piątek, 20 kwietnia 2018

Życiowy dramat Jerzego Stuhra


W przypadku wielu aktorów lepiej jest oglądać ich na scenie lub w filmie, niż słuchać „mądrości”, które mają nam do zaoferowania. Albo taki aktor okazuje się totalnym kabotynem, albo zdarzają się przypadki, kiedy wręcz przydałaby się pomoc egzorcysty. Rzadko zdarza się, że sława medialna łączy się z wybitnością intelektu. Na tym zresztą polega problem – sława, jaką zapewnia takim celebrytom kultura obrazkowa i coraz bardziej zaawansowane pod względem technologicznym media, mylona jest z jakiegoś powodu z wybitnością intelektualną. To znaczy: uważa się, że taki aktor czy aktorka ma prawo do wypowiadania się na tematy, które nie mają nic wspólnego z ich profesją, a dotyczą tak szerokiego spektrum zagadnień jak: moralność seksualna, moralność jako taka, polityka, życie Kościoła, homoseksualizm, prawo do życia, prawa kobiet, prawa wyborcze, konstytucja, sądownictwo, prawo kanoniczne, Unia Europejska, wolne niedziele, związki zawodowe itp., itd.

Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że fakt bycia gwiazdą telewizyjną czy filmową nie oznacza, że zaraz taka osoba jest lepszym ekspertem od np. stosunków międzynarodowych niż dajmy na to pan Władek, który jest fryzjerem w jakimś Pcimiu Dolnym (bez obrazy zarówno dla Pcimia, jak i dla pana Władka) i codziennie w wolnych chwilach czyta różne gazety, by się dowiedzieć, co na świecie słychać. To, że ktoś mówi pięknie Szekspirem na scenie, nie oznacza, że zaraz posiadł mądrość i intelekt wielkiego Stradfordczyka. Może oznaczać, że jest wrażliwy na piękno słowa i niuanse językowe, że będzie odróżniał mowę niską od wysokiej, ale niekoniecznie idzie to w parze z jakąś niezwykłą mądrością czy wyższością moralną. Takie złudzenia miał wybitny poeta Josif Brodski, któremu się wydało, że jak ktoś przeczytał Dostojewskiego, to już nie może być taki zły. Jakoś umknął jego uwadze fakt istnienia subtelnych miłośników wielkiej sztuki, muzyki i poezji, którzy nosili mundury SS.

Co jakiś czas popis daje rodzina Stuhrów. Jak nie młody Stuhr, to stary coś chlapnie. I tak w kółko. Albo młodemu się pomyli Cedynia z Głogowem, albo stary odgraża się, że „nie boi się biskupów”. Poziom głupstw wypowiadanych przez ojca i syna jest taki, że naprawdę jakiś impresario mógłby im doradzić, żeby zamilkli. Chyba, że jest to obliczone na rozgłos za wszelką cenę: lepiej by ludzie mówili o nich źle, niż by nie mówili wcale.

Ostatnio Jerzy Stuhr pożalił się, że całe życie chciał być Europejczykiem. Naprawdę współczuję mu. Ja jakoś nigdy takiego problemu nie miałem. Całe życie się nim czułem, nawet gdy Polska była tłamszona pod sowiecką okupacją, a pan Jerzy brylował w komunistycznych mediach. Nie wiem, może wybitny aktor ma jakiś inny system wartości albo coś, ale trudno w to uwierzyć, bo jeśli się dobrze orientuję, to pochodzi z zacnej rodziny, choć o korzeniach austriackich (co zresztą powinno mu tę samoocenę poprawić). Cóż więc tak biednemu aktorowi doskwiera? Jaki dramat życiowy nie pozwala mu zostać Europejczykiem?

Cóż, to nie pierwsza taka głupota, jaką aktor (i reżyser przecież!) wypowiedział. A tak jakoś przy okazji (i pewnie trochę bez związku) przypomniał mi się fragment tekstu Jana Polkowskiego „Niema Polska”: „(...) problemu pozazawodowego serwilizmu polskich intelektualistów (...) się na wszelki wypadek nie bada. Gdyby rzeczowo przeanalizować dochodowe wazeliniarstwo Jarosława Iwaszkiewicza i wielu pisarzy mniejszego kalibru, może dzisiaj Jerzy Stuhr nie uważałby się za herosa, dołączając do hałaśliwej hałastry i ogłaszając z dumę: nie boję się biskupów”.


czwartek, 19 kwietnia 2018

Protestantyzm – mordercza infekcja


Rekomendowałem na tym blogu już kilka razy film Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka. Gdybym miał komuś doradzić, jaką książkę sprzedać w pakiecie z filmem autora „Marszu wyzwolicieli”, to z pewnością poleciłbym książkę profesora Grzegorza Kucharczyka Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji.

Ta niewielka objętościowo książka dostarcza zadziwiająco sporo szczegółów dotyczących zarówno koncepcji Lutra, jaki recepcji jego herezji w Europie oraz stosunku Kościoła katolickiego do protestantyzmu i do samej postaci ojca reformacji. Może więc służyć za przypomnienie tych faktów, które zawarł w swoim filmie G. Braun, ale także i za uzupełnienie dawki informacji podanej przez reżysera.

Czytając książkę profesora Kucharczyka utwierdziłem się w przekonaniu, że bunt Lutra wprowadził w kulturę europejską niszczycielskiego wirusa, którego „najważniejszym skutkiem było wykorzenienie chrześcijaństwa ze społecznego kontekstu (związku), co było cechą charakterystyczną średniowiecznej christianitas. Reformacja utorowała w ten sposób drogę do ukształtowania życia publicznego oderwanego od religii chrześcijańskiej. Reformacja nie wprowadziła rozdziału Kościoła od państwa (wręcz przeciwnie), ale doprowadziła – tam, gdzie zwyciężyła – do rozdziału religii od społeczeństwa i jego kultury”.

Infekcja protestancka rozdarła organizm Europy na dwa odrębne światy i kultury. Albo można powiedzieć, że doprowadziła do wytworzenia się rosnącej komórki rakowej, która doprowadziła do postępującej destrukcji, niszcząc ostatecznie w galopującym tempie (w ostatnich czasach zwłaszcza) także samą siebie – tę chorobliwą i chorobotwórczą narośl. Już Hilaire Belloc ponad pół wieku temu pisał o destrukcji kultury protestanckiej. Podane pod koniec książki statystyki dotyczące religijności wśród protestantów w Niemczech nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do trafności tej opinii. Niestety każą się zastanowić również nad tym, jakie skutki ta infekcja wywarła i wywiera na samej kulturze katolickiej, która po pierwszym szoku wytworzyła przecież swoje przeciwciała (choć na przykład Belloc zastanawiał się, dlaczego znalezienie antidotum trwało tak długo).

Otóż ten obraz „kryzysu i destrukcji”, jaki wyłania się z książki profesora Kucharczyka, nasuwa pytanie o to, dlaczego sam stosunek Kościoła katolickiego do Lutra i protestantyzmu uległ w ogóle stopniowej zmianie, przynajmniej w oficjalnych deklaracjach, czego przejawem były na przykład na polskim gruncie słynne przeprosiny arcybiskupa Rysia skierowane do ewangelików. Ocieplanie wizerunku Lutra barwnym szaliczkiem przypomina nieco zabieg, który uczynił z innego łotra – Che Guevary – ikonę pop-kultury. Bęcwałów obnoszących się z wizerunkiem tego marksistowskiego bandyty (zakładam, że kompletnie nieświadomych tego, z kim mają do czynienia) można spotkać nawet w Kościele. Coś podobnego zdaje się następować w przypadku Lutra, co notabene było świetnie widać w filmie Grzegorza Brauna (koszulki, gadżety reklamowe itp.). Jeszcze chwila, a na niedzielnej mszy zaczną się pojawiać półinteligenci w „tiszercie” z wizerunkiem Lutra buntownika i jakimś chwytliwym cytatem, np.: „Nasi głupcy, papieże, biskupi, sofiści oraz mnisi – prymitywne ośle głowy”.

Profesor Kucharczyk w swojej książce dokonuje przeglądu wypowiedzi papieży na temat Lutra i protestantyzmu, ale trudno doprawdy pojąć, jakie są przyczyny widocznej „zmiany paradygmatu” (by użyć popularnego określenia używanego w nieco innym kontekście), czego symbolem były uroczystości w Lund. Protestancki wirus doprowadził do destrukcji i sekularyzacji kultury Zachodu, a jego niszczycielska infekcja dotknęła też samego Kościoła katolickiego i kultury krajów katolickich. Po co więc te przychylne gesty wobec „braci odłączonych”? Zamiast prawdy – pop-kulturowe, słodkie (i fałszywe) „kochajmy się”? Chyba raczej zamiarem Kościoła powinno być opracowanie długoterminowej strategii nawrócenia tej coraz bardziej „bezwyznaniowej” (a z drugiej strony coraz bardziej islamskiej) Europy i przyjęcia jej z powrotem na łono Kościoła katolickiego. Przyjacielskie gesty wobec protestantów zdają się być sztucznym podtrzymywaniem przy życiu rozkładającego się już trupa.

Kryzys i destrukcja porusza różne aspekty rewolty protestanckiej i wymienienie ich wszystkich przekraczałoby ramy, jakie narzuca ta forma wypowiedzi. Ciekawym tematem na przykład jest kwestia wandalizmu protestanckiego, który doprowadził do zniszczeń porównywalnych do pewnego stopnia do tych, jakich dokonał choćby bolszewizm, przynosząc z sobą nienaprawialne straty kultury materialnej. Oczywiście paralele można tutaj odnaleźć też wcześniej – w ikonklazmie VIII wieku w Bizancjum, o czym prof. Kucharczyk zresztą pisze.

Innym pasjonującym wątkiem jest również rozwój reformacji w Szwecji. Przyznam się, że akurat na ten temat niewiele wiedziałem, a prof. Kucharczyk podaje garść ciekawych informacji, łącznie z przypomnieniem zapomnianych męczenników katolickich, nie mniej bohaterskich niż ci, którzy zginęli za wiarę w Anglii. Notabene opis grabieży majątku kościelnego, jakiego dokonano w obu krajach, nasunął mi myśl, czy przypadkiem popularne swego czasu w Polsce, acz skandaliczne, powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, nie ma jakiegoś źródła w tej grabieży majątku kościelnego, jaka posłużyła do zbudowania wielu późniejszych fortun, przy naruszeniu całej infrastruktury pomocy ubogim zapewnianej ze strony Kościoła?

Wspomnijmy jeszcze może tylko krótko, że profesor rozprawia się również w swojej pracy z mitem, który łączy rozwój nowoczesnych odkryć naukowych czy ruchów wolnościowych z protestantyzmem. Temu również przeczą fakty. Dość wspomnieć przy tej okazji o wpływie, jaki miała głównie ludność protestancka na sukces i dojście do władzy Hitlera. Całkiem tego sporo, jak na liczącą 160 stron publikację. Naprawdę warto przeczytać!

Grzegorz Kucharczyk, Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji, Wydawnictwo Prohibita, 2017.

środa, 18 kwietnia 2018

„Jestem z tobą” – niezwykłe świadectwo o świętych obcowaniu


Od czasu do czasu zamieszczam tutaj wideoklipy lub linki do programu Michaela Vorisa „The Vortex” – „Wir”. Na początku tego roku zmarł ojciec Michaela Vorisa. Nie trzeba mówić tym, którzy to przeżyli, jakie to cierpienie utracić jednego z rodziców. Oczywiście to także okazja dla diabła, by w takiej sytuacji zaatakować z całą mocą, by pogrążyć opłakującą rodzinę w mrokach depresji, pretensji do Pana Boga, a także często we... wzajemnych kłótniach czy wręcz nienawiści.

Michael Voris mówi wprost o tej pokusie pogrążenia się w rozpaczy, która go także dotknęła – tym bardziej, że łączyła go z ojcem, jako jedynym, który pozostał z jego najbliższej rodziny, bardzo bliska więź. Wydarzyło się jednak coś niezwykłego, co uświadomiło Vorisowi z mocą prawdę o świętych obcowaniu. To jedno z piękniejszych świadectw tego typu. Naprawdę warto posłuchać (polskie napisy po włączeniu tej opcji w ustawieniach).


wtorek, 17 kwietnia 2018

Dudasz


Muszę przyznać, że z prezydentem Dudą wiązałem duże nadzieje. W końcu to drugi, po Lechu Kaczyńskim, prezydent nieuwikłany w jakieś dziwne powiązania z ludźmi PRL-owskiego wywiadu (a przynajmniej tak się wydawało). Po drugie miałem nadzieję, że wybranie go pozwoli PiS-owi po wygraniu wyborów przeprowadzić szereg reform, które zapowiadano w kampanii wyborczej.

Daleki jestem od tego, by iść śladem histerycznych zachowań redakcji „Gazety Polskiej” i ogłaszać wszem i wobec, że na prezydenta Dudę już nigdy nie zagłosuję. A przynajmniej uważam, że takie deklaracje ze strony poważnego (?) tygodnika i poważnych panów redaktorów nie powinny padać. Ich celem powinno być nie tylko informowanie i komentowanie, ale i też dobro wspólne. Skoro wspierają obóz rządzący, to każda taka deklaracja powinna być przemyślana, a nie rzucana w eter tak, jakby wykrzykiwała je rozhisteryzowana baba. Jeśli nie stać ich na męską powściągliwość, to niech lepiej najpierw wezmą zimny prysznic, a potem odbędą długą naradę redakcyjną. Na histeryczne reakcje mogę sobie pozwolić ja, zwykły bloger, bo z moim głosem nie będzie się liczyć nikt. Dziennikarze, jeśli nie radzą sobie z emocjami, lepiej niech zajmą się uprawianiem ogródka. Zwłaszcza dziennikarze tygodnika, który ma jakiś wpływ na opinie i emocje pewnej grupy czytelników.

Nie zamierzam dywagować tutaj nad tym, czy weto prezydenta dla ustaw reformujących sądownictwo było słuszne, czy też nie, bo po prostu się na tym nie znam. Jeśli faktycznie był to knot legislacyjny, to Duda zrobił słusznie wetując. Nie wnikam w to.

Mam natomiast pretensje do Dudy za to, że zawiódł oczekiwania frankowiczów. Wiadomo, że politycy czasem robią obietnice na wyrost. Jakoś się do tego przyzwyczailiśmy, choć lepiej by było, gdyby politycy nie traktowali swoich wyborców jak durniów (szczególnie ordynarnie robiła to Platforma).
W przypadku frankowiczów obietnice na wyrost to igranie z kwestią życia i śmierci. I to dosłownie. Wbrew szerzonej tu i ówdzie opinii, że frankowicze wyszli najlepiej na kredytach frankowych, mamy w tym przypadku do czynienia z prawdziwymi dramatami, które kończyły się też samobójstwami. Prezydent Duda rozbudził nadzieje tej grupy społecznej. Dał poszkodowanym przez banksterów jakąś nadzieję. Sam przekonywałem, że jeśli ktoś coś dla frankowiczów zrobi, to będzie to tylko Duda i PiS. Z przykrością muszę powiedzieć, że się zawiodłem. Rejterada Dudy była żałosna. Z szumnych obietnic nie pozostało nic. Być może obecny prezydent przypomni sobie o tej grupie przed upływem kadencji, kiedy zaczną się zbliżać wybory. Kto wie? Ale wówczas i tak nikt mu już nie uwierzy.

Sprawa frankowiczów to była pierwsza wielka krecha, jaką dostał u mnie Duda. Drugą było ostatnio zawetowanie ustawy degradacyjnej. Kiedy wydawało się, że pozostał jedynie podpis prezydenta, a ofiary stanu wojennego i w ogóle ciemnych lat PRL-u będą mogły choć w ten sposób otrzymać jakąś satysfakcję, okazało się, że niespodzianie całą sprawę zablokował „nasz” prezydent. Tego nie jestem w stanie usprawiedliwić w żaden sposób. Pisałem już na tym blogu na ten temat i cytując tekst Jana Polkowskiego sugerowałem, że po prostu „pacta sunt servanda”, że realizowany jest w dalszym ciągu pomysł wdrażany w życie jeszcze przez premiera Mazowieckiego.

Są jeszcze inne kwestie, które każą mi zweryfikować swój pozytywny wizerunek obecnego prezydenta. Trudno byłoby wszystkie je wymienić w krótkim tekście. Ot, dzisiaj pojawiła się kolejna dziwna informacja, która przedstawia obecnego prezydenta w nieco dziwnym świetle.

W chwili obecnej mogę powiedzieć tylko tyle: prezydent Duda przestał być moim prezydentem. Nie będę ogłaszał wszem i wobec, że na niego nie zagłosuję. Jeśli będę miał bowiem do wyboru: Duda a Tusk, z ciężkim sercem zagłosuję na Dudę. Koszmar pięcioletniej prezydentury szczękościsku jest najzwyczajniej w świecie zbyt przerażający. I pewnie na to obecny prezydent niestety liczy. Jeśli jednak pojawi się sensowna alternatywa i będzie szansa na wygraną, to przynajmniej w pierwszej turze oddam głos na kogo innego.

Ostatnio dowiedziałem się, że w środowisku frankowiczów prezydent RP otrzymał nowe przezwisko: Dudasz. Chyba nietrudno zgadnąć do czego ono nawiązuje. Niestety, jest trafne.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Hare Kriszna jedzie na Przystanek Woodstock


Spotykam się czasem z wyrażonym przekonaniem, że wszystkie religie są sobie równe. A przynajmniej tak na pozór są traktowane w sferze publicznej. Niektórzy wręcz sądzą, że to po prostu różne ścieżki na ten sam szczyt. W wielkim skrócie można by to streścić następująco: nie jest ważne, jaką religię wyznajesz, w końcu ich cel jest taki sam. Gorzej pewnie by było, gdyby spytać: jaki to cel? Pewnie usłyszelibyśmy coś mglistego o zjednoczeniu z Bogiem albo o niebie, czyli generalnie o życiu po życiu – jakiś tunel, a potem światło i wieczna szczęśliwość.

Tacy ludzie nie zastanawiają się tylko nad absurdalnością takiego wyobrażenia. Skoro bowiem wszystkie religie są sobie równe, to po co w ogóle być wyznawcą którejkolwiek? Po co się męczyć, przestrzegać jakichś przykazań, chodzić co niedzielę do kościoła lub odmawiać pięć razy w ciągu dnia tę samą modlitwę, a raz do roku pościć i jeść tylko po zmierzchu? A może po prostu przejść się po nich, jak po supermarkecie i wybrać z każdej to, co nam najbardziej odpowiada i pasuje? Po co mozolnie wędrować z plecakiem obciążonym kamieniami, skoro do tego samego celu można wygodnie dotrzeć samolotem i jeszcze zjeść niezły lunch po drodze?

Takie wypowiedzi zresztą świadczą z reguły o braku jakiejkolwiek, choćby podstawowej wiedzy o zasadniczych różnicach, jakie dzielą nie tylko religie monoteistyczne od religii np. Wschodu (jak choćby sama koncepcja Boga i osoby ludzkiej), ale również religie monoteistyczne (judaizm, chrześcijaństwo i islam) od siebie nawzajem. Nie mówiąc już o takich subtelnościach, jak fundamentalne odmienności w traktowaniu człowieka, zbawienia i grzechu między na przykład katolicyzmem a protestantyzmem. Mówiąc w wielkim skrócie: twierdzić, że wszystkie religie są sobie równe i prowadzą do tego samego celu, to trochę tak, jakby powiedzieć, że aby dolecieć do układu Alfa Centauri, nie trzeba kierować się prosto w tamtą stronę, tylko można lecieć z ziemi w dowolnym kierunku. Albo jeszcze prościej i najordynarniej jak tylko można: że aby zrobić jajecznicę, można rozbić kilka jaj albo kamieni, a jak kto woli to nawet i parę bombek choinkowych – to bez znaczenia, byleby potem usmażyć (choć i to nie jest konieczne). Powodzenia!

Problem ten w swoim czasie podjął biskup Andrzej Siemieniewski w swojej bardzo interesującej książce o mistyce, która nosiła charakterystyczny i w istocie streszczający jej sens tytuł: „Różne ścieżki na różne szczyty”.

Jeśli ktoś chce zrozumieć na czym polega istota całego problemu, powinien sięgnąć po wywiad, jakiego udzieliła portalowi PCh24.pl siostra Michaela Pawlik. Tytuł jest równie wymowny, jak tytuł książki biskupa Siemieniewskiego: „Doświadczyłam zła religii wschodu”. Otóż to! Mnie osobiście nigdy nie pociągały Indie i zawsze dziwiła mnie fascynacja, jaką kultura tego kraju budziła w niektórych Europejczykach, intelektualistach czy zwykłych ludziach. Mnie ta kultura i religia (czy właściwie – religie) zawsze odpychały. Widziałem tam bardziej dekadencję i jakiś bałagan, a nawet kicz niż głębię duchową. Indyjscy guru kojarzyli mi się bardziej z hochsztaplerami niż z mędrcami. Niewykluczone, że i tam można odkryć jakieś okruchy prawdy, ale by szukać w mistyce Wschodu lub w mądrościach indyjskich guru inspiracji dla ubogacenia katolicyzmu, jak robił to Anthony de Mello? Wolne żarty! To jak wyjść z czystego, górskiego strumienia w błotniste bajoro, by ugasić tam pragnienie.

Siostra Michaela Pawlik podkreśla na podstawie własnego doświadczenia (a nie mądrości wyczytanych jedynie w książkach) podstawowe różnice w podejściu do człowieka, a także do Boga, jakie istnieją między katolicyzmem a hinduizmem. Trudno mówić o jakiejkolwiek miłości bliźniego w świecie, w którym panuje wiara w reinkarnację, a więc kompletna obojętność na los drugiego człowieka, bo przecież, jeśli umrze, to lepiej dla niego, bo wówczas wcieli się na przykład w kogoś lepszego, żyjącego na wyższym poziomie, którego nie ograniczają już restrykcje kastowe narzucone np. pariasom. Nawet Bóg nie jest tym samym, w którego my wierzymy – świętym i dobrym. Zresztą o którym z indyjskich bożków czy demonów mielibyśmy mówić?

Jest jeszcze jeden ważny wątek w tej rozmowie – a mianowicie siostra Michaela wspomina o działaniach podejmowanych po to, aby celowo wprowadzić religie Wschodu na grunt europejski, a także do Polski. Sama swego czasu, jeszcze za komuny, dostała taką propozycję – uczestnictwa w tym procederze przeszczepiania hinduizmu na grunt Polski, aby Polacy mieli „większy wybór”. Wprawdzie judaszowe srebrniki miały być wypłacane w dolarach i przelicznik pewnie był nieco inny, ale była to suma, jak na ówczesne czasy, nie mniej kusząca. To naprawdę ciekawy wątek, warty uwagi historyków zajmujących się czasami PRL-u, ale nie tylko.

Notabene swoją drogą to jakby potwierdza moje przypuszczenia z jednego z poprzednich wpisów, że zleceniodawcami wiecznego „młodzieniaszka” od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy muszą pozostawać ci sami macherzy, co pod koniec lat osiemdziesiątych. Proszę zwrócić uwagę na problemy, jakie napotykały na tzw. „Przystanku Woodstock” inicjatywy typu „Przystanek Jezus” czy akcje antyaborcyjne, a z jakim ciepłym przyjęciem spotykali się na nim wyznawcy Kriszny, którzy – jeśli się nie mylę – są stale tam obecni.

Zachęcam do obejrzenia wywiadu z siostrą Michaelą Pawlik. Trwa nieco ponad godzinę, ale zaletą internetu i przewagą nad zwykłą telewizją jest to, że zawsze można przerwać i wrócić do oglądania w wolnej chwili. A tego naprawdę warto posłuchać!

sobota, 14 kwietnia 2018

Katolicki determinizm stosowany


Niestety nie posiadam umiejętności ciętej riposty bezpośrednio w czasie dyskusji. Dobre odpowiedzi przychodzą mi do głowy dopiero po czasie, kiedy już jest za późno i nic nie da się zrobić. Wówczas mogę sobie już tylko pogdybać.


Piszę o tym dlatego, że przypomniała mi się pewna sytuacja. Otóż wiozłem kiedyś autem w okolicznościach przykrych i niewesołych pewnego zakonnika. Jak to zwykle w takich okolicznościach rozmowa była o wszystkim i o niczym. Jakoś tak się złożyło – nie pamiętam dlaczego – że jednym z tematów była kwestia życia na tzw. „kocią łapę”. Miałem wówczas trochę wiedzy na ten temat, gdyż pracowałem w nieruchomościach i pośredniczyłem w wynajmowaniu mieszkań. Z mojego doświadczenia wynikało, że sporo par żyje obecnie w konkubinacie. W dużej mierze są to pary dość młode. Czasami zdarzało się, że były to pary, które właśnie miały się pobrać, ale w zdecydowanej mierze nie było z ich strony deklaracji zawarcia związku małżeńskiego w jakiejś najbliższej przyszłości. Zresztą w tym przypadku, gdy tacy ludzie deklarowali bliski ślub, zdarzały się i przykre incydenty. Pamiętam jeden taki związek, który rozpadł się bardzo szybko po zawarciu małżeństwa – parę miesięcy czy niecały rok po. Zdrady dopuściła się tam żona, która – mówiąc oględnie – wdała się w romans w czasie wyjazdu służbowego – jednego z tych organizowanych przez firmy szkoleń, które są też dobrą okazją do popijawy i wdawania się w przelotne romanse właśnie. Wiem o tym tylko dlatego, że zadzwonił właściciel, by poinformować, że mieszkanie jest znów do wynajęcia i wtajemniczył mnie w przyczyny, o których dowiedział się od zrozpaczonego młodego małżonka.


Podzieliłem się z duchownym swoimi uwagami na ten temat. Dla mnie był to wówczas problem, gdyż w jakiś sposób jednak pośredniczyłem w tym procederze ułatwiania takiego życia i czułem z tego powodu dyskomfort.


– No cóż... Społeczeństwo się sekularyzuje – westchnął duchowny. I... i właściwie to było tyle. Zapamiętałem tylko to zdanie i nic więcej.


Dopiero potem, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać, uderzyło mnie, że w odpowiedzi duchownego dało się zauważyć swego rodzaju determinizm. Jego westchnienie sugerowało, że no... po prostu tak jest. I jakby nic nie da się zrobić. To brzmiało tak, jakby to był jakiś nieodwracalny trend, któremu przeciwstawić się nie było jak.


Może się mylę, może ten zakonnik akurat robił wiele, by młodym ludziom uświadomić grzeszność takiego życia, ale jednak nic takiego od niego nie usłyszałem. Nie powiedział nic w stylu: „Wie pan, wiele kazań poświęciłem temu tematowi. Mówię ludziom: żyjecie często w pięknych domach, macie dobrą pracę, jeździcie nowoczesnymi autami, wyjeżdżacie na egzotyczne wakacje, ale tak naprawdę jesteście jak zombi z popularnych seriali i filmów. Rozkładacie się, gnijecie i nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Diabeł już nawet was nie atakuje, bo nie ma potrzeby. Sami wchodzicie w jego sieć. Gnijecie i jesteście martwi. Cuchniecie, a tego smrodu nie zabiją najlepsze i najdroższe perfumy. A najgorsze jest to, że nawet sobie z tego nie zdajecie sprawy, a nawet chodzicie jeszcze do kościoła, jakby nic się nie działo, tylko nie przystępujecie do sakramentów”.


Nie, on nic takiego nie powiedział. Tylko to westchnięcie i stwierdzenie: „Społeczeństwo się sekularyzuje”. Jakby to było normalne i nieodwracalne, a on jako kapłan niewiele mógł tutaj zrobić.

Podobny determinizm zauważam u niektórych katolickich polityków. Niech będzie, że się uwziąłem, ale jeszcze raz wspomnę tego nieszczęsnego ministra Gowina, choć jest on tylko przykładem wielu innych takich polityków. Minister Gowin (albo inny polityk katolicki) też wzdycha i mówi mniej więcej coś takiego: „Jeśli wprowadzimy przepisy zakazujące aborcji, to w przyszłym wyborach być może przegramy i nowy rząd wprowadzi przepisy liberalizujące prawo i dopuszczające aborcję na żądanie. Wahadło wychyli się w drugą stronę”.


Ów minister Gowin, służący tutaj jako pars pro toto, nawet nie weźmie pod uwagę, że sytuacja mogłaby wyglądać inaczej – że oto z jakiegoś powodu obecna koalicja przegrywa wybory, ale tzw. „liberalizacja” prawa aborcyjnego, czyli mówiąc po ludzku – pozwolenie w imieniu prawa na morderstwo z byle powodu – nie dochodzi do skutku, bo społeczeństwo mówi stanowcze „Nie”, bo na ulice wychodzą tłumy ludzi w tzw. „białych marszach”, a nawet po stronie nowego rządu są katolicy, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że można zabijać niewinną istotę tylko dlatego, że ma wrodzone wady albo poczęła się w wyniku gwałtu.


Ba! Ów minister (który jest akurat w tym przypadku ministrem nauki!) nawet nie wpadnie na myśl, że można wraz ze zmianą prawa, poprowadzić całą kampanię uświadamiającą ludziom zło aborcji, że można by przygotować specjalne podręczniki dla ostatnich klas podstawówki i dla szkoły średniej na lekcje przygotowania do życia w rodzinie (niech nawet będzie, że byłby one dla dzieci z rodzin katolickich!), które nacisk kładłyby na godność osoby ludzkiej i jej prawo do życia niezależnie od tego, czy ma normalną liczbę chromosomów, czy też jest ich za dużo lub za mało. Ten polityk nie myśli nawet o tym, że można by zrobić kampanię w mediach, która mówiłaby o tym, że w świetle nauki życie zaczyna się od chwili poczęcia i że dbałość o prawo do życia tych, którzy się jeszcze nie narodzili, gwarantuje też prawo do życia osób już żyjących itp., itd. Nie, ministrowi to nawet nie przychodzi do głowy. On tylko stwierdza, że „wahadło się wychyli” i tyle...


Hilaire Belloc pisał w jednej z książek, że żyjący w danej epoce katolicy, którzy są bardzo krytyczni wobec panujących w niej trendów myślowych i zwykłych herezji, a nawet są osobami skądinąd świętymi, bardzo często jednak w jakiś sposób tym trendom czy herezjom ulegają. Choć się im przeciwstawiają, to ich myślenie jest jednak w większym lub mniejszym stopniu skażone dominującym sposobem myślenia. Podawał nawet przykład jednego ze świętych papieży.


Wydaje mi się, że zarówno wspomniany na początku katolicki duchowny, jak i wymieniony z nazwiska katolicki polityk (który służy tutaj jedynie jako pars pro toto – przypominam) są tego doskonałym przykładem. Niby są katolikami, ale ich myślenie skażone jest determinizmem na wskroś marksistowskim. Kościoły na Zachodzie pustoszeją, więc i będą pustoszeć i u nas. Coraz więcej par żyje w konkubinacie, a więc i u nas tak jest i zjawisko to będzie się nasilać. Prawo jest „liberalizowane” tak, że dopuszcza aborcję w coraz większej ilości okoliczności i przypadków, a więc wcześniej czy później i u nas zostanie ono zliberalizowane. Lepiej więc zachowywać tzw. „kompromis aborcyjny” – jeszcze przez jakiś czas ten trend uda się powstrzymać. Nic to, że doświadczenie innych krajów pokazuje, że wszelkie kompromisy tego typu są zgniłe i w konsekwencji prowadzą do dalszego „liberalizowania”, a więc nie hamowania tego trendu.


Tacy katoliccy duchowni i politycy zdają się być ofiarami determinizmu. Oni chyba uwierzyli w nieodwołalne i niezmienne prawa rządzące historią świata – zapominając, że prawdziwym Panem jest Bóg, a nie Duch Czasu. Niby wierzą w Opatrzność, ale tak naprawdę sądzą, że pewne trendy są nieuniknione i nic nie da się z tym zrobić, można się temu tylko przyglądać. Trudno im nawet sobie wyobrazić, że to np. Polska mogłaby być krajem, z którego wyjdzie owa „iskra” zapowiadana przez siostrę Faustynę. Nie! Czeka nas kompletna sekularyzacja, aborcja na żądanie i ogólny laicki zamordyzm, w którym już nawet umrzeć nie będzie można naturalną śmiercią, bo przyjdą i wbiją nam igłę ze śmiertelną dawką trucizny. A lawina i tak biegu swego nie zmienia w zależności od tego, po jakich toczy się kamieniach. Koniec. Kropka!


piątek, 13 kwietnia 2018

Tajemniczy Feniks 2018


Tak jak się spodziewałem i pisałem, film dokumentalny Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka” nie otrzymał nagrody „Feniks”Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w roku 2018. Nic w tym sumie dziwnego, choć film w moim przekonaniu jest jednym z najważniejszych wydarzeń roku 2017 i powinien otrzymać nagrodę w kilku kategoriach i za co najmniej kilka rzeczy (pomijając już nawet kategorie ustalone przez organizatorów). Wymieńmy parę z nich:

-         za wybitne walory artystyczne
-         za podjęcie kontrowersyjnego tematu
-         za upamiętnienie rewolty protestanckiej dokumentem, który powinien stać się zarzewiem debaty publicznej
-         za odwagę podejmowania tematów kontrowersyjnych
-         za sposób finansowania tego filmu, którego twórcy nie czerpali bezczelnie środków z kieszeni podatnika, a datki darczyńców (wielu z nich anonimowych) finansujących powstanie tego dokumentu były jak najbardziej dobrowolne
-         za sposób dystrybucji tego dzieła – twórcy umożliwili oglądanie filmu na darmowych pokazach, na których widzowie mogli, ale nie musieli, wesprzeć autorów dobrowolnymi datkami
-         za przygotowanie materiałów dodatkowych – plakatów, ulotek i samej płyty DVD z filmem w dwóch wersjach – z książką i bez książki
-         wreszcie za sukces wbrew milczeniu (zaskakującemu) głównych mediów katolickich.

Grzegorz Braun włożył kij w mrowisko, ale zarządzający mrowiskiem kij ów zignorowali i udają, że nic się nie stało. No cóż... gdyby Stowarzyszenie Wydawców Katolickich nagrodziło ten film, zapewne wkrótce potem jakiś hierarcha wyskoczyłby z przeprosinami dla braci luteranów za szkalowanie dobrego imienia wspaniałego założyciela ich sekty, a sami organizatorzy zapewne poczuliby się zmuszeni do wydania oświadczenia, w którym stwierdziliby np., że nagrodzili sam film za podjęcie trudnego tematu, ale w żaden sposób nie jest to nagroda dla reżysera, z którego poglądami SWK się nie utożsamia.

Trudno wypowiadać mi się w sprawie wszystkich tych nagród generalnie. Może tylko dodam, że wyróżnienie w postaci Nagrody Głównej „Feniks” dla prof. Andrzeja Nowaka jak najbardziej jest zasłużone, ale z drugiej strony chyba też dla nikogo nie jest to tajemnicą, że mamy tu do czynienia zarówno z wybitnym autorem, jak i autorytetem. Szkoda, że organizatorzy nie wyróżnili w żaden sposób – po to by promować nazwiska mniej znane – np. Gabriela Maciejewskiego, którego książka „Socjalizm i śmierć” jak najbardziej zasługuje na uznanie i to na targach książki katolickiej właśnie – i ponownie można by tu wymienić szereg powodów. Sam tę książkę już polecałem i polecam raz jeszcze, bo jest to rzecz po prostu znakomita, a drążąca temat nie mniej kontrowersyjny niż ten, jakim zajął się Grzegorz Braun.

Żeby nie było, że się uwziąłem na SWK, zwrócę uwagę na jedną nagrodę – nagrodę „Feniks” Specjalny, która moim zdaniem jak najbardziej twórcom się należy, podjęli się bowiem zadania niezwykłego i wręcz tytanicznego – po raz pierwszy cała Biblia została w języku polskim nagrana i udostępniona w postaci plików audio. Autorzy całego przedsięwzięcia Biblia Audio Superprodukcja (przede wszystkim Krzysztof Czeczot, aktor i założyciel firmy OSORNO, oraz Maciej Budzich) bez wątpienia zasłużyli się dla polskiej kultury i sądzę, że ich wysiłek i trud docenią zarówno osoby niewidome, niedowidzące i starsze, które mają teraz możliwość słuchania dowolnej księgi Starego i Nowego Testamentu, jak i „zwykli” słuchacze, czytelnicy, ludzie wierzący, a także niewierzący, którzy chcieliby poznać Biblię, a może nie mają czasu, by po prostu usiąść i ją przeczytać. Teraz wystarczy ściągnąć za darmo (sic!) plik z nagraniem dowolnej księgi Pisma Świętego – można „wypalić” sobie płytę lub korzystać z odtwarza MP3 – i jadąc na przykład samochodem do pracy lub z pracy czy wybierając się w dłuższą trasę posłuchać Słowa Bożego w znakomitym wykonaniu. Można też całą Biblię po prostu kupić od producenta na płytach albo w postaci pendrive’a. Ba! Jest nawet możliwość zakupienia np. Apokalipsy św. Jana na płycie winylowej!



Imponuje rozmach twórców, bo zaangażowali do nagrania całego dzieła nie tylko profesjonalnych aktorów, ale też dziesiątki (setki?) zwykłych ludzi, „amatorów”, którzy mieli możliwość partycypowania w tym wiekopomnym dziele, udzielając również swojego głosu. Trudno mi ocenić tu całość, bo wysłuchałem na razie tylko drobnego fragmentu (m.in. Dziejów Apostolskich, Apokalipsy, Listów św. Pawła, Ewangelii św. Marka, Księgi Psalmów). Bez wątpienia niektóre nagrania będą się podobać bardziej, inne mniej. Dla mnie na przykład numerem jeden jest Ewangelia św. Marka czytana przez Piotra Fronczeskiego. Nie potrafiłem się natomiast przełamać i posłuchać Ewangelii św. Jana, która moim zdaniem powinna być czytana przez mężczyznę, a nie Małgorzatę Kożuchowską. I nie sądzę tak wcale dlatego, bym był w jakiś sposób uprzedzony do tej aktorki. Wydaje mi się po prostu, że jest to Ewangelia, która powinna być czytana przez mężczyznę.  W końcu św. Jan nie był żadną mimozą, ale dzielnym człowiekiem, który jako jedyny z apostołów nie zrejterował w krytycznym momencie, ale towarzyszył naszemu Panu do końca i stał pod krzyżem w chwili Jego śmierci. To był po prostu twardy mężczyzna. Głos Kożuchowskiej mi tu nie pasuje. Ale może się mylę, w końcu to właśnie kobiety wykazały się większą odwagą od mężczyzn w chwili Męki i śmierci Chrystusa.

O skali całego dzieła może świadczyć również fakt, że np. każdy Psalm – a jest ich przecież 150 – czytany jest przez inną osobę, a przynajmniej takie wrażenie odnosi się słuchając tej księgi. I ponownie – niektóre z wykonań są wręcz powalające, inne chciałoby się posłuchać w innej interpretacji. Niezwykłe wrażenie robi tu interpretacja Krzysztofa Globisza zmagającego się z afazją.
Jedyny problem, jaki dostrzegam, to fakt, że jeśli ściągnie się np. Księgę Psalmów, mamy jeden plik, bez podziału na poszczególne psalmy, tzn. bez możliwości „skakania” po całej księdze. Być może istnieje jakiś sposób, by ten problem rozwiązać, ja – jako amator nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobić. Wiem, że na przykład jedna z księgarni z plikami audio umożliwia ściągnięcie całej książki albo z podziałem na rozdziały, albo bez niego. W przypadku Księgi Psalmów byłoby to duże ułatwienie – umożliwiałoby po prostu bezproblemowe odtwarzanie swoich ulubionych psalmów.

Podobnie jak w przypadku filmu Grzegorza Brauna, autorzy całego projektu zrealizowali swoje dzieło korzystając z dobrowolnych datków ludzi dobrej woli. Pokazali więc, że można wiele zdziałać niekoniecznie ubiegając się o dotacje państwowe, czyli pieniądze wyciągane z kieszeni podatnika.

I jeszcze jedna rzecz – ciekawe, dlaczego SWK nie podało w tym roku do wiadomości publicznej nominacji do nagrody „Feniks”? Nigdzie nie znalazłem żadnej informacji o zgłoszonych propozycjach. Inaczej było w poprzednich latach. Czy teraz nominacje będą objęte tajemnicą? Chciałoby się jednak wiedzieć, jaka była konkurencja i co odrzucono. Myślę, że pozwoliłoby to trochę lepiej ocenić kryteria, jakimi kierują się organizatorzy i jury nagrody.

czwartek, 12 kwietnia 2018

„Uwolnić słonia!” albo wyrób czekoladopodobny


Wśród wielu różnych wiadomości moją uwagę zwrócił kolejny popis pana, który stylizuje się na wiecznie młodego nastolatka i co roku molestuje nas Wielką Orkiestrą Świątecznej Przemocy. Skierowanie zaproszenia do matki, która sama wychowuje dziecko niepełnosprawne, by przyjechała do siedziby organizacji promującej jego ego i poznała problemy... matek wychowujących dziecko niepełnosprawne, to już po prostu szczyt bezczelności albo najzwyczajniej w świecie totalnej głupoty.

Nigdy nie byłem entuzjastą tego pana. Pamiętam czasy dość już odległe, które dla wielu młodych są tak dalekie, jak pewnie dla mojego pokolenia były czasy II wojny światowej. Otóż ów wieczny „młodzieniaszek” stworzył sobie wówczas wirtualne Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników. Już sam pomysł wykreowania takiego bytu w radiu podlegającym komunistom budził moje podejrzenia co do intencji tego człowieka. Zwłaszcza mieszkając we Wrocławiu nie sposób było nie zauważyć w tym imitacji Pomarańczowej Alternatywy.

„Młodzieniaszek” wykrzykiwał jąkającym się głosem „dzielnie”: „Uwolnić słonia! Uwolnić słonia!” Oczywiście był to przykład tej podróbki autentyku – działań Pomarańczowej Alternatywy, która poprzez absurd obnażała idiotyzmy systemu komunistycznego. Tyle tylko, że ludzie angażujący się w działania słynnego Majora Waldemara Frydrycha mogli trafić do jak najbardziej autentycznego aresztu albo oberwać porządnie milicyjną pałą. Ich działania miały też charakter jak najbardziej polityczny, nawet jeśli stali tylko z pustym transparentem, na którym nic nie było napisane. Kpili sobie np. z rewolucji październikowej czy braków w sklepach. Te działania były naprawdę wymierzone w system. Działania imitatora były tylko zabawą gościa, który niby mrugał okiem, ale tak naprawdę nikomu się nie narażał i nie wyrażał niczego, co by w ten system uderzało.

Wykrzykiwanie durnego hasła: „Uwolnić słonia!” było wręcz oburzające, gdyż w więzieniu rzeczywiście siedzieli ludzie, a jeszcze w trakcie obrad „Okrągłego Stołu” ginęli księża (por. tekst, w którym przytaczam fragment szkicu Jana Polkowskiego). Dla „młodzieniaszka” była to tylko zabawa, jego pokrzykiwania nie miały nawet aluzyjnego nawiązania do jakiegoś autentycznego więźnia – co jeszcze można by uznać za jakąś formę „walki” z komuną. Można wręcz powiedzieć, że była to kpina z ludzi, którzy w ulicznych demonstracjach domagali się uwolnienia prawdziwych więźniów. Dla słuchaczy była to podróba prawdziwego niezależnego ruchu – taki „wyrób czekoladopodobny” – niby smakowało podobnie, ale z autentykiem nie miało nic wspólnego. I tak też traktuję tego pana do tej pory, a jego sposób działania zadziwiająco nic się nie zmienił. Mocodawcy pewnie też pozostali ci sami.

Nie kupujcie podróby, wybierzcie autentyk!

środa, 11 kwietnia 2018

Fulton J. Sheen: Nie można zapobiegać złu złem


Arcybiskup Fulton J. Sheen opisuje w swoich książkach różne anegdoty, jedne zabawne, inne nieco mniej, ale każda z nich daje nieco do myślenia.

To, co mi w szczególności imponuje w życiu i twórczości amerykańskiego duchownego, to fakt, że przyczynił się do nawrócenia wielu osób. To samo zresztą zaimponowało mi w przypadku H. Belloca, do którego wpływu na swoją własną twórczość i działalność Sheen zresztą się przyznawał. Obaj autorzy napisali sporo książek (Belloc ponad setkę, Sheen około siedemdziesięciu) i artykułów, wdawali się w dysputy, byli znanymi osobistościami, obok których nie sposób było przejść obojętnie. Jednak to, co dla mnie jest oznaką ich wybitności, to fakt, że nawracali innych. Cóż bowiem znaczyłyby te wszystkie książki i publikacje, gdyby nie nawrócili choć jednej duszy? Czy nie byłaby to jedynie słoma, jak określił swoje wielkie dzieło św. Tomasz z Akwinu?

Fulton J. Sheen zresztą skromnie twierdził, że nawrócenie tej imponującej rzeszy ludzi, to nie jego zasługa, że Pan Bóg posłużył się nim jedynie jako narzędziem. Jakkolwiek potraktowalibyśmy te słowa, trzeba przyznać, że arcybiskup miał podejście do ludzi, co najlepiej ilustrują przykłady, jakie sam podaje. Ta umiejętność nawiązywania kontaktu, a nawet dar rozeznania, z kim ma do czynienia i co gnębi jego rozmówcę, były niewątpliwie bezcenne i czyniły z duchownego „narzędzie” doskonałe.
Sheen jednak przyznaje, że nie zawsze jego trud był nagrodzony sukcesem, choć miał nadzieję, że zasiane ziarno może kiedyś wyda swój plon.

Gdy obserwuję to, co dzieje się wokół aborcji i gry polskich posłów, by opóźnić głosowanie nad ustawą (tak, nie mogę uciec od tego tematu), przypomniała mi się historia jednej z takich nieudanych prób nawrócenia. Na pozór nie ma ona nic wspólnego z działaniami naszych polityków.

Otóż w Paryżu Sheen spotkał pewnego bogatego człowieka. Jak się okazało, związał się on z mężatką. Jednak kobieta ta mu się najwidoczniej znudziła, gdyż postanowił się z nią rozstać. Spakował jej rzeczy i poprosił o opuszczenie jego mieszkania. Owa pani jednak nie chciała go opuścić, a przynajmniej prosiła go, aby pozwolił jej jeszcze z nim być do pewnego czasu i podała nawet datę. Zagroziła mu, że jeśli nie posłucha jej błagania, popełni samobójstwo. Człowiek ów spytał więc Sheena, czy powinien pozwolić jej zostać, aby zapobiec samobójstwu. Duchowny wysłuchawszy całej tej historii, odparł, że po pierwsze kobieta ta nie zabije się. Po drugie, że nie wolno popełniać jednego zła, aby zapobiec drugiemu. Mężczyzna zrobił tak, jak poradził mu Sheen. Nie zmienił jednak swojego postępowania, lecz wkrótce, dość szybko, związał się z kolejną kobietą. Duchowny spotkał go jakiś czas później w innym mieście, z jeszcze inną kobietą... Ale to już inna historia.

Pisałem tu już o tłumaczeniach ministra Gowina, który zasłaniał się „wahadłem”, które rzekomo ma wychylić się w drugą stronę i spowodować tzw. „zliberalizowanie” prawa chroniącego nienarodzone dzieci. By chronić część tych dzieci, jeśli dobrze rozumiem słowa pana ministra, uznaje on tzw. „kompromis aborcyjny”, który de facto jest po prostu złem, dopuszczającym mordowanie nienarodzonych, ale nie wszystkich.

Bardzo przypomina mi to rozumowanie tego pana z Paryża. Zastanawiał się on nad tym, czy nie powinien pozwolić na trwanie cudzołożnego związku, choćby na pewien czas, aby zapobiec „gorszemu” złu, jakim jest samobójstwo. Arcybiskup Sheen odpowiedział mu stanowczo. Czy podobnie stanowczo nie powinni zareagować polscy biskupi i zdecydowanie potępić postępowanie polskich polityków? Tak, wiem, polscy duchowni – którzy niestety przyczynili się do utrącenia poprzedniego projektu zakazującego aborcji – zdają się tym razem wyraźnie podkreślać potrzebę ochrony życia, ale czy na pewno robią wszystko?

Najwyższy czas obnażyć obłudę myślenia polityków, którzy sądzą, że tzw. „kompromis aborcyjny” jest „mniejszym” złem. Nie można zapobiegać jednemu złu, czyniąc inne. Katolicki polityk powinien chyba promować cywilizację życia i robić wszystko, by się ona urzeczywistniła, nawet gdyby ludzie w przyszłych wyborach wybrali kogo innego.

Wśród różnych inicjatyw, mających na celu przyspieszenie pełnej ochrony życia ludzkiego, moją uwagę zwrócił apel dziennikarzy skierowany do polskich posłów. Miejmy nadzieję, że te wszystkie wołania w końcu odniosą skutek. Jeśli tak się stanie, nie będzie to jeszcze oznaczać zwycięstwa. Pełne zwycięstwo będzie wówczas, kiedy nikt nie będzie traktował poważnie argumentów za aborcją i nawoływania do zalegalizowania prawa do mordowania własnego dziecka. Ale do tego trzeba budować cywilizację życia, a nie cywilizację kompromisów ze złem (i złym).

wtorek, 10 kwietnia 2018

Komu i dlaczego wadzi degradacja Jaruzelskiego i Kiszczaka, czyli „poeta pamięta”


Jeśli ktoś chce zrozumieć istotę problemu, jaki ponownie się pojawił czy też uwidocznił ze zwielokrotnioną siłą, gdy prezydent Duda odmówił podpisania ustawy umożliwiającej degradację PRL-owskich oficerów, to powinien koniecznie przeczytać tekst Jana Polkowskiego „Druga niemiecka wina” i polscy naśladowcy. I nie chodzi mi nawet o dywagacje, czy z punktu widzenia prawnego Duda miał rację, czy nie. Sęk w tym, że cały ten system, w którym wciąż się babramy i z którego próbujemy się wywikłać (nie mówię oczywiście o „totalnej opozycji”) jest od samego początku zainfekowany. I o to właśnie chodziło.


Ten napisany przed paru laty szkic, opublikowany w zbiorze Polska moja miłość, jest tak „gęsty”, że w zasadzie można by cytować go linijka po linijce. Nic też nie stracił na swej aktualności. Zadaje przy tym kłam poglądowi, że poeci to dusze bujające w obłokach, oderwane od ziemi. Przynajmniej autor Drzew zdaje się twardo po ziemi stąpać. Na tyle twardo, że z przeraźliwą jasnością widzi to, co być może zbliża się do nas z nieubłaganą konsekwencją, a czego nie dostrzegają ci, którzy zajmują się bardziej przyziemnymi i „konkretnymi” pracami niż pisanie poezji.


Jak autor pisze już na samym początku: „Każdego dnia ciąży mi żrący osad obłudy pierwszych lat wychodzenia z komunizmu. Truje mnie zarówno pokraczna spuścizna niedawnej przeszłości, jak i świadomość, że to mętne krętactwo trwa. Trwa i zatruwa pamięć obleśna czułość, z jaką liderzy strony solidarnościowej obłapiali owinięte w odległy cień Moskwy sflaczałe odwłoki zbankrutowanych władców PRL”.


W swoim szkicu Polkowski zadaje kłam wielu mitom związanym z tak zwaną „transformacją ustrojową”. Na przykład, że była ona bezkrwawa. Jakże łatwo się zapomina o tym, że „bezkrwawy charakter miało wyłącznie zlizywanie z ust Jaruzelskiego okrągłych kłamstw, bo niepokornych księży mordowano niemal równolegle z kumoterskimi pijatykami w Magdalence”.


Oczywiście poeta, tak wyczulony na manipulacje językowe, dostrzega ten nieszczęsny zwrot „transformacja ustrojowa” i przy okazji zauważa, że „zamazuje [on] marionetkowy charakter PRL”.


To, co mnie uderzyło w tym tekście, to analogie do „transformacji” w Niemczech po II wojnie światowej, gdzie tzw. „denazyfikacja” okazała się fikcją. Na poparcie tego stwierdzenia autor przytacza liczby i dane. Mogą one szokować co bardziej naiwnych. Zasadnicze pytanie jednak, które się nasuwa, to: jakie będą konsekwencje budowania potęgi niemieckiej na braku prawdziwego rozliczenia z przeszłością. I drugie: Dlaczego to Niemcy stały się wzorem dla Polski?


A że stały się, autor nie ma co do tego żadnych wątpliwości, bo „podobieństw jest długi szereg”. Przyznam się, że osobiście nie wiedziałem na przykład, że „filozofia rządów Tadeusza Mazowieckiego i ilustrujące ją sztandarowe hasło o odkreśleniu grubą kreską przeszłości – to cytat z niemieckiego kanclerza” – Adenauera. Jak zauważa Polkowski z ironią: „To niemiecki kanclerz pioniersko potępił i wyrzucił do czyśćca ideę narodowego socjalizmu i jednocześnie przychylił nieba demokracji ludziom przez lata realizującym w przekonaniem plany Hitlera”. I to on stwierdził: „uważam, że powinniśmy skończyć z węszeniem za nazistami”.


W tym konkretnym przypadku, o którym mowa na samym początku mojego tekstu, analogia oczywiście dotyczy nierozliczonych ze swej hitlerowskiej przeszłości oficerów niemieckich, którzy tworzyli podstawy nowej armii. A przecież „w III RP żołnierzy, którzy w PRL strzelali do współobywateli, nikt nawet nie próbował rozliczać. Honor oddany Jaruzelskiemu i pozostałym dowódcom, wyprał z krwi wszystkie mundury, do szeregowca włącznie”.


Jak już napisałem na samym wstępie – tekst jest gęsty i mógłbym go cytować obficie, ale lepiej jeśli czytelnik sam go po prostu przeczyta. Książka Polska moja miłość, w której można ten szkic znaleźć, jest wciąż dostępna, choć powinna już dawno być wyprzedana – tak jest znakomita. Być może zresztą napiszę o niej jeszcze parę słów.


Zwróćmy może tylko uwagę na konkluzję autora, gdyż jak stwierdza: „nie chodzi (...) o przywołanie historycznych analogii. Ani o bezrefleksyjną krytykę wykorzystywania przez III RP doświadczeń zdobytych podczas posthitlerowskiej odbudowy Niemiec. (...) Istotne jest jednak, jaką interpretację i sens niemieckiej lekcji postanowiono w Polsce spożytkować”.


Zauważając, że oparcie odbudowy Niemiec na zwolennikach III Rzeszy i uczestnikach jej zbrodniczych praktyk „zaowocowało potęgą dzisiejszych Niemiec”, autor konkluduje m.in.: „ Polsce ochrona interesów zdrajców przyniosła demobilizację narodu, konflikty i zniechęcenie. Kraj zainfekowany strategiczną słabością w tym miejscu Europy nie przetrwa. I nie wypada pytać, dlaczego ten stan tak bardzo podoba się naszym sąsiadom”.


Przechodzą ciarki po plecach?


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Dziarscy banderowcy maszerują pod dyktando Stalina, czyli „Lwów nie dla polskich panów”


Dopiero teraz zwróciłem uwagę na artykuł informujący o antypolskim marszu ukraińskich nacjonalistów, który odbył się we Lwowie 4 marca. Hasło tej demonstracji „Lwów nie dla polskich panów” jest po prostu żałosne. I to nie tylko z powodów, które wyłuszczył autor artykułu zamieszczonego na portalu „Polska Niepodległa”.


Ja na miejscu ukraińskich wielbicieli Bandery bym się po prostu nie potrafił światu na oczy pokazać ze wstydu. Przypomnijmy, że Ukraińcy walkę o Lwów swego czasu przegrali i gdyby nie II wojna światowa, Lwów byłby dzisiaj jednym z głównych centrów kultury polskiej, być może jednym z najdynamiczniej rozwijających się ośrodków uniwersyteckich i badawczych. Wystarczy trochę znajomości historii, by to sobie uświadomić. To, że obecnie Lwów jest ukraiński, zwolennicy Bandery zawdzięczają nie sobie, ale jednemu z największych bandytów w historii świata. I nie mam tu na myśli ideologa zbrodniczej działalności UPA, która walczyła z ludnością cywilną, mordując ją w brutalny i bestialski sposób (też mi powód do dumy!), ale Józefa Stalina.


Czym się więc tu chlubić? Dostali Lwów jak ochłap rzucony psom, a wydarty tym „polskim panom”, których wygnano na tzw. „ziemie odzyskane”. Gdyby nie towarzysz Stalin i zdrada aliantów, Ukraińcy mogliby sobie o Lwowie jedynie pomarzyć. Co najwyżej przyjeżdżaliby do tego miasta zarobić pieniądze u „polskich panów”, tak jak przyjeżdżają teraz, albo przedzierali by się przez granicę, by uciec przed bolszewickim terrorem, jak robili to przed wojną. No, może rzucaliby (do czasu – podobnie jak irlandzka IRA) bomby na polskich polityków, jak zaczęli to robić również jeszcze przed wojną.


Te dziarskie miny i flagi z trójzębem oraz banery z ideologiem zbrodniczej działalności ukraińskich nacjonalistów są po prostu żałosne. Osobiście nie czuję żadnej dumy z odzyskania tzw. „Ziem Zachodnich”, co najwyżej widzę w tym jakąś tam sprawiedliwość, że Niemcy, którzy nas najechali w 1939 roku, je utracili. Wiem jednak, że zrujnowane miasta Wrocław, Szczecin, Opole, Gdańsk otrzymaliśmy w zamian za zagrabione Wilno, Grodno i Lwów. Dlatego też ciężko mi na zasadzie analogii wyobrazić sobie, że mógłbym jako Ukrainiec manifestować butnie pod transparentem: „Lwów nie dla polskich panów”. Bracia Ukraińcy, nie zdobyliście tego miasta w walce, dostaliście je od bandyty. I nie da się tego wymazać z pamięci, choćbyście nawet zrównali Cmentarz Orląt Lwowskich z ziemią. Siedźcie więc cicho, bo naprawdę słuchać hadko, a i patrzeć żałość wielka bierze.


piątek, 6 kwietnia 2018

„Zrobiła sobie dobrą kasę, ścierw...”


Tak się jakoś dziwnie złożyło, że jak zacząłem temat aborcji, to już kolejne wpisy dotyczyły głównie tego tematu. Nie da się od niego jakoś uciec. A trudno też na o tym milczeć, gdyż jest to rzecz, z której powodu będą następne pokolenia postrzegać nasze czasy jako wieki ciemne (chyba że świat nie przestanie staczać się w otchłań). Mimo bowiem ogromnego rozwoju technologii, osiągnięć, które pozwalają milionom żyć na poziomie, jakiego nie doświadczyły poprzednie pokolenia, pod względem moralnym wydajemy się stać poniżej prymitywnych plemion.

Analogie z Męką Pana Jezusa pojawiły się w tych wpisach chyba nie tylko dlatego, że jest to okres Wielkanocy, choć niewątpliwie sama atmosfera świąt te wrażenia potęgowała.

Jest piątek, który siłą rzeczy przypomina o Męce Chrystusa, choć jednocześnie dzisiaj, w oktawie Wielkanocy, post nie obowiązuje. Mamy więc zarówno pamięć o cierpieniach naszego Pana, ale i nadzieję.

Tymczasem znalazłem kolejny przykład tego, o czym już parokrotnie wspominałem – bluzgów, szyderstw, wulgaryzmów, z jakimi spotykają się obrońcy życia nienarodzonego. Przypomina to jako żywo podobne doświadczenia Chrystusa przed ukrzyżowaniem, ale także w trakcie ukrzyżowania – wszak również wówczas z Niego szydzono i kpiono. Obrońcy życia mogą się więc utwierdzić w przekonaniu, że postępują dobrze. Skoro bowiem naszego Pana to spotkało, to będzie to spotykać Jego uczniów.

Najnowszy przykład natomiast to wulgaryzmy i pogróżki, z którymi spotyka się Kaja Godek, połnomocniczka projektu „Zatrzymaj aborcję”.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Jak wahadło rąbnęło ministra Gowina prosto w twarz


Przyznam się, że nie potrafię zrozumieć katolickich polityków, którzy deklarują otwarcie: „Jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego”.


Rozumiem, że polityka jest sztuką dokonywania czasem niezwykle trudnych wyborów, zwracania uwagi na cele, które mogą nie być tak oczywiste dla współczesnych. Takie działania mogą wywoływać opór i zyskiwać złą sławę politykowi, któremu jednak leży na sercu dobro wspólnoty i potrafi dostrzec te niezbyt oczywiste dla zwykłego śmiertelnika cele. Znakomicie np. pokazał to Gabriel Maciejewski w swoim kapitalnym tekście „Kardynał Puzyna albo o wielkości polityki” w I tomie „Polskich historii” z cyklu „Baśń jak niedźwiedź”, do którego lektury gorąco zachęcam.


Mimo to nie jestem w stanie w żaden sposób zrozumieć polityka, który przyznaje się do wiary katolickiej, chodzi do Kościoła, a może nawet często przystępuje do sakramentów i jednocześnie głosi: „Jestem za kompromisem aborcyjnym”. Mam przykre przypuszczenie, że taki polityk tak naprawdę nie wierzy w to, że nienarodzone dziecko jest w pełni człowiekiem, któremu należy się ochrona od samego momentu poczęcia. Niby wie, że nie jest to w porządku, że nie tak to powinno wyglądać, ale z drugiej strony... Jest wprawdzie przykazanie „Nie zabijaj”, ale...


Zastanówmy się bowiem nad taką rzeczą. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w zwyrodniałym, zdegenerowanym społeczeństwie (a czyż w takim nie żyjemy?!), które dopuszcza mordowanie Żydów z przyczyn ujętych w odpowiednich przepisach ustawy przegłosowanej przez parlament. Na przykład można zamordować Żyda, kiedy zostanie udokumentowane, że stanowił on zagrożenie dla życia goja. Ot, wystarczy stosowny papierek z odpowiedniej instytucji i można sobie takiego Żyda w imieniu prawa odstrzelić albo posłać go do komory gazowej.


Brzmi przerażająco i wystarczająco skandalicznie? Ależ oczywiście, że tak!


A teraz wyobraźmy sobie, że oto w takim świecie występuje polityk katolicki, który stwierdza: „Jestem za kompromisem w tej sprawie. Wprawdzie życie Żydów nie jest w pełni chronione, można by wprowadzić dalsze ograniczenia, ale niestety pełny zakaz nie jest możliwy. Jeśli naruszymy ten kompromis, wahadło przesunie się w drugą stronę i po przegranych wyborach nowy rząd wprowadzi pełną dopuszczalność mordowania ludności żydowskiej, bez ograniczeń”.


Czy w ogóle jesteśmy w stanie sobie coś takiego wyobrazić? Czy nie wydaje się nam to aż nadto absurdalne? Dlaczego zatem tak łatwo zarówno politycy katoliccy, jak i nawet duchowni, mówią o jakimś „kompromisie” w sprawie dzieci nienarodzonych? Czy tylko dlatego, że dzieci nienarodzone nie mają głosu i morduje się je w gabinetach ginekologicznych, bez świateł jupiterów i jedynie od czasu do czasu organizacje antyaborcyjne pokazują (jeszcze!) przerażające rezultaty tej zbrodni?

Wracając do tego wyimaginowanego przykładu – możemy oczywiście wyobrazić sobie, że skoro społeczeństwo jest tak zdegenerowane, że dopuszcza mordowanie pewnej grupy ludzi, to nawet taki zgniły „kompromis” – jakkolwiek brutalnie by to brzmiało – jest szansą ocalenia przynajmniej jakiegoś procenta tej prześladowanej grupy. Jednak, czy w takim razie powinno się na tym poprzestać? Czy katolicki polityk, który wie, że jest to złe, powinien się usprawiedliwiać jakimś „wahadłem”, twierdzić, że jest za „kompromisem”? „Morduje się Żydów? No trudno, zrobiliśmy, co możemy. Dalej już nie możemy się posunąć, bo wahadło...” Absurd!


Od polityka katolickiego oczekuję, że zrobi wszystko, aby ludzie przejrzeli na oczy i uświadomili sobie, jak potworną zbrodnią jest mordowanie dzieci w łonach matek. Zamiast gadki-szmatki o „kompromisie” i „wahadle”, usprawiedliwiającej własną inercję, chciałbym usłyszeć, że taki polityk wprowadzi takie rozwiązania, które uniemożliwią zmianę prawa, nawet gdyby rządzący utracili władzę. Nie tylko dlatego, że prawnie będzie to niemożliwe (np. z powodu braku konstytucyjnej większości), ale także dlatego, że uświadomione społeczeństwo po prostu do tego nie dopuści.


Wszelki kompromis w tak fundamentalnej kwestii, jak ochrona życia ludzkiego, jest – nazwijmy rzecz po imieniu – po prostu ustępstwem, które nie skończy się na takim zgniłym porozumieniu stron. Wcześniej czy później to wahadło przetnie złączone w kompromisie dłonie i obryzga krwią jego zwolenników. Tyle tylko, że nie będzie to ich krew, a najpewniej krew niewinnych dzieci mordowanych w majestacie prawa.


środa, 4 kwietnia 2018

Diabelska parodia słów Chrystusa: „To jest Ciało moje!”


Pisałem wczoraj o tej zadziwiającej analogii między aborcją a Męką Pana Jezusa i zauważyłem, że czarne marsze nasuwają skojarzenie z satanistyczną „czarną mszą”. Dzisiaj na portalu PCh24.pl pojawił się krótki tekst o procesji eucharystycznej i drodze krzyżowej odprawionej przed kliniką aborcyjną w Stanach. Przy tej okazji przytoczono wypowiedź prof. Petera Kreefta, który zwrócił uwagę na dość zaskakującą zbieżność.


Otóż kobiety domagające się prawa do aborcji, czyli mówiąc bez ogródek: prawa do mordowania swojego nienarodzonego dziecka, podkreślają, że chodzi o ich ciało: „To jest moje ciało” (This is my body). Amerykański profesor, wykładowca i autor tłumaczonych również na polski książek z dziedziny apologetyki katolickiej, widzi w tym diabelską parodię Chrystusowego: „To jest Ciało moje” (This is my Body).


Mamy więc ponownie de facto czarną mszę. Czy tego chcemy, czy też nie, nie możemy uciec przed diabelskimi skojarzeniami.


Co więcej w artykule zacytowane są słowa ks. Franka Pavone, który rozwija ten wątek i mówi m.in.: „Oddając swoje Ciało Chrystus uczy sensu miłości: ofiaruję siebie dla dobra innych osób. Aborcja uczy przeciwieństwa miłości: ofiaruję drugą osobę dla własnego dobra!”.


Innymi słowy: zwolennicy aborcji chcą złożyć w ofierze niewinne dziecko, tak jak starożytni Żydzi postanowili złożyć w ofierze niewinnego Chrystusa. Intencją i jednych, i drugich (przynajmniej na pozór) jest ocalenie własnego życia, a nawet lepsza jakość tego życia.


Wiemy, jaki los spotkał Jerozolimę. Chrystus zapowiedział jej fatum w Niedzielę Palmową, ale także idąc na swoją śmierć na Kalwarii. Jaki los spotka współczesną „Jerozolimę”, która wydaje na śmierć niewinne ludzkie życie?


Może dorzućmy do tego jeszcze jedno skojarzenie. Tym razem dotyczy ono spostrzeżenia arcybiskupa Fultona J. Sheena. Otóż w jednej ze swoich książek amerykański duchowny zwrócił uwagę na intrygujący fakt: różne negatywne role odgrywają w Męce i śmierci Pana Jezusa mężczyźni. Nie ma natomiast ani jednej wzmianki choćby o jednej kobiecie, która by w jakiś sposób przyczyniła się do cierpień i śmierci naszego Pana. Kobiety odgrywają role raczej pozytywne. Kiedy wszyscy uczniowie, z wyjątkiem Jana, opuszczają Chrystusa, to one stoją pod krzyżem. To kobiety płaczą, kiedy podąża na swoją śmierć. To kobieta ostrzega swojego męża, Piłata, by nie miał nic wspólnego ze śmiercią Pana Jezusa. To kobiety wreszcie spieszą skoro świt, by namaścić wonnościami Ciało zmarłego Chrystusa.


Dzisiaj to kobiety zdają się krzyczeć najgłośniej: „Ukrzyżuj!”


wtorek, 3 kwietnia 2018

Czarna msza na ulicach polskich miast


Gdybym był niewierzącym, ale wiedział co nieco o naszej wierze i nie czułbym tej irracjonalnej nienawiści, której wybuchy co i rusz daje się zaobserwować, być może zastanowiłaby mnie pewna zaskakująca koincydencja.

Pisałem już, że działania PiS-u w sprawie ustawy chroniącej życie nienarodzonych przypominają mi postępowanie Piłata. PiS wie, że nienarodzone dzieci nie zasługują na karę śmierci, ale nie chciałby podpaść też władcy tego świata – objawiającemu się m.in. w badaniach opinii publicznej i czarnych marszach. Kluczy więc i kombinuje: Może udałoby się tę ustawę odesłać do jakiegoś Heroda, który sprawuje władzę nad Galileą – a nuż on weźmie na siebie brzemię wydania wyroku. Niestety! Herod odsyła skazańca! Rządząca partia dalej więc zwleka, szuka rozwiązania, które pozwoliłoby jej zrzucić z siebie odpowiedzialność i umyć ręce. Możemy być pewni, że nic z tego dobrego nie wyniknie. Przynajmniej taki wniosek zdaje się wynikać z Ewangelii.

Ta zaskakująca zbieżność z okolicznościami Męki i śmierci Chrystusa objawia się nie tylko w przypadku Prawa i Sprawiedliwości. Otóż w czasie świąt przyszła smutna wiadomość z Cypru. W Wielki Piątek zalegalizowano tam mordowanie nienarodzonych. W dniu upamiętniającym śmierć naszego Pana uchwalono wyrok skazujący tych, którzy nawet jeszcze się nie narodzili. Czy nie ma w tym przerażającej symboliki? Czy należy to uznać jedynie za przypadek?

Dodajmy, że jeden z ostatnich czarnych marszów odbył się również w piątek, wprawdzie nie Wielki Piątek, ale przecież także przypominający o śmierci Chrystusa. Przynajmniej ta symbolika jest szczególnie jasna dla katolików, którzy w tym dniu poszczą na pokutę (choćby jeszcze w Polsce).
A jeśli zwrócimy uwagę (o czym także już pisałem), że w czasie tych czarnych marszów (czarnych mszy?) opluwani, obrzucani wyzwiskami i różnymi przedmiotami są pokojowo demonstrujący obrońcy życia (a pośrednio te nienarodzone dzieci), to nawet nieuprzedzonemu niewierzącemu musi włos zjeżyć się na głowie. Analogie z cierpieniami Chrystusa są porażające. Wstrząsający jest też ogrom nienawiści.

Jestem gotów nawet uwierzyć, że wielu uczestników czarnych marszów (seansów nienawiści?) to ludzie, którzy po prostu nie wiedzą, w czym tak naprawdę uczestniczą, że im się wydaje, iż naprawdę walczą o jakieś dobro kobiet. Ale to samo można by powiedzieć o tych, którzy krzyczeli: „Ukrzyżuj!” Tamtymi nie wstrząsnął nawet widok ubiczowanego, zakrwawionego Chrystusa. Tymi z czarnych protestów nie wstrząsa widok poszarpanych, zakrwawionych zwłok nienarodzonych dzieci. Gorzej – oni wręcz chcą zabronić takich widoków. Tamci przed pałacem Piłata przynajmniej mieli odwagę spojrzeć na rezultat swojej nienawiści. Ci współcześni wolą zasłonić oczy. Także tak zwani katolicy „zawolnym wyborem”, jak to się ładnie określa. Oni również woleliby, aby im kapłani nie przypominali o tym, do czego prowadzi popieranie przez nich mordowania nienarodzonych.

Chciałoby się, aby Polska dała przykład, że ten przerażający trend można odwrócić, aby stała się tym kamykiem poruszającym lawinę... Chciałoby się, zwłaszcza, że już niedługo Irlandczycy pójdą głosować za Barabaszem lub za Chrystusem, za prawem do mordowania nienarodzonych lub za ochroną człowieka od chwili poczęcia. Nietrudno przecież dostrzec, kto tak naprawdę stoi za tym tłumem skandującym: „Ukrzyżuj!”

niedziela, 1 kwietnia 2018

Chrystus zmartwychwstan jest....


Chrystus zmartwychwstan jest,
Nam na przykład dan jest,
Iż mamy z martwych powstać,
Z Panem Bogiem królować. Alleluja.

Leżał trzy dni w grobie,
Dał bok przebić sobie.
Bok, ręce, nogi obie,
Na zbawienie człowiecze tobie. Alleluja.

Trzy Maryje poszły,
Drogie maści niosły.
Chciały Chrystusa pomazać,
Jemu cześć i chwalę dać. Alleluja.

Gdy na drodze były,
Tak sobie mówiły:
Jest tam kamień niemały,
Ach któż nam go odwali? Alleluja.

Powiedz nam, Maryjo,
Gdzieś Pana widziała?
Widziałam Go po męce,
Trzymał chorągiew w ręce. Alleluja.

 















Gdy nad grobem stały,
Rzekł im Anioł biały:
Nie bójcie się Maryje,
Zmartwychwstał Pan i żyje. Alleluja.

Jezusa szukacie?
Tu Go nie znajdziecie.
Wstał-ci z martwych, grób pusty,
Oto złożone chusty. Alleluja.

Łukasz z Kleofasem,
Obaj jednym czasem.
Szli do miasteczka Emaus,
Spotkał-ci ich Pan Jezus. Alleluja.

Bądźmyż więc weseli,
Jak w niebie Anieli.
Czegośmy pożądali,
Tegośmy doczekali. Alleluja.

piątek, 30 marca 2018

Corner Shop: „Life of Christ”, czyli jedyny taki Człowiek na świecie


Do znanych książek arcybiskupa Fultona J. Sheena, które jeszcze nie zostały udostępnione czytelnikowi w polskim przekładzie, należy Life of Christ. Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później doczekamy się przekładu na nasz język. W międzyczasie jedynie czytelnicy władający językiem Szekspira mogą cieszyć się zarówno wydaniem papierowym, jak i elektronicznym.


Jeśli ktoś się zastanawia, czy warto po tę publikację sięgnąć, może zachęci go fakt, że była to książka, którą – jak dowiadujemy się z przedmowy – zawsze miała przy sobie Matka Teresa z Kalkuty. Czy trzeba lepszej rekomendacji niż rekomendacja świętej?!


To jedna z tych książek Sheena, które warto przeczytać więcej niż jeden raz. Z pewnością każdy znajdzie tu sporo przemyśleń i rzeczy wartych refleksji. Sądzę też, że wielu dowie się przynajmniej paru rzeczy nowych, na które może nie zwrócili nigdy wcześniej uwagi.


Dzieło Sheena nie jest powieściową wersją życia Chrystusa, choć niewątpliwie czyta się jak powieść. Nie jest też pracą wyczerpującą wszystkie zagadnienia związane z życiem naszego Pana. Musiałaby wówczas liczyć przynajmniej kilka tomów, a już i tak obecne wydanie ma ponad 650 stron druku.

Z pewnością też Life of Christ nie jest książką w ścisłym rozumieniu tego słowa naukową, która wymagałaby od czytelnika znajomości teologii czy biblistyki. To rzecz w zasadzie dla każdego. I to zarówno katolika, jak i tego, kto chciałby dowiedzieć się o życiu Chrystusa czegoś, nie mając o naszej wierze żadnego pojęcia.


Arcybiskup Sheen niejako porządkuje dla laika materiał ewangeliczny, cytując obficie z Pisma Świętego, aczkolwiek w żaden sposób nie zanudzając, prowadzi nas przez życie Chrystusa, uświadamiając nam jednocześnie jego wyjątkowość. A na czym ta wyjątkowość polega?


Autor wymienia kilka istotnych elementów, które czynią z Chrystusa postać jedyną w dziejach ludzkości. A jak twierdzi, opiera się na dwóch dostępnych człowiekowi probierzach: historii i rozumie.


Po pierwsze Sheen stwierdza, że nasz Pan jest jedynym Człowiekiem na ziemi, którego przyjście zostało zapowiedziane. Żaden z mędrców, filozofów, założycieli religii czy wybitnych osobistości w dziejach świata nie był wcześniej zapowiedziany przez proroctwa. Nie można tego powiedzieć ani o Buddzie, ani o Konfucjuszu, ani o Sokratesie czy Mahomecie. Co więcej proroctwa dotyczące Chrystusa, które pojawiły się na wieki przed Jego przyjściem na ten świat, zawierają zdumiewające szczegóły, takie jak: dokładne miejsce Jego narodzin, narodziny z Dziewicy, sposób Jego śmierci, detale dotyczące Jego Męki, zdradę ze strony bliskiej Mu osoby itp., itd. Tego nie można powiedzieć o żadnej ze znanych nam postaci historycznych. 


Z tym faktem łączy się również to, że Chrystus był Mesjaszem powszechnie oczekiwanym. Gdyż, jak twierdzi Sheen, spodziewali się Go nie tylko Żydzi, ale nawet narody pogańskie, na co możemy znaleźć dowody w ich piśmiennictwie i to nie tylko rzymskim czy greckim, ale nawet w literaturze rejonu tak odległego geograficznie jak Chiny. Świat po prostu oczekiwał Zbawiciela, który wybawi go od grzechu.


Drugim elementem wyróżniającym Chrystusa jest to, że wpłynął On na historię z taką mocą, że wręcz podzielił ją na dwa okresy. Pierwszy – do Jego przyjścia i drugi – po Jego przyjściu. Chcąc nie chcąc nawet ateiści muszą datować różne wydarzenia według tego schematu. Można tutaj dodać, że nie zmienia tego faktu podział na lata przed naszą erą i lata naszej ery.


Trzecią rzeczą, która wyróżnia Chrystusa od wszystkich możliwych postaci historycznych, jest fakt, że nasz Pan narodził się po to, aby umrzeć, podczas gdy wszyscy ludzie rodzą się po to, aby żyć. Krzyż padał na życie Chrystusa już niemal od pierwszej Jego chwili na ziemi. Pojawia się tutaj znana analogia z malarstwa i teologii, która kojarzy małego Jezusa, obwiązanego w pieluszki z Chrystusem złożonym do grobu, obwiązanego śmiertelnym całunem. Także podczas ofiarowania w świątyni padają słowa starca Symeona, które zapowiadają cierpienie.


Dla każdego innego człowieka, nauczyciela, filozofa, mędrca śmierć była klęską, uniemożliwiała im głoszenie swojej nauki, przerywała ich pracę. Nawet jeśli Sokrates zażył cykutę z godnością, to nie zmienia to faktu, że była to katastrofa. W przypadku Chrystusa śmierć była triumfem nad złem, mimo pozorów, że to właśnie zło zwyciężyło. Śmieć była już na samym początku tym, po co na ten świat przyszedł.


Wreszcie czwartym ważnym wyróżnikiem dotyczącym Chrystusa było to, że naszego Pana nie można po prostu zakwalifikować jako jeszcze jednego mędrca czy nauczyciela – dobrego człowieka, który głosił naukę, jak np. wieść godne życie. Sheen przypomina tu argument używany przez apologetów, że albo Chrystus był Bogiem, albo złym człowiekiem. Nie można bowiem uznać za dobrego człowieka kogoś, kto oszukuje swoich uczniów. A przecież Pan Jezus mówił, że jest Synem Bożym, że jest Prawdą, Drogą, Życiem, a wreszcie, że jest jedno z Ojcem i Duchem Świętym. Jeśli tak, to nie mógł być po prostu dobrym człowiekiem, jednym z wielu mędrców, bo ktoś, kto jest dobrym człowiekiem nie może mówić swoim uczniom rzeczy, które są po prostu nieprawdziwe. Albo zatem był nikczemnikiem, podłym kłamcą, albo Bogiem. Tertium non datur!


Sheen używa argumentów rozumowych, by dowieść prawdziwości i wyjątkowości postaci Chrystusa. Sądzę, że są to argumenty, które mogą przekonać nawet osobę niewierzącą, a przynajmniej zachęcić ją do głębszego poznania postaci naszego Pana. Rzecz jasna książka Fultona J. Sheena nie koncentruje się jedynie na podanych wyżej argumentach, ale są one istotne dla zrozumienia żywota naszego Pana.


Jak już napisałem wyżej, książka Sheena daje bogaty materiał do refleksji, pozwala lepiej zrozumieć Ewangelię Chrystusa, a także wnikliwiej czytać Pismo Święte. Przede mną Sheen odkrył sensy, których wcześniej nie dostrzegałem, a które są istotne dla zrozumienia, w co tak naprawdę wierzymy, czego naucza Kościół.


Książka Sheena zadaje też kłam stwierdzeniom, że rzekomo katolicy szukają w wierze łatwego pocieszenia. Autor podkreśla, że Chrystus nie obiecywał swoim uczniom prostych rozwiązań – że na przykład nie doświadczą na tym świecie cierpień, jeśli tylko będą w Niego wierzyć. Wprost przeciwnie – nasz Pan jasno dał do zrozumienia, że skoro On cierpiał, to również Jego uczniów spotka podobny los. Świat bowiem zwróci się przeciwko Jego uczniom, tak jak zwrócił się przeciwko odwiecznej Prawdzie.


Fulton J. Sheen, Life of Christ, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydnej, Auckland, 2008.

czwartek, 29 marca 2018

Szwedzi potępiają film „Luter i rewolucja protestancka”


W Polsce o filmie „Luter i rewolucja protestancka” zawzięcie milczano i milczy się w oficjalnych mediach katolickich, jeśli pominąć drobne wyjątki. Tymczasem w Szwecji film... oficjalnie potępiono. Co ciekawe najprawdopodobniej kurii w Sztokholmie udzielono „życzliwej” rady z Polski. Tak więc w Polsce o filmie się milczy, mimo jego popularności i kolejnych seansów, a w Szwecji potępia.


W Szwecji film był w marcu prezentowany na pięciu pokazach w Sztokholmie, Malmoe, Goeteborgu. Uczestniczył w nich sam reżyser. Jak się okazuje, katolicka diecezja sztokholmska wydała specjalny komunikat na temat najnowszego dzieła Brauna zarzucając mu niesprawiedliwe przedstawienie obrazu rewolty protestanckiej i szkodzenie dialogowi ekumenicznemu. Z treści komunikatu wynika, że o rzekomej nierzetelności dokumentu Grzegorza Brauna kuria dowiedziała się z Polski. O całej sprawie pisze portal PCh24.pl.


Tymczasem osobiście zachęcam do obejrzenia filmu, nabywania go, a także rozpowszechniania. Moim zdaniem dobrze by było, aby znalazł się życzliwy sponsor, który zaopatrzyłby w kopie dokumentu o Lutrze lokalną szkołę, młodzież lub księdza proboszcza. Chyba nie brak w Polsce katolickich przedsiębiorców, biznesmenów lub ludzi majętnych, którzy nie mogliby zasponsorować upowszechniania dobrych dzieł katolickich. O samym filmie pisałem tutaj.


A co do ewentualnego dialogu z kimkolwiek, nie tylko z protestantami, to trudno taki dialog toczyć bez oparcia się o solidny fundament prawdy. O czym Kościół katolicki chyba powinien wiedzieć najlepiej.


środa, 28 marca 2018

Maciejewskiego gawędy o czasach i ludziach


Niedawno pisałem o książce Gabriela Maciejewskiego Socjalizm i śmierć z cyklu „Baśń jak niedźwiedź”. Oczywiście, przekonawszy się, że to pisarz znakomity, nie mogłem się pohamować i musiałem nabyć przynajmniej jeszcze jedną z jego książek. Padło na pierwszy tom Polskich historii z tego samego cyklu.


Muszę ostrzec potencjalnego czytelnika, że to książka niebezpieczna. Jeśli macie mało czasu na lekturę, bo gonią was obowiązki, dzieci płaczą, a szef wymaga pilnego raportu na jutro, nie bierzcie jej do ręki – grozi wam, że nie będziecie mogli się od niej oderwać, dzieci was się wyrzekną, małżonek was zruga, a szef wyrzuci z pracy. Sam musiałem sobie dawkować tę lekturę, by nie zaniedbać swojej pracy i obowiązków domowych.


To książka, która powinna się znaleźć nie tyle na półce, co na stole w saloniku każdego Polaka, któremu zależy na świadomym przeżywaniu swojej polskości, dla którego kultura to coś więcej niż radosne „umcyk, umcyk” lecące z radia lub wygłupy kabaretowe w telewizji, a znajomość historii, a zwłaszcza Polskich historii jest istotna dla zrozumienia swojej tożsamości. Po tę książkę powinno się po prostu sięgać i czytać albo po kolei, albo na wyrywki. Jak popadnie.


Sama książka nie ma bowiem jakiegoś porządku chronologicznego, autor opowiada te Polskie historie sięgając do przypadków z wielowiekowych dziejów Polski. Są tu i czasy zaborów, i czasy schyłku II Rzeczpospolitej, czasy PRL-u i czasy II wojny światowej, czasy Polski niepodległej i czasy bardziej nam współczesne. Szerokie też jest spektrum postaci, jakie zjawiają się na kartach tego grubego i ładnie wydanego tomu: sportowcy, pisarze, dowódcy wojsk, ziemianie, księża, pospolici przestępcy, byli powstańcy, szaleńcy i innowatorzy, zdrajcy i bohaterowie, zwykle kanalie i ludzie uczciwi... Można wręcz doznać istnego zawrotu głowy!


Jest to jednak zawrót głowy przyjemny, jeśli chodzi o samą frajdę czytania, bo i Maciejewski jest gawędziarzem znakomitym, który snuje swoje opowieści w sposób, jaki może nasunąć skojarzenia np. z najlepszą literaturą XIX wieku, w której odnajdujemy jeszcze to delektowanie się samym opowiadaniem ciekawej, frapującej historii. A autor potrafi opowiadać swoje historie wybornie, obojętnie czy będzie to opis bitwy, szaleństwa polskiego magnata, czy relacja z niezwykłego pojedynku sportowego.


Jednak same historie nie zawsze są już tak przyjemne. Opowiadają przecież między innymi o sprawach bolesnych, trudnych, przykrych, o zmarnowanych szansach, o śmierci bohaterów, o roztrwonionych talentach, o przegranych i klęskach. Ale też i o sprawach ważnych, przemilczanych lub rozumianych opacznie. Co nie znaczy, że nie ma tu i zwycięstw i jaśniejszych stron naszych polskich dziejów.


Maciejewski ma swój punkt widzenia, z którym nie zawsze może jesteśmy gotowi się zgodzić. Nie podzielam np. jego opinii o rzekomym grafomaństwie Konwickiego, choć niewątpliwie autor ten popełnił książki, których czytać się po prostu nie da. Bez wątpienia jednak nie brak autorowi Baśni jak niedźwiedź przenikliwości, dociekliwości i odporności na mody intelektualne. Jest w tym jakaś po prostu zwykła uczciwość intelektualna, ale także odwaga myślenia. Jeśli mu się coś nie podoba, mówi o tym wprost. Wielu intelektualistów najłatwiej daje się wrobić w balona, przyjmując nabożnie różne mody i bzdury, które sprzedają im tzw. „autorytety”. Boją się najzwyczajniej kompromitacji i ośmieszenia. Stąd na przykład bezkrytyczne zachwyty nad Gombrowiczem i pogardliwe skrzywienie ust, gdy słyszą o Henryku Sienkiewiczu, choć pewnie niejeden z nich właśnie tego drugiego pochłaniałby z wypiekami na twarzy. Maciejewski nie ma z tym problemu.


Chyba znakomitym tego przykładem, oprócz wspomnianego wyżej Gombrowicza, jest kapitalny szkic „Dwie Litwy albo polnische Wirtschaft”, w którym autor inteligentnie rozprawia się z pewnymi bzdurami upowszechnianymi przez Czesława Miłosza, a dotyczącymi Litwy i polskiego ziemiaństwa. Przy okazji wyraża swój mało pochlebny stosunek do literatury jego krewnego – Oskara Miłosza. Ten tekst mógłby być wręcz modelowym przykładem mistrzostwa Maciejewskiego. Autor bez wahania poważa się szargać uznany autorytet. Ale robi to nie dla samego szargania i szarpania za nogawkę posągowej postaci, tylko dla zwykłej prawdy, prawdy historycznej, prawdy o Polsce, prawdy też o polskim ziemiaństwie – tego, które finansowało literackie ekscesy młodego Miłosza i o którym laureat Nobla nie miał dobrego zdania. Odwołuje się więc do faktów, a te są bezlitosne dla konfabulacji autora Rodzinnej Europy, pomijając już to, że są też mało znane. O ziemiaństwie w tej książce swoją drogą można by napisać osobny szkic, a chciałoby się, aby sam autor poważył się na jakąś większą rzecz. Z pewnością byłaby to książka nietuzinkowa.


W książce Maciejewskiego odnajduję pewne bliskie mi fascynacje literackie, nazwiska, które niestety dopiero teraz przedostają się do świadomości bardziej masowego czytelnika albo wciąż pozostają mało znane lub kompletnie nieznane, choć ich książki powinny znaleźć swoje poczesne miejsce na wielu półkach polskich domów. Jest tu więc i Czarnyszewicz, i Michał K. Pawlikowski, i Sergiusz Piasecki, i ks. Walerian Meysztowicz, którego szlacheckie z ducha gawędy czytałem jeszcze gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych.


Nie trujcie się więc Twardochem, nie kupujcie Tokarczuk, pomińcie wzgardliwym wzruszeniem ramion Dehnela, domagajcie się w waszej księgarni Maciejewskiego, a jeśli księgarz zrobi wielkie oczy, to pokiwajcie smutno głową i zamówcie sobie tę literacką frajdę przez internet. To naprawdę warto mieć i przeczytać!


Gabriel Maciejewski, Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie – tom I, Warszawa 2015.