czwartek, 17 stycznia 2019

Dwie pokory

Współczesny człowiek jest pokorny nie tą pokorą, która sprawiała, że człowiek wątpił  w swoją moc, ale tą nową pokorą, która sprawia, że człowiek wątpi w swoje człowieczeństwo. Stara pokora opierała się na prawdzie: człowiek jest tym, czym naprawdę jest. Nowa pokora opiera się na braku większego znaczenia: człowiek jest jedynie pyłkiem w kosmosie.
To nowe nastawienie do pokory nie jest spowodowane postępem religii, ale postępem astronomii. Teleskopy i nauka wyjawiły przed nami bezmiar wszechświata. Ci, którzy mają wiedzę, informują nas, że ziemia jest jedynie drobniutkim szczegółem tego wszechświata.

(...)

Współczesny umysł przeciwstawia człowieka wszechświatowi i czyni z człowieka nicość; wieczny umysł przeciwstawia Boga wszechświatowi i czyni z wszechświata nicość. Ten pierwszy dochodzi do człowieczej błahości na podstawie wielkości kosmosu; ten drugi – do błahości kosmosu na podstawie majestatu Boga. Łatwiej jest pomniejszyć rzecz małą, taką jak człowiek, niż pomniejszyć rzecz dużą, taką jak wszechświat. Współczesne obrazowanie robi to pierwsze; nieprzemijające, objawione obrazowanie robi to drugie i z tego powodu jest dużo bardziej imponujące.

Fulton J. Sheen, Kosmiczne zastraszanie (tłum. własne).


środa, 16 stycznia 2019

Pozytywny i negatywny bohater opozycji

Nie wiem, czy ktoś zwrócił uwagę na ten fakt, ale wygląda na to, że zarówno pozytywny, jak negatywny bohater obecnej opozycji to osoby psychicznie niezrównoważone. Jeśli dodamy do tego, że pewien prowokator spod pałacu prezydenckiego, który najpierw bronił krzyża i krzyczał: „Nienawidzę!”, a potem brał udział w homoseksualnej paradzie w Warszawie, też ma ewidentnie nierówno pod sufitem, zaczyna się robić dziwnie...


wtorek, 15 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo Kiedy Antonio poznał Bassania

Kontynuując wątek rzekomej relacji homoseksualnej Antonia i Bassania (ukrytej lub jawnej) warto przytoczyć przypis do kapitalnego szkicu „Law and Mercy in The Merchant of Venice” (który sam warto polecić w całości jako fascynującą lekturę) amerykańskiego emerytowanego profesora prawa Daniela H. Lowensteina (tłum. własne):

Przeocza się często fakt, że Bassanio jest „szlachetnym krewnym” („most noble kinsman” –1.1.57) Antonia. To przeoczenie może pomóc wytłumaczyć obecnie szerzący się pogląd – tak powszechny we współczesnych przedstawieniach, iż osiągnął status truizmu – że istnieje mniej lub bardziej otwarty związek homoerotyczny pomiędzy Antoniem a Bassaniem, a przynajmniej homoerotyczna tęsknota ze strony Antonia za Bassaniem. Jest to kompletnie nieprzekonujące, po części z powodu relacji pokrewieństwa. W sztuce, w której pełno ojców żywych lub martwych (Porcji, Jessiki, Gobba) nie dowiadujemy się nic o ojcu Bassania. Najlepszy domysł jest taki, że Antonio jest wujem czy innym krewnym, który przybrał rolę zastępczego ojca Bassania.


poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dwie śmierci

Najgłośniej krzyczą ci, którzy powinni milczeć albo uderzyć się najlepiej również we własną pierś. Ale przecież zawsze łatwiej bić się w cudzą.

Polityczne wykorzystanie ludzkiej tragedii było do przewidzenia. Smutne, że rozwija się to zgodnie ze spodziewanym scenariuszem.

Inna tragedia ludzka: dwa miesiące temu zmarła Irena Dziedzic. Jej ciało przeleżało dwa miesiące w kostnicy, bo nie było komu zająć się pochówkiem. Niegdyś uwielbiana, potem zapomniana.

Ks. Mariusz Bernyś w książce, którą kiedyś tu recenzowałem, pisał o tragedii takich celebrytów jak Irena Dziedzic – ludzi cierpiących w samotności i opuszczeniu, niegdyś słynnych, a później zapomnianych przez swoich dawnych wielbicieli.

Płacą w ten sposób za swoje niewierności, za wyrządzone podłości i za ziemski sukces? Trudno powiedzieć, każdy przypadek przecież jest inny, a nie wszystkim uderza woda sodowa do głowy, nie każdy szedł na współpracę z UB lub SB. Może to jakiś rodzaj czyśćca już tutaj, na ziemi? Może współuczestnictwo w cierpieniu Chrystusa?

Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie.


sobota, 12 stycznia 2019

Wszechświat jako świątynia

Bóg zbudował wszechświat, który (...) ma swój przedsionek, swoje Miejsce Święte i swoje Miejsce Najświętsze.

Przedsionkiem stworzenia, czyli świata materialnego, jest świat słońca, księżyca, gwiazd, roślin, zwierząt i ludzi – jednym słowem rzeczy zmysłowych. Miejscem Świętym stworzenia jest świat przyczyn, nauki, filozofii i prawa naturalnego. Miejscem Najświętszym stworzenia jest świat tajemnicy i objawienia, takiego jak Trójca Święta i Wcielenie. Ten sam klucz, który otwiera przedsionek stworzenia, nie otwiera Miejsca Świętego stworzenia ani świat przyczyn nie otwiera Miejsca Najświętszego. Istnieją trzy klucze do świątyni. Pierwszym kluczem, otwierającym świat materii, jest pięć zmysłów, którymi smakujemy, widzimy, dotykamy, czujemy i słyszymy świat materialny i w ten sposób wchodzimy w komunię z nim. Drugim kluczem, otwierającym świat przyczyn i celów, jest klucz rozumu, który umożliwia nam przeniknięcie wewnętrznych znaczeń i celów rzeczy. Wreszcie, kluczem, otwierającym Miejsce Najświętsze stworzenia, jest delikatny klucz wiary.

(...)

Istnieją (...) trzy źródła wizji w tym wszechświecie, każde inne pod względem rodzaju, a jednak każde będąc udoskonaleniem pozostałych – oko, rozum i wiara. Pierwsze otwiera przedsionek stworzenia, czyli wszechświata materialnego; drugie otwiera Miejsce Święte stworzenia, czyli świata przyczynowo-skutkowego w porządku naturalnym; trzecie otwiera Miejsce Najświętsze, czyli świat Wcielenia i Łaski.

Abp. Fulton J. Sheen, Agnostycyzm (tłum. własne)


piątek, 11 stycznia 2019

Różnica między średniowieczem a naszymi czasami

Całą różnicę pomiędzy średniowieczem, które szukało przyczyn pierwszych, a epoką nowożytną, która szuka przyczyn wtórnych, można zilustrować sztuką. W średniowieczu żaden rzeźbiarz nigdy nie wyrył dłutem swojego imienia na posągu. Powód był taki, że pracował dla Boga, a Bóg był tym, który dał mu zdolność rzeźbienia i który dał mu umysł umożliwiający bycie artystą, a kiedy pozostawiał swoje dzieło jako anonimowe, to Bogu – Pierwszej Przyczynie – przypadało uznanie. W naszych czasach rzeźbiarz ryje dłutem swoje imię w marmurze, gdyż pracuje dla człowieka i zapomniał o Pierwszej Przyczynie i Przyczynie wszystkich przyczyn, jaką jest Bóg.

Fulton J. Sheen, Woskowy nos autorytetu naukowego (tłum. własne)


czwartek, 10 stycznia 2019

„Kupiec wenecki”, czyli którą szkatułkę otworzyć?

Czytając teksty poświęcone interpretacji Kupca weneckiego, natrafiłem na niezwykle interesujący artykuł Crystal Downing „Text as a Test: Reading The Merchant of Venice”. O samej książce, w której ów tekst się znajduje, mam nadzieję jeszcze na tym blogu napisać parę słów. Tymczasem chciałbym się podzielić krótką refleksją związaną z lekturą tego szkicu.

W wielkim skrócie pani Downing stwierdza, że lekturę i interpretację Kupca weneckiego można porównać do wyboru jednej z trzech szkatułek, który to wybór w samym dramacie miał zdecydować o tym, kto zostanie mężem Porcji. W zależności od tego, którą szkatułkę czytelnik wskaże, takie będzie jego odczytanie tej komedii. Albo ujrzy trupią czaszkę, albo portret błazna, albo jego nagrodą będzie wizerunek Porcji – i brama otwierające czytelnicze niebo (w oryginale: „Portia”, por. łac. „porta” – brama).

Wydaje się, że nieszczęściem Szekspira jest to, że większość, zwiedziona pozorami, otwiera złe szkatułki, a nie potrafiąc dostrzec swojej porażki (lub może nie chcąc tego zauważyć), zadowala się tym, co odkryła, spłycając wymowę tej wspaniałej sztuki, robiąc z niej zwykłą polit-poprawną agitkę, antyrasistowski manifest. Wybierając pozór błyskotki, zarówno reżyserzy, jak czytelnicy wczytują w tekst wielkiego angielskiego dramaturga swoje własne, współczesne obsesje. Brak czytelniczej pokory, niechęć do czytelniczego wysiłku i poświęcenia, poniesienia ryzyka odkrycia myśli dla siebie nowej, pogoń za ułudą skutkują brakiem pogłębionego sensu tego, co widzą lub czytają.

Pisałem już w swoich poprzednich tekstach o okładce współczesnego tłumaczenia Kupca weneckiego, na której widnieje mężczyzna z tęczową brodą. Przeglądając materiały związane z inscenizacją tego dramatu w Polsce, trafiłem na plakat, a może też i zdjęcie programu teatralnego, który promował tę sztukę we Wrocławiu. Tęczowe kolory, napisy typu „Jude raus!” i tym podobne. Znakomity przykład tego, o czym pisze amerykańska autorka w swoim szkicu. Zdziwiło mnie jedynie, że sam nie zapamiętałem tego plakatu z ulic Wrocławia. Widocznie również wybierałem wówczas to, co pierwsze rzucało się w oczy – złotą albo srebrną szkatułkę, bo przecież musiałem oglądać tę inscenizację – zapamiętałem przyjaciół Bassania jako takich oprychów, „twardych” facetów spod ciemnej gwiazdy, rzucających pustymi butelkami.

Traktując serio interpretację Downing, musimy dojść do wniosku, że Szekspir w gruncie rzeczy podał klucz do swojej sztuki w samym jej tekście. Zawarł też w niej ostrzeżenie, by nie ulegać pozorom. Tymczasem różni interpretatorzy teatralni i filmowi kierują reflektory na Shylocka, kiedy powinni w zasadzie eksponować te trzy szkatułki. W jednej z nich przecież tkwi prawdziwy klucz do interpretacji Kupca weneckiego. I to wcale nie w tej, po którą od razu wyciąga się ręka.


środa, 9 stycznia 2019

Kształt propagandy

Odnoszę coraz częściej wrażenie, że w swoich wyborach filmu do obejrzenia należy się kierować nie tym, ile nagród dany film otrzymał, ale swoją intuicją i przypadkiem. Najbardziej okrzyknięte produkcje filmowe okazują się bowiem często tymi najgorszymi z możliwych.

O prawdziwości takiej opinii przekonałem się, kiedy któregoś wieczora wpadłem na pomysł obejrzenia z żoną głośnego i nagrodzonego aż czterema Oscarami Kształtu wody Guillermo del Toro. Lubię dobrą fantastykę i nie gardzą ambitnym filmem fantazy. Po „trailerach” spodziewałem się więc stylizowanej baśni osadzonej w klimacie małego amerykańskiego miasteczka lat sześćdziesiątych XX wieku. To, co zobaczyłem bardziej jednak niż współczesną baśń przypominało... bajki o Leninie, czyli słynne „Opowiadania o Leninie”, które tak genialnie interpretował swego czasu Jan Kobuszewski.

Wprawdzie początek filmu sugerował jakiś rodzaj soft-porno – miałem ochotę wyłączyć już po pierwszych paru minutach, zastanawiając się, jaki to zamiar artystyczny kazał reżyserowi przedstawić nam scenę masturbacji głównej bohaterki – ale spróbowałem to sobie jednak wytłumaczyć ogólną degrengoladą i oglądałem dzielnie z żoną dalej.

Dalej jednak było tylko coraz gorzej, choć na szczęście nie było porno (chyba że za takie należy uznać scenę kopulacji z obcym). Idiotyczny scenariusz był tak źle napisany (być może sama książka, na której został oparty nie była lepsza), że pewnie przedszkolak byłby w stanie stworzyć bardziej wiarygodną fabułę (mówię o samym przebiegu akcji, a nie o fantastycznym sztafażu).

Gdyby w latach pięćdziesiątych, w czasach literatury socrealistycznej, ktoś wpadł na pomysł socrealistycznej baśni czy fantasy dla dorosłych, to w dużej mierze przypominałoby to coś film, który mieliśmy z małżonką nieszczęście zobaczyć. Jedyną główną różnicą byłby wówczas brak wątku homoseksualnego i oczywiście Związek Sowiecki byłby po stronie tych „uciśnionych”. Ale mądrość etapu dzisiaj jest taka, że homoseksualiści należą do uciskanej „mniejszości” lub „klasy”, więc walka trwa.

Oczywiście wszystkie wredne cechy uosabia pułkownik Richard Strickland – biała, męska, chrześcijańska, szowinistyczna, rasistowska, bezwzględna, nietolerancyjna, brutalna i okrutna świnia. Jeśli chodzi o „uciskanych”, to oprócz biednego homoseksualnego artysty, należą do nich: biedna, masturbująca się co rano niema Elisa, jej czarnoskóra przyjaciółka i poddawany okrutnym eksperymentom obcy z bagien Ameryki Południowej. Film rzecz jasna jest jedną wielką pieśnią na cześć „inności” i „tolerancji” i jest doskonałym przykładem mętliku, jaki panuje w głowach radykalnej lewicy. Na tym samym poziomie stawia się w nim: inność związaną z pochodzeniem, rasę, zboczenie i upośledzenie fizyczne.

Tej intelektualnej mizerii i kiepskiego scenariusza nie ratują nawet doskonałe zdjęcia. Te cztery Oscary przyznawał filmowi chyba głupi i głupszy, bo innego wytłumaczenia raczej nie ma.


wtorek, 8 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo smutny homoseksualista pluje na Żyda

Pisząc o posłowiu Juliusza Kydryńskiego do tłumaczenia Kupca weneckiego autorstwa Macieja Słomczyńskiego zwróciłem uwagę na sugestię o rzekomo homoseksualnej relacji Antonia i Bassania, jaka miała łączyć tych bohaterów. Oczywiście Kydryński pisał w czasach, kiedy mógł swobodnie dać wyraz swojemu obrzydzeniu, a samą taką sugestię potraktować jako jeszcze jeden przykład nikczemności głównych bohaterów tej sztuki: będących nie tylko wrednymi antysemitami i rasistami, ale także zboczeńcami.

Badając po amatorsku temat katolicyzmu Szekspira, zorientowałem się, że sugerowanie homoseksualnego związku Antonia i Bassania, a przynajmniej homoseksualnej „miłości” jednego z bohaterów, nie jest czymś wyjątkowym. Oto w omawianej już na tym blogu książce Małgorzaty Grzegorzewskiej Teologie Szekspira pojawia się taka interpretacja smutku Antonia (podkreślenie moje):

Kiedy pokusimy się o zestawienie kondycji Antonia z sytuacją Hamleta, wówczas jasnym stanie się, że o ile w wypadku tego pierwszego możemy mówić o nieznajomości samego siebie wynikającej z przymusu smooszukiwania (obserwując bieg zdarzeń domyślamy się, że Antonio ukrywa miłość do młodego Bassania), o tyle kondycja księcia wydaje się całkowicie uzależniona od zewnętrznych okoliczności.

Oto w jednym zdaniu pani Grzegorzewska rozwiązała problem smutku Antonia. Biedaczek „ukrywa miłość do młodego Bassania”! Domyślam, że chodzi oczywiście o „miłość” homoseksualną, bo jakże interpretować to inaczej, skoro Antonio daje wyraz swojego poświęcenia i męskiej przyjaźni (miłości) dla swojego przyjaciela niemal od samego początku i niczego nie trzeba się tu „domyślać”.

Joseph Pearce zwraca uwagę na to, że sugestie o homoseksualnych relacjach niektórych szekspirowskich bohaterów są po prostu jeszcze jednym znakiem aberacji naszych czasów. Chciałoby się dodać – upadku naszych czasów. Miłość została bowiem sprowadzona w świecie, w którym triumfuje idiotyczna ideologia gender, do relacji seksualnej, a wyrazy miłości między męskimi bohaterami szekspirowskich sztuk są traktowane jako ekspresja relacji homoseksualnej.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze powszechnej seksualizacji głębsze sensy wybitnego i mylnie odczytywanego dzieła, jakim jest Kupiec wenecki, umykają tak subtelnej badaczce teologicznych głębi szekspirowskiej dramaturgii. U Kydryńskiego Antonio był po prostu wrednym antysemitą i homoseksualistą łożącym kasę na swojego utrzymanka. U Grzegorzewskiej Antonio jest homoseksualistą, który nie ma odwagi zrobić „coming-outu”

piątek, 4 stycznia 2019

Czas pożegnać się z PiS-em

Z coraz większą przykrością obserwuję działania naszego „prawicowego” rządu. Wprawdzie nie żałuję swojego głosu oddanego na rządzących obecnie Polską, bo uważałem i uważam, że PO należało stanowczo odsunąć od władzy, to jednak trudno mi powiedzieć, by rząd Zjednoczonej Prawicy był moim rządem.

Głosując na PiS nie miałem złudzeń i wiedziałem, że nie jest to partia moich marzeń. Przypuszczałem wręcz, że będzie to takie PO-bis, ale uczciwsze i wychylone nieco bardziej na prawo. Miałem jednak nadzieję, że w pewnych sferach politycy PiS-u zrobią porządek, a może nawet mnie zaskoczą i wykażą się konsekwencją w kwestiach światopoglądowych. Z początku wydawało się nawet, że faktycznie tak będzie. Niestety w wielu sprawach się zawiodłem.

Sądziłem, że na przykład politycy „prawicy” przywrócą podstawowe poczucie sprawiedliwości, rozwiązując raz i na zawsze problem lichwy, jakiej ofiarą padli tzw. „frankowicze”. Ze wszelkich obietnic w tej sprawie wycofano się rakiem (i dotyczy to zarówno rządzącej partii, jak i samego prezydenta, do którego kancelarii notabene wysłałem e-mail wycofujący moje poparcie), a obecnie chyba nikt już o tym nie mówi. „Frankowicze”, na których napuszcza się na dodatek innych kredytobiorców, zostali sami ze swoim problemem i toczą nierówną walkę w sądach, bez wsparcia państwa, które samo zdaje się być zakładnikiem banksterów (bo jak inaczej ocenić tę całą sytuację?). Notabene szkoda, że w tej kwestii nie słychać również głosu Kościoła – przecież przez wieki występował przeciwko lichwie.

Sprawa frankowiczów to jeden z głównych problemów, o których oficjalna propaganda sukcesu, uprawiana przez media prorządowe, milczy.

Jednak choć kwestia ta (jak wiele innych) jest bardzo istotna, to jeszcze istotniejsza jest sprawa np. aborcji. Tutaj tzw. „prawica” zawiodła swoich wyborców, liczących na obronę cywilizacji europejskiej, czyli po prostu cywilizacji zbudowanej przez Kościół katolicki. PiS różni od PO tylko to, że partia ta jest hamulcową zmian, jakie następując w gwałtownym tempie w Europie i na świecie – zmian, które są coraz szybszym staczaniem się w barbarzyństwo, które przyniesie opłakane i katastrofalne skutki. PiS zamiast bronić cywilizacji europejskiej i dążyć do jej odbudowy, jedynie spowalnia zmiany prowadzące do jej destrukcji. Konsekwencją może okazać się gwałtowna erozja, jaka nastąpiła na przykład w Irlandii, a wolty takich polityków jak Patryk Jaki zdają się nie pozostawiać tutaj żadnych wątpliwości.

PiS obecnie, unikając tematu rozwiązania problemu aborcji eugenicznej, wydaje się grać na tzw. mitycznego wyborcę „centrowego”, ale może się na tej grze przejechać. Sądzę, że politycy PiS-u, a konkretnie Jarosław Kaczyński, mylnie oceniają sytuację. Lawirowanie w kwestii aborcji nie pozyska tej partii zwolenników, a zniechęci wyborców konserwatywnych, którzy chcą w kwestiach światopoglądowych zdecydowania i śmiałej obrony tradycyjnych wartości, co oznacza po prostu obronę prawdziwej cywilizacji europejskiej.

Z drugiej strony wydaje się jednak, że politycy PiS-u liczą na to, że konserwatywny wyborca będzie w sytuacji bez wyjścia – nie mając silnej konserwatywnej alternatywy, zaciskając z wściekłości zęby, i tak odda swój głos na PiS, bo powrót do władzy PO czy jakiegoś innego KOD-u uzna za gorszą katastrofę. Chciałbym, aby politycy PiS-u się pomylili. Ale gdzie ta alternatywa? Ja takiej nie widzę, a głosu na PiS ponownie oddać nie chcę. Tak jak nie chcę powrotu do władzy liberalnej sitwy.


środa, 2 stycznia 2019

Nowe kierunki ataku, czyli jak nałożyć dzieciom kaganiec oświaty

Jeśli przyjrzeć się temu, co działo się w roku 2018, to można domyślić się, w jakich kierunkach będą szły kolejne ataki na cywilizację europejską w Polsce. Większość chyba katolickich i prawicowych mediów skupiła się na antyklerykalnym filmie pewnego ateisty, którego wcześniej hołubiono za film o rzezi wołyńskiej. I niewątpliwie słusznie dostrzegły one tutaj wzmożenie ataków na froncie kościelnym.

Wydaje mi się jednak, że atak wzmaga się również na froncie edukacji. Może coś przeoczyłem, ale miniony rok zdaje się być tutaj wyraźnym rozpoczęciem zintensyfikowanych działań na terenie szkoły i to już nie wyższej (tam trwa od dłuższego czasu), ale tej, która obejmuje także najmłodszych obywateli Polski.

Parę przykładów z zeszłego roku, które z miejsca przychodzą do głowy:

Tygodnik „Głos Nauczycielski” przyznał tytuł „Nauczyciela Roku” zadeklarowanemu homoseksualiście. Ów przyjął nagrodę w towarzystwie rodziny i „partnera”.

Próba zorganizowania „tęczowego piątku” w polskich szkołach. Wprawdzie tzw. „dzień wsparcia dla osób LGBTQI+” zakończył się fiaskiem, ale nie ma wątpliwości, że lobby psucia dzieci nie ustąpi i że kolejny rok przyniesie kolejne próby prania mózgów zarówno wśród młodzieży licealnej, jak i podstawowej, naruszając przy tym prawo rodziców do wychowania swoich pociech zgodnie z wyznawanym systemem wartości. Notabene to jeszcze jeden argument za decentralizacją szkolnictwa i oddaniem go w ręce prywatne, a także za upowszechnieniem edukacji domowej. Nawet jeśli obecny rząd będzie chronił szkoły przed tego typu inicjatywami, to nie ma takiej gwarancji w przypadku rządów lewicy.

Nagonka medialna na nauczycielkę kieleckiego liceum, która ośmieliła się stwierdzić na stronie medium społecznościowego, że „ani homoseksualizm, ani biseksualizm nie są niczym normalnym i jest to rodzaj zaburzenia psychicznego”. Jeśli atak liberalnych mediów nie dziwi, to szokuje napaść na tę nauczycielkę ze strony jej własnych kolegów – włączając w to dyrekcję jej własnej szkoły. Grono „szacownych” pedagogów stwierdziło, że jej wpis „godzi w dobro, społeczny status i godność wykonywanego zawodu nauczyciela”. Rodzice, zastanówcie się: Kto uczy Wasze dzieci?

Przykładów pewnie można by podać więcej.

Demontaż cywilizacji europejskiej w Polsce, na której straży stoi Kościół katolicki (tak jak stał zresztą w czasach komunizmu), to tak naprawdę ostateczny demontaż państwa polskiego. Państwowość Polski od samych początków była związana z Kościołem katolickim. Tak jak nie można sobie wyobrazić cywilizacji europejskiej bez Kościoła, tak nie można sobie wyobrazić Polski bez wiary katolickiej i katolickich zasad moralnych. Dlatego też służby specjalne powinny w szczególności zainteresować się działaniami tęczowych demoralizatorów na terenie szkoły i tym, kto za ich działaniami w rzeczywistości stoi. Bo przecież trudno uwierzyć w ich przypadkowość.

Tęczowi demoralizatorzy wkraczając do szkół pracują tak naprawdę nad wysadzeniem bastionu cywilizacji europejskiej – rozmieszczeniem w różnych punktach ładunków z opóźnionym zapłonem. Może na ruinach będzie trwać coś, co będzie nosić nazwę „Polska”, ale będzie to już zupełnie inny twór, dla którego mieszkańców cała miniona historia stanie się czymś kompletnie niezrozumiałym. Może się wówczas okazać, że Kopernik nie tylko był kobietą, ale wyzwoloną, zmiennopłciową transseksualistką czy inną podobną diaboliczną hybrydą.


Nowy Rok 2019


sobota, 29 grudnia 2018

Czy Pan Bóg będzie sprzyjał władzy, która bardziej boi się ludzi?

Nasza „prawicowa” (cudzysłów jak najbardziej uzasadniony) władza niestety jest na bakier z Dekalogiem, a zwłaszcza z przykazaniem piątym: „Nie zabijaj”. Jeśli będzie ignorować się prawa Boże, trudno będzie mówić o przywróceniu pełni cywilizacji europejskiej w Polsce. Nawet największe sukcesy gospodarcze nie będą mieć żadnego znaczenia.

Jednak słupki sondażowe więcej znaczą dla rządzących niż Boże przykazania. Dlatego władza ta przegra, nawet jeśli uda się jej wygrać nadchodzące wybory parlamentarne. Przypomina o tym w dniu Świętych Młodzianków biskup Balcerek, który stwierdził jednoznacznie: „Nie będzie błogosławieństwa Bożego dla obecnej władzy, jeśli nie wprowadzi prawnej ochrony życia. Upadnie, jak upadły poprzednie rządy”. I nie pomoże tu nawet najwspanialsza propaganda „naszych” mediów, które sprzyjają rządzącym.


piątek, 28 grudnia 2018

Herod roku 2018

Przyznany Jarosławowi Gowinowi tytuł „Heroda roku 2018” jest moim zdaniem jak najbardziej zasłużony. Powinien zresztą był go dostać już wcześniej. Ale konkurencja jest spora.

Temat aborcji jest przez naszych „prawicowych” polityków lekceważony albo traktowany jako temat wręcz zastępczy. Tymczasem wydaje się, że jest to jedna z najistotniejszych kwestii, że walka o prawa nienarodzonych to jeden z tych szańców, na których ważą się losy cywilizacji europejskiej.

Polityk prawicowy, który sprawę tę lekceważy lub uważa, że można tutaj iść na kompromisy, jest tak naprawdę politykiem krótkowzrocznym, niegodnym mojego głosu. To samo zresztą dotyczy sprawy in vitro. „Konserwatywny” polityk, który w kwestii sztucznego zapłodnienia idzie na ustępstwa, już poddał szaniec. To po prostu pierwszy wyłom, za którym pójdą następne.

Wydaje się, że Jarosław Gowin niestety należy do tych polityków, którzy tylko hamują postępy barbarzyństwa. Niestety nie jest jedyny, są też inni, którzy na miano Heroda zasługują i którzy niewątpliwie tytuł ten dostaną w przyszłym roku. Smutne, że taką „prawicę” mamy w Polsce.


czwartek, 27 grudnia 2018

Wieprzowina na czas Chanuki

Współczesna cywilizacja dba bardzo o to, aby nikogo nie obrazić. Wszystkie religie są sobie równe (w końcu jak demokracja, to demokracja), stąd nawet sataniści zaczęli się domagać oficjalnego uznania i prawa do wznoszenia monumentów ku czci Szatana. Powszechna „urawniłowka” obejmuje wszelkie, nawet najgłupsze, poglądy.

Są jednak pewne wyjątki. Do nich należy katolicyzm. Katolików można, a nawet należy obrażać. Wydaje się być to w dobrym tonie. Popis dają różnej maści celebryci.

Oto „wybitna” pisarka, która słynie głównie ze swojego feminizmu i blond włosów, zionie miłością do bliźnich na Boże Narodzenie (słowo „Boże” zresztą przez usta jej nie przejdzie ani się nie ułoży pod palcami, kiedy używa klawiatury komputera), wulgarnie pozdrawia i eliminuje z obrazka samego Pana Jezusa, jak i pastuszków. Subtelność tej „wielkiej” pisarki jest po prostu porażająca.

Inny szoł z kolei odstawił pewien trybun ludowy, który na co dzień walczy o wolność, demokrację i konstytucję. Oto postanowił on uraczyć nas na Boże Narodzenie zdjęciem swojego smutnego dziecka i... sushi, które temuż dziecku, jak i sobie zaserwował na Wigilię (taka nowa świecka tradycja). Pewnie też tradycyjnie przełamał się z rodziną jajeczkiem, ale nas o tym już nie poinformował, bo to rzecz oczywista. On także zionął prawdziwą miłością do „prawdziwych katolików”.

Notabene ci trybuni ludowi to mają klawe życie. Jeden poczęstował nas kiedyś życzeniami wideo sprzed swojego „ubogiego” ciepłego kominka, ten zaś zdjęciami potrawy ubogich – sushi (a w tle stoi sobie instrument biednych – pianino). Tylko dziecka żal.

Zastanawia jednak jedna rzecz – po co ci celebryci epatują nas tymi zdjęciami, wulgarnymi życzeniami, kpinami i szyderstwami? Nie chcą obchodzić Świąt Bożego Narodzenia, niech ich nie obchodzą. Ich sprawa. Muszą to obwieszczać całemu światu? Czują się w ten szczególny dzień samotni? Brak im miłości? A może chcą się popisać „odwagą”? Jeśli tak, to proponuję uczcić Chanukę wieprzowiną albo ramadan całodziennymi hulankami i pijaństwem, a z pomocą tłitera i fejsbuka poinformować o tym cały świat. Sława murowana.


poniedziałek, 24 grudnia 2018

Bóg się rodzi, moc truchleje!

Żyjemy w czasach, w których w europejskich krajach zabrania się wystawiania szopek betlejemskich. Nasz Pan nie jest mile widziany. Nie jest mile widziana Święta Rodzina. Ale i tak to On ostatecznie zwycięży. Nie pomogą wysłani przez Heroda żołnierze, tak jak nie pomogą potem strażnicy ustawieni przed grobem.



Czasami popadamy w sentymentalny nastrój, obdarowujemy się prezentami, słuchamy słodkich kolęd i amerykańskich standardów. Zapominamy, że Chrystus urodził się po to, aby umrzeć – jak przypomina nam m.in. abp. Fulton J. Sheen. Umrzeć za nasze grzechy, by nas odkupić i dać życie wieczne.

Stąd postanowiłem przypomnieć wstrząsający wiersz Roberta Southwella The Burning Babe. Kto chce, może znaleźć na YouTube muzyczną interpretację tego utworu w wykonaniu Stinga. Nie zamieszczam jej tutaj jednak, bo uśmiechające panienki z chóru, które towarzyszą Stingowi, zupełnie nie pasują do tekstu tego niezwykłego wiersza wybitnego poety metafizycznego, jezuity, męczennika i świętego Kościoła katolickiego.

Robert Southwell

The Burníng Babe

As I in hoary winter’s night stood shivering in the snow,
Surprised I was with sudden heat which made my heart to glow;
And lifting up a fearful eye to view what fire was near,
A pretty Babe all burning bright did in the air appear;
Who, scorched with excessive heat, such floods of tears did shed
As though his floods should quench his flames which with his tears were fed.
‘Alas!’ quoth he, ‘but newly born, in fiery heats I fry,
Yet none approach to warm their hearts or feel my fire but I.
My faultless breast the furnace is, the fuel wounding thorns,
Love is the fire, and sighs the smoke, the ashes shames and scorns;
The fuel 
Justice layeth on, and Mercy blows the coals,
The metal in this furnace wrought are men’s defiled souls,
For which, as now on fire I am to 
work them to their good,
So will I melt into a bath, to wash them in my blood.’
With this he vanished out of sight, and swiftly shrunk away,
And straight I called unto mind that it was Christmas day.


Jeśli ktoś nie zna języka angielskiego, to może przeczytać ten utwór w tłumaczeniu Jerzego Pietrkiewicza. Można go znaleźć w jego „Antologii liryki angielskiej 1300-1950.

środa, 19 grudnia 2018

Co kupić w prezencie na święta? Dziesięć rekomendacji

To już pewnie ostatni moment, by kupić coś w prezencie na Boże Narodzenie, choć nie ostatni, by kupić coś na prezent w ogóle (imieniny, urodziny itp.). Pomyślałem sobie, że podzielę się pomysłami na taki prezent (pod warunkiem, że uda się go zdobyć na czas).

Dla mnie zawsze najlepszym prezentem jest książka, zwłaszcza dobra książka, a nie jeden z tych „półproduktów”, które tworzy się w celach promocji jakiejś osoby. Dlatego uważam, że zamiast sięgać po tytuły reklamowane czy eksponowane na wystawach księgarń, może warto trochę poszperać i znaleźć coś, co jest naprawdę dobre, a po co będzie można sięgnąć nie tylko za miesiąc czy za rok, ale i za lat pięć, a nawet sto. Oto parę sugestii z mojej strony (podaję linki do swoich recenzji, w których można przeczytać więcej, albo księgarni internetowych).

1)      Książki Floriana Czarnyszewicza. To znakomita proza „kresowa”, którą warto czytać, bo jest nie tylko wybitna pod względem literackim i językowym, ale także dlatego, że mówi o dziejach Polaków, które niestety ciągle są jeszcze słabo znane ogółowi nawet wykształconych czytelników – są to bowiem te Kresy, które utraciliśmy jeszcze przed II wojną światową, w wyniku traktatu ryskiego. Oczywiście w pierwszej kolejności warto sięgnąć po Nadberezyńców, wielki, sienkiewiczowski z ducha epos o losach szlachty zaściankowej na terenach Mińszczyzny. A potem to już do kolejnych powieści tego autora, zbyt późno niestety wydanego w Polsce, nie trzeba będzie namawiać.

2)      Luter i rewolucja protestancka Grzegorza Brauna. Tym razem proponuję film dokumentalny, ale też i lekturę, bo można go kupić razem z ładnie wydaną graficznie książeczką. Ten zakup jest wart każdej wydanej złotówki, mimo że „mejnstrim” o dziele Brauna milczy.

3)      Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne tego samego autora. Zapierająca dech w piersi wizja historii pewnego narodu w sercu Europy, metafizyczny thriller!

4)      Łowcy księży o. Johna Gerarda SJ. To autentyczny pamiętnik z czasów Elżbiety I i prześladowań katolików w Anglii. Rzecz nietuzinkowa i po prostu znakomita, wciągająca literatura. Czyta się jak najlepszy thriller, a przecież to autentyk. Zadziwiające, że wydawca (któremu należy się nagroda za przypomnienie tej publikacji – jest to reprint wydania XIX-wiecznego) obniżył cenę w swojej księgarni do śmiesznych 7.50 zł. Brać po kilka sztuk, póki jest dostępna i rozdawać znajomym, przyjaciołom i rodzinie! Obdarować tą publikacją swojego księdza proboszcza!

5)      A skoro już jesteśmy przy wydawnictwie Gabriela Maciejewskiego, to gorąco polecam jego Socjalizm i śmierć. Lektura dla tych, którzy lubią historię i zaglądanie za kulisy wielkich wydarzeń. Autor nie przyjmuje nic za oczywistość, tylko mówi: „Sprawdzam!” I sprawdza. Nie czytałem części drugiej jeszcze, ale z pewnością jest warta lektury.

6)      Polska moja miłość Jana Polkowskiego. O tej książce tylko na swoim blogu wspominałem, ale ten zbiór szkiców autora Drzew to rzecz dla osób myślących i nie zadawalających się medialną papką serwowaną nam na co dzień. Rzecz o literaturze, filmie, polskiej historii dawnej i najnowszej, zakłamaniu intelektualistów, kulturze i języku... Pisana przez poetę, więc też językowo znakomita. Jeśli jej jeszcze nie czytaliście, to koniecznie przeczytajcie i polećcie innym. Jeśli czegoś mi w niej brakuje, to dwóch szkiców poświęconych Bolesławowi Prusowi, po których na głowę Polkowskiego posypały się gromy od lewa do prawa. Autor ośmielił się naruszyć narodową świętość. Nazwano go nawet wprost głupcem.

7)      Ćwiczenia duchowe. Poematy Przemysława Dakowicza. To kolejna książka, o której jeszcze na swoim blogu nie pisałem. Znakomity tomik poezji, wiwisekcja naszej współczesnej schizofrenicznej świadomości. Obraz świata opętanego, targanego wątpliwościami i poczuciem braku sensu, braku hierarchii, braku dna. „Centon” pozszywany ze słów i fragmentów zaśmiecających i wypełniających współczesny umysł, w którym mieszają się słowa reklam, piosenek, przysłów, cytatów literackich, fragmentów Biblii, filmów, powiedzonek, kolokwializmów...

8)      Dla znających język angielski: trzy książki Josepha Pearce’a poświęcone katolicyzmowi Szekspira i katolickiej wymowie jego sztuk: The Quest for Shakespeare, Through Shakespeare’s Eyes i Shakespeare on Love. Pasjonująca lektura dla tych, którzy próbują zrozumieć dramaturgię wielkiego poety angielskiego.

9)      I ponownie dla znających język angielski: autobiografia szkockiego poety, prozaika i dramaturga George’a Mackaya Browna For the Islands I Sing oraz zbiór jego opowiadań: A Time to Keep. Ten katolicki twórca z Orkad jest właściwie nieznany w Polsce, a szkoda, bo to literatura pierwszorzędna i to zarówno dla miłośników poezji, jak i prozy. Charakterystyczny i rozpoznawalny rys tej twórczości nadają krajobraz i ludzie jego rodzinnych stron, a to wszystko przeniknięte katolicką metafizyką.

10)  Wszelkie możliwe książki wielkiej postaci Kościoła katolickiego, arcybiskupa Fultona J. Sheena. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia ukazały się kolejne nowe polskie wersje jego twórczości i z roku na rok przybywa tłumaczeń dzieł tego wybitnego kapłana i autora zarówno książek, jak i audycji radiowych i telewizyjnych. To znakomita lektura nie tylko dla katolików. Podsuńcie jego zbiór Warto żyć jakiemuś myślącemu i naprawdę otwartemu ateuszowi, a może zrobicie jedną z najlepszych rzeczy w swoim życiu.


wtorek, 18 grudnia 2018

Irlandia: rechot diabła

Jeśli komuś trzeba dowodu na istnienie diabła, niech spojrzy na Irlandię. Czy nie słychać przypadkiem z Zielonej Wyspy jego rechotu? Oto w okresie Adwentu uchwalono tam ustawę dopuszczającą mordowanie nienarodzonych. To wszystko dzieje się w czasie będącym tradycyjnie oczekiwaniem na przyjście naszego Pana, który narodził się w ubóstwie w betlejemskiej stajence. Gdyby miał narodzić się dzisiaj, iluż „usłużnych” lekarzy podpowiadałoby Maryi, by „usunęła” ciążę, bo przecież są zbyt ubodzy z Józefem, by wychowywać dziecko, bo przecież powinna mieć szansę na samorealizację, bo przecież „prawa kobiet” itp., itd.

Irlandia, uchodząca dotąd za bastion katolicyzmu, a więc cywilizacji europejskiej, stoczyła się w barbarzyństwo. Mamona rządzi. Pustka wypełnia dusze. Moloch domaga się krwawej ofiary.

Odpowiednio skomentowali to irlandzcy obrońcy praw nienarodzonych umieszczając przed pałacem prezydenckim w Dublinie las 1000 krzyży. Naprzeciw nich, jak na ironię, choinka z gwiazdą betlejemską symbolizującą przyjście Chrystusa!

Robię wyjątek i zamieszczam nie swoje zdjęcie. Ktoś, kto nie zna angielskiego, może przeczytać artykuł o sprawie na portalu PCh24.pl.


poniedziałek, 17 grudnia 2018

Komu służy „globalne ocieplenie”?

Wśród wielu podejrzanych szajb współczesnych, które forsowane są przez wielkie media, polityków i międzynarodowe lobby, znajduje się idea globalnego ocieplenia albo... Właśnie, czy chodzi o globalne ocieplenie, czy o zmiany klimatu? A może o coś jeszcze innego? Bo zdaje się, że nomenklatura jest tutaj nieco chwiejna, a przynajmniej również ulega zmianom (zapewne razem ze zmianami klimatu?).

Pamiętam, jak pierwszy raz pojechaliśmy z żoną na wakacje na Kretę. Był maj. Spytałem znajomego, który zna tamte rejony, bo zajmuje się też kulturą i historią Grecji zawodowo, jakiej spodziewać się pogody. Odpowiedział krótką wiadomością: „Będzie ciepło, a nawet bardzo ciepło, nie będzie padać”. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy wysłałem mu zdjęcie deszczowej Krety. Spytał, czy spędzamy te wakacje w Bełchatowie. Pamiętam, że kiedy po tygodniu jechaliśmy na lotnisko, lało jak w Kotlinie Kłodzkiej. A w tym albo poprzednim roku, również w maju, częściowo deszczowym, opowiadano mi o śniegu na plaży w zimie.

A w Polsce? Lato było tego roku wprawdzie gorące, ale przecież wiosna dość chłodna i zima na początku tego roku wyjątkowo mroźna. Nawet jeśli zmiany klimatu postępują, to mam wątpliwości, czy faktycznie wywołane są one przez człowieka. Jaka jest emisja CO2 dzisiaj w Polsce? A jaka była np. w latach dziewięćdziesiątych czy osiemdziesiątych? No cóż, nie jestem specjalistą... Pamiętam oglądany jakiś czas temu film dokumentalny, w którym różni naukowcy podważali hipotezę o globalnym ociepleniu. Zwracali między innymi uwagę na duży wpływ plam na słońcu na atmosferę ziemską. Bardzo ciekawym wątkiem była sugestia, że pomysł z globalnym ociepleniem – kojarzony zazwyczaj z ruchami lewackimi – wylansowali... konserwatyści Margaret Thatcher, by forsować zamykanie kopalni węgla i promować energię jądrową. Chyba gdzieś o tym pisałem na swoim blogu.

Jednak nie trzeba sięgać do archiwów, można obejrzeć bardzo dobry, niedawno zrealizowany, krótki film dokumentalny poświęcony zagadnieniu zmian klimatu, którego autorami są dziennikarze portalu PCh24.pl. Choć wypowiadają się w nim również publicyści (m.in. Stanisław Michalkiewicz), to sporą wartość dla wątpiących będą miały opinie samych naukowców, którzy wykazują, że np. zmiany klimatyczne występują na ziemi cyklicznie i że nie są niczym nowym, że dwutlenek węgla jest korzystny dla rozwoju roślinności, a więc sprzyja bogatszym zbiorom, że... Zresztą najlepiej zobaczcie sami.