poniedziałek, 30 marca 2009

Ukraińska kronika wypadków miłosnych

Skojarzenie z utworem Konwickiego w tytule nie jest przypadkowe. Sądzę, że można w „Ukraińskim kochanku” odnaleźć paralele, a może nawet świadome zapożyczenia: podglądanie z drzewa wybranki serca, ojciec strzelający z dubeltówki, szaleńcza romantyczna miłość... Podobnie jak i u Konwickiego finał jest tragiczny. Ale u autora „Kalendarza i klepsydry” tragizm jest łagodzony specyficznym humorem obecnym zresztą w innych jego książkach, a historia kończy się praktycznie tam, gdzie wali się świat „kraju lat dziecinnych”. U Srokowskiego rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna, choć powieść zaczyna się niemal jak baśń o nieistniejącej już krainie pogrążonej pod falami czasu. Baśń sielankowa, baśń o małej dziewczynce, której cyganka wróży wielką miłość, „dużo radości, ale i dużo łez”. Baśń o krainie u podnóża gór, której strzegą dwa szczyty. Stopniowo w tę krainę zaczynają się wkradać złowieszcze znaki i cienie przyszłych zdarzeń, a finał opowieści... Cóż, nie będę psuł czytelnikom lektury. Konwicki zatrzymuje się na progu wojny. Srokowski prowadzi nas dalej, nie szczędzi nam okrucieństw. Obie powieści dzieją się na polskich Kresach.

„Ukraiński kochanek” mógłby być znakomitym materiałem dla polonistów i historyków literatury opisujących żywotność romantycznych mitów i motywów w polskiej twórczości przełomu XX i XXI wieku. Skojarzenia ze Słowackim, Goszczyńskim, Malczewskim są przy tej lekturze jak najbardziej uzasadnione. U Srokowskiego, podobnie jak w twórczości romantyków, odnajdziemy ruiny zamku, tajemniczą zjawę Czarnej Damy, nie do końca zrozumiałe wróżby i przepowiednie, których sens wyjaśni się dopiero za jakiś czas, niepokojące i złowróżbne znaki na ziemi i niebie, rozmowę z duchem, obłąkanie z miłości, a nawet aniołów. Także bajka opowiadana przez młynarza wpasowuje się w ten tak dobrze znany romantyczny schemat. Mamy tutaj również starcie romantyków z oświeceniowymi racjonalistami uosobione w postaciach pasjonującej się muzyką, poezją i sztuką młynarzowej i jej trzeźwo myślącego, twardo po ziemi stąpającego męża. Jest element folkloru, ludowości. Ale przede wszystkim mamy wielką romantyczną, nieokiełznaną miłość: dwoje ludzi zakochuje się w sobie od pierwszego wejrzenia, a siła, która ich pcha ku sobie jest tak potężna, że przełamuje wszelkie możliwe przeszkody i bariery stawiane jej na drodze. Ta miłość to dzika namiętność spadająca na dwoje kochanków, jak grom z jasnego nieba, łącząca ich wbrew wszelkim społecznym konwenansom i utartym schematom.

Odnajdziemy w powieści Srokowskiego coś jeszcze, co musi kojarzyć się czytelnikowi zwłaszcza z twórczością wymienionych już wcześniej romantyków związanych z Ukrainą. Tym czymś jest okrucieństwo. Wielu czytelnikom bez wątpienia przypomną się krwawe sceny takich utworów, jak np. „Sen srebrny Salomei”, „Zamek Kaniowski” czy „Maria”. Tyle tylko, że w epopei autora „Nienawiści” ten rys okrucieństwa nie jest jedynie literacką inspiracją arcydziełami polskiej poezji XIX wieku. Nie jest to gra konwencjami. Takie rzeczy działy się naprawdę. Te jeżące włos na głowie bestialstwa wydarzyły się w określonym czasie i miejscu. Ponoć do dziś ich świadkowie często boją się mówić, o przerażających faktach związanych z mordami dokonanymi przez ukraińskich nacjonalistów. Niechętnie je wspominają i wypowiadają się o tym ludobójstwie, obawiając się nazwać rzecz po imieniu, politycy. Niewielka jest też chyba wśród ogółu Polaków świadomość historyczna rzezi na Wołyniu. Kiedy moja Mama wspominała coś o „banderowcach”, wyobrażałem sobie groźnych facetów z karabinami, może jakiś ukraiński odpowiednik AK. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jaką traumę musiała przeżyć jako dziecko. Dopiero teraz rozumiem gniew mojego śp. dziadka, gdy usłyszał w radiu coś o pojednaniu polsko-ukraińskim. Wystarczy przecież przypomnieć, że za „szczęśliwego” mógł się uważać ten, kto zginął od kuli z pistoletu lub karabinu. Resztę czekała śmierć w niewyobrażalnych wprost mękach.


Trzeba od razu się zastrzec, że intencją Srokowskiego nie wydaje się budzenie nienawiści. Autor przecież tytułowym bohaterem – i to bohaterem pozytywnym – czyni Ukraińca czy raczej Bojka uważanego przez Ukraińców za swego, a jego powieść jest pokazaniem zagłady świata, w którym obok siebie przez wieki żyły mniej lub bardziej zgodnie różne nacje, religie, ludzie odmiennych zwyczajów i wierzeń. „Ukraiński kochanek” to podzwonne dla tego świata. A w trakcie lektury czytelnik widzi, jak elementy składowe tej rzeczywistości stopniowo ulegają wymazaniu z powierzchni ziemi, jak ta wieloetniczna mieszanka zamienia się z czasem niemal w pustynię.

Czytając powieść Srokowskiego miałem wrażenie, że jakby autor chciał w niej momentami pomieścić aż nazbyt dużo, jakby pragnął opowiedzieć o wszystkim, o czym tylko można, jakby chciał odtworzyć, ocalić od zapomnienia fragmenty, strzępy nieistniejącego już w tamtej postaci zakątka polskich Kresów, często kosztem jakości artystycznej swojego dzieła. Dlatego też niektórzy bohaterowie tej epopei ledwo są naszkicowani (choćby brat Kasi, Mariusz), pojawiają się i znikają. Wśród postaci fikcyjnych umieszcza także i postaci historyczne, aczkolwiek bardziej jako przedmiot wspomnień, relacji. Jest w tym rozmach bez mała na miarę powieści Józefa Mackiewicza. Czasami przydałby się jakiś przypis. Jeśli bowiem przeciętny czytelnik wie, kim był Bruno Schulz, to nawet dobrze wykształcony polonista może mieć problem ze skojarzeniem np. nazwiska Zygmunta Rumla, torturowanego i zamordowanego w brutalny sposób przez rozerwanie końmi młodego polskiego poety i emisariusza AK wysłanego na rozmowy z UPA.

„Ukraiński kochanek” to w gruncie rzeczy, obok innych cech, powieść edukacyjna. „Edukacyjna” w tym sensie, że przypomina pokoleniu wychowanemu w czasach PRL-u i karmionemu kłamstwem rzeczywistą historię Kresów okresu międzywojennego i wojennego. A przynajmniej jej fragmenty wyparte z powszechnej świadomości.

Można by wytknąć utworowi Stanisława Srokowskiego, obok już wyżej wspomnianych, różne mankamenty. Sceny miłosnych igraszek na przykład śmieszą, kojarzą się aż nadto z hollywoodzkimi produkcjami, stamtąd chyba czerpiąc swój wzór. Pomysł z pierwszym ślubem Kasi jest moim zdaniem naciągany i mało przekonujący. Można by się również zastanawiać dlaczego porywczy Mitia najzwyczajniej w świecie nie uprowadził swojej lubej. Chyba, że czegoś nie rozumiem z tamtych realiów. Nie wiem także, czy faktycznie dziecko pozbawione języka byłoby w stanie jeszcze wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Prztyczek, wprawdzie tyci, należy się podobnie korekcie, która mogłaby nieco uważniej przejrzeć tekst. Dla przykładu w jednym zdaniu Lolek nagle zamienia się w Bolka.

Aczkolwiek podług mojego mniemania „Ukraiński kochanek” Srokowskiego nie jest pod względem literackim równy „Kronice wypadków miłosnych” Konwickiego, to powieść warto przeczytać. Warto, z wielu innych względów, choćby dla takich prostych wydawałoby się, a przecież jakże ważnych, słów wypowiadanych przez jednego z bohaterów:

„Prawda bywa bolesna i gorzka, jednak nie wolno przed nią uciekać, nawet, gdy jest najczarniejsza. Bo tylko wtedy, gdy wiemy, jaka ona jest, możemy się z nią uporać. Bo inaczej załamiemy się, pogrążymy w rozpaczy i nie przygotujemy do życia następnych pokoleń. Synowie i córki tej ziemi, wnukowie i wnuczki nie mogą być odcięci od prawdy naszego czasu, bo będą żyć w niewiedzy lub kłamstwie. A niewiedza i kłamstwo (...) demoralizują, zabijają, wypaczają sens życia i prowadzą ku nowym nieszczęściom. I najważniejsze, wyniszczają i dławią w nas najpiękniejszą część naszej natury, potrzebę miłości, zaufania i równowagi duchowej”

Stanisław Srokowski, Ukraiński kochanek, Kraków 2008.

piątek, 27 marca 2009

Fundacja im. Brata Alberta w potrzebie

W „Rzeczpospolitej” i na samej stronie Fundacji im. Brata Alberta można przeczytać o jej finansowych kłopotach spowodowanych decyzjami urzędników Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Piszą o tym również na swoim blogu Kataryna oraz portal „Frondy”.

Myślę, że są tacy, którzy potrzebują pomocy i wsparcia, choćby kilkoma złotówkami, bardziej niż inni. A w tym przypadku chodzi o dzieci niepełnosprawne, które będą cierpieć za to, że być może ktoś się mści za wypowiedzi ks. Isakowicza-Zaleskiego niezwiązane z działalnością charytatywną. Przyłączam się do apelu o pomoc i popieram akcję. Kryzys, nie kryzys - warto podzielić się z innymi.

czwartek, 26 marca 2009

Nie biadolcie, zakładajcie własną telewizję


„Nie palcie komitetów, zakładajcie własne” – powiedział niegdyś ponoć Jacek Kuroń.

Co chwilę głośno o kolejnych zwolnieniach i czystkach dziennikarzy zarówno w radiu, jak i w telewizji publicznej. Jeśli chodzi o zmiany na gorsze w telewizji, to problem ten jest mi niemal obojętny, choć wiem, że obojętny być nie powinien, bo w końcu TVP jest utrzymywana z pieniędzy podatnika i mamy prawo wymagać, by przestrzegała pewnych norm i oczekiwać, że będzie nadawać programy odzwierciedlające również nasze poglądy. Sam zresztą w swoim blogu pisałem o aferze wokół serii programów z cyklu „System 09”. No, cóż – to prawda. Ale jakiś czas temu pozbyłem się tego pożeracza czasu, jakim jest odbiornik telewizyjny, i za nim nie tęsknię. A kiedy wpadam do rodziców w łykend, widzę, że z nadawanej sieczki, do oglądania nadaje się tylko w jakimś stopniu TVP Kultura. Reszta, z wyjątkami, to zazwyczaj zwykłe śmieci. Gdyby przepuścić to przez wyżymaczkę, treści pozostałoby ledwo parę kropelek.

Są jednak wyjątki i te wyjątki oglądam, jeśli są dostępne, w Internecie (notabene nie wiem, dlaczego ostatnio, by obejrzeć kolejny odcinek „Trzeciego punktu widzenia”, muszę go ściągać bezpośrednio na mój komputer. Przedtem wystarczyło tylko kliknąć i po chwili oglądałem go o dowolnej porze dnia i nocy). Zamiast więc biadolić, lepiej może pomyśleć, jak wykorzystać Internet do tworzenia własnej telewizji. W zasadzie każdy, kto ma zwykłą kamerę internetową, może już stać się twórcą własnego programu. Rzecz jasna nie będzie to to samo, co robią za grube pieniądze komercyjne czy publiczne stacje telewizyjne, ale to przecież początek, a jakość treści może w tym przypadku dominować i pokrywać niedostatki i niedoskonałości techniczne czy wizualne.

Internet to doskonałe medium, które coraz bardziej się rozwija i daje coraz więcej możliwości. Kto to uchwyci w porę już teraz, prawdopodobnie będzie w dużo lepszej sytuacji jako nadawca w najbliższej przyszłości. Dzięki Internetowi nie udało się całkowicie wyeliminować z publicznego obiegu i debaty takich choćby filmów, jak słynne „Plusy dodatnie, plusy ujemneGrzegorza Brauna. Dzięki internetowym blogom i niezależnym portalom można obejrzeć to, czego media głównego nurtu nie pokażą czy nie pokazały, bo jest dla nich lub grubych ryb z establishmentu niewygodne. Testuje i wykorzystuje te możliwości sieci, jeszcze nie do końca doskonale, na przykład znakomicie rozwijający się portal „Frondy”.


Zamiast biadolić zatem nad stanem telewizji publicznej, lepiej zakładajcie własną.

środa, 25 marca 2009

Niby wiosna...

... a zima nie odpuszcza.

To pewnie wszystko przez to globalne ocipienie...
(nawet zeszłoroczne liście jeszcze wiszą)

wtorek, 24 marca 2009

Zdarzenia: „Obywatel czterech pór roku”


Przylatuje na mój balkon co roku na wiosnę. Wcześniej jakoś, zajęty innymi sprawami, nie zwróciłem na to większej uwagi. Aczkolwiek miałem niejasne wrażenie, że chyba mam często skrzydlatego gościa. W zeszłym roku budził mnie co rano głośnym ćwierkaniem, a potem pojawiał jeszcze po kilka razy w ciągu dnia. Wkrótce zaczął się pokazywać też z panią wróblową i tańczyć, i skakać wokół niej wyraźnie będąc „mad about her”.

Dlaczego wybrał ten balkon? Nie mam zielonego pojęcia. Być może wie coś na ten temat były właściciel tego mieszkania. Gniazda jakoś nie udało mi się wypatrzyć nigdzie w pobliżu. Pewnie jest dobrze ukryte przed kotami. Tej wiosny też przylatuje, ale w ciągu ostatnich paru chłodnych dni zjawia się jakby później i tylko na chwilę.
Kochany wróblu mój, obywatelu
Czterech pór roku i świata całego,
Bywalcze wszystkich dróg, co wzdłuż pól biegą,
I wszech podwórek włóczęgo bez celu!

(...)

„Cierp, cierp, cierp” – ćwierkasz i cierpliwie cierpię.
Leopold Staff „Wróbel”

poniedziałek, 23 marca 2009

Czy TVN boi się „Generła Nila”?


Więcej o tej bulwersującej sprawie na stronie internetowej niezawodnej w takich przypadkach „Frondy” w artykule „
Patriotyzm zbyt brutalny dla TVN”.
Ja tymczasem czekam na premierę w kinach. Chciałbym też, aby ktoś wreszcie zrobił dobry film o innym bohaterze skazanym przez komunistycznych oprawców na śmierć - rotmistrzu Pileckim.


Światłografia VII

Posted by Picasa

niedziela, 22 marca 2009

Drewnianym uchem: Muzyczna medytacja na Wielki Post

Gdybym miał polecić jakąś płytę na wielkopostne medytacje, to wskazałbym tę. „TrenyMichała Jacaszka to przejmująco piękna i pięknie przejmująca muzyczna medytacja nad śmiercią, przemijaniem postaci tego świata, tymczasowością naszego ziemskiego bytowania oraz wiecznością. To żal po śmierci kogoś bliskiego oraz poszukiwanie nadziei, to rozpamiętywanie minionych chwil i ciężar smutku związanego z odejściem kogoś, kogo się kocha.

Gdybym miał wskazać muzykę, która sama sobą wyraża przemijanie, odchodzenie w przeszłość, a jednocześnie paradoksalnie mówi o wiecznym trwaniu („Rytm to nieśmiertelność”) to wybrałbym tę. Szumy, trzaski, różne pogłosy w połączeniu z pięknym wokalem Mai Siemińskiej, wiolonczelą i skrzypcami sprawiają wrażenie jakiegoś przesłania z przeszłości, jakby płynąc przez kosmos dotarła do nas wiadomość, w której pewne dźwięki się zacierają, inne nasilają, jedne są ledwo czytelne, inne brzmią czysto i klarownie (gdzieś słychać fragmenty jakiejś rozmowy czy wypowiadanych na głos myśli, gdzie indziej jakby odgłos skakanki, czyichś kroków); wiadomość, w której język nie jest do końca jasny czy zrozumiały, ale intuicyjnie czujemy, że wiemy, o co chodzi i jednoczymy się z nadawcą, z nim współ-odczuwamy. Takim przesłaniem, wiadomością w butelce wysłaną przez morze upływającego czasu są przecież „Treny” Jana Kochanowskiego, które stały się literacką inspiracją dla kompozycji Jacaszka.

Gdybym miał wybrać artystę, który w ostatnim czasie zrobił na mnie ogromne wrażenie, stał się dla mnie odkryciem, dostarczył niezwykłych muzycznych doznań, wprawił też w konsternację i zakłopotanie, jakie budzą zjawiska nie do końca zrozumiałe i nowe, to bez dwóch zdań oddałbym głos na tego właśnie. Jacaszek ma już zapewnioną pozycję zarówno jako innowator, jak i oryginalny głos i brzmienie w polskiej i chyba nie tylko polskiej muzyce. Paradoksalnie (albo z pozoru tylko paradoksalnie) jako twórca awangardowy nawiązuje do tradycji. Taniec na przykład, jakiś ułomny, kaleki walczyk (można by stworzyć kapitalny teledysk) pojawia się tutaj chyba nie przypadkowo i nieprzypadkowo nasuwa skojarzenia ze starym średniowiecznym motywem tańca śmierci (jedna z kompozycji jest zatytułowana właśnie „Taniec”, a inna „Walc”, ale motywu tego można również się dosłuchać w samej warstwie muzycznej innych utworów). Autor zdaje się także znajdywać natchnienie w poezji, literaturze. Bo przywołuje tutaj i wspomnianego już wyżej Kochanowskiego z jego „Trenami”, i Bolesława Leśmiana.

Niezwykła jest przestrzenność tej muzyki. Niesamowite jej bogactwo przy pozornej monotonni. Dobrze jest jej słuchać, wsłuchiwać się w nią, chłonąć ją na dobrym sprzęcie lub ze słuchawkami na uszach. Zdaje się, że Jacaszek odkrył zaletę, jaką może w muzyce być szum, ten szum, który nowoczesny sprzęt i studia nagraniowe eliminują z płyt, jakie później trafiają do naszych rąk. Młody kompozytor ten szum twórczo wykorzystuje, ubogacając przesłanie muzyczne swoich utworów, nadając im niespotykany gdzie indziej wymiar, głębię, charakterystyczną tylko dla jego kompozycji barwę.

„Treny” Michała Jacaszka to po prostu znakomita płyta na okres wyciszenia, zastanowienia i refleksji, pogłębienia swojej duchowości. To zwłaszcza niezwykłe doznania estetyczne i muzyczne. Warto znaleźć na nie czas.


Michał Jacaszek, Treny, gusstaff records, 2008.

piątek, 20 marca 2009

środa, 18 marca 2009

W „Wysokich Obcasach” nie zawsze do twarzy (zwłaszcza facetowi)


Jestem chyba jedną z ostatnich osób w tym kraju, która miałaby ochotę sięgnąć po „Wysokie Obcasy”, magazyn pań wyzwolonych. Tak się jednak złożyło, że ktoś, znający moją sympatię do twórczości i samego Wojciecha Waglewskiego, podrzucił mi ostatni numer tego pisma. Pomieszczony w nim wywiad z Waglewskim polecam, bo muzyk mówi naprawdę ciekawie i parę prostych prawd, o których warto pamiętać. Zawsze też wzruszała mnie jego wieloletnia i trwała miłość do niezmiennie tej samej kobiety i to, z jaką czułością o niej mówi, a nawet dla niej śpiewa (wystarczy choćby wspomnieć płytę „Waglewski gra żonie”). To zaiste ważne i dobry przykład, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, jak to różnie w środowisku zajmującym się zawodowo rozrywką (i nie tylko w nim) bywa.

Waglewskiego słucham od pierwszego longplaya (nieraz „idąc i skacząc po dziurach w chodniku” mamrotałem: „nie będę mówił do siebie na ulicy, nie będę mówił do siebie na ulicy” albo podśpiewywałem: „późno już i wieje zimny wiatr”) i pozostaję jego muzyce wierny do dziś. Zawsze też ceniłem sobie pewną jego, jak mi się wydawało, niezależność tak myślenia, jak i twórczości, mającej swoje osobne miejsce na polskiej scenie muzycznej. Autor „Sno-powiązałki” zdawał mi się osobą, w przeciwieństwie do większości światka popkultury, daleką od politycznej poprawności i stadności myślenia. Wywiad dla magazynu pań wyzwolonych w zasadzie potwierdza ten obraz. A jednak w ostatnim czasie zauważyłem u Waglewskiego niepokojącą zmianę i przykład, acz drobny, również odnajduję w zapisie tej rozmowy.

Muszę się zastrzec, że nie specjalnie fascynują mnie wywiady z muzykami i nie śledzę też każdej wypowiedzi lidera Voo Voo, więc nie wykluczam, iż symptomy można było dostrzec wcześniej. Generalnie wolę, gdy muzyk gra, a nie gada, bo w większości przypadków – choć bywają chwalebne wyjątki – nie ma on nic ciekawego do powiedzenia, a z reguły sprowadza się to do paru utartych i popularnych w danym momencie schematów (np. globalne ocipienie, walka o środowisko naturalne, prawa „uciskanych” homosiów, walka z rasizmem i tym podobne). Jak się okazuje również wysoki iloraz inteligencji nie na wiele się tu zdaje. Gdy byłem nałogowym oglądaczem telewizji i kiedy posiadałem ten sprzęt, z rozbawieniem oglądałem wywiady z gwiazdkami popkultury w eMpTyV (coś w stylu: I wtedy wpadł Jack i powiedział: „A może zagrajmy to w ten sposób” i zagraliśmy, i było świetnie, a Steve zasugerował, by dodać tutaj partię chóralną, co przysporzyło nam nieco problemów, ale Mark znał znakomity chór z lokalnego kościoła baptystów i to był strzał w dziesiątkę. I wtedy ja ... itp., itd., ple, ple).

Wracając do Waglewskiego – mam wrażenie, że jakby muzyk ten zaczął żyć, przynajmniej częściowo, w wirtualnym świecie kreowanym przez gazety i pisma, którym udziela wywiadów. Może spędza z pewnymi dziennikarzami zbyt dużo czasu? Nie mam pojęcia. Nie każdy musi lubić PiS i nie mam o to pretensji. Lubię zresztą porozmawiać o polityce, jeśli dyskusja jest daleka od zacietrzewienia i gdy mój rozmówca nie pieni się „tolerancją”, jeśli mowa np. o braciach Kaczyńskich. Myślałem, że Waglewskiego stać na krytyczny dystans, zwłaszcza w przypadku mediów i kreowanej przez nie wirtualnej rzeczywistości. Po tym, jak dał się wciągnąć w nagranie płyty z Maleńczukiem, opinię odrobinę zmieniłem.

Dwa przykłady – jeden z wywiadu dla „Przeglądu”, a drugi ze wspomnianego wyżej numeru „Obcasów”. W „Przeglądzie” autor „Floty zjednoczonych sił” tak prawi: „Zawsze miałem z Kościołem na bakier, mimo że jestem człowiekiem wierzącym, ale teraz ta instytucja jest w moich oczach zdyskwalifikowana. (...) zaczęła się wchrzaniać w moje życie z kaloszami”. Muszę przyznać, że oprócz paru innych, ten fragment rozmowy z muzykiem szczególnie mnie zaintrygował. I nie przestaje mnie intrygować do dziś. Jestem ciekaw, na czym polega owe „wchrzanianie” się instytucji Kościoła w życie Waglewskiego „z kaloszami”? Czyżby lokalny ksiądz proboszcz zaglądał twórcy pod poduszkę, sprawdzał, jakie strony internetowe przegląda? A może każe podpisywać listę obecności na każdej Mszy św. i przynosić pisemne usprawiedliwienie od lekarza na wypadek nieobecności? Czyżby jakiś utwór lidera Voo Voo trafił na Indeks ksiąg zakazanych? Czyżby ksiądz za pokutę kazał mu słuchać codziennie Radia Maryja (kara byłaby to zaiste surowa!)? Pojęcia nie mam, ale ta „opresja” ze strony Kościoła instytucjonalnego zabiła mi klina i nie potrafię tego rozgryźć, bo jako żywo żadnego ucisku nie odnotowałem, choć o samej instytucji parę słów krytycznych mógłbym również powiedzieć.

I drugi drobny przykład z „Wysokich Obcasów” (a mogło być tak pięknie!): „Bieżączka, tym nie warto się przejmować. Dwa lata IV RP to były np. lata stracone. Publicystyka zawładnęła naszymi duszami. Tym bardziej chromolę”. Przyznam się, że im bardziej próbowałem zrozumieć tę wypowiedź, tym mniej ją pojmowałem; im bardziej usiłowałem zgłębić jej sens, tym mniej sensu w niej odnajdywałem (wszelkie skojarzenia z „Kubusiem Puchatkiem” jak najbardziej uzasadnione). Chociaż... Zaraz! No tak! Pamiętam, jak to „publicystyka zawładnęła naszymi duszami”! Budziłem się o świcie zlany potem, że zaraz rozlegnie się łomotanie CBA do moich drzwi, a bezwzględni oprawcy wyprowadzą mnie w kajdankach. Z niepokojem patrzyłem przez okno, czy a nuż nie pojawi się wataha kaczystowskich bojówek, która powybija mi szyby i podpali dom. Drżałem na myśl, że oto zaraz Kaczyński z Giertychem przepuszczą zmasowany atak nuklearny na Rosję i co gorsza Unię Europejską wpędzając nasz kraj w wojnę, nieszczęście i ruinę. Z przerażeniem myślałem o tym, że mogę się znaleźć jako oskarżony na sfingowanym przez tego potwora Ziobrę procesie. Ze zgrozą widziałem przed oczami duszy mojej, jak to umieram na grypę, bo mój lekarz zginął zakatowany przez bojówki ministra sprawiedliwości. Waglewski w rzeczywistości pije do pana redaktora i mówi mu między wierszami: „Mogliście nas rzetelnie informować, a wyście siali panikę. Mogliście pokazywać nam dobre i złe strony, a wyście zatruwali nam duszę publicystką! Zmarnowaliście dwa lata! Ot co!”


Wojciech Waglewski może i czasem gada jak potłuczony, może i publicystyka zatruwa mu duszę, ale to nie zmienia faktu, że z niecierpliwością będę czekał na każdą kolejną jego płytę.

poniedziałek, 16 marca 2009

Mgliste fanaberie

A mi tam zimy żal...
Posted by Picasa

Zdarzenia: Magia teatru


Wstyd mi przyznać, ale dopiero wczoraj wybrałem się na ten spektakl, choć grany jest już od ponad czterech lat. Znalazłem w nim to, co lubię najbardziej w teatrze: zamiast aktorów grających, że tylko grają przedstawienie, które właśnie oglądam, i dających mi do zrozumienia, że to jedynie teatr, i mówiących swoje role w taki sposób, że nie wiadomo, czy jeszcze grają czy już może pora opuścić widownię, zamiast więc tego wszystkiego – znakomitą pod każdym względem inscenizację opartą na motywach opowiadań Brunona Schulza, teatr będący kreacją rzeczywistości, pochłaniającą widza iluzją.

„Ostatnia ucieczka” we Wrocławskim Teatrze Lalek jest dopracowana w każdym szczególe: scenograficznie, muzycznie, aktorsko. Urzeka swoją magią. Oczarowuje widownię przy pomocy zdawałoby się kilku prostych chwytów i rekwizytów. Połączenie gry aktorskiej z teatrem lalek wspaniale wpisuje się w atmosferę prozy Schulza, oddając jej specyficzny klimat, niesamowitość. Spektakl wzrusza, bawi, pobudza do refleksji o samotności, upływie czasu, próbach ucieczki w świat pamięci i wyobraźni przed tym, co nieubłagane. Powoduje, że dreszcz emocji przebiega ciało zafascynowanego widza, jakby w kameralnej salce w powietrzu dochodziło do elektrycznych wyładowań. Ostre rażące światło na zakończenie, jest jak przebudzenie ze snu. Publiczność zasłużenie wywoływała aktorów brawami trzykrotnie na scenę.

To nie pierwszy tak dobry spektakl sceny dla dorosłych grany w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wspominałem już w swoim blogu o przedstawieniu Leszka Mądzika. Parę miesięcy wcześniej mogłem obejrzeć „Zemstę” Aleksandra Fredry we wspaniałej reżyserii Jerzego Radziwiłowicza i z jego udziałem. Choć niby było to tylko „czytanie” utworu wielkiego komediopisarza, to w rzeczywistości była to jedna ze śmieszniejszych i lepiej zagranych inscenizacji, gdzie minimum środków nie przeszkodziło uzyskać maksimum scenicznego efektu.

„Ostatnią ucieczkę” można ponownie obejrzeć w tę sobotę. Kto jeszcze nie widział, niech pędzi rezerwować bilet. Naprawdę warto. Na niedzielnym przedstawieniu dużym zaskoczeniem była dla mnie prawie pusta widownia niewielkiej przecież salki (spektakl grano na małej scenie).

„Ostatnia ucieczka”, scenariusz, reżyseria i scenografia: Aleksander Maksymiak, Wrocławski Teatr Lalek.

niedziela, 15 marca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Pieśń błękitnego drzewa

Dzisiaj coś dla ucha, coś dla ducha: „Song of The Blue Tree” polskiego kompozytora i skrzypka Ireneusza Grabowskiego. Kompozycja pochodzi z płyty zespołu Badiane, również zatytułowanej „Song of The Blue Tree”. Utwór z miejsca chwycił mnie za serce, bo przypomniał mi o Irlandii, w której już dawno nie byłem, a którą może kiedyś jeszcze uda mi się objechać dookoła, kończąc podróż, jaką zacząłem wiele lat temu.

sobota, 14 marca 2009

Ciepełko

Niby dzieje się tutaj jakiś dramat, ale się nie dzieje. Niby jest dwoistość i owszem, jest, ale czy ta dwoistość prowadzi do jakiegoś głębokiego rozdarcia? Czy poeta mógłby zawołać za Sępem-Szarzyńskim, że jest „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie”?

Wrażenie jest takie, że to nastolatek, który nieustannie tylko o jednym i nawet o tym pisze. Stąd skojarzenia „z damskimi pośladkami”, stąd sprośne żarty:

„(...) teraz ilekroć budzę się
zasypiam albo śnię staje mi niezawodnie

przed oczami pastelowy obraz (...)”

A że nastolatek? A bo oprócz erotycznych fantazji i mamusia tu się pojawia, nie tylko z zakupami, ale też i z dobrą radą, i jazda na rowerze po krzakach, i „browar” sączony z kumplami pod blokiem oraz „fajki”, na które wydaje się kieszonkowe.

Świat tych wierszy to świat takiej zwykłej blokowiskowej codzienności, takiego codziennego blokowiskowego, szarego katolicyzmu, w którym od czasu do czasu są modlitewne uniesienia oraz grzeszki większe i mniejsze, a jeśli czegoś już żal, to żal tego, że cholera, nie jest to jakaś pełnokrwista zbrodnia, a jedynie dotykanie się pod pościelą. Bo i nawet Bóg bywa tutaj „środkiem antykoncepcyjnym (niespecjalnie skutecznym)” albo niespodziwanym kamykiem, który celowo wbija się sobie w kolano, by odpokutować grzeszki, ale niestety trzeba się potem przemieścić wraz z procesją, więc nie na długo uwiera.

To, że Dąbrowski jest poetą zwykłej codzienności, nie jest wcale zarzutem. Współczesny czytelnik znakomicie się w tych wierszach odnajduje, a krytyk przyszłości to tutaj czegoś o naszych czasach się dowie. Ma się wrażenie, jakby wpadło się w odwiedziny do kumpla mieszkającego na jednym z typowych osiedli, który akurat siedząc przed komputerem, ogląda sobie zdjęcia swojej wybranki i popija piwko, a może czerwieniąc się gasi pospiesznie erotyczną stronę. Ten sam kumpel, zjadłszy ciepły obiadek mamusi, śpiewa potem ochoczo wraz z innymi w kościele „Ciebie Boga wysławiamy”. Ot, takie znajome, rodzinne ciepełko bez większych konfliktów.

Skrzywdziłbym jednak Dąbrowskiego, którego lubię i jakoś nie lubię, gdybym go zbył tymi paroma luźnymi i dość powierzchownymi impresjami z lektury. Można bowiem w jego tomiku znaleźć prawdziwe perełki, a do tych bez dwóch zdań należy „Środa popielcowa”. To wiersz zapadający w pamięć i w moim katalogu przejmujących wierszy o przemijaniu zajął już poczesne miejsce.


Tadeusz Dąbrowski, Te Deum, Kraków 2008.

piątek, 13 marca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

„Free Tibet” czyli czasem warto posłuchać, o czym się pisze

Słyszałem o różnych przypadkach fikcyjnych recenzji, kiedy to dajmy na to spektakl czy zapowiedziany koncert się nie odbył, a następnego dnia w lokalnej gazecie ukazała się obszerna relacja z wydarzenia, nierzadko z przytoczeniem charakterystycznych słów, motywów czy pochwałami lub krytyką pod adresem tego lub innego wykonawcy. Swego czasu bodaj Rafał A. Ziemkiewicz pisał o krytykach W. Łysiaka, którzy nie przeczytali książek przez siebie recenzowanych. Przykładów pewnie można by podać więcej.

W tym przypadku nie mamy aż tak rażącego naruszanie norm dobrego dziennikarstwa, ale jednak nie odmówię sobie tej przyjemności, by wytknąć tę, nazwijmy to, „nieścisłość, bo recenzja jest bardzo krótka, a autor chyba powinien choć raz posłuchać płyty, którą omawia. Otóż, Rafał Zieliński z „Gazety Wyborczej” w notce „
Tymański o Tybecie” pisze o krążku „Free Tibet” (o którym mam nadzieję w końcu sam coś tutaj skrobnę):

„Nawiązanie do polityki pojawia się jedynie w rozbudowanym «Chinese-Time-To-Go-Home», gdzie muzycy skandują hasło: «Free Tibet»”.

Owszem, skandują, ale nie „Free Tibet”, a tytułowe „Chinese time to go home”. By to usłyszeć, naprawdę nie trzeba znajomości angielskiego. Wystarczy tylko jeden jedyny raz... posłuchać utworu.

czwartek, 12 marca 2009

Roma locuta, causa finita?

Hurra! Przeczesano dokładnie archiwa, wyjaśniono poza wszelką wątpliwość takie sprawy jak TW „Filozof”, nie pozostało już nic, co można by na temat lustracji biskupów powiedzieć. Wreszcie mamy spokój i naszych hierarchów czystych jak łza!

Hm... tylko... tak jakby coś... chyba... śmierdzi?

wtorek, 10 marca 2009

Zdarzenia: „Nirwana” czyli o co toczy się gra

Nie mogąc się wybrać na żaden z odbywających się we Wrocławiu koncertów jazzowych, postanowiłem to sobie zrekompensować w niedzielę nową sztuką wystawianą przez Teatr Polski w budynku dawnego Dworca Świebodzkiego. Lubię tę scenę i za każdym razem, gdy wybieram się tam na spektakl, jestem ciekaw, jak wykorzystano dostępną przestrzeń i możliwości, jakie stwarza i czy scenografowie zaskoczą mnie czymś nowym, niespodziewanym. Lubię też bezpośrednią bliskość rozgrywających się scenicznych wydarzeń i aktorów, brak oddzielającej bariery, współuczestniczenie niemal w przedstawieniu.

Tym razem była to „
Nirvana” w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego, która miała swoją premierę w miniony piątek. Ponieważ sztuka została zrealizowana na podstawie „Tybetańskiej księgi umarłych”, spodziewałem się czegoś na pograniczu jawy i snu, realnego i nadrealnego, światowego i zaświatowego; jakiejś współczesnej reinterpretacji tej księgi, niekoniecznie trzymającej się litery samego tekstu.

Moje pierwsze wrażenia tuż po spektaklu były negatywne. Być może dlatego, że oczekiwałem czegoś więcej niż mogłem otrzymać. Kiedy zaiskrzyły jarzeniówki po pierwszej szpitalnej scenie i światło przygasło, pomyślałem: „Zaczyna się! Wkraczamy w świat pomiędzy, obszar pół-jawy i pół-snu”. To, co nastąpiło potem, okazało się jakimś kolejnym igraniem z konwencjami teatralnymi, obnażaniem fikcyjności rozgrywających się przed oczami widza scen, eksponowaniem umowności, gry jedynie. Okazało się czymś, co będąc tragedią, z łatwością ześlizguje się w groteskę, kpinę, sarkazm wręcz, bo nawet nie ironię. Nie pierwszy i nie ostatni raz pewnie. Mogliśmy to zobaczyć na przykład w Teatrze Polskim w „Terrordrom Breslau”, w „Hamlecie” czy w granej na deskach Teatru Współczesnego „Historii przypadku”, by wymienić parę przedstawień z ostatniego roku. Paradoks polega na tym, że aktor dający do zrozumienia, iż gra tylko, wciąż przecież... gra. A ja chciałbym dać się uwieść iluzji, chciałbym wyjść z teatru wstrząśnięty, poruszony, wściekły może, nie mogąc w nocy zasnąć przeżywając wciąż na nowo zapamiętane sceny.

Kiedy pierwsze doznania minęły i spojrzałem na całość z pewnego dystansu, „Nirvana” ukazała mi się w nieco innym świetle. Trochę jak z „Ubika” Philipa K. Dicka, powieści amerykańskiego geniusza, która wywarła na mnie w młodości niezatarte wrażenie. Bo to, co następuje po scenie przy łóżku umierającego, można zinterpretować też i tak, że rozgrywa się w głowie konającego. A więc są to jakieś zapamiętane strzępy, fragmenty życia, przetworzone i wymieszane z wyobraźnią, na poły senne widziadła, ale może też i realne doświadczenia rozgrywające się w umyśle odchodzącego człowieka albo też i w świecie pomiędzy tym a tamtym. A zatem i fikcja, majaki, i coś rzeczywistego, nieznanego, a tym samym trudnego do rozpoznania i odróżnienia od widziadeł. I dlatego, mimo humorystycznych epizodów, wcale nie śmieszne, a przerażające. Bo co tu jest realne, a co wyobrażone; co jest jeszcze życiem, a co życiem po życiu? A więc ten grający i nie grający zarazem aktor byłby jednocześnie i aktorem, i konającym na szpitalnym łóżku, któremu się roi, że gra i grać nie chce lub przed odejściem ze sceny się broni, bo przecież jeszcze nie jest „spełniony”, jeszcze jest niegotowy.

I jeszcze jedna interpretacja tego spektaklu: można go również odczytać jako spojrzenie na demony dręczące światek popkultury, demony obiecujące wspomniane wcześniej „spełnienie”, a w rzeczywistości rozszarpujące swoje ofiary, doprowadzające je do ruiny, niszczące ich życie, wysysające życiową energię, wpędzające je w piekło udręki uzależnień, niezaspokojonej pogoni za kolejnymi namiastkami nieba. Ku takiemu odczytaniu skłaniają zwłaszcza ostatnie sceny, nawiązujące do popkulturowych ikon – gwiazdek i gwiazdeczek wynoszonych na szczyty popularności przez media – Amy Wienhouse, Prince’a... Stąd pewnie kamera wideo i ekran oddzielający przestrzeń teatralną. Jako kpinę z popularnej wśród tego środowiska fascynacji egzotycznymi religiami lub technikami medytacyjnymi można także odczytać sceny z granym przez Zarzeckiego guru, który manipuluje, wprowadzając ich w trans, swoimi uczniami.

Mimo moich wątpliwości wyrażonych na początku, a dotyczących także gry aktorów, biorąc zaś pod uwagę złożoność interpretacyjną tego scenicznego dzieła (można by o nim napisać więcej – choćby o idei powrotu do Itaki, zręcznie wplecionej w całość sztuki), muszę przyznać, że warto je jednak było zobaczyć, a czas spędzony w teatrze nie został zmarnowany. „Nirvana” to spektakl o grze, jaką jest teatr, o grze jaką, jest życie i niebezpiecznej grze, jaką jest zajmowanie się sztuką, obojętnie tą przez małe czy duże „s”. To przedstawienie o poszukiwaniu spełnienia, sensu i poczuciu braku pełni, niegotowości na to, by odejść. To sztuka o byciu w sytuacji przejściowej, o istnieniu „pomiędzy”.


„Nirvana” – reżyseria i adaptacja Krzysztof Garbaczewski, Scena na Świebodzkim.

niedziela, 8 marca 2009

Zdarzenia: Głęboki szacunek dla zabytków...

...architektury wyraża się w Breslau w różny sposób. Na załączonym zdjęciu zrobionym dzisiaj komórką widać, że niektórzy traktują ocalałe z pożogi wojennej jej fragmenty jak starożytnych bożków i składają im w ofierze „dary”.

Wesołe jest życie sceptyka

Henryk Elzenberg zanotował pod datą 21 V 1921 roku:

„Sceptycyzm etyczny wtedy jest sprawą czystą, gdy po pierwsze, jego źródłem jest umysłowa rzetelność, a po drugie, kiedy się sceptyk swoim sceptycyzmem martwi i gryzie. Bo w sferze moralnej sceptycyzm to naprawdę rzecz niewesoła”.

Mam wrażenie, że dzisiaj upowszechnianie sceptycyzmu etycznego stało się rzeczą naturalną, a sam taki sceptycyzm czymś wręcz wesołym i pożądanym. Na co dowody można znaleźć w popkulturowej papce serwowanej nam przez większość mediów. Trudno tu też o jakąś „umysłową rzetelność”. Raczej chodzi o to, by zakrzyczeć tych, którzy go negują. Posiadanie trwałych i solidnych zasad etycznych uważane jest za rzecz kuriozalną, a osoba negująca sceptycyzm w dziedzinie moralności za dziwoląga lub co najmniej za osobę, której poważnie traktować nie sposób.

piątek, 6 marca 2009

Opowieść z zamierzchłych dziejów

„Dawno, dawno temu...” – tak zazwyczaj zaczynają się baśnie. Tak też powinna chyba zaczynać się książka, której autorem jest Jerzy Strzemię Janowski, a która przez przypadek wpadła mi w ręce. Jednak, kiedy powstawała, pisarz pewnie nie zdawał sobie do końca sprawy, że opisuje świat, jaki już wkrótce zostanie zalany przez wody brunatnego i czerwonego potopu albo pogrąży się niczym mityczna Atlantyda pod falami oceanu. Gdyby tego się spodziewał, chyba poświęciłby więcej miejsca także swoim dwunożnym braciom i siostrom, a nie tylko czworonogom dużym i małym, nie wspominając już tych pierzastych na dwóch nogach też przecież chodzących, gdy nie posługują się skrzydłami, oraz pewnego małpiszona, jakże przypominającego niektóre okazy ludzkie.

Napisane z pokaźną dozą humoru i talentu opowiastki Janowskiego dotyczą albowiem głównie zwierząt. Poczesne miejsce zajmują wśród nich konie będące pasją autora „Karmazynów i żulików”. Osobną opowieść pisarz poświęca nawet Kasztance marszałka Piłsudskiego. Pomieszczone tu humoreski mogą kojarzyć się z najlepszymi fragmentami „Trzech panów w łódce, nie wspominając psa” lub też przywodzić na myśl szlacheckie gawędy. Jakże by inaczej! Toż to świat szlachecki, świat dawnych polskich i nie tylko polskich ziemian przebłyskuje pośród zabawnych obrazków i szkiców. Jest to świat przełomu epok, świat dawnego zaboru austriackiego, dawnych polskich kresów, świat współczesnym czytelnikom praktycznie nieznany, a nawet do pewnego stopnia obcy.

Czytając tę książkę nie mogłem uciec myślami od postawionej przez Ryszarda Legutkę w „Eseju o duszy polskiej” tezy o zerwanej ciągłości. O tej zerwanej ciągłości przypomina mi niemal codziennie Breslau, gdy patrzę na stare, odrapane poniemieckie kamienice przetykane brzydkimi PRL-owskimi blokami. O tej zerwanej ciągłości myślę, ilekroć zdarzy mi się pojechać na przykład do Krakowa i pośród jego dostojnych murów poczuć atmosferę nawarstwiających się wieków dawnej Rzeczpospolitej, której już nie ma. Bo nie ma też świata opisanego w „Karmazynach i żulikach”. To świat jak z baśni, świat jak z pradawnych wieków, po którym ocalały jedynie legendy.

Jerzy Strzemię Janowski, Karmazyny i żuliki czyli o zwierzętach dobrze i źle urodzonych, Warszawa 1995.

środa, 4 marca 2009

„A mi się marzy...”

Nie, nie „kurna chata”. Ludziska cieszą się, że wiosna idzie, a mi się marzy wyjazd na narty. Niestety tzw. „okoliczności” (i to niezupełnie „okoliczności przyrody”) uniemożliwiają załapanie się na końcówkę zimowych sportów.

I jeszcze na dodatek nie wiem, dlaczego ludzie czytają to, co czytają na moim blogu.

Eh, żyzń parchataja!
Posted by Picasa

wtorek, 3 marca 2009

Zagadka

Przez przypadek zauważyłem, że dużą popularnością cieszy się zwłaszcza jeden z moich tekstów. Przyznam się, że tak ogromne nim zainteresowanie jest dla mnie nieco zagadkowe, bo rzecz dotyczy poezji, a ta jako taka zazwyczaj nie robi furory. Ponieważ czytelnicy nie zamieszczają żadnych komentarzy, nie wiem, o co tak naprawdę chodzi. Podejrzewam, że ma to związek z jakimś wypracowaniem szkolnym albo „przerabianym” wierszem i młodzież szuka inspiracji. Ale może się mylę.

Popełniony przeze mnie tekst nazywa się „Dwa wiersze o przemijaniu, czyli jestem tym, którego nie ma”. Wdzięczny będę za rozwiązanie tej zagadki albo chociaż jakiś komentarz, który by rozjaśnił nieco tę tajemnicę.

niedziela, 1 marca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

System 09 wraca, wolność słowa nie dla każdego oraz smutna rocznica

Okazuje się, że jednak wbrew obawom „System 09” wraca na antenę i cykl programów będzie kontynuowany. Miejmy nadzieję, że tym razem bez przeszkód. Można o tym przeczytać m.in. na stronach „Frondy” w tekście „System 09 od kuchni”. Pora nadawania programu raczej dla nocnych marków, ale od czego w końcu Internet, gdzie kolejne odcinki są dostępne po telewizyjnej emisji.

Żeby jednak nie było zbyt różowo, muszę wspomnieć o aferze związanej z moim miastem, a zwłaszcza z Uniwersytetem Wrocławskim. Wstyd mi, że jestem jego absolwentem. I to nie pierwszy raz. Poprzednia taka okazja do wstydu była związana z 300-leciem tej uczelni, gdy nie wykazano tyle dobrej woli, by przywrócić Wydział Teologiczny, od którego w zasadzie zaczęły się dzieje wrocławskiego ośrodka akademickiego. Tak więc w dalszym ciągu mamy Papieski Wydział Teologiczny jako osobną instytucję. Niestety, oto otrzymujemy kolejny sygnał, że Uniwersytet Wrocławski nie jest otwarty na swobodną wymianę myśli: odwołano konferencję naukową z udziałem osób, których poglądy budzą kontrowersje w mediach głównego nurtu. Wszystko można sprowadzić do hasła: „
Antykomuniści precz z uczelni” i tak też zatytułowała swój tekst „Rzeczpospolita”, gdzie więcej na ten temat.

W sobotę minęła kolejna rocznica brutalnego mordu, jakiego dokonano 28 lutego 1944 roku na polskich mieszkańcach Huty Pieniackiej, wsi liczącej sobie wówczas już 250 lat. Polska wieś przestała istnieć wymordowana przez ukraińskich nacjonalistów. Należy o tym przypominać nie po to, by siać nienawiść do naszych wschodnich sąsiadów, ale by budować zdrowe relacje. Nie wyobrażam sobie bowiem tworzenia takich zdrowych związków międzyludzkich, zarówno w życiu osobistym, jak i publicznym, bez wyjawienia prawdy. Kłamstwo to wątły fundament. Wcześniej lub później zacznie się chwiać. O tym tragicznym wydarzeniu sprzed lat pisze Ewa Siemaszko w tekście „
Prawdziwa historia ludobójstwa w Hucie Pieniackiej” na stronie „Kresów”. Ostrzegam, że to artykuł dla ludzi o mocnych nerwach.