wtorek, 21 grudnia 2010

A potem już tylko cisza?

Należę chyba do niewielkiej grupy uprzywilejowanych, którzy dostali na własność płytę przedwcześnie zmarłego niedawno polskiego muzyka, skrzypka i pianisty jazzowego Irka Grabowskiego. Płyta to, jak na moje drewniane ucho, pod każdym względem znakomita: dopracowana, spójna,  bez zarzutu. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych płyt jazzowych, jakie posiadam w swojej kolekcji. Słuchając jej myślałem z żalem, że Grabowski nie będzie mógł już nagrać kolejnej: ani w duecie z gitarzystą Jérôme Nahonem, ani w jakimkolwiek innym składzie. To po prostu potworna strata. I nie tylko dla polskiej muzyki, ale muzyki światowej w ogóle.

Na płytę Grabowskiego i Nahona składa się 11 znanych standardów, które każdy miłośnik jazzu bez trudu rozpozna. Jest też własna, inspirowana twórczością J.S. Bacha kompozycja polskiego muzyka, zatytułowana po prostu „J.S. Bach”.

Już pierwszy utwór autorstwa Sonny Rollinsa pt. „Pent up house” to istny popis, w dobrym słowa tego znaczeniu, wirtuozerii polskiego skrzypka. Jakby Grabowski nie chciał od samego początku pozostawić wątpliwości słuchaczom, że mają do czynienia z mistrzem. I tak jest w kolejnych, krótkich, ale jakże pięknych i pięknie zagranych kompozycjach w aranżacji obu muzyków.

Dla mnie prawdziwym odkryciem natomiast była nowa wersja „My Favourite Things”. Zawsze uwielbiałem to, co z tym motywem ze słynnego musicalu zrobił John Coltrane. I zawsze wydawało mi się, że nikt nie będzie potrafił już wymyślić nic lepszego, a przynajmniej porównywalnego. Tymczasem, w swojej króciutkiej, bo trwającej zaledwie 2 minuty 17 sekund aranżacji, Grabowski pokazał, że można tego dokonać. Mój zachwyt był tak ogromny, że bez żadnej żenady przyznam się, iż zakręciły mi się w oczach łzy. Bo jeśli ktoś dokonuje rzeczy tak rewelacyjnej, to dlaczego Pan Bóg powołuje go już teraz do nieba?

Moje pierwsze wrażenie, to głównie prostota „My Favourite Things” w wykonaniu Grabowskiego i Nahona. Prostota, która jest oznaką prawdziwych mistrzów. Potem przyszły inne skojarzenia. Przede wszystkim z małą dziewczynką, która nuci sobie ten znany utwór. A jeszcze potem z małą dziewczynką na huśtawce. I to powolne zanikanie muzyki, dźwięku skrzypiec na końcu... Jak zamierające wspomnienie z dzieciństwa. Jak powolne odchodzenie: Jeszcze tu jest... Jeszcze przez chwilę słychać. A potem cisza...

PS
Tę krótką notkę napisałem jakiś czas temu. Pomyślałem sobie przed Bożym Narodzeniem, że może jakaś poważna wytwórnia płytowa zainteresuje się jednak tą płytą i może za rok będzie można ją kupić ładnie wydaną w prezencie świątecznym. Może z jakimś materiałem dodatkowym... Tak sobie marzę...

poniedziałek, 22 listopada 2010

Jak zwykle, zamiast się podniecać

szumem medialnym i sensacyjnymi tytułami oraz doniesieniami na temat tego, co rzekomo papież powiedział na temat moralności seksualnej i kondomów, lepiej poczekać na oryginalną wersję wypowiedzi Ojca Świętego. Można mieć niemal stuprocentową pewność, że prawdziwa wypowiedź brzmiała zupełnie inaczej, została przeinaczona lub wyrwana z kontekstu. Jak w innych przypadkach, tak i w tym najnowszym, który wywołał tyle ekscytacji, ta prosta zasada się sprawdza.

wtorek, 16 listopada 2010

Butelki (wcale nie zwrotne) II

Posted by Picasa

Zagłosuję

Tak, zagłosuję na tych ludzi, którzy obiecają mi, że zlikwidują (i zrobią to!) coś tak durnego, jak tzw. "strefa egzaminacyjna" dla kursów nauki jazdy albo stworzą przynajmniej trzy lub nawet cztery takie strefy w mieście. Do białej gorączki doprawdza mnie i szlag mnie trafia, gdy muszę codziennie pokonywać tor przeszkód w postaci wzmożonego ruchu "eLek" na ulicach i zastanawiać się, jak szybko przeskoczyć blokadę utworzoną przez nie na ulubionych skrzyżowaniach instruktorów nauki jazdy (bo wcale nie egzaminatorów!).
A tym, którzy wymyślili ten idiotyzm nazywany "strefą egzaminacyjną", życzę, by codziennie tkwili w korkach. Zwłaszcza w sztucznych zatorach wywołanych przez początkujących kierowców.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Pamięci

mojego Taty,
Irka Grabowskiego (którego, niestety, nie miałem okazji poznać bezpośrednio),
Tych, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej.
Wierzę, że wciąż są. Mam nadzieję, że po lepszej stronie.
„Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...”


czwartek, 21 października 2010

Rzecz najważniejsza...




Nie tak dawno temu, bo w lipcu napisałem: „«Bóg pisze prosto po liniach krzywych», Zapewne. Jednak rzadko, jeśli w ogóle, rozumiem to, co pisze. Z reguły nie widzę (nie chcę widzieć??) nic.”

Upłynęło niewiele czasu i nagle, w tragicznych okolicznościach, rzeczywistość zaczęła się układać we wzór. Jeśli jeszcze z początku można to było od biedy uznać za zbiegi okoliczności, przypadek, to trudno uznać za przypadkowe coś, co dzieje się codziennie. To jest jak poemat, który ma swój rytm i rym. A może jak proza, która charakteryzuje się skomplikowanym, co rusz zaskakującym, choć wyraźnym wzorem. Jak lśniący kryształ może...
I oto masz pewność: widzisz drogę, jakby ktoś rozświetlił mrok ostrym halogenem... Wyraźnie rysują się kształty, kontury rzeczy, widzisz dokładnie każdy szczegół, choć nie widzisz końca tej drogi...

Ale ty to widzisz. Ktoś tego nie dostrzega lub nie chce tego dostrzec (boi się?). Bo raptem trzeba zburzyć, coś, co żmudnie się układało, składało w całość od wielu lat, co budowało się, by mieć jakieś oparcie. I teraz porzucić ten cały spokój, ciepełko, małą stabilizację? Zaczynać od nowa? Ruszyć z duszą na ramieniu? Iść wąską, kamienistą ścieżką? A co jeśli światło nagle zgaśnie, jeśli wzór się zatrze, a za krawędzią horyzontu otworzy się niespodziewanie przepaść? Rzucić się potem w tę przepaść na łeb, na szyję?

Ale jest jeszcze przecież wiara, nadzieja i miłość. A z tych trzech ta ostatnia jest ponoć najważniejsza.

wtorek, 21 września 2010

„Szarość nad szarościami”?




Po przeczytaniu pierwszego rozdziału, miałem ochotę trzepnąć tą książką o ścianę. Kolejny „Wilk stepowy”, kurcze blade! Facet w typie: „Znowu w życiu mi nie wyszło”. Dni mijające jedne po drugich. Monotonia życia. Szarość. A nawet „szarość nad szarościami”, jak pisał niegdyś Poeta. Smętny bar czy też kawiarnia lub jedno w drugim. Kelnerki, które chciało by się ten tego, ale nie, bo przecież żona i dzieci. Żebrak, któremu najchętniej by się skuło mordę, ale tego się nie robi. Co najwyżej w myślach. „American Psycho” normalnie! Smętek, znużenie, dekadencja, wypalenie, poczucie braku sensu, rozpacz. Bo przecież, jak powiada Kohelet cytowany w motcie na początku powieści – notabene zauważyłem je dopiero na końcu – „To, co jest, już było, to, co ma być kiedyś, już jest”.

Od drugiego rozdziału nie mogłem się jednak od książki oderwać. Być może podziałała na mnie magia miejsca, krainy dzieciństwa położonej gdzieś w górach, wykreowanej lub zapamiętanej, choć nie idealizowanej. Ale przecież potem w gruncie rzeczy było to samo, co na początku: szarość, szarość, szarość, choć głównym bohaterem jest malarz. Dlaczego więc czytałem tę powieść, pierwszą powieść Wojciecha Chmielewskiego po dwóch zbiorach opowiadań, z narastającym napięciem, z jakimś wewnętrznym drżeniem, że oto dzieje się coś ważnego, coś musi się stać, rozstrzygnąć, dopełnić? Na czym polega sekret „Kawy u Doroty”? Być może właśnie na umiejętności budowania wspomnianego napięcia. Choć w powieści w gruncie rzeczy nie dzieje się właściwie nic (streszczenie najnowszej książki autora „Białego boksera” raczej by zniechęciło do lektury), to czytelnik czeka na jakieś rozstrzygnięcie, na to, że za chwilę padnie odpowiedź na pytanie o sens tego wszystkiego, że zaraz, za moment, z kolejną stroną... Łapiąc się na czymś takim w trakcie lektury, wiedziałem, że przecież autor tej odpowiedzi nie poda, że to niemożliwe, by ją znał, że przecież też poszukuje, drąży, pyta, że nagłym błyskiem intuicji nie objawi prawdy, ukrytego wzoru, sensu...

„Ukrytego sensu” – właśnie! Gdzieś pod tą szarością, prozą (nomen omen) życia zdaje się tkwić jakiś głębszy sens, jakiś sekretny wzór, którego nie potrafimy odczytać lub nie potrafimy odgadnąć, zrozumieć w pełni. Być może, jak główny bohater „Kawy u Doroty”, chodzimy po zamarzniętym jeziorze, niepewni, czy tafla lodu jest wystarczająco mocna i czy nagle nie zamieni się w śmiertelną pułapkę. „Błądząc, kamieniejąc” – jak powiada Poeta. A potem na końcu jest wspólna pielgrzymka wraz z innymi, mniej lub bardziej pogubionymi, do Betlejem.

Autor jednak nie moralizuje. Mniej lub bardziej dyskretnie wplata wątek religijny. Pod tą szarością, pod tym lodem zamarzniętego jeziora coś się kryje, coś daje znaki. Niejasne, nie zawsze zrozumiałe. Być może napawa lękiem. Czytając powieść Chmielewskiego w pewnym momencie pomyślałem o Davidzie Lynchu. Takie skojarzenie nasunęła mi scena z tańczącą dziewczynką, sygnalizującą coś, z czego główny bohater nie zdaje sobie jeszcze sprawy. I wątek tytułowej Doroty mającej takie samo imię, jak żona głównego bohatera. Mulholland Drive lub Blue Velvet po polsku? Hmm... Może niezupełnie, ale coś z atmosfery Lyncha tu czuję.

Bo to, co mnie fascynuje w prozie Chmielewskiego to wcale nie szare podwórka, odrapane czynszówki, małomiasteczkowa atmosfera, życie na uboczu głównego nurtu (a echa tego głównego nurtu też tu docierają), ale ta podskórna, ukryta tajemnica. To poczucie, że za tą szarością kryje się coś więcej, że być może wśród tego szarego miasta, po tych szarych ulicach przechadzają się, skradają się dzikie zwierzęta, czy wręcz bestie, których nawet nie dostrzegamy, bo tak dobrze się maskują, wtapiają w obce sobie przecież tło.

Wiele można by napisać o powieści Chmielewskiego. Tylko musnąłem piórem powierzchni. Jeśli miałbym powiedzieć, dlaczego warto ją przeczytać, to powiedziałbym, że proza, po której doświadcza się uczucia katharsis nie może być zła. A takie właśnie uczucie po zamknięciu ostatniej strony „Kawy u Doroty” mnie ogarnęło.

Wojciech Chmielewski, Kawa u Doroty, Warszawa 2010.

sobota, 18 września 2010

“For All We Know…”

to jeden z piękniejszych standardów jazzowych. Kojarzy mi się nieodparcie z jesienią. Być może dlatego, że przed dwudziestu laty właśnie jesienią często go słuchałem w wykonaniu Nat King Cole’a. Miłośnicy jazzu mogą posłuchać instrumentalnej, nie mniej pięknej, jego wersji w interpretacji Keitha Jarreta na jego najnowszej (i jakże znakomitej!) płycie „Jasmine”, na której gra z Charliem Hadenem i którą polecam uwadze czytelników.

sobota, 4 września 2010

Ostatnie pożegnanie Irka Grabowskiego

Drodzy Przyjaciele.


Zawiadamiamy Was, że pogrzeb Irka Grabowskiego odbędzie się dnia 7 września 2010 r. we Wrocławiu, o godzinie 11:20 na Cmentarzu przy ul.Grabiszyńskiej. Msza za spokój Jego duszy odbędzie się o godz. 9:00 w kościele pod wezwaniem św. Henryka przy ul.Glinianej.
Ze względów organizacyjnych, wszystkich zainteresowanych przybyciem prosimy o kontakt z Bogusią – siostrą Irka, na adres mailowy: sobota12@wp.pl.
Dziękujemy Wam za Waszą obecność,  za słowa otuchy, za chęć pomocy.
Pogrążeni w smutku - mama, siostra i bracia.

Powyższą informację otrzymałem przed chwilą od rodziny śp. Irka Grabowskiego. Zamieszczam jeszcze jedną rzecz - film, który Irek zrobił nie tak dawno (zamieścił go na YouTube 17 maja) przed swoją niespodziewaną śmiercią. Film jakże charakterystyczny. Jeśli uważnie się przypatrzycie, zobaczycie samego Autora:


sobota, 21 sierpnia 2010

Irek Grabowski

Ten rok jest jakiś przeklęty. Właśnie dzisiaj dowiedziałem się o tym, że odszedł do Pana Irek Grabowski, polski kompozytor, skrzypek i muzyk jazzowy mieszkający w Katarze. Niedawno odwiedził rodzinę w Polsce. Odszedł, jak się to mówi, w sile wieku, mając w głowie nowe pomysły i projekty, których już nigdy nie zrealizuje. Nie nagra też już więcej płyty, nie zagra koncertu, nie napisze tak przejmującego, pełnego nostalgii, niezwykle pięknego utworu jak „Song of The Blue Tree”.
Kiedyś już ten utwór zamieszczałem. Jak ktoś kiedyś mówił (może wciąż mówi), „rozwala on mnie w nadgarstkach”.


Pamiętajcie o Irku i o modlitwie za Niego i za Jego Rodzinę w tych ciężkich dla nich chwilach. „Wieczne odpoczywanie racz Mu dać Panie...”

środa, 21 lipca 2010

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Mr. Bojangles


To najpiękniejsza wersja tej ballady. Nie znam niestety tego utworu w wykonaniu Boba Dylana. W każdym razie ktoś, kto próbuje to zaśpiewać po Ninie Simone, musi albo być totalnym ignorantem, albo mieć ogromny tupet.


Dla porównania Tom Jones oraz William Robins. Ładne, prawda? Jednak dla mnie Nina Simone jest po prostu „the best”. Obaj panowie mogliby jej tylko buty wyczyścić.

A tutaj sam Mr. Bojangles:

wtorek, 20 lipca 2010

„Tęczowa kolekcja” w księgarni „Frondy” – ciąg dalszy



Po moim wczorajszym wpisie o homoseksualnym filmie w Księgarni Ludzi Myślących portalu „Fronda”, ktoś się wreszcie obudził i na Forum Frondy poinformował resztę towarzystwa. Nie wspomniał przy tym, skąd się o tym dowiedział. No, cóż... Chyba mu wybaczę. Choć beze mnie pewnie jeszcze przez jakiś czas nikt by się w ogóle nie zorientował, że coś jest nie tak.
Tymczasem znaczek Księgarni Ludzi Myślących zniknął z głównej strony portalu, choć do samego sklepu internetowego wejść się da.
Redaktor Terlikowski powiadomił natomiast dzisiaj:

„Filmy zostaną w najbliższym czasie (mam nadzieję, i takie obietnice otrzymałem, że raczej będą to kwadranse, niż godziny) zdjęte. Nie jest dla mnie (a i dla osób odpowiedzialnych za XLM) jasne, jak do tego doszło, że w ogóle tam się znalazły. Ale to także zostanie wyjaśnione przez osoby odpowiedzialne za XLM (portal nie ma tu nic do powiedzenia). A informacje, mam nadzieję, zostaną przekazane użytkownikom. 
Już teraz jednak bardzo przepraszam w ich imieniu. I czekam na wyjaśnienia, bo i mnie bardzo zależy na tym, żeby takie rzeczy nigdy więcej nie miały miejsca. 
Tomasz P. Terlikowski

A w imieniu księgarni Frondy napisała pani Sylwia Arszennik:

„Drodzy Państwo, 
Pragnę Państwa serdecznie przeprosić, iż w ofercie naszej księgarni znalazły się filmy sprzeczne z profilem XLM.pl i wartościami promowanymi przez portal Fronda.pl. 
Ofertę księgarni budujemy m.in. na podstawie baz hurtowni, które proponują bardzo bogaty asortyment. Wszystkie produkty przed udostępnieniem na naszej stronie są dość szczegółowo sprawdzane, właśnie po to by takie sytuacje jak wczorajsza nie miały miejsca. Niestety przy ogromnej ilości pojawiających się obecnie na rynku płyt i książek i nam zdarzają się wpadki. Jeszcze raz pragniemy Państwa przeprosić i zapewnić, iż dołożymy wszelkich starań by takie sytuacje nie miały więcej miejsca. Dziękujemy za czujność i liczymy na Państwa wsparcie przy budowaniu oferty naszej księgarni. 
Z Poważaniem 
Sylwia Arszennik 
Xlm.pl 

Wszystko to byłoby może i zabawne, gdyby nie fakt, że „Fronda” dość sporo robi, by zwalczać promocję homoseksualizmu i homoseksualny terroryzm w Polsce. Tymczasem okazuje się, że nie kontroluje sytuacji na własnej stronie internetowej. Może redakcja zarówno portalu, jak i pisma powinna sprawdzić, czy mimo woli nie ma tam linków do jakichś innych organizacji lub firm, które zajmują się aktywną promocją sodomii, aborcji i innego zła.
„Business is business”, jak to rozumiem, ale chyba jednak dla „Frondy” to nie hasło „Gospodarka, głupcze” jest przede wszystkim ważne. A "bardzo bogaty asortyment" nie jest tutaj żadnym usprawiedliwieniem.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Świat się wali, czyli „Fronda” na froncie walki o „postęp”

„Fronda” kojarzy się wielu czytelnikom z dość jednoznacznym stosunkiem wobec homoseksualizmu, a zwłaszcza wobec nachalnej propagandy homoseksualnej. To ortodoksyjne i bezkompromisowe stanowisko jest mi jak najbardziej bliskie.

Każdego człowieka należy bez wątpienia traktować z szacunkiem, choć bywa to niekiedy strasznie trudne. Jednak dla chrześcijanina powinno być jasne i nie podlegać dyskusji, że czyn homoseksualny jest zły i jako taki zasługuje na potępienie. Kiedy niektóre gazety zamieniają się wręcz w biuletyny homoseksualne, tym bardziej zadaniem czasopism i organizacji katolickich winno być podkreślanie moralnej nauki Kościoła w tej kwestii.

Tymczasem co ja znajduję na stronie „Księgarni Ludzi Myślących” należącej do „Frondy”? Przeglądając sekcję filmów DVD w poszukiwaniu czegoś ciekawego (tego akurat jest niewiele) ze zdziwieniem natknąłem się na coś takiego. Opis filmu i nazwa serii, w której został on wydany nie nasuwają żadnych wątpliwości. Ręce i nogi opadają!

Nie chcę przez to powiedzieć, że katolik powinien unikać filmów kontrowersyjnych (chyba, że jest to pornografia) ani że nie należy próbować poznać i zrozumieć poglądów strony przeciwnej, nawet wrogiej Kościołowi. Ale już czymś kompletnie innym jest ofiarowanie produktów tego typu we własnej księgarni! Panowie z „Frondy” chyba znają fragment z Ewangelii o „maluczkich” i kamieniu młyńskim, który lepiej sobie przywiązać do szyi? No chyba, że jest to film jak najbardziej chrześcijański, a nazwa serii „Rainbow Collection” to po prostu bajki dla dzieci. I proszę mi tylko nie tłumaczyć, że "redakcja nie ponosi odpowiedzialności..." itp., itd.

czwartek, 15 lipca 2010

poniedziałek, 12 lipca 2010

Sztuka (umywania rąk)



KRZYŻ NIEZGODY
czyli
NAMIESTNIK
Fantazja romantyczna w jednym akcie

Osoby:

Żołnierz I
Żołnierz II
Prezydent Zgodawcześniej zwany Wielkim Marszałkiem Wybitnym, postawny mężczyzna z siwiejącym wąsem, uroda typu starzejących się amantów z brazylijskich seriali.
Żona prezydenta Zgody – cóż, żona jak żona, Polak jest dżentelmenem, więcej nic nie powiemy.
Chór kaszalotów – piątka sympatycznych wielkich grubasów z głębin morskich w pobliżu wybrzeży Danii.

Scena I

Wczesna jesień. Noc. Pałac. Przed głównym wejściem stoją dwaj żołnierze na warcie. Na placu przed pałacem żywej duszy. Zegar wybija północ. Gaśnie światło latarń z powodu jakiejś awarii. Ciemno. Tylko za bramą majaczy krzyż rozświetlony kilkoma płonącymi pod nim zniczami. Ledwo w mroku można dojrzeć zarys pomnika jeźdźca na koniu. Gdzieś z dali dobiega odgłos zamierającego ruchu ulicznego.

Żołnierz I Zimno się robi.
Żołnierz II Ano, tak. I północ już. Niedługo powinni nas zmienić.
Żołnierz I Czemu to światło zgasło?
Żołnierz II Ponoć zawsze tak ostatnio gaśnie koło północy.
Żołnierz I A jak on?
Żołnierz II On? No cóż...
Żołnierz I Zdaje się, że lampa się zapaliła u nich w pokoju. Widzę odblask na bruku.
Żołnierz II Sumienie go dręczy.
Żołnierz I On? On ma sumienie?
Żołnierz II Cóż... Każdy ma...
Żołnierz I Ale on? On ma sumienie?
Żołnierz II Matka stara moja mówiła, że każdy ma. Tylko u niektórych...
Żołnierz I Tak?
Żołnierz II Ono jak staw zarośnięty. Czasem blask księżyca padnie i wtedy na chwilę w oczkach wody błyśnie światło...
Żołnierz I Światło... A tu ciemno i nieswojo jakoś. I tylko ten blask z okna niespokojny.
Żołnierz II To on niespokojny. A więc jednak dręczy...
Żołnierz I Sumienie?
Żołnierz II Tak.
(Rozlega się pohukiwanie puchacza)
Żołnierz II (schrypniętym szetpem) Straszno jakoś...
(Obaj milkną. Słychać tylko szum wiatru. Szelest liści. Gdzieś w dali wycie karetki.)

Scena II

Sypialnia w pałacu. Złocone meble, obrazy w złoconych ramach, wielkie małżeńskie łoże z baldachimem. Rzeczy tych na początku rzecz jasna dobrze nie widać, całość albowiem niewyraźnie oświetla poświata z okna. Coś się w łożu niespokojnie wierci, kotłuje. Zegar bije północ. Słychać stłumiony krzyk. Zapala się lampka nocna.

Prezydent Zgoda (podrywając się z łóżka, na sobie ma długą nocną koszulę, szlafmycę) Och, znów ten cień! Czego ode mnie chcesz, o cieniu?
Żona prezydenta Zgody (zaspanym głosem) Znów kaszaloty?
Prezydent Zgoda (nie słuchając, jakby nieobecny, patrzący gdzieś w dal, drżącym głosem) Jak ten jego cień rośnie, jak ogromnieje! Przytłacza! Ja? Ja karzeł? Przecież wąs mam i herb po przodkach! Jam hrabia! Ja na urząd de-mo-kra-ty-cznie wyniesiony! A karzeł? Kto karzeł! Ja karzeł? Ja? Jam ogromny jak tytan nad tytany! Bom tytaniczną pracę wykonał!
(Podchodząc do okna)
Och! I ten blask! (przesłania oczy teatralnym gestem) Jak on oczy rani! Jak przenika promykami poprzez palce! Jak strużki rtęci. Czy długo to trwać będzie?
Och! Ja nieszczęsny! (pada na kolana w rozpaczy) Kiedyż go usuną wreszcie?! (Łka) Gdzie odpowiedzi szukać? Wikipedia milczy! Milczy jak zaklęta!
Żona prezydenta Zgody (słodkim głosem) Chodź, połóż się. Otulę cię, ukoję...
Prezydent Zgoda Nie ma już dla mnie ukojenia! Nie ma! O! Ja zgubiony!
Żona prezydenta Zgody Daj spokój, przecie...
(Słychać pohukiwanie puchacza)
Prezydent Zgoda (podrywając się na nogi) O! Jak straszno!
Żona prezydenta Zgody Znowuż ten puchacz! I światło też jak wtedy zgasło! Masz ty przecież dubeltówkę, mężu drogi!
Prezydent Zgoda Och, dubeltówka tu nie pomoże! O jak z cieniem walczyć? Nie stargam go przecie! A on? A on! A on rośnie! Olbrzymieje! (pokazując palcem przed siebie) A cóż to?! Czy jego to blade widzę lico? Czyjeż to, o czyje odbicie?! (cofa się w stronę łóżka)
Żona prezydenta Zgody Och, dość już! Starczy! Zażyj pigułkę, połóż się. Przytul. Cię ukołyszę, ukoję na mem łonie!
Prezydent Zgoda (ciągle cofając się) Nie! Nie! Ty już odszedłeś! Nie ma cię! Jam olbrzymem, nie karłem! (pada do łóżka omal przygniatając żonę, która w porę się usuwa na bok, łóżko z jękiem sprężyn przyjmuje jego ciężar).
Żona prezydenta Zgody Stracił przytomność... (po chwili milczenia) Chwila ciszy, spokoju. Jak to zwykle bywa po ciężkim boju. (Gasi światło)
W dali słychać wycie hieny z Lublina. Odzywa się ponownie puchacz. Przez okno sączy się ledwo widoczny migotliwy blask płonących zniczy przy krzyżu.


Scena III

Majak senny


Chór kaszalotów (śpiewa)

Kpiłeś, szydziłeś, nie przeprosiłeś
Cierp teraz, cierp o! męki, katusze
Lub zmów modlitwę za zmarłą duszę
A worek pokutny na ciało włóż

Kpiłeś, szydziłeś, nie przeprosiłeś
Pycha na urząd cię twa wyniosła
Na złoty tron to lud wybrał osła?
Ach, worek pokutny na ciało włóż

Kpiłeś, szydziłeś, nie przeprosiłeś
A niczym szyderczy, złośliwy gnom
Zająłeś nie swój, nie swój zdobny tron!
Och! Worek pokutny na ciało włóż!

KURTYNA

W kolejnym wybryku mojej zdegenerowanej wyobraźni po raz kolejny wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych oczywiście jest czysto przypadkowe. Proszę się nie doszukiwać, nie domyślać.
Zresztą i tak całość jest pozbawiona sensu i smaku. Nie mówiąc już o oczywistej grafomanii, zwłaszcza w chórze kaszalotów (co to za bezsens w ogóle??).
Z wyrazami szacunku i poważania,
Terezjusz

sobota, 10 lipca 2010

Z cyklu: Myszkując po Internecie


Trzy miesiące po katastrofie smoleńskiej

Warto przeczytać kilka tekstów dostępnych w sieci. Na przykład garść wspomnień z książki o Lechu Kaczyńskim, które można znaleźć na stronie wPolityce.pl. Prezentują one obraz Lecha Kaczyńskiego, jaki w dalszym ciągu jest nie w pełni znany, a zaciemniany m.in. wrzawą medialną wokół pewnego chama z Lublina. Dopiero teraz się dowiedziałem, jaka była prawdziwa historia słynnej foliowej torby, którą Maria Kaczyńska wręczyła mężowi.

Godny polecenia jest również ostatni wpis w blogu Łukasza Warzechy pt. „Trzy miesiące później” oraz Rafala A. Ziemkiewicza ze strony „Rzeczpospolitej”.

Bardziej skrzydełka niż nóżka

czwartek, 8 lipca 2010

„Tylko chłód”

Jego ostatnią książką zachwycałem się na tym blogu. No, cóż... Książki bywają mądrzejsze od ich autorów albo może po prostu powinniśmy je uważniej czytać.

Temu panu pomyliła się odwaga ze zwykłym łajdactwem i cynizmem. Człowiek honoru z podlecem. Lew pomylił się z hieną. Szekspirowskiego bohatera ujrzał w Edku.

Mi pozostanie wobec tego pana i jego twórczości już „tylko chłód”.

wtorek, 6 lipca 2010

Z cyklu: Słownik najnowszej polszczyzny II

Członek PO - dokładnie tak. Inne nazwy: palikot, kanalia, hiena (również: hiena cmentarna), świński ryj. Bardzo niezależny. Partia i jej liderzy są wobec jego poczynań bezradni, co spotyka się z powszechnym zrozumieniem i współczuciem. W cywilizowanym kraju byłby błaznem w podrzędnym cyrku lub świniopasem. W III RP wyznacza wyśrubowane standardy moralne.

Zgoda – buduje. Nie do końca wiadomo, co buduje. Pierwszego dnia po wyborze PO prezydenta (por. PO prezydent) pokazała swój świński krzywy ryj (por. członek PO). Świński ryj jest twarzą Zgody.

niedziela, 4 lipca 2010

Z cyklu: Słownik najnowszej polszczyzny I

„Już można? (...)Tak?

Proszę Państwa,

zupełnie przypadkowo tuż przed wyborami wpadł w ręce naszych agentów wpływu brudnopis Słownika najnowszej polszczyzny. (...) Niestety z powodu trwającej ciszy nocnej, tzn... przepraszam, chciałem oczywiście powiedzieć: wyborczej (...) nie mogliśmy zamieścić (...) bardzo ciekawych przykładów znajdujących się tam haseł. Poza tym naszym specom zabrało nieco czasu odczytanie pisma ręcznego naukowca lub grupy naukowców (trwają ustalenia, różny charakter pisma wskazuje na to, że (...) palce maczały co najmniej dwie osoby), którzy sporządzili pierwotną wersję słownika. Wygląda na to, że jest to jedyna kopia tej pracy celowo napisana ręcznie, aby nie padła łupem hakerów. Padła jednak łupem naszych (...). Dlatego dla dobra ludzkości i naszej kultury publikujemy wybiórczo (...), które udało się odcyfrować. (...) (...). Niestety nie wszystko jeszcze zostało odczytane (...). Stąd braki. (...), ale (...)”

(Fragment przemówienia szefa naszej agencji na konferencji prasowej, która się odbyła tuż po zakończeniu ciszy wyborczej. Tekst spisano z taśmy spreparowanej przez naszych rosyjskich przyjaciół. Trudne do odtworzenia części przemówienia zaznaczono nawiasami z trzema kropkami.)

Duże miasto – miasto, w którym ludzie głosują na Marszałka (por. Marszałek) i tak jak sugeruje Gazeta (por. Gazeta, małe miasteczko, wieś).

Dyplomatołek (od dyplom i matołek) – matołek z dyplomem, który głosując na Marszałka (por. Marszałek, magister) sądzi, że w ten sposób zalicza się do grona osób światłych.

Inteligencja – towar nienabywany (wbrew obiegowym opiniom krążącym w pewnych środowiskach) wraz z dyplomem ukończenia studiów wyższych (por. dyplomatołek).

Małe miasteczko – miejscowość, w której ludzie myślą samodzielnie i głosują inaczej niż sugeruje Gazeta (por. Gazeta, małe miasteczko, wieś)

PO Prezydent – nie mylić z p.o. prezydenta (por. p.o. prezydenta).

Wieś – miejscowość, w której ludzie sądzą, że to nie dyplom i głosowanie na Marszałka (por. Marszałek) świadczą o inteligencji (por. inteligencja, duże miasto, małe miasteczko).

piątek, 2 lipca 2010

Zanim dokonasz wyboru: Kilka pytań



Kto w kampanii prezydenckiej cynicznie wykorzystywał ludzką tragedię, grał:
- katastrofą smoleńską?
- śmiercią polskich żołnierzy w Afganistanie (narażając ich przy okazji na kolejne ataki)?
- samobójczą śmiercią Barbary Blidy?

Kto spuścił z łańcucha hienę, chama nad chamy, by odwalił brudną robotę, wpychał swoje śmierdzące paluchy w świeżą ranę po śmierci bliskiej rodziny i przyjaciół kontrkandydata?

Kto był „kandydatem specjalnej troski”, z którym nie można było przeprowadzić normalnej debaty, gdzie rozmówcy zadają sobie nawzajem pytania?

Kto był nadmuchaną przez speców od PR-u wydmuszką, serwującą wyuczone teatralne gesty „pojednania” przed kamerą?

Kogo popierają Kwaśniewski, Jaruzelski, Olejniczak, więźniowie, agenci WSI? I z czyjego zwycięstwa ucieszą się ci ostatni otwierając butelkę szampana?

Kto nie ma na tyle taktu i odrobiny zwykłej ludzkiej wrażliwości, że ośmielił się krytykować niedawno tragicznie zmarłego Prezydenta RP w obecności jego brata?

Czyi zwolennicy – wspierające go tzw. „autorytety” i „intelektualiści” – popisali się niezwykłą agresją, chamstwem, butą i niewybrednym, prymitywnym poczuciem humoru, dając jednocześnie wyraźnie nam do zrozumienia, że ich lidera popierają dwie prywatne telewizje?

Który kandydat popełnia gafę za gafą, wykazując się ignorancją, brakiem elementarnej wiedzy o instytucjach państwowych polskich i europejskich, a jednocześnie pretenduje do najwyższego urzędu w Polsce?

Który z kandydatów jest na bakier z nauką moralną Kościoła, a zwłaszcza w takich sprawach, jak tzw. „małżeństwa” homoseksualne, in vitro, aborcja? I który z nich podpisuje ustawy szkodliwe dla rodziny?

Kto wreszcie i czyja partia, rząd nie potrafili zadbać o to, by w interesach międzynarodowych bronić interesu i godności Polski oraz zrobić wszystko, by katastrofa smoleńska została wyjaśniona z zachowaniem maksimum obiektywizmu?

To tylko część nasuwających się pytań.
Jeśli jednak znasz już na nie odpowiedź, to wiesz, kto jest prawdziwym mężem stanu mogącym godnie piastować najwyższy urząd w państwie po śp. Prezydencie RP Lechu Kaczyńskim.

Jest tylko jeden taki człowiek w tych wyborach. Dla niego to „Polska jest najważniejsza”.




Polecam przy okazji teksty Łukasza Warzechy "Kto nie głosuje na Komorowskiego, ten głupek" oraz Filipa Stankiewicza "Dlaczego Kaczyński, a nie Komorowski?".

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Do urn! Do urn!



PS
Zastanawiałem się w swoim ostatnim wpisie, jak będzie się odwracać kota ogonem, by wykazać, że ostatnią debatę wygrał Wielki Marszałek Wybitny. Okazało się, że będzie to śmieszniejsze niż myślałem. Na jednym z portali na przykład sondaż pokazywał wręcz miażdżącą przewagę przeciwnika Prezesa. Bardzo szybko też zorientowałem się, że nie było żadnego problemu, przynajmniej z mojego komputera, by na tego samego kandydata kilkakrotnie oddać głos. Podobna sytuacja była na kilku portalach internetowych.
Ale najzabawniejsze było moim zdaniem pojawienie się w wiadomościach jasnowidza, który przekonywał, że wygra Marszałek, choć nie będzie to dla niego dobre, ale jak najbardziej dobre dla Prezesa. No więc nie idę do wyborów, skoro jasnowidz przewidział...
Ten sam jasnowidz był zaskoczony, że śp. Maria Kaczyńska podeszła do niego, by go zagadnąć. Co to za jasnowidz, skoro był zaskoczony? No, tak, ale on to widzi wszystko mgliście i niejasno! No przecież!

środa, 30 czerwca 2010

"Dzisiaj rzucono o ziemię...

starym kotletem" :-)
(to o debacie, jakby ktoś nie wiedział)


Jestem ciekaw, jak teraz będzie się odwracać kota ogonem, by wyszło, że to Marszałek wygrał tę debatę, he, he...