piątek, 31 lipca 2015

Pietrelcina – ziemia o. Pio

Z Monte Sant’ Angelo udaliśmy się w naszą dalszą podróż do Pietrelciny – rodzinnej miejscowości o. Pio.


Samą miejscowość, jeśli jest się już w pobliżu, warto zobaczyć nie tylko z tego powodu, że tutaj się urodził i wychował o. Pio, ale także choćby po to, aby poczuć atmosferę prowincjonalnego miasteczka włoskiego z jego wąskimi uliczkami, schodkami, balkonikami, maleńkimi mieszkankami, urokliwymi wiejskimi w stylu kościółkami i … totalnie zrelaksowanymi psami, jak ten, którego zdjęcie zamieszczam poniżej, a który kompletnie nie przejmował się grupami przechodzących turystów. Pewnie samo miasteczko byłoby nieco mniej zadbane, gdyby nie fakt, że mieszkał w nim słynny święty. I z pewnością byłoby w nim mniej pielgrzymów i zwiedzających.

Miasteczko położone jest wśród zielonych wzgórz i z tych wzgórz zdaje się czerpać inspirację w swoich budowlach, gdzie po stromych schodkach trzeba wchodzić do położonych wyżej kondygnacji. Spojrzenie z okna po ciężkim dniu pracy na ten cieszący oko krajobraz musiało być jakimś wytchnieniem. Odwiedziny domku rodziny Forgione – rodziców o. Pio – uświadamiają, w jakich skromnych warunkach żyli ci ludzie i jakie środowisko kształtowało charakter franciszkańskiego świętego. Stąd może owa szorstkość, którą dostrzegał w o. Pio Aleksander Wat. Tutaj z pewnością nie było miękkich puchowych poduszek, wygodnych foteli, wytwornych potraw.

 





O. Pio urodził się w Pietrelcinie 25 maja roku 1887, tutaj się wychował, tutaj już w wieku pięciu lat miał też swoje pierwsze objawienia i wizje, tutaj się kurował jako franciszkański zakonnik w roku 1909 i tutaj stoczył swoje pierwsze walki z szatanem. Już od samego początku droga o. Pio nie była łatwa. Toczył walkę duchową. Zmagał się ze swoim ciałem. W roku 1903 lekarze przewidywali nawet, że wkrótce umrze, tak słaby był stan jego zdrowia. Przeżył, doświadczając cierpień, jakich doznał Chrystus w czasie swojej męki, do roku 1968. Zmarł 23 września.


Dopiero przeglądając ponownie zdjęcia zauważyłem, że na łóżku w ulubionym pokoiku o. Pio leżą monety. Zapamiętałem, że pomieszczenie od zwiedzających odgradzała szklana ściana, więc nie wiem, w jaki sposób one się tam dostały.
 



Warto odwiedzić mały kościółek św. Anny, który był kościołem parafialnym o. Pio. W nim o. Pio został ochrzczony, przystąpił do I Komunii Świętej i tutaj przyjmował sakrament bierzmowania. Można oglądać oryginalną chrzcielnicę, przy której ochrzczono małego Francesco, bo takie imię nadali mu rodzice. Tutaj też pewnego dnia miał o. Pio wizję Jezusa. Sama świątynia jest dość stara i ma w sobie urok wiejskich kościółków dzięki swojej prostocie. Warto tutaj zajść zarówno na chwilę modlitwy, jak i by zobaczyć piękne figurki Matki Bożej, św. Róży i św. Anny pochodzące z XVIII wieku.

wtorek, 28 lipca 2015

Nie całkiem poetycki żywot św. Grzegorza z Nazjanzu

Muszę przyznać, że po tę książkę sięgnąłem skuszony nie tyle imieniem autora, co bardziej rekomendacją z okładki, choć zazwyczaj traktuję tzw. „blurby” z ostrożnością. Samo imię wystarczyłoby wprawdzie, by „Opowieść o moim życiu” mnie zaintrygowała – w końcu św. Grzegorz z Nazjanzu, ojciec Kościoła, to jedna z tych postaci, które natychmiast przychodzą do głowy, gdy myśli się o patrologii. Jednak pewnie z westchnieniem zrezygnowałbym z kupna, jak w przypadku wielu innych dzieł literackich, na które mam ochotę, ale niewystarczająco dużo pieniędzy i czasu. 

Notka na okładce zestawiała dzieło św. Grzegorza z arcydziełem św. Augustyna – ze słynnymi „Wyznaniami”. Muszę od razu powiedzieć, że jest to rekomendacja na wyrost. A poza tym karkołomnym pomysłem jest zestawianie ze sobą autobiograficznego poematu z dziełem, które tyleż jest autobiografią pisaną prozą, co przede wszystkim również wielkim utworem teologicznym i filozoficznym. 

Tłumaczka poszła tropem Jana Parandowskiego, który spolszczył „Odyseję” rezygnując z wiersza. To jakby zbliża oba teksty wielkich mędrców Kościoła do siebie, ale ma też ten mankament, że nie oddaje choćby w przybliżeniu poetyckiej urody (jeśli takową posiada) oryginału. A przecież poezja rządzi się nieco innymi prawami niż proza, zaś na poetycki charakter i walory zwraca autor uwagę na początku swojego dziełka:

Poezja zaś leczy troski, dostarcza rozrywki, młodych poucza i bawi zarazem, a dla wszystkich stanowi miłą zachętę.

Ślady tej oryginalnej poetyckości zresztą można przy uważnej lekturze w utworze odkryć, bo przecież nie da się ich w przekładzie prozą zupełnie zatrzeć. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że książkę czyta się źle czy że przekład jest kiepski. Wprost przeciwnie – poza jakimiś możliwymi drobiazgami (dla mnie rażące było „za wyjątkiem” zamiast poprawnego „z wyjątkiem”) – autorce tłumaczenia należy się wdzięczność za spolszczenie tego utworu. Brak jednak we wstępie choćby krótkiego uzasadnienia takiej formy przekładu, jedynie w przypisie jest informacja, że oryginał był „napisany (…) w trymetrze jambicznym”.

Zasadnicza natomiast różnica między oboma utworami jest już widoczna od pierwszych wersów czy zdań. Wystarczy porównać.

Oto jak św. Augustyn zaczyna swoje wspomnienia:

Jakże wielki jesteś, Panie. Jakże godzien, by Cię sławić. Wspaniała Twoja moc. Mądrości Twojej nikt nie zmierzy. Pragnie Cię sławić człowiek, cząsteczka tego, co stworzyłeś. On dźwiga swą śmiertelną dolę, świadectwo grzechu, znak wyraźny, że pysznym się sprzeciwiasz, Boże. A jednak sławić Ciebie pragnie ta cząstka świata, któryś stworzył. Ty sprawiasz, sam, że sławić Cię jest błogo. Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie.
(tłum. Zygmunt Kubiak)

A teraz św. Grzegorz z Nazjanzu:

Pragnę opowiedzieć dzieje mego życia, prześledzić pasmo moich niepowodzeń – jak określają je jedni – albo sukcesów – jak nazywają je inni, jak kto woli, każdy ze swego punktu widzenia. Osobiste opinie nie gwarantują jednak bezstronnej oceny. (…)
Kieruję tę opowieść do was, którzy byliście ze mną, ale teraz do innych się przyznajecie – wyznawcy prawdziwej lub fałszywej wiary – wszyscy mnie lubicie, odkąd zachowuję milczenie.

U św. Augustyna mamy inwokację do Boga. U św. Grzegorza zostajemy od razu wrzuceni w samo centrum ludzkich konfliktów. U św. Augustyna mamy słynną i zwięzłą sentencję, streszczającą poniekąd tematykę dzieła, ale też możliwą do wyjęcia jej z kontekstu jako tzw. „złotą myśl”. U św. Grzegorza z Nazjanzu zwięzłość wynika zapewne z ograniczeń obranej poetyckiej formy, ale nie przekłada się to na równie sentencjonalne i trafne ujęcie ludzkiego losu. Bez wątpienia jest jedna cecha, która ich łączy: u obu autorów w całym ich dziele widać ogromną erudycję – przede wszystkim znakomitą znajomość Biblii, do której nawiązania i z której cytaty lub krypto cytaty są wplecione w całość tekstu. A do tego dochodzi jeszcze oczytanie w literaturze starożytnej Grecji i Rzymu, co również uwidacznia się w odniesieniach do ówczesnych mistrzów sztuki poetyckiej. 

Jeśli jednak losem św. Augustyna się przejmujemy i dajemy się ponieść jego narracji, to w przypadku św. Grzegorza z Nazjanzu może nam często towarzyszyć przy lekturze kpiący uśmieszek. Tym bardziej, że dla współczesnego czytelnika niektóre z dylematów autora mogą wydawać się obce lub niezrozumiałe. U św. Augustyna mamy rozdarcie ludzkiej duszy szukającej Prawdy. U św. Grzegorza rozdarcie wynika bardziej z uwikłania w relacje międzyludzkie stające przeszkodą do realizacji życiowych planów czy marzeń głównego bohatera. Św. Augustyn rani siebie i bliskich. Św. Grzegorz jest z powodu swojej naiwności głównie raniony przez otaczające go ludzkie środowisko. U św. Augustyna pierwszoplanowym tematem jest Bóg i relacja człowieka z Bogiem, u św. Grzegorza Bóg zdaje się ustępować miejsca swarom i knowaniom ludzi. Zresztą sam autor ubolewa nad tym, że w sporach wysuwa się na plan pierwszy nieistotne lub nawet głupie argumenty, zamiast skupić na tym, co stanowi sedno toczącej się debaty. Św. Augustyn przez długi czas błądził. Św. Grzegorz raczej jest tym, który od samego początku potępiał błędy innych, nie czując nienawiści co podkreśla – do nich samych.

Nie bez znaczenia jest też objętość obu dzieł. „Opowieść o moim życiu” można przeczytać w zasadzie w trakcie dłuższego leżakowania na plaży. „Wyznania” wymagają skupienia i uważnej dłuższej lektury. 

Czy wobec tego lektura książeczki św. Grzegorza z Nazjanzu jest stratą czasu? W żadnej mierze! Chciałem zwrócić tylko uwagę na to, co może spowodować rozczarowanie czytelnika zwabionego okładkową rekomendacją. Dziełko starożytnego mędrca z Nazjanzu ma po prostu inny ciężar gatunkowy niż słynne „Wyznania”. Każdy, kto interesuje się pierwszymi wiekami chrześcijaństwa, z pewnością chętnie sięgnie po tę lekturę. Pozna dzięki niej przede wszystkim relację z pierwszej ręki o pewnych historycznych wydarzeniach (II sobór powszechny) istotnych zarówno dla starożytnego Kościoła, jak i Kościoła dzisiaj, choć nie należy z drugiej strony oczekiwać nazbyt wielu szczegółów. Pamiętajmy, że dziełko to miało według słów samego autora przede wszystkim dostarczać rozrywki, pouczać i bawić. A poetycka forma z pewnością stanowiła tutaj ograniczeniem, które nie pozwalało np. na przytoczenie choćby fragmentów dokumentów I soboru konstantynopolitańskiego czy wgłębienie się w istotę toczącej się debaty.

Dla współczesnego czytelnika ciekawa będzie również lista ówczesnych herezji, choć nie należy oczekiwać szczegółowej ich analizy ze strony autora. Ważne jest natomiast uświadomienie sobie stanu, w jakim znajdował się Kościół w IV wieku. Jeśli ktoś uważa, że nawa piotrowa znajduje się w kryzysie dzisiaj, to niech uważnie przeczyta tę książeczkę – może uświadomi sobie prawdę powtarzaną przez niektórych, że Kościół był w rzeczywistości w stanie kryzysu od samego początku. A zatem nihil novi sub sole. Może tylko zagadnienia, skala i przedmiot sporu się zmieniły. W gruncie rzeczy i tak sprowadza się to wszystko do wierności depozytowi wiary powierzonemu nam przez Chrystusa i przekazanego przez kolejne pokolenia Jego apostołów. Napawa to zarówno nadzieją, jak i trwogą. Nadzieją, bo skoro Kościół był w takim kryzysie w IV wieku, a trwa do dzisiaj, to czegóż się bać? Trwogą, bo rodzi się pytanie, jakie jeszcze wyzwania nas czekają? 

Zawsze należy jednak pamiętać Chrystusowe: „Nie lękajcie się!” Jego Duch jest przecież z nami aż do skończenia świata.

Grzegorz z Nazjanzu, Opowieść o moim życiu, tłum. Anna M. Komornicka, Poznań 2014.

czwartek, 23 lipca 2015

Monte Sant’ Angelo – sanktuarium niepoświęcone ludzką ręką

Zaginiony byk


Ta historia ma w gruncie rzeczy akcenty humorystyczne. Był rok 490. Pewien człowiek imieniem Gargano udał się ze służącymi na poszukiwanie byka, który mu uciekł. Znużony pościgiem po górach wreszcie dostrzegł bydlę u wejścia do groty. Wściekły i strudzony – a że był gwałtownego charakteru, więc niewiele mu trzeba było – sięgnął po strzałę, nałożył na cięciwę łuku, wycelował i strzelił. Puszczona wprawną ręką strzała chwilę potem ugodziła… Gargano w nogę. Rozległ się przy tym – choć niebo było czyste – potężny grzmot, aż ziemia się zatrzęsła. Wyjąc z bólu właściciel byka padł na ziemię. Zdezorientowani słudzy nie mogli najpierw zrozumieć, co się dzieje, a ujrzawszy charakterystyczną strzałę swojego pana w jego własnej nodze, rzucili mu się na pomoc. Niewiele się namyślając chwycili swojego dobroczyńcę i wzięli nogi za pas.


Ad calendas Graecas…



Rana okazała się niegroźna i niezbyt głęboka, jednak Gargano był tak przerażony całym wypadkiem, że postanowił interweniować u władz kościelnych i to od razu u najwyższych w rejonie czyli u biskupa Sipontu – św. Wawrzyńca. Biskup wysłuchał jego relacji, przepytał służących, którzy mu towarzyszyli i zarządził 3 dni postu i publicznych modłów. Po trzech dniach ukazał mu się w wizji Michał Archanioł, który poinstruował go, że pragnie, aby grota, u wejścia której Gargano znalazł swojego byka, została poświęcona jako sanktuarium. Przyznał się też, że cała afera ze strzałą była jego dziełem. 

Biskup ogłosił strwożonym mieszkańcom wolę księcia aniołów, po czym… odłożył sprawę ad calendas Graecas. Z biegiem dni zaczął bowiem nabierać wątpliwości, czy aby nie łudziły go zmysły. Wzgórze, na którym Gargano został ugodzony strzałą było poza tym miejscem pogańskich kultów, więc mógł to być jakiś demoniczny podstęp.


Niespodziewane zwycięstwo



Upłynęły dwa lata. Sprawa nieco ucichła. Gargano na wszelki wypadek unikał wypraw w feralny dla niego rejon, a okoliczni mieszkańcy tylko z rzadka wspominali dziwne wydarzenie. Mieli na głowie zresztą poważniejszy problem niż noga bogacza. Oto Goci oblegali Sipont. Obrońcy z trwogą patrzyli ponad murami na oblegające wojska barbarzyńców. Św. Wawrzyniec ponownie zarządził 3 dni modłów i postu. Trzeciego dnia, w nocy ukazał mu się Michał Archanioł i powiedział, że jeśli mieszkańcy wyruszą następnego dnia o godzinie czwartej do boju, to odniosą zwycięstwo. Zdesperowani obrońcy wysłuchawszy biskupa postanowili zaryzykować i stanąć do boju w otwartym polu, choć ich siły były mniejsze. Kiedy ruszyli do walki rozległy się potężne gromy, niebo rozdzierały błyskawice, a ziemia trzęsła się w posadach. Strwożeni w pierwszym odruchu chcieli sami rzucić się do ucieczki, ale widząc rejteradę Gotów, natarli na nieprzyjaciela z tym większą odwagą i impetem. Bitwa zakończyła się zwycięstwem obrońców Sipontu. Miasto było wolne. Był 8 maja 492 roku. 

Mieszkańcy Sipontu, mimo tak spektakularnego zwycięstwa, w dalszym ciągu mieli wątpliwości. Św. Wawrzyniec postanowił zatem zasięgnąć rady u samego papieża. Papież Gelazjusz I przyjrzawszy się sprawie, uznał, że zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku św. Wawrzyniec faktycznie ujrzał księcia aniołów, a zwycięska bitwa z Gotami była cudem. Ostrożny biskup zdecydował się tym razem bez niepotrzebnej dalszej zwłoki poświęcić grotę.


Anioł czynu



Była noc roku 493. Wawrzyniec klęczał pogrążony w modlitwie. Podnosił się z klęczek, by udać się na spoczynek, gdy usłyszał chrząknięcie. Pomyślał sobie, że pewnie służący wszedł po cichu z jakąś niecierpiącą zwłoki sprawą. Odwrócił się i momentalnie padł ponownie na kolana. Przed nim stał młodzieniec w lśniącej zbroi. W dłoni trzymał włócznię, na której się wspierał. Bił od niego nieziemski blask. 

Biskup znał już tę postać – widział ją bowiem poprzednio już dwa razy. Skłonił głowę ku ziemi.

– Niech się Wasza Ekscelencja nie lęka. I proszę wstać z klęczek.

– Bądź pozdrowiony – kapłan nawet nie myślał się podnosić. – Wybacz swemu słudze ten nieład i niestosowny strój. Właśnie kładłem się na spoczynek.

– Przybywam, by oznajmić Waszej Ekscelencji, że nie ma potrzeby konsekrowania nowej bazyliki.

– Taaak? – biskup Wawrzyniec się wyraźnie stropił. Nazajutrz miała się odbyć uroczysta procesja, mieszkańcy Sipontu szykowali się już od paru dni na święto. Siedmiu biskupów z Apulii było na miejscu. Mimo późnej godziny na ulicach wciąż było słychać radosną wrzawę, a nawet śpiewy… Poczuł, jak coś boleśnie uwiera go w kolano…

– Niech się Wasza Ekscelencja nie martwi. Nie ma potrzeby odwoływania procesji. Ale konsekracji nie będzie. Sam o to zadbałem. Wystarczy, jeśli Wasza Ekscelencja odprawi uroczystą Mszę św.

– Jak to? – biskup dalej wyglądał na zatroskanego.


– Jakby to powiedzieć… – archanioł odchrząknął ponownie. – Jestem wojskowym. U nas wszystko jest proste: rozkaz – wykonanie rozkazu. Nie ma miejsca na zwlekanie, na namysł. Bitwa jest okrutna. Nawet teraz wre zaciekła walka. Reakcja musi być szybka. A biskup odrobinę zwlekał z przystąpieniem do działania. Nie żebym miał pretensję. Co nagle to po diable – jak mówi wasze przysłowie. Ale ja jestem aniołem czynu, żeby się tak wyrazić. Wprawdzie młyny Boże mielą powoli i to się chwali, jednak gdybym czekał na ostateczną decyzję Waszej Ekscelencji… – archanioł urwał widząc zakłopotaną minę biskupa. – Mniejsza o to! W każdym razie w grocie Wasze Ekscelencja znajdzie wszystko, co potrzeba do oprawienia Mszy św. Ołtarz już stoi, nowa bazylika jest poświęcona.

– Ale…

– Wasza Ekscelencja wybaczy, jednak obowiązki wzywają. Niech pokój będzie z tobą!

Nim biskup zdołał cokolwiek powiedzieć, Michał Archanioł znikł. 
 

Następnego dnia odbyła się uroczysta procesja. Mozolnie, w coraz bardziej palącym słońcu podążała w górę w stronę groty. W pewnym momencie nad głowami biskupów pojawiły się cztery potężne orły. Dwa z nich osłaniały swoimi skrzydłami starszych biskupów przed skwarem. Dwa pozostałe trzepotem piór zapewniały ożywczy powiew. Ludzie pokazywali je sobie z trwożnym podziwem. Takich ptaków jeszcze nie widzieli. Wydawało się, że gdyby tylko zechciały, mogłyby porwać całą siódemkę hierarchów w górę i cisnąć o skały. Nic takiego się jednak nie stało. A gdy uroczysty pochód doszedł do groty, wszyscy usłyszeli nieziemskie śpiewy aniołów dochodzące z wnętrza. Biskupi wkroczyli pierwsi. Ujrzeli ołtarz przykryty szkarłatnym obrusem, kryształowy krzyż…


Kamyk z imieniem archanioła




Może niedokładnie tak to wszystko wyglądało…, ale tak to sobie wyobraziłem. Tę historię można znaleźć w kilku miejscach w Internecie, m.in. tutaj i tutaj. Notabene Michał Archanioł ukazał się po raz czwarty wiele wieków później – 25 września 1656 roku (ciekawym szczegółem są w tej historii dokładne daty). Był to czas zarazy i ponownie ludzi ogarnęła trwoga. Książę aniołów ukazując się arcybiskupowi Pucciarellemu obiecał, że kto weźmie z jego groty kamyk z wyrytym krzyżem i inicjałami M.A., ten wyzdrowieje. Tak się też stało, a w samym sanktuarium można do dziś oglądać tablicę upamiętniającą tamto wydarzenie.


Warstwy historii



Do Monte Sant Angelo warto przyjechać zarówno dla doznań duchowych, jak i estetycznych. Do miasteczka wiodą dwie drogi, myśmy przyjechali tą z San Giovanni Rotondo. Ponoć druga jest bardziej widowiskowa, ale i na tej nie brakowało zachwycających krajobrazów. 

Sanktuarium św. Michała Archanioła jest przepięknie położone na górze Gargano, a otaczające je miasteczko urzekło mnie swym specyficznym pięknem, jak wiele innych miast i miasteczek widzianych we Włoszech. Nie ukrywam, że takie starożytne miejscowości wywierają na mnie zawsze ogromne wrażenie, gdyż mam poczucie stąpania po wiekach historii i jakiejś więzi z tymi pokoleniami, które tu żyły przez nieprzerwane wieki. Nie lubię Wrocławia, bo czuję tutaj wyrwę w tej nawarstwiającej się historii – jakby ktoś wyciął z drzewa kilka słoi i zostawił pomiędzy starymi a nowymi warstwami ziejącą nicością pustkę. Równie przykre wrażenie sprawiały na mnie odwiedziny Wilna i Lwowa, choć tam czułem z jednej strony radość znalezienia się w miejscu, gdzie stąpałem po wiekach historii Rzeczypospolitej. Z drugiej strony jednak miałem poczucie, że jestem w miastach–wydmuszkach, z których brutalnie usunięto ich treść.


86 stopni w dół i porta coeli




Wracając jednak do Monte Sant’ Angelo – samo sanktuarium jest nietypowe już choćby przez to, że schodzi się do niego schodami w dół, by dojść w końcu do wspomnianej wyżej groty. Przyglądając się ocalałym fragmentom fresków i rzeźbom ma się wrażenie i niesamowitości samego miejsca (w końcu łaciński napis informuje, że to brama niebios), i jego starożytności. Sanktuarium opiekują się polscy michaelici. Mieliśmy okazję wysłuchać historii tego nie ludzką ręką poświęconego miejsca właśnie z ust jednego z nich. Dowiedzieliśmy się też, że w kaplicy – ozdobionej freskiem z chrztem Chrystusa – w której nam ją opowiadał, znajduje się posążek Michała Archanioła autorstwa współczesnego polskiego artysty. Podarował go uzdrowiony z postępującej choroby. Któregoś dnia obudził się z silnym przekonaniem, że choroba zatrzymała się dzięki interwencji księcia aniołów…


 

Suszące się pranie i wielka bitwa



Niestety samej groty nie mogliśmy obejrzeć zbyt dokładnie, gdyż odprawiano właśnie Mszę św, a zdjęć nie wolno było robić, jak w większości takich miejsc – co zresztą zrozumiałe. Mimo to wrażenie było niesamowite. A modlitwa w tym miejscu to doświadczenie szczególne. 


W sklepiku z dewocjonaliami także i dzisiaj można kupić kamyki z groty. Czy w dalszym ciągu chronią nabywców przed chorobą – tego nie wiem, ale z pewnością mały datek może wspomóc kościół.
  

Warto też przejść się wąskimi uliczkami skupionego przy sanktuarium miasteczka. Położone wysoko na górze z widokiem na morze jest kwintesencją włoskości: wieki starożytnej historii, urok południowej architektury, piękno otaczającej przyrody i… suszące się na sznurach pranie.

I w takich to „okolicznościach przyrody” myśl mimo woli biegła do toczącej się wokół nas bitwy, której nie widzimy swymi ziemskimi oczami, a której widok mógłby niejednemu zjeżyć włos na głowie. 

Gdy rozgorzała zażarta walka, przeciwnikom ukazało się z nieba pięciu wspaniałych mężów, na koniach ze złotymi uzdami, którzy stanęli na czele Żydów. Oni to wzięli Machabeusza pomiędzy siebie, osłonili własną bronią i tak strzegli go od ran, na przeciwników zaś rzucali pociski i pioruny, a ci porażeni ślepotą rozbiegli się w największym zamieszaniu” (2 Mch 10,29-30).


środa, 22 lipca 2015

Pisarz się puszcza

W ostatnich dniach nieco szumu narosło wokół informacji, że znany i popularny obecnie pisarz stał się twarzą jeszcze bardziej znanej i popularnej marki samochodów. Z jednej strony posypały się na niego gromy, z drugiej zaczęto go usprawiedliwiać. Sam pisarz studził nawet swoich obrońców, którzy w niewybrednych słowach wypowiadali się o jego adwersarzach – również pisarzach. Temat uznano za na tyle wart uwagi, że poświęcono mu nawet sporo czasu antenowego w programie kulturalnym publicznego radia. Nie wiem, ile w sumie bito tę pianę, bo dojechałem do domu – a radia zazwyczaj słucham w aucie – jednak z pewnością nie było to marne 15 minut, bo tyle mniej więcej jechałem, gdy audycja jeszcze trwała.

Podejrzewam, że przeciwnicy śląskiego prozaika (domyślcie się sami, o kogo chodzi) wśród pisarzy – przynajmniej w niektórych przypadkach – krytykują go ze zwykłej zazdrości: do nich nikt nigdy się nie zwrócił z propozycją lansowania znanej marki samochodów i prawdopodobnie nawet nikt nigdy nie wpadłby na pomysł, aby zatrudnić ich do reklamowania choćby głupich odkurzaczy czy dajmy na to – co byłoby bliższe ich zawodowi – marki drogich, a niezawodnych piór wiecznych. Gdyby się ktoś taki zwrócił, oczywiście z całą wyniosłością i świadomością rangi swego powołania odmówiliby, dając łachmycie z agencji reklamowej do zrozumienia, że są ponad tak przyziemne i trywialne sprawy – im w końcu chodzi o SZTUKĘ! Mniejsza o to, że żony nie stać na nową letnią sukienkę, a dzieci drugi rok chodzą w tych samych podniszczonych butach. 

Sam pomysł zatrudnienia pisarza był znakomity i pomysłodawcy należy się od jego/jej firmy premia. Szum wokół sprawy bowiem jest, podkręcił go też pisarz publikując na stronie internetowej informację o swojej nowej funkcji. Zrobiła się mała zadyma, a przecież o to chodzi – mówi się o pisarzu, a jednocześnie mówi się o reklamowanej marce. Nawet jeśli w audycji radiowej unika się podawania nazwy auta ze względu na posądzenie o kryptoreklamę, to i tak znając nazwisko pisarza każdy bez trudu znajdzie sobie informację w Internecie. W sumie działa to na korzyść zarówno śląskiego prozaika, jak i zatrudniającej go firmy. Obie strony mają potrzebny im rozgłos, a być może przełoży się to i na wzrost sprzedaży ich produktów – książek i aut. 

I można by w gruncie rzeczy na tym poprzestać. Tyle tylko, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy „sprzedawania się” pisarza nie dostrzegli chyba jednej drobnej kwestii. Otóż wygląda na to, że proceder ten autor zaczął uprawiać parę lat wcześniej, ale wówczas niewielki zasięgiem szum podniósł się jedynie na portalach, które ogólnie i umownie można określić jako „prawicowe” i „konserwatywne”. Przede wszystkim konserwatywny wówczas pisarz zaskoczył wszystkich wiadomością, iż zaczął pisywać na łamach tygodnika robionego przez byłych komuchów i ogólnie raczej światopoglądowo niezbyt mu bliskiego. Było to o tyle dziwne, że pisarz do tamtej pory angażował się w przedsięwzięcia dalekie od tzw. „mejnstrimu”. Nie tylko dalekie – dodajmy – ale też z pewnością gorzej płatne. A – jeśli pamięć mnie nie myli – śląski prozaik miał już wówczas pierwsze dziecko, więc też i rodzinę na utrzymaniu. 

Stopniowo okazało się, że konserwatyzm pisarzowi się przejadł, życie polityczne zaczęło go razić swoją schematycznością (czemu się specjalnie nie dziwię) i ogólnie zaczęła go interesować przede wszystkim literatura, co przełożyło się na lansowanie swojej własnej postaci, a także zerwanie niektórych dawnych przyjaźni literackich (czego głośnym przykładem była animozja między nim a jednym z „postsmoleńskich” poetów). Gdzieś pojawiała się seria wysmakowanych zdjęć autora w dobrze skrojonych garniturach, gdzieindziej wywiad dla arcyliberalnej gazety promującej sodomię i in vitro. Potem felietony zamieszczane w kobiecym magazynie tejże arcyliberalnej gazety. Pisarz zaczął bywać na salonach, a wstęp umożliwiał mu stosowny „paszport” otrzymany za literackie zasługi. 

Tak więc lansowanie znanej marki samochodów wydaje się jedynie konsekwencją dokonanego przed paru laty wyboru. Czy mam za taki pomysł na życie i zarabianie pieniędzy pisarza potępiać? No cóż… za czasów komuny nie zostawiłbym na nim suchej nitki. Dzisiaj mnie to po prostu wisi i powiewa. Sam dorzuciłem zresztą właśnie parę płatków śniegu do tej toczącej się kuli.