poniedziałek, 30 grudnia 2019

„Ukryte życie” już wkrótce w kinach

Wydaje się, że szykuje się bardzo dobra premiera. „Trailer” filmu Terrence’a Malicka w każdym razie zapowiada dzieło na miarę Cienkiej czerwonej linii czy Drzewa życia. Jak zwykle muzyka i obraz tworzą niezapominalną atmosferę. Jeśli taki będzie cały film, to w lutym warto będzie się wybrać na Ukryte życie. Recenzje z niektórych anglojęzycznych mediów katolickich są entuzjastyczne.


czwartek, 19 grudnia 2019

Jak Grzegorz Braun zaorał i posłów, i Tokarczuk

Polecam wszystkim znakomitą wypowiedź Grzegorza Brauna z posiedzenia komisji kultury na temat noblistki i projektów uhonorowania jej przez Sejm. Wypowiedź fachowa, merytoryczna i pokazująca, że krytyka ubóstwiania Tokarczuk nie jest podyktowana zwykłą niechęcią do lewackiej pisarki. Przy okazji pani Scheuring Wielgus nie straciła szansy do samozaorania się. A mogła przecież milczeć lub wygłosić jedynie uwagi techniczne. Naprawdę warto obejrzeć i posłuchać do samego końca.


poniedziałek, 16 grudnia 2019

Netflix bluźni, nie milczmy!

Pisałem już na swoim blogu o tym, że różne firmy dopuszczają się wszelkiego rodzaju działań, które uderzają w Kościół katolicki i wiarę, która jest nam droga. Wielu katolików i ogólnie chrześcijan nie podejmuje żadnych inicjatyw w odpowiedzi, tak jakby wiara nie stanowiła dla nich nic ważnego. Wielka sieć handlowa będzie eliminować z opisów odniesienia do Bożego Narodzenia, będzie promować homoseksualizm i inne wynaturzenia, ale katolicy w dalszym ciągu będą walić do jej sklepów drzwiami i oknami, tak jakby kawałek tańszej świeczki, talerzyk wyprodukowany w Chinach czy wielki ekran telewizyjny stanowiły większe dobro.

Od kilku dni narasta skandal wokół bluźnierczego filmu dostępnego na platformie Netflixa, w którym nasz Pan przedstawiony jest jako homoseksualista. Film wywołał protesty w Brazylii, gdzie złożono ponad milion podpisów pod petycją sprzeciwiającą się udostępnianiu tego filmu. Produkcja dostępna jest także w Polsce. Założę się, że Netflix nie ośmieliłby się na zamieszczenie filmu obraźliwego dla muzułmanów. Tymczasem robi to w przypadku chrześcijan i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Czy wyobrażacie sobie, że ktoś w okolicach ważnego dla was święta, ktoś, kto może często korzysta z waszej gościnności, zaczyna was obrażać i bluzgać, a wy mimo to w dalszym ciągu go zapraszacie i pozwalacie przebywać w Waszym domu? Chyba to mało prawdopodobne.

Dlatego zachęcam tych, którzy mają wykupiony abonament w Netflix’ie do protestu, a najlepiej rezygnacji z ich usług. Naprawdę nie warto płacić tym, którzy nas obrażają. Nie milczmy, nie bądźmy obojętni. Chyba bardziej kochamy naszego Pana, który oddał za nas życie niż możliwość obejrzenia paru fajnych filmów na platformie, która nas nie szanuje i której chodzi jedynie o nasze pieniądze? Oni Go obrażają w dniu Jego święta! Więcej o całej sprawie i petycji można przeczytać m.in. na portalu „Frondy”.


piątek, 13 grudnia 2019

Stan wojenny - warto sobie przypomnieć

Czuły barbarzyńca i licencja na zabijanie

Chyba każdy zdrowo myślący człowiek nie przestanie się dziwić, jak różnej maści „postępowe” lewactwo łączy to wszystko w swojej głowie, jak pracują ich zwoje mózgowe? Oto z jednej strony ogromna czułość dla wszelkiej maści stworzonek: kotków, piesków, dzików, krówek, świnek, a nawet żuczków, a z drugiej bezwzględne domaganie się nieograniczonego prawa do mordowania najniewinniejszych i najbardziej bezbronnych ze wszystkich stworzeń: nienarodzonych dzieci.

Co gorsza dyskusja z nimi nie ma z reguły sensu. Do nich nie docierają żadne argumenty racjonalne, logiczne. To jest myślenie magiczne. Nie trzeba naprawdę posługiwać się racjami religijnymi, by udowodnić, że zabijanie nienarodzonych, zwane eufemistycznie „aborcją”, powinno być zakazane. Na moim blogu przytoczyłem kiedyś argumenty Petera Kreefta, który posługuje się zasadą niesprzeczności i klasycznym rozumowaniem zgodnym z prawami logiki. Tylko tyle: zdrowa logika. Ale ich się to nie chwyta.

Zwolennicy mordowania nienarodzonych dzieci będą mówić wbrew wszelkiej logice, że do chwili narodzin dziecko nie jest człowiekiem. Ani zdjęcia USG, ani próby przekonania ich logiczną argumentacją nie odnoszą skutku. W ich świecie człowiek staje się w magiczny sposób człowiekiem, gdy się urodzi, nie gdy się pocznie.

Ostatnio popis daje m.in. europosłanka Spurek, która popiera organizację „Aborcja bez granic”. Ta sama pani, która użala się nad „gwałconymi” krówkami i innymi stworzonkami, nie ma serca dla bezbronnych dzieci, których jedyną „winą” jest to, że się poczęły. Nieważne, że one też czują ból. Ważne są „prawa kobiet”!

Tak oto Europa stacza się w wieki ciemne, w których rządzi zabobon i myślenie magiczne. Tak oto Europę i cywilizację zachodnią stworzoną przez Kościół katolicki opanowują powoli czuli barbarzyńcy, którzy z zimną krwią skazują na śmierć tysiące niewinnych istnień.


środa, 11 grudnia 2019

Dlaczego Tokarczuk dostała Nobla, czyli: „How dare you?!”

Najpierw próbowałem wysłuchać odczytu naszej noblistki, ale ponieważ szybko się znudziłem, postanowiłem przeczytać. To również wymagało ode mnie dużego samozaparcia. Wykład, jaki wygłosiła pani Olga Tokarczuk przekonał mnie tylko o tym, że skoro nie mam czasu na wiele książek, które chciałbym przeczytać, to szkoda mojego czasu na pisarstwo naszej sławy.

Od samego początku tej lektury towarzyszyło mi poczucie ogromnego banału i świadomość, że skądś to już wszystko znamy. Odczyt Tokarczuk brzmi po prostu jak dobrze napisane wypracowanie zdolnej uczennicy szkoły średniej („mundurek” Tokarczuk i to wężowisko na głowie bardzo kojarzy ją z nastolatką, która jest zbuntowana, ale i grzeczna zarazem). Nie ma w tym wypracowaniu żadnej odkrywczej myśli, za to sporo z myśli cudzych, które autorka doprowadziła do banału. Jak na przykład: „Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera”. Albo jakże „odkrywcze”: „Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy” (na dodatek w tekście to zdanie jest wyróżnione).

Różnica między wypracowaniem nastolatki a Tokarczuk jest może przede wszystkim taka, że prymusi szkolni zaznaczają w swoich pracach cytaty. Olga Tokarczuk wchłonęła te cytaty jak gąbka i stały się one częścią jej osobowości. Co gorsza te cytaty trywializuje tak, że tracą one swą oryginalność. Te powyższe myśli czytaliśmy przecież już gdzie indziej, ale wówczas brzmiały one odkrywczo i kontrowersyjnie, tutaj jedynie banalnie. Nawet opowiedziana na samym początku historyjka o radiu z „zielonym okiem” wydaje się brzmieć bardzo znajomo.

Są tutaj też myśli mocno wątpliwe, słyszane już setki razy („Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej...”!) lub po prostu nieprawdziwe. Oto na przykład autorka stwierdza: „Coś jest ze światem nie tak. To poczucie zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem”. Trudno chyba o większą bzdurę (ponownie pierwsze zdanie tego cytatu jest w oryginale wyróżnione). Domyślam się tylko, że kiedy Chesterton na początku wieku pisał swoje What’s Wrong with the World, to ten trzeźwo myślący człowiek był takim „neurotycznym poetą”!

Innym przykładem nonsensów w tym tekście, wytkniętym zresztą Tokarczuk w prześmiewczym streszczeniu przez jednego z blogerów, są jej dywagacje o gatunkach literackich. Tego by nie napisał już chyba żaden średnio rozgarnięty polonista, choć może mogłoby się to przydarzyć mało oczytanej uczennicy szkoły średniej.

Dołóżmy jeszcze głupstwa autorki o tym, jak to wyprawa Kolumba doprowadziła do zmian klimatycznych, a tym samym do brzemiennych w skutki wydarzeń historycznych, oraz o tym, jak to jesteśmy częścią jednej, połączonej ze sobą całości i mamy w zasadzie kompletny obraz – autorka to taka nasza nieco bardziej „wyrafinowana” wersja Grety Thunberg. Dlatego stwierdziłem, że możemy spokojnie odrzucić teorie spiskowe, jakoby to jury nagrody Nobla postanowiło dokopać Polsce, a zwłaszcza PiS-owi. Im się po prostu spodobało to, co ona pisze, bo ona mówi to samo, co Greta. A i ojcowie synodu amazońskiego, gdyby zorganizowali go po przyznaniu nagrody Nobla, być może cytowaliby w swoim dokumencie roboczym albo końcowym Olgę Tokarczuk.

To wszystko świadczy o jednym: Tokarczuk idzie z Duchem Czasu i dlatego, gdy minie nasza żałosna epoka, nikt jej czytać nie będzie. Smutne jest jedynie to, że nagroda Nobla nada jej głosowi na jakiś czas wagi autorytetu i każda bzdura wypowiedziana o Polsce (o jej antysemityzmie i kolonializmie) będzie słuchana przez świat z nabożnym namaszczeniem. Dlatego też nie będę skakać z radości – jak niektórzy skądinąd trzeźwo oceniający tę twórczość prawicowi krytycy – z powodu Nobla dla Tokarczuk. To raczej nieszczęście. Krótkotrwałe, ale jednak. No i żal tych dzieci, które będą musiały ją obowiązkowo w szkole czytać.


wtorek, 10 grudnia 2019

Ban od Tokarczuk jako wyróżnienie

Na „tłiterze” ogromna ekscytacja. Kolejni użytkownicy tego medium chwalą się banem od Tokarczuk. Zabawne jest to, że wielu z nich twierdzi, że nawet nie zamieścili ani jednego komentarza pod wpisem pisarki.

Takie byłoby to z jej strony (lub administratora jej konta) znajdowanie „punktów widzenia, które nie są ani widoczne, ani oczywiste”. Lepiej niemiłe sercu głosy zagłuszyć, zablokować.

Hm... A może ona potem chce je znaleźć”, gdy już nie będą „ani widoczne, ani oczywiste?



środa, 27 listopada 2019

Kłamcie, kłamcie – może coś przylgnie do Polski

Patryk Jaki, który nie jest bohaterem z mojej bajki z powodu jego wsparcia dla in vitro, ostatnio zasłużył na pochwałę za dzielne bronienie Polski przed agresją LGBT na forum Parlamentu Europejskiego. Opublikowane przez niego w mediach społecznościowych nagrania świadczą o paru rzeczach, ale przede wszystkim o dwóch: że politycy z tzw. totalnej opozycji zrobią wiele, by zaszkodzić Polsce i nie uciekną się nawet przed kłamstwem.

Prym wiedzie tutaj „sympatyczny” homoseksualista Robert Biedroń, który opowiada na forum parlamentu UE bzdury i ewidentne kłamstwa o rzekomym prześladowaniu i o tym, że istnieje wiele restauracji, hoteli, sklepów, do których nie może wejść. Na pytanie Jakiego, by wymienił takie lokale podał po dłuższej chwili szukania w komórce nazwę... jednego: „Green Caffe” na Stolarskiej w Krakowie. Tymczasem przynajmniej jeden z użytkowników Twittera sprawdził i stwierdził, że taki lokal nie istnieje w podanej lokalizacji. Można to zresztą zweryfikować samemu na mapie Google’a. Owszem, są dwie Green Caffe Nero, ale na ulicy Pawiej i trzecia przy ul. Szlak. Przy Stolarskiej jest Siesta Cafe.

Jednak nawet gdyby taka kawiarnia istniała przy Stolarskiej to i tak europoseł z partii o wdzięcznej nazwie „Wiosna” łgałby jak pies, o czym wie każdy, kto po prostu w Polsce mieszka i nie ma oczu zaślepionych ideologiczną wścieklizną. To nie pierwsze jego kłamstwo. Poprzednie dotyczyło projektu „Stop pedofilii” i rzekomej „penalizacji edukacji seksualnej” w tym projekcie. „Ordynarnym kłamcą” nazwała Biedronia przy tej okazji Jadwiga Wiśniewska z PiS-u.

Jeśli ktoś się chce przekonać, jak kłamią lub majaczą i przeinaczają inni „totalniacy”, w tym pani, którą do polityki wywindowała tragiczna śmierć jej męża, może sobie poszukać tweetów Jakiego z jego relacjami z parlamentu UE. Bezczelność tych ludzi nie zna granic. Widać liczą na to, że coś do Polski z tego przylgnie, a inne kraje wyrobią sobie opinię o naszej ojczyźnie jako jakimiś zamordystycznym kalifacie. Obrzydliwe i porażające.


poniedziałek, 25 listopada 2019

Jezuita promuje ohydne bluźnierstwo! Gdzie są jego przełożeni?

Amerykański jezuita o. James Martin, znany także w Polsce, ponownie wywołał zgorszenie. Tym razem zamieścił na Twitterze na pozór niewinny komentarz do piątkowego czytania z Ewangelii: „Dzisiaj Jezus wypędza przekupniów ze świątyni (Łk 19). Uczeni od NT mówią, że było to jedno z głównych wydarzeń, które przyspieszyło Jego egzekucję. Jednak Jezus nie jest zastraszony przez swoich przeciwników. Inna Ewangelia mówi, że gorliwość o dom Jego ojca, pochłania Go. Zauważcie także, że Jezus – kontynuuje duchowny – nigdy nie jest zły ze względu na siebie samego (nawet na krzyżu), ale ze względu na innych (tutaj ze względu na znieważenie domu Ojca przez tych, którzy dążą do zysku). Bądź gorliwy w obronie innych, szczególnie ubogich i marginalizowanych oraz wszystkich tych, którzy są bezbronni”.

Wprawdzie ktoś, kto zna aktywność o. Jamesa Martina SJ, mógłby zawahać się przy „marginalizowanych” i „bezbronnych”, czując, że nie są to tak niewinne określenia, jakby się wydawało, ale autor wpisu bez trudu mógłby się wybronić przed wszelkimi zarzutami o nieprawomyślność. Także ilustracja, którą opatrzył swój komentarz, wywołuje mieszane uczucia – Pan Jezus przedstawiony jest na niej jako młodzieniec z grzywką, w garniturze i podkoszulce, który wywraca stół we współczesnym otoczeniu. I znów – co ostrożniejsi mogą czuć, że coś tutaj nie gra, ale stwierdzić, że ostatecznie jest to zaznaczenie nieprzemijającej wymowy tej sceny z Biblii.

Tymczasem duchowny, który niedawno chwalił się półgodzinnym spotkaniem z ojcem świętym, nie pozostawia wątpliwości, jakie są jego prawdziwe intencje. Podał nazwisko autora tej ilustracji, którym jest Douglas Blanchard. Tu już trudno uwierzyć w przypadek, bowiem obraz pochodzi z bluźnierczego i obrzydliwego cyklu „The Passion of Christ: A Gay Vision”, w którym Zbawiciel jest przedstawiony jako młody homoseksualista, a Trójca Święta jako związek dwóch homoseksualistów, których łączy Duch Święty przedstawiony jako kobieta! Pod pozorem dobra amerykański jezuita sieje zgorszenie i promuje ohydne bluźnierstwo.

Naprawdę trudno, by nie wywołało to zgorszenia i oburzenia. Jest to tak wstrząsające, że czytelnik musi się zapytać: Co robią przełożeni o. Jamesa Martina SJ? Czy są ślepi? Naprawdę tego nie widzą? Dlaczego ten ewidentny bluźnierca i heretyk (bo co do tego nie ma już chyba wątpliwości?) dalej prowadzi swobodnie swoją działalność i wprowadza w błąd łatwowiernych, w tym młodzież? Jak długo jeszcze będzie trwać to zgorszenie?

Ci, którzy mają mocne nerwy, mogą dowiedzieć się więcej na portalu „Life Site News”.


piątek, 22 listopada 2019

Nie karmić trolla 02

Pisałem już, że nie ma sensu zamieszczania informacji o pewnej pani z Wrocławia, która jest albo ewidentnie nienormalna, albo zatrzymała się w rozwoju na poziomie nastolatki. Jest wykorzystywana przez większych macherów od niej do tego, by prowokować, by jątrzyć, by w końcu doprowadzić do jakiegoś nieodpowiedzialnego działania ze strony nierozgarniętego młodego człowieka albo wytrąconego z równowagi członka rządzącej koalicji. Będzie „dobrze”, jeśli zakończy się to na jakiejś pyskówce, gorzej, jeśli doprowadzi to do jakiegoś większego nieszczęścia.

Tymczasem jej wygłupy zyskują uwagę mediów prawicowych i wszystkie je nagłaśniają, dodając jej tym samym paliwa do dalszych działań. Powtarzam: Nie karmcie trolla!


środa, 20 listopada 2019

Homoseksualista bierze na litość

Jeden z otwarcie homoseksualnych posłów pożalił się niedawno, że z sejmowej mównicy musiał wysłuchać o „eksperymentach ideologicznych”, „tradycyjnej rodzinie”, „marginesie” i „arcypolskich wartościach”. A na końcu spytał retorycznie: „Jak myślicie, jak się czuję?”

To typowy chwyt homoseksualistów i nie tylko: Branie na litość i odwoływanie się do uczuć, a nie racji rozumowych. We współczesnej kulturze, być może po części dlatego, że jest ona obrazkowa) dominuje presja emocjonalna zamiast argumentów racjonalnych opartych na logice. Związek dwojga homoseksualistów można w telewizji, w kinie czy teatrze przedstawić jako słodką relację dwojga kochających się „dorosłych” i „odpowiedzialnych”, których na dodatek społeczeństwo nie rozumie i ich prześladuje. Trochę nastrojowej muzyki, odpowiednie światło i ładnie skadrowane plenery, dobra gra aktorska i publika wymięka. Jeśli reżyser takiego widowiska nie zapędzi się w analne szczegóły, co mniej rozgarnięty widz zużyje pudełko chusteczek higienicznych, ocierając łzy wzruszenia.

Tu nie ma mowy o prawdzie i kłamstwie, o prawdziwym dobru i złu. Złe jest jedynie coś, co psuje humor, co burzy sielankę, co podważa czyjeś dobre samopoczucie. Zło istnieje zatem subiektywnie, nie jest obiektywną rzeczywistością. Każdego przecież rani co innego. Zresztą ci sami homoseksualiści i lewacy, którzy oburzają się, że ktoś rani uczucia jakiegoś „geja”, nie mają oporów, by bluzgami i wyzwiskami obrzucać np. katolików, kpiąc jednocześnie z ich sakramentów, obelżywie odnosząc się do Eucharystii, sugerując perwersyjne upodobania księży.

By uświadomić sobie na czym polega ta socjotechnika, której głównym narzędziem jest manipulacja uczuciami, wyobraźmy sobie złodzieja, który żali się, że np. z mównicy sejmowej słyszał o „państwie prawa”, o „poszanowaniu siódmego przykazania”, o „braku tolerancji dla łamania przepisów kodeksu karnego”, o „marginesie społecznym”, o „wypaczonej moralności, która akceptuje kradzież pierwszego miliona”. A na końcu ów złodziej pyta: „Jak myślicie, jak się czuję?”


wtorek, 19 listopada 2019

Edukacyjna równia pochyła

Zdarzyło mi się kiedyś spotkać ze znajomym, który uczy na uniwersytecie, w gronie innych wykładowców i pracowników uczelni wyższych. Wszyscy byliśmy mniej więcej z tego samego pokolenia. Może ktoś był nieco młodszy, ktoś odrobinę starszy. Słuchałem z ciekawością, kiedy zeszło na temat nowego pokolenia studentów. Okazało się, że opinia była jednoznaczna – nowi studenci poziomem wykształcenia stoją dużo niżej od tego, co pamiętaliśmy jeszcze z czasów komuny.

Ktoś zauważył, że w gruncie rzeczy na jego kierunku studiów należałoby zrobić dodatkowy rok zerowy, by przygotować młodzież do nauki na uczelni wyższej. Poziom jest bardzo niski – tak brzmiała jednomyślna opinia. Studenci nie rozumieją różnych nawiązań kulturowych i nie mają podstawowej wiedzy, która w naszych czasach była rzeczą oczywistą. Notabene sam miałem tego drobną próbkę, kiedy w rozmowie z inteligentnym młodym człowiekiem użyłem zwrotu „gargantuiczny”. Nie pomogło przywołanie autora ani tytułu. Młodzieniec w ogóle nie wiedział, o czym mówię, choć był w ostatniej klasie szkoły średniej!

Ktoś z rozmówców posunął się wręcz do stwierdzenia, że mamy do czynienia z zupełnie innym typem człowieka, z którym nie ma szansy na wspólny język.

Choć tamto spotkanie odbyło się kilka lat temu, owa rozmowa przypomniała mi się w miniony weekend, kiedy w małym gronie spotkaliśmy się z wykładowcą jednego z seminariów duchownych. Byłem ciekaw, jak w świetle obecnego kryzysu Kościoła, ów wykładowca ocenia poziom kształcenia młodych kapłanów. Wykładowca nie chciał wdawać się w dywagacje na ten temat – co było w sumie zrozumiałe, musiałby bowiem oceniać własnych kolegów. Ocenił natomiast kandydatów do stanu duchownego i tutaj jego opinia zabrzmiała mi znajomo, przypominając tamtą dyskusję sprzed paru lat – niski poziom wykształcenia.

Ale dodał jeszcze jedną rzecz, a mianowicie stwierdził, że nowi klerycy są też są mało dojrzali w porównaniu do dawniejszych lat. Tak naprawdę słabo uformowani, by zacząć studia w seminarium duchownym. Jedną z przyczyn takiej sytuacji, według naszego rozmówcy, jest rozkład tradycyjnej rodziny. To już naprawdę mnie zmartwiło, bo w takim razie: Jaka jest przyszłość Kościoła katolickiego w Polsce?


poniedziałek, 18 listopada 2019

Czy Danny DeVito popiera zabijanie niewinnych ludzi?

Przeglądanie niektórych mediów społecznościowych może być przygnębiającym zajęciem. Oto nagle natykasz się na zdjęcie swojego ulubionego i sympatycznego aktora wspierającego organizację, którą trudno nazwać inaczej, jak tylko zbrodniczą. Czym jest bowiem Planned Parenthood jak nie jedną z największych na świecie mordowni nienarodzonych?

Tak, tak, do wspierających tę ludobójczą instytucję należy również Danny DeVito. Dzisiaj rano zobaczyłem jego zdjęcie, na którym z jeszcze innym aktorem dumnie prężyli się w koszulkach „I stand with Planned Parenthood” („Jednoczę się z Planned Parenthood”).

I jak zwykle w takim przypadku zastanawiam się: Jak to się dzieje, że ludziom, którzy często są w stanie wyrazić najsubtelniejsze uczucia swą doskonałą grą aktorską, którzy potrafią się na ekranie wczuć w tragedię odgrywanej postaci, jednocześnie tak bardzo brakuje wyobraźni, że nie potrafią sobie uzmysłowić, jaką potwornością jest aborcja, czyli po prostu zabijanie nienarodzonych. Czy to jakiś defekt mózgu? Czy po prostu są użytecznymi idiotami, którzy nawet nie wnikają w to, czym jest tak naprawdę instytucja, której istnienia bronią? Ot, po prostu: inni w przemyśle rozrywkowym to robią, to ja też?

Jest jeszcze inna możliwość: szatańskie opętanie, jak jest niewątpliwie w przypadku tych pań, które dziękują Bogu (sic!) za aborcję.


sobota, 16 listopada 2019

Jak nisko upadła kultura w Polsce?

PiS chyba bardzo nisko ocenia współczesną kulturę w Polsce albo pogodził się, że kulturę zalała antykultura lewizny i nic się już z tym nie da zrobić, bo jak inaczej wytłumaczyć, że wiceszefową sejmowej Komisji Kultury została pani Joanna Scheuring-Wielgus?


czwartek, 14 listopada 2019

„Jakby Hitler był przewodniczącym komisji ds. antysemityzmu”

Tak ktoś skomentował tę hucpę z komisją Rodziny i Polityki Społecznej. Chyba nic dodawać nie trzeba. Hańba posłom PiS, którzy na tę panią głosowali.


wtorek, 12 listopada 2019

Zachować się jak cham, a potem się dziwić

Wyobraźcie sobie taką sytuację: ktoś przychodzi na urodzinową imprezę osoby, której nie lubi. Próbuje na różne sposoby zakłócić tę uroczystość. W końcu goście i gospodarz, chcąc bawić się dalej, wzywają policję, bo ten ktoś nie chce wyjść po dobroci. Niektórzy zostają wytrąceni z równowagi i używają niecenzuralnych wyrażeń, ale trudno im się dziwić. Bluzgi wprawdzie nie są godne pochwały, ale w końcu nie każdy ma mocne nerwy. Kiedy wreszcie policja wyprowadza intruza, wszyscy oddychają z ulgą i bawią się dalej. Następnego dnia intruz zamieszcza na Tłiterze i innym Fejsbuku komentarz na temat całego zdarzenia, cytując bluzgi, jakimi został obrzucony, i kąśliwie pisząc o „imprezowiczach”.

A teraz powiedzcie: Co myślicie o pani Joannie Scheuring-Wielgus i jej zachowaniu w czasie Święta Niepodległości?


poniedziałek, 11 listopada 2019

W Święto Niepodległości twardy pisarz twardo wali w pysk

Znany pisarz, który niegdyś napisał wzruszające alegoryczne opowiadanko o Polsce, znowu stoi okrakiem, waląc „ostro” w święto niepodległości, ale tak by go jednak kochano. Cały czas się tylko zastanawiam: po co w ogóle pisze po polsku? I cały czas sobie przypominam: najważniejsza jest przecież literatura. No tak, a ile dochodu przyniesie literatura pisana tylko w gwarze śląskiej? To też przecież część tej strategii stawania okrakiem. Jego „odważne” wypowiedzi stają się wobec tego nudne, kiedy się tylko uświadomi tę metodę (a uświadomić ją sobie można dość szybko).

Notabene odnoszę wrażenie, że on tego środowiska, w które wszedł parę lat temu, tak naprawdę nienawidzi i gardzi nim, tak jak gardzi (ale z inych powodów) teraz tym, z którego wyszedł. No cóż... najważniejsza jest literatura.

Może zamiast słuchać jego wypowiedzi, obejrzyjmy sobie nieco baśniową opowiastkę na 101 rocznicę niepodległości:


sobota, 9 listopada 2019

Katolikowi plują w twarz, a on? Dalej kupuje...

Czasami obserwując to, co się dzieje, zastanawiam się, na ile katolicy w Polsce (i nie tylko) poważnie traktują swoją wiarę. Oto co jakiś czas słyszymy o antychrześcijańskich wyskokach dużych korporacji. A to jedna wymaże krzyż ze swoich reklam, by nie raził on tych, którzy nie wierzą albo tych, którzy są muzułmanami, a to jakaś inna ogłosi dzień tolerancji i eksponuje tęczową wystawę lub zablokuje dystrybucję jakiegoś czasopisma (w ramach tejże tolerancji i wolności słowa), a to znowuż jeszcze inna wyrzuci pracownika, bo ośmielił się zacytować Biblię i zaprotestować przeciwko indoktrynacji ideologią LGBT.

Czy zatem, gdybyśmy serio traktowali swoją wiarę, te firmy w ogóle by jeszcze istniały na rynku polskim? Przecież normalnie nie pchamy się tam, gdzie nas nie chcą, prawda? A katolicy stanowią wciąż większość w Polsce. Dlaczego przynajmniej część z tych firm nie świeci pustkami i nie jest na skraju bankructwa? Dlaczego nie spieszy z przeprosinami, by ułagodzić obrażonych katolików, którzy postanowili robić zakupy w innych sklepach? Dlaczego jedna czy druga z nich nie zamknęła swoich placówek w Polsce?

Że co? Że niektóre z nich są praktycznie monopolistami na rynku polskim? Ale przecież, jeśli ktoś nas nie chce, to tam nie idziemy, prawda? Chyba że jesteśmy nachalnymi domokrążcami. Sprzedajemy się za miskę soczewicy? Te standardowe krzesełka czy tańsze marcheweczki są aż tak nam niezbędnie do życia potrzebne. I bez przesady z tym monopolem (to zresztą pomysł dla zaradnych: np. sieć sklepów meblowych, która ogłasza: My obchodzimy wszystkie święta katolickie i dzielimy się prawdziwym poświęconym opłatkiem na Boże Narodzenie!).

Oto jedna z tych firm świętuje „imprezę zimową”, a zamiast choinki sprzedaje „roślinę sztuczną”. I co? I nic. Katolikowi plują w twarz, a on się uśmiechnie i powie, że pada deszcz. I pójdzie tam na zakupy.


piątek, 8 listopada 2019

Nie ma wyboru dla przeciwników „prawa do wyboru”

Rafał Otoka-Frąckiewicz w jednym ze swoich internetowych programów celnie zauważył, że feministki, które twierdzą, że są za tzw. „prawem do wyboru”, jednocześnie chcą tego wyboru odmówić innym, domagając się nie tylko bojkotu filmu „Nieplanowane”, ale wręcz zakazu jego wyświetlania. I to jest w gruncie rzeczy typowe dla lewicy i tzw. „liberałów”.

I tak oto zwolennicy „demokracji” podnoszą wrzask, a nawet domagają się interwencji zagranicznych sił, gdy w wyniku procedur demokratycznych do władzy dochodzą nie ci, których „demokraci” chcieliby u tej władzy widzieć. Przezabawne są też ich łamańce (mało) intelektualne, kiedy wręcz dowodzą, że tak naprawdę nie wygrali ci, którzy wygrali, bo całkowita liczba oddanych głosów jest mniejsza niż suma głosów tzw. „opozycji”.

Ci sami homoseksualiści, którzy domagają się poszanowania swojej „odmienności” i „różnorodności”, jednocześnie szydzą, drwią i kpią ze świętości drogich np. katolikom. Wulgaryzmy, obraźliwe epitety, raniące wizerunki nie stanowią wówczas dla nich problemu, bo nie dotyczą ich osobiście.

Zwolennicy „wolności słowa” i „tolerancji” bronią jej innym, którzy głoszą poglądy odmienne od nich. Z historii ostatnich tylko kilku lat można by przytoczyć wiele przykładów takich działań: cenzurowanie i usuwanie materiałów z sieci, odmawianie sali na wykład, domaganie się wyrzucenia z uczelni, szykanowanie tych, którzy kwestionują oficjalną historiografię i odmawianie im prawa do publicznej obrony swoich tez.

Czy zatem może dziwić, że np. redaktor Łukasz Karpiel miał problemy ze zorganizowaniem spotkania o „tęczowej zarazie” w Opolu? Czy dziwi, że grozi mu się konsekwencjami prawnymi? Czy zaskakują postulaty zakazywania takich spotkań? Czy niezwykłe jest, że przy tym operuje się kłamstwami i pomówieniami? Więcej o sprawie można dowiedzieć się zarówno na portalu PCh24TV tutaj i tutaj oraz na portalu wRealu24.


środa, 6 listopada 2019

Czerwona panienka z okienka i alternatywny polityk-muzyk w samobójczym locie

Muszę powiedzieć, że z dużym zainteresowaniem, rozbawieniem i niesmakiem obserwuję lot piosenkarza, który niegdyś śpiewał „Jak ja was, ku...wy, nienawidzę”. Nawet nie chodzi o to, by do tej pory ten lot był nieposzlakowany, bo przecież co starsi pamiętają jeszcze z pewnością np. piosenkę „ZChN się zbliża”, w której autor wykorzystał znaną melodię kościelną, i kontrowersje wokół tamtego wyskoku. Sam zresztą do najbystrzejszych nie należy. Ale w końcu to też nie jest powód do rozpaczy. Sam do bystrzejszych nie należę i jakoś żyję.

Zasługą twórcy partii/ruchu swojego imienia było – przy wszelkich zastrzeżeniach –wpuszczenie do Sejmu poprzedniej kadencji ludzi, którzy normalnie nie mieliby szansy tam zaistnieć i którzy wprowadzili tam trochę zdrowego fermentu, rozbijając dwupartyjny monopol. I w gruncie rzeczy to by było na tyle...

Najpierw alternatywny muzyk postanowił uratować przefarbowaną na zielono postkomunistyczną partię (ratując swoje miejsce w Sejmie?), w której schroniły się również różne stwory wyrzucone z PO. A teraz wygaduje głupoty w programie czerwonej panienki, która panienką już nie jest, ale której panieńskie nazwisko kojarzy się nieodmiennie z najgorszą komunistyczną swołoczą.

Sama czerwona panienka może sobie robić programy, jakie zechce, jeśli robi to za swoje pieniądze. Można by też powiedzieć, że nie jest jej winą, że takiego, a nie innego, miała ojca. Choć mam wrażenie, że z tego akurat powodu wstyd jej nie jest. Ale czy musi u niej pojawiać się człowiek, który chciał rozwalić skostniały system? I przy tym jeszcze wygadywać bzdury usprawiedliwiające jej ojca i stan wojenny? Gdzie go teraz zobaczymy? W programie Urbana? Popijającego wódeczkę w towarzystwie starych komuchów i planującego „nowe rozdanie”? Aż tak zmienia wejście w politykę?


wtorek, 5 listopada 2019

Jak wierzy zwykły katolik z ulicy?

Jak wygląda nasza wiara? Czy naprawdę wierzymy i postępujemy zgodnie z nauką Chrystusa, którą przekazuje nam Kościół katolicki? Ilu wśród nas letnich katolików? ilu polityków, którzy nominalnie są katolikami, a w praktyce łamią przykazania Kościoła katolickiego, wynajdując wszelkie możliwe usprawiedliwienia?

W tym wideo z cyklu „Vortex” Michael Voris, jeszcze w trakcie obrad synodu amazońskiego, postanowił zadać kilka prostych pytań przeciętnym, spotkanym na ulicy Rzymu katolikom z różnych krajów. Wynik jest ciekawy. Pytanie: czy mamy powody do niepokoju, czy do umiarkowanego optymizmu?


"accelerometer; autoplay; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture" all

środa, 30 października 2019

Kompromis eksterminacyjny albo niech żyje prawo i sprawiedliwość!

Nie oglądam telewizji, o czym wiedzą czytelnicy tego bloga, jednak ostatnio mnie pokusiło, by odnaleźć w Internecie stronę Telewizji Polskiej i obejrzeć obszerne fragmenty zarejestrowanego programu, w którym prowadzący rozmawiał z przedstawicielami partii, które dostały się do Sejmu w ostatnich wyborach. Po lewej stronie prezentera znalazły się panie z lewicy, jedna skrajniejsza, druga nieco bardziej powściągliwa. Naprzeciwko byli panowie z prawicy, a ze studia chyba w Radomiu łączył się Grzegorz Braun.

Muszę przyznać, że było to żałosne widowisko. Głównie za sprawą pań z lewicy, które reprezentowały jednocześnie mocny nurt bezmyślności w polskiej (i nie tylko) polityce, nurt, który można by też określić jako emocje bez wsparcia rozumu. To zresztą nie pierwsza i nie ostatnia kompromitacja tych pań, o czym świadczy niedawny głośny wyskok innej ich reprezentantki, a mianowicie pani, która ubolewała nad spaleniem na stosie Brunona Schulza.

Znaczna część programu, którą można było sobie odpuścić, miała charakter bardziej kabaretowy niż poważny. Cóż bowiem myśleć o dywagacjach językowych pani z lewicy, która domagała się żeńskich form rzeczowników, które zwyczajowo są w języku polskim używane w formach męskich? Może tyle tylko, że było to specyficzne zaklinanie rzeczywistości? A poza tym bicie piany, w którym prowadzący program usiłował przekonać lewaczkę, że trzeba by było również zmienić treść odpowiednich dokumentów państwowych, łącznie z samą Konstytucją.

Zgrozę natomiast wywoływała u mnie następna część programu, w którym zaczęto dywagować nad tematem aborcji. Panowie, słusznie zresztą, dowodzili, że zgodnie z nauką nienarodzone dziecko jest człowiekiem. Pani z lewicy uważała natomiast, że kiedy była w ciąży, to była po prostu... w ciąży i nie było mowy o żadnym „noszeniu dziecka pod sercem” – który to termin zresztą uznała za „kościelną mowę” – bo to, co nosiła, nie było dzieckiem. Nawet nie próbuję się domyślić, dlaczego wobec tego ta pani uważała, że zabijanie nienarodzonych – nazywane dla zmyłki „aborcją” – może być dopuszczalne do dwunastego tygodnia ciąży. Skoro to nie jest dziecko, to po co te ograniczenia? Logiki w tym nie było żadnej, a zasada niesprzeczności była pewnie tak obca tej pani, jak przeciętnemu człowiekowi życie na obcej planecie w innym systemie słonecznym.

To, że owa pani miała mózg w doskonałym stanie, bo nieużywany, było aż nadto widoczne, więc szkoda poświęcać na nią więcej czasu. Zdumienie natomiast wywoływali panowie – z wyjątkiem samotnego w tym towarzystwie Grzegorza Brauna – którzy z zasadą niesprzeczności wydawali się też mieć widoczny problem, choć z początku stwarzali pozory, że z szarych komórek mózgowych korzystają. Pomijam już nawet uleganie mowie-trawie pani z lewicy i pozwolenie na to, by wpuściła ich w kanał, jakim były dywagacje o tzw. „średniowieczu”.

Otóż pan z PiS-u nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że nienarodzone dziecko jest po prostu człowiekiem. Jednocześnie jednak obstawał przy tzw. „kompromisie” aborcyjnym, zarzucając Grzegorzowi Braunowi i ogólnie Konfederacji ekstremizm. Rzecz jasna pojawiły się argumenty zgodne z linią partii, że ten zgniły „kompromis” pozwala ocalić dzieci, które inaczej byłyby mordowane w wyniku zmiany przepisów.

Aby uświadomić sobie całą grozę takiego rozumowania, wyobraźmy sobie sytuację z rzeczywistości alternatywnej. Oto Europa po kontrolowanym upadku III Rzeszy. W jednym z państw europejskich (podobnie jak i w pozostałych) ciągle obowiązują jeszcze pozostałości prawa hitlerowskich Niemiec. Eksterminacja Żydów istnieje, ale w ograniczonym zakresie. W wyniku tzw. „kompromisu eksterminacyjnego” Żydów można mordować jedynie w ściśle określonych przypadkach. Na przykład wówczas, kiedy Żyd stanowi zagrożenie życia lub zdrowia. Albo wówczas, kiedy Żyd ma wrodzone wady, które uniemożliwią mu normalne funkcjonowanie.

W kolejnych wyborach do parlamentu tego kraju dostaje się partia konserwatywna, która jako jedyna stoi na stanowisku, że Żydzi jako ludzie mają prawo do życia i w związku z tym obowiązujące przepisy należy zmienić. Partia prawicowa, która po raz drugi wygrała wybory stoi na stanowisku podobnym, ale twierdzi, że niestety wszelka zmiana prawa doprowadzi do przesunięcia wahadła i w następnych wyborach ustawodawstwo zostanie zmienione tak, by dopuścić eksterminację Żydów bez ograniczeń. Dlatego regulacji nie zmieni i będzie bronić „kompromisu eksterminacyjnego”. Dodam, że w tej rzeczywistości alternatywnej owa partia prawicowa, która broni sprawiedliwości i prawa, również nie robi nic, by zmienić mentalność obywateli swego kraju. Straszy natomiast ekstremizmami.


wtorek, 29 października 2019

Chcesz wpakować się w poważne kłopoty? YouTube ci pomoże

Muszę przyznać, że szczęka dzisiaj mi opadła z wrażenia. Oto przeglądając ofertę dostępną na kanale
YouTube natknąłem się na reklamę. Reklamę, której nie jestem w stanie wyłączyć. Jak się zorientowałem, są takie, które można wyłączyć od razu, i takie, które wymagają wejścia w ustawienia i zmienienie tych ustawień – niestety nigdy nie mam pojęcia, co mam tak naprawdę zrobić i tego typu reklamy ciągle się pojawiają.

Nie chodzi jednak o sam fakt niemożności wyłączenia tej konkretnej reklamy, ale o to, co ona przedstawia. Otóż medium, które słynie z cenzurowania różnych portali prawicowych i katolickich, znajdując na nich – jak się wydaje – treści „niebezpieczne”, dopuszcza na swoich stronach reklamy, które mogą doprowadzić do poważnego niebezpieczeństwa i zagrożenia życia. I to nie tylko życia cielesnego, ale życia wiecznego – czyli mówiąc bez ogródek po prostu wiecznego potępienia.

Ktoś może sobie stroić z tego żarty, ale znam z bliskiego otoczenia dwa autentyczne przypadki opętania, więc nie jest mi do śmiechu. Taką reklamę może zobaczyć nastolatek, który nieświadomie kupi te niebezpieczne „gadżety” i napyta sobie i otoczeniu biedy. Zrobiłem printscreen jako ostrzeżenie i potwierdzenie, że sobie tego nie wymyśliłem. Opętanie duchowe to poważne zagrożenie! To prawdziwe nieszczęście!


poniedziałek, 28 października 2019

Zmarł Władimir Bukowski

Wczoraj zmarł Władmir Bukowski. Do tej pory pamiętam, jakie wrażenie wywarła na mnie jego książka I powraca wiatr..., której podziemne wydanie wciąż mam wśród swoich zbiorów. Jest to w zasadzie reprint drobną czcionką publikacji wydawnictwa „Polonia”, który wydało w Polsce z kolei wydawnictwo „Antyk”.

Pamiętam kilka scen z tej książki, m.in. próby zapalenia papierosa w celi, kiedy Bukowski nie miał zapałek i usiłował dostać się do żarówki pod sufitem. A także inną – budowanie w myślach zamku z wieloma komnatami.

Myśląc o tym słynnym antykomuniście, który wykorzystał moment i w roku 1992, po swoim powrocie do Rosji, zeskanował dokumenty Komitetu Centralnego, które między innymi obnażały kłamstwa Jaruzelskiego na temat stanu wojennego, wziąłem z półki i zacząłem przeglądać kieszonkowe podziemne wydanie jego wspomnień. Zauważyłem jeden fragment, który z jakiegoś powodu musiał mnie wówczas przed wielu laty zafascynować lub zafrapować, bo zaznaczyłem go ołówkiem:

„Być samemu – to ogromna odpowiedzialność. Człowiek przyparty do muru uświadamia sobie: „Ja – to lud, ja – to naród, ja – to partia, ja – to klasa; nie ma niczego innego”. Nie może poświęcić części siebie, nie może rozdzielić się, rozpaść a jednak żyć nadal. Nie ma już dokąd się cofać i instynkt samozachowawczy skłania go do skrajności – przedkłada śmierć fizyczną nad śmierć duchową.
I – zadziwiająca rzecz – broniąc swej jednolitości broni jednocześnie swego ludu, swej klasy czy partii. Tacy właśnie ludzie wywalczają prawo do życia dla swojego środowiska, chociaż możliwe, że w ogóle o nim nie myślą.
– Dlaczego ja? – pyta sam siebie każdy w tłumie. – Sam niczego nie zdziałam.
I wszyscy przepadają.
– Jeśli nie ja, to kto? – pyta sam siebie człowiek przyparty do muru. I ratuje wszystkich.
W ten sposób człowiek zaczyna budować swój zamek” (I powraca wiatr..., tłum. Andrzej Mietkowski).

Może kiedyś znajdę czas, by I powraca wiatr... przeczytać raz jeszcze, może wówczas przypomnę sobie, dlaczego akurat tylko ten fragment zaznaczyłem w całej książce.

Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie...


sobota, 26 października 2019

Nie karmić trolla! Czyli prawicowy Internet w służbie zła

Czasami na różnych portalach pojawia się komunikat od któregoś z uczestników dyskusji: „Nie karmić trolla!” Chodzi generalnie o to, by nie odpowiadać na zaczepki kogoś, kto nie respektuje zasad kulturalnej dyskusji, a ma na celu jedynie jątrzenie i wywoływanie wściekłej reakcji. Nie odpowiadanie na zaczepki „trolla” ma go zniechęcić do zamieszczania kolejnych wpisów, bo przecież nie o brak reakcji mu chodzi, ale o rozwścieczenie innych komentatorów. Jeśli więc nikt nie będzie go dostrzegał, jest szansa, że przestanie swoje chamskie wpisy zamieszczać.

Do sejmu dostała się pani, która mimo protestów z powodu swoich chamskich występów pozostała na liście kandydatów KO. Było w zasadzie wiadomo od samego początku, że nikt tej pani nie usunie, bo zamiarem jest wprowadzenie do Sejmu Sztukmistrza z Lublina w spódnicy, który będzie prowokował Prezesa do jakiejś wściekłej reakcji w podobny sposób, w jaki robią to trolle na różnych forach internetowych. Pani ta zresztą (cały czas się zastanawiam, czy można ją w ogóle określać „panią”) zdążyła jeszcze przed wejściem do Sejmu wytrącić z równowagi osoby zasłużone dla polskiej kultury.

Okazuje się, że pani ta (albo czymkolwiek ona jest) święci triumfy nie tylko wśród elektoratu o niskim poziomie moralnym, ale również na prawicowych portalach i forach internetowych. Oto np. „prawicowa” telewizja puszcza w całości jej filmik. Oto ktoś ze zwolenników PiS-u zamieszcza w całości jej produkt medialny i pyta retorycznie, kto mógł w ogóle na kogoś takiego zagłosować. Oto „konserwatywny” tygodnik na swoim portalu publikuje w całości jej „szoł”, a jakby ktoś nie potrafił zrozumieć albo nie chciał oglądać, co ta pani powiedziała, to jeszcze poniżej otrzymujemy streszczenie tego nagrania. Pytanie: Po co?

Przecież wiadomo, że im więcej reakcji, tym większy bodziec dla tej pani do dalszego działania. Z immunitetem będzie mogła sobie poszaleć nawet jeszcze bardziej. Pojawi się więcej nagrań, a mównica sejmowa pewnie też stanie się dla niej okazją do kolejnych chamskich wystąpień. A i jeszcze do tego dojdą rozliczne wywiady, w których będzie mogła zatruwać atmosferę dalej.

Być może ta pani nie zdaje sobie sprawy z tego, że jakiś wytrącony z równowagi człowiek może jej w końcu rozbić butelkę na głowie albo walnąć w nią kamieniem. Z pewnością jednak biorą to pod uwagę jej mocodawcy – ci, którzy dopuścili, by w ogóle zaistniała w polityce. Jeśli poleje się krew, to dla nich tym lepiej – będzie można obsmarować przeciwnika, bo przecież ta pani tylko uprawia „satyrę”, a jakiś zwolennik PiS-u okaże się zwykłym brutalnym bandytą oraz ponurakiem, który nie docenia „sztuki” i „zdrowego śmiechu”.

Dlatego, by uniknąć jakiegoś nieszczęścia po jednej czy po drugiej stronie, dobrze radzę: Nie karmcie trolla!

Aha! I nie porównujcie tej pani do Grzegorza Brauna. Ona mu poziomem wykształcenia, wiedzy i intelektu nawet do pięt nie dorasta.


piątek, 25 października 2019

Tolerancja dla wybranych

Ataki na Emiliana Kamińskiego i Marka Krajewskiego za to, że przyjęli odznaczenie od prezydenta Dudy najlepiej świadczą o obrońcach demokracji i Konstytucji. Atakujący tak szanują demokrację, że nie są w stanie uszanować faktu, iż Duda został wybrany na prezydenta leganie i głosami wyborców, którzy wybrali go bez przymusu i w wolnych wyborach. Są oni tak tolerancyjni, że ich tolerancja kończy się wówczas, gdy coś idzie nie po ich myśli. Nie są w stanie uznać, że nielubiany przez nich prezydent, czy tego chcą, czy nie, reprezentuje Rzeczpospolitą Polską.

Co ciekawe, to taką „tolerancją” wykazują się środowiska nie tylko internetowych trolli, ale także tzw. „intelektualistów” i środowiska „artystyczne” oraz „dziennikarskie”. Mieliśmy przykłady szczucia na wybitnych sportowców, aktorów i pisarzy właśnie przez nie. No cóż, nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji, zwłaszcza tej socjalistycznej.


środa, 16 października 2019

Co dalej z puszczą? Pies z kulawą nogą...

Emocje wokół wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej już chyba ucichły kompletnie. O samej puszczy pewnie żaden obrońca środowiska już pewnie nie pamięta, zajęty innymi tematami i przykuwaniem się do kominów lub robieniem spektakularnych akcji.

Tymczasem tekst opublikowany jeszcze w marcu 2019 roku przedstawia całą sytuację w dość dramatycznym świetle. Według informacji z tamtego okresu 25 procent świerków w Puszczy Białowieskiej była już martwa. Jak jest dzisiaj? Czy zniszczenia w puszczy postąpiły dalej? Ktoś się tym interesuje? Ktoś demonstruje, informuje, przejmuje się jeszcze?

Działacze ekologiczni skompromitowali się dokumentnie, gdy doszło do awarii oczyszczalni ścieków w Warszawie. Tamta awaria pokazała, że ich cele są ściśle polityczne i powiązane z określonymi środowiskami. Trudno przecież uznać, że naprawdę zależy im na przyrodzie, skoro milczeli. Przy tym wszystkim nasuwa się pytanie o źródła finansowania organizacji ekologicznych w Polsce i to, kto za nimi tak naprawdę stoi.

Tymczasem proponuję sobie przypomnieć wyżej wspomniany tekst pt. „Sukces ekologów: Puszcza ginie i już się nie odrodzi”.


wtorek, 15 października 2019

Dwa sukcesy Grzegorza Schetyny

Niewątpliwym sukcesem Grzegorza Schetyny jest wejście do Sejmu komunistów. Najpierw zostali oni wprowadzeni dzięki liderowi PO na brukselskie salony (ciekawe za co taka nagroda?), a następnie fakt ten bez wątpienia umożliwił im powrót do Sejmu. Sam powrót tych ludzi do polityki po czterech latach nieobecności jest policzkiem wymierzonym pokoleniom Polaków walczących z komuną, tak jak były nim zarówno pozostawanie ich przy władzy, jak i możliwość kandydowania do Sejmu i Senatu po roku 1989.

Drugim niewątpliwym sukcesem Grzegorza Schetyny jest wprowadzenie do Sejmu pani, której imienia tutaj nie wymienię, a której zachowanie zasługuje na określenie jej najgorszymi epitetami. Założenie jest z pewnością takie, iż pani ta będzie nowym „Sztukmistrzem z Lublina” w spódnicy i podobnie jak on będzie psuć atmosferę polskiego życia politycznego, paląc koty i dążąc jednocześnie do sprowokowania Jarosława Kaczyńskiego albo innych członków jego partii do jakiejś gwałtownej reakcji. Świadczy to niestety jak najgorzej o liderze PO, bo mógł po prostu ją ze swojej listy usunąć, a więc ponosi także odpowiedzialność za to, co będzie się działo.

Wybór tej pani do Sejmu również świadczy jak najgorzej o wyborcach, którzy oddali na nią swój głos. Jakże bowiem trzeba być zaślepionym w swej nienawiści, by zagłosować na kogoś, kto nie ma elementarnego poczucia wstydu i godności, nie mówiąc już o szacunku dla drugiego człowieka i majestatu śmierci?


poniedziałek, 14 października 2019

Worek cebuli i Internet koniecznie potrzebne!

Jeszcze nie podano pełnych wyników wyborów, a już się pojawili pierwsi męczennicy za demokrację i tolerancję. Oto dwaj bracia – grubszy i chudszy – z pogardą spoglądają zbliżającej się kaźni prosto w oczy. Ba! Przeciwstawiają jej kamerę, którą zarejestrują każdy cios i każdy kopniak! Nie cofną się ani o krok! Przyjmą uderzenie prosto na klatę i nie ustąpią! Przydałby się im tylko worek cebuli albo dwa, by przetrwać niesprawiedliwe ciosy losu albo PiS-u, gdy będą gnić w więzieniu.

Maja Ostaszewska natomiast pewnie ostatnie zapasy Internetu chowa i upycha do zakamarków i skrytek, by choć jeszcze przez chwilę radować się świeżym powiewem wolności, która za chwilę stanie się towarem reglamentowanym albo zgoła zupełnie niedostępnym.

Spazmów oczywiście dostała Krystyna Janda. Myli się tylko w jednym, kiedy mówi, że „druga strona ma tylko siebie, wspomnienia i internet”. Owszem siebie i wspomnienia – tak. Ale Internet z pewnością nie, bo przecież to już ostatnie godziny, może minuty. Mówiła o tym już i wieszczyła inna wybitna aktorka (vide wyżej).

Są i tacy, którzy są twardzi jak stal albo ich nazwisko: siedzą na barykadzie i rozdają twarde ciosy i opinie. Krzywda ich za to nie spotka, ale zyskają sławę i podziw (link litościwie pominę).

I tak to wygląda za każdym razem: histeria bab i „twarde, męskie”, odważne do szaleństwa komentarze pupilków losu.


czwartek, 10 października 2019

Ciągle czekam, aż przyznają literacką nagrodę Nobla

Chyba się nie doczekam.

O tej autorce, która nie rozumie słowa „naród” i która bredzi o „matczyźnie”, pisałem dwa lata temu tutaj.

Dwie opinie: Mój przyjaciel z dawnych lat, obecnie profesor, o wytworach pani laureatki: „Próbowałem to czytać, nie przebrnąłem”. Moja znajoma, wykształcenie wyższe, dumna, że Polska znowu coś znaczy, że o nas mówią, że coś osiągnęliśmy jako naród, bo kolejna laureatka (ale przecież ona nie rozumie słowa „naród”!): „Moje koleżanki dały mi jej książki w prezencie. Nie byłam w stanie przez nie przebrnąć. No, ale to kwestia gustu przecież. Mi jej styl po prostu nie odpowiada”. Chyba nie tylko jej, jak widać...


środa, 9 października 2019

Czy Pan Jezus był Bogiem? Co naprawdę powiedział papież Franciszek?

Anglojęzyczne media społecznościowe i nie tylko społecznościowe, zwłaszcza te katolickie, buzują (nie wiem, jak jest w niemieckojęzycznych, francuskojęzycznych itp., itd.). Eugenio Scalfari z „La Repubblica” puścił w świat kolejną wiadomość podważającą ortodoksyjność papieżaFranciszka. Tym razem rzekomo ojciec święty miał zanegować Bóstwo Pana Jezusa, gdy stał się człowiekiem.

Przypomnijmy, że to nie pierwszy taki „news” puszczony w świat przez Scalfariego. Poprzedni dotyczył rzekomego zakwestionowania piekła przez papieża Franciszka. A teraz taka w czasie kontrowersji wokół tzw. synodu amazońskiego i dziwnych obrzędów mu towarzyszących Scalfari wypuszcza w świat jeszcze i tę rzekomą wypowiedź obecnego biskupa Rzymu. Włos się na głowie jeży.

Watykan wydał wprawdzie oświadczenie, ale i ono z kolei budzi wątpliwości dziennikarzy.

Pamiętajmy jednak, że cokolwiek by się działo, bramy piekielne Kościoła nie przemogą. I ostatecznie to do Chrystusa należy zwycięstwo. Zatem: Nie lękajmy się!


wtorek, 8 października 2019

Dokąd zmierza Kościół katolicki i co mówią o tym Amerykanie?

Albo raczej: ku czemu chcą zmierzać niektórzy hierarchowie tego Kościoła? Amerykańscy publicyści, zwłaszcza ci, których moglibyśmy określić mianem „konserwatywnych”, z reguły nie owijają słów w bawełnę i dość ostro krytykują obecną sytuację w Kościele katolickim. Nie wahają się nawet z krytyką papieża, zwracając uwagę na to, że Kościół nie należy do papieża i że jego rolą jest głoszenie prawdy Chrystusa jasno i bez dwuznaczności. I niewątpliwie to dlatego ojciec świętych wspomniał Amerykanów w jednej ze swoich wypowiedzi, mówiąc, że uznaje to za zaszczyt, iż go atakują.

Michael Voris należy do tych krytyków obecnej sytuacji w Kościele, którzy walą prawdę prosto w oczy (albo jak kto woli: mówią, co myślą). Z pewnością warto posłuchać, co ma do powiedzenia, chociaż w Polsce taka krytyka może się wydawać niektórym aż nazbyt ostra. Wierni katolicy u nas mają bowiem często opory z wyrażaniem krytycznych opinii o duchowieństwie. Także dlatego, że jest ono niesprawiedliwie atakowane przez lewicę.

Tak zwany synod amazoński to kolejny przykład narastających kontrowersji w Kościele za tego pontyfikatu. Posłuchajmy zatem, co Amerykanie mają do powiedzenia:


poniedziałek, 7 października 2019

Nie będę głosował na tchórzy!

Choć wspierałem działania Prezesa przez wiele lat i konsekwentnie oddawałem głos najpierw na PC, a potem na PiS, to tym razem – tak jak w wyborach samorządowych – nie oddam głosu na PiS. Nie mogę z czystym sumieniem zagłosować na tchórzy, którzy nie potrafią bronić ludzkiego życia od chwili poczęcia. Opowiadanie się za utrzymaniem obecnego zgniłego „kompromisu aborcyjnego”, to głosowanie za segregacją ludzi (na co zwrócił uwagę ksiądz Isakowicz-Zaleski). Co te biedne dzieci, szlachtowane w ludzkich rzeźniach tylko z tego powodu, że zdiagnozowano u nich wady genetyczne, zawiniły członkom PiS-u, że nie chcą ich bronić?

Zabijanie nienarodzonych to nie jest kwestia poboczna. To nie jest problem drugorzędny. Akceptacja jakiegokolwiek „kompromisu” w tej kwestii, to godzenie się na negowanie praw Bożych, to banie się bardziej ludzi niż Boga. Przyjdzie nam za to zapłacić. Wcześniej czy później. Krew niewinnych woła do nieba!


piątek, 4 października 2019

Jedzcie swoje dzieci, czyli kogo wyprowadzą w kajdankach

Pisałem wczoraj o liście 500 naukowców, którzy podważają panoszącą się propagandę klimatyczną. Wygląda na to, że histeria przejawiająca się w złowieszczych proroctwach o zbliżającym się rychłym końcu świata i apokaliptycznej klimatycznej zagładzie (do której zostało już „tylko kilka miesięcy”) weszła na taki poziom, który eko-szajbusów kwalifikuje nie tylko do wariatkowa. To już rodzaj satanistycznej sekty, która proponuje spożywanie ciał zmarłych ludzi, a nawet dzieci. Tak, tak, proszę państwa! To nie żart! „Musimy zacząć jeść dzieci”! Kto nie ma własnych, może pewnie pożyczyć od sąsiada lub złapać sobie na ulicy. To nie scenariusz nowego filmu grozy czy science-fiction. Takie rzeczy ci wariaci już wypowiadają publicznie. Kto nie wierzy, niech sobie poczyta i obejrzy.

Tymczasem w Polsce szambo wybiło po raz kolejny i tuż przed wyborami pojawiły się kolejne taśmy. Jest oczywiste, że nie pojawiły się one akurat teraz przypadkowo. PiS robi, co może, żeby te wybory wygrać. I powiem szczerze, że specjalnie ich za to nie winię. Z dwojga złego, choć głosować na nich nie będę, wolę jednak PiS niż PO-KO, czy jak tam się teraz ta formacja nazywa.

Zaskakującego w „taśmach Neumanna” nie ma w zasadzie nic. Pogarda tych polityków, nie tylko do wyborców głosujących na konkurentów (słynne „moherowe berety”), ale także do własnego elektoratu nie jest przecież niczym nowym. Notabene tę samą pogardę przejawiają przecież wspierający ich dziennikarze. Współczuję jedynie wyborcom – muszą przecież jakoś to przełknąć, że politycy, których wspierają, traktują ich jak bezmózgie bydło. Nie wiem, czy dotyczy to także tej pysznej szlachty zachciankowej (nie, nie ma tu błędu), do której zalicza się stary i młody Stuhr – w końcu to takie nadworne błazny.

Dobrze też dowiedzieć się z ust samego polityka opozycji (jeśli taśmy są prawdziwe), co tak naprawdę myśli się w tym gronie o zmarłym tragicznie Pawle Adamowiczu. Wygląda na to bowiem, że ci sami politycy, którzy oskarżali PiS o „polityczną nekrofilię” sami ją uprawiają, bo tak wygodnie. I to uprawiają z prawdziwą perfidią, pozwalając na to, by w katedrze pochowano człowieka, który miał „mega twarde rzeczy, które mogłyby go wyprowadzić w kajdankach”. Nie wiem tylko, co na to hierarchowie, którzy na tę hucpę, na ten „mega” skandal pozwolili. W końcu o śp. Lechu Kaczyńskim różnie można by mówić, ale z pewnością nie to, że prowadził działalność o charakterze kryminalnym.


czwartek, 3 października 2019

„Zmiany klimatyczne” – co przeważy: histeria czy nauka i rozum?

Chyba dawno nie było tak chłodnego września, jak w tym roku. Tymczasem ciągle słyszę jeszcze ludzi mówiących o „globalnym ociepleniu”, niektórzy z nich nie zauważyli, że narracja się zmieniła i mówi się teraz częściej o tzw. „zmianach klimatycznych”. Histeria klimatyczna – której symbolem jest wystąpienie nastolatki w ONZ – narasta, a wiele rzeczy przyjmuje się na wiarę, bo podano je w ulubionych mediach, które ogląda się lub czyta po pracy.

Tymczasem ważnym wydarzeniem jest w ostatnich dniach list 500 naukowców do sekretarza generalnego ONZ, w którym podważają oni szerzoną przez media propagandę dotyczącą tzw. „zmian klimatycznych”. Obłęd tej narracji może w rzeczywistości spowodować kryzys większy niż ten, jaki wieszczą prorocy zagłady w wyniku zaburzeń klimatycznych. Forsowane zmiany przepisów w poszczególnych państwach uderzają w gospodarkę zarówno krajów zamożnych, jak i krajów rozwijających się. Upowszechnienie świadomości, że istnieją też głosy poważnych naukowców, którzy sprzeciwiają się propagandzie „ekologistów”, jaką raczy się nas w mediach, książkach i filmach, a nawet dokumentach kościelnych, jest bardzo ważne. Więcej na ten temat można sobie poczytać na stronachPCh24.pl i „Do Rzeczy”.


poniedziałek, 30 września 2019

Człowiek legenda

W minioną sobotę smutna wiadomość o śmierci Jana Kobuszewskiego, dzisiaj o śmierci Kornela Morawieckiego, który był już za życia legendą. Dla Wrocławian i nie tylko z pewnością założyciel Solidarności Walczącej był ważną postacią, a jego obecność w Sejmie RP tej kadencji stanowiła sygnał, że po latach faktycznie dokonała się ważna zmiana (niezależnie od tego, jak by oceniać jego program polityczny, czy pewne poglądy) i że swoją bezkompromisową walką z komunizmem zasłużył na zaszczyt bycia posłem Rzeczpospolitej Polskiej.

Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie.


sobota, 28 września 2019

Odszedł Jan Kobuszewski

To wyjątkowo smutna wiadomość. Odszedł niezwykły aktor i wyjątkowy też człowiek. W ostatnich czasach niestety jakoś nie potrafiono wykorzystać w filmie jego talentu, ale może po prostu nie ma już dobrych komedii. Będzie go bardzo brakować. Niech światłość wiekuista świeci Janowi Kobuszewskiemu na wieki wieków. Amen.


piątek, 27 września 2019

„Zło dobrem zwyciężaj”, czyli szlachtowanie niewinnych dzieci jest dobrem

Wypowiedź pana premiera dla „Gościa Niedzielnego” w zasadzie sama się komentuje. Ślepota polskich polityków jest po prostu zatrważająca. Przeczytajcie sobie sami. Ja w każdym razie głosu na PiS już nie oddam. Martwi mnie tylko, że Konfederacja nie wystawiła nikogo do Senatu we Wrocławiu.


czwartek, 26 września 2019

Czy Jan Pietrzak sięgnął dna?

Oburzenie wypowiedzią Jana Pietrzaka o pewnej wulgarnej artystce „ze spalonego teatru”, która kandyduje do Sejmu, jest nieco dziwne. Poziom dyskusji w mediach publicznych bowiem już dawno sięgnął poziomu menela i chyba niewiele może tu zaskoczyć, a wypowiedź znanego satyryka niewiele odbiega od normy.

Być może winą jest szybkość komunikacji. Internet i różne media społecznościowe sprawiły, że można w ciągu dosłownie kilku sekund zareagować i zamieścić komentarz, który pójdzie w świat, a nim nadawca komunikatu się zreflektuje i ściągnie nieprzemyślaną wypowiedź, zostanie ona już przeczytana i powielona przez dziesiątki, setki, a nawet tysiące osób. Wulgaryzmy pojawiają się więc na różnych tłiterach i fejsbukach na porządku dziennym i nie ma tu specjalnej różnicy, czy wpis zamieszcza pan Kazio lub pani Hania, czy znany i dystyngowany dziennikarz, aktor, polityk lub pisarz. Nagle okazuje się, że wyrafinowany autor rzuca mięchem, aż uszy więdną. I naprawdę trudno to usprawiedliwić jakimś „artystycznym” kontekstem.

Czy można tutaj coś zmienić? Pewnie można. Zacząć trzeba od siebie samego, jeśli samemu się coś pisze lub nadaje. Dużo rolę mogłyby odegrać też tutaj tzw. „elity opiniotwórcze”, ale przecież niestety to o nich mowa, więc nie należy się od nich zbyt wiele spodziewać. Chyba że sobie uświadomią, iż ich przykład idzie w świat i że hodują w ten sposób następne pokolenie, które będzie jeszcze wulgarniejsze, bo przecież gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Czy znaczy to, że usprawiedliwiam zniżanie się Pietrzaka do poziomu tej pani (choć naprawdę trudno jej dorównać w plugastwie)? Nie. Choć rozumiem, że satyrykowi puściły nerwy. Jego wypowiedź jednak nie jest ani żadnym novum, ani nie należy do najwulgarniejszych, jakie można usłyszeć, czy przeczytać.


środa, 25 września 2019

Co Zoja Ekologistka skrywa za plecami?

Pisałem wczoraj o wykrzywionej twarzy dziecięcej ikony ruchu ekologistów-zamordystów, którzy próbują nas także chwycić za serce i przymulić nasze myślenie. Myślenie jest groźne, bo prowadzi do zadawania pytań, a jeśli padają pytania, to oczekuje się argumentów, a nie płaczu, zaciskania zębów czy groźnego pokrzykiwania.

Dawid Mysior pomyślał, pomyślał, poszperał i pokazał nam, co kryje się za plecami Zoji Ekologistki. Bardzo to interesujące. To w to wciąga się młodzież. To tak brzydko bawią się możni tego świata. Faktycznie jest się czym martwić. Włos jeży się na głowie. Polecam także sam kanał tego autora. Warto pooglądać. Proszę autora tylko, by nie zmieniał już imion i nazw, bo trochę jest to mylące i dezorientujące.


wtorek, 24 września 2019

Wykrzywiona twarz Zoji ekologistki, która spadła z hulajnogi

Media obiegły dzisiaj zdjęcia i film wykrzywionej histerycznie twarzy małej ikony ruchu ekologicznego. A na dodatek dorzucono i jeszcze to przedstawiające jej „zimny wzrok” wlepiony w prezydenta Trumpa, który jej nie zauważył. Ta wykrzywiona twarz nastoletniej dziewczynki świadczy o mizerii i nikczemności całej tej socjotechniki, która wykorzystuje dziecko do swoich celów. Jej histeryczne deklaracje, strajk w postaci niechodzenia do szkoły i cała ta szopka z podróżą jachtem przez ocean świadczy jedynie o tym, za jakich durniów mają nas macherzy od brudnej polityki. Jest też potwierdzeniem, że we współczesnej kulturze nie używa się argumentów racjonalnych, ale próbuje chwycić za gardło emocjami.

To wszystko w gruncie rzeczy przypomina te hulajnogi porozrzucane po mieście – czyli totalną dziecinadę (notabne zastanawiam się, kto na tym zbija kasę – w Heraklionie widziałem podobne (jeśli nie identyczne) hulajnogi do tych, jakie można spotkać we Wrocławiu, założę się, że i w innych miastach krajów europejskich jest podobnie). Epatuje się nas emocjami dziewczynki, która zamiast jeździć po forach międzynarodowych powinna siedzieć w szkole i się uczyć. Gorzej, że chodzenie do szkoły przestaje już gwarantować solidne wykształcenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że w niektórych krajach europejskich można z niej wylecieć za stwierdzenie zwykłej zdroworozsądkowej i naukowej prawdy.

I tak, jeśli mediów nie obiegają kretyńskie wypowiedzi jakichś „intelektualnych autorytetów”, to raczy się nas histerią małolaty, którą hołubi się, jakby była Alfą i Omegą, a jest jedynie dzieckiem wykorzystywanym przez dorosłych. Kiedyś dano by jej co najwyżej lizaka albo parę klapsów, dzisiaj zaopatruje się ją w jacht i wysyła na zgromadzenie ONZ, a poważne stacje przepraszają ją za „haniebne słowa” jakiegoś eksperta. Tak to wygląda, za takich idiotów nas mają.


poniedziałek, 23 września 2019

Prorocze słowa Agnieszki Holland – ciarki chodzą po plecach

Agnieszka Holland o filmie Mela Gibsona Pasja w roku 2004:

„Film ma złą energię. Nie chodzi o to, że jest kiczem, bo w końcu kicze powstają ciągle i kiczowatych jest bardzo wiele dzieł sztuki. Niebezpieczeństwo polega na tym, że Pasja otwiera jakąś otchłań przemocy, nieporozumienia, gwałtu, odległych – w moim poczuciu – od tego, co jest treścią Ewangelii. A w kontekście fundamentalizmów, które zaczynają władać światem, może stać się zaczynem czegoś znaczenie straszniejszego, niż możemy sobie dzisiaj wyobrazić. Jeśli film będzie miał takie znacznie, jak na to wygląda (w sensie skali odbioru i identyfikacji z nim bardzo wielu grup chrześcijan), może oznaczać powrót do najciemniejszych czasów i klęskę dwóch tysięcy lat nauki Chrystusa. Ja u Gibsona nauki Chrystusa nie zobaczyłam. Zobaczyłam natomiast bezinteresowne, bezmyślne okrucieństwo. Zobaczyłam Chrystusa nie jako człowieka, który daje miłość, wiarę i nadzieję, ale jako jakiś potworny, skrwawiony strzęp. I zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów. W moim pojęciu Pasja my tyle wspólnego z Ewangelią, ile Osama ben Laden z Koranem”.

Jestem ciekaw, ile jeszcze widzów i czytelników pamięta z tamtych czasów to wzmożenie różnej maści tzw. „autorytetów intelektualnych”, którzy jeździli po tym wybitnym filmie, jakim bez wątpienia jest Pasja, i po Melu Gibsonie, jak po łysej kobyle. Słuchając ich słów można było się spodziewać fali wszelkiego rodzaju przemocy i pogromów. Jak dobrze wiemy, ta histeria nie była nieuzasadniona, tak się przecież stało, płonęły żydowskie sklepy i sklepiki, agresja i fundamentalistyczna nietolerancja zalały ulice, a Agnieszka Holland jest jedną z nielicznych ocalonych. Młodsze pokolenie, które nie czyta książek, chodzi zapewne w błogiej nieświadomości tego, co się wówczas wydarzyło.

Proszę też zwrócić uwagę na to, że przytoczony powyżej fragment wskazuje na autorytet Agnieszki Holland nie tylko w dziedzinie ogólnie pojmowanego intelektu i sztuki filmowej, ale również w dziedzinie religii, a zwłaszcza biblioznawstwa i interpretacji Koranu. Powinniśmy hołubić ją jako dobro narodowe i już za życia otaczać czcią należną wręcz bogom.

Tym bardziej, że Agnieszka Holland znowu wieszczy i znowu ostrzega. Oto dowiadujemy się, że mówi o „inżynierii społecznej megalomańskiej władzy”, a dopytywana przez dziennikarkę, co to znaczy stwierdza, jak donosi tygodnik „Do Rzeczy”:

„No jest to aluzja do tych populistycznych przywódców, którzy uważają, że władza daje im prawo do tego, żeby projektowali człowieka, żeby projektowali społeczeństwo, żeby projektowali naturę albo żeby niszczyli naturę. I takich populistów mamy niestety w tej chwili sporo. Od Trumpa (prezydent USA – red.) przez Bolsonaro (prezydent Brazylii – red.) do prezesa Kaczyńskiego. (...) No właśnie boję się, że będzie niedobrze. (...) mówmy o głównych ideowych założeniach. Jak pani odbiera fakt, że de facto proklamują państwo wyznaniowe? Jak pani odbiera fakt, że wyklucza rodziny, które nie mieszczą się w »kobieta, mężczyzna i dzieci«? Jak pani odbiera fakt, że połowa obywateli albo więcej znajduje się poza centrum jego zainteresowania czy że tak wielką część obywateli uważa za obywateli gorszej kategorii – jak pani to odbiera? Jak pani odbiera próby tzw. repolonizacji czy – teraz to się inaczej nazywa – repluralizacji mediów? Jak pani sobie to wyobraża? Do czego to ma prowadzić?”

Muszę przyznać, że po tych słowach zacząłem ze strachem ukradkiem spoglądać przez szparę w zasłonie na ulicę, nerwowo reaguję na każdy dzwonek u drzwi, a kiedy listonosz przynosi mi urzędową korespondencję, nerwowo trzęsą mi się ręce i pot ciurkiem ścieka mi po plecach. Skoro to wszystko mówi nasz wybitny autorytet intelektualny (i filmowy), to musi być naprawdę źle! Czas szykować szczoteczkę do zębów i zapas bielizny albo czym prędzej prosić o azyl w jakimś cywilizowanym kraju. W końcu „bezmyślne okrucieństwo” już ostrzy noże.


czwartek, 19 września 2019

Czy ruch LGBT ma podłoże satanistyczne?

Oczywiście wszyscy ci, którzy nie wierzą w diabła, czytając taki tytuł popukają się w głowę. Trudno jednak nie uciec przed taką myślą, jeśli patrzy się na to, jak wyglądają demonstracje aktywistów i zwolenników LGBT: bluźnierstwa, profanacje, szyderstwa.

Obnoszą zatem obrzydliwe bluźniercze wizerunki wagin, penisów, które przedstawione są w taki sposób, by naśladować monstrancję, w której znajduje się Najświętszy Sakrament. Odprawiają bluźnierczą „mszę” – co można wprost porównać do tzw. „czarnej mszy”. Kpią z Matki Boskiej poprzez dekorowanie Jej wizerunku satanistyczną tęczą (jeden z moich znajomych zdziwił się, gdy mu uświadomiłem, że tęcza na starych obrazach religijnych nie jest jednak tą samą tęczą, jaką genderowi rewolucjoniści dekorują święte wizerunki i powiewają na swoich banerach). Do tego mamy jeszcze ataki na księży i kościoły oraz szydercze parodiowanie strojów duchownych i zakonnic.

A to wszystko dzieje się przy głoszeniu haseł tolerancji, miłości, poszanowania cudzych poglądów i stylu życia. Politycy i celebryci, którzy bronią homoseksualnych rewolucjonistów, wydają się tego wszystkiego nie dostrzegać. Odcinają się co najwyżej od tych ekscesów dopiero po tym, gdy podniesie się krzyk oburzenia i widzą, że może im to zaszkodzić w popularności.

Z jednej strony można się oburzać i wręcz należy się oburzać. Z drugiej strony nie trudno patrzeć na tych biednych ludzi z wyrazem politowania. Kiedy my, katolicy, idziemy w procesji za Najświętszym Sakramentem, wierzymy, że w tym cieniutkim, białym opłatku jest sam Bóg, Stwórca wszechświata, rzeczy widzialnych i niewidzialnych. On karmi nas swoim Ciałem, by dać nam życie wieczne. Homoseksualni rewolucjoniści (za czyim to podszeptem?) idą za bluźnierczym wizerunkiem, który jest diabelską parodią Najświętszego Sakramentu, ale jednocześnie określa, co jest dla nich najważniejsze. A cóż to takiego? Organy płciowe i nic więcej. Coś, co łączy nas ze zwierzętami. Cóż za upadek!

Tak więc szydząc z Najświętszego Sakramentu ci biedni ludzie nie widzą, że szydzą również z samych siebie. To nie jest już zapatrzenie we własny pępek, to zapatrzenie we własne genitalia albo genitalia, a nawet odbyt tzw. „partnera seksualnego”.

Chrześcijańskie średniowiecze (które dla ludzi niewykształconych jest symbolem ciemnoty) stworzyło wspaniałą architekturę, rzeźbę, malarstwo, muzykę, literaturę, filozofię, teologię, logikę... Nietrudno dopatrzyć się tutaj związku między wiarą tych ludzi a ich kulturą. Jaką kulturę można zbudować, jeśli w centrum stawia się organ płciowy? Diabeł obiecał pierwszym ludziom, że będą jak Bóg. Okazało się to w rzeczywistości totalnym upadkiem. Teraz tym biedakom obiecuje wyzwolenie. Trudno chyba o bardziej nikczemne i poniżające zniewolenie.


sobota, 7 września 2019

Corner Shop: Dzikie serce Michaela Vorisa i dwunastogwiazdkowy Generał



Michael Voris, The Weapon. Chaining the Gates of Hell With the Holy Rosary, St. Michael’s Media Publishing, Ferndale 2016.

Zachęcam do obejrzenia poprzedniego odcinka, w którym omawiam książkę Dzikie serce Johna Eldredge’a.

Patryk Vega czyli zupa z trupa

Muszę przyznać, że z pewnym rozbawieniem obserwuję reakcje różnych krytyków, dziennikarzy, a nawet polityków po premierze filmu Patryka Vegi „Polityka”. Już zajawki tego filmu wyglądały źle, a co dopiero cały film.

Z drugiej strony jest w tym też pewna przykrość, bo kiedyś byłem fanem „Pitbulla”. Kiedy odkryłem, że istnieje telewizyjny serial, obejrzałem wszystkie odcinki. W tamtych czasach to była rewelacja. Niestety kolejne filmy Vegi były coraz gorsze.

„Służby specjalne”, którymi niegdyś się ekscytowano obejrzałem z pewnym niesmakiem, doceniając wprawdzie niektóre wątki, czy pomysły. Serial nawet mnie nie kusił. Kolejne kinowe „Pitbulle” i te jakieś tam „Kobiety mafii” czy jakkolwiek to się nazywało były już coraz gorsze, łącznie z tym, który zrobił Pasikowski. Tego po prostu nie dawało się oglądać. Pamiętam, jak po pierwszych minutach jednego z nich miałem ochotę po prostu wyłączyć ekran (chyba nawet o tym już na swoim blogu pisałem), wytrwałem do końca jedynie dlatego, że za ten badziew zapłaciłem. „Botoks” widziałem tylko we fragmentach i to mi wystarczyło. Scena, w której pogotowie przyjechało do kobiety kopulującej z psem, była szczytem wszystkiego i nie miałem ochoty na więcej. Zaiste Stanisław Michalkiewicz miał rację określając wizje świata, jakie tego typu produkcje pokazują, „panświnizmem”.

Można powiedzieć, że w zasadzie spojrzenie na świat, jakie nam przedstawiają Vega, Pasikowski czy Smarzowski, niewiele się różni. Owszem, Smarzowski i Pasikowski są w stanie zrobić dobry film (nie wiem, czy jeszcze jest Vega) i gdyby tylko ich ktoś utemperował i wyrzucił na zbity pysk za drzwi, dopóki nie przyniosą dobrego scenariusza, to może, może... Tymczasem recepta na robione przez nich filmy jest prosta jak konstrukcja cepa, co najwyżej w jakichś porywach jak konstrukcja kałasznikowa. Trzeba po prostu wrzucić do gara jak najwięcej wulgaryzmów i wymieszać to z ekskrementami. Można dorzucić parę prezerwatyw i tego nieszczęsnego wilczura złączonego z jakąś damą. Ewentualnie jakiś szczeniacki wątek miłosny.

Tak, tak – tak nisko swą publiczność oceniają ci panowie. Ja na szczęście do niej już od dawna nie należę.


czwartek, 5 września 2019

Samobójca prosi o błogosławieństwo (i je otrzymuje!)

Na portalu PCh24.pl ukazał się kolejny odcinek programu Michaela Vorisa z cyklu „The Vortex”. Warto zobaczyć, bo mówi on o tym, jakiego dna sięgnął kryzys Kościoła katolickiego w niektórych parafiach w Stanach Zjednoczonych. To w gruncie rzeczy ostrzeżenie dla nas i dla naszych duchownych. Ta fala idzie też do nas, choć może tego nie dostrzegamy i wydaje się, że wciąż jest normalnie. Nie łudźmy się: siły zła działają cały czas.



środa, 4 września 2019

Hulajnogą w XXII wiek (i na księżyc!)

Porozrzucane po mieście hulajnogi elektryczne są dla mnie symbolem zdziecinnienia współczesnej Europy. Dorośli ludzie jeżdżą na sprzęcie, na którym niegdyś jeździły małe dzieci i to dzieci w krótkich spodenkach. Tak, to prawda – różnica jest taka, że są one elektryczne. Poza tym wielkiej różnicy nie ma. Skojarzenie z niedojrzałością i nieodpowiedzialnością nasuwa też widok tych zabawek porzuconych w różnych dziwnych miejscach, dokładnie tak samo jak pluszowych misiów i zabawkowych koparek w pokoju dziecka – jeśli kiedyś wybijecie sobie zęby na nieoświetlonej ulicy, założę się, że będzie to skutkiem potknięcia się o zostawioną hulajnogę.

Nasuwa mi to też skojarzenie z moim dawnym doświadczeniem pracy w Londynie jako „pizzaman”. Być może już gdzieś tutaj o tym pisałem, ale powtórzę. Otóż zauważyłem dziwną rzecz: lokalni kierowcy, którzy w większości byli nastolatkami dorabiającymi sobie do kieszonkowego, zostawiali motory niedbale rozstawione przed restauracją. Piesi klęli, bo jeśli się zagapili, potykali się o niedbale zaparkowany skuter. A takie zderzenie mogło być bolesne. Dochodziło nawet do konfliktów z kierowcami. Tam, w Londynie, był to dla mnie symbol nieodpowiedzialności tych młodych ludzi, braku empatii i uwzględnienia faktu, że oprócz nich istnieją też ich bliźni. Jednym słowem – był to przejaw zwykłego egoizmu.

Wróćmy do hulajnóg – Marcin Jendrzejczak na portalu PCh24.pl twierdzi, że przestrzegający przed nimi „wpisują się (...) (choć niekoniecznie świadomie) w lewicową narrację”. A to dlatego, że pojawiły się „pomysły uregulowania (ograniczenia) ruchu hulajnóg”, a nawet zabronienia „wjazdu na tereny dostępne dla przechodniów”. Otóż w tym przypadku zgadzam się jednak z lewakami, choć nie zgadzam się z innymi ich poglądami, które autor zresztą w swoim artykule słusznie punktuje.

Oprócz bałaganu, jaki zaczął panować na ulicach, gdzie hulajnogi leżą lub stoją w sposób opisany wyżej, widzę wiele sytuacji, które wcale nie wskazują na „odpowiedzialne” ich używanie przez osoby, które z tego sprzętu korzystają. Dwójka dzieciaków jedzie chwiejnie na sprzęcie, który na dodatek pędzi dość szybko i niebezpiecznie blisko aut i pieszych. Jakiś dojrzały osobnik jedzie niebezpiecznie na hulajnodze po ścieżce rowerowej wśród wzmożonego ruchu. W Internecie czytam, że oto dziecko trafiło do szpitala, bo zostało potrącone przez użytkownika hulajnogi itp., itd. Na dodatek mój wysportowany klient, który jeździ na deskorolce i rowerze, a na dodatek biega niemal profesjonalnie, twierdzi, że hulajnoga elektryczna jest wyjątkowo niebezpieczna i kierujący nią powinni jeździć w kaskach.

Wbrew temu, co pisze Marcin Jendrzejczak, wydaje mi się, że hulajnoga to jeszcze jedna próba wyciągnięcia nas z aut, choć po coraz częstszej krytyce, z jaką się te dziecinne pojazdy spotykają, lewacy postanowili problem uregulować po swojemu – wprowadzając ograniczenia i restrykcje, które w większości akurat w tym przypadku popieram.

Sam problem jest natomiast dużo poważniejszy, niż takie czy inne zakazy. Pomysły, które wiele miast wdraża, sprawiają, że po mieście jeździ się coraz gorzej autem. Wszelkie monity i pisma do urzędników miejskich nie odnoszą z reguły skutków. Wiele ulic ulega zwężeniu, parkowanie w centrum miasta jest utrudnione – ewidentnie chce się uzależnić mieszkańców od transportu miejskiego i sprawić, by jeździli do pracy rowerami. Samochód w tej sytuacji staje się symbolem wolności i uniezależnienia od lokalnych rządów.

Tymczasem zdziecinnienie postępuje. Ale nie ma się co martwić – rząd lokalny i centralny się nami zaopiekuje. Z pewnością podrzuci nam kolejne zabawki.


poniedziałek, 2 września 2019

Dług wdzięczności – ciekawy reportaż

Nie mam telewizji już od ponad 20 lat. Jak pisałem w jednym z poprzednich wpisów, moje zetknięcia z telewizją kablową lub satelitarną utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że telewizja nie jest mi do szczęścia niezbędnie potrzebna. Śledzę natomiast z dużym zainteresowaniem rozwój telewizji internetowych (także z dużym niepokojem – wziąwszy pod uwagę niedawne próby ocenzurowania niezależnych stacji przy milczeniu przedstawicieli rządu).

Jest w tych niezależnych produkcjach naprawdę coraz więcej ciekawych programów i – jeśli korporacyjni cenzorzy nie dopną swego – będzie pewnie jeszcze większy ich wybór. Pojawiają się nie tylko nowe internetowe platformy telewizyjne, ale także nowi niezależni prezenterzy, którzy „nadają” swoje programy niezależnie od linii programowych tej czy innej redakcji.

Jednym z grzechów głównych tych produkcji jest chyba przede wszystkim to, że wiele z tych materiałów jest dość długich. Gdybym chciał na przykład obejrzeć wszystkie interesujące pojawiające się filmy, audycje i wywiady w całości, to musiałbym za każdym razem spędzić niemal cały dzień przed ekranem komputera, a akurat od tego próbowałem się wyzwolić, kiedy pozbyłem się dostępu do telewizji. To pewnie też swego rodzaju zachłyśnięcie się możliwościami, jakie daje Internet i nie dotyczy to jedynie produkcji polskich – to samo dzieje się na rynku anglojęzycznym, który staram się śledzić w wydaniu amerykańskim.

Z drugiej strony zaletą tych programów jest to, że prowadzący pozwala swojemu gościowi się „wygadać”, nie przerywając mu – co jest cenne zwłaszcza wówczas, gdy rozmówca ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia i robi to w sposób zajmujący. A poza tym programów tych nie trzeba oglądać o określonej godzinie (chyba że chce się oglądać jakąś audycję na żywo, bo jest szybką reakcją na aktualny problem) i można je zobaczyć o dogodnej porze, a nawet oglądać je fragmentami.

Nie zmienia to faktu, że przydałoby się więcej materiałów krótkich – takich, jak na przykład prezentowany na moim blogu kilka razy „Vortex” Michaela Vorisa, który z reguły ma nie więcej niż 15 minut, a przeciętnie pewnie mniej niż 10. Osobiście chętnie na przykład obejrzałbym serię takich krótkich, „szybkich” recenzji książkowych, które dałyby mi dawkę informacji o interesujących publikacjach.

Druga rzecz, która w tych niezależnych audycjach się pojawia i rozwija, oprócz „gadających głów”, to filmy dokumentalne i reportaże. I na jedną z takich produkcji, którą można znaleźć na portalu „wSensie.tv” i która została zrealizowana niedawno, chciałbym po tym przydługim wstępie zwrócić uwagę. Wprawdzie nie wszystko jest tutaj dla mnie jasne, ale sam materiał jest bardzo ciekawy i warty obejrzenia. Może więc dla odmiany, zamiast oglądać telewizję, warto wyłączyć odbiornik i włączyć komputer, by zobaczyć reportaż „Rajmund Gąsiorek: Dziś spłacam dług wdzięczności”.



sobota, 31 sierpnia 2019

Moja zachcianka nie jest twoją zachcianką. A powinna?

W jednym ze swoich wpisów napisałem, że w przypadku różnych lewicowych i liberalnych establishmentów trudno mówić o hipokryzji, kiedy ich postępowanie nie jest konsekwentne. Trudno bowiem mówić – jak mi się wydaje – o hipokryzji tam, gdzie nie ma stałych punktów orientacyjnych, a tak jest w tym przypadku. Stąd trafniejsze jest określenie zaczerpnięte z „W pustyni i puszczy” Sienkiewicza – „moralność Kalego”.

Najnowszym przykładem takiego postępowania jest warszawska afera z szambem (by nie użyć grubszego słowa). Konia z rzędem temu, kto przedstawi choć jednego „zielonego”, który zaprotestował przeciwko decyzji wypuszczenia tych ścieków do Wisły. A przecież ci sami ludzie użalają się na kornikiem drukarzem i każdym drzewkiem, które ktoś zetnie na swojej działce. Czegoś nie zauważyli? Byli w tym czasie na wakacjach?

Ponieważ lewacy wydają się nie mieć stałych punktów orientacyjnych, jakichś stałych punktów odniesienia w swojej „płynnej postnowoczesności”, być może w dyskusji z nimi trzeba zastosować trochę inny język, by zapędzić ich w kozi róg i następnie wyjaśnić im to, co dla nich nie jest takie oczywiste.

Weźmy taki przykład. Kiedyś – spory czas temu – naszło mnie, by przejrzeć „fejsbukowe” profile dawnych moich znajomych ze szkoły średniej. Po poczytaniu sobie i oglądnięciu tego, co na nich zamieszczają, doszedłem do wniosku, że chyba niespecjalnie mam ochotę do nawiązania kontaktu z większością z nich. Mniejsza jednak o to. Na jednej ze stron natknąłem się na wyrazy oburzenia z powodu klauzuli sumienia (był to wtedy głośny temat) i faktu, że ktoś autorce tego wpisu mógłby nie sprzedać środków antykoncepcyjnych, które ona ma ochotę nabyć.

I słusznie! Słusznie pod warunkiem, że przyjmie się założenie, iż mam niezbywalne prawo do realizacji moich zachcianek i jeśli chcę sobie kupić np. środek dzieciobójczy, to mam do tego prawo i już! Ok. A teraz spójrzmy na to z drugiej strony. Jestem aptekarzem i mam taki kaprys, taką zachciankę, żeby nie sprzedawać środków antykoncepcyjnych, nawet jeśli ktoś bardzo je chce kupić i wręcz twierdzi, że jest to dla niego sprawa życia i śmierci. Otóż dla mnie jest to również sprawa życia i śmierci (nienarodzonego dziecka) i w związku z tym oburza mnie, że ktoś próbuje mnie przymusić do sprzedaży tychże środków. Prowadzę sobie aptekę i oto ktoś przychodzi do mnie i mówi mi, że mam sprzedawać to, co tej osobie akurat zachciało się kupić! A ja nie mam na to najmniejszej ochoty!

Jasne? Obawiam się, że chyba nie. W końcu mamy do czynienia z moralnością Kalego.