piątek, 29 stycznia 2016

„Jadwiga” albo lekcja pokory – notatki na marginesie lektury

„W kieszeni mieliśmy Berensona wszyscy: ja, Herling, Herbert”. 

Trzeba w gruncie rzeczy mieć tupet, by napisać takie zdanie – umieścić się pośród wielkich literatury polskiej (ale przecież nie tylko polskiej, bo w istocie europejskiej, światowej). Ale też tupet ten nie jest czymś nieuzasadnionym. Nawet gdyby Marta Kwaśnicka nie napisała tego zdania, skromnie udając, że nie dorasta do pięt wymienionym autorom, to i tak wpisuje się w ciąg sławnych polskich pisarzy, eseistów, ustawia w tej sztafecie pokoleń, która odbija trzymanymi w rękach zwierciadłami literatury (albo choćby drobnymi lustereczkami) odległe światełko, zapalone jeszcze w mrokach przeszłości.

Swoją nową książką Kwaśnicka udowadnia, że należy do pisarzy najlepszych, że jej znakomity debiut książkowy – „Krew z mlekiem” – nie był jedynie jednorazowym rozbłyskiem, po którym autorka już tylko odcina kupony od sławy, jaką on jej przyniósł, daremnie usiłując stworzyć coś równie oryginalnego. 

*
„Jadwiga” Kwaśnickiej to nie jest po prostu biografia królowej, chronologiczna opowieść o jej życiu. To raczej podróż w czasie i przestrzeni, nieustannie zmieniająca się perspektywa, skupianie się na jakimś szczególe związanym z królową albo na pozór odległym od Andegawenki (jak „Boska Komedia” Dantego), ale w taki czy inny sposób z nią powiązanym, a potem rzut oka na zapierającą dech w piersiach wizję wieków upływającej historii. Ten roller coaster jednak nie jest tylko szaleńczym pędem, nie jest chaotyczny (co zauważył o. Janusz Pyda w tzw. „blurbie”) i bezładny, jak przerzucanie na ekranie kolejnych stron komputerowych. To w rzeczywistości system wzajemnych powiązań, przenikań się, nakładań różnych rzeczywistości tworzących to, co nazywamy kulturą europejską. Jak zauważa bowiem Marta Kwaśnicka: „Kultura to wielki palimpsest, spod jednego wątku co chwila wyłania się drugi”. 

*
Czytając „Jadwigę” – podobnie zresztą, jak „Krew z mlekiem” tej samej autorki – czytelnik uświadamia sobie, że o cywilizacji europejskiej nie sposób mówić bez mówienia o Kościele, bez wspominania religii katolickiej i zainspirowanej nią literatury, sztuki, muzyki. To znaczy – można, ale wówczas obraz będzie fałszywy, niezgodny z rzeczywistością, wypaczony. Tak samo zresztą, gdyby pozbawiono go elementów związanych z kulturą antycznej Grecji i Rzymu. Europa to chrześcijaństwo. Bez niego Europy by nie było. A jeśli nawet, to słowo „Europa” znaczyłoby coś zupełnie, ale to zupełnie innego, tak jak zupełnie inny zespół skojarzeń nasuwa słowo „Azja” czy „Ameryka Południowa”. 

*
Po lekturze „Krwi z mlekiem” oraz „Jadwigi” można by nazwać Martę Kwaśnicką konserwatywną feministką, gdyby nie fakt, że takie określenie młodej polskiej eseistki mogłoby być mylące, a i chyba nie w smak samej autorce. W końcu przymiotnik „konserwatywny” niekoniecznie musi oznaczać przywiązanie do starych dobrych wartości, religii i tradycji konstytuujących Europę, ale może po prostu być rozumiany jako obstawanie generalnie przy zasadach, które przyświecały założycielom u początków danego ruchu – w tym przypadku feministkom. Jeśli jednak nasuwa się określenie „konserwatywna feministka”, to dzieje się tak dlatego, że Marta Kwaśnicka, chyba jak nikt inny dotąd w polskiej literaturze, pisze o roli kobiet w historii europejskiej cywilizacji. Pisze bowiem o kobietach, które zaważyły na losach nas jako Europejczyków i nas jako Polaków, które kształtowały naszą kulturę i nasze myślenie o świecie i rzeczach ostatecznych. Oczywiście w drugiej książce Kwaśnickiej tą główną bohaterką jest Jadwiga, ale też sporo miejsca poświęca autorka np. Katarzynie ze Sieny. W debiutanckiej książce była to hiszpańska mistyczka i poetka, sor Juana (siostra Joanna), angielska pisarka Jane Austin oraz rzeźbiarka La Roldana. Co ważniejsze, we wszystkich tych przypadkach autorka „Krwi z mlekiem” pisze o roli tych wybitnych kobiet w kontekście chrześcijaństwa, a więc niejako zadając kłam feministkom i szerzonej przez nich ideologii.

W „Jadwidze” jest zresztą osobny fragment poświęcony nowotestamentowej Marcie i Marii – „ikonom kultury”, jak je określa Kwaśnicka. A więc zagadnieniu jakiejś równowagi między życiem kontemplacyjnym a życiem czynnym, a może potrzebie wyeksponowania w pewnych czasach jednego kosztem drugiego. Tytuł znamienny – „Zbyt mało Marty”.

*
Lektura fragmentów o propagandzie antyjagielońskiej brzmi dziwnie znajomo, zwłaszcza na tle ostatnich wydarzeń politycznych. Wówczas w Europie też „troszczono” się o dobro Rzeczpospolitej, o „właściwego” władcę, pisano paszkwile. Zdarzali się i w samej Polsce tacy, którzy wpisywali się w ten chór.

*
Mam wrażenie, że Kwaśnicka pisząc o Jadwidze, zadaje jednocześnie fundamentalne pytanie o to skąd pochodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy. Pisząc bowiem o Jadwidze, pisze o Europie, o tym, co kształtowało cywilizację europejską, co stanowi naszą tożsamość. Te rozliczne powiązania i nawiązania, zarówno literackie, artystyczne i historyczne, mówią nam o tym, gdzie są tak naprawdę nasze korzenie, skąd powinniśmy czerpać ożywcze soki.

Przy lekturze „Jadwigi” przychodzi do głowy jeszcze jedna myśl, być może myśl banalna, ale jednak warta chyba odnotowania w czasach upadku kształcenia języków klasycznych – nie sposób pisać o Europie, o jej historii, o tradycji, bez chociaż powierzchownej znajomości języka łacińskiego, nie mówiąc już o języku greckim. Wystarczy bowiem stanąć w którymkolwiek bądź, liczącym kilka wieków, polskim kościele, by uświadomić sobie, że oto nagle jest tak, jakbyśmy znaleźli się w obcym kraju. Nagrobki, tablice pamiątkowe, napisy pod popiersiami mówią do nas językiem, którego nie rozumiemy, językiem, który przecież znajdziemy w kościołach, na zabytkach architektury, pomnikach i w nekropoliach całej Europy Zachodniej i który napotkamy na ziemiach zagrabionych dawnej Rzeczpospolitej. I nasuwa się pytanie: czy podróżując po Europie oglądamy więc ślady, resztki jakiejś wymarłej już cywilizacji czy może po prostu zaniedbaliśmy łączność z naszymi przodkami – tak jak zaniedbuje się odwiedziny u starszych krewnych – sprzeniewierzyliśmy się ich dziedzictwu? A może czas na kolejne odrodzenie albo – jeszcze lepiej – średniowiecze?

*
Tak, Marta Kwaśnicka pisząc o Jadwidze, pisząc o Andegawenach, pisząc o sporze między biskupem Stanisławem a Bolesławem Śmiałym, pisząc o „Boskiej Komedii” i o sieneńskich freskach, pisząc o początkach Uniwersytetu Jagielońskiego i o ceremoniale koronacyjnym, pisząc o „Akropolis” Wyspiańskiego i niezdarnej, chybionej scenicznej próbie interpretacji tego dzieła, pisze tak naprawdę o nas. Stawia przed nami ten ogrom, tę wielkość, tę wzniosłość i pyta: kim jesteśmy? Co z tego wszystkiego zostało?

Jak pisze sama autorka:

„Mam wreszcie czas, żeby znowu pójść na Skałkę, a potem na Wawel i stanąć przed Ołtarzem Królestwa Polskiego, przed lśniącą konfesją Stanisława, trumną, którą dźwigają anioły – i tam, wobec świętych i królów próbować spojrzeć na siebie ich siwymi oczami. Mury, arrasy, pomniki, turyści – cały kościół ciąży ku temu srebrnemu grobowi. Nawet światło zdaje się jakoś zapadać przed nim, zaginać. Także ja, kiedy tam jestem, staję się nareszcie tożsama ze sobą, pozbawiona złudzeń na swój temat, skruszona. Wawel jest również szkołą pokory”.

Marta Kwaśnicka, Jadwiga, Teologia Polityczna, Warszawa 2015.

czwartek, 28 stycznia 2016

Rośnie liczba męczenników za wolność i demokrację

Ostatnio rzadziej zaglądam do Internetu (z wyjątkiem tego bloga) i nie śledzę na bieżąco informacji, skupiając się na pracy. Zdarza mi się jednak natknąć przez przypadek, choćby sprawdzając pocztę w Internecie czy słuchając radia w samochodzie, na zjawiska kuriozalne. 

Parę dni temu słuchałem lokalnej audycji radiowej, w której jakiś młody człowiek prezentował chyba ulubione swoje utwory. Puszczano między innymi piosenkę zespołu Kobranocka, który grał w PRL-u w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Autorzy audycji zwracali uwagę na polityczne przesłanie tych piosenek i w pewnym momencie ów młody człowiek, który w czasach komuny musiał być co najwyżej paroletnim dzieckiem, a więc niewiele z otaczającej go rzeczywistości rozumiał, zauważył, że „niestety piosenki te stają się znowu aktualne” (cytuję z pamięci). 

Muszę przyznać, że cholera mnie wzięła, choć starałem się wrzucić na luz (jechałem przecież autem). Okazuje się, że oto rosną nam zastępy męczenników za wolność i demokrację, przypinają sobie oporniki (za które w czasach stanu wojennego można było dostać porządnie pałą milicyjną) i jakoś nie zauważają, że te swoje dyrdymały wygłaszają w prywatnym radiu, którego nikt nie cenzuruje, którego nikt nie zamierza zamykać i które m.in. puszcza takie właśnie durne wypowiedzi. Ci sami ludzie nie dostrzegają, że popisując się swoją „odwagą” i idąc na demonstrację jakiegoś KOD-u czy innego SZYFRU, mogą sobie do woli wykrzykiwać swój protest, wymachiwać obraźliwymi transparentami i nikt ich nie tylko wodą nie poleje z policyjnych armatek, nie mówiąc już o pałowaniu, ale nawet nie wylegitymuje. Przypomnę może owemu młodemu cymbałowi, że jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych można było trafić na tzw. „24 godziny” do aresztu za wyjście na ulicę z pustym transparentem w ramach happeningu Pomarańczowej Alternatywy.

Jakby tego mało było, ostatnio to właśnie minister tego niby zamordystycznego rządu, Patryk Jaki, skrytykował działania prokuratury, gdy policja wtargnęła do domu jakiegoś internauty naśmiewającego się z Andrzeja Dudy, i wygłosił pochwałę satyry politycznej i swobody wypowiedzi. Przypomniał przy tym, że takie, nieproporcjonalne do skali „przestępstwa”, absurdalne działania podejmowała policja w obronie byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Który to prezydent notabene chyba tych działań nie krytykował – w każdym razie nie przypominam sobie – a zrobił to jak najbardziej Andrzej Duda. 

Okazuje się jednak, że za wolność i demokrację „cierpią” nie tylko osoby indywidualne, ale nawet całe obszary biznesu! Oto jeden z popularnych portali w taki m.in. sposób ogłasza nowe inicjatywy ustawodawcze i podatkowe rządu: „Szykuje się skok na kolejną branżę”. Okazuje się, że ów rząd to nie tylko dyktatura, kaczystowscy siepacze, ale również kryminaliści! Ba! To rabusie niczym się nie różniący od gangsterów napadających na banki! „Skok” można bowiem zrobić na kasę, a słowo to użyte w tytule (nieprzypadkowo przecież, chyba że autor jest kretynem) kojarzy się niechybnie każdemu z wyrażeniem „skok na bank”. Tak więc problemem „tego kraju” nie są banksterzy, którzy czerpią kolosalne zyski z lichwy, ale rząd, który próbuje ich utemperować i wprowadzić jakąś normalność. Tak na poziomie językowym manipuluje się młodą (i nie tylko), niedouczoną z historii gawiedzią, która chciałaby sobie jeszcze pokontestować i mieć poczucie, że toczy jakąś walkę o szczytne hasła.

Tak, rośnie więc liczba ofiar kaczyzmu, rośnie w zastraszającym tempie liczba męczenników za wolność i demokrację. Może by tak zatem ich przyjaciele, równie zacięcie z Niemiec i pozostałych krajów Europy wspierający walczących z dyktaturą PiS-u, zaczęli wzorem lat stanu wojennego przysyłać im paczki? Ale co miałoby się w tych paczkach znaleźć? Żywność? Konserwy? Olej? Cukier? Powielacze? Może wytłaczarki do podziemnych wydań płyt Kobranocki? Tylko co na to Kobranocka?

środa, 27 stycznia 2016

Corner Shop: Radość czytania „Moby Dicka”

Dla kogoś, kto nie jest tzw. „nativem” ani kto nie spędził długich lat na studiowaniu w bibliotekach języka Szekspira, wypisując cierpliwie z zakurzonych słowników słówka i użyteczne zwroty, a przy tym nie ma jakiegoś wybitnego talentu językowego, lektura „Moby Dicka” w oryginale to dość karkołomne zadanie. Jednak cierpliwość jest w tym przypadku wynagradzana sowicie specyficznym i bardzo do mnie trafiającym humorem autora, objawiającym się już zresztą na samym początku tego arcydzieła literatury światowej. 

Utwór nasycony symboliką religijną, metafizyczną, od pierwszych stron sprawia na czytelniku wrażenie, że opowiadający czuje radość ze snucia swej opowieści, wręcz delektuje się nią. Są tutaj rozdziały, które same w sobie stanowią jakby osobne doskonałe całostki, choć jednocześnie będące integralną częścią tego sporego przecież woluminu. Stąd też czytelnik czuje przyjemność wracając do niektórych z nich i czytając je na nowo, tak jak się wraca do ulubionego wiersza. Przyjemność tę zwiększa jeszcze odkrywanie różnych szczegółów i nawiązań.

Polskiemu czytelnikowi, który musi dodatkowo zmagać się z trudnościami językowymi, to wszystko ułatwia współczesna technologia. Taki czytelnik jest w dużo lepszej sytuacji dzisiaj, niż był – powiedzmy – nawet 20 lat temu, kiedy musiał wertować tradycyjne słowniki i encyklopedie, a prawdopodobnie często skazany bywał na domysł. Wystarczy mieć pod ręką smartfona z wgranym dobrym słownikiem internetowym (albo nawet dwoma czy trzema) oraz dostępem do Internetu, by móc na bieżąco rozwiązywać napotykane trudności, a nawet znaleźć wskazówki co do lektury – np. anglojęzyczne blogi poświęcone arcydziełu Hermana Melville’a, interpretacje zwracające uwagę na istotne detale oraz odniesienia do innych dzieł czy nawet nagrania z lektury powieści, będące wskazówką co do wymowy co trudniejszych słów czy zwrotów. Oczywiście to wszystko nie zastąpi znajomości języka angielskiego na odpowiednim poziomie – lektura przerywana ciągłym wertowaniem słownika, nawet jeśli jest to najnowocześniejszy słownik elektroniczny, nie jest w końcu żadną przyjemnością, a może podziałać mocno zniechęcająco. Ale nawet przy pewnych brakach warto spróbować i – odrzucając pokusę ciągłego zerkania do słownika – czytać, domyślając się sensu nieznanych zwrotów, a sprawdzając co istotniejsze po skończonej lekturze kolejnego obszerniejszego fragmentu. „Moby Dick” z pewnością jest tego wart.

wtorek, 26 stycznia 2016

Taka zima...


Lubię zimę, obfite opady śniegu, szadź na drzewach i spadziste dachy domów pokryte mroźnym lukrem... A tymczasem piękna zima zamieniła się w niedzielę w typową dolnośląską i grypogenną ślągwę. Niestety! A więc przypomnienie zimy sprzed jakichś czterech lat.

niedziela, 24 stycznia 2016

Upamiętnić Czarnyszewicza

W 125. numerze „Arcanów” w dziale „Kanon” można znaleźć blok tekstów Czarnyszewicza i o Czarnyszewiczu. Ściślej – dwa listy autora „Nadberezyńców” do Marii Czapskiej poprzedzone krótkim wstępem Diany Maksimiuk, kilka listów do Józefy Radzymińskiej oraz teksty Macieja Urbanowskiego i Jarosława Szarka. Blok ilustrują dodatkowo zdjęcia. 

Muszę przyznać, że pierwszy list do Marii Czapskiej przeczytałem z prawdziwym wzruszeniem. Podobnie było z pozostałą korespondencją Czarnyszewicza, która przynosi miłośnikowi jego prozy garść informacji dotyczących zarówno samego życia autora, jak i tajników jego utworów. Można się z nich dowiedzieć, że np. pierwowzorem Wicika Żywicy była autentyczna postać i to na dodatek krewny samego pisarza – Witalis Czarnyszewicz. Choć z rozproszonych w listach Czarnyszewicza informacji można się domyślić, że autor wykorzystał kreując tego bohatera również swoje własne doświadczenia. Wiemy dzięki tym listom, że autor „Losów pasierbów” wahał się nad tym, czy przygody Żywicy mają się zakończyć tak, jak w rzeczywistości zakończyły się przygody jego brata stryjecznego czy inaczej (nie lubię zdradzać kluczowych szczegółów utworów literackich, więc nie będę pisał jaśniej – wciąż jest wielu czytelników, którzy prozy Czarnyszewicza nie znają).

Ciekawe są rozważania Macieja Urbanowskiego o Polaku-katoliku w powieściach Czarnyszewicza. Ci, którzy reagują alergicznie na samą taką zbitkę pojęciową, powinni koniecznie sięgnąć po ten szkic. Wystarczy dodać, że admiratorami „Nadberezyńców” byli i Józef Czapski, i Czesław Miłosz – a więc autorzy, którzy krytycznie podchodzili do tradycji narodowej i polskiego katolicyzmu.

Przejmujący jest tekst Jarosława Szarka, który wybrał się w podróż śladami Czarnyszewicza i jego bohaterów na tereny dzisiejszej Białorusi. Niewiele z tego wszystkiego zostało albo właściwe prawie nic. Dlatego ta nostalgiczna podróż, ilustrowana cytatami z prozy pisarza i zdjęciami Szarka, jest tym smutniejsza. Walec komunizmu dokonał zniszczeń straszliwych, z barwnego świata szlachty zagrodowej opisywanego przez autora „Nadberezyńców” pozostały właściwie już tylko jego powieści.

I właśnie tekst Szarka nasunął mi myśl. Autor wspomina w nim, że kiedy odwiedził Smolarnię, ktoś zaproponował mu kupienie jednego domu na daczę. A może byłaby szansa na powstanie jakiejś fundacji, stowarzyszenia czy czegoś podobnego, zgromadzenia pieniędzy i wykupienia nie jednego domu, ale całej Smolarni? Może na tej ziemi, która została odcięta – jak się wydaje już na wieki – od Rzeczpospolitej, byłaby szansa na stworzenie czegoś w rodzaju ośrodka kulturalnego i muzeum w jednym? Można by tam było wystawić pomnik samemu Florianowi Czarnyszewiczowi, upamiętnić bohaterów jego prozy, a może – kto wie? – zgromadzić eksponaty, które być może jakimś cudem się jeszcze gdzieś zachowały, a które świadczyłyby o przeszłości tych ziem, o życiu szlachty zagrodowej, ale także okolicznej ludności wiejskiej? Do takiego miejsca mogliby przyjeżdżać pisarze, artyści, turyści z Polski, ale i też z Białorusi. Taki ośrodek mógłby stać się również miejscem spotkania intelektualistów polskich i białoruskich.

Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji znaleźliby się ludzie z wizją, dysponujący odpowiednimi środkami finansowymi i siłą przebicia, którzy byliby w stanie również uporać się z białoruską biurokracją, a być może niechęcią tamtejszych władz? Czy same władze Rzeczpospolitej byłby chętne i skłonne wspomóc taką inicjatywę we wszelki możliwy sposób i upamiętnić wielkiego powieściopisarza?

czwartek, 21 stycznia 2016

Swój Żyd

Nic mnie tak nie rozbawiło z wydarzeń politycznych, jak pewien polski Żyd, publicysta i historyk (a może raczej „histeryk”) fotografujący się z kartką „najgorszy sort Polaków”. Ów pan publikuje książkowe paszkwile na Polskę i Polaków, więc kartka jak najbardziej była na miejscu. Nasz „wybitny” historyk (histeryk) podsumował bowiem swoją działalność dwojako. Przede wszystkim przywołał słowa Jarosława Kaczyńskiego, który używając określenia „najgorszy sort Polaków”, mówił po prostu o zdrajcach Polski. A więc równie dobrze mógłby się ów publicysta sfotografować z kartką: „zdrajca Polski” albo np. „kolaborant”. Niezła samokrytyka! Drugi aspekt tej całej sprawy jest taki, że jeśli ten pan nie zdaje (lub nie zdawał) sobie sprawy z faktu, w jakim kontekście zostały cytowane przez niego słowa użyte, to zdjęcie kapitalnie podsumowuje jego publicystykę historyczną i „solidną” weryfikację źródeł. Słowem – gorzej już sobie w stopę strzelić chyba nie można.

Nie pisałbym może o tym wszystkim – tym bardziej że owa fotografia jest chyba jeszcze z końca zeszłego roku – gdyby nie fragment omawianej przeze mnie na tym blogu poruszającej powieści Floriana Czarnyszewicza „Losy pasierbów”. Warto chyba przytoczyć ten passus z wypowiedzią polskiego Żyda – mniejsza w tej chwili, na ile bohater powieści mówi to wszystko szczerze – sama wypowiedź bowiem charakteryzuje pewną postawę, z którą niestety spotykamy się także i dzisiaj, i nie tylko po stronie polskich Żydów. Jak widać od prawie wieku niewiele się zmieniło:

„Ja szczerze kocham polski naród i jego Bóg Jezus Chrystus. I tutaj, i w kraju. Ja nie jestem, proszę państwa, z takich Żydy, co wyjechawszy za granicę, na polskie ojczyznę psy wieszają, wimiszlając, że ona im nie chciała sprzedać chleba. Że robiła pogrom, że nie dawała żyć. To nie jest prawda. Ja zawsze się pitam takich sobaki, dlaczego to w Polskie jest tyle Żydy co w cała Europa? Dlaczego to tam, gdzie jest źle, żyje dużo Żydy, a tam gdzie dobrze – mało? Jak to może być? Musić to nieprawda. Musić w Polsce lepiej było, jeśli do niej zjechali się Żydy z inne kraje.
A za tę dobroć nie wolno płacić złem. Trzeba zawsze mieć w pamięci, że mi w Polskie się urodzili, że polska baba nam bieliznę pierze, wodę na wysokie piętro nosi i kury hoduje, sama przymierając z głodu, a chłop drzewo rąbie, wilki zabija, broni nas od bandyty, od Szwedy, od ruskie czarne sotnie, od Kozaki zaporoskie i od wszelka inna wredna swołacz. Więc jeśli który w złości powie na nas pogane słowo lub zamiast w nasze ławkie, kupi coś w kooperatywa – to za to nie ma się co gniewać”.
(Florian Czarnyszewicz, Losy pasierbów, LTW, Łomianki 2015, s. 83.)

środa, 20 stycznia 2016

Losy Nadberezyńców – nasze losy

Dawno nie drżałem tak bardzo o los postaci literackiej, jak w przypadku Zygmunta Dub-Dubowika, bohatera powieści „Losy pasierbów” Floriana Czarnyszewicza.

Książka ta – jak to określa się w języku angielskim – to istny „page-turner”, od którego siłą i groźbą trzeba odrywać. Dziwi więc niska ocena tej powieści przez krajana Czarnyszewicza – M.K. Pawlikowskiego – jedynym wytłumaczeniem jest chyba tylko zwykła zazdrość drugiego pisarza, bo inni krytycy wysoko oceniali walory tego utworu autora „Nadberezyńców” (choć z drugiej strony Pawlikowski wychwalał właśnie „Nadberezyńców”).

Florian Czarnyszewicz daje w swoim utworze przejmujący obraz polskiej emigracji zarobkowej w Argentynie. Śledzimy losy, wspomnianego już wyżej, Zygmunta Dub-Dubowika – polskiego żołnierza, byłego uczestnika wojny polsko-bolszewickiej i uciekiniera z terenów dawnej Rzeczpospolitej, które po traktacie ryskim przypadły bolszewikom w udziale – oraz jego rodziny od momentu przybycia do Ameryki Południowej pod koniec lat dwudziestych. Jak zauważa Maciej Urbanowski w posłowiu, jest to „zamknięcie swego rodzaju tetralogii, jaką stanowią »Nadberezyńcy« (1942), »Wicik Żywica« (1953) oraz »Chłopcy z Nowoszyszek« (1963)”. Jest bowiem Zygmunt krajanem tytułowych bohaterów wymienionych książek.

Przedstawia przy tym autor „Nadberezyńców” bogatą panoramę różnych postaci i charakterów – od najpodlejszych kanalii i szumowin, poprzez zwykłych, niczym szczególnym nie wyróżniających się emigrantów, bezrobotnych i bezdomnych usiłujących radzić sobie w nowej sytuacji, aż po ludzi prawego charakteru, gotowych pomóc bliźniemu i w trudnych warunkach zachowujących godność i szlachetność postępowania. Uderza też w książce bogactwo i różnorodność języka, która odzwierciedla rozmaitość typów ludzkich i narodowościowych. Bohater napotyka bowiem nie tylko rodaków z obszarów dzisiejszej Białorusi – Polaków i Białorusinów, ale też Ukraińców, Chorwatów, rdzennych Argentyńczyków, Rosjan i Żydów.

„Losy pasierbów” powinni przede wszystkim przeczytać wszyscy ci, którzy czytali „Trans-Atlantyk” Gombrowicza. Nie tylko z tej racji, że akcja powieści Czarnyszewicza rozgrywa się w Argentynie, ale także z tego powodu, że odmienne jest i doświadczenie literackich postaci w tej powieści, jak i odmienne nastawienie do spraw związanych z Polską, religią, tradycją. Utwór Czarnyszewicza to przede wszystkim gorzki obraz ciężkiej doli emigrantów z Polski, dla których Ojczyzna nie znalazła miejsca i którym nie potrafiła pomóc, a którzy w nowych, obcych warunkach usiłowali, często z ogromnych trudem, utrzymać się na powierzchni, urządzić sobie życie na obczyźnie ciężką, wyczerpującą pracą.

Można się domyślić, że sporo tutaj przetworzonych doświadczeń samego autora, który przecież też pracował w rzeźni, jak przez pewien czas jego bohater, a więc ponownie – jak w „Nadberezyńcach” i „Wiciku Żywicy” tego samego autorstwa czy w cyklu powieściowym M.K. Pawlikowskiego – nadaje to jego utworowi rangę autentyzmu. I podobnie, jak w przypadku „Wicika Żywicy”, można powiedzieć, że powieść ta jest jak najbardziej na czasie, jeśli wziąć pod uwagę tę ogromną – przytłaczającą wręcz – masę polskich emigrantów zarobkowych – choć warunki, styl życia i niebezpieczeństwa, na jakie napotykają, a także kraje docelowe się zmieniły.

Nie zmieniło się jednak jedno – pokusa wtopienia się w krajobraz, porzucenia swoich zwyczajów, religii i zasad moralnych. Czarnyszewicz daje żywy obraz m.in. tej grupy emigrantów, którzy zdołali się w Argentynie „ustawić”, a jednocześnie bardzo szybko zaczęli się odnosić z pogardą do zwyczajów przywiezionych z Polski. Degrengolada moralna kusi bohaterów powieści błyskotkami i blichtrem życia ułatwionego. Niektórzy się jej poddają. Inni podejmują próbę walki z nią mniej lub bardziej poradnie. Jeszcze inni po prostu się jej opierają, nie dając się zwieść żadnej „synczyźnie” ani po prostu zwykłemu prostytuowaniu się.

Co gorsza – Zygmunt, ku swojemu zdumieniu, spotyka na ziemi argentyńskiej swoich zaciekłych wrogów – bolszewików. I – podobnie jak tamci w Polsce i na ziemiach utraconych na rzecz Związku Sowieckiego – są oni gotowi uciec się do najpodlejszych czynów, nawet do zbrodni, byle pozbyć się swojego przeciwnika. A spotyka ich wśród krajan, wśród ludzi, którzy podobnie jak on wyemigrowali w poszukiwaniu lepszego życia.

Konstrukcja powieści jest w pewnym sensie na wskroś nowoczesna, z jej otwartym zakończeniem, przypominającym zakończenia filmów hollywoodzkich – niby rozstrzygającym, ale niedopowiadającym, dającym możliwość rozwinięcia tematu w kolejnym tomie. Taką możliwość dają też różne poboczne wątki, a więc pozwala to domyślać się, że autor planował w przyszłości powrót do swoich bohaterów albo nawiązanie do ich losów, tak jak uczynił to w „Wiciku Żywicy”, w którym powracają bohaterowie jego „Nadberezyńców”. Niestety (albo – stety) te niedopowiedzenia pozostawiają już tylko pole do popisu wyobraźni czytelnika, gdyż autor po „Losach pasierbów” napisał jeszcze tylko jedną powieść, ale ponownie dziejącą się na zagrabionych terenach I Rzeczpospolitej. Kto wie, gdyby nie ciężka praca w rzeźni, gdyby nie trudne warunki życia, gdyby miał możliwość poświęcenia się jedynie pracy literackiej, być może pisarz dałby nam kolejny tom „Losów pasierbów” albo nawet serię powieści przedstawiających losy Kozyra, tajemniczego polskiego policjanta w argentyńskiej służbie, panów z polskiego Towarzystwa, Żyda Szmulki i innych postaci, które się przez omawiany utwór przewinęły? A może po prostu chciał, aby już takie ich losy pozostały – niedopowiedziane, nieodgadnione, tajemnicze – jak losy ludzi, których tylko na chwilę spotykamy w swoim życiu, by ich już nigdy więcej nie spotkać ponownie, nawet jeśli przez jakiś czas byli nam dość bliscy?

*
Ze staroświeckiej czarno-białej fotografii na skrzydełku okładki „Losów pasierbów” patrzy na mnie szczupły mężczyzna w garniturze. Przystrzyżone wąsy, chuda twarz, starannie przyczesane krótkie włosy... Gdyby ta fotografia znalazła się jakimś przypadkiem wśród moich rodzinnych zdjęć, w pierwszej chwili pomyślałbym, że to dziadek ze strony mojej Mamy. Potem, przyglądając się uważniej, dostrzegając pewne różnice w fizjonomii, może doszukiwałbym się w tej postaci brata dziadka, którego nie miałem okazji poznać. Nie wiem, czy to znak czasów, po prostu ślad epoki – jej stylu czy po prostu jakaś charakterystyczna dla Kresowiaków cecha w rysach twarzy. Mój dziadek zresztą nie pochodził z terenów obecnej Białorusi, ale obecnej Ukrainy. W każdym razie jest mi przez to Czarnyszewicz jakoś jeszcze bliższy. A w czasie ostatniego rodzinnego spotkania wujek ze strony mojej żony wspomniał o bracie jej dziadka, który wyemigrował właśnie do Argentyny. Tak więc to wszystko się jakoś zapętla, nakłada, łączy... Nasze losy, losy Polaków... Nasza tożsamość, miejsca, z których pochodzimy, gdzie mieszkały pokolenia naszych przodków, miejsca, które obrosły legendą i które zostały utracone...

Florian Czarnyszewicz, Losy pasierbów, LTW, Łomianki 2015.

piątek, 8 stycznia 2016