sobota, 1 grudnia 2012

I tak oto Boguś przestał być bohaterem

A mogło być przecież tak pięknie! Boguś jako Franz Mauer, który z giwery grzeje do obrzydliwego esbeckiego konusa Mariana. Tyle tylko, że Franz Mauer też esbekiem był. Albo złą kobietą może, bo już nie pamiętam. A tak... eh! No cóż... Ani Kmicic, ani Franz Mauer... Więc kto?
Chcieliście bohatera, to macie! He, he...

wtorek, 27 listopada 2012

Bronię Mariana Opani i jestem lesbijką

Nie trzeba zbyt wiele, by zostać bohaterem prawicowych salonów. Nie trzeba również za dużo, by narazić się na szyderstwa i kpiny konserwatywnych blogerów.

Aby stać się bohaterem, nad którego słowami będą się rozpływać w zachwytach wszystkie prawicowe strony, wystarczy tyle, co splunąć – a właściwie splunąć, skrzywić się i wycedzić szyderczo: „Władek, nie chce mi się z tobą gadać”. A po chwili dodać przez zaciśnięte zęby: „Władek, co ty, kurwa, wiesz o robieniu filmów?” I potem: otwierasz lodówkę, a tu Boguś. Idziesz do łazienki, a tu Boguś. Otwierasz samochód, a tu Boguś. Odbierasz telefon, a tu Boguś. Idziesz do łóżka, a tu…

Aby natomiast stać się obiektem drwin, kpin, obelżywych komentarzy, wystarczy… tak, dokładnie tak! Wystarczy splunąć, skrzywić się i wycedzić szyderczo: „Antek, nie chce mi się z tobą gadać”. A po chwili dodać przez zaciśnięte zęby: „Antek, co ty, kurwa, wiesz o robieniu filmów?” I potem: otwierasz lodówkę, a tu Marian. Idziesz do łazienki, a tu Marian. Otwierasz samochód, a tu Marian. Odbierasz telefon, a tu Marian. Idziesz do łóżka, a tu…

No tak, tak to już jest w tym naszym prawicowym i dusznym grajdole, do którego z przyjemnością zagnały nas różne szczwane lisy wołając: „Taś, taś, taś!”

U nich zresztą, aby zostać bohaterem trzeba… również tyle, co nic.

Dowiedziałem się otóż ostatnio z pewną taką nieśmiałością, przypadkiem podnosząc w czyjeś łazience lekturę toaletową, że jestem… lesbijką! Mianowicie owa wyświechtana toaletowa gazeta donosi dużym czerwonym drukiem, że aż „43 proc. lesbijek na wsi przynajmniej raz w życiu poczuło się obrażone przez swoje otoczenie nieprzyjemnymi docinkami i wyzwiskami”. Osłupiałem. Zacząłem sobie przypominać, ile to razy moje otoczenie obrażało mnie nieprzyjemnymi docinkami i wyzwiskami. Z bólem i ze łzami w oczach przywołałem z pamięci, jak to kpiono i drwiono z mojej fryzury w szkole średniej, gdy usiłowałem się upodobnić do Grzegorza Ciechowskiego. Albo na ile pełnych cierpienia chwil byłem narażony, gdy obiektem szyderstw stały się moje odstające uszy. Tłumiąc szloch, spojrzałem z niepokojem na kolejną bijącą po oczach czerwienią informację: „10 proc. doznało przemocy fizycznej”. Próbowałem kurczowo się bronić przed tą prawdą, ale moje wątpliwości topniały z sekundy na sekundę. Do tej pory drżę bowiem na myśl o ciosie w nos, jaki wymierzył mi Zdzisiek z czwartej klasy podstawówki. Albo czerwienię się ze wstydu, gdy przypomnę sobie ten lewy sierpowy, jakim powalił mnie Antek w trzeciej klasie szkoły średniej, gdy dowalałem się do jego dziewczyny! Ostatnie złudzenia rozwiało to: „39 proc. lesbijek z małych miejscowości nigdy przed nikim nie ujawniło swojej orientacji seksualnej”. Rzuciłem się na podłogę i zaszlochałem: „Tak, tak! Nie mogę tego dłużej ukrywać przed sobą: JESTEM LESBIJKĄ!!!”

poniedziałek, 29 października 2012

Z życia mikrobów XXI - Historyk, a może histeryk albo zwykły łgarz

Kłamią polscy dziennikarze i komentatorzy życia publicznego. Kłamią polscy politycy. Dlaczego jednak kłamie – mówiąc o polskich sprawach – pewien brytyjski historyk, a może histeryk? Jaki ma w tym interes? Oto, wymyślił sobie początek filmu „Mgła”, początek, który w filmie nie istnieje. I ponoć pokazywał go w Oxfordzie. Sam go sobie nakręcił?

Nakręcił, pokręcił czy po prostu wrednie kręci licząc na to, że i tak większość czytelników nie wie, nie sprawdzi, nie obejrzy, a uwierzy mu na słowo honoru? Ale co to za honor? I czy warto wierzyć w inne jego historie o dawnych dziejach, skoro o tym, co teraz, nie potrafi powiedzieć uczciwie kilku słów prawdy?

czwartek, 4 października 2012

Rzeczywistość jak sowieckie zdjęcie

W miniony piątek słuchając rano wiadomości w II Programie Polskiego Radia przypomniałem sobie o wystawie, jaką niegdyś oglądałem we Wrocławiu. Była to ekspozycja przedstawiająca komunistyczne zdjęcia propagandowe oraz chwyty stosowane przez tę propagandę, by wyeliminować niepożądane elementy. Na kolejnych grupowych fotografiach Komitetu Centralnego można było oglądać, jak znikali przedstawiciele bolszewickiej wierchuszki, którzy popadali w niełaskę. Po prostu starannie retuszowano miejsca, w których stali, zacierając pamięć o ich istnieniu. Eliminowano ich fizycznie nie tylko w realnym życiu, ale również na papierze. Likwidowano jakikolwiek ślad ich egzystencji.

Otóż wiadomości w II Programie Polskiego Radia przypominały mi dokładnie te zabiegi sowieckiej propagandy. Jadąc samochodem byłem w szoku, choć chyba już dawno powinienem się był przyzwyczaić. Jakaś magiczna gumka-myszka cenzora starannie oczyściła ze zbędnych elementów obraz ostatnich wydarzeń związanych ze skandalem ekshumacji. Ostre kanty zniknęły. Żeby jednak nie było nadto różowo, ostało się złowrogie milczenie szwarccharaktera mediów głównego nurtu… Kogo? Tak, tak, zgadliście – Jarosława Kaczyńskiego!

Wstrząsające było to, że w dobie istnienia różnych mediów – ponoć „niezależnych” – owe „wiadomości” były tak jednostronne, jakby Polskie Radio stało się tubą propagandową rządzącej partii. Nie przedstawiono w ogóle przeciwnego punktu widzenia! Mimo że relacji z Sejmu poświęcono dość sporo czasu, jak na krótką formę takich (dez)informacji, to nie znalazł się choć jeden fragment wypowiedzi opozycji. Ba! Chociaż np. syn Anny Walentynowicz w ostrych słowach skomentował wypowiedź prokuratora generalnego (nazywając go wprost „kłamcą”), to nic z tego nie pojawiło się w prezentacji zeszłotygodniowych wydarzeń. A przecież chyba dziennikarzy powinno zainteresować, jakie są odczucia rodzin osób, które zginęły w katastrofie smoleńskiej! (I których pan premier tak ładnie przeprosił słowami, które można by streścić mniej więcej tak: „Ja was bardzo przepraszam. Powinniście się jednak wstydzić!”) Okazuje się, że ich to jednak zupełnie, ale to zupełnie nie obchodziło. Ostało się jedynie to wspomniane złowrogie milczenie Prezesa.

W poniedziałek rano nie było lepiej. Już na wstępie dowiedziałem się, że propozycja zgłoszenia kandydata na premiera przez PiS została potraktowana w „kategorii żartu”. Przynajmniej takie mniej więcej słowa zapadły mi w pamięć. A przecież o tym kandydacie wówczas nie wiedziano nic!

Nie śledzę w ostatnim okresie uważnie medialnych doniesień. Nie mam na to po prostu czasu. Jednak obraz mediów głównego nurtu, jaki kształtuje się w mojej wyobraźni na podstawie sporadycznych moich z nimi zetknięć, jest tragiczny. Na szczęście istnieje jeszcze strefa wolnego słowa w Internecie. Tam można skonfrontować, jak np. naprawdę wyglądała ostatnia demonstracja w Warszawie i porównać to z tym, co pokazują oficjalne przekaziory.

Co jakiś czas słyszę w II Programie Polskiego Radia upomnienia i nawoływania do płacenia abonamentu. Byłem i jestem przeciwnikiem komercjalizacji publicznych mediów, gdyż uważam, że nie będą one nadawały wielu pożytecznych i ciekawych audycji, dbając bardziej o zarobek niż o szerzenie kultury. Nie zamierzam jednak płacić ani grosza na radio, które serwuje mi obraz przypominający bardziej wyretuszowane sowieckie zdjęcie niż rzetelną próbę odzwierciedlenia rzeczywistości.

W zasadzie ten tekst powinien był pojawić się tydzień temu, ale nie było kiedy go dokończyć. W międzyczasie zresztą było tyle fascynujących wydarzeń. Ot, choćby pewien ślub czerwonej księżnej czy może innej baronowej. Bo dochowaliśmy się już czerwonej arystokracji. Tak, tak, transformacja zakończyła się pełnym sukcesem! Nie jest to może jeszcze ślub na miarę ślubu księcia Williama, ale poczekajmy jeszcze trochę. Już teraz możemy im skoczyć. I oni dobrze to wiedzą. I dobrze by było, żebyśmy i my zdawali sobie z tego sprawę.

PS
Wykasowałem linki na moim blogu do II Programu Polskiego Radia. Ani złotówki dla nich dopóty, dopóki nie staną się naprawdę publicznym radiem.

piątek, 21 września 2012

O dwóch kontemplacjach

Czytam w wolnych chwilach (których tak mało, zbyt mało!) książkę amerykańskiego pisarza katolickiego o podróży duchowej. Autor dość obficie cytuje wielkich doktorów Kościoła, wybitnych mistyków, świętych… jednym słowem – postaci nietuzinkowe, które pozostawiły po sobie ważny ślad, a także wskazówki dotyczące drogi do Boga. Jest to swego rodzaju „mapa drogowa”, którą tworzy zbiór tekstów, jakie na przestrzeni wieków stworzyli wspomniani doktorzy Kościoła – kobiety i mężczyźni. Autor książki podkreśla niezwykłą spójność ich nauki, pozwalającą mu naszkicować ową dość szczegółową mapę niełatwego, ale prowadzącego do prawdziwego szczęścia szlaku.

Notabene, uświadomiłem sobie przy okazji, że chyba tutaj widać najlepiej, jak ważną rolę pospołu z mężczyznami pełnią kobiety. Ich wkład w dziedzinę duchowości zdaje się przewyższać to, co zdołały wnieść w innych sferach. A jest to wkład najważniejszy. Czyż może być coś ważniejszego od kontemplacji oblicza Boga?

A więc czytam sobie tę książkę i jakoś tak zapragnąłem sprawdzić, czy bym nie znalazł Kazań o Pieśni nad pieśniami św. Bernarda z Clairvaux, które są przez autora często przytaczane. Ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu dowiedziałem się, że nie istnieje polski przekład tego ważnego dzieła. Pożałowałem z miejsca, że nie przyłożyłem się do nauki łaciny, kiedy miałem tę możliwość i ze smutkiem pomyślałem, jak bardzo brak znajomości języka starożytnych Rzymian upośledza, odcina od skarbca dziedzictwa europejskiego. Zwłaszcza, że zbiór tekstów św. Bernarda jest dostępny w Internecie właśnie w języku łacińskim.

Tak się złożyło, że wracając późnym wieczorem do domu wysłuchałem w radiu fragmentu audycji kulturalnej, w której grono bliżej mi nieznanych pań (po nazwisku rozpoznałem tylko jedną) dyskutowało z ożywieniem jakąś pornograficzną lub na wpół pornograficzną powieść, właśnie wydaną w trzech tomach i dostępną w postaci e-booka, ponoć sprzedającą się na świecie jak świeże bułeczki. I teraz te tomy doczekały się lub doczekają – nie pomnę – w całości polskiego wydania. Niektóre panie nieco wybrzydzały, że to taki fastfood, że literacki hamburger, ale zdawały się być zafascynowane i dalejże przytaczać inne „dzieła” literatury erotycznej już przełożone na polski, na których lekturę rośnie ponoć apetyt przy zetknięciu z ową szmirowatą powieścią. A był wśród nich jakiś gruby komiks wypełniony sprośnymi rysunkami i jakieś tym podobne utwory, które rzekomo czytają ukradkiem szacowne mamuśki, gdy ich dzieci tego nie widzą, a postać e-booka pozwala im zdobywać owe jakże intrygujące perełki literatury bez rumienienia się przy kasie. Słuchałem momentami tych radosnych wywodów z pewnym zażenowaniem, a nawet wstydem. Panie dyskutowały sobie o tym wszystkim tak, jakby to było coś naprawdę frapującego, niezwykłego, jakby na przykład mówiły o egzotycznej podróży, a w rzeczywistości opowiadały o zwykłym świntuszeniu i tym świntuszeniem się tak podniecały, jak nastolatki oglądające ukradkiem w atlasie anatomicznym narządy płciowe. Momentami wręcz wygadywały jakieś wierutne bzdury, których nawet nie chce mi się tutaj przytaczać ani analizować.

I tak sobie jakoś potem z przygnębieniem uświadomiłem, że teraz to już ludzkość nie tyle nawet zajmuje się kontemplacją własnego pępka, co wręcz kontemplacją własnego… Eh!

Można by zawołać: O tempora! O mores! Chyba lepiej jednak zacząć powtarzać: rana, ranae, ranae, ranam…

czwartek, 20 września 2012

Autorzy, których nigdy nie przeczytam – Jerzy Pilch

Są tacy autorzy, których książek nigdy pewnie nie przeczytam. Nie, nie dlatego, że nie mam na to czasu. Z drugiej strony, gdybym wygrał w totolotka (raczej marne szanse, bo nie kupuję losu, choć przekupić los byłoby niezłą sprawą), to może, może – ale nie na pewno – poświęciłbym im parę chwil z nudów, by się przekonać, czy mam rację. A więc są tacy autorzy, którzy marne szanse mają na to, że wcisną mi swój produkt, choć ich nazwiska bywają głośne, budzą „kontrowersje”, są uznawane za wybitne zjawiska lub znajdują się na pierwszych miejscach list bestsellerów. Dlaczego? Ano dlatego.

Przypadek I – Jerzy Pilch. Z autorem tym zetknąłem się – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – na łamach nieświętej pamięci „brulionu”. Był to fragment jakiejś prozy. Chyba jednej z głośnych książek tego autora. Czytałem to i ziewałem czekając z niecierpliwością końca, a w zasadzie to wcale mnie nie interesowało, jaki ten koniec będzie i czy w ogóle. Było to jakieś silenie się na dowcip przez kogoś, kto nie ma poczucia humoru, jakieś próby baletu podejmowane przez hipopotama. Toteż dziwiło mnie, że nazwisko Pilcha stawało się coraz głośniejsze. Powodu zrozumieć nie byłem w stanie. A potem wyjechałem na parę lat na obczyznę. Kiedy wróciłem, Pilch był już uznanym autorem. O Pilchu się mówiło. Pilcha się czytało. Na podstawie Pilcha nawet się zrobiło film. Jednak ja pamiętałem tamten nieszczęsny fragment i po Pilcha sięgnąć jakoś nie czułem potrzeby. A utwierdzały mnie w tej niechęci czytane omówienia i recenzje.

Później jakoś się tak złożyło, że w swojej naiwności uwierzyłem (choć szybko się przekonałem, że to nieprawda), że gazeta „Dziennik” może się stać prawicową alternatywą (o słodka naiwności!) dla pewnego arcyliberalnego brukowca dla intelektualistów i siłą rozpędu ją kupowałem. Kupując więc dziennik „Dziennik” ze zdziwieniem dowiedziałem się, że na jego łamach felietony będzie zamieszczać Jerzy Pilch. Ze zdziwieniem, bo jakoś wciąż nie wierzyłem w wybitność autora. Stwierdziłem, że wobec tego będzie to okazja przekonać się, czy ów pisarz jest czegoś wart. Próby czytania tych tekstów utwierdziły mnie tylko ponownie w moim mniemaniu. Z felietonem miały one niewiele wspólnego. Bo zamiast lekkości listka miały ciężar szkolnego wypracowania z trudem i na siłę napisanego. A przy tym sprawiały wrażenie, że oto stary nudziarz pozuje na śmiesznego trefnisia. Zapamiętałem z nich tylko jakże „subtelne” słowo „Kaczor” oraz mgliste wyobrażenie jakichś nudnych dywagacji na temat footballu (w tym drugim przypadku mogę być niesprawiedliwy, bowiem piłkę kopaną generalnie uważam za nudziarstwo).

I znów upłynęło nieco czasu. Jadąc samochodem i słuchając Dwójki usłyszałem fragment „Dziennika” Pilcha. Znakomicie czytany przez jednego ze znanych aktorów. Cóż z tego, że znakomicie, skoro to wszystko zajeżdżało popłuczynami po Gombrowiczu. Gombrowiczem Pilch mówił nie mówiąc przy tym nic oryginalnego. I znów to silenie się na dowcip, ten balet hipopotama. Jakieś pitolenie o butach czy innych skarpetkach. Moje rozdrażnienie narastało i już wiedziałem, że choćby mi za czytanie Pilcha dodawali ekskluzywne wydanie „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, to na takie męki i udręki dobrowolnie nie pójdę i już!

A przed paroma dniami przeczytałem na łamach „Uważam Rze” recenzję wspomnianego dziennika. Recenzję napisał Andrzej Horubała. I okazało się, że Horubała mówi to, co sam już wcześniej sądziłem – że Pilch nie ma mi nic, ale to nic sensownego do powiedzenia. I że szkoda na niego mojego czasu i pieniędzy. A następująca uwaga przyjaciela Horubały, utwierdziła mnie tylko raz jeszcze i chyba ostateczny w moim przekonaniu:

Mój przyjaciel ze śmiechem mówi, że Pilch to fenomen pisarza, który pisze, pisze i pisze, i im więcej pisze, tym bardziej widać, że nie ma kompletnie nic do powiedzenia.

Wprawdzie Horubała mnie zaskoczył wspominając o Pilchowym „dowcipie”, „łatwości” czy „felietonowości jego talentu”, których ja akurat u autora „Spisu cudzołożnic” nie dostrzegałem ani krztyny. Skąd ta opinia Horubały? Nie mam pojęcia. W końcu nic poza krótkimi fragmentami pana Pilcha nie czytałem. A może jako papista nie łapię luterańskiego poczucia humoru? Ale w końcu de gustibus est non disputandum.

Jedyne co w tej całej sprawie cieszy, to powrót tekstów krytycznych Horubały na łamy tygodnika. Znów w dziale kultury „Uważam Rze” zrobiło się ciekawie, kontrowersyjnie i ostro.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

środa, 19 września 2012

Anonim Grzegorz Braun

To, co działo się wczoraj na Powązkach, jest kolejnym przykładem tego, w jakiej sytuacji znajdują się polskie media. Całkiem niedawno opisywałem na przykładzie koncertu pewnej gwiazdki, jak różny obraz rzeczywistości wyłania się z „przekaziorów” głównego nurtu, gdy skonfrontujemy go z tym, jaki przedstawiają media niezależne, działające głównie w Internecie, wykorzystujące istniejącą tu jeszcze strefę wolnego słowa.

Mając chwilę czasu w przerwie w pracy, zajrzałem wczoraj na znane mi portale, by dowiedzieć się, co w trawie piszczy. I przeczytałem o kolejnej odsłonie dramatu smoleńskiego – ekshumacji na Powązkach. Okazało się, że właśnie mniej więcej w tej samej chwili, kiedy czytałem te wiadomości, doszło tam do incydentu – zatrzymania przez służby mundurowe niezależnego reżysera Grzegorza Brauna. Autor „Marszu wyzwolicieli” wraz z Ewą Stankiewicz zamierzał udokumentować przebieg ekshumacji, co też robił poprzedniego dnia w Gdańsku. Notabene jestem ciekaw, ilu dziennikarzy stacji telewizyjnych i gazet wpadło na ten sam pomysł? Cała sprawa jest przecież skandaliczna. Rodziny osób, które zginęły w Smoleńsku, do tej pory – dwa lata po! – przeżywają horror związany z tamtymi wydarzeniami. Okazuje się, że państwo polskie, które ponoć „zdało egzamin” w tamtych dniach, nie wywiązało się tak naprawdę ze swoich obowiązków i dopuściło do wątpliwości, czy w danym grobie faktycznie spoczywają doczesne szczątki rzekomo pochowanej tam ofiary katastrofy prezydenckiego samolotu. A dowiadujemy się, że szykują się kolejne ekshumacje. Piszę „państwo polskie”, a tak naprawdę pod tą enigmatyczną nazwą kryją się konkretne nazwiska, konkretni urzędnicy, konkretni politycy, którzy zapewniali nas o zachowaniu stosownych procedur, przekopaniu terenu w głąb na ileś tam metrów czy centymetrów i z dumą mówili o „zdawaniu egzaminu”.

Wróćmy jednak do sprawy Grzegorza Brauna. Otóż zaintrygowany sprawą zatrzymania znanego bądź co bądź reżysera postanowiłem dowiedzieć się więcej. Przeszukałem inne prawe portale. Oczywiście o incydencie informowały m.in. Fronda, niezależna.pl, Gość Niedzielny (który zamieścił krótki filmik ze zdarzenia), Wpolityce.pl. Wkrótce też ukazały się tam wywiady z autorem „Eugeniki”. Dowiedziałem się z nich, że samochód, w którym trzymano reżysera, zablokowali stojący pod cmentarzem ludzie, wśród nich posłowie. Obawiano się, że ponownie będzie się usiłować wrobić Brauna w „napaść” na policjanta. Od kilku lat toczy się we Wrocławiu proces w tej sprawie. Ten kontrowersyjny reżyser jest przecież istnym supermenem, lepszym od Arnolda Schwarzeneggera i Sylvestra Stalone razem wziętych, który w szale wojennym potrafi rozgromić cały oddział „wykonujących tylko swoje obowiązki” strażników ładu i porządku publicznego.

Poczytawszy, co tam było, postanowiłem skonfrontować to z relacjami na trzech głównych polskich portalach informacyjnych. Na pierwszym z nich (nazw podawać nie będę, bo nie zamierzam robić im reklamy) znalazłem krótką sesję zdjęciową z niewiele dłuższym opisem. Autora zdjęć wyraźnie interesowały takie ujęcia, by pokazać trzymany przez jednego z „oszołomów” krzyż. Znalazły się też zdjęcia Anny Fotygi i Antoniego Macierewicza stojących przed policyjnym wozem. Była również informacja o zatrzymaniu jednej osoby, ale bez podawania personaliów, tak jakby Grzegorz Braun nie był postacią znaną, autorem kontrowersyjnych filmów dokumentalnych (notabene w wolnej Polsce, jaką sobie marzyłem w latach osiemdziesiątych, jego filmy byłyby kontrowersyjne tylko dla marginalnej bandy lewackich idiotów, których ponad czterdzieści lat komunizmu w Polsce niczego nie nauczyły) i równie kontrowersyjnych wypowiedzi. Czyżby piszący notkę na tym portalu w ogóle nie pofatygował się na cmentarz i pisał tylko na podstawie niejasnych pogłosek, a mając niesprawdzone dane, wolał nie podawać nazwiska? Ale przecież personalia zatrzymanego można było bez trudu znaleźć w kilka sekund w Internecie! Donosiły przecież o nim inne niezależne portale. A może na nazwisko Brauna jest jakiś zapis cenzorski? Ależ cenzura w naszym kraju już dawno nie istnieje, prawda? O co więc chodzi? Postanowiłem sprawdzić na dwóch pozostałych portalach (niestety nie miałem dość czasu na przeglądanie internetowych stron gazet). Tutaj jeszcze gorzej. O incydencie na Cmentarzu Powązkowskim ani śladu. Żadnej wzmianki o zatrzymaniu Grzegorza Brauna. Jedynie informacje o możliwości kolejnych ekshumacji.

O czym to świadczy nie trzeba chyba pisać. Wystarczy tylko odrobina wyobraźni. Ot, choćby przedstawienie sobie, że policja czy żandarmeria wojskowa zatrzymuje innego znanego reżysera. I co? Czytamy na jednym z głównych portali, że „zatrzymano jedną osobę” i nic więcej? Oczywiście rację ma sam autor „Towarzysza Generała”, że ważniejsza jest sprawa zarówno samych ekshumacji, jak i śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej oraz związanych z nią kłamstw. Ale chyba nie o to chodziło dziennikarzom pomijającym jego nazwisko i sam incydent.

niedziela, 9 września 2012

Dylematy „grzecznego Czesia”

Znów Czesław Miłosz i jego „Rok myśliwego”. Opisuje dylematy „grzecznego Czesia” po wojnie związane z jego współpracą z komunistami. Zresztą nie tylko jego. Wymienia niektórych, którzy „nie zawiedli się, zrobili karierę”, bo „postawili na Warszawę”: np. Oskara Langego, Ksawerego Pruszyńskiego, Józefa Winiewicza i innych. Te wspominki autor „Ziemi Ulro” nazywa „zstępowaniem w głąb swoich wstydów”, a potem dodaje: „Nie tak znowu tylko moich własnych zresztą”. A kawałek dalej: „Wszystko to byli ludzie ciężko doświadczeni i pozbawieni złudzeń co do Wielkiego Brata”. Spora ich część wykorzystała zresztą swoją posadę na placówce zagranicznej „jako okazję do urwania się”, ale także do „urządzenia się na stałe”.

A potem czytam na łamach „Rzeczpospolitej” wstrząsający wywiad z historykiem IPN, Krzysztofem Szwagrzykiem o ekshumacji na Powązkach szczątków pomordowanych przez komunistów po roku 1944:

Dwie trzecie ofiar mają czaszki przestrzelone kulą. Dziury wlotowe znajdują się na potylicy bądź z boku głowy. Strzelano z bliskiej odległości z broni krótkiej.

(…) Jamy te były zbyt małe i ludzie byli zwalani na kupę. Często, aby zmieścić jak największą liczbę ciał, układano na głowie jednego zabitego nogi następnego. Ludzi nie wkładano do grobów, ale ich do nich wrzucano.

(…) Wielu ludzi leży na twarzy, boku. Zrzucano ich ze sporej wysokości. Prosto z wozu konnego, a później z ciężarówki. Często stopy lub ręce opierają się jeszcze o ścianę boczną grobów. To drastyczny widok. Między ciałami znaleźliśmy grudki węgla, co świadczy o tym, że do wywożenia zwłok wykorzystywano wóz do dostarczania opału.

(…) Wywoływali człowieka „na literę”. Wyprowadzali go w miejsce, gdzie był naczelnik więzienia, prokurator i czasami ksiądz. Skazany dowiadywał się, że Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Prowadzono go korytarzem i w bocznej piwniczce znienacka otrzymywał strzał z pistoletu w tył czaszki.

Czytam to i znów myślę o dylematach „grzecznego Czesia”. I wzbiera we mnie wściekłość.

sobota, 8 września 2012

Pan Hrabia czyta dzieciom

Pan Hrabia (Bronisław Władysławski, a może Władysław Bronisławski) zainaugurował ogólnopolskie czytanie arcydzieła.

– Ciekawe, czy jego znajomość wybitnego poematu jest równa jego biegłości w piśmie, a zwłaszcza w trudnej sztuce ortografii – powiedział filozoficznie Kłapouchy przyglądając się mrówce, która cudem wyszła cało z opresji na białej nodze Telimeny.

Tymczasem za drzewami czaili się tajni agenci notujący na swych tabletach każde słowo Kłapouchego. Nieświadom niczego pakował się w poważne tarapaty.


A Sowa Przemądrzała już gryzmoliła kolejny donos.

poniedziałek, 3 września 2012

Philip K. Dick jako inspirator i niezupełny odlot Cheyenne’a – o zagranicznych (tym razem) filmach dyletanta uwag kilka

W jednym ze swoich poprzednich wpisów (jak ja nie lubię idiotycznej nazwy „post” wziętej z angielskiego!) podzieliłem się swoimi uwagami na temat kilku polskich filmów, jakie mi dane było w ostatnim czasie obejrzeć na DVD. Dzisiaj chciałbym co nieco napisać o filmach obcych.

Pierwszy z nich to historia, która ewidentnie została oparta na pomyśle (a może stosowniejsze byłoby powiedzieć: „obsesji”?) Philipa K. Dicka, choć nie zauważyłem żadnych podziękowań ze strony reżysera pod jego adresem. „Incepcję” – bo o niej mowa – Christophera Nolana oglądałem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony jest tutaj bez wątpienia świetna gra aktorska – m.in. Leonardo DiCaprio po raz kolejny przekonał mnie, że jest wybitnym aktorem, choć tego miana mu niegdyś odmawiałem. Znakomicie opowiedziana i trzymająca w napięciu historia nie pozwoliła mi położyć się spać – a film zacząłem oglądać późno z zamiarem dokończenia następnego dnia, ale... No właśnie – jest pewne „ale”. Bo z drugiej strony film przypomina po prostu rozgrywaną na różnych poziomach grę komputerową, typową „strzelankę” i niewiele poza tym. Może trochę przesadzam, ale jednak dla miłośnika prozy Philpa K. Dicka „Incepcja” musi być rozczarowaniem. Ze zdziwieniem słuchałem – dzieląc się uwagami na temat tego obrazu – że moi rozmówcy oglądając ten film gubili się w poszczególnych poziomach „gry”. Tymczasem, przejścia z poziomu na poziom były przewidywalne i banalnie wręcz proste. Gdyby Nolan chciał naprawdę „namieszać”, to mógłby element niepewności co do realności świata wprowadzić dużo wcześniej, już wówczas, gdy Cobb testuje środek chemika Yusufa. Od tego momentu można by wprowadzić wątek niepewności zamieniający się w prawdziwy koszmar. Nolan stosuje taki chwyt w zasadzie na samym końcu filmu, kiedy pozostajemy z pytaniem, czy Cobb faktycznie wrócił do świata rzeczywistego? Ale to zostało oparte już na prostej sztuczce: po prostu opowiadana historia urywa się w chwili, kiedy moglibyśmy tę odpowiedź znaleźć. I tyle.

Z inspiracjami prozą Philipa K. Dicka problem jest ogólnie taki, że do tej pory powstające z niej filmy nie dorastają do swoich oryginałów. Jedynym w zasadzie wyjątkiem wydaje się do tej pory być „Blade Runner”, który moim zdaniem jest nawet lepszy niż oryginalny tekst Dicka i pozostaje arcydziełem nie tylko w swoim gatunku, ale w ogóle jako jeden z najwybitniejszych filmów światowego kina. Do pewnego stopnia również miłośników prozy autora „Ubika” może zadowolić „Pamięć absolutna” Paula Verhoevena. Reszta niestety rozczarowuje, choć niektóre z tych produkcji ogląda się z ciekawością. Regułę tę potwierdza też zrealizowany na podstawie opowiadania Dicka film „Władcy umysłów” George’a Nolfiego. Notabene polski tytuł wydaje mi się nietrafny, nie rozumiem, dlaczego oryginalnego „The Adjustment Bureau” nie przetłumaczono np. jako „Biuro dopasowań” albo „Biuro regulacji” czy jakoś podobnie – trafniej oddawałoby to sens całości. Choć, podobnie jak „Incepcja”, obraz Nolfiego zachował coś niecoś z dickowego ducha wątpliwości w realność istniejącego świata, to całość w gruncie rzeczy jest dość banalna i można ją podsumować jednym zdaniem: amor omnia vincit. Sztafaż science-fiction jest tu tylko dodatkiem, być może mającym podnieść atrakcyjność filmu. Równie dobrze bowiem jego tłem mogłaby być II wojna światowa lub wojna gangów. Plusem jest wartka akcja i para aktorów: Matt Damon oraz Emily Blunt, jednak w filmie nie brak też naiwności, które śmieszą i których autorzy mogliby nam oszczędzić. Należą do nich na przykład dywagacje o ciemnych wiekach średniowiecza (w rzeczywistości epoki rozumu, kiedy logika przeżywała swój rozkwit) czy o historii XX wieku, w której głównymi schwarzcharakterami są naziści, a komuniści w ogóle nie są wymienieni, choć przecież zbudowany przez nich totalitarny system trwał dłużej. Oczywiście film jest jak najbardziej poprawny politycznie, a główny bohater jest członkiem Partii Demokratycznej.

Filmy fantastyczne nie spełniły moich oczekiwań, to może coś z innej półki? Tytuł „Wszystkie odloty Cheyenne’a” Paolo Sorrentino – widniejący na okładce DVD z ledwo rozpoznawalną pod makijażem twarzą Seana Penna – raczej sugeruje jakiś wygłup, film o gwiazdorze muzyki pop lub rock i jego „szalonym” życiu. W tym przeświadczeniu mają nas przekonać też napisy na okładce, które w gruncie rzeczy... wprowadzają w błąd. Zacznijmy od tego, że polski tytuł jest durnowaty i tak naprawdę niewiele ma wspólnego z treścią, nawet jeśli potraktować go jako grę słów. Zwracał na to uwagę na przykład Łukasz Adamski w swojej recenzji na stronie „Frondy”. Oryginalny tytuł, wzięty z piosenki zespołu Talking Heads – która zresztą pojawia się w obrazie Sorrentino w całości – to „This must be the place”. Film ma swoje zabawne momenty, ale nie należy go traktować jako pełnokrwistej komedii, bo można się rozczarować. To raczej groteska z elementami tragedii i satyry. Reżyser wykorzystuje przy tym kino drogi, by opowiedzieć historię o dojrzewaniu głównego bohatera – podstarzałego gwiazdora muzyki pop, przypominającego wyglądem wokalistę zespołu The Cure, rewelacyjnie zagranego przez Seana Penna. To w gruncie rzeczy ponownie film o relacjach – lub ich braku – pomiędzy ojcem a synem. Dla mnie dzieło Sorrentino to również – a może przede wszystkim – satyra na infantylny świat popkultury. Pogrążony w depresji, znudzony życiem i skrywający pod maską pudru i szminki twarz, Cheyenne ma mentalność dziecka, które w końcu dorasta ucząc się po drodze kilku prostych prawd, w tym trudnej sztuki wybaczania. Od innych pop-gwiazdek Cheyenne’a różni to, że jest wierny swojej żonie – co jest rysem, który budzi u mnie zdecydowaną sympatię. Choć można się zastanawiać, czy ta wierność nie ma w sobie coś z dziecinnego przywiązania do matki. Samo dorastanie głównego bohatera jest pokazane z przymrużeniem oka – jego symbolem jest... zapalenie papierosa, a w końcu... ale nie będę opowiadał końca – sam tego nie lubię. Tym bardziej, że ten ostatni film naprawdę polecam.



niedziela, 2 września 2012

Pora na Lesz-cza?

Myszkując po internecie zwróciłem uwagę – wśród mniej lub bardziej interesujących wiadomości – na jedną dotyczącą pewnej polskiej gwiazdki, która na pewnym portalu społecznościowym zamieściła swoje zdjęcie w ruskiej czapce z sowiecką gwiazdą. Kiedy pojawiły się słowa krytyki, owa gwiazdka (polska, a nie sowiecka) zamiast przeprosić, zaczęła wypisywać bzdury, wplątując w to wszystko jeszcze ni z gruszki, ni z pietruszki Smoleńsk. Tak oto, po tzw. „transformacji ustrojowej” doczekaliśmy się własnego pokolenia „użytecznych idiotów”. Pełny sukces! Historia vitae magistra est!

W kraju, w którym zbrodniczość komunizmu powinna być oczywistością, należałoby się spodziewać, że potępienie tego wyskoku będzie tak powszechne, że owa gwiazdeczka – ze strachu przed utratą kontraktów – w ramach pokuty zje ową czapkę popijając ruską wódką. To znaczy – tak wyobrażałbym sobie wolną Polskę ponad 20 lat temu. Tymczasem propaganda komunistyczna odniosła i u nas pełny pośmiertny sukces. Okazuje się, że dla młodego pokolenia Polaków sowiecka gwiazdka to zabawny gadżet, nie kojarzący się im z cierpieniem milionów - dosłownie! - istnień ludzkich, ze śmiercią, z obozami koncentracyjnymi. Czego oni uczą się na lekcjach historii i kto ich tego uczy?

No cóż, przypomniała mi się przy okazji afera sprzed lat z udziałem księcia Harry'ego. Tak, tak, tego samego. Wybrał się on na jakąś zabawę przebrany za... nazistę. Pamiętam zdjęcia, na których było widać opaskę ze swastyką na jego ramieniu. Oczywiście wywołało to skandal. Książę Harry, uczeń elitarnej szkoły, widać również – podobnie jak owa młoda polska dama – był na bakier z XX-wieczną historią. Nasza gwiazdeczka może się cieszyć, że znalazła się w naprawdę elitarnym gronie - wśród członków rodziny królewskiej. Pytanie tylko, czy to faktycznie powód do dumy?

czwartek, 30 sierpnia 2012

Małpa na cyrkowym rowerku

Czytam w wolnych chwilach „Rok myśliwego” Czesława Miłosza. To kolejna moja „lektura kuchenna” – czyli książka, która jako dziennik znakomicie nadaje się do powolnego czytania w kawałkach, przy stole w trakcie picia herbaty czy czekania na jej zaparzenie lub ugotowanie posiłku. Jest to kolejna książka, która jakoś mnie ominęła, a którą nabyłem za śmieszne pieniądze (3 zł!) w bibliotece miejskiej. Swoją drogą – skąd oni biorą te książki i dlaczego wyprzedają za bezcen? Mój egzemplarz wyraźnie nie był czytany i pozbawiony jest pieczątek.

Miłosz sporo miejsca, oprócz innych tematów, poświęca zaangażowaniu intelektualistów w komunizm. Broni ich postawy. Czytam te jego wywody z dużą podejrzliwością. Nie przekonują mnie, a nawet wydają mi się „przekombinowane”. Choć zgadzam się z nim, że łatwo ferować wyroki post factum, jeśli nie żyło się w tamtych realiach. No, cóż... z drugiej strony są też świadectwa ludzi, którzy nie poszli na współpracę i których relacje lub po prostu życie można przeciwstawić wywodom polskiego noblisty.

Moje wytłumaczenie jest dość proste, a może nawet prostackie: owym intelektualistom zabrakło najzwyczajniej w świecie solidnej tarczy i zbroi, jaką jest żywa i nieustannie pogłębiana wiara w Boga. Swoje przekonanie opieram na uwagach, jakie poczynił w swojej prozie pewien... ateista. Warłam Szałamow, autor „Opowiadań kołymskich” – bo o nim mowa – zauważył, że w obozie koncentracyjnym łamało się 99 % więźniów. Ten jeden procent, który się nie łamał, to ludzie głębokiej wiary w Boga.

W pewnym momencie Czesław Miłosz zresztą przeczy (świadomie albo nie) temu, co poprzednio napisał o zaangażowaniu w komunizm. Podejrzewam, że może nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, tylko forma dziennika pozwoliła na powiedzenie tego w taki sposób, że można tę wypowiedź skontrastować z poprzednim punktem widzenia. Mamy bowiem co najmniej dwa spojrzenia: pierwsze tłumaczące, że przecież oni wszyscy albo przynajmniej w dużej mierze wierzyli w komunizm, widzieli jego nieubłaganą konieczność i drugi twierdzący, że tak naprawdę kierowały nimi niskie pobudki: strach, własna pycha i próżność, potrzeba poklasku – choćby za cenę bycia cyrkową małpą. Otóż ten drugi punkt widzenia wydaje mi się zdecydowanie bardziej przekonujący. Na stronie 112 autor „Roku myśliwego” w przypływie szczerości zauważa:

Wiosna 1945 w Krakowie. (...) Równolegle z ponurym widokiem wędrówki ludów odbywały się teatralne premiery, rządowe przyjęcia itd. I ważne było, kto dostał zaproszenie, a kto nie. Byłoby to obojętne, ale tu Breza, on zaproszony, ja nie zaproszony i trzeba przyznać się szczerze, cierpiałem. Polecam ten szczegół użyteczny dla zrozumienia związków między rządami a literaturą.
Dr. Wikta Winnicka (...) opowiadała mi, że raz Tuwim z przejęciem i dumą mówił o zaproszeniu do prezydenta Bieruta. Na to Wikta: „Wstydziłbyś się, Julek, jaki prezydent, drobny agenciak, a ty wielki poeta, ty jemu robisz łaskę, nie on Tobie”.
(...) niechby ktoś neutralny, z zewnątrz spróbował wczuć się w stan umysłu poety, który ma jasną świadomość tego, co dzieje się z jego krajem, a tym samym potencjalnie z jego językiem, w 1945 roku. Drobni agenci jak Bierut, mianowani z zewnątrz, choć co prawda od osiemnastego wieku to terytorium było dojrzałe do agentów z zewnątrz.

Czy trzeba do tego coś więcej dodawać? Wszelkie intelektualne łamańce, by usprawiedliwić zaangażowanie w komunizm i inne „-izmy” stają się przy powyższym szczerym wyznaniu zwykłą ekwilibrystyką, cyrkowymi popisami dla uciechy wyrafinowanej gawiedzi lub najzwyczajniej w świecie brakiem odwagi, by stanąć twarzą w twarz z prawdą. 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Ojciec i syn – o polskim filmie dyletanta uwag kilka

Nadrabiając swoje zaległości obejrzałem w ostatnim czasie na DVD kilka filmów zarówno polskich, jak i obcych. Oglądanie filmów na małym ekranie ma swoje wady, ale także zalety, jeśli ogląda się więcej niż tylko jeden. Można wówczas dokonać porównań, zweryfikować oceny czytane niegdyś w recenzjach, na spokojnie zobaczyć podobieństwa i różnice, docenić oryginalność przedstawienia.

Pamiętam, jak przed laty czytając wybór utworów z amerykańskiej dramaturgii ze zdziwieniem zauważyłem jeden łączący je motyw przewodni: otóż były to wszystko sztuki rozgrywające się w rodzinie, a więc niejako „dramaty rodzinne”. Ta zaskakująca cecha dała mi nieco do myślenia o amerykańskiej kulturze i znaczeniu w niej rodziny. Być może również wówczas, kiedy w Polsce wszystko było „polityczne” (zaangażowanie księży w obronę praw człowieka, czytanie nieprawomyślnych książek, rozdawanie rolek papieru toaletowego przez Pomarańczową Alternatywę na ul. Świdnickiej, etc.), właściwość ta rzucała się tym bardziej w oczy.

Oglądając kilka głośnych w ostatnich czasach filmów polskich, odkryłem również, że to, co je łączy, to właśnie fakt, iż są to „dramaty rodzinne”. „Kret”, „Rysa”, „Erratum”, „Lęk wysokości”, „Sala samobójców”, a nawet „Uwikłanie” – to są historie rozgrywające się w obrębie rodziny i rodziny dotyczące. Jeszcze ciekawsze jest to, że trzy z tych obejrzanych przeze mnie filmów odnoszą się do niełatwych relacji ojciec-syn: „Kret”, „Erratum”, „Lęk wysokości”. Być może to tylko przypadek i po prostu fakt, że nie mam możliwości regularnego oglądania najnowszej produkcji polskich reżyserów, a więc siłą rzeczy widzę tylko jakiś drobny wycinek tego, co warto z polskiego kina zobaczyć. A może jednak jakiś znak czasów? Bo jeśli trochę pomyśleć – nawet przy tak ograniczonej znajomości najnowszego polskiego kina jak moja – to do głowy przychodzą kolejne obrazy, choćby oglądane jakiś czas temu „Sztuczki”.

Z trzech wymienionych filmów „Kret” Rafaela Lewandowskiego wydaje mi się być najciekawszy. Oczywiście gros krytyków zwróciło uwagę na obecny w tym obrazie problem lustracji. Jednak choć istotny – bo w naszej chorej rzeczywistości politycznej nie sposób nie zauważyć i docenić uczciwego postawienia sprawy – to znacznie bardziej intrygująca wydaje mi się kwestia moralna, kwestia uwikłania syna dawnego bohatera z lat osiemdziesiątych w wybór pomiędzy lojalnością, szacunkiem i miłością do własnego ojca, zwykłą wygodą a wiernością prawdzie. Lewandowski unika jednoznaczności i uproszczeń, stawia pytania, na które widz musi sam spróbować znaleźć odpowiedź. Wybór Pawła – zagranego przez Borysa Szyca syna działacza „Solidarności” – trudno uznać za idealny. Paweł wymierza sprawiedliwość sprawcy całego nieszczęścia, który pojawia się jak ciężki wyrzut sumienia, by dręczyć zarówno ojca, jak i syna, ale jednocześnie ocalając cześć swojego rodzica, grzebie – a w zasadzie pali – pamięć o przeszłości, biorąc na siebie ciężar kłamstwa i uniemożliwia tym samym poznanie prawdy, zmierzenia się z nią w całej jej złożoności zarówno osobom postronnym, jak i tym bezpośrednio uwikłanym.

„Erratum” Marka Lechkiego to również obraz, w którym bohater musi się zmierzyć z przeszłością. Tym razem jednak nie chodzi o poradzenie sobie z mrocznymi i nieznanymi epizodami z życia własnego ojca, a bardziej z czymś, co wydarzyło się w życiu i stało się z życiem ich obu. W gruncie rzeczy – obojętnie od intencji samego reżysera – to film głęboko chrześcijański, bo jednym z głównych jego tematów, o ile momentami nie dominującym, jest czwarte przykazanie Dekalogu. W przeciwieństwie do filmu Lewandowskiego, sprawa przeszłości nie jest do końca jasna, wiele musimy się domyślić, dopowiedzieć sobie. To także historia o samotności, zasklepieniu się we własnym bólu, jak i o niełatwej sztuce przebaczania. Problem relacji Michała – w tej roli Tomasz Kot – z ojcem znajduje swoje symetryczne niemal odzwierciedlenie i dopełnienie zarówno w jego własnej więzi – lub jej braku – z własnym synem, jak i w stosunkach między przypadkowo zabitym bezdomnym a jego dorosłym już dzieckiem. Zakończenie wprawdzie zdaje się sugerować umiarkowanie optymistyczne rozwiązanie, ale przed głównym bohaterem „Erratum” jeszcze sporo do zrobienia i przejścia.

„Lęk wysokości” Bartosza Konopki, to w sumie prosta, choć znakomicie opowiedziana i zagrana (Dorociński i Stroiński zwłaszcza), ujęta w zgrabną klamrę historia, która mogłaby być puszczana na lekcjach religii jako ilustracja tego, czym w życiu może okazać się przestrzeganie czwartego przykazania i przed jak trudnymi wyborami może nas postawić. Pewnej dramaturgii dodaje całości kwestia choroby psychicznej ojca, jak również parę drastycznych scen. Niebagatelnym problemem jest też sprawa wyboru pomiędzy miłością do żony i wynikających z tego powinności a miłością – i związanych z tym obowiązków – do własnego ojca. Do tego dochodzi jeszcze dobrze rozwijająca się kariera w telewizji. Choć wydaje się, że grany przez Dorocińskiego Tomek radzi sobie z tymi zagadnieniami dość dobrze i może nieco zbyt łatwo, co jednak ową wspomnianą dramaturgię jakby narusza. Podobnie jak w poprzednich filmach, także tutaj swój cień rzuca przeszłość, której się częściowo domyślamy i którą także częściowo odkrywamy w trakcie filmu. Na koniec pozostaje nam jeszcze otwarte pytanie zarówno o skłonność do choroby psychicznej samego głównego bohatera, jak i jego własne przyszłe relacje z narodzonym właśnie dzieckiem.

Czy dostrzeżona przeze mnie zbieżność tematyczna trzech różnych filmów świadczy o czymś szczególnym? Tego nie wiem. Wydała mi się ona po prostu frapująca i warta odnotowania. Znawcom kina pozostawiam odpowiedź na pytanie, czy jest ona aż tak bardzo istotna.

Kret – reżyseria: Rafael Lewandowski
Erratum – reżyseria: Marek Lechki
Lęk wysokości – reżyseria: Bartosz Konopka

Pałac Krobielowice III


sobota, 25 sierpnia 2012

„Tarabas” czyli gwałtownicy zdobywają królestwo niebieskie

Moim największym odkryciem literackim tego lata jest proza Józefa Rotha. Wprawdzie samo nazwisko znałem już od dłuższego czasu i miałem mgliste wyobrażenia o autorze (głównie jako jakiegoś odpowiednika Maraiego, co zresztą okazało się mylne, a przynajmniej niezupełnie trafne), to jakoś nie zdarzyło mi się nic z twórczości owego pisarza do tej pory przeczytać. Bardziej czytać o samym autorze. Ostatnim razem chyba u Paźniewskiego.

Wszystko zaczęło się przez przypadek, kiedy przeglądając półkę z książkami na sprzedaż w bibliotece miejskiej, wyłowiłem „Fałszywą wagę”. Ze zdziwieniem dowiedziałem się od pani bibliotekarki, że powieść kosztuje jedyne 2 złote, więc bez wahania ją kupiłem. Po paru dniach zabrałem się za lekturę i nie mogłem się oderwać. Wszedłem w świat Rotha jak w swój własny, jakby mi był bliski, jakbym go przeczuwał i już skądś znał. Prowincjonalna atmosfera bardzo przypadła mi do gustu. Tym bardziej, że kojarzyła się ze stronami, które miałem okazję przelotnie zobaczyć w maju tego roku. Podobała mi się ironia pisarza, jego poczucie humoru, a jednocześnie umiejętność – wcale nie tak powszechna – snucia zajmującej opowieści. No i przekład był – jeśli jestem w stanie to w ogóle ocenić nie znając niemieckiego – znakomity, autorstwa Aleksandra Wata.

Proza Rotha tak bardzo mi się spodobała, że zacząłem szukać zarówno informacji o autorze, jak i samych jego utworów. Na bibliotekę miejską nie bardzo miałem co liczyć. Prędzej można było tam znaleźć amerykańskiego pisarza Philpa Rotha, który z autorem „Fałszywej wagi” nie ma się co równać. Moje poszukiwania po antykwariatach zaowocowały znalezieniem jednej ze słynniejszych powieści Józefa Rotha, mianowicie „Marsza Radetzky’ego”. Nad kupnem dwutomowego wydania nawet nie zastanawiałem się długo – była to przedwojenna publikacja Towarzystwa Wydawniczego „Rój” z roku 1934. Ze wzruszeniem dotykałem pożółkłych kartek tego utworu w przekładzie Wandy Kragen, oglądałem exlibris i podpis poprzednich właścicieli, zastanawiając się nad kolejami losu, które sprawiły, że książka znalazła się w moich rękach. Przedwojenne reguły pisowni dodawały lekturze dodatkowego smaczku.

Ze zdziwieniem przeczytałem gdzieś w internecie, że niektórzy czytelnicy uważają znaną powieść Rotha za nudną. Mnie już od pierwszych zdań pociągał u Rotha specyficzny humor i umiejętność zaintrygowania czytelnika dalszymi losami bohatera – w dwojakim sensie tego słowa. Oto bowiem mamy bohatera bitwy pod Solferino, który „jednak postarał się o to, by pamięć o nim zaginęła u potomnych”. Jak tu nie czytać dalej? Nie brak w tej opowieści fragmentów komicznych, choć z drugiej strony są też karty zabarwione sporą dawką tragizmu.

Gdybym miał w wielkim skrócie streścić swoje wrażenia zarówno z „Marsza Radetzky’ego”, jak i „Fałszywej wagi”, to ująłbym je tak: ironia zabarwiona liryzmem, groteskowe przedstawienie postaci, nie pozbawione przy tym ciepła i życzliwości wobec opisywanych, humor i tragizm, melancholia, z jaką Roth opisuje schyłek Austro-Węgier, zrównoważona ironicznym dystansem. Kilka scen jest w „Marszu Radetzky’ego” naprawdę kapitalnych. Fragment z wizytą Karola Józefa von Trotty u wachmistrza Slamy zapadający głęboko w pamięć. Z pozoru nie dzieje się w tym opisie nic niezwykłego, a tak naprawdę jest w nim o wiele więcej niż zazwyczaj zdołają wyrazić słowa. To, co ważne, dzieje się między słowami. Albo poza nimi. Jest tu sporo o mentalności ludzi tamtej epoki, ale także o tragiczności relacji międzyludzkich w ogóle. To samo można powiedzieć o historii doktora Demanta, przyjaciela Karola Józefa. Finałowe sceny po prostu po mistrzowsku napisane i równie mocno tkwiące w pamięci i działające na wyobraźnię. Mógłbym bez przesady powiedzieć po lekturze już tych dwóch powieści, że Roth jest mistrzem puent.

„Tarabas. Gość na tej ziemi” – trzecia, niedawno wydana przez PIW, powieść Rotha, z którą miałem okazję się zapoznać – po „Fałszywej wadze” i „Marszu Radetzky’ego” była pewnym zaskoczeniem. Jeśli bohaterzy poprzednich utworów Rotha budzą od początku jakąś dozę sympatii, to Tarabs wydał mi się postacią zdecydowanie antypatyczną, a przynajmniej taką, o której przypadkach czytamy z zażenowaniem. To zażenowanie przypominało mi nieco to, jakie odczuwałem przy lekturze „Ameryki” Kafki, której bohater miał pewnie mniej więcej tyle samo lat.

Oto mamy jakiegoś nieokrzesanego młodzieńca, kierującego się gwałtownymi uczuciami i im ulegającego, ocierającego się o zbrodnię przez swoją niepohamowaną porywczość, wierzącego na dodatek w jakiś zestaw dziwacznych zabobonów, choć niepozbawionego przy tym sprytu. Jego relacje z rodziną – jak dowiadujemy się nieco później – są okropne, a sam jeszcze bardziej je pogarsza. Stopniowo jednak czytelnik odkrywa, że „Tarabas” to rodzaj współczesnej przypowieści. Mogłaby ona nosić równie dobrze podtytuł: „Gwałtownicy zdobywają królestwo niebieskie”. Tarabas jest nie tyle Szawłem – bo do niego mu daleko – ale właśnie takim gwałtownikiem, a nawet „Panem życia i śmierci”, by użyć polskiego tłumaczenia filmu z Nicolasem Cage’em „Lord of War”, maszyną do zabijania. Ów „warlord”, postać niemal nietscheańska, choć pozbawiona strategicznych umiejętności niezbędnych do władania, przeżywa gwałtowne nawrócenie. A owa wrodzona mu porywczość prowadzi do równie radykalnych kroków. Śledzimy to wszystko nie bez wzruszenia, w czym odnajduję wspomniany już wyżej element liryczny, ale także metafizyczną perspektywę obecną także w „Fałszywej wadze”, jak również – choć odrobinę jakby ukrytą – w „Marszu Radetzky’ego”.

Myśląc o „Tarabasie” wyobrażam sobie, że gdyby Józef Roth pisał swą powieść dzisiaj, być może jej bohaterem zostałby jakiś celebryta. Ktoś przypominający postać graną przez Jeffa Bridgesa w „The Fisher King” lub może jakiegoś antypatycznego Kubę Wojewódzkiego, który będąc „na topie” pod wpływem jednego wydarzenia przeżywa gruntowną przemianę, radykalnie zmieniając swój styl życia i usuwając się poza zasięg świateł telewizyjnych jupiterów, odnosząc zwycięstwo, będące dla owego świata mediów, w jakim się dotychczas obracał, jedynie głupstwem i nieporozumieniem.

Po „Tarabasa” warto sięgnąć z kilku względów. Jednym z nich – nie mniej ważnym niż sama wspomniana wyżej historia nawrócenia grzesznika – jest opisany w tej powieści pogrom Żydów. Roth, sam pochodzenia żydowskiego, daleki jest tutaj od prostackiego tłumaczenia pewnych zjawisk, do jakich skłonni są współcześni intelektualiści. Choć podłoże dokonanej masakry zdaje się być z pozoru religijne, to w pewnym momencie czytamy: „Gorliwsza bowiem od najgorliwszej wiary jest nienawiść, a szybka jest jak diabeł”. Roth nie podąża drogą uproszczeń, jaką idą krytycy polskiego antysemityzmu (znaczna partia powieści rozgrywa się, jak się można domyślić – bo nie jest to wprost powiedziane – na polskich Kresach) oskarżający o antyżydowskie ekscesy m.in. chrześcijaństwo, ludową religijność. Gdzie indziej czytamy taki oto passus:

Ale pobożni chłopi nie myśleli już o zemście i przemocy. Wzięli sobie do serca napomnienia duchownych. Ich pobożna żarliwość niczym uregulowana rzeka płynęła prosto ku cudowi. (...) Ten lud był ochrzczony od trzystu lat. A mimo to po radośnie spędzonym dniu świńskiego jarmarku, po kilku kuflach piwa i na widok chromego Żyda w każdym z osobna budził się dawny poganin.

Na koniec jeszcze dwie uwagi: jedna dotycząca autora i druga form, w jakich mamy możliwość czytać jego utwory.

Po lekturze kilku książek Rotha bez trudu można dostrzec, że pisarz budował swoje opowieści z kilku powtarzających się elementów, choć za każdym razem nieznacznie zmieniając ich układ i dodając pewne nowe, konstruując odmienną historię, choć podobny świat. Wydaje się, że pociągała go kresowa prowincjonalność. Jest w tym jakieś, choć dalekie, pokrewieństwo z np. Tadeuszem Konwickim. Można się domyślać, że podobnie jak u polskiego autora są tu refleksy świata lat dziecinnych. Aż chciałoby się naocznie sprawdzić, czy np. istnieje jeszcze ścieżka przez bagna z tyłu dworu i czy istnieją chociaż ruiny owego dworu.

Po raz kolejny, poznając tym razem twórczość Rotha, przekonałem się jaką niebagatelną rolę w percepcji utworu literackiego odgrywa forma, w jakiej jest on wydany. Pod tym względem najlepiej czytało mi się Rotha na pożółkłym papierze w dwutomowej publikacji Towarzystwa Wydawniczego „Rój”. Najgorzej we współczesnym PIW-owskim wydaniu „Tarabasa”. Zarówno okropna okładka (nawet jeśli nie znam się na sztuce współczesnej, utrzymuję, że jest ona paskudna), jak i papier oraz druk psuły mi przyjemność lektury.

Jospeh Roth, Fałszywa waga, tłum. Aleksander Wat, Puls Publications LTD, Londyn 1994.
Józef Roth, Marsz Radetzky’ego, tłum. Wanda Kragen, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934.
Joseph Roth, Tarabas. Gość na tej ziemi, tłum. Sława Lisiecka, Państwowy Instytut Wydaniczy, Warszawa 2011.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wakacje „na Kresach”

Ostatnio w gronie znajomych ktoś, kto wrócił z wakacji, na pytanie, gdzie był, odparł, że „na Kresach”. Wyobraziłem sobie, że może odwiedził Krzemieniec, zajrzał do Stanisławowa, zawitał w Zbarażu, że zapewne zwiedzał ruiny polskich pałaców i pałacyków na Białorusi lub Litwie. Z dalszej rozmowy jednak okazało się, że owe „Kresy” to w rzeczywistości niemal środek dawnej Rzeczpospolitej, a obecnie po prostu obszar wzdłuż wschodniej granicy tego kadłubka dawnego państwa polskiego, jaki miłościwie wykroił nam Stalin.

Rozmówca ów podróżował od miasteczka do miasteczka, od wioski do wioski zachwycając się mozaiką kulturową i religijną tamtych terenów, podziwiając gościnność i obfite jedzenie. Ponoć korzystał z jakiegoś przewodnika po tych „Kresach”. Chyba nie do końca uświadamiał sobie, że oglądał resztki dawnej Rzeczpospolitej. Także najwidoczniej nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że przeczy sam sobie, gdy ganiąc pazerność pewnego „kresowego” miasta – tak przeciwną temu wszystkiemu, co chwalił uprzednio – nazwał jego mieszkańców „moherami”.

środa, 22 sierpnia 2012

Kazik i Pawcio w roli ekspertów

Media prawicowe z reguły pokpiwają sobie – i słusznie – z poważnych zdałoby się tygodników, które przeprowadzają długie wywiady z jakąś Elektrodą czy inną Diodą wypowiadającą się na tematy religijne. Gwiazdka pop w roli eksperta od Biblii czy historii Kościoła to rzecz śmieszna, a nonsensy, jakie taka celebrytka wygaduje nie są warte nawet funta kłaków.

Z drugiej strony te same prawicowe media z ekscytacją przytaczają jakąś antyrządową czy krytyczną wobec obecnego układu rządowego wypowiedź popularnego muzyka rockowego lub innego szołmena. Ba! Poświęcają mu nawet okładkę i zaczynają rozmowę od dyskusji na temat reform państwowych tak, jakby ów gwiazdor był co najmniej ekspertem od konstytucji.

Jestem w stanie uwierzyć, że nawet najdurniejszemu celebrycie zdarzają się przebłyski inteligencji i chwile olśnienia. Ale, panowie redaktorzy, dajcież spokój! Naprawdę nie macie czym lepszym zapełnić szpalt swoich czasopism i stron internetowych?

A poza tym u nas w Polsce praktycznie każdy jest ekspertem od polityki. Dlatego jestem zazdrosny.

czwartek, 16 sierpnia 2012

wtorek, 14 sierpnia 2012

Dwie podróże do Związku Sowieckiego, cz. II - Stanisław Cat-Mackiewicz

Jak już napisałem wcześniej, książka Cata-Mackiewicza była dla mnie, po lekturze świetnej literacko publikacji Słonimskiego, z początku rozczarowaniem. Znakomicie zresztą moje odczucia oddaje Czesław Ołtarzewski, którego fragment recenzji z pisma „Republika” przytoczono na końcu: „Nie brak w tej książce ani znamiennej dla Mackiewicza pasji, ani chaotycznego braku linii, ale jest żywe wyczucie rzeczywistości, barwność, szczerość, bezpośredniość...” Cały czas miałem zwłaszcza to poczucie „chaotycznego braku linii”. Chociaż autor na początku stawia sobie pięć pytań, na które chciałby znaleźć odpowiedź w Związku Sowieckim, to jego publikacja nie trzyma się kurczowo planu, a odpowiedzi na poszczególne pytania padają w różnych miejscach tekstu i nie po kolei. Trudno nawet domyślić się trasy podróży, jaką odbył autor, jej zarys można jedynie z grubsza odgadnąć z rozrzuconych tu i ówdzie informacji. Książka Cata-Mackiewicza to raczej zbiór artykułów czy felietonów, które łączy wspólna tematyka i pewien orientacyjnie wyznaczony plan sugerowany przez postawione sobie na początku pytania. Zresztą podtytuł: „Studia nad psychologią społeczeństwa Sowietów” sam przez się sugeruje coś zgoła odmiennego od typowej książki podróżniczej.

Mimo mojego rozczarowania muszę jednak stwierdzić, że „Myśl w obcęgach” ma fragmenty kapitalne, dużo mówiące o ówczesnej rzeczywistości Związku Sowieckiego, jak i w ogóle o systemach totalitarnych. Są w tej książce partie zapadające głęboko w pamięć, jak choćby ten o człowieku sprzedającym kromkę chleba. Nie bochenek, nie pół, tylko jedną kromkę! Albo o tym, jak autor chodził po Niżnim Nowogrodzie od 10.00 do 4.00 i nie udało mu się kupić szklanki, której potrzebował, by móc się napić herbaty na statku płynącym po Wołdze (dostawało się tylko gorącą wodę – resztę należało sobie zorganizować samemu). Potężne domy (bez)towarowe („sklepy-olbrzymy, sklepy kilkupiętrowe”) po prostu w całym mieście tego ekskluzywnego naczynia nie posiadały. Jak skomentował to ironicznie redaktor naczelny „Słowa”: „Co mi imponuje w Bolszewii, to pogarda dla konsumenta!”. Oczywiście wiele z tego, co opisuje Mackiewicz i Słonimski, mogliśmy doświadczyć w PRL-u na własnej skórze. Są także w „Myślach w obcęgach” znakomite koncepty, jak ten o psychologii szlachecko-militarnej i mieszczańsko-kupieckiej, czy choćby ten, że „bolszewizm jest przede wszystkim Smierdakowem, zjawiskiem, zrodzonym z sodomii pijanego intelektu z histerią chamstwa”.

Warto czytać zbiór Cata-Mackiewicza razem z książką Słonimskiego, by konfrontować spostrzeżenia obu Polaków, dostrzec podobieństwa i różnice. Obaj pisarze byli nie tylko doskonałymi obserwatorami, ale też dobrze przygotowani do takiej podróży. U Cata-Mickiewicza widać przy tym wyraźnie fascynację kulturą rosyjską, oprócz doskonałej znajomości tematyki sowieckiej.

Ciekawe, że zarówno Cat-Mackiewicz, jak i Słonimski wysoko oceniają sztukę teatralną i filmową w ówczesnym Związku Sowieckim. Podziw dla kunsztu gry aktorskiej, dla reżyserów teatralnych i filmowych, dla wykorzystania potencjału, jaki daje kino i generalnie nowoczesna technika jest u obu wyraźny. Nie zmienia to faktu, że obaj zdają sobie sprawę, że te możliwości, jak posiadały wówczas i teatr, i kino, marnowane są na rzeczy mierne i miałkie. Pisze Słonimski:

Sztuki autorów współczesnych oznaczają się prymitywizmem i nudzą ciągłym apoteozowaniem régime’u sowieckiego. (...) Nawet najsłabsze sztuki grane są jednak tak znakomicie, że nieraz siedziałem na lichym dramidle oczarowany i dopiero po przyjściu wieczorem do hotelu, jak po przebudzeniu się ze snu hipnotycznego uświadamiałem sobie, że mi pokazano zupełne głupstwo.

Z kolei Cat-Mackiewicz zauważa, że w Rosji,

teatr, a raczej teatry przewyższają teatr paryski talentem, teatr berliński subtelnością, wdziękiem i talentem. (...) Te teatry rosyjskie, bogate w talenty, jak były bogate w klejnoty czapki Rurykowiczów, teatry subtelne, miękkie, mięciutkie jak gronostaje z płaszczów mistycznych Romanowych, muszą teraz przysposabiać na scenę utwory proletariacko-chłopskich pisarzy, to znaczy prymitywy kulasmi kreślone na papierze przez półanalfabetów. Gdzież kto widział bardziej antykulturalną formę niewolnictwa!
(...) Kino wlecze się w Rosji pod ciężarem stupudowych obstalunków propagandy bolszewickiej i dlatego człowiek, który przyjeżdża do Rosji, właściwie niedużo widzi prawdziwie pięknych obrazów, lecz tylko czuje, jak piękne mogłoby być to kino.

Różnice u obu pisarzy zaznaczają się jednak równie ostro, jak podobieństwa. Jednym z takich przykładów może być np. to, jak opisują zniszczenia dokonane przez bolszewików w życiu religijnym. Oto fragment z książki Słonimskiego:

W wielkim kościele było pusto i chłodno. Gdzieś przy bocznym ołtarzu klęczało kilkanaście kobiet. Nie było ani jednego mężczyzny. Jękliwy śpiew kobiet modlących się dzisiaj w czerwonym Leningradzie czynił wrażenie czegoś tak spóźnionego jak widok strzelca z łukiem w Lasku Bulońskim.

I proszę to sobie porównać z passusem z tekstu Cata-Mackiewicza:

Niezwykłe wzruszenie ogarnia człowieka na nabożeństwie w kościele. Czuje się tu, że każdy przychodzący na nabożeństwo spełnia akt odwagi, naraża siebie i swoich. (...) Ludzie przychodzą, narażając wszystko, za ścianami tego kościółka panuje przemoc, terror i cała ogromna siła olbrzymiego państwa, zwrócona całą swą nienawiścią przeciwko modlitwom, szeptanym w tym kościółku. I modlitwy te wydają się świętsze niż gdzie indziej i każdy sakrament w tym kościele, w jego ubóstwie, strachu, grozie, wydaje się być jakiś inny, i aż straszno pomyśleć o tym, który by złamał ślub czy przysięgę tu, w tych świętych, świętych, po trzykroć świętych, biednych ścianach złożoną.

O ileż mądrzejsze są słowa konserwatywnego publicysty! Jak bardzo wypowiedź Słonimskiego przypomina durne teksty na temat Kościoła popełniane przez postępowych intelektualistów dzisiaj! Wystarczy też porównać podziw Słonimskiego dla rozwiązania sprawy religii w Związku Sowieckim i to, co na ten sam temat pisze Cat-Mackiewicz. Owa „naiwność” Słonimskiego wyda się wówczas po prostu bliska... głupoty. Dużo więcej zwykłej ludzkiej wrażliwości i empatii odnajdzie czytelnik jednak u autora „Kropek nad i”. Piszę „jednak”, bo to z reguły liberałom i różnej maści lewakom przypisuje się większą wrażliwość społeczną.

Nie bez kozery osobny i przedostatni rozdział swojej książki poświęca Cat-Mackiewicz inteligencji rosyjskiej i jej odpowiedzialności za to, co stało się w Rosji, co doprowadziło do katastrofy. Podsumowując swoje rozważania, w których docieka również odpowiedzialności władających państwem, pisze autor:

Najlepsze jednak intencje i najrozumniejsze posunięcia przeciętnie inteligentnego władcy rozbiły się o antypaństwowe instynkty inteligencji rosyjskiej.

Czy nam to czegoś nie przypomina? Czy nie brzmi to znajomo? Dlatego warto czytać Cata-Mackiewicza i dzisiaj. Warto zamyślić się nad tym, czy podobne niebezpieczeństwa nie grożą nam i teraz. W końcu czy np. homobolszewicy – dążący do ograniczenia wolności słowa, do narzucania reszcie społeczeństwa swoich poglądów, rzekomo broniąc tolerancji, a w rzeczywistości ją ograniczający – nie są echem, komiczną, ale jednak groźną, parodią tamtych bolszewików wprowadzających naganem „sprawiedliwość społeczną”?

Antoni Słonimski, Moja podróż do Rosji, Łomianki 2007.
Stanisław Cat-Mackiewicz, Myśl w obcęgach. Studia nad psychologią społeczeństwa Sowietów, Kraków 2012.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Dwie podróże do Związku Sowieckiego, cz. I - Antoni Słonimski

Musiałem te dwie książki przeczytać razem albo raczej jedna po drugiej. Publikacja Słonimskiego od dawna już wabiła mnie na półce z literaturą podróżniczą pewnej księgarni. A kiedy zbiór artykułów Cata-Mackiewicza stał się – za sprawą jego pism wybranych wydanych nakładem „Universitas” – głośny, siłą rzeczy obie książki znalazły się w tej samej księgarni obok siebie, a właściwie na półkach po przeciwnych stronach. I tak połączyły się też w mojej wyobraźni, że w końcu musiałem nabyć je razem. Obie w końcu dotyczyły tego samego tematu. Ba! Obie były napisane mniej więcej w tym samym okresie – publikacja Cata-Mackiewicza w roku 1931, Słonimskiego w 1932. Przy tym, choć obie pisano z odmiennych pozycji ideologicznych, to łączy je zwykła intelektualna uczciwość i to, żeby – jak określił to Cat-Mackiewicz – nie pisać „nic takiego, czego bym na własne oczy nie widział, że każdą opowiadaną mi rzecz starałem się sprawdzić”.

Najpierw zabrałem się za lekturę „Mojej podróży do Rosji” Słonimskiego. Co pewnie też sprawiło, że późniejsza lektura „Myśli w obcęgach” Stanisława Cata-Mackiewicza była nieco rozczarowująca. Spodziewałem się bowiem czegoś podobnego: książki reporterskiej, opisującej podróż z Polski do Związku Sowieckiego i z powrotem, przy okazji przedstawiającej różne obszary tamtejszego życia. Taką książką, pod względem literackim znakomitą, jest relacja Antoniego Słonimskiego. To w sumie opowieść o podróży, której przedmiotem było poznanie tamtejszego życia, skonfrontowanie pewnych swoich wyobrażeń z rzeczywistością.

O nastawieniu do opisywanego tematu u Słonimskiego świadczy figura Entuzjasty i Sceptyka, jako literackich alter ego autora. Te dwa nastawienia zmagały się najwidoczniej w psychice autora w czasie jego wizyty, ale ani jedna postawa, ani druga nie mogły przesłonić tego, co faktycznie widział. Co nie znaczny, że Entuzjasta nie jest odpowiedzialny za pewne nonsensy czy też – jak chce wydawca w posłowiu – „sądy naiwne”. Kilka razy w trakcie tej lektury zdarzało mi się, że ponownie czytałem jakiś passus zastanawiając się, czy autor na pewno pisze serio czy też po prostu jest to ironia, a nawet sarkazm, którego najzwyczajniej w świecie nie łapię.

I tak – z jednej strony autor nie wierzy na słowo, nie poddaje się magii statystyk i stara się wszystko sprawdzić, wybadać, dowiedzieć wymykając się choćby na chwilę na bok, jak wówczas, gdy zwiedzając sowieckie przedszkole z grupą anglosaskich turystów, korzysta ze sposobnego momentu i pyta w kuchni, czy dzieci faktycznie otrzymują po dwa jajka dziennie, jak mówi przewodnik (oczywiście okazuje się, że to nieprawda). Kiedy indziej zwiedzając jakiś dom kolektywny i oglądając biedne warunki, w jakich żyją tam ludzie, choć podziwiając z zewnątrz nowoczesną architekturę, nie może nie pomyśleć „w tej chwili o całych dzielnicach wspaniałych robotniczych domów w Wiedniu, które zbudowano bez wielkich haseł i rewolucji”. Później zresztą stara się polski pisarz przekonać naocznie bez przewodników, jak faktycznie mieszkają ludzie w Moskwie. Jednym słowem Słonimski nie daje się nabrać, chociaż towarzyszą mu „opiekunowie”. Tym bardziej, że znając język rosyjski, potrafi dostrzec i dowiedzieć się więcej niż jakiś amerykański turysta oprowadzany wytyczonym szlakiem. Opisuje więc Słonimski panującą niewyobrażalną wręcz nędzę, kiepskie jedzenie lub jego brak, kolejki, inwigilację ze strony służb specjalnych, brak wolności słowa, biurokrację, kłamstwo propagandy, dysproporcje w standardzie życia między żołnierzami GPU a resztą społeczeństwa.

Z drugiej strony są właśnie te fragmenty, które wywoływały u mnie zmarszczenie brwi i niedowierzanie, że coś takiego mógł polski autor napisać z pełną powagą. Na przykład Słonimski mówiąc o tym, że „cały świat jest dzisiaj chory” i opierając swoją myśl na tym porównaniu stwierdza:

Tu, w Rosji, chory leży na stole operacyjnym. Podlega zabiegom chirurgicznym bez znieczulenia. Jeśli zabieg się uda, przyniesie on światu prawdziwe zdrowie i nowe nieobliczalne siły. Ale czy ta bolesna i krwawa operacja odbywa się z konieczną precyzją i w atmosferze wolnej od bakterii, wydaje się może najważniejszym i najciekawszym pytaniem.

Piękna metafora, nieprawdaż? Problem w tym, że ta „operacja” – jak ją nazywa autor – wiązała się nie z usuwaniem jakichś anonimowych chorych tkanek, ale z fizyczną eliminacją całych populacji, z brutalnym mordowaniem niewinnych osób, z wtrącaniem w nędzę tych, którzy ocaleli, a jedyną pociechą miał być miraż „świetlanej przyszłości”. Chyba „najważniejszym i najciekawszym pytaniem” w tej sytuacji powinno raczej być to, czy jakakolwiek, choćby najszczytniejsza, idea usprawiedliwia ludobójstwo?

Inny przykład, nieco lżejszego kalibru, owej „naiwności” Słonimskiego można znaleźć we fragmencie zatytułowanym „ZAGS”. Początek tekstu przeczytałem przynajmniej dwa razy myśląc, że autor sobie żartuje, ale on tak zdaje się mówić całkiem na poważnie: „Swoboda kojarzenia się i rozłączania wnosi niewątpliwie uzdrowienie do stosunków seksualnych”. Po czym autor z zachwytem opisuje „rejestrację małżeństw i udzielanie rozwodów”, która odbywa się tak, jakby jej uczestnicy wpadali do sklepu po gazetę. Dużo mądrzejsze rzeczy do powiedzenia na ten temat ma Cat-Mackiewicz, który nie omieszkał odnotować przy okazji swoistego purytynizmu obyczajowego panującego w tym „postępowym” kraju. Dodam jeszcze tylko, że lekturę przedostatniej części reportażu Słonimskiego, zatytułowanej „Ostatnia noc”, a w której poeta snuje swoje rozważania o rewolucji, mógłbym porównać tylko do przykrości, jaką sprawia bolący ząb – w pewnym momencie jest się gotowym zgodzić nawet na wyrwanie tego zęba, byleby to cierpienie wreszcie się skończyło.

Jest w książce Słonimskiego – nie pozbawionej zresztą akcentów humorystycznych – kilka fragmentów wstrząsających. Dla mnie do takich należy szczególnie np. ten relacjonujący spotkanie w Petersburgu (wówczas Leningradzie) z polską komunistką, która opuściła kraj dla tego „raju” na ziemi. Drugi znajduje się pod koniec, gdy pisarz opisuje ludzkiego „szczura” wybiegającego spod wagonu i potem się pod pociąg ponownie chowającego. Ten jeden passus mówi więcej o Związku Sowieckim niż gęsto zapisane strony naukowych analiz.

CDN

Antoni Słonimski, Moja podróż do Rosji, Łomianki 2007.
Stanisław Cat-Mackiewicz, Myśl w obcęgach. Studia nad psychologią społeczeństwa Sowietów, Kraków 2012.

piątek, 3 sierpnia 2012

Z piątku na Sobotę: Mech czy kosmici?

 
 
 
Posted by Picasa

Buczeli czy nie buczeli?

Nie, nie będzie o Powązkach. Szczerze powiedziawszy guzik mnie ten nadmuchiwany skandal wokół buczenia na Powązkach obchodzi. Powiem krótko: chcieliście, Panowie, to macie!

Będzie o koncercie pewnej pop-gwiazdki, który też mnie guzik obchodzi (tak jak sama gwiazdka). Notabene uważam wszelkie protesty związane z jej koncertem za absurdalne, bo są one dokładnie tym, czego owa celebrytka – jak się teraz ładnie w Polsce mówi – oczekiwała. Nie po to w końcu wybierała uprzednio i teraz tak kontrowersyjne daty na swój szoł, aby było potem cicho. W końcu „szoł mast goł on”!

Dlaczego więc o niej piszę? A to dlatego, że przeczytałem dwie wiadomości wczoraj o tym koncercie. Jedną na Wirtualnej Polsce (sam się pytam po co, bo przecież owa podstarzała pani robiąca z siebie lolitkę obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg), a drugą na portalu wPolityce. W znamienny sposób pokazują one, jak wygląda stan polskich mediów. Wystarczy przeczytać już same tytuły. Na Wirtualnej Polsce: „Przed koncertem Madonny kroniki Powstania i... brawa”. Na portalu wPolityce: „Oburzają się na gwizdy skierowane do rządzących, tymczasem przed koncertem Madonny wygwizdano... film o powstaniu warszawskim!



Jak więc było naprawdę? Czy „fragmenty kronik z Powstania Warszawskiego (...) przyjęto gromkimi brawami”? Czy też „filmik został wybuczany, wygwizdany”? Gdyż jak pisze pewien nieznany mi bloger: „ani ja, ani inni fani, którzy stali koło mnie nie mieliśmy najmniejszej ochoty na dawkę narodowo-romantyczno-kiczowatą. Przyszliśmy się bawić, a nie płakać”.


No, cóż... jak powiada reżyser w kultowej komedii: „Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu...”