poniedziałek, 23 września 2019

Prorocze słowa Agnieszki Holland – ciarki chodzą po plecach

Agnieszka Holland o filmie Mela Gibsona Pasja w roku 2004:

„Film ma złą energię. Nie chodzi o to, że jest kiczem, bo w końcu kicze powstają ciągle i kiczowatych jest bardzo wiele dzieł sztuki. Niebezpieczeństwo polega na tym, że Pasja otwiera jakąś otchłań przemocy, nieporozumienia, gwałtu, odległych – w moim poczuciu – od tego, co jest treścią Ewangelii. A w kontekście fundamentalizmów, które zaczynają władać światem, może stać się zaczynem czegoś znaczenie straszniejszego, niż możemy sobie dzisiaj wyobrazić. Jeśli film będzie miał takie znacznie, jak na to wygląda (w sensie skali odbioru i identyfikacji z nim bardzo wielu grup chrześcijan), może oznaczać powrót do najciemniejszych czasów i klęskę dwóch tysięcy lat nauki Chrystusa. Ja u Gibsona nauki Chrystusa nie zobaczyłam. Zobaczyłam natomiast bezinteresowne, bezmyślne okrucieństwo. Zobaczyłam Chrystusa nie jako człowieka, który daje miłość, wiarę i nadzieję, ale jako jakiś potworny, skrwawiony strzęp. I zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów. W moim pojęciu Pasja my tyle wspólnego z Ewangelią, ile Osama ben Laden z Koranem”.

Jestem ciekaw, ile jeszcze widzów i czytelników pamięta z tamtych czasów to wzmożenie różnej maści tzw. „autorytetów intelektualnych”, którzy jeździli po tym wybitnym filmie, jakim bez wątpienia jest Pasja, i po Melu Gibsonie, jak po łysej kobyle. Słuchając ich słów można było się spodziewać fali wszelkiego rodzaju przemocy i pogromów. Jak dobrze wiemy, ta histeria nie była nieuzasadniona, tak się przecież stało, płonęły żydowskie sklepy i sklepiki, agresja i fundamentalistyczna nietolerancja zalały ulice, a Agnieszka Holland jest jedną z nielicznych ocalonych. Młodsze pokolenie, które nie czyta książek, chodzi zapewne w błogiej nieświadomości tego, co się wówczas wydarzyło.

Proszę też zwrócić uwagę na to, że przytoczony powyżej fragment wskazuje na autorytet Agnieszki Holland nie tylko w dziedzinie ogólnie pojmowanego intelektu i sztuki filmowej, ale również w dziedzinie religii, a zwłaszcza biblioznawstwa i interpretacji Koranu. Powinniśmy hołubić ją jako dobro narodowe i już za życia otaczać czcią należną wręcz bogom.

Tym bardziej, że Agnieszka Holland znowu wieszczy i znowu ostrzega. Oto dowiadujemy się, że mówi o „inżynierii społecznej megalomańskiej władzy”, a dopytywana przez dziennikarkę, co to znaczy stwierdza, jak donosi tygodnik „Do Rzeczy”:

„No jest to aluzja do tych populistycznych przywódców, którzy uważają, że władza daje im prawo do tego, żeby projektowali człowieka, żeby projektowali społeczeństwo, żeby projektowali naturę albo żeby niszczyli naturę. I takich populistów mamy niestety w tej chwili sporo. Od Trumpa (prezydent USA – red.) przez Bolsonaro (prezydent Brazylii – red.) do prezesa Kaczyńskiego. (...) No właśnie boję się, że będzie niedobrze. (...) mówmy o głównych ideowych założeniach. Jak pani odbiera fakt, że de facto proklamują państwo wyznaniowe? Jak pani odbiera fakt, że wyklucza rodziny, które nie mieszczą się w »kobieta, mężczyzna i dzieci«? Jak pani odbiera fakt, że połowa obywateli albo więcej znajduje się poza centrum jego zainteresowania czy że tak wielką część obywateli uważa za obywateli gorszej kategorii – jak pani to odbiera? Jak pani odbiera próby tzw. repolonizacji czy – teraz to się inaczej nazywa – repluralizacji mediów? Jak pani sobie to wyobraża? Do czego to ma prowadzić?”

Muszę przyznać, że po tych słowach zacząłem ze strachem ukradkiem spoglądać przez szparę w zasłonie na ulicę, nerwowo reaguję na każdy dzwonek u drzwi, a kiedy listonosz przynosi mi urzędową korespondencję, nerwowo trzęsą mi się ręce i pot ciurkiem ścieka mi po plecach. Skoro to wszystko mówi nasz wybitny autorytet intelektualny (i filmowy), to musi być naprawdę źle! Czas szykować szczoteczkę do zębów i zapas bielizny albo czym prędzej prosić o azyl w jakimś cywilizowanym kraju. W końcu „bezmyślne okrucieństwo” już ostrzy noże.


czwartek, 19 września 2019

Czy ruch LGBT ma podłoże satanistyczne?

Oczywiście wszyscy ci, którzy nie wierzą w diabła, czytając taki tytuł popukają się w głowę. Trudno jednak nie uciec przed taką myślą, jeśli patrzy się na to, jak wyglądają demonstracje aktywistów i zwolenników LGBT: bluźnierstwa, profanacje, szyderstwa.

Obnoszą zatem obrzydliwe bluźniercze wizerunki wagin, penisów, które przedstawione są w taki sposób, by naśladować monstrancję, w której znajduje się Najświętszy Sakrament. Odprawiają bluźnierczą „mszę” – co można wprost porównać do tzw. „czarnej mszy”. Kpią z Matki Boskiej poprzez dekorowanie Jej wizerunku satanistyczną tęczą (jeden z moich znajomych zdziwił się, gdy mu uświadomiłem, że tęcza na starych obrazach religijnych nie jest jednak tą samą tęczą, jaką genderowi rewolucjoniści dekorują święte wizerunki i powiewają na swoich banerach). Do tego mamy jeszcze ataki na księży i kościoły oraz szydercze parodiowanie strojów duchownych i zakonnic.

A to wszystko dzieje się przy głoszeniu haseł tolerancji, miłości, poszanowania cudzych poglądów i stylu życia. Politycy i celebryci, którzy bronią homoseksualnych rewolucjonistów, wydają się tego wszystkiego nie dostrzegać. Odcinają się co najwyżej od tych ekscesów dopiero po tym, gdy podniesie się krzyk oburzenia i widzą, że może im to zaszkodzić w popularności.

Z jednej strony można się oburzać i wręcz należy się oburzać. Z drugiej strony nie trudno patrzeć na tych biednych ludzi z wyrazem politowania. Kiedy my, katolicy, idziemy w procesji za Najświętszym Sakramentem, wierzymy, że w tym cieniutkim, białym opłatku jest sam Bóg, Stwórca wszechświata, rzeczy widzialnych i niewidzialnych. On karmi nas swoim Ciałem, by dać nam życie wieczne. Homoseksualni rewolucjoniści (za czyim to podszeptem?) idą za bluźnierczym wizerunkiem, który jest diabelską parodią Najświętszego Sakramentu, ale jednocześnie określa, co jest dla nich najważniejsze. A cóż to takiego? Organy płciowe i nic więcej. Coś, co łączy nas ze zwierzętami. Cóż za upadek!

Tak więc szydząc z Najświętszego Sakramentu ci biedni ludzie nie widzą, że szydzą również z samych siebie. To nie jest już zapatrzenie we własny pępek, to zapatrzenie we własne genitalia albo genitalia, a nawet odbyt tzw. „partnera seksualnego”.

Chrześcijańskie średniowiecze (które dla ludzi niewykształconych jest symbolem ciemnoty) stworzyło wspaniałą architekturę, rzeźbę, malarstwo, muzykę, literaturę, filozofię, teologię, logikę... Nietrudno dopatrzyć się tutaj związku między wiarą tych ludzi a ich kulturą. Jaką kulturę można zbudować, jeśli w centrum stawia się organ płciowy? Diabeł obiecał pierwszym ludziom, że będą jak Bóg. Okazało się to w rzeczywistości totalnym upadkiem. Teraz tym biedakom obiecuje wyzwolenie. Trudno chyba o bardziej nikczemne i poniżające zniewolenie.


sobota, 7 września 2019

Corner Shop: Dzikie serce Michaela Vorisa i dwunastogwiazdkowy Generał



Michael Voris, The Weapon. Chaining the Gates of Hell With the Holy Rosary, St. Michael’s Media Publishing, Ferndale 2016.

Zachęcam do obejrzenia poprzedniego odcinka, w którym omawiam książkę Dzikie serce Johna Eldredge’a.

Patryk Vega czyli zupa z trupa

Muszę przyznać, że z pewnym rozbawieniem obserwuję reakcje różnych krytyków, dziennikarzy, a nawet polityków po premierze filmu Patryka Vegi „Polityka”. Już zajawki tego filmu wyglądały źle, a co dopiero cały film.

Z drugiej strony jest w tym też pewna przykrość, bo kiedyś byłem fanem „Pitbulla”. Kiedy odkryłem, że istnieje telewizyjny serial, obejrzałem wszystkie odcinki. W tamtych czasach to była rewelacja. Niestety kolejne filmy Vegi były coraz gorsze.

„Służby specjalne”, którymi niegdyś się ekscytowano obejrzałem z pewnym niesmakiem, doceniając wprawdzie niektóre wątki, czy pomysły. Serial nawet mnie nie kusił. Kolejne kinowe „Pitbulle” i te jakieś tam „Kobiety mafii” czy jakkolwiek to się nazywało były już coraz gorsze, łącznie z tym, który zrobił Pasikowski. Tego po prostu nie dawało się oglądać. Pamiętam, jak po pierwszych minutach jednego z nich miałem ochotę po prostu wyłączyć ekran (chyba nawet o tym już na swoim blogu pisałem), wytrwałem do końca jedynie dlatego, że za ten badziew zapłaciłem. „Botoks” widziałem tylko we fragmentach i to mi wystarczyło. Scena, w której pogotowie przyjechało do kobiety kopulującej z psem, była szczytem wszystkiego i nie miałem ochoty na więcej. Zaiste Stanisław Michalkiewicz miał rację określając wizje świata, jakie tego typu produkcje pokazują, „panświnizmem”.

Można powiedzieć, że w zasadzie spojrzenie na świat, jakie nam przedstawiają Vega, Pasikowski czy Smarzowski, niewiele się różni. Owszem, Smarzowski i Pasikowski są w stanie zrobić dobry film (nie wiem, czy jeszcze jest Vega) i gdyby tylko ich ktoś utemperował i wyrzucił na zbity pysk za drzwi, dopóki nie przyniosą dobrego scenariusza, to może, może... Tymczasem recepta na robione przez nich filmy jest prosta jak konstrukcja cepa, co najwyżej w jakichś porywach jak konstrukcja kałasznikowa. Trzeba po prostu wrzucić do gara jak najwięcej wulgaryzmów i wymieszać to z ekskrementami. Można dorzucić parę prezerwatyw i tego nieszczęsnego wilczura złączonego z jakąś damą. Ewentualnie jakiś szczeniacki wątek miłosny.

Tak, tak – tak nisko swą publiczność oceniają ci panowie. Ja na szczęście do niej już od dawna nie należę.


czwartek, 5 września 2019

Samobójca prosi o błogosławieństwo (i je otrzymuje!)

Na portalu PCh24.pl ukazał się kolejny odcinek programu Michaela Vorisa z cyklu „The Vortex”. Warto zobaczyć, bo mówi on o tym, jakiego dna sięgnął kryzys Kościoła katolickiego w niektórych parafiach w Stanach Zjednoczonych. To w gruncie rzeczy ostrzeżenie dla nas i dla naszych duchownych. Ta fala idzie też do nas, choć może tego nie dostrzegamy i wydaje się, że wciąż jest normalnie. Nie łudźmy się: siły zła działają cały czas.



środa, 4 września 2019

Hulajnogą w XXII wiek (i na księżyc!)

Porozrzucane po mieście hulajnogi elektryczne są dla mnie symbolem zdziecinnienia współczesnej Europy. Dorośli ludzie jeżdżą na sprzęcie, na którym niegdyś jeździły małe dzieci i to dzieci w krótkich spodenkach. Tak, to prawda – różnica jest taka, że są one elektryczne. Poza tym wielkiej różnicy nie ma. Skojarzenie z niedojrzałością i nieodpowiedzialnością nasuwa też widok tych zabawek porzuconych w różnych dziwnych miejscach, dokładnie tak samo jak pluszowych misiów i zabawkowych koparek w pokoju dziecka – jeśli kiedyś wybijecie sobie zęby na nieoświetlonej ulicy, założę się, że będzie to skutkiem potknięcia się o zostawioną hulajnogę.

Nasuwa mi to też skojarzenie z moim dawnym doświadczeniem pracy w Londynie jako „pizzaman”. Być może już gdzieś tutaj o tym pisałem, ale powtórzę. Otóż zauważyłem dziwną rzecz: lokalni kierowcy, którzy w większości byli nastolatkami dorabiającymi sobie do kieszonkowego, zostawiali motory niedbale rozstawione przed restauracją. Piesi klęli, bo jeśli się zagapili, potykali się o niedbale zaparkowany skuter. A takie zderzenie mogło być bolesne. Dochodziło nawet do konfliktów z kierowcami. Tam, w Londynie, był to dla mnie symbol nieodpowiedzialności tych młodych ludzi, braku empatii i uwzględnienia faktu, że oprócz nich istnieją też ich bliźni. Jednym słowem – był to przejaw zwykłego egoizmu.

Wróćmy do hulajnóg – Marcin Jendrzejczak na portalu PCh24.pl twierdzi, że przestrzegający przed nimi „wpisują się (...) (choć niekoniecznie świadomie) w lewicową narrację”. A to dlatego, że pojawiły się „pomysły uregulowania (ograniczenia) ruchu hulajnóg”, a nawet zabronienia „wjazdu na tereny dostępne dla przechodniów”. Otóż w tym przypadku zgadzam się jednak z lewakami, choć nie zgadzam się z innymi ich poglądami, które autor zresztą w swoim artykule słusznie punktuje.

Oprócz bałaganu, jaki zaczął panować na ulicach, gdzie hulajnogi leżą lub stoją w sposób opisany wyżej, widzę wiele sytuacji, które wcale nie wskazują na „odpowiedzialne” ich używanie przez osoby, które z tego sprzętu korzystają. Dwójka dzieciaków jedzie chwiejnie na sprzęcie, który na dodatek pędzi dość szybko i niebezpiecznie blisko aut i pieszych. Jakiś dojrzały osobnik jedzie niebezpiecznie na hulajnodze po ścieżce rowerowej wśród wzmożonego ruchu. W Internecie czytam, że oto dziecko trafiło do szpitala, bo zostało potrącone przez użytkownika hulajnogi itp., itd. Na dodatek mój wysportowany klient, który jeździ na deskorolce i rowerze, a na dodatek biega niemal profesjonalnie, twierdzi, że hulajnoga elektryczna jest wyjątkowo niebezpieczna i kierujący nią powinni jeździć w kaskach.

Wbrew temu, co pisze Marcin Jendrzejczak, wydaje mi się, że hulajnoga to jeszcze jedna próba wyciągnięcia nas z aut, choć po coraz częstszej krytyce, z jaką się te dziecinne pojazdy spotykają, lewacy postanowili problem uregulować po swojemu – wprowadzając ograniczenia i restrykcje, które w większości akurat w tym przypadku popieram.

Sam problem jest natomiast dużo poważniejszy, niż takie czy inne zakazy. Pomysły, które wiele miast wdraża, sprawiają, że po mieście jeździ się coraz gorzej autem. Wszelkie monity i pisma do urzędników miejskich nie odnoszą z reguły skutków. Wiele ulic ulega zwężeniu, parkowanie w centrum miasta jest utrudnione – ewidentnie chce się uzależnić mieszkańców od transportu miejskiego i sprawić, by jeździli do pracy rowerami. Samochód w tej sytuacji staje się symbolem wolności i uniezależnienia od lokalnych rządów.

Tymczasem zdziecinnienie postępuje. Ale nie ma się co martwić – rząd lokalny i centralny się nami zaopiekuje. Z pewnością podrzuci nam kolejne zabawki.


poniedziałek, 2 września 2019

Dług wdzięczności – ciekawy reportaż

Nie mam telewizji już od ponad 20 lat. Jak pisałem w jednym z poprzednich wpisów, moje zetknięcia z telewizją kablową lub satelitarną utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że telewizja nie jest mi do szczęścia niezbędnie potrzebna. Śledzę natomiast z dużym zainteresowaniem rozwój telewizji internetowych (także z dużym niepokojem – wziąwszy pod uwagę niedawne próby ocenzurowania niezależnych stacji przy milczeniu przedstawicieli rządu).

Jest w tych niezależnych produkcjach naprawdę coraz więcej ciekawych programów i – jeśli korporacyjni cenzorzy nie dopną swego – będzie pewnie jeszcze większy ich wybór. Pojawiają się nie tylko nowe internetowe platformy telewizyjne, ale także nowi niezależni prezenterzy, którzy „nadają” swoje programy niezależnie od linii programowych tej czy innej redakcji.

Jednym z grzechów głównych tych produkcji jest chyba przede wszystkim to, że wiele z tych materiałów jest dość długich. Gdybym chciał na przykład obejrzeć wszystkie interesujące pojawiające się filmy, audycje i wywiady w całości, to musiałbym za każdym razem spędzić niemal cały dzień przed ekranem komputera, a akurat od tego próbowałem się wyzwolić, kiedy pozbyłem się dostępu do telewizji. To pewnie też swego rodzaju zachłyśnięcie się możliwościami, jakie daje Internet i nie dotyczy to jedynie produkcji polskich – to samo dzieje się na rynku anglojęzycznym, który staram się śledzić w wydaniu amerykańskim.

Z drugiej strony zaletą tych programów jest to, że prowadzący pozwala swojemu gościowi się „wygadać”, nie przerywając mu – co jest cenne zwłaszcza wówczas, gdy rozmówca ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia i robi to w sposób zajmujący. A poza tym programów tych nie trzeba oglądać o określonej godzinie (chyba że chce się oglądać jakąś audycję na żywo, bo jest szybką reakcją na aktualny problem) i można je zobaczyć o dogodnej porze, a nawet oglądać je fragmentami.

Nie zmienia to faktu, że przydałoby się więcej materiałów krótkich – takich, jak na przykład prezentowany na moim blogu kilka razy „Vortex” Michaela Vorisa, który z reguły ma nie więcej niż 15 minut, a przeciętnie pewnie mniej niż 10. Osobiście chętnie na przykład obejrzałbym serię takich krótkich, „szybkich” recenzji książkowych, które dałyby mi dawkę informacji o interesujących publikacjach.

Druga rzecz, która w tych niezależnych audycjach się pojawia i rozwija, oprócz „gadających głów”, to filmy dokumentalne i reportaże. I na jedną z takich produkcji, którą można znaleźć na portalu „wSensie.tv” i która została zrealizowana niedawno, chciałbym po tym przydługim wstępie zwrócić uwagę. Wprawdzie nie wszystko jest tutaj dla mnie jasne, ale sam materiał jest bardzo ciekawy i warty obejrzenia. Może więc dla odmiany, zamiast oglądać telewizję, warto wyłączyć odbiornik i włączyć komputer, by zobaczyć reportaż „Rajmund Gąsiorek: Dziś spłacam dług wdzięczności”.



sobota, 31 sierpnia 2019

Moja zachcianka nie jest twoją zachcianką. A powinna?

W jednym ze swoich wpisów napisałem, że w przypadku różnych lewicowych i liberalnych establishmentów trudno mówić o hipokryzji, kiedy ich postępowanie nie jest konsekwentne. Trudno bowiem mówić – jak mi się wydaje – o hipokryzji tam, gdzie nie ma stałych punktów orientacyjnych, a tak jest w tym przypadku. Stąd trafniejsze jest określenie zaczerpnięte z „W pustyni i puszczy” Sienkiewicza – „moralność Kalego”.

Najnowszym przykładem takiego postępowania jest warszawska afera z szambem (by nie użyć grubszego słowa). Konia z rzędem temu, kto przedstawi choć jednego „zielonego”, który zaprotestował przeciwko decyzji wypuszczenia tych ścieków do Wisły. A przecież ci sami ludzie użalają się na kornikiem drukarzem i każdym drzewkiem, które ktoś zetnie na swojej działce. Czegoś nie zauważyli? Byli w tym czasie na wakacjach?

Ponieważ lewacy wydają się nie mieć stałych punktów orientacyjnych, jakichś stałych punktów odniesienia w swojej „płynnej postnowoczesności”, być może w dyskusji z nimi trzeba zastosować trochę inny język, by zapędzić ich w kozi róg i następnie wyjaśnić im to, co dla nich nie jest takie oczywiste.

Weźmy taki przykład. Kiedyś – spory czas temu – naszło mnie, by przejrzeć „fejsbukowe” profile dawnych moich znajomych ze szkoły średniej. Po poczytaniu sobie i oglądnięciu tego, co na nich zamieszczają, doszedłem do wniosku, że chyba niespecjalnie mam ochotę do nawiązania kontaktu z większością z nich. Mniejsza jednak o to. Na jednej ze stron natknąłem się na wyrazy oburzenia z powodu klauzuli sumienia (był to wtedy głośny temat) i faktu, że ktoś autorce tego wpisu mógłby nie sprzedać środków antykoncepcyjnych, które ona ma ochotę nabyć.

I słusznie! Słusznie pod warunkiem, że przyjmie się założenie, iż mam niezbywalne prawo do realizacji moich zachcianek i jeśli chcę sobie kupić np. środek dzieciobójczy, to mam do tego prawo i już! Ok. A teraz spójrzmy na to z drugiej strony. Jestem aptekarzem i mam taki kaprys, taką zachciankę, żeby nie sprzedawać środków antykoncepcyjnych, nawet jeśli ktoś bardzo je chce kupić i wręcz twierdzi, że jest to dla niego sprawa życia i śmierci. Otóż dla mnie jest to również sprawa życia i śmierci (nienarodzonego dziecka) i w związku z tym oburza mnie, że ktoś próbuje mnie przymusić do sprzedaży tychże środków. Prowadzę sobie aptekę i oto ktoś przychodzi do mnie i mówi mi, że mam sprzedawać to, co tej osobie akurat zachciało się kupić! A ja nie mam na to najmniejszej ochoty!

Jasne? Obawiam się, że chyba nie. W końcu mamy do czynienia z moralnością Kalego.


czwartek, 29 sierpnia 2019

Rodzina to namiastka nieba na ziemi

Ofensywa totalitarnej ideologii LGBT na Polskę ma swój cel – jest nim zniszczenie tradycyjnej rodziny. Nie chodzi w tym o żadną miłość i tolerancję, o czym mogli się przekonać wszyscy choć trochę myślący, którzy oglądali relacje i zdjęcia z tzw. „marszów równości”. Profanowanie wizerunków Matki Boskiej, kpienie z Kościoła, ataki na duchownych, bluźniercze parodie Mszy świętej... Czy naprawdę trzeba więcej? Już niedługo może się okazać, że takie obrazki, jak z tego wideoklipu muzycznego, staną się przeszłością, a po naszych ulicach będą chodzić stwory takie, jakie można znaleźć tutaj (ostrzegam, że jest to dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, ale także dla tych, którzy łudzą się, że czytanie dzieciom przez tzw. „Drag Queen” to tylko niewinna przebieranka).

Może ktoś woli cięższe rytmy, może ktoś woli mniej sentymentalne dźwięki, ale ten teledysk, jest jak łyk świeżego tlenu, kiedy się pomyśli o tym paskudnym objazdowym tęczowym cyrku, jaki nawiedzał w ciągu tego roku kolejne miasta Polski. Po prostu chrońmy rodzinę!



Tymczasem różnej maści celebryci i gwiazdki muzyki pop z Zachodu są na pierwszej linii frontu cywilizacji śmierci. Jeśli następnym razem usłyszycie jakiś ich utwór o miłości, to zastanówcie się, o czym oni tak naprawdę śpiewają. Może ta ich „miłość” ma dużo więcej wspólnego ze śmiercią i nienawiścią, niż się może wydawać, a na pewno wiele wspólnego ze zwykłym egoizmem:

środa, 28 sierpnia 2019

„Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?”

Przypomina mi to pytanie zadane przez pewien tygodnik, który na okładce zamieścił coś takiego: „Dlaczego Kościół nienawidzi dzieci z próbówki?” Opór, jaki Kościół stawia niegodziwej metodzie in vitro, został tutaj sprowadzony do nienawiści wobec samych dzieci, które w wyniku tej metody się poczęły. Absurdalność tej logiki rozumowania powinna z miejsca być wyśmiana przez każdego, kto otarł się o okrojony kurs logiki w czasie studiów. Równie dobrze można by spytać: „Dlaczego Kościół nienawidzi dzieci poczętych w wyniku gwałtu?” Pomijam już sam fakt, że Kościół broni godności ludzkiego życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Trudno więc posądzać go o nienawiść do kogokolwiek, z wyjątkiem nienawiści do grzechu.

Pytanie, które zacytowałem w tytule, jest tak absurdalne, jak tylko można. Ale widać nie zdają sobie z tego sprawy redaktorzy, którzy takim tytułem opatrzyli artykuł w redagowanej przez siebie gazecie. To idiotyczne i manipulacyjne pytanie wzięli na „warsztat” panowie z PChTV. Warto posłuchać.

The Future is now!

Oderwijmy się na chwilę od polityki i spójrzmy na wydarzenie przeoczone przez co poniektóre media. Oto zeszłej nocy naszego czasu zrobiono kolejny krok w podboju kosmosu. Wyglądać może to mało imponująco, ale ktoś, kto interesuje się choć trochę astronautyką, wie, co to tak naprawdę oznacza. O tym wydarzeniu być może będą pisać w przyszłych podręcznikach historii. Być może już wkrótce wizje z książek science-fiction, które do tej pory nie zostały zrealizowane, staną się faktem. To kolejny mały krok w wyprawie na Marsa, kolejny mały krok do powrotu na księżyc.


poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Narodowiec-homoseksualista uprawiający seks ze swoim partnerem nie jest ok. Jasne?

Chyba nie, bo tekst pewnego znanego aktora (o którym szczerze mówiąc nie wiem nic) sugerujący coś zupełnie innego, został uznany przez konserwatywne medium za „mocny wpis”.

Więc zacznijmy raz jeszcze: Narodowiec-homoseksualista uprawiający seks ze swoim partnerem nie jest ok. Nie jest też ok, jeśli seks ze swoim partnerem uprawia socjalista-homoseksualista, anarchista-homoseksualista czy kogo tam sobie jeszcze wymyślicie. Uprawianie seksu homoseksualnego jest złe. Koniec. Kropka. Trzeba to powiedzieć jasno i klarownie. Niestety, jak się okazuje, nie jest to już takie jasne nawet dla hiperkonserwatywnych katolików pokroju Michała Ujazdowskiego, na którego kiedyś przed laty głosowałem (o czym piszę z prawdziwym wstydem).

Tekst celebryty nie jest „mocny”. Jest tak naprawdę jednym z tych tekstów pisanych przez milutkich ludzi, którzy chcą zadowolić każdego i do każdego się miło uśmiechnąć i puścić oczko. Przyświeca im światowe „Kochajmy się!”, za którym stoi mdła wizja słodkiej koegzystencji jednych z drugimi, homoseksualistów z narodowcami, komunistów z konserwatystami, katolików z ateistami, Kościoła z lożą masońską itd., itp. Nie jest to wizja świata oparta na prawdzie, ale wizja świata oparta na „milutkości”. Żeby tylko przypadkiem nie było żadnego konfliktu! To taka celebrycka wizja „wielu ścieżek na jeden szczyt”.

Być może autor uznałby, że nie czytam „ze zrozumieniem” i nie zauważam „znaków przystankowych”. Choć zgodzę się z nim, że uleganie „złym emocjom” i histeryzowanie nie jest wskazane i że „przestaliśmy myśleć”, to stwierdzam, że najpierw trzeba postawić pewne sprawy jasno, a potem próbować rozmawiać. Tymczasem autor plącze i miesza. Chce być słodki i po środku, chce, bym sprzeciwiając się grzechowi homoseksualizmu jednocześnie uznał, że dwóch panów współżyjących ze sobą to coś „ok” i że gorsze jest niepłacenie podatków czy palenie papierosa w zabronionym miejscu. Niestety na takie postawienie sprawy zgodzić się nie można. To znowuż taki odpowiednik patriotyzmu, który przejawia się kasowaniem biletu w tramwaju i sortowaniem śmieci.

Akty homoseksualne to zło zarówno w wymiarze moralnym, jak i społecznym. Dla duszy z pewnością nawet dużo bardziej niszczące i śmiertelne, niż zapalenie papierosa czy nawet stu papierosów w biurze wielkiej korporacji.


sobota, 24 sierpnia 2019

Nie dowieźli autobusami i wyszła klapa, a nie tęczowy cyrk

Widać objazdowy tęczowy cyrk dostał zadyszki albo nie zatankowano na czas i w Zabrzu Parada Równości poniosła klapę. Pojawiła się tylko jedna osoba (sic!). Reszta to ok. 200 przeciwników marszu. Brak doniesień, by te „krwiożercze, ksenofobiczne i nietolerancyjne bestie” rozerwały biednego, bezbronnego tęczowego demonstranta na strzępy. Może otoczył go bohaterski kordon policji albo kontrdemonstrantów zdjęła litość?

Ciekawe, czy teraz tęczowi, zasileni kolejnym zastrzykiem gotówki, będą próbować udowadniać, że Zabrze to miasto super-hiper-LGBT? Na razie ponoć odcinają się od tego demonstranta, który jest tak ograniczony, że nawet skrótu ich nazwy nie pamięta.

piątek, 23 sierpnia 2019

Może być jeszcze durniej, a z tego wszystkiego osądzą nas... świnie i komary

Celebryci się angażują i myślą, że mają ważną rolę do spełnienia. Prężą dumnie piersi, recytują wiersze i bronią nas przed„nietolerancją”. Mieszają przy tym rzeczy, które do siebie nie przystają, na jednej płaszczyźnie umieszczają zboczenie i przynależność etniczną. W tym wzmożeniu, w tym intelektualnym oburzeniu, w tym wytężeniu plączą się im homoseksualiści, sędziowie, nauczyciele, inwalidzi i Żydzi... Nie wiem, czy coś wciągają przez zwinięty w rulonik banknot, czy po prostu oni już tak mają i nic na to nie pomoże, nawet, gdyby sami trzepnęli się mocno w łeb. Najlepiej podsumował ten imbecylizm Dawid Mysior (o którym pewnie będzie jeszcze głośniej).

Nie trzeba było czekać długo, a oto niegdysiejszy autor skandalizującej książki o kapciowym i znanym elektryku teraz popisał się publicznie zdjęciem ze swojej... sypialni. Nie, nie była to tylko fotka pokoju. Nie powiem, zrobiło mi się niedobrze i musiałem popędzić do łazienki. Kiedyś tacy panowie twierdzili, że nikt nie powinien zaglądać im do łóżka. Teraz nie tylko epatują nas swoją wypaczoną seksualnością na ulicach, ale jeszcze raczą nas zdjęciami w stylu „Big Brothera” ze swojej sypialni. Pewnie niedługo doczekamy się jeszcze bardziej pikantnych fotografii – po prostu strach się bać.

Jeśli komuś jeszcze mało, to niech posłucha sobie fragmentu wypowiedzi znanego katolickiego celebryty i prezentera o zwierzętach i owadach oraz sądzie ostatecznym. Jakiś duszpasterz może zareaguje na te idiotyzmy? Mówię o katolickim celebrycie, bo w przypadku tych dwóch pierwszych zdarzeń to już chyba tylko trzeba liczyć na interwencję prosto z nieba.


czwartek, 22 sierpnia 2019

Azbestowe gacie na ławce w Sandomierzu

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, spędziliśmy parę dni wśród lasów i gór, gdzie dostęp do Internetu był kiepski. Była za to telewizja i kilkadziesiąt programów do wyboru. Ponieważ nie mamy telewizji w domu, więc z ciekawością zacząłem przeglądać dostępny repertuar. Moja małżonka oczywiście domagała się jakiegoś dobrego filmu. Cóż z tego. Wśród tych wszystkich kanałów znalezienie jakiegoś dobrego filmu i to w „długi łykend” graniczyło z cudem.

Jednego wieczora z braku laku zdecydowaliśmy się obejrzeć odcinek polskiego serialu, w którym polski ks. Brown rozwiązywał kryminalną zagadkę. Autorom tego serialu chyba brakowało już pomysłów na wiarygodną fabułę, bo wszystko było tak kiepsko pozszywane, że ciężko było w to uwierzyć, a niezaradnym policjantom pomagał nie tylko polski ks. Brown, ale też szczęśliwe zbiegi okoliczności. Zresztą może taka to uroda tej produkcji od samego początku – nie wiem, bo jeśli coś z tego oglądałem, to już bardzo dawno temu. Żeby unaocznić poziom tego badziewia, przytoczę jedną scenkę. Otóż pada deszcz. Ojciec z synem rozmawiają pod parasolem. W pewnym momencie, jakby nigdy nic, siadają na odsłoniętej ławce i dalej kontynuują rozmowę. Pod tym parasolem i w tym deszczu. Spodnie widać mają z azbestu.

Mizeria oferty programowej przy tak bogatym wyborze była też niestety widoczna wówczas, gdy zdecydowaliśmy się obejrzeć film fabularny na podstawie powieści kryminalnej pewnego popularnego skandynawskiego pisarza. Autorzy tego filmu mieli z pewnością dużo większy budżet niż twórcy polskiego ks. Browna, a jednak nie potrafili znaleźć autora, który napisałby im wiarygodny scenariusz (a może po prostu bał się poprawić znanego pisarza?). Pomijam już ten interesujący szczegół, że chyba nikt w tym filmie nie miał normalnej rodziny. To, co ów zagraniczny obraz jako tako ratowało, to skandynawskie klimaty i krajobrazy. To jednak za mało, by ograny motyw seryjnego zabójcy uczynić naprawdę wciągającym. Trudno też było uwierzyć w co bardziej absurdalne pomysły, jak np. ten, że morderca potrafił przetransportować niezauważony przez nikogo z hotelowego pokoju ciało swojej ofiary, którą najpierw w tymże hotelu zamordował, by potem w malowniczej pozie umieścić je w aucie na ulicy. Chyba miał czapkę niewidkę (w którą ubrał też zwłoki), o czym jakoś w filmie nie wspomniano ani razu. W każdym razie ów film skutecznie wybił mi z głowy pomysł (gdyby taki mi strzelił), żeby którąś z książek owego skandynawskiego pisarza dla rozrywki przeczytać. Wolałbym już raczej Muminki.

Skoro już narzekam, to ponarzekam sobie też i na współczesne monitory. Z jednej strony fajnie jest mieć w pokoju olbrzymi ekran, bo wrażenie jest takie, jakby siedziało się w kinie. Jednak z tymi nowoczesnymi ekranami wyraźnie coś jest nie tak. Zetknąłem się z tym już kiedyś i tłumaczono mi, że to tylko pierwsze wrażenie, które potem mija. Nam przez te kilka dni „prób, błędów i wypaczeń” nie minęło. W czym rzecz? Cokolwiek byśmy oglądali, nieustannie towarzyszyło nam wrażenie sztuczności. Jakby były to inscenizacje Wołoszańskiego albo tzw. teatr telewizji. Światło było po prostu płaskie, sztuczne – jakby cały czas wszystkie oglądane filmy były kręcone w studio, bez odrobiny światła dziennego. To wrażenie towarzyszyło nam zarówno w przypadku filmów, które już znaliśmy, jak i przy oglądaniu filmów nowych. To dodatkowo nieustannie irytowało i psuło (oprócz faktu, że i tak nic nie było do wyboru) przyjemność oglądania. Po prostu obojętnie, czy w filmie był słoneczny letni dzień, czy zimowe pochmurne popołudnie – różnica była prawie żadna.

Oprócz faktu, że mogliśmy się odprężyć i zrelaksować w otoczeniu pięknej przyrody, nasz wyjazd miał zatem jeszcze i tę korzyść, iż skutecznie utwierdził nas w przeświadczeniu, że brak telewizji nie jest dla nas żadną stratą.


poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Rodzynek w zupie pełnej muchomorów albo smutek celebrytów

Wróciłem z parodniowego wyjazdu. Wyjechaliśmy sobie na parę dni w spokojne miejsce, gdzie wokół były las i góry, a w nocy cisza, jeśli tylko nie zakłócali jej hotelowi goście. Wróciłem i zacząłem przeglądać portale, bo również dostęp do Internetu był w ciągu tych kilku dni laby kiepski. W oczy rzuciły mi się dwa teksty o wypowiedziach dwóch celebrytek. W gruncie rzeczy nie przestaje mnie dziwić, po co poważne portale poświęcają im tyle uwagi.

Pierwsza gwiazdka to smutny przypadek utalentowanej piosenkarki ateistki, która to poprzednich głupot, jakie zdążyła wypowiedzieć, dodaje kolejne. Jej wizja świata jest smutna i najciemniejsza z ciemnych, a „filozoficzne” dywagacje o „prawdzie” mogą co najwyżej skłonić do modlitwy o światło dla niej, by już nie bredziła. I piszę poważnie – za nią należy się po prostu modlić, bo chyba próba jakiejś głębszej dyskusji niewiele tu pomoże. Aczkolwiek przyjmuję, że może się mylę.

Druga celebrytka (przyznam szczerze, że nie wiem tak naprawdę, czy jest ona słynna z tego, że jest żoną pewnego znanego faceta, czy z jakiegoś innego powodu) uraczyła nas swymi dywagacjami o in vitro. Poza argumentami uczuciowymi nie ma ona tak naprawdę nic sensownego do powiedzenia. To, że niektórzy członkowie PiS-u są na bakier z nauką Kościoła i traktują kwestię in vitro jako element gry politycznej również nie jest żadnym odkryciem. Niestety było to szczególnie widoczne w zeszłorocznych wyborach lokalnych. Śmieszne i żałosne natomiast jest to, że jakaś żona znanego faceta uważa, iż miałbym z większą uwagą słuchać jej emocjonalnych wypowiedzi niż nauki Kościoła, który istnieje na tej ziemi już 2000 lat.


wtorek, 13 sierpnia 2019

Episkopaty Czech, Węgier i Słowacji popierają Polskę

Słowa poparcia dla arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, jakie wyrazili hierarchowie Czech, Słowacji i Węgier, to ważne wydarzenie, bo pokazuje jedność nie tylko Kościoła, ale i Europy w tym rejonie. Jest też czytelnym stanowiskiem Kościoła katolickiego wobec „tęczowej zarazy”, która grozi nam kolejnym totalitarnym „rajem”.

Dobrze również, że i inni polscy dostojnicy Kościoła wyrazili swoje poparcie dla krakowskiego arcybiskupa – być może ośmieleni dużym wsparciem modlitewnym, jakie zorganizowali świeccy wierni w zeszłą sobotę pod oknem papieskim pałacu biskupów.

Hm... A gdzie jest w tym wszystkim prymas Polski? Pojechał na wakacje?


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Tęczowy cyrk objazdowy

Krótkie wideo z (odblokowanej – na jak długo?) telewizji wRealu24 mówi więcej niż wszystkie komentarze, o co chodzi w tęczowej propagandzie. To po prostu tęczowy cyrk objazdowy. Ci, którzy widzieli poprzednie zdjęcia czy relacje, bez trudu rozpoznają znajome twarze lub maski (makijaże?). Oczywiście też bez trudu dostrzegą bardzo „tolerancyjne” bluźniercze wizerunki i symbole.

Może to wydawać się śmieszne i żałosne z jednej strony, ale z drugiej – jeśli Polacy się nie przebudzą i nie powiedzą stanowcze „Nie” – możemy ponownie wylądować w totalitarnym, tym razem tęczowym, „raju”, w którym będzie się zionąć „miłością” i „tolerancją”.

Na szczęście część polskich biskupów, z arcybiskupem Markiem Jędraszewskim na czele (a gdzie jest prymas?), stanowczo i zdecydowanie określiła, z czym mamy do czynienia. Dobrze, że są jeszcze tacy duchowni, którzy bez wahania nazywają rzeczy po imieniu.


sobota, 10 sierpnia 2019

Jak Kukiz uratował albo zatopił PSL

Kukiz startujący z list PSL? Gdyby ktoś coś takiego powiedział cztery lata temu, pewnie wszyscy, łącznie z samym liderem partii/ugrupowania swojego imienia, popukaliby się w czoło. A jednak!

Jaką wiarygodność może mieć zatem ów muzyk, który wszedł w politykę (jak w masło), by rozbić kształtujący się dwupartyjny układ? Chyba zerową. Domyślam się, że jacyś zagorzali fani lidera zespołu Piersi pewnie pójdą za nim w ciemno i byle gdzie, ale ci, którzy serio traktowali go jako działacza antysystemowego, chyba już nie bardzo.

To już nie chichot historii, to wręcz rechot i to diabelski. Bo gdybyż, gdybyż Kukiz dogadał się z Konfederacją, to choć nie wszyscy naiwni, którzy za nim szli, poparliby ten wybór, to jednak w dalszym ciągu byłby uznawany za antysystemowca, który stara się rozbić istniejący układ. Ale Kukiz wspierający PSL, które tkwi korzeniami tak naprawdę w komuszym ZSL?

Dlaczego wspierający? Bo istniała szansa, że PSL już do Sejmu nie wejdzie. A teraz, uwzględniwszy ślepotę zagorzałych fanów muzyka, może się okazać, iż Kukiz wyciągnął farbowanym zielonym pomocną dłoń, nawet jeśli sam do PSL nie wstąpił, a tylko korzysta z ich list.

Może się jednak okazać, że ten „ożenek” z rozsądku doprowadzi do wyeliminowania obu formacji, bo tyleż zyskają, co więcej stracą. I to chyba byłoby najlepsze rozwiązanie. Choć osobiście wolałbym raczej oglądać Kukiza w Sejmie niż tęczową Wiosnę Biedronia.


piątek, 9 sierpnia 2019

Kto jest ofiarą, a kto agresorem – czyli kolejny homoseksualista stracił pracę

Przeglądając anglojęzyczne portale czasami napotykam na artykuły o Polsce, w których nasz kraj jest przedstawiany jako kraj „homofobiczny”, w którym panuje głęboka nietolerancja wobec homoseksualistów i tak dalej. To oczywista manipulacja. Pomijam już to, że nie dość, iż sam homoseksualizm jako taki nie był w Polsce penalizowany, to jeszcze to właśnie lobby homoseksualne i LGBT-coś-tam jest tym, które nakręca spiralę nienawiści i nietolerancji.

Z ostatnich tygodni i miesięcy można czerpać pełnymi garściami przykłady tego, jak lobby LGBT wyobraża sobie tę „tolerancję” oraz „wolność i równość”. Ale weźmy tylko jeden – dwóch polskich aktorów, którzy są ofiarami homobolszewickiej „tolerancji”. Chodzi o Redbada Klynstrę-Komarnickiego i Jarosława Jakimowicza.

Ile jest przypadków, że zadeklarowany homoseksualista stracił w Polsce pracę z powodu obnoszenia się ze swoim homoseksualizmem? Dodam, że osobiście uważam, iż są przypadki, kiedy byłoby to jak najbardziej uzasadnione (np. w przypadku szkoły katolickiej czy generalnie pracy z dziećmi, gdzie zachodziłaby obawa deprawacji nieletnich). Osobiście nie znam takich przykładów (choć przypuszczam, że kiedy homobolszewia się zorientuje, że tak jest, to zrobią wszystko, by któryś z ich grona z roboty wyleciał). Głośna była już sprawa natomiast zwolnionego z pracy za „homofobię” pracownika firmy IKEA. A teraz na przykładzie dwóch polskich aktorów mamy ilustrację tego, jak wygląda „wolność słowa” według wspierających lobby LGBT-coś-tam.

Jarosław Jakimowicz stracił możliwość gry w serialu, gdyż odważył się bronić Zofii Klepackiej przed atakami za jej krytykę „Karty LGBT+”. Z tego, co miałem okazję zobaczyć i usłyszeć, to sam Jakimowicz nie wydaje się być jakimś „zatwardziałym” konserwatystą. A jednak obrona znanej sportsmenki wystarczyła, by spotkała go „zasłużona” kara ze strony postępowego środowiska aktorskiego.

Przykład Redbada Klynstry jest jeszcze ciekawszy i dobitniejszy. Jest on bowiem, jak się okazuje, podwójną ofiarą. Najpierw się dowiedzieliśmy, że podobnie jak Jakimowicz stracił pracę w serialu, a jeszcze dodatkowo współpracę zerwała z nim agencja aktorska. A wszystko to dlatego, że ośmielił się na Twitterze zadać następujące pytanie: „czy w PL pedofile są częścią LGBT+, czy nie? Kto czuje się odpowiedzieć?” Bardzo „nierozważne” i „nieodpowiedzialne” pytanie!

Dzisiaj natomiast dowiedziałem się, że sam Klynstra był „ofiarą molestowania seksualnego przez pedofila-homoseksualistę”! Tak więc okazuje się, że człowiek, który został skrzywdzony w młodości przez homoseksualistę, teraz jest ponownie krzywdzony przez tych, którzy wspierają lobby LGBT-coś-tam. I tak jak w przypadku Jakimowicza sam Klynstra, któremu bliskie zdają się być wartości reprezentowane przez prawicę, nie jest jakimś ziejącym nienawiścią do homoseksualistów człowiekiem. A przecież gdyby tak było, to moglibyśmy go nawet usprawiedliwiać, a przynajmniej znaleźć uzasadnienie w traumie, jaką wyniósł z dzieciństwa.

I kto tu zatem jest ofiarą, a kto agresorem?


czwartek, 8 sierpnia 2019

Cenzor z nożyczkami biega po Internecie i tnie dalej

Tym razem na Facebooku, który już nie pierwszy raz popisał się takimi praktykami. „Troskliwy” cenzor usunął z facebookowej strony „PCh24TV wpis reklamujący wywiad, jaki portalowi PCh24.pl udzielił prof. Marek Jan Chodakiewicz”. A ponieważ rozmowa dotyczyła LGBT, które to dziwo jest pod specjalną ochroną, więc – ciach, ciach! I wpis zniknął.

Jeśli ktoś wierzy propagandzie LGBT, że ludzie oddający się niezgodnym z prawem Bożym praktykom są w jakiś sposób dyskryminowani czy szykanowani, to w ostatnich miesiącach otrzymał w tym roku całą masę materiału dowodowego, która temu przeczy i pokazuje, że jest odwrotnie – to ruch LGBT dąży do naruszania podstawowych swobód i praw obywatelskich: cenzorskie praktyki wspierających ruch LGBT, bluźnierstwa, szydzenie z wiary, bezpardonowe i chamskie ataki werbalne na hierarchów Kościoła katolickiego, ataki fizyczne na księży, obrzydliwe profanacje miejsc świętych, zwalnianie z pracy za wyrażenie własnej opinii, pozbawianie pracy za postawienie pytania o LGBT czy za obronę osób, które ośmieliły się wyrazić sprzeciw wobec praktyk LGBT, szykanowanie osób, które odważnie zabrały głos publicznie w sprawie nadużyć LGBT, indoktrynacja LGBT w miejscu pracy, próba ingerowanie w prawo rodziców do wychowywania własnych dzieci... Wystarczy włączyć Internet, trochę poszperać, by znaleźć tego całe stosy.

Tymczasem na zachodnich portalach zamieszcza się artykuły o rzekomo nietolerancyjnej Polsce. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. To praktyki znane jeszcze z czasów, kiedy o Internecie nawet nie śniono, a prasa nie była jeszcze w użyciu. Przychodzą więc monopoliści, przychodzą ambasadorowie obcych państw i dyktują nam i pouczają nas, jak mamy myśleć w naszym własnym domu.


środa, 7 sierpnia 2019

Problem cenzury w sieci – gdzie są przedstawiciele rządu?

W Sejmie w tej chwili w ramach specjalnej komisji toczy się debata na temat cenzury w Internecie. Są przedstawiciele różnych mediów, nie ma natomiast żadnego przedstawiciela rządu ani przedstawiciela firmy Google, która to firma jest m.in. odpowiedzialna za cenzorskie praktyki w sieci.

Warto zauważyć coś, na co też zwracają uwagę debatujący – że cenzura gigantów medialnych dotyka głównie, a może wyłącznie mediów prawicowych, katolickich, konserwatywnych. Jest więc jawną dyskryminacją ze względów ideologicznych. Co więcej, jak podkreślają poszczególni mówcy, takie praktyki są przez polskie prawo zabronione. Co więc robi rząd i dlaczego nikt z rządu nie stawił się na debatę – ani przedstawiciel Ministerstwa Cyfryzacji, ani przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości? Czyżby dlatego, że cenzura dotyka głównie mediów, które bywają mocno krytyczne wobec obecnego rządu?


wtorek, 6 sierpnia 2019

Tęczowy cenzor szaleje po sieci i tnie nożycami

Jeszcze trochę, a w sieci będzie można poczytać i pooglądać jedynie lewomyślne treści, bo innych już nie będzie. Tęczowy cenzor szaleje po polskim Internecie i wycina kolejne materiały. Tym razem naraził się mu Abp Marek Jędraszewski, którego kazanie wycięto ze strony Radia Maryja. Ktoś może lubić lub nie lubić Radia Maryja, ale musi przyznać, że jest to łamanie podstawowych wolności, w tym przypadku wolności słowa.

Tęczowi cenzorzy i macherzy coraz ostrzej biorą się za Polskę. Tęczowe piątki, tęczowa partia, tęczowe marsze, tęczowe straszenie więzieniem za tzw. „mowę nienawiści”, tęczowa cenzura... Jeszcze trochę, a udział w tzw. „paradach równości” będzie równie obowiązkowy, jak był w pochodach pierwszo-majowych za czasów PRL-u. Nie pójdziesz – stracisz autko służbowe i pracę, a potem mieszkanie kupione na kredyt. Już się oni dobiorą Polakom do ... I to dosłownie i w przenośni.


poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Tęczowy PRL-bis

Pewien znany publicysta zamieścił na Twitterze grafikę, która sugerowała powiązanie pomiędzy koloratką a hitlerowskim wąsikiem. Niektórzy wyrażali swoje rozczarowanie tym chamskim „memem”, uważając widać wcześniej owego pana za człowieka większej kultury (szczerze powiedziawszy nie wiem, dlaczego). Jednak w pamięci utkwiła mi przede wszystkim jego odpowiedź na pytanie jednej z osób komentujących: „co to wnosi dobrego?” Otóż ów pan stwierdził, że to „osłabia agresora”!

To typowe. Prawdziwy agresor nazywa ofiarę agresorem, złodziej krzyczy: „Łapać złodzieja!” W końcu prowokacja gliwicka też była wymyślona po to, aby prawdziwy agresor mógł się przedstawiać jako ofiara, która nie miała innego wyjścia. Homobolszewicy nie wymyślili nic nowego, ale stosują tę technikę przy potężnym wsparciu mediów wypaczających rzeczywistość (właśnie miałem okazję przeczytać dzisiaj artykuł w pewnym irlandzkim medium, które obnosi się ze sloganem „Truth matters” – prawda może w tym artykule i była, ale potężnie zmaltretowana i wytarzana w błocie).

Homobolszewikom nie zależy wcale na żadnej tolerancji ani wolności, nie obchodzi ich też prawda. Chcą zamykać usta tym, którzy myślą inaczej niż oni. Zmuszanie ludzi do uczestnictwa w paradach homoseksualnych, tak jak kiedyś w pochodach 1-majowych, to już w niektórych miejscach Europy, np. w Holandii, rzecz normalna. Ta zaraza, „tęczowa zaraza”, jak ją słusznie nazwał abp. Jędraszewski, nawiązując do wiersza Józefa Szczepańskiego „Ziutka”, wkroczyła już do Polski i panoszy się coraz butniej.

Niektórzy może nawet jeszcze nie zdają sobie sprawy ze skali tego, co się dzieje. Ekscytując się wyczynami Kamila D. czy lotami marszałka Kuchcińskiego, być może nie zauważają, że oto znikają kolejne niezależne produkcje i kanały z sieci, bo właśnie do Polski wkroczyła homobolszewicka cenzura, za którą stoi kasa wielkich korporacji. Nie widzę też jakiejś zdecydowanej reakcji rządu, który powinien przecież bronić podstawowych praw i wolności obywatelskich. Czyżby dlatego, że cenzura ta dotyka media, które nie zawsze są tej władzy przychylne?

Homobolszewicy poczynają sobie coraz śmielej i jeśli nie będzie jakiejś zdecydowanej reakcji zarówno rządu, jak i zwykłych obywateli, już za chwilę obudzimy się w PRL-u bis. Jedyna różnica będzie może taka, że półki będą pełne (jak długo?), a zamiast czerwonej flagi, będzie powiewać flaga tęczowa.

Atak na arcybiskupa Jędraszewskiego jest doskonałym przykładem tego, jak działa homobolszewicka propaganda i jak wraca nowe. Mamy już nawet tęczowych księży-patriotów, którzy zgodnie z mądrością nowego etapu wzywają do dymisji krakowskiego hierarchy. Czy po objęciu rządów przez lewicę arcybiskup zostałby internowany? – takie pytanie jeszcze niedawno wydawałoby się absurdalne, dzisiaj okazuje się, że należy je potraktować jak najbardziej poważnie.


sobota, 3 sierpnia 2019

YouTube cenzuruje i usuwa konto niezależnej telewizji!

Kolejne działania cenzorskie medialnego giganta, który właśnie usunął kanał niezależnej telewizji wRealu24.pl. O sprawie można przeczytać tutaj. Natomiast tutaj można się przekonać, że kanał wRealu24.pl przestał istnieć. Wygląda na to, że po wzmożeniu aktywności ruchu homobolszewików przyszedł czas na cenzurowanie prze wyborami niezależnych mediów i portali.

Byle tylko dopiec, czyli jak zostać najgłupszym głupcem

Było już pomysł „świętowania” rocznicy wybuchu II wojnyświatowej radosnym marszem i tańcem. Ale okazuje się, że głupota wydaje się być bardziej bezdenna, niż się to filozofom wyśniło. To już istny konkurs, który można by zatytułować „Głupi, głupszy” albo „Najgłupszy głupiec Twittera”.

Otóż, proszę Państwa, okazuje się, że powinniśmy użalić się nad Niemcami, którzy rozpoczęli II wojnę światową atakiem na Polskę! Tak, tak! Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, to nasi okupanci „mieli wyższe straty” i z tego powodu najwidoczniej to im należy się „godne upamiętnienie”. Nie, nie Polakom – tak uważa przecież „łamacz konstytucji” Andrzej Duda i ten cały ciemnogród PiS-owsko-endecko-katolicki. A to nie może być ani słuszne, ani prawdziwe!

Myślicie, że to bajki? Nie wierzycie, że mógł się pojawić taki „geniusz”, to poczytajcie tutaj.


piątek, 2 sierpnia 2019

O cenzorskich zapędach YouTube w Polsce głośno już w Stanach Zjednoczonych

A kto chce sobie poczytać, może zerknąć na stronę Church Militant, gdzie znajdzie artykuł na temat ostatnich cenzorskich praktyk medialnych gigantów. Tekst można przeczytać tutaj. Proszę zwrócić uwagę na ciekawą grafikę, jaką zamieszczono pod tytułem artykułu. Miejmy nadzieję, że Ordo Iuris nie odpuści, ale wskóra swoje. Moim zdaniem medialni giganci powinni zapłacić za takie praktyki karę.

Widać, że wielkie koncerny nasiliły inicjatywę przed jesiennymi wyborami.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Kolejne przykłady współczesnej cenzury - Apple usuwa katolicki kanał

Wiem, dzisiaj ważne święto – rocznica wybuchu jednego z najbardziej tragicznych powstań w dziejach Polski – Powstania Warszawskiego i warto o tym pamiętać, a także pomodlić się za tych, którzy wówczas zginęli walcząc o wolną Polskę, do czego zachęca portal PCh24.pl. Jednak nie sposób milczeć, kiedy pojawiają się kolejny przykłady cenzurowania prawicowych czy katolickich mediów, spychania ich do getta i eliminowania ze sfery publicznej. Ci, którzy głoszą rzekomo „tolerancję”, nie mają tolerancji dla wrogów „tolerancji”.

Pisałem już o cenzorskich zapędach YouTube’a i blokadzie filmów i produkcji naszych rodzimych niezależnych telewizji i redakcji. Tym razem przyszła wiadomość z Ameryki, gdzie Apple zablokował publikację wiadomości na swojej platformie katolickiemu portalowi LifeSite. Jak podaje LifeSiteNews, Apple najpierw zaaprobował publikację wiadomości, a potem nagle usunął ze swojej platformy, pod pretekstem „nietolerancji wobec określonej grupy”, kanał tej katolickiej redakcji. Oczywiście nie podał, kim ta „określona grupa” w ogóle jest.

O sprawie z polskich mediów pisze portal PCh24.pl.

To nie pierwszy przykład cenzurowania konserwatywnych i katolickich mediów. Przykładów manipulacji i blokowania treści „nielewomyślnych” jest już tak dużo, że można by na ten temat napisać sporą książkę albo nawet kilka książek. Myślę, że czas, aby media katolickie i konserwatywne zorganizowały się na skalę międzynarodową i podjęły działania w celu stworzenia własnej i niezależnej platformy medialnej, na której będzie można publikować filmy i wiadomości bez cenzury i ingerencji wielkich koncernów, które wspierają lewicę i homobolszewików.


środa, 31 lipca 2019

Wraca cenzura, tym razem w wydaniu homobolszewickim

Już kiedyś pisałem na tym blogu, że nie spodziewałem się, iż dożyję czasów powrotu cenzury. A jednak. Znikają kolejne filmy i programy ze strony monopolisty, jakim jest YouTube.

Informowałem niedawno o problemach niezależnej internetowej telewizji wRealu24 TV, której zablokowano audycje poświęcone LGBT-coś-tam. Teraz okazało się, że zablokowano program z udziałem Pawła Lisickiego i MarkaMiśko na temat tej totalitarnej ideologii. Miałem nawet zarekomendować ów bardzo ciekawy odcinek z cyklu „Wierzę”. Za późno, program już zniknął z YouTube, nauka Kościoła o homoseksualizmie to bowiem tzw. mowa nienawiści.

Jestem ciekaw, czy rząd coś zrobi w sprawie panoszenia się tej ideologii, czy podejmie skuteczne działania w celu powstrzymania monopolistycznych praktyk YouTube i innych gigantów medialnych? Czas reagować. Najwyższy czas. Tym bardziej, że działania te nie przypadkowo zbiegają się z kampanią wyborczą.

Przykłady referendum w Irlandii i niszczenia europejskiej cywilizacji na Zielonej Wyspie są tutaj przykładem, w jaki sposób manipuluje się opinią publiczną. Tam też monopoliści blokowali dostęp do mediów katolickim i konserwatywnym organizacjom, utrudniając im kontakt z Irlandczykami.


wtorek, 30 lipca 2019

Jak premier Morawiecki mnie zasmucił

Słowo „Europa” i jego odmiany pojawiają się w naszych czasach na ustach wielu osób i w nazwach wielu instytucji, organizacji, a nawet produktów. Jednak, kiedy się wsłuchać uważnie, z łatwością można odkryć, że nie wszyscy mają to samo na myśli. Można też odnieść wrażenie, że sama „Unia Europejska” ma coraz mniej wspólnego z wartościami, które niegdyś uosabiało słowo „Europa”. Przede wszystkim odcinając się od chrześcijaństwa, odcina to, co do tej pory stanowiło podstawę cywilizacji europejskiej.

Nie przypuszczałbym jednak, że premier obecnego rządu (cokolwiek bym sobie myślał o nim czy o jego decyzjach), który sam mówił nie tak dawno jeszcze temu o rechrystianizacji Europy, sprowadzi słowo „Europa” do tak niskiego poziomu. Oto na spotkaniu mieszkańcami Stężycy miał powiedzieć: „Dla nas europejskość to jest zasobność polskich portfeli, a nie eksperymenty kulturowe, czy obyczajowe. (...) To jest właśnie nasz program”.

Wyobraźcie sobie, Państwo! Oto z jednej strony „eksperymenty” LGBT i tym podobne, a z drugiej – „zasobny portfel”. Z jednej chłop z chłopem, baba z babą, a z drugiej syty Polak na kanapie z pilotem w ręce. Z jednej strony 52 płcie, a z drugiej rozbijający się najnowszym elektrycznym cudeńkiem Kowalski!

Tylko czekać, aż temu zadowolonemu ze zwitka banknotów w portfelu Kowalskiemu czy Nowakowi palma odbije i zacznie eksperymentować z własną płcią, aż przyjdzie mu do głowy pomysł seksualizacji dzieci czy tym podobne rzeczy. Bo niby dlaczego nie? Co go przed tym uchroni? W końcu orędownicy homoseksualnej rewolucji i nowej „miłości” mają i tak już strumyk pieniędzy, który płynie do nich z różnych organizacji, mniej lub bardziej jawnych i tajnych, włączając w to potężne międzynarodowe koncerny. Może więc wystarczy Kowalskiemu pomachać tym plikiem banknotów przed nosem?

„Europejskość” zaproponowana przez premiera Morawieckiego sytuuje się więc dokładnie po tej samej stronie, po której sytuują się odrzucane przez niego „eksperymenty kulturowe i obyczajowe”. I żeby mnie mylnie nie zrozumiano: nie neguję potrzeby zasobnego portfela i zapewnienia własnej rodzinie godnego bytu. Tyle tylko, że ten „zasobny portfel” premiera Morawieckiego wraz z tymi „eksperymentami” wydają się być podszyte pustką. Naprzeciw nich stoją średniowieczne katedry, brzmi śpiew gregoriański, słychać recytację „Boskiej komedii” i muzykę sfer niebieskich...

Brzmi patetycznie? Zbyt patetycznie w tym kontekście? No cóż! Nic na to nie poradzę. Ja idę sobie w tamtą stronę, bo tam jest ta prawdziwa Europa, Europa budowana na chwałę Pana, a nie atrapa zżarta przez korniki i szeleszcząca papierem, którą byle wiatr przewróci.


poniedziałek, 29 lipca 2019

Homobolszewicka „wolność słowa” – blokada wRealu24 TV

Pisałem już parokrotnie na tym blogu, że homobolszewicy, którzy teraz określają się jako LGBT przyniosą nam mniej więcej taką „wolność” i „tolerancję”, jaką nieśli nam bolszewicy począwszy od roku 1917. Oni chcą po prostu wszelkich swobód dla siebie, łącznie ze swobodą szydzenia ze świętości zarówno religijnych, jak i narodowych, bluźnienia, profanowania i obrażania innych, którzy myślą inaczej od nich. Mieliśmy w ciągu ostatnich miesięcy dosyć takich przykładów, by stworzyć jakąś „Czarną Księgę LGBT”, która by dokumentowała, jak naprawdę wygląda ich pojmowanie „wolności” i „tolerancji”.

YouTube, jeden z monopolistów na rynku medialnym, zablokował właśnie kanał wRealu24 TV. Tak właśnie wygląda „wolność LGBT”. Gołym okiem widać, że tak jak tzw. „demokracja ludowa” nie miała nic wspólnego z demokracją, tak „wolność i tolerancja LGBT” nie mają nic wspólnego z prawdziwą wolnością i tolerancją.

Kiedy jakiś drukarz czy cukiernik, którzy nie są monopolistami na rynku, odmówią wykonania usługi dla homoseksualistów, podnosi się wrzask i skowyt lobby LGBT, padają porównania do hitlerowskich Niemiec, a rzekomo „uciśnionych” homoseksualistów do Żydów itp., itd.

Tymczasem nie zdziwmy się, jeśli w sklepikach i zakładach usługowych drobnych przedsiębiorców zacznie się wybijanie szyb, bo na przykład nalepili sobie naklejkę „Strafa wolna od ideologii LGBT” albo po prostu otwarcie głoszą przywiązanie do nauki Kościoła katolickiego.

To homobolszewicy są prawdziwymi agresorami, to im zależy na tłumieniu wolności słowa, to oni głoszą prawdziwe zabobony, to oni są rzeczywistym zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka.


środa, 24 lipca 2019

Przypadek czy nie przypadek?

Czasami w życiu zdarzają się dziwne rzeczy, niby przypadkowe, ale czy aby na pewno? Chyba każdy z nas ich doświadczył, czasami może próbował je zracjonalizować, bo były tak niezwykłe, że trudno wręcz było uznać je za prawdziwe. O pewnym takim „przypadku”, „zbiegu okoliczności” opowiada Tomasz Antoni Żak na stronie PCh24TV. Polecam, czasem warto zastanowić się głębiej nad sensem życia i tego, co nas po drodze (dosłownie i w przenośni) spotyka. Całość do obejrzenia i posłuchania tutaj.


poniedziałek, 22 lipca 2019

Początek faszyzmu, czyli odwracanie kota LGBT ogonem

„To początek faszyzmu”, „Z Białegostoku niedaleko do Jedwabnego” – to część komentarzy na temat zajść w Białymstoku, jakie pojawiły się ostatnio w mediach. Zacznijmy od tego, że takich wydarzeń i takich komentarzy należało się wcześniej czy później spodziewać. O to przecież chodzi. Stąd prowokacje homobolszewickie w Gnieźnie, gdzie w tym roku odbył się pierwszy przemarsz „kochających inaczej”, stąd ponowienie prowokacji homoseksualnych w Częstochowie, stąd wzmożenie tzw. „parad równości” w wielu miastach Polski.

Dlaczego mówię o „prowokacji”? Bo niezależnie od intencji tych biednych ludzi, którzy czynnie w nich uczestniczą, są to właśnie działania mające na celu wywołanie jakiegoś nieszczęścia. Po pierwsze uznano, że w Irlandii zrobiono już z grubsza porządek (reszta potoczy się jak kula śniegowa) i że przyszedł czas na Polskę, która jeszcze się broni jako kraj katolicki. Po drugie homoseksualny „męczennik” w Gnieźnie czy w Częstochowie byłby podarunkiem dla ruchu „LGBT-coś-tam”. Jeden celny kamień rzucony przez jakiegoś krewkiego narodowca czy nierozważnego nastolatka i nieszczęście gotowe, a potem Częstochowa czy Gniezno w światowych mediach łączone byłby już nie z chrześcijaństwem, ale z homoseksualizmem i czyjąś bezsensowną śmiercią.

Tymczasem w rzeczywistości działacze „LGBT-coś-tam” nie są żadnymi ofiarami, to oni, mając wsparcie wielkich światowych koncernów, a także różnych wpływowych polityków i państw, próbują doprowadzić do sytuacji, stworzyć rzeczywistość, w której normalny człowiek stanie się ich ofiarą. W tym ich „nowym wspaniałym świecie” nie będzie już wolności słowa ani demonstrowania swoich poglądów, a takie wpisy, jak ten, będą usuwane z sieci, zaś ich autorzy będą narażeni nie tylko na spore nieprzyjemności, ale nawet na karę więzienia za tzw. „mowę nienawiści”. Ideologia „LGBT” to ideologia totalitarna i jako taka powinna być zakazana. Szerzenie tej ideologii powinno być zakazane, tak jak szerzenia komunizmu czy nazizmu.

Stąd dziwią niektóre komentarze, jakie pojawiły się po prawej stronie, w związku z akcją „Gazety Polskiej” z naklejkami „Strefa wolna od LGBT”. Mogę jeszcze zrozumieć od biedy wpis narodowca Krzysztofa Boska, który – jeśli dobrze rozumiem jego intencje – zdaje się wskazywać na to, że akcja ta może być po prostu wykorzystana przez lobby homoseksualne, by jeszcze zaognić całą sytuację na swoją korzyść.

Totalnie nie zgadzam się natomiast z komentarzem TomaszaTerlikowskiego. Pyta się on retorycznie: „Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby jakieś liberalne medium wypuściło naklejki dla usługodawców z napisem: Strefa wolna od katolików/katolicyzmu”. Otóż po pierwsze takie naklejki już są, nie dosłownie, nie jako przedmiot do wykorzystania, ale jako swego rodzaju bicz na katolików. Co spotkało panią Klepacką, kiedy ośmieliła się skrytykować prohomoseksualne działania w Warszawie? Co może spotkać tych, którzy ośmielą się przeciwstawić homolobby np. w świecie artystycznym? Co spotkało pracownika IKEI, który przeciwstawił się promocji ruchu LGBT cytując Biblię? Po drugie naklejka mówi: „Strefa wolna od LGBT”, a nie od osób, które mają skłonności homoseksualne, czy wyobrażają sobie jednego dnia, że są panią, a drugiego, że istotą dwupłciową. Po trzecie, ja akurat byłbym wdzięczny za takie naklejki, jakie sugeruje Tomasz Terlikowski, bo wiedziałbym, gdzie unikać robienia zakupów, tak jak unikam robienia zakupów w pewnej sieci handlowej, która wymazywała krzyże ze zdjęć reklamowych swojej firmy. Z pewną ciekawością obserwowałbym też, jak długo taki biznes utrzyma się na rynku (co swoją drogą wiele powiedziałoby mi też o katolicyzmie w Polsce).

Terlikowskiego nie przekonuje też „argument, że chodzi o strefę wolną od ideologii, bo tak się składa, że ona nie przemieszcza się po mieście, nie chodzi do lokali. Jednym słowem walczmy z ideologią (groźną i niebezpieczną), szanujmy ludzi i głośmy miłość Jezusa Chrystusa”. Jakoś nie zauważyłem, by Tomasz Terlikowski protestował przeciwko znakowi „Strefa zdekomunizowana”, który umieścił niegdyś na swojej posiadłości pewien polityk i autor jednego z przytoczonych na początku komentarzy. Czy stawał wówczas w obronie komunistów, których taki znak obrażał? Czy w ogóle ten znak budził takie kontrowersje wówczas, jakie budzi inicjatywa Sakiewicza? Czy gdyby „Gazeta Polska” wówczas wypuściła naklejki „Strefa zdekomunizowana”, to podniosłyby się głosy krytyki także po prawej stronie? Absurd! Terlikowski chociaż dostrzega, że ideologia LGBT jest „groźna i niebezpieczna”, dziwne jednak, że nie dostrzega, iż wlepki „Gazety Polskiej” są po prostu elementem walki z tą totalniacką ideologią, tak jak dawniej było nią malowanie po murach.

Niewykluczone, że jeszcze trochę, a trzeba będzie wrócić do tych metod, skoro monopolista na rynku prasy i książki blokuje sprzedaż „Gazety Polskiej”. Stąd, choć straciłem sympatię do działań i propagandy „Gazety Polskiej”, popieram ich akcję.


piątek, 19 lipca 2019

Daniel i złoty posąg, przed którym pokłony bije współczesna polityka

Przeczytałem sobie ostatnio fragment z Księgi Daniela, w którym mowa o wrzuceniu Daniela i jego towarzyszy do pieca ognistego za odmowę oddania czci złotemu posągowi. Daniel mówi tam tak:

„Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twej ręki, królu! Jeśli zaś nie, wiedz, królu, że nie będziemy czcić twego boga ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłeś”.

Daniel więc liczy się z tym, że plany Boże mogą być inne i że mówiąc po ludzku może przegrać. Jednak przykazania Boże i Boża prawda są ważniejsze, nawet jeśli po ludzku dla Daniela miałoby to oznaczać klęskę. Jak wiemy, mimo wrzucenia do pieca ognistego, którego żar pochłonął tych, którzy ich tam wrzucali lub się doń zbliżyli, Daniel i jego towarzysze ocaleli. Wciąż jednak należy pamiętać, że Daniel chciał być wierny zasadom Bożym nawet, gdyby miało to oznaczać, że poniesie śmierć, że po ludzku przegra starcie z satrapą.

Współcześni politycy, którzy określają się mianem „chrześcijańskich” czy „katolickich”, idą na kompromisy z prawem Bożym dla słupków popularności. Wystarczyło, że parę ubranych na czarno bab (jeśli to w ogóle były baby) wyszło na ulice, a PiS przestraszył się, że może mieć to konsekwencje wyborcze i przestał stanowczo bronić dzieci nienarodzonych (jeśli w ogóle kiedykolwiek stanowczo je bronił). Sondaże, popularność ludu, naciski jakiejś komisji zlokalizowanej w Brukseli i tym podobne nakazują politykom korygowanie tego, co jest niezmiennym prawem Bożym, albo granie tym, co nie powinno być przedmiotem żadnej gry politycznej.

Demokratyczni politycy boją się, że obrona praw Bożych może kosztować ich kilka krzyżyków mniej na karcie wyborczej. Daniel nie bał się śmierci w piecu ognistym, wolał umrzeć, niż pokłonić się przed złotym posągiem. Miał nadzieję w Bogu, ale liczył się z tym, że z jakiegoś powodu Pan Bóg może dopuścić do jego śmierci. Nie tłumaczył sobie: „Co mi szkodzi, pokłonię się, przecież i tak wiem, że to jedynie kupa złota, a nie żaden bóg! Dzięki temu będę miał władzę i pomogę swojemu ludowi”. Nie, był gotów ponieść śmierć w płomieniach. Nie poniósł.

Współczesnym politykom „chrześcijańskim” i „katolickim” wydaje się, że nie poniosą śmierci w płomieniach, jeśli pokłonią się złotemu posągowi wyborów i władzy. Zapominają, że ten płomień fizyczny czy nawet metaforyczny, to nie jedyny płomień, który ich może czekać. A różnica jest taka, że ten, który ich czeka, płonie wiecznie, obojętnie czy w to wierzą, czy nie.


czwartek, 18 lipca 2019

Batalia o kolejne dziecko w Wielkiej Brytanii

Polskie media chyba nie poświęciły zbytnio uwagi tej sprawie, a tymczasem wygląda na to, że toczy się batalia o życie kolejnego dziecka w Wielkiej Brytanii. Był Charlie, był Alfie, a teraz jest Tadifa, której terapię lekarze chcą przerwać wbrew rodzicom, którzy pragną dziecko ratować. Co gorsza scenariusz jest podobny, jak w przypadku Afliego i Charliego, to znaczy szpital nie chce dziecka wydać rodzicom, by mogli je przewieźć na leczenie do innego szpitala we Włoszech.

Smutne, by było, gdybyśmy się przyzwyczaili do takich sytuacji i przestali reagować, tak jak wielu z nas przyzwyczaiło się do mordowania nienarodzonych dzieci do tego stopnia, że przestajemy tym problemem się zajmować, a politycy (i to „nasi”!) traktują ten problem jako element rozgrywki politycznej, zamiast odważnie stanąć po stronie prawdy i bronić niewinnych dzieci wbrew wszelkim kalkulacjom wyborczym.

Więcej o sprawie małej Tadify można przeczytać tutaj.


środa, 17 lipca 2019

Car jak umierający na krzyżu Chrystus

Ubiegłej nocy minęła 101 rocznica zamordowania przez bolszewików ostatniego cara Rosji wraz z jego rodziną. Rok temu napisałem tekst w dwóch odcinkach o niepokojącej wizji angielskiej XX-wiecznej mistyczki Caryll Houselander. Wizji, która szczególnie u Polaków musi budzić mieszane uczucia, gdyż idzie niejako pod prąd naszym stereotypom i niechęci do rosyjskiego caratu. Chciałbym dzisiaj przypomnieć ten tekst, gdyż wydaje mi się, że zarówno sama wizja, jak i postać Caryll Houselander są w Polsce praktycznie nieznane. Pierwszą część tego tekstu można przeczytać tutaj, a drugą tutaj.


wtorek, 16 lipca 2019

Nacjonalizm i mowa nienawiści nie przejdą!

Pisałem już chyba dwa razy na tym blogu o szkockim uczniu, który został wyrzucony z klasy, a potem też ze szkoły za stwierdzenie prostego, zdroworozsądkowego i naukowego przecież faktu, że istnieją dwie płcie. Coraz częściej niestety zdarza się, że w szkole uczniowie mają problemy za to, że mówią prawdę wbrew nauczycielom, którzy z kolei uczą dzieci i młodzież bzdur (nie mówiąc już o uczeniu ich zwykłego konformizmu). Chodzi o szkoły na zachodzie Europy, gdzie barbarzyństwo zajmuje coraz większe obszary niegdyś opanowane przez cywilizację zachodnią. I chodzi tutaj zarówno o barbarię w instytucjach europejskich, która nie szanuje wielkiego dziedzictwa europejskiego, jak i napływ barbarii z krajów muzułmańskich (która akurat barbarii europejskiej się przeciwstawia tam, gdzie koliduje ona z ich kulturą).

Coraz częściej więc współczesne szkoły nie są placówkami edukacyjnymi, ale forpocztami nowej barbarzyńskiej inwazji, pralniami mózgów, w których wiedzę zastępuje się myśleniem magicznym, zaklinaniem rzeczywistości. Jeśli w końcu w placówkach szkolnych zacznie się uczyć wróżbiarstwa, guseł i tym podobnych, nie powinno to już chyba nikogo specjalnie dziwić. Przecież jeśli można uczyć, że istnieje więcej niż dwie płcie, że homoseksualiści mogą wstępować w związki małżeńskie i tym podobne idiotyzmy, to czas na lekcje wróżenia z kryształowej kuli i rzucania czarów jest już bliski.

W Polsce szkoły jeszcze się opierają i bronią przed ofensywą prymitywizmu zamaskowanego pod postacią nowoczesności, ale homobolszewia i „postępowi” edukatorzy robią wszystko, by to zmienić. Wprawdzie jeszcze chyba w żadnej szkole polskiej nie wyrzucono ucznia z lekcji biologii za stwierdzenie faktu naukowego, okazuje się jednak, że można mieć poważne kłopoty za stwierdzenie faktu historycznego. Oto nazwanie Bandery bandytą może w polskiej szkole skończyć się sprawą w sądzie, a rodzice ucznia, który to powiedział, mogą być pozbawieni praw rodzicielskich! Mówienie prawdy o przeszłości nazywa się teraz „nacjonalizmem”!

Domyślam się też, że gdyby wprowadzono do polskiego prawa zapisy o tzw. „mowie nienawiści”, to rodzice tego ucznia zostaliby rozstrzelani, a ich dziecko zamknięto by w specjalnym obozie korekcyjnym dla trudnej młodzieży, gdzie od świtu do zmierzchu bombardowany byłby „miłością” i filmami Sekielskiego oraz Patryka Vegi.


poniedziałek, 15 lipca 2019

Homo viator i homo superbus

„W wielkich dziełach literatury odkrywamy głębokie zrozumienie bytu człowieka i jego celu. Odkrywamy, że osoba ludzka to homo viator, pielgrzym, czyli wędrowiec, który podróżuje przez śmiertelne życie, pamiętając zawsze o życiu wiecznym. To zrozumienie, kim jesteśmy, zostało utracone. „Człowiek nowożytny – pisał Chesterton – bardziej przypomina podróżnika, który zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia i musi wrócić tam, skąd przyszedł, by odkryć, dokąd zmierza”. W rzeczywistości rzeczy przedstawiają się nawet gorzej, niż wyobraził sobie to Chesterton, ponieważ współczesny człowiek nie tylko zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia, ale nawet zapomniał, że ma jakieś miejsce przeznaczenia. Nie wie, że jest podróżnikiem. Nie ma świadomości, że podróżuje ani że ma dokąd pójść. Nie jest on homo viator, ale homo superbus – człowiek pyszny, żałosna istota złapana w pułapkę pomiędzy ograniczeniami konstruowanego przez siebie „ja”, więzień swojej własnej dumy i uprzedzenia”.

Joseph Pearce, Literature: What Every Catholic Should Know (tłum. własne)

sobota, 13 lipca 2019

O zawiązanych oczach i życiu w fikcji, które krzywdzi nas samych i bliźnich

Arcybiskup Fulton J. Sheen napisał:

Pary małżeńskie często mówią: „Nie możemy sobie pozwolić na więcej dzieci”.
Ci, którzy wyrażają takie zdanie, prawdopodobnie nigdy nie pomyśleli o straszliwej zasadzie, jaką zwiastują, a mianowicie: prymacie tego, co ekonomiczne nad tym, co ludzkie. Wprowadźcie to w życie we wszystkich innych dziedzinach. Przypuśćmy, że mąż mówi, iż nie będzie już wspierał swojej żony. Czy powinien mieć prawo ją zastrzelić?

(...)

Ci, którzy przyznają prymat temu, co ekonomiczne, nie są tak naprawdę zainteresowani oszczędzaniem czy zarabianiem; są zainteresowani wydawaniem, które dyktuje udaremnianie życia. Próżniackie namiętności i pragnienie więcej kredytu, ubrań, oraz egoizm określają ich filozofię. Wierzą, że wolno im manipulować życiem poza prawami Bożymi, ponieważ prawa płodnego małżeństwa wiążą jedynie katolików.

Powiadają oni, że katolicy są przeciwni wszelkiemu udaremnianiu ludzkiego życia w małżeństwie, ale należy pamiętać, że ci, którzy nie są katolikami, nie mają więcej wolności naruszania naturalnych praw Bożych niż ktokolwiek inny. Tak się składa, że Kościół katolicki broni prawa naturalnego. Są tacy, którzy wierzą, że sprzeciw wobec udaremniania miłości, zasada, że przeznaczeniem małżeństwa jest być płodnym, to jedynie i wyłącznie nauka katolicka. Przypuśćmy, że spora większość ludzi chodziłaby wokół z zawiązanymi oczami i zatkanymi uszami. Wkrótce mielibyśmy encyklikę papieską sprzeciwiającą się temu, a Kościół mówiłby: „Nie jest rzeczą właściwą, by zawiązywać oczy i zatykać uszy. Rozum mówi, że oczy zostały stworzone do widzenia, a uszy do słuchania. Musicie pozwolić tym organom pełnić funkcję, do której stworzył je Bóg”.

Wielu powiedziałoby: „Och, Kościół katolicki sprzeciwia się kontroli oczu”.
„Kościół katolicki sprzeciwia się kontroli uszu”.

Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że jest mądrzejszy od Boga, wyrządza krzywdę sobie i bliźnim. Zamiast przemyśleć prawa Boże, dostrzec ich sens, zauważyć, że nie wszystko to, co dobre, jest łatwe, a te prawa stoją na straży miłości, buntuje się przeciwko nim. Bardzo często wspomniany wyżej przez arcybiskupa Sheena prymat ekonomiczny odgrywa tutaj ogromną rolę, tak ogromną rolę, że przestaje się liczyć człowiek, osoba, brat, mąż, żona czy siostra. Zwłaszcza ten cierpiący, który wydaje się być bezużyteczny.

Vincent Lambert był pod względem ekonomicznym bezużyteczny, wymagał stałej opieki lekarskiej, był więc nikomu niepotrzebny. I nie mówię tutaj o jego bliskich, którzy do końca walczyli o to, by utrzymać go przy życiu (niestety nie wszyscy, jego żona na przykład chciała jego śmierci). Prymat ekonomiczny zwyciężył nad człowiekiem. Ludzki bunt przeciwko planom Bożym zwyciężył nad miłością bliźniego. Wygoda na brakiem egoizmu.

Niedawno pewna polska celebrytka powiedziała: „Dziwi mnie ten podział świata na płcie. Oczywiście jest to kluczowe, ale nie zawszy wyznacza wszystko. Zakochujemy się w człowieku, a nie w płci”. Z pozoru jest to wszystko sensowne, ale tylko z pozoru. Jest w tym niechęć do akceptacji rzeczywistości. Nie chodzi tutaj tak naprawdę o miłość bliźniego, ale wspomniany przez Sheena egoizm, o nieakceptację naturalnych praw Bożych. Miłość zostaje tutaj sprowadzona do seksu tak naprawdę, bo przecież nie do czego innego. Ta celebrytka woli chodzić w opasce na oczach i z zatyczkami w uszach, nie widzieć dwóch płci, które ją „ograniczają”, a jeśli Kościół powie jej, że to jest złe, będzie mówić, że to Kościół ją ogranicza...


piątek, 12 lipca 2019

Z cyklu: Myszkując po Internecie, czyli kto nam nasłał Uranian?

Tak, wiem, miało o tym już nie być, przynajmniej przez jakiś czas, ale artykuł jest na tyle interesujący i wyjaśnia, skąd się wzięły pewne panujące do dziś (a zwłaszcza dziś!) mity na temat „kochających inaczej”, że warto go polecić na łykend (choć sama lektura zabierze niewiele czasu).

Tekst Jakuba Maciejewskiego sięga nieco dalej w głąb historii niż tylko rewolucja lat sześćdziesiątych XX wieku i pokazuje źródła i prekursorów ruchu określanego jako „LGBT”. Warto wiedzieć, że przed LGBT-coś-tam byli na przykład „Uranianie”. A skąd się oni wzięli, kto ich wprowadził na scenę i po co, tego można dowiedzieć się tutaj.


czwartek, 11 lipca 2019

Vincent Lambert – ofiara nowej barbarii

Dzisiaj przyszła niestety smutna wiadomość. Tak się składa, że Vincenta Lamberta zagłodzono na śmierć w 76 rocznicę wołyńskiej rzezi. To dość symboliczne, choć z pozoru nie ma związku.

Na Wołyniu mordowano Polaków w brutalny i okrutny sposób. Kobiety, dzieci, starców, mężczyzn. Nie oszczędzano matek ciężarnych. Bestialstwo, do którego tam doszło, jest wciąż niezaleczoną raną, która waży na stosunkach polsko-ukraińskich. To ludobójstwo było zaprzeczeniem cywilizacji europejskiej, która niegdyś sięgała daleko na wschód – tam, gdzie biegły granice I Rzeczpospolitej. W imię nacjonalizmu rzeźnicy z UPA rozpętali piekło.

Vincent Lambert nie zginął w tak drastycznie brutalny i makabrycznie „widowiskowy” sposób, choć trudno znaleźć odpowiednie słowa na to, co z nim zrobiono w majestacie „prawa” – zagładzając go na śmierć. Wciąż niezmiennie przychodzi mi na myśl św. o. Maksymilian Kolbe, który został zagłodzony obozie koncentracyjnym.

Różnica pomiędzy rzezią wołyńską i śmiercią o. M. Kolbego a śmiercią Vincenta Lamberta jest taka, że Lamberta zamęczono (a jak inaczej to określić?) w szpitalu, który powinien ratować ludzi, w rzekomo cywilizowanym kraju! We wszystkich tych przypadkach zanegowano cywilizację europejską, którą budował Kościół katolicki. We wszystkich tych przypadkach odrzucono Dekalog, odrzucono naukę Chrystusa. Vincent Lambert nie umierał na brudnej podłodze celi obozu koncentracyjnego, umierał w szpitalu, który dysponował nowoczesną aparaturą mogącą podtrzymać go przy życiu.

Niestety postęp techniczny nie oznacza postępu moralnego. Współcześni barbarzyńcy i poganie posługują się najnowocześniejszą aparaturą, już nie roztrzaskują czaszek siekierą.


środa, 10 lipca 2019

Parę refleksji o „homofobii” (nie moich)



Ponieważ chłopak dobrze mówi i wydaje się to wszystko sensowne, jeszcze jeden jego klip, aby też zareklamować nowe sensowne inicjatywy w necie. I mam nadzieję, że tym filmikiem zamknę choć na chwilę temat homoseksualizmu na swojej stronie. Oni naprawdę nie stanowią pępka świata, choć im się tak wydaje i choć wielkie koncerny, media i sponsorzy tego bagna próbują nam to wmówić.

Prawdziwi cierpiący i poszkodowani, to m.in. chrześcijanie prześladowani w krajach muzułmańskich i nie tylko. To tacy ludzie, jak ten zakonnik, o którym pisałem niedawno, a który uciekłszy z niewoli sam zajął się pomocą ofiarom współczesnego niewolnictwa. No ale ponieważ homoseksualiści absorbują naszą uwagę i starają się wcisnąć nam wszędzie w życie – nawet do łazienki i kuchni! – to jeszcze jeden post na ich temat. Notabene niegdyś mówiło się coś o niezaglądaniu nikomu do łóżka, a teraz oni swoją seksualnością epatują nas od świtu do nocy, uczyniwszy z niej podstawę swojej tożsamości. Wyobrażacie sobie człowieka z nadwagą, oświadczającego z dumą, że lubi się opychać golonką i nie będzie ulegał dyktatowi chudych i który za to zbiera oklaski?


wtorek, 9 lipca 2019

Czy Polska będzie azylem homoseksualistów?

Dzisiaj dla odmiany rekomendacja – wideo bloggera, który w bardzo ciekawy sposób mówi o problemie homoseksualizmu. Naprawdę warto posłuchać. Przy okazji można zobaczyć tutaj wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie fragment z tęczową opaską, którą homoseksualista założył sobie na wzór chyba „gwiazdy Dawida”, i posłuchać głupot, które mówi, a którym pani dziennikarka przyklaskuje.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Mrok zapada nad Europą, a oni się bawią tęczą

Jak pisałem już w jednym ze swoim poprzednich wpisów, właściwie każdego dnia jest taka masa „njusów”, że nawet najbardziej wytrwały komentator nie byłby w stanie tego wszystkiego ogarnąć. A wszystkie one świadczą o jednym – o staczaniu się Europy (i reszty świata, który reprezentuje zachodnią cywilizację) w prawdziwe wieki ciemne. Niestety orędowników tego staczania się po równi pochyłej mamy również w Polsce, w kraju, który doświadczył dwóch lewicowych totalitaryzmów – komunizmu i nazizmu.

Dwa najnowsze przykłady to sprawa Vincenta Lamberta z Francji (o którym już pisałem wcześniej) i sprawa 17-letniego ucznia ze Szkocji, któremu postanowiono spieprzyć (przepraszam za słowo, ale cisną się na usta same wulgaryzmy, których nie lubię, a ten jest najłagodniejszy) życie. Oba przypadki mają oczywiście inny kaliber, choć w obu chodzi o życie właśnie.

W pierwszym w majestacie prawa – czy raczej bezprawia albo też „w majestacie lewa” – morduje się człowieka w szpitalu (sic!), odmawiając utrzymywania go przy życiu. Robi się to nie w jakiejś jawnej, zamordystycznej dyktaturze, ale w państwie rzekomo demokratycznym i cywilizowanym i dysponującym rozwiniętą medycyną i technologią.

W drugim uczy się w szkole (sic!) bzdur i wyrzuca z klasy ucznia za to, że mówi prawdę. Teraz okazuje się, że nie tylko został on wyrzucony z lekcji (na której uczy się uczniów oportunizmu i niewystawiania głowy ponad szary tłum), ale także wyrzucony ze szkoły. Co gorsza zablokowano mu konto, na którym próbowano zebrać pieniądze na pokrycie wydatków nastolatka w czasie szukania nowej szkoły, która by go przyjęła. Wprawdzie nie poddano go jeszcze eutanazji za podważanie jedynie słusznej wizji rzeczywistości, ale próbuje się go zamordować w sposób symboliczny – pozbawiając go możliwości kształcenia i rozwijania umiejętności i talentów, jakie otrzymał od Boga.

To jedynie dwa najnowsze przykłady barbarzyństwa i totalitaryzmu, w jakie stacza się świat cywilizowany. W Polsce mamy jeszcze wolność, ale siły ciemności robią wszystko, by wprowadzić i u nas dyktaturę homobolszewicką (jeśli ktoś woli, może używać określenia: „homofaszystowską”). Homobolszewicy posługują się przy tym różnego rodzaju manipulacjami. Rzekomo broniąc „tolerancji”, chcą tak naprawdę wprowadzić dyskryminację katolików. Rzekomo broniąc „wolności słowa”, chcą tak naprawdę wprowadzić znowu cenzurę. Rzekomo walcząc z „mową nienawiści”, szerzą nienawiść do Kościoła katolickiego. Rzekomo broniąc dzieci przed pedofilią, chcą te dzieci deprawować, by uczynić z nich materiał do zaspakajania swoich zdeprawowanych chuci. Rzekomo broniąc praw człowieka, chcą tak naprawdę doprowadzić do łamania tych praw.

Jednym z bezczelniejszych socjotechnicznych chwytów homobolszewików jest porównywanie się do ofiar hitlerowskiego totalitaryzmu. Dzisiaj nawet widziałem wideo z internetowego programu, w którym homoseksualista obnosił się z tęczową opaską, sugerując, że być może wkrótce homoseksualiści będą musieli nosić takie opaski na wzór Żydów, by „prawdziwi Polacy wiedzieli, komu spuścić łomot”.

Ta manipulacja jest o tyle bezczelna, że miesza pojęcia i posługuje się kłamstwem, które opisał nie tylko Orwell. Po pierwsze homoseksualizm to po prostu zboczony pociąg do osobników tej samej płci i nie można tego stawiać na równi z rasą ani narodowością. Po drugie to homobolszewicy chcą wprowadzić właśnie dyskryminację i zamknąć usta tym, którzy ich krytykują. Po trzecie o łomot proszą się sami, robiąc wszystko, by sprowokować Polaków do gwałtownych reakcji, obrażając ich wierzenia, szydząc ze świętych sakramentów, kpiąc z Matki Bożej, nie szanując miejsc świętych. I w gruncie rzeczy o to im albo ich mocodawcom chodzi: by doszło do jakichś aktów przemocy wobec nich, bo wówczas będą mogli chodzić w glorii męczenników za sprawę i zamykać usta krytykom, prezentując swoich „poległych”.

Europa stacza się w mrok. Nadzieja jest jeszcze w Polsce, że oprze się tej nawale, tak jak oparła się w roku 1920. Pozostaje się modlić i działać, by zbliżająca się okrągła setna rocznica Bitwy Warszawskiej była jednocześnie nowym ocaleniem Europy przed tą barbarią.