wtorek, 30 czerwca 2009

Zgadzam się z Robertem Biedroniem

Zgadzam się z Robertem Biedroniem, który zgadza się z Tomaszem Terlikowskim, że „to jak mówimy, wpływa na to, jak myślimy”. Używając słowa „homofob” podkreślamy więc nienawiść do mężczyzny heteroseksualnego i kobiety heteroseksualnej o zdrowych popędach erotycznych, a dzięki „fundamentaliście” sugerujemy skłonności do braku elastyczności. Redaktor Biedroń dobrze o tym wie, dlatego tak bardzo się boi neutralnego słowa „człowiek”. Bo „człowiek” jest dla większości polskiego społeczeństwa przeciętny, nie można go znienawidzić, obrazić. Człowiek ma swoją godność, jest po prostu... człowiekiem. Hmm... no, może znienawidzić go można, obrazić też... ale nie wdawajmy się w szczegóły. Jeszcze zaczniemy myśleć logicznie i co będzie?

To przeciwko człowiekowi, temu „prawicowemu fundamentaliście”, trwa więc wojna homoseksualnych ekstremistów. Omamione publicystyką „białych, heteroseksualnych, katolickich mężczyzn z «Rzeczpospolitej»,” społeczeństwo nie przestaje się z nimi (tymi mężczyznami) zgadzać i tolerować ich wraz z ich poglądami. Młodych mężczyzn poniżej osiemnastego roku, jak to z młodzieżą bywa, na wojnę się nie zabiera, więc nawet o nich nie warto wspominać. Młody chłopiec (a najlepiej dwóch lub trzech) jest w filmie porno i fantazji homoseksualnego mężczyzny, a ci którzy twierdzą, że z facetem to „fu”, nie wiedzą jeszcze, co to prawdziwa męska „miłość”.

Zagrożeniem dla homoseksualnego „wesołka” „jest jednorodna, heteroseksualna, seksistowska, katolicka” (pierwszy cytat za Terlikowskim, drugi za Biedroniem) wspólnota, która ma czelność domagać się poszanowania tradycyjnych wartości, wolności słowa i przeciwstawić homofaszyzmowi. Nie chce ona, jak większość heteroseksualistów, siedzieć w domu i karmić się niestrawną papką podsuwaną przez współczesne media. Chce mieć prawo otwarcie głosić swoje poglądy, bronić chrześcijańskiej moralności i przeciwstawić się homofilii.

Mógłbym tak jeszcze pociągnąć parę akapitów, odpowiednio preparując słowa pewnego homobolszewika, ale po co? Oryginał jest tutaj. A tekst Tomasza Terlikowskiego tutaj. To, że Biedroń nie ma argumentów i nie jest w stanie polemizować merytorycznie z artykułem zamieszczonym w „Rzeczpospolitej” jest aż nadto widoczne. Pozostaje mu próbować wpływać tym, jak mówi (czy też pisze) na to, jak myślimy. Chciałbym powiedzieć: „mam nadzieję, że bez skutku”. Niestety, homofaszyści odnieśli już parę sukcesów zmieniając nasz sposób mówienia o nich. Zawsze możemy jednak sięgnąć po tę samą broń. Bo, jak pisałem już gdzie indziej, we współczesnym świecie, nie liczy się siła logicznego argumentu, racjonalnego rozumowania. Liczą się emocje, krzyk, wygodne etykietki zastępujące myślenie, zaklinanie rzeczywistości zamiast opisywania jej albo oskarżanie przeciwnika o „puszczania bąków” (licentia poetica: Biedroń), gdy samemu zatruwa się atmosferę. W tym świecie nie liczy się prawda, liczy się myślenie życzeniowe, ignorowanie faktów, jeśli są one dla nas niewygodna. W końcu ważna jest tylko przyjemność, pardon – chciałem powiedzieć tzw. „miłość”.

Nie, nie rezygnujmy z rozumu, logicznego dowodzenia swoich racji. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z tymi, z którymi da się rozmawiać. W przypadku homofaszystów (a może lepiej byłoby ich jednak nazywać „homobolszewikami”?), stanowiących realne zagrożenie dla podstawowych swobód obywatelskich, można co najwyżej posługiwać się tą samą bronią, co oni – odpowiednio naginać język. Czyż można zresztą poważnie rozmawiać z facetem, który ze swoich upodobań seksualnych czyni podstawę własnej tożsamości? Wolne żarty! Nic dziwnego, że w swojej polemice używa metaforyki związanej z odbytem. Przecież jemu najwidoczniej wszystko tylko z jednym się kojarzy.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Deszczowe impresje



Deszczyk i jazz dobrze ze sobą współgrają. Zwłaszcza taki klasyczny jazz z lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych. Nie wiem, na czym to polega, ale tak jest w moim przypadku. Spróbujcie sami. Może polubicie.
Posted by Picasa

piątek, 26 czerwca 2009

Breslau – wieczorny spacer

Jest coś niebywale smutnego w starych poniemieckich kamienicach. Zaniedbane, otoczone często brzydkimi PRL-owskimi blokami, sterczą jak poranione kikuty, sprawiając przygnębiające wrażenie. Wypruto z nich starą treść i wrzucono nową, która niezupełnie do nich pasuje. Takie same zresztą wrażenie towarzyszyło mi swego czasu w Wilnie.

Te kamienice, niektóre z nich niezwykle piękne, oryginalne, mówią do mnie językiem, którego nie rozumiem.

Nie, nie zamierzam użalać się nad Niemcami. Sami sobie winni.


Pomyśleć jednak, że (gdybym w innych okolicznościach, w innej wersji historii się w ogóle urodził) mógłbym chodzić dziś ulicami Lwowa czy Stanisławowa, mówić po polsku z innym akcentem, mieć kolegów Ukraińców, Łemków, może Żydów i wcale by mnie to nie dziwiło.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Kultura obrazkowa, Internet i czytanie po łebkach

„Człowiek ukształtowany przez kulturę obrazkową zdaje się nie przyjmować środków wyrazu bardziej subtelnych i pośrednich: aluzji, pastiszu, parodii, ironicznego dystansu itp., a więc tekstów napisanych czy wypowiadanych z użyciem skomplikowanych i mniej dosłownych narzędzi”
(Włodzimierz Paźniewski, Karawele na wietrze, Katowice 2005, s. 210).

Czytając ten fragment książki Paźniewskiego przypomniałem sobie słynny i bardzo zabawny przypadek felietonu Pawła Lisickiego opublikowanego w chwili afery wokół posłanki Sawickiej i CBA. Paru durni odczytało go dosłownie. Jeśli mnie pamięć nie myli, to nawet został on zacytowany jako „news” na przynajmniej jednym popularnym portalu internetowym i w serwisie (dez)informacyjnym pewnej stacji telewizyjnej. Można powiedzieć, że zaślepiła ich nienawiść do PiS-u, ale czy można być tak ślepym, by nie dostrzec ironii, mrugania okiem, zgrywy? Tekst naczelnego „Rzeczpospolitej” wbrew pozorom nie był przecież wcale pisany „z użyciem skomplikowanych (...) narzędzi”. Przynajmniej nie aż tak „skomplikowanych”, by nie potrafił go odczytać prawidłowo uczeń szkoły średniej.

Jeśli przez „kulturę obrazkową” rozumieć również kulturę Internetu, to coś jest na rzeczy. Sam się łapię na tym, że sporo tekstów czytam po łebkach. Wykorzystują to zresztą twórcy internetowych portali informacyjnych (dezinformacyjnych?), a także papierowych dzienników i czasopism, dając chwytliwe tytuły, które z góry mają sugerować sensacyjną zawartość, a nawet treść przeciwną do tego, co artykuł faktycznie zawiera.


O dwóch różnych aspektach tej sprawy pisali ostatnio Kataryna i Studyta. Warto nie tylko zajrzeć, ale i poczytać.

sobota, 20 czerwca 2009

Data niepodległości Polski - druga łyżka dziegciu

Ten obszerny cytat powinien w zasadzie pojawić się czwartego czerwca, ale książkę Paźniewskiego zacząłem czytać dopiero niedawno, a szkoda czekać do następnej rocznicy:

„Właściwie kiedy Polska odzyskała niepodległość? Czwartego czerwca 1989 roku, gdy podobno skończył się komunizm, jak to ustaliła pewna aktorka? Czy przyjąć to za pewnik? A może był to jeszcze jeden kalambur z kabaretu? Każdy ma takiego Tacyta, na jakiego go stać. Polska niepodległa czwartego czerwca 1989 roku? Z rosyjskimi dywizjami w stanie stałej gotowości bojowej, uzbrojonymi w broń atomową? Wolne żarty! Każda polska decyzja po tej dacie musiała być ograniczona w swej suwerenności przez samą świadomość tej obecności.
Marszałek Józef Piłsudski uważał nie bez racji, że państwo, na którego terytorium, wbrew jego woli, stacjonują siły zbrojne obcego mocarstwa, tak naprawdę suwerenne nie jest, dlatego aż do swojej śmierci uporczywie wbijał do głów polskim politykom, że żadnych obcych wojsk na terytorium Rzeczpospolitej pod żadnym pozorem wpuszczać nie należy. Przy takim spojrzeniu na dzieje najnowsze może okazać się, że Polska współczesna na pewno odzyskała niepodległość w sobotę, osiemnastego września 1993 roku, ponieważ w tym dniu po godzinie 11 ostatni rosyjski czołg opuścił przejście graniczne w Terespolu i odjechał na wschód. Za kilka czy kilkadziesiąt lat dla historyków będzie to data graniczna między obcą dominacją a wolnością. Obecnie nie mamy jeszcze świadomości, jak ważne było to wydarzenie.

(...)

Niestety jako zbiorowość postaraliśmy się dla tej daty o niezwykle kłopotliwe sąsiedztwo, które dyskredytuje nas jako społeczeństwo. Otóż odzyskawszy pełną suwerenność w sobotę osiemnastego września 1993 roku po godzinie 11, już następnego dnia, tj. w niedzielę, dziewiętnastego września 1993 roku w godzinach nocnych, w demokratycznych wyborach przekazaliśmy władzę w ręce ugrupowania politycznego, które zorganizowano za pieniądze Kremla (śledztwo w tej sprawie bardzo szybko ukręcili łeb sami zainteresowani).

(...)

Polska była w pełni niepodległa od godziny 11, osiemnastego września 1993 do godzin nocnych następnego dnia, tj. dziewiętnastego września 1993 roku, czyli jakby nie liczyć zaledwie półtora dnia”.

(Włodzimierz Paźniewski, Karawele na wietrze, Katowice 2005, s. 73-75.)

czwartek, 18 czerwca 2009

Bardzo smutna rocznica



Powyżej ulotka z Wrocławia. Mam nadzieję, że ci ludzie się kiedyś opamiętają. Tak, jak stało się to z Jane Roe czyli Normą McCorvey, której sprawa w słynnym procesie „Roe vs. Wade” utorowała niestety drogę legalizacji zabijania nienarodzonych w Stanach Zjednoczonych. Teraz sama broni prawa do życia tych, którzy samodzielnie bronić się nie mogą. Szkoda, że tak późno. Cieszy jednak, że zrozumiała swój błąd.



Nie należy też zapominać o tej nastolatce z Lublina. Ją również ogromnie skrzywdzono. W gruncie rzeczy pozostawiono ranę na całe życie.

wtorek, 16 czerwca 2009

Stary szeryf o aborcji, czyli jak spławić modne paniusie

Nie pamiętam, czy ten fragment monologu szeryfa Bella znalazł się w filmie braci Coen, ale jest on tak kapitalny, że postanowiłem wynotować. Nie mam polskiej wersji książki, więc przytaczam z oryginału. Zresztą warto to zrobić choćby dla specyfiki języka (nota bene jestem ciekaw, jak poradził sobie z tym polski tłumacz):

Here a year or two back me and Loretta went to a conference in Corpus Christi and I got set next to this woman, she was the wife of somebody or other. And she kept talkin about the right wing this and the right wing that. I aint even sure what she meant by it. The people I know are mostly just common people. Common as dirt, as the sayin goes. I told her that and she looked at me funny. She thought I was sayin somethin bad about em, but of course that's a high compliment in my part of the world. She kept on, kept on. Finally told me, said: I dont like the way this country is headed. I want my granddaughter to be able to have an abortion. And I said well mam I dont think you got any worries about the way the country is headed. The way I see it goin I dont have much doubt but what she’ll be able to have an abortion. I'm goin to say that not only will she be able to have an abortion, she'll be able to have you put to sleep. Which pretty much ended the conversation.
(Cormac McCarthy, No Country for Old Men, London 2007, s. 196-197.)

Ci, którzy chcieliby powyższy cytat przeczytać w polskim przekładzie, znajdą go pod koniec monologu otwierającego rozdział VII.

Nigdy już chyba nie zrozumiem aprobujących aborcję, to jedno z największych barbarzyństw, jakie wymyśliła ludzkość. Widać jestem ograniczony umysłowo, bo nie usłyszałem do tej pory choćby jednego argumentu za nią, który by mnie przekonał chociaż w kilku procentach. Dwa z najbardziej bzdurnych, a które powtarzają ludzie skądinąd chyba nie pozbawieni zdolności logicznego myślenia, to te: jak może coś tak maleńkiego być człowiekiem oraz że kobieta ma prawo do własnego brzucha. Oba są tak absurdalne, że wierzyć się nie chce, by można je było na poważnie przytaczać w dyskusji. Wszelkie argumenty logiczne, racjonalne są przeciwko aborcji, a nie za. Jeśli mnie pamięć nie myli, to chyba Paul Johnson zauważył w jednym ze swoich felietonów (a może Ryszard Legutko?), że krucjata przeciwko temu zbrodniczemu procederowi jest przegrana, bo wszelkie uzasadnienia, jakie podają jego zwolennicy, można sprowadzić do jednego: wygoda.

No cóż, niewolnictwo też znajdowało swoich obrońców i też można było jakąkolwiek argumentację za jego utrzymaniem sprowadzić do wygody. Dzisiaj chyba nikt rozsądny nie poważyłby się na serio bronić handlu niewolnikami. Jak będzie z aborcją? Przyszłość pokaże. A może pokarze ona tych wszystkich, którzy dzisiaj za zabijaniem nienarodzonych gardłują. Nie życzę im tego, życzę im nawrócenia i przejrzenia na oczy.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Road Rage


Nigdy nie przypuszczałem, że będę się wściekał na prowadzących samochód nauki jazdy. Sam kiedyś uczyłem się jeździć, więc byłoby totalnym idiotyzmem denerwować się na kogoś, kto robi dokładnie to samo, co ja robiłem ładne parę lat temu. W końcu trzeba się jakoś nauczyć prowadzić samochód czy motocykl, a jak to zrobić bez wyjeżdżania na ulicę?

Na dołączonym tutaj zdjęciu widać skrzyżowanie ul. Kamiennej z Borowską we Wrocławiu. Prawie nigdy nie zdarza mi się tędy przejechać, by nie było przynajmniej jednego pojazdu z charakterystyczną literą „L” usiłującego skręcić w lewo. Jest to skrzyżowanie trudne nawet dla doświadczonych kierowców, a więc upodobali je sobie również instruktorzy nauki jazdy. Sęk w tym, że u innych użytkowników drogi może to wywołać zachowanie, które w języku angielskim nosi nazwę „road rage”. Zdarzało mi się na tym właśnie skrzyżowaniu oglądać łamanie przepisów ruchu drogowego, bo po prostu ktoś stracił cierpliwość i wyprzedził nieprzepisowo wóz nauki jazdy. Wcale mnie to nie dziwi. Nawet jeśli nie byłoby tutaj przyszłych mistrzów kierownicy, to czasem, by skręcić w lewo trzeba sporo poczekać. A co, jeśli akurat mamy przed sobą, jak na tym zdjęciu, aż trzy samochodu z „elką”? Dwie albo trzy zmiany świateł, jeśli nie dłużej. Raz widziałem, jak instruktor, a może egzaminator wysiadł na skrzyżowaniu z samochodu i kazał przesiąść się uczniowi. Też stracił cierpliwość. W ostatnią sobotę byłem świadkiem, jak na tym samym miejscu sposobiło się do skrętu w lewo aż pięciu adeptów sztuki kierowania pojazdem zmotoryzowanym. Wyobrażam sobie, jak zgrzytali zębami ci, którzy stali za nimi! A po chwili dołączył jeszcze szósty. Niestety nie miałem szansy tego sfotografować.

Problem nie dotyczy jednak tylko tego skrzyżowania. Tak się składa, że dosyć często jeżdżę samochodem po tej okolicy i muszę stwierdzić, że przypomina to jeden wielki poligon doświadczalny. Można tu spotkać oznaczone „elką” motocykle, samochody osobowe, ciężarówki i autobusy. To istna fabryka produkująca nowych kierowców. Ktoś powiedział mi, że jest to tzw. „strefa egzaminacyjna”. Ktoś, kto wymyślił tę strefę musi należeć do tych biurokratycznych kretynów, którzy mają przed oczami tabelki i kratki oraz piękne wizje ulepszenia życia, a nie widzą rzeczywistości tuż pod nosem. A rzeczywistość skrzeczy. To znaczy mieszkający i pracujący w tym miejscu, jeśli jadą samochodem lub motocyklem, muszą codziennie pokonywać tor z przeszkodami. Na krótkim odcinku między ulicą Semaforową a Piękną (autem jest to jakieś 5, góra 10 minut jazdy) naliczyłem jednego dnia, mijając lub wyprzedzając, około 20 różnych pojazdów kursu nauki jazdy! Dodać trzeba, że ulice wiodące na Brochów i Jagodno są wąskie i bardzo często, zwłaszcza na tej ostatniej trasie, powstają tam korki. Dotyczy to także ulicy Kamiennej na odcinku od Borowskiej do Hubskiej, gdzie nie ma możliwości wyprzedzić zawalidrogi z „elką”, bo w tym miejscu jest to droga jednopasmowa. Ale nawet i tutaj zdarza się, że jakiś wściekły kierowca usiłuje dokonać niemożliwego. Oczywiście łamiąc przepisy ruchu drogowego. Warto zauważyć, że jest tutaj kilka szkół, a więc tylko czekać nieszczęścia.

Mam wrażenie, że od pewnego czasu stężenie pojazdów kursu nauki jazdy na metr kwadratowy we wspomnianych okolicach wzrosło. Jeśli ktoś tego szaleństwa nie powstrzyma, prędzej czy później dojdzie do paru niebezpiecznych wypadków. A nie ma nic gorszego i bardziej niebezpiecznego niż kierowca wpadający w szewską pasję na drodze.

niedziela, 14 czerwca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Kto tu kogo rozśmiesza?



"Szkło kontaktowe" w "Rzeczpospolitej": http://www.rp.pl/artykul/319484.html
Telewizja w gazecie? A czemu nie? I wygląda coraz bardziej profesjonalnie. Wildstein, Ziemkiewicz i inni mogą teraz sobie tworzyć własne programy niezależnie od łaski lub niełaski decydentów z TVP. Dla mnie super. Powinni jeszcze zaprosić Cejrowskiego. A w ogóle to najwyższy czas (nomen omen), by Cejrowski stworzył własną telewizję internetową. Przyczyniłby się tym do rozwoju komupteryzacji Polski, a przy tym mógłby mówić, co mu się podoba i robić programy takie, jakie chce. Jego filmy podróżnicze oglądają nawet ci, którzy nie podzielają jego poglądów politycznych. Jestem pewien, że oglądaliby je również w Internecie.

sobota, 13 czerwca 2009

Powierza, ale co? Kto? Komu?

Zaglądanie na internetową stronę kulturalną dziennika „Dziennik” wprawia mnie zazwyczaj w nastrój refleksyjny. Ot, na przykład zastanawiam się, co by z tej strony zostało, gdy zastosować do niej „brzytwę Elzenberga”? Hmm... no, cóż... Prawda?

Ostatnio zaintrygowany tytułem „
Polskie gwiazdy zalewają rynek grafomanią”, postanowiłem sprawdzić, jaką to grafomanią i które to gwiazdy. Nie będę przecież tracił czasu na byle co, tylko poznam opinię krytyka. W końcu za to mu płacą. Pod nagłówkiem „Anna Powierza” przeczytałem tam m.in.:

„Jak zostać sławną”?. Mało kto się dowiedział. Wszyscy pamiętają historię słynnej promocji książki w Empiku, na której nie zjawił się nikt.

Zadumałem się: Jak wszyscy, jak nie wszyscy? Ja nie pamiętam! Potem wpadłem w nastrój melancholijny: Ba! Nawet nie wiem, kto to jest pani Anna Powierza. Przejrzałem raz jeszcze nazwiska. Z zaprezentowanych tam pań skojarzyłem tylko Dodę. To była żona tego z zielonymi (a może rudymi) włosami. Nie, zaraz... chyba raczej tego piłkarza. Nazwisko Brodzik też mi coś mówiło, ale nie byłem pewien co. A Maciąg? Maciąg? To może córka tego historyka literatury czy jak?

Po wyłączeniu komputera wpadłem w depresję: O matko! Ojej! Może ja tracę coś ważnego, że nie mam telewizji? Może umyka mi jakiś ważny aspekt rzeczywistości? Przecież to są gwiazdy! GWIAZDY! A ja co? A ja nic! I jakoś żyję.

No, ale co to za życie bez gwiazd? Jak w ciemnicy. Dobrze, że chociaż księżyc świeci.

- Odbitym światłem – mruknął Kłapouchy.
- Owszem, ale, światłem gwiazdy. Zawsze to coś – odparłem.
Kłapouchy w odpowiedzi ponuro skubnął oset, który zaczął przeżuwać z przygnębiającą determinacją.

piątek, 12 czerwca 2009

środa, 10 czerwca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Ulica rotmistrza Pileckiego w każdym mieście



O rotmistrzu Witoldzie Pileckim nigdy za wiele. Gdybym miał wymienić mojego ulubionego bohatera, to jego nazwisko przyszłoby automatycznie na myśl. Może w końcu jakiś polski reżyser zdobędzie się na pełnometrażowy film poświęcony temu wspaniałemu człowiekowi, a majętne instytucje wyłożą na ten cel pieniądze. Dziwne, że do tej pory powstał tylko spektakl teatru telewizji wyreżyserowany przez Ryszarda Bugajskiego. Dobre choć tyle.

wtorek, 9 czerwca 2009

Niedojrzali i niedouczeni głosowali na PO

Dzisiaj rozbawił mnie jeden tytuł na pierwszej stronie pewnej gazety. Niestety byłem w biegu i nie zrobiłem nawet zdjęcia, a potem się okazało, że ta sama gazeta w innym kiosku miała jako główny „news” coś zupełnie innego. Natomiast na stronie internetowej nie mogłem znaleźć podobnego artykułu. A zatytułowany był on mniej więcej tak (cytuję z pamięci): „Młodzi i wykształciuchy głosowali na PO”. Uśmiałem się, bo przecież to tak, jakby napisać coś w tym stylu: „Młodzi i durnie głosowali na PO”. No, może nie aż tak ostro, może zamiast słowa „durnie”, należałoby użyć zamiennie słowa „ćwierćinteligencja” lub „półinteligencja”. W gruncie rzeczy się ucieszyłem, że nie kwalifikuję się ani do jednej, ani do drugiej grupy.

Autor tekstu albo nie rozumie znaczenia słowa „wykształciuch”, albo świadomie przeinacza jego sens, albo chce po prostu zakomunikować, że PO ma zwolenników głównie wśród ludzi niedojrzałych i niedouczonych. Nawet popularna
Wikipedia podaje takie znaczenie tego wyrazu: „Wykształciuch, a także wykształceniec – pejoratywne, ironiczne określenia osób posiadających formalnie wyższe wykształcenie, ale postrzeganych jako niespełniające wymogów koniecznych do osiągnięcia statusu inteligenta.”

Mając wreszcie nieco czasu pod wieczór, postanowiłem jeszcze raz przeszukać Internet. I nagle: Bingo! Mam! Gdy przeczytałem tekst, okazało się, że raczej niezupełnie, bo i tytuł nieco inny, a i wybory też nie z tego roku, bo z 2007. Natomiast zrozumiałem, że gazeta musiała być ta sama, a i autor świadomie przeinaczał sens słowa „wykształciuch”. Zbieżność zresztą zastanawiająca. Tak, jakby ten sam dziennik, jeśli faktycznie chodzi o to samo pismo, powtarzał ten sam chwyt, miał jakieś wytyczne lub specjalny schemat do stosowania przy podobnych okazjach, nawet jeśli dzieliłaby je kilkuletnia przerwa. W tym przypadku artykuł obwieszczał: „
PiS przegrywa tylko u młodych i wykształciuchów”. Natomiast dziennikarz już na samym początku dość specyficznie wytłumaczył znaczenie użytego wyrazu: „PO wygrywa tylko w grupie najmłodszych wyborców (18-24 lata) i wśród "wykształciuchów", czyli osób z wyższym wykształceniem”.

No cóż! Jaka gazeta, taka interpretacja.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Płomyk w ciemności


Nie lubię czytać książek po obejrzeniu filmu zrobionego na ich podstawie. Nie ma siły – postać wykreowana przez aktora będzie się narzucać wyobraźni. I choćby nawet sam pisarz opisał ją inaczej. Pamiętam, jak w dzieciństwie zdziwiłem się, że pan Zagłoba z Trylogii Sienkiewicza wygląda nie tak, jak ten znany mi z filmu. Złościło mnie to, ale nic nie pomogło – ten filmowy zasłaniał sobą tego literackiego.

Po powieść Cormaca McCarthy’ego sięgnąłem w zasadzie przez przypadek i to po zobaczeniu genialnego filmu braci Coen. Ot, zaintrygowany pewną popularnością amerykańskiego pisarza, z ciekawości zajrzałem do pierwszej lepszej książki jego autorstwa. I nie mogłem się oderwać. A że akurat trafiłem na „No Country for Old Men”...

Oczywiście nie było rady: aktorzy przesłonili moje własne wyobrażenia. Nie da się przecież zapomnieć tak demonicznej postaci, jak Chigurh, w którą wcielił Javier Bardem. Myślę, że do tej pory przechodniów znających film musi przechodzić dreszcz przerażenia na widok samego aktora, a zagrany przez niego zabójca może przyśnić się w najgorszym koszmarze. Nota bene Bardema zupełnie nie skojarzyłem z odtwarzaną przezeń rolą w kiepskim i żałosnym, moim skromnym zdaniem, filmie „Drżące ciała”. Tak odmienne są te postaci.

Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, było to, jak niewiele bracia Coen zmienili w samej filmowej opowieści. Jakby McCarthy napisał im gotowy scenariusz. Z głównych różnic, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, zapamiętałem przede wszystkim wątek dziewczyny, którą Moss spotyka na drodze. Nigdy nie widziałem sensu prób tzw. „wiernego oddania” powieści na ekranie. Ekranizacja dzieła literackiego jest zawsze interpretacją, wizją reżysera, autora scenariusza, wypadkową tych dwóch wyobrażeń i gry aktorów. „Wierne” przenoszenie literatury do filmu, gdyby w ogóle było możliwe, to w gruncie rzeczy jakiś absurd. Po co to robić, jeśli jest już sama powieść? Tylko dla wygody widza, któremu nie chce się ruszyć szarych komórek?

Drugą rzeczą, która mnie zdziwiła, było wyrafinowanie tej z pozoru prostej powieści. Początkowo sądziłem, że znani reżyserzy wzięli na warsztat jakąś dość typową opowieść kryminalną, którą przetworzyli w film o potędze i diabolicznej sile zła. Tymczasem okazuje się, że w utworze McCarthy’ego kryje się znacznie więcej, niż zaczynający lekturę czytelnik może się spodziewać. Jako miś o małym rozumku, dopiero po odłożeniu książki, skojarzyłem, że przecież jej tytuł to dosłowny cytat z wersu otwierającego słynny wiersz W.B. Yeatsa „Sailing to Byzantium” („Ojazd do Biznacjum” w tłum. Czesława Miłosza): „That is no country for old men”. Z kolei historia z czasów wojny, jaką szeryf Bell opowiada swojemu wujowi, musi siłą rzeczy nasuwać myśl o „Lordzie Jimie” Josepha Conrada. Te, i być może inne, których nie zauważyłem, nawiązania literackie wydają się bardzo ważne dla zrozumienia całej powieści.

Jeszcze trzecia sprawa. Z filmu jako finałową scenę, jego mocny akcent, zapamiętałem tę, w której Chigurh po wypadku samochodowym kupuje od chłopca koszulę i opatrzywszy jako tako skaleczenia, oddala się. Upersonifikowane zło, które odchodzi, by wylizać się z ran i powrócić w być może jeszcze groźniejszej postaci. Zupełnie zapomniałem o snach starego szeryfa, a ponoć w filmie też opowiada on o nich swojej żonie. Tymczasem w powieści to właśnie drugi sen Bella jest tym mocnym zwieńczeniem całej historii: żar ogniska niesiony z troską w rogu poprzez mrok i zimno nocy. Żar, który daje nadzieję na to, że gdzieś zapłonie ogień, przy którym będzie można się ogrzać, choćby wydawało się nawet, że wszystko już przepadło. To bardzo piękny, wyrazisty, zapadający w pamięć obraz. Wręcz conradowski. Jak biała plamka koszuli Tuana Jima w oddali na tle pogrążonego w mroku wybrzeża.

Cormac McCarthy, No Country for Old Men, London 2007.

sobota, 6 czerwca 2009

Zdarzenia: Trochę kabaret, trochę farsa, niezła „Szajba”

Dzięki uprzejmości pewnej blogerki (nie jest to Kataryna, więc psy myśliwskie z „Dziennika” mogą sobie odpuścić) miałem przyjemność zobaczyć „Szajbę” w reżyserii Jana Klaty. Wspominałem już tutaj wcześniej, że lubię Scenę na Świebodzkim i różne pomysły zaaranżowania dostępnej tam przestrzeni. Tym razem pomysł też był ciekawy, choć nieco się obawiałem, czy się pod tą folią nie podusimy. Najpierw zresztą myślałem, że to ma być hangar lotniczy. Ani jedno, ani drugie się nie sprawdziło.

Poszedłem do teatru nastawiony na niezłą rozrywkę i dobrze trafiłem. Sztuka Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w interpretacji znanego reżysera to dobre przedstawienie na sobotni lub piątkowy wieczór dla tych, którzy chcieliby się trochę rozerwać i pośmiać, obejrzeć coś lekkiego bez zadęcia. Natomiast, jeśli ktoś oczekuje jakiejś głębokiej krytyki polskości, filozoficznych przemyśleń o problemie narodu, tolerancji, religii, zagrożeniu fundamentalizmem islamskim czy jakimkolwiek innym, to od razu odradzam. Wyjdzie po spektaklu rozczarowany.

„Szajba” nie odznacza się bowiem jakąś wybitną głębią intelektualną, sama składa się ze stereotypów i mało odkrywczych obserwacji, ale sprawdza się jako absurdalna komedia. Porównałbym ją do jednego z tych dłuższych felietonów Macieja Rybińskiego zamieszczanych choćby w "Rzeczpospolitej". Podobny rodzaj humoru. Trochę taka "Mała apokalipsa" w XXI wieku, ale nie na miarę powieści Konwickiego. Nieco pomysłów na kabaret. Bardziej farsa niż satyra. Raczej nikt się nie obruszy, obojętnie jakiej opcji politycznej czy światopoglądowej hołduje, a z pewnością wyjdzie z teatru ocierając łzy ze śmiechu.

Dobrze spisali się aktorzy, nic więc dziwnego, że publiczność nagrodziła ich w końcu owacjami na stojąco. Choć jak na mój gust była to lekka przesada, bo sama sztuka nie miała aż takiej rangi. Tym niemniej sami grający zasłużyli na nagrodę. Moim typem numer jeden jest w tym przedstawieniu Kinga Preis. Mam wrażenie, że aktorka ta może zagrać wszystko, nawet kij od szczotki. O pozostałych również można powiedzieć wiele dobrego. Ich niewątpliwą zasługą jest to, że widzowie nie nudzili się nawet na mniej udanych fragmentach przedstawienia.

„Szajba”, reżyseria i opracowanie muzyczne: Jan Klata, Scena na Świebodzkim.

czwartek, 4 czerwca 2009

20 lat wcześniej i później – łyżka dziegciu

20 lat temu nie wziąłem udziału w wyborach. Do tej pory tego nie żałuję. Nie zagłosowałem świadomie. Wprawdzie mój kolega ze studiów mówił mi wówczas, że należy potraktować je jako rodzaj plebiscytu, ale nie zmieniło to mojego nastawienia. Jeśli nawet był to plebiscyt pokazujący, jak bardzo Polska nie chciała komunistów, to w dalszym ciągu stał się on uprawomocnieniem istnienia tego czerwonego wrzodu, tej czerwonej tkanki rakowej na skórze narodu. Co by się stało, gdyby nieco poczekać, jak wyglądałaby być może Polska dzisiaj, gdyby konsekwentnie domagać się wolnych wyborów od samego początku, pokazuje ówczesne głosowanie na kandydatów do senatu, w którym 99 na sto miejsc wzięła Solidarność. I nawet to jedno, którego opozycji solidarnościowej nie udało się zdobyć, nie dostało się komunistom.

Czyż to nie piękna perspektywa: Kwaśniewski zalewający z żalu robaka w jakimś małym mieszkanku i jeżdżący do pracy w biurze gruchotem kupionym z drugiej ręki? Piękna Jola oglądająca na starym ruskim telewizorze brazylijskie seriale i marząca o bankietach i przyjęciach? Paru towarzyszy gnijących w więzieniu za zrujnowanie Polski i popełnione z ich rozkazu morderstwa? Leszek Miller... ale, kto to jest Miller? Ach, to ten stary komuch, o którym już nikt nie pamięta. Oleksy, Jaskiernia, Cimoszewicz, Jaruzelski... itp., itd.. No cóż, pomarzyć można. Dlatego tak mnie mdli, gdy widzę uśmiechniętą pucułowatą gębę zwykłego oportunisty otoczonego wianuszkiem byłych opozycjonistów z lat osiemdziesiątych. Jego na tym zdjęciu nie powinno być, to nie jest sen o wolnej Polsce, jaki śniliśmy w tamtych czasach.

Ależ tak, doceniam to, że jednak Polska wygląda inaczej. Doceniam fakt istnienia tak prozaicznych rzeczy, jak supermarkety wypełnione towarem, po który nie trzeba stać w kilometrowych kolejkach; doceniam to, że mogę czytać, co chcę, oglądać to, co mi się podoba, słuchać tego, co mi sprawia przyjemność czy radość. Cieszę się, że mogę w każdej chwili wsiąść w pociąg, autobus, samolot i jeśli tylko mam pieniądze i taki kaprys, pojechać za granicę. Podoba mi się to, że mogę jeździć samochodem, o którym w latach osiemdziesiątych nawet nie śniłem. Wspaniałe jest to, że dzieci nie muszą uczyć się w szkole kłamstw i bzdur, a ich rodzice mogą nawet wybrać szkołę. To wszystko i jeszcze wiele innych rzeczy, może nawet ważniejszych, to bardzo piękne. Nawet jeśli uwzględnimy, że mamy do czynienia z próbami ograniczania wolności słowa i badań naukowych, swobody wypowiedzi, nowymi formami zniewolenia.

A jednak tę radość zatruwa prozaiczny fakt braku tzw. „sprawiedliwości dziejowej”. Na pamiątkowej fotografii z okazji odzyskania niepodległości niektóre twarze po prostu nie powinny się znaleźć. A jeśli już miałyby by się tam pojawić, to jako wizerunki przypadkowych przechodniów, o których niewiele wiadomo i którymi nikt specjalnie się nie interesuje.
Gorzka jest świadomość, że niektórzy z nich traktowani są jako
osoby, które wywarły największy wpływ na wydarzenia ostatnich dwudziestu lat.

Z okazji dwudziestolecia quasi-wolnych wyborów nie można też zapominać o innym 4 czerwca. Czyż nie jest jakąś ironią, że wydarzenia z 1992 roku rozegrały się właśnie tego dnia? Gęba rechoczącego prezydenta w Sejmie jest jak koszmarny sen, o którym wolelibyśmy zapomnieć. Ale zapomnieć się nie da. Zapewne rację ma Piotr Semka, że zakończyła się wówczas „
epoka złudzeń”. W każdym razie głównie z tym kojarzy mi się 4 czerwca.

wtorek, 2 czerwca 2009

Posypałka II

Jest jeden wiersz w najnowszym tomiku Piotra Sommera, który mną poruszył, wstrząsnął, choć sama książka nie wywołuje takiego mojego zachwytu, jak „Czynnik liryczny”. Podobnie, jak w omawianym tutaj wcześniej „Te Deum” Tadeusza Dąbrowskiego, jest to wiersz o... przemijaniu. I o samotności. Ten utwór to „Kolekcja jesienna”.

Charakterystyczną cechą poezji Piotra Sommera, wspomnianego w poprzedniej części Jana Polkowskiego, Tomasza Jastruna, Bronisława Maja i paru innych poetów, którzy w latach osiemdziesiątych byli czytani i popularni, jest coś, co nazwałbym „rodzinnością” albo wspólnotowością. To jest ta cecha, która ich łączy. U Polkowskiego pojawiają się, wymieniani z imienia, dzieci, żona, a Polska i polskość, świat zagrożonych wartości kojarzy się z kręgiem najbliższych, nabierając przez to niepokojącej i przejmującej konkretności. Ojczyzna to już nie jest jakaś abstrakcja, piękne słowo. To jest ta jedna, jedyna, najukochańsza osoba, którą trzeba uchronić przed zimnem, mrokiem, nicością. U Sommera, oprócz najbliższej rodziny, są to różni przyjaciele, znajomi. Jakby ten krąg powiązań międzyludzkich stanowił jakąś wątłą barierę przed złem, przemocą, potęgą wrogiego systemu; jakby dodawał sił, bronił przed samotnością. To w tym kręgu też jest to prawdziwe życie, bo


"Jeśli to nie jest życie
to chciałbym wiedzieć, co to"
("Czynnik liryczny")

Dlatego też wydaje mi się, że wbrew pozorom taki poeta, jak Polkowski przygotowywał grunt na pojawienie się Świetlickiego, był jego prekursorem. Aczkolwiek Świetlicki odrzucał ten świat wartości, symboli, które Polkowski odświeżał, którym przywracał życie i namacalną niemal realność.

Prekursorem Świetlickiego był też wobec tego w pewnym sensie Sommer. Ale właśnie u Sommera ważny jest ten czynnik wspólnotowy. Który odnajdujemy także w „Dniach i nocach”. W wierszu zatytułowanym tak, jak cały tom, czytamy:

„Bo chcieć coś robić
w pojedynkę, to jednak cienko brzmi
a nawet znaczy”.

Na tym tle tym bardziej przejmująco brzmią, rozbrzmiewają utwory mówiące o samotności, chorobie, umieraniu. Jak „Stan sprzed” – inny przeszywający wiersz z „Dni i nocy”.

Jeśli miałbym coś jeszcze polecić z tego tomiku, to krótki, zabawny, ale też tkliwy i jakże prawdziwy wiersz „Później”.

Resztę jeszcze oswajam. A że czytam po łebkach i nieuważnie, to to jeszcze trochę potrwa.


CDN
(prawdopodobnie)

Piotr Sommer, Dni i noce, Wrocław 2009.