czwartek, 29 kwietnia 2010

Z życia mikrobów XV - Kuba Gminny lub inny Figurancki

To, że jakiś Kuba Powiatowy lub Gminny szydzi sobie ze zmarłych, kpi z człowieka opłakującego śmierć brata, bratowej i przyjaciół, nie dziwi mnie wcale. Wszak „elyta” i inne hieny cmentarne z mediów dały mu sygnał jeszcze w trakcie żałoby narodowej, że można. Można? A więc hulaj dusza! Diabła nie ma.

No, cóż. W końcu taki Kuba Gminny czy inny Figurancki bez ludzi, którym nawet sznurówek nie są godni zawiązać, nie istnieliby wcale. Dotyczy to też paru polityków, którzy pienią się na samo wspomnienie Brata Zmarłego. Kto by ich zauważył? Nawet mikroskop by nie pomógł. Z czego by żyli? Miejmy dla nich odrobinę wyrozumiałości. Też muszą jakoś zarobić na chleb.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Pana też będą opluwać



"W pustej sejmowej ławie, obok żałobnej fotografii obsypanej kwiatami siedzi smutny staruszek. Ma na sobie niemodny garnitur, płaszczyk i krzywo zawiązany krawat. Jest całkiem siwiutki i smutny. Osiwiał niedawno. Podobno brat mu umarł, a jakby tego było mało, jego stara matka leży w szpitalu i pewnie niedługo także umrze.

Nie uwierzycie, ale ten starszy pan to najgroźniejszy, najbardziej bezwzględny i twardy polityk od czasów Fryderyka Wielkiego. Jest powszechnie nienawidzony, a także – co zrozumiałe – wzbudza lęk. Ten zagubiony w wielkiej sali dziadunio jest już zupełnie sam. Na świecie nie został mu nikt z kim mógłby wymienić najważniejsze i najcenniejsze myśli. Nie ufa nikomu, bo taki wybrał sobie zawód. Niełatwo jest być politykiem."
(Pan Jarosław)

Panie Prezesie, dziękuję, że podjął Pan ten trud w ciężkich dla Pana chwilach.
Nie jest Pan sam.

sobota, 24 kwietnia 2010

Hitler i Putin, czyli rzecz o przyjaźni

Ci, którzy zachwycają się ociepleniem stosunków polsko-rosyjskich i obecnością premiera Rosji na pogrzebie śp. Lecha Kaczyńskiego oraz jego małżonki, powinni sobie przypomnieć nieco historii. Wszak „historia vitae magistra est”:

„Osobą, która żywiła ogromny szacunek i podziw dla Piłsudskiego był Adolf Hitler. 13 maja 1935 i w dniu pogrzebu flagi państwowe w Rzeszy na znak żałoby opuszczono do połowy masztów. Uroczystości żałobne ku czci zmarłego wykroczyły daleko poza gesty kurtuazyjne. Hitler uczestniczył we mszy świętej na cześć marszałka, jaką odprawiono 18 maja 1935 w Katedrze św. Jadwigi w Berlinie po śmierci Piłsudskiego. Wzięli w niej udział także m.in. Joseph Goebbels, Konstantin von Neurath, oraz wysocy przedstawiciele NSDAP i Wehrmachtu a także nuncjusz apostolski w Niemczech Cesare Orsenigo. Po nabożeństwie dwie kompanie Wehrmachtu oddały honory wojskowe. Był to ostatni odnotowany udział kanclerza Rzeszy w ceremonii religijnej.
(...) Niemcy na pogrzebie reprezentował premier Prus Hermann Göring.”

Co nastąpiło cztery lata później wiemy aż nadto dobrze. Więcej można sobie poczytać m.in. tutaj. Stąd też zaczerpnąłem powyższy cytat.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Z życia mikrobów XIV - „Nie szantażujcie mnie tą trumną”, czyli narodu „elyta” zębami zgrzyta.

Z wyjątkiem paru zdjęć i jednego tekstu, nie zabierałem głosu, choć krew się we mnie gotowała. Chciałem zachować powagę chwili, uszanować pamięć tych, którzy odeszli. Czasami w chwilach żałoby lepiej milczeć niż silić się na to, by powiedzieć coś mądrego lub zwłaszcza coś niemiłego.

Kiedy były redaktor naczelny pewnej gazety zamieścił wzruszające wideo (piszę to bez ironii), w którym mówił o swoich spacerach z Prezydentem, gdy ten jeszcze Prezydentem nie był, i zastanawiał się na rachunkiem sumienia, nad rachunkiem swoich przewin wobec niego, pomyślałem sobie, że tym razem będzie inaczej, że zwierzęta przemówią ludzkim głosem i może choć przez ten tydzień zapanuje atmosfera powagi, szacunku wobec zmarłych w tak tragicznych okolicznościach, a ci, którzy dawniej szczekali i wyli, uronią choć jedną szczerą łzę.

Ale bardzo szybko się okazało, że się mylę. Przeglądając serwisy informacyjne, szukając wiadomości o katastrofie, oczywiście zaglądałem na stronę tej gazety. I oto już wkrótce mieliśmy bardzo klarowny, choć podany w delikatnej formie przekaz, w którym niekiedy wprost, a niekiedy między linijkami mogliśmy wyczytać co następuje: otóż ten stary nienawistnik, Brat Prezydenta, nie potrafi wyjść poza swoją niechęć i wyciągnąć dłoni do szczerze współczujących mu premierów dwóch bratnich narodów. Wprawdzie ma do tego prawo, ale...

Prymus i Łobuz od historii bowiem stali się nagle dobrymi kumplami. Chłopaki zadzwonili do Brata Prezydenta, że na miejsce katastrofy nie jadą bez niego, że zaczekają. No, cóż... Na nic te starania, Brat Prezydenta postanowił pojechać sam. Nawet po przyjeździe nie raczył pójść, żeby się przywitać. Ach! Co za czarna niewdzięczność! Aczkolwiek ma w tak ciężkich chwilach prawo tak się zachować, jednakże z drugiej strony...

Tymczasem Prymus bez chwili wahania, nieomylnie rozpoznał trumnę Prezydenta i do niej podszedł. No tak, nawet w tak tragicznych okolicznościach potrafił zachować się wzorowo. Wszyscy też mieliśmy okazję oglądać, jak Łobuz od historii przytula go do serca, by go pocieszyć. Prymus przecież pała miłością do wszystkich, nawet do Łobuza od historii, który jak trzeba to da fangę w nos i kopnie w nery albo walnie głową o ścianę. Nie są to może miłe cechy, ale w końcu milsze niż taka zapiekła nienawiść i niepohamowana ambicja, jak w przypadku Brata Prezydenta. Wszak Łobuz od historii przytulający Prymusa – i to NASZEGO Prymusa! – albo wypuszczający z rąk białego gołąbka pokoju budzi czułość i wzruszenie!

To wszystko nawet nie było stworzone rękami dziennikarzy tej gazety. Jakoś tak się stało, że dziennikarz bratniego narodu im to podsunął.

Potem już było tylko gorzej. Kiedy bowiem odezwała się na łamach tego dziennika pewna stara Wesz, obrońca tow. Donosiciela i Zdrajcy w jednym, która akurat w tych okolicznościach powinna siedzieć cicho, wiedziałem, że teraz to już nie może być dobrze. I nie było. Uaktywniła się „elyta” narodu. Reżyser, którego niezbyt udany film, przypominający rekonstrukcje wydarzeń Wołoszańskiego, nagle dzięki tej tragedii stał się popularny i przysłużył – co trzeba przyznać - popularyzacji wiedzy o Katyniu, musiał zabrać głos. I wtedy już było pewne, że miejsce pochówku podzieliło zbratanych (nomen omen!) na chwilę rodaków. No bo przecież, jeśli wielki „ałtorytet”, który potrafi odnaleźć diament w popiele, mówi, że Królewskie Wzgórze to nie jest godne miejsce dla Prezydenta, to z pewnością stoi za nim znaczna część społeczeństwa, która potem zbiera podpisy w Internecie i demonstruje tysiącami sprzeciw na skwerach i ulicach miast.

Tak oto po paru dniach skończyła się żałoba, zaczęło się jakże znajome ujadanie, wycie, skrzek, pisk, rechot...

O reszcie nie chce mi się nawet pisać. Mogliście sami to zobaczyć. Oczywiście dziennikarze tej gazety zachowali się, jak ten złodziej, co dla odwrócenia uwagi najgłośniej woła: „Łapaj złodzieja!” i znaleźli winnych zakłócenia atmosfery ogólnego pojednania i wzajemnej miłości, którzy na dodatek coś tam bredzili o możliwości jakiegoś zamachu. No a poza tym, jeśli nawet dziennikarze owej gazety popełnili jakiś nietakt, to przecież nikt nie będzie ich szantażował „tą trumną” (trumnami?). I to zwłaszcza w dniu, gdy naród się zgromadził na placu Naczelnika, by uczcić ofiary katastrofy. Niektórzy zresztą z tego narodu i tak stracili cierpliwość i zaczęli się przed czasem rozchodzić do domu.

Myśląc o tym wszystkim, zastanawiam się: Czego oni się tak boją? Co im przeszkadza, że na Królewskim Wzgórzu znajdą się dwie trumny więcej, które staną się w taki sposób symbolicznym uczczeniem wszystkich ofiar tej tragedii?

Czego się boją? No, cóż... Boją się właśnie tego symbolu. Boją się, że legenda Prezydenta, którego opluwano, wyszydzano, z którego kpiono i drwiono, zacznie rosnąć. Boją się, że nad tym mitem nie zapanują, że go nie powstrzymają, że te trumny, których się tak obawiają, ich przygniotą i stracą rząd dusz.

Kraków 18 IV 2010

 


Posted by Picasa

czwartek, 15 kwietnia 2010

Kilka zdjęć

Prezydent Lech Kaczyński


Wśród ujadania psów, wycia hien, rechotu, skrzeku i pisku różnych pomniejszych płazów i gadów śp. Prezydent Kaczyński sprawił, że mogłem poczuć się dumny, iż jestem Polakiem. Gdy innych bardziej obchodziła ciepła woda w kranie i gaz w ich kuchenkach, Prezydent RP pokazał prostą rzecz: że nie można odwracać głowy, gdy łobuz bije słabszego, nie można uchylać się od odpowiedzialności za innych w nadziei, że bandzior nas ominie i da święty spokój. Pokazał, że tę prostą zasadę można stosować także w polityce, nie tylko na ulicy. Warto wstawić się za słabszym, warto być „głupkiem” albo „dyplomatołkiem” wśród „cywilizowanych” narodów, nawet jeśli trzęsą nam się kolana ze strachu, że sami oberwiemy od bandziora.

Gdyby nie dokonał nic więcej, to byłoby i tak bardzo dużo.

Panie Prezydencie, jestem Panu wdzięczny za to i za wiele innych rzeczy. Szkoda, że nie wykorzystałem sposobności, by to Panu powiedzieć osobiście. Pozostanie już tylko te parę zdjęć.
A wycie hien trwa. Hien cmentarnych.

Władek Stasiak

Nie, nie byłem jakimś bliskim przyjacielem ministra Stasiaka. Ale zapamiętałem Go jako Władka. Na studiach obracałem się w gronie osób, które i On znał, i dość często Go widywałem. Być może nawet rozmawialiśmy lub zamieniliśmy parę słów. Niestety, nie pamiętam. Pamiętam Jego tekst dla pisma NZS-u „Komunikat” z wyprawy do Ameryki Południowej. Pamiętam, że już wówczas czułem do Niego szacunek, sprawiał wrażenie osoby bardzo solidnej, budzącej zaufanie, dobrego studenta, imponującego swoją fachową wiedzą, znajomością języków i człowieka bardzo dobrze wychowanego. Toteż gdy później śledziłem Jego karierę w Warszawie, cieszyło mnie to. Myślałem sobie wówczas: „To jest człowiek, któremu mogę ufać, na którego mógłbym głosować bez wahania, który może być wzorem dla innych”.

Od czasu do czasu widywałem Go na Mszy w kościele dominikanów we Wrocławiu.

Nie tak dawno, w marcu, miałem zaszczyt spotkać Go osobiście w Warszawie na pewnej uroczystości. Nie wiem, czy mnie pamiętał z czasów studenckich, ale to nie było najistotniejsze. Jeszcze w poniedziałek wielkanocny zobaczyłem Go niedaleko ulicy, na której mieszkam. Jadąc samochodem powiedziałem do brata: „O, zobacz, minister Stasiak. Tutaj?”

Teraz, kiedy myślę o Władku, kiedy przeglądam w prasie i Internecie te wszystkie wspomnienia potwierdzające moje własne odczucia, coś ściska gardło, nawet jeśli nie był bliskim przyjacielem. Takich osób potrzebuje Polska. Już niestety nie przygotuje żadnej ustawy ani reformy. Wiem jedno: mógłby być wzorem dla młodych pokoleń Polaków.

Barbara Mamińska

To zdjęcie zrobiłem właściwie przez przypadek. Po prostu moi znajomi rozmawiali z Nią na uroczystościach 19 marca. Towarzysząc im zatrzymałem się na chwilę. Pamiętam, że cieszyła się, bo wszystko poszło wyjątkowo sprawnie, choć było mało czasu. Nie wiedziałem wówczas, jak ma na imię, kim dokładnie jest, choć domyślałem się, że odpowiada za sprawy organizacyjne. Dopiero po katastrofie przeglądając zdjęcia, sprawdziłem stronę Prezydenta RP. Okazało się, że Pani Barbara, dyrektorka biura kadr i oznaczeń w Kancelarii Prezydenta też zginęła w tej strasznej katastrofie. To pewnie jedna z Jej ostatnich fotografii.

Przemysław Gosiewski

W zasadzie to nawet nie jestem w stanie napisać choć tyle, co o pani Barbarze Mamińskiej. Oczywiście znałem Go z telewizji. Na uroczystościach, na których znalazłem się właściwie przez przypadek, chętnie pozował do zdjęcia z moim bratem. Szkoda, że nie zamieniliśmy choć paru słów.

Z dziewięćdziesięciu sześciu osób, które zginęły tak tragiczną śmiercią, te cztery miałem okazję spotkać przez chwilę bezpośrednio. Niestety, nie utrwaliłem charakterystycznej sylwetki księdza Romana Indrzejczyka na wspomnianych wyżej uroczystościach.

Chciałbym przynajmniej w ten nieporadny sposób oddać Im hołd.

niedziela, 4 kwietnia 2010

sobota, 3 kwietnia 2010

„Jeśli nie ma zmartwychwstania,...


to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, że byliśmy fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstaną, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa...”
św. Paweł

Posted by Picasa