niedziela, 31 maja 2009

Ofiary wojny

Powstał portal internetowy rejestrujący straty osobowe i ofiary represji pod okupacją niemiecką. Rzecz ze wszech miar słuszna i godna wspierania.

A co z ofiarami okupacji sowieckiej? Czy powstanie podobny program rejestrujący zbrodnie dokonane przez komunistów?

piątek, 29 maja 2009

Posypałka


Piotr Sommer wydał ostatnio dwie książki: najnowszy tomik wierszy i wybór swoich poezji z lat poprzednich. Tej ostatniej publikacji nie udało mi się uświadczyć w księgarniach. Natomiast pierwszą mam właśnie w rękach i oswajam, przyswajam sobie.

Dni i noce” spotkały się już z pozytywnymi recenzjami. Praktycznie wszyscy rozmówcy czy krytycy, chwaląc autora „Czynnika lirycznego, podkreślają motyw przemijania, upływu czasu obecny w tym tomie, czego wyrazem jest zresztą sam tytuł. Ale cóż w tym odkrywczego? Weźcie z młodszych Dehnela, weźcie Wencla, weźcie Suskę, weźcie Tkaczyszyna-Dyckiego... Ba! Weźcie każdego innego poetę – motyw śmierci, przemijania, niszczącego wpływu czasu, próby przeciwstawienia się mu swoją sztuką i poczucie daremności takich zabiegów jest niemal organicznie wpisany w każdą twórczość poetycką, jeśli nie każdą twórczość w ogóle. Rzecz jasna różni pisarzy sposób pisania, styl, poglądy. Ale takie stwierdzenie to truizm.

Cóż więc takiego ciekawego znajduję w najnowszym tomiku Sommera? Zacznę od okładki, która, jak mi się wydaje, bardzo dobrze charakteryzuje ten tomik. Z jednej strony porządek, symetria, harmonia, z drugiej posypałka, rozpad, dezorganizacja. To jest to, co odnajduję w samej książce. Weźmy tytułowy wiersz. Zdaje się nawiązywać do klasyki literatury polskiej. Ale to trop raczej mylny. Albo niezupełnie trafny. Nie do końca to, o co chodzi. Niby kojarzy się z „Nocami i Dniami” Dąbrowskiej, ale podobnie jak na ilustracji z okładki jest zaprzeczeniem, tylko z pozoru odbiciem, złudną symetrią. Sam wiersz, przynajmniej wizualnie, nawiązuje do sonetu, ale tak naprawdę sonetem nie jest. Zresztą takich niby-sonetów jest w najnowszym zbiorze Sommera więcej. W gruncie rzeczy należałoby pisać o Sommerze nieco tak, jak on sam pisze wiersze – pozornie pisząc recenzję, ale w gruncie rzeczy nie pisząc recenzji; niby zachowując klasyczne formy, ale ich nie zachowując, rozsadzając je kolokwializmami, przejęzyczeniami.

Anglojęzyczni recenzenci poezji Sommera porównywają go do tłumaczonego przez niego Franka O’Hary. Ja natomiast czytając nowy tomik Sommera automatycznie myślę o Białoszewskim. Zachodni krytycy pewnie Białoszewskiego nie znają, dla mnie jest to trop bardzo wyraźny. Posługując się tą paralelą opisałbym Sommera komuś, kto go nie zna. Oczywiście są też zasadnicze różnice. Z podobieństw jest mowa potoczna ze wszystkimi tego konsekwencjami. Także przejęzyczeniami i grami słownymi. Lapsusy, mowa dziecka, kolokwializmy są często źródłem nieoczekiwanych asocjacji i poetyckich obrazów. Wystarczy choćby przeczytać wiersz „Są dwie księżycy”, w którym „mały domek poczty/stoi jak się patrzy/ i jak się nie patrzy” (a więc jednak rzeczywistość nie jest złudzeniem. Czy nie jest to jakieś dalekie echo poetyckiego cyklu Miłosza inspirowanego św. Tomaszem z Akwinu? Pewnie Sommer uśmiałby się z takiego skojarzenia). Albo na przykład „Zacinkę”, gdzie mamy „klatkę ze schodami” i grę znaczeniem słowa „szczeniak”, całość tego utworu przypomina „blokowiskowe” wiersze Białoszewskiego. Zaznaczam jednak, że Sommer nie jest jakimś imitatorem autora „Obrotów rzeczy”, mówi własnym głosem, kreuje własny język poetycki.

Nieco zaskoczyło mnie zaskoczenie Iwony Smolki, która w
Tygodniku literackim zauważyła, że Piotr Sommer „tylko przywołując detale, tylko przywołując szczegóły, drobiazgi, jakieś konkrety, opisując wydawałoby się nieznaczące sytuacje, opowiedział nam bardzo, ale to bardzo dużo o latach siedemdziesiątych i latach osiemdziesiątych”. I że zrobił to lepiej „niż bardzo wielu tzw. zaangażowanych poetów”. Już wówczas w latach osiemdziesiątych wydawało mi się to być tą istotną cechą autora „Czynnika lirycznego”, która go wyróżniła, która stanowiła o wartości tej poezji. Paradoksalnie jednak bardzo wiele łączyło i łączy Sommera z tak „zaangażowanym poetą”, znajdującym się pod względem poetyckiego światopoglądu i samej poetyki pozornie na przeciwnym biegunie, jak Jan Polkowski. Mimo wszelkich odmienności i to znaczących, obu poetów jednoczy dążenie do konkretu. Polkowski bywa pod tym względem zresztą bardziej brutalny od autora „Dni i nocy”. Wystarczy choćby przypomnieć to, jak ukonkretnia motyw Matki Polki. Ale i u Sommera tego nie brak. Weźmy dla przykładu z najnowszego tomu wiersz „Podsłuch”, w którym mamy echo wiersza Leśmiana „Odjazd”. U autora „Łąki” są to „bratków wielkie, złote oczy”, a u Sommera:

„nie ma jak uniknąć piwnego wzroku bratków
których prawie nie ma dziś na klombach”.

A za chwilę dowiadujemy się, że „wszystkie brązowe oczy gniją już pod ziemią”, co stanowi ostry i przeszywający swoją dosadnością, przypominający o śmierci właśnie i rozkładzie, kontrast wobec rozśpiewanego i pełnego życia początku utworu.

U autora „Drzew” i twórcy „Czynnika lirycznego” to ukonkretnienie, dążenie do szczegółu ma zresztą nieco inny wymiar, punkty styczne, ale też i rozbieżne cele. U Polkowskiego szczegół, detal odsyła do tego, co niewidzialne, rzeczywistość zdaje się być rodzajem Księgi, a to co konkretne ma sens również symboliczny. U Sommera wygląda to nieco inaczej. Więcej tutaj czegoś, co mój świętej pamięci nauczyciel polskiego określił mianem „somatyzmu dotrumiennego”. W utworze „Mobilizacja” czytamy:


„Kto miał
odejść, rozkłada się
pod kamieniami.

Dlatego rzeczy się zbiegły,
zbiły w jedną gromadę,
jedną miazgę. Rozkład żywych
zintegrował martwe”.

CDN.

( No i wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli przemijania. Dokończenie tych nieco chaotycznych uwag o najnowszej książce Sommera postaram się zamieścić wkrótce.).

Piotr Sommer, Dni i noce, Wrocław 2009.

poniedziałek, 25 maja 2009

61 lat temu

Dokładnie 61 lat temu o godzinie 21.30 komuniści zamordowali prawdziwego polskiego bohatera, jednego z najodważniejszych żołnierzy w czasach II wojny światowej.
Warto o tej dacie pamiętać. Warto pamiętać o tym dzielnym człowieku. Warto przypominać o tym, kto to zrobił. Zwłaszcza w czasach, gdy na „ludzi honoru” próbuje się kreować zwykłych sprzedawczyków, szuje ratujące swoją własną skórę i po latach dorabiające do tego odpowiednią ideologię.


Jeśli jeszcze nie wiesz, o kogo chodzi, zajrzyj tutaj.

niedziela, 24 maja 2009

Płacz stoika

W swoich uwagach poświęconych Stempowskiemu wspomniałem, że w „Zapiskach dla zjawy” znajduję przynajmniej dwa fragmenty, które mnie poruszyły bardziej niż setki innych stron zapisanych przez „niespiesznego przechodnia”. Jeden z nich w zasadzie nie jest nawet autorstwa samego eseisty, choć go dotyczy. To urywek z posłowia Jana Zielińskiego.

Zieliński przytacza najpierw wyjątek z dziennika Stempowskiego mówiący o spotkaniu z Bolesławem Micińskim. Jest w nim m.in. taki passus:


„Z ich domu widać zalaną słońcem dolinę Izery, tędy niegdyś przechodziła stara droga rzymska. Bolek wymienia imiona cesarzy, którzy w jednym lub drugim kierunku przemierzali tę drogę. Listę zamyka Julian Apostata”.

Następnie autor posłowia przypomina inny opis tamtej wizyty twórcy „Esejów dla Kasandry” we wspomnieniu Haliny Micińskiej-Kenerowej:

„Pewnego dnia Miciński przyszedł do żony, mówiąc z niepokojem, że ich gość leży na tapczanie i płacze. Halina Micińska pobiegła do Stempowskiego, utuliła go, uspokoiła, otarła mu łzy, po czym usłyszała wytłumaczenie nagłego ataku melancholii: «Przepraszam, nerwy mam na nitce. Poruszył mnie temat rozmowy z panem Bolkiem, bo nagle zdałem sobie sprawę, że gdyby mój ojciec nie podsunął mi pism Juliana Apostaty, kiedy miałem trzynaście lat – moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej»”.
(Jan Zieliński, „Posłowie” [w:] Jerzy Stempowski, Zapiski dla zjawy, Warszawa 2004, s. 86.)

Muszę zgodzić się z Haliną Micińską, że „bez tego uchylenia drzwi do wnętrza człowieka jego obraz byłby płaski i niepełny”. W notatce Stempowskiego ani śladu tej chwili słabości, zwątpienia w sens swojego życia i dokonanych wyborów. Może dlatego właśnie wspomnienie Micińskiej tak mnie poruszyło. Pokazuje ono eseistę w innym świetle, pokazuje to, co skryło się pod powłoką polerowanych, gładkich jak marmur albo oszlifowany diament słów. Pokazuje po prostu człowieka z krwi i kości. Pewnie dlatego również tak cenię sobie te nieliczne fragmenty „Dziennika” Maraiego, a zwłaszcza końcowe jego fragmenty, w których pisarz traci spokój, gdy ponoszą go emocje, gdy pozornie nienaruszona kamienna maska pęka, kruszy się i ukazuje żywą, cierpiącą twarz.

czwartek, 21 maja 2009

Awaria

Nie bedzie wpisow, ani zdjec przez jakis czas. Nawalil komputer i wszystko szlag trafil. Musze wpierw odzyskac dane. Jak to spiewal pewien kabarecik w czasach swojej swietnosci: Co sie polepszy, to sie popieprzy.
Nawet klawiatura jest inaczej ustawiona i nie moge sie w tym polapac.
Over.

niedziela, 17 maja 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Amerykańska policja rozprawia się z groźnym katolickim terrorystą

U nas katolicka uczelnia odwołuje konferencję na temat homoseksualizmu, a w Stanach Zjednoczonych na terenie również katolickiej uczelni policja aresztuje starego zakonnika dźwigającego krzyż i modlącego się śpiewem. Cóż takiego groźnego zrobił? Modlił się. Bronił prawa nienarodzonych do życia. A poza tym, jak wielu innym katolikom, nie tylko w USA, nie podoba mu się odchodzenie katolickiej uczelni od zasad, jakie powinny stać u jej podstaw. Uhonorowanie przez Uniwersytet Notre Dame proaborcyjnego prezydenta spowodowało falę protestów, krytykę ze strony biskupów amerykańskich oraz wstrzymanie wsparcia finansowego dla uczelni przez część donatorów.

Aresztowanie ojca Normana Weslina wywołało rzecz jasna oburzenie. Przykład można znaleźć choćby na
blogu, jaki prowadzi Mark P. Shea. Na tej samej stronie internetowej widać zresztą, że jeden z ciekawszych felietonistów katolickich nie przebiera w słowach pisząc o „prostytutkach zarządzających Notre Dame, które korzą się w niedzielę przed Molochem”.

Zastanawiam się tylko jeszcze, po co „starszemu i słabemu”, jak pisze Shea, zakonnikowi skuto na plecach ręce? Czyżby dzielni policjanci obawiali się, że jako były pułkownik może ich pobić?


piątek, 15 maja 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Bad Boys :-)

A właściwie to czwartek 14 V 2009, tylko nieco spóźniony

W lipcu 1925 roku Elzenberg pod wpisem zatytułowanym „Jednostka w morzu kultury” zauważył:

„Ilościowy nadmiar produkcji kulturalnej ma ten przykry skutek, że o ogarnięciu go przez jednostkę, nawet najbardziej wykształconą, nie może być mowy”.

Następnie autor wylicza cztery możliwe strategie postępowania wobec tego faktu, z których żadna, nie jest w pełni satysfakcjonująca. Warto by było zresztą poświęcić może każdej z nich nieco miejsca, ale tym razem zainteresowała mnie konkluzja. Otóż, autor stwierdza:


„(...) przyjaciel kultury musi dla niej pragnąć ilościowego ograniczenia produkcji, musi stać się wrogiem wszelkiego tu nadmiaru, przeładowania (...). (...) obowiązkiem kulturalnym jednostki twórczej jest nie produkować rzeczy, które by w świat nie wnosiły czegoś niezastąpionego i jedynego. Powinno się być Savonarolą prewencyjnym, na własnej skórze”.

Moim zdaniem jest to trafny postulat, ale jednocześnie bez szans na realizację. Zwłaszcza w dobie szybkiego rozwoju mediów elektronicznych umożliwiających publikowanie tekstów praktycznie w chwili ich powstawania (czego przykładem jest ten codziennik, hłe, hłe).

Wskażcie mi poza tym twórcę, który będzie miał na tyle krytyczny stosunek do swojego dzieła, by uznać, że nie wnosi ono „czegoś niezastąpionego i jedynego” do dorobku kultury. Jeśli tacy istnieją, to pewnie można ich policzyć na palcach jednej ręki. A zamętu przysparzają jeszcze redaktorzy i wydawcy opracowujący spuściznę np. po słynnych pisarzach. Zbierając skrzętnie ich notatki, listy, brudnopisy, dzieła niedokończone, publikują je pomnażając ten „ilościowy nadmiar produkcji kulturalnej”. Zapewne są tam jakieś perły. Być może nawet jest tam coś, co dla przyszłych pokoleń będzie stanowić większą wartość niż to, co obecnie uznajemy za istotne. Jednak faktem też jest, że gdyby twórcy posłuchali postulatu Elzenberga, to całość tych ścinków i skrawków wrzuciliby do pieca, aby przypadkiem nie dostały się w niepowołane ręce. Trzeba naprawdę dużego hartu ducha i siły charakteru, by zdobyć się na taki radykalizm.

wtorek, 12 maja 2009

Blondynka w Krainie Tęczy

Maciej Stuhr błysnął ostatnio na łamach dziennika „Dziennik” inteligencją blondynki z kawałów. Zobaczywszy tytuł: „Maciej Stuhr: Lubimy zaglądać komuś do łóżka”, pomyślałem, że pewnie znany aktor komediowy szykuje jakiś kolejny zabawny film, a może co najwyżej wypowiada się na temat zamiłowania czytelników tabloidów do plotek i ploteczek albo widzów do scen łóżkowych. Nic z tych rzeczy. Oto, nasz komik zabiera głos w poważnej (a jakże!) sprawie pomysłu penalizacji agresji wobec homoseksualistów. Można by zapytać, dlaczego akurat wobec nich, a nie na przykład w stosunku do właścicieli nowych aut, którym zazdrośni lub po prostu pozbawieni mózgu idioci rysują lakier? Albo na przykład za znieważanie dzieci z zespołem Downa? Albo rowerzystów? Cóż takiego sprawia, że mało znacząca, acz głośna i krzykliwa, grupa tęczowych faszystów ma mieć jakieś specjalne prawa? Mniejsza zresztą o to (chociaż ciekawe, czy za poprzednie zdanie według nowego przepisu zostałbym skazany? Może więc używajmy sobie póki czas?).

Najbardziej rozbawił mnie bowiem ów tytułowy passus w wypowiedzi młodszego ze Stuhrów. Stwierdziwszy, że wspomniany wyżej zakaz, "to leczenie objawów, a nie przyczyn", nasz słynny aktor komediowy rzecze:


„Wydaje mi się jednak, że problem jest poważniejszy i leży w naszej mentalności i w tym, że uwielbiamy zaglądać komuś do łóżka. Mimo że nie powinno nas interesować, co się tam dzieje”.

Przyznam, że gdyby nie poręcze, to spadłbym z krzesła. W każdym razie długo zwijałem się ze śmiechu. Oj, dowcipniś z tego Stuhra! Ja właśnie nie mam nawet ochoty sobie wyobrażać, co „się tam dzieje”. „Tam” – to znaczy w łóżku homoseksualisty. Powiem więcej – to budzi taki mój wstręt i obrzydzenie, że na samą myśl, by się tym interesować, czuję odruch wymiotny. Nic na to nie poradzę i domagam się poszanowania moich uczuć i poglądów. Ja po prostu nie chcę tego znać, nie chcę nic o tym wiedzieć, nie chcę tam zaglądać nawet w wyobraźni.

Stuhr chyba spadł z księżyca albo jest cyborgiem podstawionym zamiast gwiazdy naszego kina. Źle go zaprogramowali czy coś. Widać bowiem, że nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że jego zdanie – „nie powinno nas interesować, co się tam dzieje” – jest jak z innej epoki, epoki wiktoriańskiej pruderii. Panie Macieju, niech się Pan ocknie! Homoseksualne lobby robi dokładnie wszystko, ale to wszystko, byśmy się w rzeczy samej i n t e r e s o w a l i tym, „co się tam dzieje”! Czym są ich parady, których nieustannie się domagają, o które ciągle toczą boje i na których prezentują się w wyuzdanych pozach i strojach typu sado-macho, jeśli nie próbą pobudzenia naszego zainteresowania i naszej wyobraźni? Czy zdrowy, normalny facet wyjdzie w obcisłych majtkach na ulicę wraz ze swoją na wpół roznegliżowaną połowicą ubraną w stringi i czarne pończochy, trzymającą pejcz, by tańczyć w rytm techno na oczach gawiedzi czy raczej, jeśli ma takie fantazje, zrobi to w zaciszu swojego mieszkania? Czy nie zadba przy tym, by przy takich igraszkach nie zobaczyły go pociechy, które być może zdążył już ze swoją wybranką spłodzić? Czy na podobny pomysł wpadnie jakaś pani domu i wyciągnie swoją brzydszą połowę na uliczną erotyczną balangę przy dźwiękach jakiegoś Scootera?

- Władziu, niech nas zobaczą!
- Zdzicha, co ty? Dzieci patrzą!

niedziela, 10 maja 2009

Mój palec to ja!

20 IV 1929 roku Elzenberg zapisał:

„Cierpienie należy przyjmować jako coś, co uderza nas z zewnątrz, tak jakbym się stuknął o kant komody albo zaciął się scyzorykiem. Nie należy przyjmować cierpienia jako czegoś co nas drąży od wewnątrz i nie tyle jest bólem, ile rozkładem. Trzeba na tę część siebie samego, która cierpi, nauczyć się patrzeć jak na skaleczony palec: boli paskudnie, ale to nie jestem ja, tylko palec”.

Nic z tych rzeczy, Panie Profesorze! Nie kupuję tego. A jednak mój palec to ja. Nawet jeśli da się bez niego żyć, to wciąż część mojego „ja”. Pozostaje co najwyżej zacisnąć zęby i znosić ten ból, a nawet zawyć, jeśli się już nie da wytrzymać.

czwartek, 7 maja 2009

Wolność słowa? Tak, ale tylko dla naszych


Dzieje się w Polsce coś niepokojącego. Oto uczelnie wyższe, które powinny być w awangardzie propagowania swobody dyskusji, poszukiwań, ścierania się odmiennych poglądów, wolności badań naukowych i słowa wreszcie, w rzeczywistości coraz częściej występują przeciw tym fundamentom rozwoju nauki i myśli. Niedawno mieliśmy kolejną odsłonę tego procesu w postaci awantury wokół książki Pawła Zyzaka. Obecnie otrzymaliśmy nowy sygnał, że dzieje się źle.

Oto, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego odwołał konferencję „Homoseksualizm z naukowego i religijnego punktu widzenia”, na którą został zaproszony kontrowersyjny naukowiec dr Paul Cameron. Zaprosili go studenci. Zresztą mieli tam wystąpić też przedstawiciele innych polskich uczelni katolickich. Władze uniwersytetu wyraźnie odwołały całe przedsięwzięcie pod wpływem gazety, która od dawna stoi na straży (a jakże!) postępu, wolności słowa i tolerancji. Co pokazuje, że niestety dziennik ten wciąż ma ogromny wpływ przynajmniej na część inteligencji (jeśli o jakiejś inteligencji w ogóle można tu mówić).

Nie wiem, kim jest Paul Cameron. Albo inaczej: wiem tylko tyle, co udało mi się w ostatnim czasie przeczytać. Z jego opinią o homoseksualizmie się zgadzam: niszczy on społeczeństwo i rozkłada od środka. Dlatego wcale bym się nie zdziwił, gdyby za jego propagowaniem stały pieniądze „służb tajnych i dwupłciowych”, wziąwszy pod uwagę rozgłos i nachalność, z jaką temat pojawia się raz po raz i to w kraju, w którym nie dzieje się homoseksualistom żadna krzywda, a gdzie stanowią ledwo margines społeczeństwa. Z tego, co przeczytałem, wiem, że nie zgodziłbym się pewnie z amerykańskim naukowcem co do metod postępowania wobec homoseksualistów. Podejrzewam, że zastosowanie ich w praktyce dolałoby tylko oliwy do ognia.

Jednak to, czy się zgadzam lub nie z Cameronem, nie ma tutaj żadnego znaczenia. Choćby głosił on poglądy przeciwne do moich, powinien mieć prawo z nimi wystąpić, a jego adwersarze powinni mieć prawo jego przekonania obalić i wykazać ich błędność (albo obłędność) zarówno na drodze logicznego rozumowania, jak i przedstawiając fakty podważające jego tezy. Zgromadzone audytorium zaś winno mieć prawo ocenienia, z którą stroną sporu się identyfikuje, a przede wszystkim, która jest bliższa prawdy.

Niestety współczesne batalie słowne są dalekie od średniowiecznego ideału wspólnego poszukiwania prawdy (nie jedyny przykład, że pod względem intelektualnym stoimy niżej). We współczesnym sporze (tym zarówno toczącym się w mediach, jak i innych miejscach publicznych) chodzi zazwyczaj o to, by zglanować przeciwnika, by go zakrzyczeć. Siła emocji i głosu (im potężniejsze media za nami stoją, tym lepiej), a nie argumentu czy faktów się liczy. Gdyby było inaczej, nie byłoby tego tekstu, a przede wszystkim nie byłoby sprawy Camerona. Jeśli bowiem głosi on bzdury, cóż prostszego niż wyzwać go na pojedynek słowny i wykazać absurdalność jego poglądów?

Tak oto obrońcy tolerancji i wolności okazują się zamaskowanymi totalitarystami.

środa, 6 maja 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Urodziny Kłapouchego

Kto by przypuszczał, że ktoś obchodzi urodziny tego uroczego ponuraka! A jednak! Obchodzą w Austin w Teksasie. Hmm... Nie wiem tylko, czy Kłapouchy byłby zadowolony z takich hec na swojej imprezie, jak na tym
zdjęciu. Podejrzewam, że pewnie co nieco by marudził, a z pewnością byłby nie tyle zakłopotany, co w dużym szoku, gdyby widział takie szaleństwa wyprawiane na jego cześć.

Więcej można znaleźć w blogu fotografa
Kirka Tucka.

Warto też zajrzeć na stronę internetową Kirk Tuck Photography prezentującą jego prace. Można tu obejrzeć parę ciekawych fotek. Polecam zwłaszcza te czarno-białe. Kolorowe nie wywarły na mnie większego wrażenia. Są moim zdaniem w większości dość szablonowe, choć są wyjątki.

wtorek, 5 maja 2009

O poezji

Henryk Elzenberg pod datą 25 IV 1919 roku zanotował:

„Poezji w życiu jest wcale nie mniej niż śmiecia i brudu. Trzeba tylko mieć kącik na jej przyjęcie”.

I umieć ją dostrzec. Tak jak Hrabal, ten pogański święty Franciszek, który potrafił ją zobaczyć w zwykłych rzeczach i zdarzeniach niecodziennej codzienności.

niedziela, 3 maja 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Pecunia non olet?

Na pierwszych stronach internetowych wydań trzech głównych polskich dzienników wcale nie obchody trzeciego maja zajmują główne miejsce, ale nasz „symbol narodowy”, słoneczko naszej wolności.

Rzeczpospolita: Wałęsa: utrzymać dom i znośnie żyć
Dziennik: Wałęsa: 50 tysięcy euro od Libertas? Mało
Gazeta Wyborcza: Płatne Libertas Lecha Wałęsy

Ciekawe, czy jak się ocknie, to przeznaczy tę kasę na jakiś szczytny cel, by podreperować swój wizerunek?

Polecam też znakomite komentarze na blogu Kataryny i Foxx News.