stron odłożyłem powieść znużony i poirytowany. A jednak po kilku tygodniach, gdy zdecydowałem się spróbować raz jeszcze, z trudem mogłem się oderwać. Jeśli na początku lektury ziewałem jak na nudnym wykładzie, to pod koniec czytałem z wypiekami na twarzy. Co więc sprawiło, że historia pewnego belfra – starego pierdoły (przepraszam za wulgaryzm, ale to adekwatne wyrażenie) tak mnie wciągnęła, tak bardzo mnie zafascynowała? Być może w jakimś stopniu przyczynił się do tego „Piąty kąt”, być może ta historia o rosyjskim Żydzie nauczycielu matematyki nastroiła mnie do atmosfery pisanej w formie dziennika „Pierwszej miłości”, której bohaterem jest stary nauczyciel łaciny. Być może. Ale jest w tej smutnej – bo smutna to historia – opowieści coś jeszcze, co pobudziło moje zainteresowanie.  Utwór Máraiego w moim przekonaniu to głębokie studium samotności. Jego bohater, którego poukładane i pozbawione większych wydarzeń życie jest tak nudne jak to tylko możliwe, jest jednocześnie niezwykle samotny. Jego świat to taki szary światek, w którym z pozoru nie ma miejsca na większą tragedię, ale też nie ma miejsca na prawdziwą przyjaźń. W zasadzie na początku moja reakcja była: a co mnie to wszystko obchodzi? Co mnie obchodzi monotonne, pozbawione uciech życie jakiegoś nauczyciela z początku XX wieku, żyjącego gdzieś w cesarstwie Austro-Węgier? Jednak, gdy wróciłem do lektury po kilkutygodniowej przerwie, okazało się, że czuję tyleż irytację, co i współczucie, że żal mi głównego bohatera, ale też żywię do niego wstręt i odrazę, że jest on momentami zabawny, ale i żałosny zarazem. W zasadzie sama postać jest pokazana w tak intrygujący sposób, że czytelnik nie jest w stanie jednoznacznie określić swojego do niej stosunku. Choć poznajemy starego belfra poprzez jego dziennik, to jest tak, jakbyśmy mimo woli oglądali go też patrząc na niego z boku oczami pracujących z nim kolegów czy jego uczniów. Znając jego wnętrze, wiemy lub domyślamy się, jak postrzegany jest przez innych. I nagle okazuje się, że w tym monotonnym, pozbawionym przygód i większych wydarzeń życiu starego nauczyciela dochodzi do tragedii, której finałowej sceny można tylko się domyślać (znakomite wykorzystanie przez Máraiego niedopowiedzenia, jakie umożliwia mu obrana powieściowa forma). Czytelnik śledzi stopniowy rozwój dramatu i narastające szaleństwo, rodzącą się namiętność, zazdrość i nienawiść. Nagle mamy coś z szekspirowskiej tragedii osadzonej gdzieś w czasach monarchii austrowęgierskiej.

Myśląc o pisanej w 1928 roku powieści autora „Żaru” nie sposób nie dojść do wniosku, że życie jej głównego bohatera jest w zasadzie symboliczne i zdaje się przedstawiać sytuację Europy u schyłku XIX i na początku XX wieku. Szaleństwo I wojny światowej zdaje się być równie absurdalne w tym kontekście, jak szaleństwo zbliżającego się do emerytury stetryczałego profesora. Ład i porządek starej Europy ulega destrukcji tak, jak destrukcji ulega rutyna zdziwaczałego belfra. Jeśli tak odczytać ten utwór, to jego główny bohater staje się swoistym pars pro toto, jego życie jest obrazem starej Europy, której ład zostaje zburzony w najmniej oczekiwanym momencie, choć procesy, które do tego doprowadziły już nieubłagalnie wprawiono w ruch jakiś czas wcześniej.

„Pierwsza miłość” to jednak również, zgodnie z tytułem, powieść o miłości i miłości braku, to utwór o zszarganej, zbrukanej niewinności i intymności, o szaleństwie, które może wkroczyć w najbardziej poukładany świat i zburzyć dotychczasowy porządek, to opowieść o namiętności i zazdrości, które pojawiają się niespostrzeżenie i którym nie sposób się oprzeć. „Pierwsza miłość” to książka w gruncie rzeczy zaskakująca, bo jej tytuł sugeruje coś, czego w niej nie znajdziemy. Albo inaczej – znajdziemy, ale nie tak to będzie wyglądać, jak przypuszczaliśmy. Już choćby dlatego warto ją przeczytać, warto przebrnąć przez pierwsze strony. I pewnie dlatego warto (za jakiś czas) znowu sięgnąć po kolejny utwór Máraiego.

Izrail Metter, Piąty kąt, tłum. Heryk Chłystowski, Warszawa 2011.
Sándor Márai, Pierwsza miłośćtłum. Feliks Netz, Warszawa 2008.

piątek, 14 października 2011

O wyborach

nie chce mi się pisać.
Wszelkie pogłoski o przebudzeniu narodu po Smoleńsku okazały się przedwczesne.

- Aaaaaa... kotki dwa... – zaśpiewał Kłapouchy nerwowo rozglądając się dookoła, czy nie ujrzy przypadkiem wesoło podskakującego Prosiaczka.


Jednak niepotrzebnie się martwił. Prosiaczek w tym czasie darł koty z Kubusiem.
A może nawet je palił.

poniedziałek, 3 października 2011

„Młodzi, wykształceni, z dużych miast...”



... często pijani. Oni niestety też pójdą głosować. Dzielni do granic szaleństwa. Jednak to nie przed nimi broniła policja. Kto widział wstrząsający film „Krzyż”, wie o czym mówię.

niedziela, 2 października 2011

Z życia mikrobów XX - Skrajnie złoty środek

Zupełnie przypadkiem obejrzałem sobie w telewizji fragment pewnego „szołu” z okazji wręczenia pewnej znanej nagrody literackiej. Moje zetknięcia z telewizją są jak najbardziej przypadkowe, gdyż – co część czytelników tego bloga już wie – owego niezbędnego sprzętu nie posiadam i raczej do tej pory nic mnie nie przekonało, by ów cudowny obiekt pożądania wielu nabyć. W końcu nie uśmiecha mi się płacenie abonamentu na np. gościnne występy w roli eksperta muzycznego wyznawcy szatana. Niech idzie do diabła. Nie wiem też, czy chciałbym łożyć swoją krwawicę na nadawanie w telewizji publicznej relacji na żywo z podobnych imprez, jak wspomniana na początku uroczystość.

Mniejsza o to. Wrócimy do literatury. Otóż, usłyszałem w trakcie oglądanego programu wypowiedź jednego z poprzednich laureatów owej literackiej nagrody. Dowiedziałem się z niej, że jego krytycy to z jednej strony „niedouczeni” katoprawicowy, a z drugiej młodzi lewicowcy, którzy odreagowują w ten sposób stres z dzieciństwa, gdy musieli służyć do mszy jako ministranci. A niewątpliwie nie służyli dobrowolnie, tylko ich do tego zmuszano.

Podbudowany taką zjadliwą egzegezą krytycznych tekstów o twórczości owego pisarza przez samego pisarza dokonaną, zacząłem się na nowo zastanawiać, czy aby na pewno powinienem za czytanie jego wiekopomnego dzieła się zabierać. Tak się składa, że chwilę wcześniej nieopatrznie wolę lektury nagrodzonej książki wyraziłem. Chciałem albowiem przekonać się osobiście, czy faktycznie doceniona przez szacowne jury twórczość wiekopomna jest i na wieniec laurowy zasługuje. O słodka naiwności! Nierozważnie mógłbym narazić się na ostre jak bicz słowa wielkiego artysty pióra i okazać się niedouczonym katoprawicowym oszołomem. Albo nawet zostać zaliczonym do tej drugiej grupy, bom przecież ministrantem był i do mszy służył. Choć do tej pory jakoś nie miałem poczucia szczególnej traumy z tym związanej i nie przypominam sobie, by mnie ktoś nahajką do kościoła gonił. A i z lewicą nigdy mi nie było po drodze. Ale kto wie?

Postanowiłem zatem przed lekturą najpierw uzupełnić braki swojej wiedzy i umówiłem się na wizytę do psychiatry, by się przekonać, czy aby bycie ministrantem w dzieciństwie nie pozostawiło w mojej psychice jakichś trwałych, acz nieuświadomionych, urazów. W moim postanowieniu utwierdziły mnie słowa prezenterki telewizyjnej, która podsumowała wypowiedź wybitnego twórcy stwierdzeniem, że skoro nie prawica ani nie lewica, to pozostaje złoty środek.


– Skrajnie złoty środek – wtrącił filozoficznie Kłapouchy, przeżuwając oset.


A po chwili dłuższego milczenia dodał:


– Ale ja tam się nie znam. Jestem niedouczonym malkontentem przecież.


Na szczęście na horyzoncie Prosiaczka nie było.


– Hmm... – drzucił znowu osiołek po kolejnej i znacznie dłuższej chwili zadumy – jednak ministrantem nigdy nie byłem. – Po czym spojrzał z niepokojem na złowieszczo pogodne niebo.

środa, 28 września 2011

Zwierzątka


Kaczka, a może gąska

Niezupełnie "świnki trzy"

"Jestem sobie mały miś..."

...ale bardziej pokiereszowany przez życie niż ten filmowy.

Jarmark Staroci i Osobliwości, Jelenia Góra 2011
Posted by Picasa