sobota, 29 sierpnia 2015

Złoty pociąg

Myślę, że powinniśmy go oddać Niemcom z podziękowaniem za lata okupacji i lekcję europejskiej kultury i cywilizacji. I poprosić, by podzielili się z Żydami i Ruskimi. Kto wie, może zgłoszą się kolejni pretendenci? Amerykanie? Chińczycy? Japończycy? Włosi? Meksykanie? Kosmici?

wtorek, 18 sierpnia 2015

W oparach virtualu


Jakiś czas temu na jednym z tzw. „portali społecznościowych” przeczytałem taki oto cytat:

„Ten tak zwany zdrowy polski konserwatyzm, którego nieodłączną cechą jest przypuszczenie, że to wszystko jest tylko wymyślone – Europa, kultura, teorie francuskich filozofów, sztuki wizualne, rozwój społeczny, że niczego tam nie ma, a tak naprawdę istnieje tylko szczelnie zamknięty pokój, brzoza, fortepian, strumyczek, i wreszcie ta nieśmiertelna polska bezmyślność”. 

CHOPIN BEZ FORTEPIANU – Barbara Wysocka & Michał Zadara 

Osoba, która przytoczyła na swojej stronie ten passus, zamiast komentarza zamieściła ikonkę smutnej buźki, co pewnie oznacza, że niezmiernie ją zasmuca stan tzw. „zdrowego polskiego konserwatyzmu”.

Mnie akurat ten cytat nie zasmucił. Co najwyżej rozśmieszył. Nie wiem, skąd państwo Wysocka i Zadara wytrzasnęli ten „zdrowy polski konserwatyzm”, ale szeleści on papierem, bo bytem istniejącym w tzw. „realu” z pewnością nie jest. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że cytat jest być  może wyrwany z kontekstu i ta brakująca część wyjaśniłaby mi wiele – np. że są to fantazmaty jakiejś literackiej postaci. Obawiam się jednak, że ci państwo mogą faktycznie tak myśleć czyli, że po prostu stworzyli sobie byt fikcyjny istniejący w tzw. „virtual reality”. I tylko tam. Choć są święcie przekonani, że to prawda.

Jest to w sumie bardzo wygodne.

Młodzi i starzy chłopcy spędzają wieczory przed ekranem komputera napierniczając w fikcyjne postaci z różnego rodzaju broni, zdobywając punkty i wygrywając fikcyjne wojny. Tutaj nie muszą obawiać się utraty życia, bo „żyć” mają kilka, a jeśli przegrają, można wszystko zacząć od nowa albo po prostu wyłączyć komputer.

Polscy intelektualiści wydają się grać w podobną grę. Najpierw stwarzają sobie fikcyjne postaci, a potem napierniczają w nie z czego się da. W końcu przeczytali paru francuskich filozofów i to ich nobilituje. Nie są „bezmyślni”. Podnieca też ich „rozwój społeczny” i czują niechęć do „brzozy” i „strumyczka”. Przypominają w tym co nieco tych niebezpiecznych bęcwałów z I Awangardy („Miasto. Masa. Maszyna”), którzy wprowadzali potem z naganem w ręku ustrój sprawiedliwości społecznej, wspierani bagnetami „niezwyciężonej” Armii Czerwonej. W przypadku tych współczesnych palantów okazuje się, że „historia vitae magistra non est”. Ale są bardzo „europejscy”, nie jak ci wredni „zdrowi konserwatyści” – Dariusz Gawin, Ryszard Legutko, Marta Kwaśnicka, Paweł Lisicki, Rafał Ziemkiewicz, Jacek Bartyzel czy Grzegorz Braun – by wymienić tylko kilku na chybił-trafił, bez ładu i składu, od Sasa do Lasa.

Biedacy! Nie zorientowali się, że to, w co napierniczają, to rzeczywistość wirtualna, a francuscy filozofowie są już dawno martwi. To ich w gruncie rzeczy różni od młodych i starych chłopców rozwalających joysticki na kolejnych grach komputerowych. Może dlatego, gdy się w końcu obudzą, z bolącym tyłkiem i na potężnym kacu, będzie już za późno – wokół będzie któryś tam islamski kalifat. Wtedy poczują dość boleśnie ostrą krawędź rzeczywistości.

piątek, 14 sierpnia 2015

Monte Cassino IV – polski cmentarz


Nad bramą wejściową do kompleksu klasztornego na Monte Cassino widnieje duży napis „PAX” – „pokój”. Tymczasem to miejsce kontemplacji i mozolnej pracy na cześć Pana stało się świadkiem jednych z najbardziej zaciekłych działań wojennych w czasie II wojny światowej. Kiedy podjeżdżaliśmy do klasztoru, właściwie kiedy jeszcze patrzyliśmy nań z dołu i kiedy wcześniej oglądaliśmy makiety rejonu pozwalające sobie w pełni wyobrazić ukształtowanie terenu, z trudem można było uwierzyć, że ktoś szalony mógł usiłować nie tylko się wspinać po tych stromych wzgórzach, ciągnąć sprzęt wojskowy, ale jeszcze próbować zdobyć taką twierdzę. Nic dziwnego, że zdecydowano się ją zbombardować z powietrza. Choć w dalszym ciągu uważam to za barbarzyństwo, nawet wziąwszy pod uwagę militarną (przez niektórych kwestionowaną) i moralną zasadność takich działań. 

Każdy wie, że w pobliżu Monte Cassino znajduje się najsłynniejszy chyba polski cmentarz wojskowy na obczyźnie. Osobiście wyobraziłem go sobie odrobinę inaczej na podstawie dawniej oglądanych relacji telewizyjnych i zdjęć. Cmentarz również okazał się mniejszy niż to sobie przedstawiłem w wyobraźni. Ten, który oglądaliśmy w Loreto, jest położony urokliwie, mając przed sobą rozległą panoramę okolicy i widok na sanktuarium. Tutaj natomiast widoki w dole można głównie podziwiać z klasztoru, natomiast sam cmentarz jest w miejscu bardziej osłoniętym i widać z niego głównie okoliczne zadrzewione wzgórza i monumentalną bryłę klasztornego kompleksu na Monte Cassino. Choć można też dostrzec jakiś fragment tej imponującej panoramy, która roztacza się z sanktuarium. 




Trudno nie czuć wzruszenia, kiedy się stąpa pośród tych żołnierskich mogił. Wielu z tych żołnierzy przeszło długą drogę, mając nadzieję powrotu do Polski. Nie doszli do niej. Zresztą, gdyby wrócili, z pewnością nie spotkaliby przyjęcia takiego, jakie należy się bohaterom walk z wrogiem. W końcu Polska znalazła się pod kolejną okupacją. Część z żołnierzy spoczywających na tym cmentarzu pewnie zdążyła się z nią zetknąć 17 września. Pewnie ich rodzinne miejscowości znalazły się poza terytorium okrojonej Polski – teraz już niepodzielnie pod czerwonym dyktatem.
  

Także tutaj mieliśmy sposobność uczestniczenia we Mszy św. w niezwykłym miejscu – otoczeni mogiłami polskich żołnierzy, mając za plecami benedyktyński klasztor wnoszący się na górze – jak forteca broniąca dostępu siłom ciemności. 


Właśnie zbliża się kolejna rocznica zwycięskiej bitwy z bolszewikami. Wówczas – 15 sierpnia 1920 r. – udało nam się z Bożą pomocą odepchnąć barbarzyńską nawałę. W 1939 nie podołaliśmy przeciwko dwóm barbarzyńcom nadciągającym z Zachodu i Wschodu. Tak w roku 1920, jak i w latach 1939-1945 broniliśmy wartości i cywilizacji, które symbolizuje ten klasztor widoczny na wzgórzu z cmentarza polskich żołnierzy. Tę bitwę wygrali, ale nie wygrali niestety niepodległości Polski jak w roku 1920.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Monte Cassino II – wielka bitwa i chrześcijańska kontemplacja


Monte Cassino to w zasadzie punkt obowiązkowy każdej wycieczki czy pielgrzymki z Polski. Dla większości Polaków ma (lub teoretycznie powinno mieć) to miejsce zresztą podwójne znaczenie: z jednej strony przypomina o tragicznej walce polskich żołnierzy „za wolność naszą i waszą”, z drugiej wiedzie myśl ku odległym wiekom chrześcijaństwa, ku podstawom cywilizacji europejskiej. Z jednej strony więc myśl o destrukcji, zniszczeniu i cierpieniu, z drugiej o cierpliwym budowaniu, modlitewnej kontemplacji, wznoszeniu oczu ku Bogu.

Nim dotrzemy do słynnego wzgórza udajemy się do muzeum bitwy o Monte Cassino – Historiale di Cassino.




Czekając na zwiedzanie zaglądamy do sklepiku. Tutaj oczywiście można kupić różne gadżety i pamiątki. W tym koszulki. Są polonica. Są też elementy, które zaskakują – jak koszulki wyraźnie upamiętniające niemieckie formacje wojskowe. 



Samo muzeum robi na mnie z początku wrażenie kompletnie infantylnego, być może bardziej przeznaczonego dla zwiedzających ze Stanów Zjednoczonych (bez obrazy) lub krajów, które nie brały w tej wojnie bezpośredniego udziału. Potem jest trochę lepiej i można się nawet nieco dowiedzieć, zwłaszcza jeśli nie zna się zbyt dokładnie szczegółów przebiegu tej bitwy. Twórcy muzeum włożyli sporo wysiłku i pomysłowości, by opowiedzieć o tych zmaganiach jak najciekawiej przy pomocy dźwięku, obrazu i oryginalnych eksponatów z terenów walk.


Przypomniawszy sobie historię słynnej bitwy udajemy się w dalszą drogę, która na pierwszy rzut oka nie wygląda bezpiecznie. Jednak nasi kierowcy nie mają problemu z kierowaniem po stromej i krętej szosie wiodącej do klasztoru. Dech w piersi zapierają rozciągające się widoki, a owa panorama swoje zwieńczenie zyskuje w samym klasztorze, z którego prezentuje się w całej okazałości. 


Takie miejsce musiało być wprost znakomite, jeśli chodzi o wybór lokalizacji na klasztor. Położone na trudno dostępnym wzgórzu, dawało jednocześnie rozległy widok na dzieło Pana Boga, umożliwiało kontemplację, oddalało od zgiełku świata i pozwalało spojrzeć z dystansem na ziemskie sprawy. Bryła klasztoru robi już z daleko imponujące wrażenie. Podejrzewam, że nie mniejsze niż w dawnych wiekach. Charakterystyczny kompleks zabudowań klasztornych zachwyca też wewnątrz, gdy przekroczy się bramę wejściową. Aż trudno uwierzyć, że ktoś chciałby zbombardować tak monumentalne dzieło dawnych mistrzów. Nawet poświęcenie go w imię wyższych celów wydaje się niezwykłym barbarzyństwem. Trudno też uwierzyć, że to wszystko było obrócone w ruinę. Budynki klasztorne odbudowano po wojnie, więc to, co mieliśmy okazję zobaczyć, to w zasadzie rekonstrukcja. Sam kompleks klasztorny zresztą niepierwszy raz ulegał zniszczeniu bądź przez ludzi, bądź naturę – trzęsienie ziemi. 

Rekonstrukcją natomiast nie jest przepiękna kaplica, która zachowała się mimo ciężkiego bombardowania, a w której spoczywają doczesne szczątki założyciela klasztoru – św. Benedykta z Nursji i jego siostry św. Scholastyki.




Te złocone, przecudnie zdobione ściany i sufity pozwalają duchowi ulecieć w dziedzinę spraw wiecznych, nieprzemijających. Podobnie jak naturalne piękno przyrody, tak dzieła rąk dawnych mistrzów wskazują na Boga, wspomagają modlitewną kontemplację.

Monte Cassino I


sobota, 8 sierpnia 2015

Andrzej Duda – zakładnik Chrystusa

Słuchając niedawno radiowego przeglądu prasy usłyszałem, że w wywiadzie – bodajże z Ludwikiem Dornem – pewien dziennikarz zadał takie oto kuriozalne pytanie: „Czy Andrzej Duda nie będzie zakładnikiem Hostii?” Przyznam się szczerze, że zdębiałem. Zacząłem się zastanawiać, kto też podsuwa tym dziennikarzom takie durne pytania i czy aby w ogóle zastanawiają się, co mówią? 

Szczerze powiedziawszy, to po zastanowieniu nie za bardzo wiem, co dziennikarz miał tak naprawdę na myśli. Pytanie oczywiście nawiązywało do słynnego wydarzenia, kiedy Andrzej Duda podniósł z ziemi Hostię. Jedyne, co mi się nasuwa, to przypuszczenie, że jest to przejaw absurdalnej tendencji w myśleniu o polityce, która wyraża się w przekonaniu, że polityk nie powinien mieć… przekonań. A już z pewnością nie powinien trzymać się ich kurczowo w swoim działaniu, zwłaszcza, jeśli są to przekonania religijne i wynikające z nich zasady moralne.

Spróbujmy się zastanowić, co bowiem miałoby oznaczać, że Andrzej Duda jest „zakładnikiem Hostii”? Hostia to przecież Ciało Chrystusa. Można więc powiedzieć, że Andrzej Duda miałby być tak naprawdę zakładnikiem Chrystusa. Jeśli tak, to pewnie oznaczałoby to, że jako ów „zakładnik” musiałby wykonywać to, co poleci mu Chrystus. A zatem kierować się nie swoim widzimisię, tylko realizować w swoim postępowaniu wolę samego Chrystusa. A skoro Jezus jest Bogiem, to z związku z tym nasz prezydent miałby kierować się (lub nie) wolą Wszechmocnego i Wszechwiedzącego Stwórcy wszechrzeczy, który przecież pragnie naszego dobra i wie lepiej, co jest dla nas korzystne, nawet jeśli nam wydaje się to trudne, niewykonalne lub nawet przynosi nam cierpienie. 

A może ów dziennikarz użył po prostu skrótu myślowego i jego pytanie oznacza nic innego, jak zatroskanie, czy Andrzej Duda będzie kierował się wolą Boga czy swoim własnym, a być może również doradców, ułomnym rozeznaniem sytuacji! Jeśli tak, to zwracam honor! Też bym chciał, aby Andrzej Duda był zakładnikiem Chrystusa.