czwartek, 31 grudnia 2009

To, co mnie wkurzyło w mijającym roku

Obok wielu rzeczy, które mógłbym wymienić, ta szczególnie leży mi na wątrobie, bo dotyczy mojego rodzinnego miasta. Jest to tzw. „strefa egzaminacyjna” dla starających się o prawo jazdy. Pomysłodawca tej strefy widać zupełnie nie brał pod uwagę mieszkających i pracujących w jej obrębie ludzi. Ruch pojazdów oznaczonych literą „L” (samochodów osobowych, ciężarówek, motocykli, autobusów, samochodów z przyczepą) wyraźnie w ciągu ostatniego roku wzrósł. I to wzrósł do tego stopnia, że „eLki” utrudniają poruszanie się i parkowanie nie „tylko” innym użytkownikom drogi, ale również sobie nawzajem.


Nie wiem, dlaczego nikt w tej sprawie nie reaguje, choć ponoć mieszkańcy piszą skargi. Gdybym był dziennikarzem, miał na to czas i stosowne środki, to byłaby to sprawa numer jeden na mojej liście. Ci, którzy jeżdżą w obrębie ulic Kamiennej, Bardzkiej, Borowskiej, Ziębickiej, Armii Krajowej, po ulicach Brochowa oraz paru innych, wiedzą, jakim koszmarem jest przemieszczanie się po tym obszarze. Sam miałem okazję już kilka razy wdać się w kłótnie z instruktorami nauki jazdy, którzy mieli do mnie (sic!) pretensje, że ośmieliłem się zająć miejsce, na którym ich uczeń usiłował zaparkować. Gdy zauważyłem w rozmowie z jednym z nich, że ilość samochodów nauki jazdy na metr kwadratowy przekracza wszelkie wyobrażenia, zasłaniał się strefą egzaminacyjną. Jednak jego samochód nie był oznaczony jako egzaminacyjny. Dodam, że ruch „eLek” zaczyna się we wczesnych godzinach porannych, a kończy o późnych godzinach nocnych. Nie ustaje również w dni wolne. Już po drugim dniu świąt, w niedzielę można było samochody nauki jazdy zobaczyć ponownie na okolicznych ulicach.



Nie jest moją intencją walka ze szkołami nauki jazdy, bo chyba nikt normalny nie zaneguje potrzeby ich istnienia. Jednak sytuacja, w której utrudniają one życie mieszkańcom Wrocławia, a nawet stwarzają zagrożenie, nie powinna być tolerowana. Zagraniczny klient mojej znajomej, gdy zobaczył, co się tutaj dzieje, skomentował to w ten sposób: „U nas byłoby to niemożliwe. Wystarczyłaby interwencja dziennikarza i byłoby po sprawie”.


Być może pomysłodawca „strefy egzaminacyjnej” chciał stworzyć warunki, w których wszyscy kandydaci mieliby mniej więcej równe szanse. Tymczasem jest tak, jakby dał owym kandydatom ściągę z zadaniami i odpowiedziami, które mają pojawić się na egzaminie. Gra byłaby fair, gdyby do strefy egzaminacyjnej mogły wjeżdżać tylko pojazdy oznaczone naklejką „Egzamin” i których kierowcy faktycznie ten egzamin zdają. A najlepiej by było dla mieszkańców, aby takiej strefy w ogóle nie było albo by było ich przynajmniej trzy i zmieniały się co jakiś czas bez wiedzy instruktorów. W ten sposób nie mieliby pretekstu, by najeżdżać jeden obszar, zakładać tutaj swoje szkoły i wywoływać wściekłość mieszkających i pracujących tu ludzi.

Zapewniam, że to, co pokazano na zdjęciach, to pikuś. Sześć aut nauki jazdy (w tym ciężarówka, widziana na jednym ze zdjęć w tle) to nic, bywa znacznie, znacznie gorzej.

środa, 30 grudnia 2009

Podsumowanie na koniec roku

Wszyscy robią wokół podsumowania roku, więc będę mało oryginalny i też zrobię takie prywatne, pobieżne i niezbyt dokładne (co dla mnie typowe, niestety), a oparte w większości na moich własnych wpisach w blogu.

Literatura polska

Do głowy przychodzą mi przede wszystkim dwie rzeczy wybijające się wysoko ponad przeciętność: znakomite „Po śniadaniu” Eustachego Rylskiego oraz „Cantus” Polkowskiego. Nowe wiersze, nie tylko nowy tom, tego ostatniego to prawdopodobnie najważniejsze wydarzenie literackie tego roku. Jeśli starczy mi czasu i energii, to może za jakiś czas napiszę o tym nieco więcej. Bardzo ciekawy wydaje mi się też zbiór opowiadań „Brzytwa” Wojciecha Chmielewskiego, ale to tytuł z roku 2008. Można by pewnie dorzucić parę innych rzeczy, ale nic innego teraz nie przychodzi mi do głowy, a paru książek nie udało mi się przeczytać, kilka z nich czeka jeszcze w kolejce do lektury. Dużym rozczarowaniem było dla mnie „Chamowo” Białoszewskiego, dopiero teraz wydane w całości. Jednak z obowiązku odnotuję, że są tacy, którzy się nim zachwycają. Na przykład Zbigniew Bidakowski. Tylko częściowo się z nim zgodzę. Moim zdaniem to książka nieudana i ogromnie nudna.

Teatr

Bardzo ciekawe przedstawienie Krzysztofa Garbaczewskiego „Nirvana”. Aczkolwiek spektaklem, który zrobił na mnie największe wrażenie, jest przede wszystkim „Król Lear” w reżyserii Cezarijusa Graužinisa w Teatrze Współczesnym: pięknie zagrany, z pomysłową inscenizacją, bardzo poetycki, przejmująca opowieść o tragizmie i sensie lub bezsensie ludzkiego losu, gdzie nie „ślepych wodzą wariaci”, ale to błazen wiedzie szaleńców. Akurat przed pójściem na przedstawienie obejrzałem dzień wcześniej ponownie film Kurosawy nakręcony na podstawie sztuki Szekspira. Jeśli inscenizację porówna się do „Rana”, to porzeczka jest wysoko ustawiona. Litewski reżyser i kierowani przez niego aktorzy dali sobie z nią radę nadspodziewanie dobrze.

Dorzuciłbym do tego jeszcze „Wilgoć” Leszka Mądzika oraz piękną „Ostatnią ucieczkę”, ale to nie najnowsze spektakle, choć z różnych powodów dla mnie w tym roku ważne.

Być może byłoby coś więcej. Niestety (to ostatnio moje ulubione słowo) tzw. „kryzys” ( bo prawdziwy i na dodatek permanentny kryzys to był w czasach PRL-u) mnie dopadł i musiałem zrezygnować z częstego chodzenia do teatru.

Film

Mógłbym powtórzyć ostatnie zdanie z poprzedniego akapitu, zmieniając tylko słowo „teatr” na „kino”.

Wydarzeniem był moim zdaniem dokumentalny „Marsz wyzwolicieli” Grzegorza Brauna.

„Rewers”, mimo powszechnych zachwytów, nie wzbudził mojego entuzjazmu i ciągle zastanawiam się dlaczego. Tak, znakomicie zrobiony. Tak, bardzo dobra gra aktorów. Tak, świetne czarno-białe zdjęcia (choć wystarczyłoby chyba jedno ujęcie z lustrem, by docenić oryginalność tego chwytu). Tak, wysmakowana muzyka Włodka Pawlika (ale czy faktycznie pasująca do klimatu tamtych czasów?). Może się czepiam... A może zniechęciła mnie usłyszana uwaga reżysera rzucona gdzieś w radiu – coś o tym, że dosyć już z bohaterami ze spiżu i marmuru czy jakoś tak. A mi się wydaje, że mimo 20 lat wolności brakuje niezakłamanych filmów o prawdziwych polskich bohaterach. Zwłaszcza o tych, którzy po 1945 nie złożyli broni lub którzy zginęli z rąk komunistów. „Generała Nila” trzeba zobaczyć, ale nie jest to film wybitny, na miarę „Przesłuchania”.

Polityka

Przede wszystkim afera hazardowa i rozcieńczanie tego wybuchowego koktajlu tak, by stał się niegroźnym kompocikiem.

Muzyka

Parę ciekawych rzeczy by się znalazło. Ale kto to ogarnie? Jedynie drobną cząstkę udało mi się usłyszeć. Nowa płyta Voo Voo nie powaliła mnie na kolana.

Technologia

Elektroniczne czytniki książek. Choć lubię tradycyjną książkę i nie wyobrażam sobie mieszkania bez solidnej biblioteczki, to od dłuższego już czasu obserwuję z fascynacją rozwój wcale nie takiej nowej koncepcji i technologii, jaką są tzw. „ebooki”. Będziemy o tym słyszeć coraz więcej. Też lubię zapach papieru i dotyk zadrukowanych kartek, ale myśl, że mogę mieć np. w torbie podróżnej urządzenie, na którym mam zapisaną sporą bibliotekę i nie muszą się zastanawiać, z czego zrezygnować, by nie przeciążać bagażu, jest ekscytująca. Jeszcze bardziej pociąga taka perspektywa jeśli jest się nauczycielem, który musi codziennie dźwigać parę kilogramów książek. To właśnie do nich i do studentów oraz uczniów powinni swoją ofertę skierować producenci i dystrybutorzy elektronicznych czytników. Pomyślcie tylko, że wasze dziecko nie będzie musiało pożyczać lektur z biblioteki, bo będzie miało cały kanon w małym, podręcznym i lekkim tornistrze, a jeszcze do tego wszystkie potrzebne podręczniki. Albo wyobraźcie sobie, że jako studenci filologii będziecie mieli dostęp do całej klasyki, bez potrzeby ruszania się z domu; że skompletowanie wszystkich utworów Fredry, Norwida czy Kochanowskiego nie będzie stanowić najmniejszego problemu, bo arcydzieła literatury światowej i polskiej będą osiągalne za darmo i tylko ekskluzywne i ilustrowane wydania będą dostępne za opłatą. A tak swoją drogą, czy ktoś w ogóle myśli u nas o tym i pracuje nad tym, by polski dorobek literacki zacząć systematycznie udostępniać właśnie w tej formie? Coś robią w tej dziedzinie instytucje opłacane z kieszeni podatnika? A może jakieś prywatne instytuty?

Wydarzenia dziwne i niezwykłe

Sarna na Świdnickiej.

Moje ulubione zdjęcie

Drzewo. Parę innych też, ale gdybym miał wybrać tylko jedno, to byłaby to właśnie ta fotografia.

piątek, 25 grudnia 2009

Nowe wiersze Polkowskiego

Zajęty świątecznymi porządkami nie kupiłem „Rzeczpospolitej” przed Bożym Narodzeniem i byłbym przegapił prezent, jaki poeta sprawił nam na święta. Dopiero dzisiaj zajrzałem na stronę gazety i proszę: Nowe wiersze Jana Polkowskiego! Jednak warto czasem poczekać nawet parę ładnych lat, by móc przeczytać coś takiego.

czwartek, 24 grudnia 2009

„Bóg się rodzi, moc truchleje...”

Dużo prawdziwej radości w sercu oraz ciepłych, rodzinnych (lub spędzanych przynajmniej w gronie najbliższych przyjaciół) Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom blogów (nie tylko tego).



A oszołomom, którym strasznie przeszkadza krzyż i którzy być może w przyszłym roku będą usuwać również bożonarodzeniowe szopki oraz planować w swoich pozbawionych symboli religijnych pokojach ostateczne rozwiązanie kwestii chrześcijańskiej, polecam w ten wolny (podarowany im przez chrześcijan) czas felieton Żyda Bena Steina.


Wszystkim zaś, obojętnie od wyznania i przekonań, trochę śmiechu od kota Simona:

wtorek, 22 grudnia 2009

Machina Paźniewskiego, cz. I


Eseistykę Paźniewskiego lepiej jest dozować stopniowo czytając ją w odstępach kilku lub nawet kilkunastotygodniowych, jeśli się wcześniej z nią nie zetknęło. Jest jak szalona podróż w czasie i przestrzeni z nagłymi przeskokami. Raz jest to Triest, innym razem Aleksandria lub Lwów, pustynia Egiptu lub gotyckie budowle Torunia. Rok 1999 lub 1638, średniowiecze, antyk lub czasy nam współczesne. Nadmierna dawka może doprowadzić do zawrotu głowy i mdłości od przesytu. Jeśli jednak poczekać nieco, nieodparcie po jakimś czasie poczujemy pragnienie, by znowu udać się w tę zwariowaną podróż machiną Paźniewskiego.


Gdyby trzymać się tego porównania do podróży (a lektura kolejnego zbioru eseistyki autora „Kołnierzyka Słowackiego” zawsze jest podróżą), to można by powiedzieć, że czytelnik przyzwyczajony do tradycyjnego w formie eseju poczuje się tak, jakby przesiadł się nagle z powolnej furmanki zaprzężonej w ospałą chabetę do statku kosmicznego z filmów science-fiction. Takiego pojazdu, który potrafi błyskawicznie przyspieszyć, ale też zwolnić, zawisnąć nad niezwykle atrakcyjnym widokiem, zanurzyć się w podwodnym świecie raf koralowych i wystrzelić nagle ku gwiazdom.


Nie jest to bynajmniej przesada. Wystarczy porównać „Eseje wędrowne" Paźniewskiego do choćby klasycznej eseistyki Herberta. Nie ujmując nic zaletom herbertowskiego stylu, mam wrażenie, że czytanie np. „Labiryntu nad morzem” jest jak – horribile dictu! – czytanie wypracowania, streszczenia z lektur (a także relacji z podróży, to fakt). Przy szkicach Herberta ma się świadomość, że autor spędził długie godziny, tygodnie, a nawet miesiące w bibliotece wertując tom po tomie, cierpliwie wynotowując pasjonujące go szczegóły i detale; że twórca niejedno popołudnie poświęcił być może ze szkicownikiem w dłoni przyglądając się interesującym go dziełom sztuki, dotykając pęknięć w mozaikowej posadce starożytnego pałacu, dumając nad ruinami świadczącymi o dawnej świetności minionych potęg. A potem cyzelował cierpliwie zdania.


Czytając Paźniewskiego mam nieustannie wrażenie młodzieńczego wigoru, ogromnej pasji poznawczej. I choć także tutaj znać, że autor spędził niejedną godzinę w bibliotece, to jego eseje są świadectwem jakiegoś wewnętrznego rozedrgania, próby oglądu poznawanej rzeczy pod różnymi kątami, z różnych, często nieoczekiwanych, perspektyw, a ogromną rolę odgrywa w tym wyobraźnia i poetycka wrażliwość. Jeśli u Herberta w, dajmy na to, „Lekcji łaciny” mamy dwie lub trzy płaszczyzny czasowe, to u Paźniewskiego w „Zapachu drzewek figowych” tych płaszczyzn jest co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście. Zmienia się też, jak już zauważyliśmy wcześniej, położenie geograficzne: Triest, Prowansja, Tunis, Dubrownik, Milet, Chiny, Sahara, Termopile, Salt Lake City... Jest to przy tym gra zaskakujących skojarzeń, łączenia odległych zdawałoby się szczegółów. Głos zostaje oddany postaciom zmyślonym, ale też i ludziom z krwi i kości. Fikcja miesza się z rzeczywistością. A do tego wszystkiego jeszcze eseje autora „Europy po deszczu” nie mają zwykłego początku, rozwinięcia i zakończenia. Właściwie ciekawym eksperymentem byłaby próba przeczytania np. „Esejów wędrownych” od końca.


Nie chciałbym być źle zrozumiany: nie jest moją intencją deprecjonowanie eseistyki Zbigniewa Herberta. Sam ogromnie sobie cenię „Martwą naturę z wędzidłem”, książkę, która wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, że przyśniła mi się potem jako księga zbudowana ze światła. Inną kwestią są też wartości poznawcze i artystyczne. Tutaj chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na zasadniczą odmienność twórczości eseistycznej Paźniewskiego od tego, do czego z reguły jest wciąż przyzwyczajony polski czytelnik.


W „Esejach wędrownych”, jak i w pozostałych zbiorach cyklu, można znaleźć mniej lub bardziej obszerne fragmenty poświęcone sztuce eseju właśnie. Już, gdy autor pisze o krytyce literackiej i „umysłowości kołchozowej”, tak charakterystycznej dla krajobrazu intelektualnego współczesnej Polski, to tym samym pośrednio podaje przyczyny, dla których ta sztuka stoi u nas na tak niskim poziomie:


„Dzisiejsza krytyka polska doskonale obywa się bez finezji, głębszych refleksji i błyskotliwej stylistyki. (...)

Oryginalne myślenie zostało uznane za zaginione bez wieści. Wszędzie manko wysiłku i wytrwałości. (...)

Myśleć znaczy łączyć to, co nie połączone i odkrywać zupełnie nowe proporcje, związki i zależności. Niestety umysłowości kołchozowej, która zdominowała polskie życie intelektualne, nie stać na postrzeganie wydarzeń, zjawisk i tendencji z odmiennej perspektywy, bo to w pierwszej kolejności wymaga poczucia dystansu do siebie i najbliższego otoczenia. To kołchozy umysłowe wprowadziły podział na pisarzy «naszych» i «pozostałych». (...)

(...) w obrębie kołchozu umysłowego istnieje jeden rodzaj refleksji: myślenie na zamówienie. Powszechność tego rytuału sprawia, że, jak utrzymują niektórzy obserwatorzy życia społecznego w naszym kraju, tak naprawdę współczesna kultura polska znajduje się w stanie zapaści. To już nie rozkład, lecz zanik.
(...)

Wyćwiczone do banalnych drobiazgów myślenie stadne, okazuje się pełne ograniczeń, dodatkowo skrępowane cenzurą «politycznej poprawności».”
(s. 75-77)

Można polemizować z przedstawieniem sytuacji polskiej kultury współczesnej w tak jednoznacznie negatywnym świetle, ale nie sposób przyznać autorowi racji, że krytyk literacki z prawdziwego zdarzenia – a tym samym możemy się domyślić, iż również nietuzinkowy eseista – powinien być przeciwieństwem „umysłowości kołchozowej”, a „łączenie tego, co nie połączone i odkrywanie zupełnie nowych proporcji, związków i zależności” to także podstawa dobrego eseju.

Włodzimierz Paźniewski, Eseje wędrowne, Katowice 2006.


CDN.

sobota, 12 grudnia 2009

Quetzal – ptak, który ginie w klatce


Jan Zieliński we wstępie do najnowszego tomu listów Andrzeja Bobkowskiego pisze, że w ciągu ostatnich lat „ukazało się wiele wydań prozy Bobkowskiego w różnych konfiguracjach”. To prawda. Zapewne z pożytkiem dla zdobywania nowych czytelników jego twórczości, ale ku konfuzji jej miłośników. Biorąc do ręki kolejny wybór czy też zbiór eseistyki lub opowiadań autora „Szkiców piórkiem” zastanawiam się nad tym, czy już tego wszystkiego nie mam, ale w innym wydaniu, a być może w dwóch czy trzech różnych książkach. Aż prosi się o jakieś uporządkowanie tej spuścizny, jakieś dzieła zebrane. W końcu to pisarz dla polskiej literatury ważny, choć ciągle mało znany przez szersze grono czytelników. Tylko błagam: żadnych wydań w grubych okładkach! Bobkowski to nie pisarz, którego książki powinien pokrywać kurz dostojnych muzealnych instytucji. „Szkice piórkiem” najlepiej byłoby wydrukować jako tzw. „pocketbook”, w dwóch lub trzech tomach, w miękkiej ładnej oprawie – na przykład takiej, w jakiej wyszło wznowienie „Dziennika z podróży” – aby tę książkę można było wygodnie wrzucić do kieszeni płaszcza lub do plecaka wybierając się np. na rajd rowerowy (Notabene miałem coś takiego – dwutomową, kieszonkową edycję opublikowaną nakładem oficyny „Pomost” pod koniec lat osiemdziesiątych. Niestety! Pierwszy tom nieopatrznie pożyczyłem i nigdy go już nie odzyskałem).

Tobie zapisuję Europę. Listy do Jarosława Iwaszkiewicza” to na szczęście najnowsza publikacja dorobku autora „Coco de Oro”, co do której nie ma obawy pomyłki – te listy po raz pierwszy ukazują się w formie książkowej; to również następna publikacja, po jaką sięgną z zaciekawieniem znający „Szkice piórkiem”, ale już może niekoniecznie ci, którym to pisarstwo jest obce. Przy okazji warto nadmienić, że jest to już kolejna książka Bobkowskiego wydana przez „Więź”, wydawnictwo dość zasłużone dla popularyzowania jego spuścizny.

Gdybym nie wiedział nic o kontaktach Bobkowskiego z Iwaszkiewiczem, z pewnością książka „Tobie zapisuję Europę” byłaby dla mnie zaskoczeniem. Trudno bowiem sobie wyobrazić dwa charaktery tak odmienne: z jednej strony Bobkowski, który wybierając Gwatemalę, opuścił Europę, by cieszyć się prawdziwą wolnością i własnymi rękami wykuwać swój los, poczuć życie pełną piersią; który zniesmaczony tym, co działo się na starym kontynencie pisał o nim jako „Europalager”; z drugiej dostojny poeta i prozaik, który uwił sobie wygodne gniazdko w komunistycznym „raju”, nie próbując nawet skorzystać z nadarzających się okazji (mógł przecież podróżować), by wybrać życie w wolnym kraju. To o nim w końcu Bobkowski napisał do Jerzego Giedroycia– „Iwaszkiewicz zupełna kurwa” – co też Zieliński przytacza w swoim wstępie „Pożegnanie Europy. Tryptyk”. A jednak 20 zebranych listów i kart pocztowych oraz jeden telegram świadczą o wzajemnej sympatii! Jak to tłumaczyć? Po pierwsze chyba fascynacją prozą zwłaszcza, a także poezją autora „Oktostychów”. To przecież m.in. jego utwory Bobkowski zabrał ze sobą do Ameryki Środkowej. Trzeba też uwzględnić relacje osobiste, o których naturze trudno do końca wnioskować znając tylko listy jednej strony, choć Zieliński sugeruje na podstawie dostępnych fragmentów, że świadczą one „o wielkiej zażyłości, o bliskości, jaka połączyła w Paryżu obu pisarzy”. Być może. Mam tylko nadzieję, że wydawcy zaoszczędzą mi kolejnych rewelacji typu „mogłem chędożyć Czesia Miłosza”. Nie zmieniłoby to wprawdzie mojej oceny twórczości Bobkowskiego, co najwyżej potwierdziło moją opinię o upadłości natury ludzkiej. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że to m.in. na łamach Iwaszkiewiczowskich „Nowin Literackich” publikować mógł autor „Szkiców piórkiem” swoje utwory, wspomagając tym samym finansowo pozostającą w Krakowie matkę. Nie bez znaczenia jest to, że Iwaszkiewicz wysoko ocenił prozę Bobkowskiego, czego ślad możemy odnaleźć w wydanych właśnie listach.

Sama korespondencja obejmuje zresztą krótki okres, bo zaledwie półtora roku (jeśli nie liczyć telegramu z 1958 r.). Zieliński w swoim szkicu pisze o trzech, a w zasadzie czterech okresach w tej wzajemnej relacji: oczarowaniu, rozczarowaniu oraz „porzuceniu i... pojednaniu” (to ostatnie trochę chyba jednak na wyrost). Nie mogło być inaczej i to z powodów, które wspomniałem wyżej.

Zawsze, gdy słyszę pojękiwania jakichś literatów, że musieli iść na kompromisy, by pisać te swoje „cudowne” książki (kto je będzie jeszcze pamiętał za dekadę lub dwie?) lub gdy czytam takież ich usprawiedliwienia ze strony krytyków, przypomina mi się przypadek Bobkowskiego. On nie jęczał, nie żalił się. Wybrał wolność. W jakich trudnych mu przyszło żyć warunkach, świadczą choćby tomy opublikowanej już poprzednio korespondencji. Z trudem wiążąc koniec z końcem, budując swój własny biznes modeli samolotów, nie zapominał przy tym o pozostającej w rządzonej przez komunistów Polsce matce. Starał się ją zawsze wspierać materialnie, choć nie było to dla niego łatwe. W ostatnim liście do Iwaszkiewicza z 26 grudnia 1948 roku, wysłanym z Gwatemali, pisał tak:

„Mój drogi - czemu mi piszesz, że «taki człowiek jak ty musi robić wiatraczki». Co rozumiesz przez «taki»? Ja nie jestem żaden «taki» - jestem sobie «ja» i już. A wiatraczki? Chyba znasz tę przypowieść o Św. Janie Ewangeliście. Przychodzi do niego jakiś mędrzec i widzi - o zgrozo - że Św. Jan struga klatki dla ptaszków. Zgorszony, że nie zastaje go nad księgami, mówi mu o tym. A na to Św. Jan: «Spróbuj bez przerwy łuk napięty trzymać, a Pęknie ci w rękach». Ja, w sobie, trzymałem niejeden napięty i już od dłuższego czasu. Bałem się, że zaczną trzaskać. Nie żałuj mnie. Co mam robić? Pisać? Ja wiem, że nic wielkiego nigdy nie napiszę. Czy sądzisz, że siedzenie w jakimś biurze byłoby lepsze. Brrr - nie znoszę biur. Ja jestem, godło Guatemali - ich ptak, quetzal. Istnieją tylko wypchane okazy, bo żywe, w klatce, zdychają po kilku dniach. A ja nie mam ochoty zdechnąć i żeby mnie oglądali wypchanego”.

Zestawcie sobie teraz to wszystko z jakimś literatem, który w PRL-u donosił nie tylko na swoich kolegów, ale również na własnego ojca, biorąc jeszcze za to pieniądze, a potem stał się tzw. „autorytetem moralnym”!

Notabene na zbliżony do Bobkowskiego radykalizm, choć w nieco innej formie, zdobył się w czasach komunizmu Jan Polkowski, gdy zdecydował się swoją poezję publikować od samego początku w tzw. „drugim obiegu”, poza zasięgiem cenzury, pozostając jednak w Polsce. Skazywał się w ten sposób praktycznie na poetycki niebyt wśród szerokich rzesz czytelników, ale zachowywał swoją wolność.

Zawsze czytam publikowaną korespondencję pisarzy z pewnym zakłopotaniem. To zakłopotanie nie mija mi także przy lekturze listów autora „Szkiców piórkiem”. Sporo w nich rzeczy, które nie do końca są jasne, zwłaszcza jeśli brakuje kontekstu, jaki tworzą listy adresata (a tak jest w tym przypadku); dużo spraw błahych, tworzących co najwyżej pewne tło, ale nie wnoszących nic istotnego myślowo, ważnych może w czasach, w których o nich pisano. Obraz jest fragmentaryczny, poszatkowany. Z drugiej strony pozwalają one uchwycić właśnie fragmenty tamtej rzeczywistości, jakby patrzyło się przez gęste listowie: coś tam niby widać, ale zaraz wieje wiatr i zasłania widok, odsłaniając co najwyżej kolejny wycinek. A są tutaj urywki rzeczywistości powojennej, oglądanej przez pryzmat relacji osobistych, kontaktów z przyjeżdżającymi z komunistycznej Polski intelektualistami. Można też odnaleźć pewne wątki, szczegóły, które znalazły rozwinięcie lub pełniejszy czasem wyraz gdzie indziej. Bywa, że jest to spojrzenie na te same wydarzenia, jakby z innej perspektywy, pod innym kątem; uzupełnienie znanych nam kawałków układanki. W tym przypadku będzie to dojrzewanie do decyzji wyjazdu z Europy, sam wyjazd oraz pierwsze wrażenia z dalekiej Gwatemali. Niewiele tego wprawdzie, ale jakby kolejny odłamek mozaiki.

Bobkowskiego warto czytać choćby dlatego, że nawet po upływie ponad pół wieku, w zmienionym kontekście, ma ciągle coś ważnego nam do powiedzenia o Europie. W tym spojrzeniu na stary kontynent jest dużo bliższy takiemu Wojciechowi Cejrowskiemu niż niejednemu popularnemu intelektualiście. Chyba w wielu kwestiach byliby ze sobą zgodni, może nawet poglądy Bobkowskiego byłby pod pewnymi względami ostrzejsze, może w innych kwestiach ostro by się posprzeczali. Wybrali jednak Amerykę Łacińską z nieco podobnych pobudek. Zresztą wystarczy przeczytać, co Bobkowski napisał o nowym życiu w Gwatemali w cytowanym już wyżej liście:

„Okropnie mi się tu podoba. Człowiek czuje, że żyje. Nareszcie w postawie «spocznij», a nie ciągle na «baczność» jak obecnie w tym Europalager. Ci ludzie mają fantazję, mają wszystkie cechy, z których słynęli Europejczycy, potem Anglosasi, aż do chwili, w której ich wykastrowano, mówiąc za St. Exupéry. To trzeci świat in spe, nie mówi się o nim wiele, ale on tworzy się”.

Ciekawe, czy powtórzyłby te słowa dzisiaj? Domyślam się, że tak.

A. Bobkowski, Tobie zapisuję Europę. Listy do Jarosława Iwaszkiewicza, Warszawa 2009.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Na czas adwentu

postanowiłem zawiesić regularne pisanie w blogu.

Nie jest to tym razem żart. Moim zamiarem był eksperyment z blogiem prowadzonym codziennie, w którym zamieszczałbym notki o książkach, filmach, muzyce i teatrze, przeplatane własnymi próbkami fotograficznymi i komentarzami na różne interesujące mnie tematy. Niestety, ten eksperyment się nie powiódł. Nienormalne godziny pracy, codzienne zmęczenie, wysoki poziom frustracji, a przy tym kłopoty finansowe uniemożliwiły mi zrealizowanie w pełni mojego zamiaru i utrzymaniu codziennika na w miarę znośnym poziomie. O regularnym chodzeniu do kina czy teatru, systematycznej lekturze książek i czasopism, częstym słuchaniu nowości płytowych mogę zapomnieć. Przynajmniej dopóki coś się nie zmieni i nie znajdę sensownego wyjścia z obecnej sytuacji, które zapewniłoby mi stabilizację finansową i wreszcie nieco wolnego czasu. Na razie takiego wyjścia nie widzę. Mam wrażenie przebywania w ślepej uliczce.

Być może od czasu do czasu zamieszczę jakiś krótszy lub dłuższy tekst, ale obecnie zamierzam odpocząć od Internetu, robiąc wyjątek dla regularnego czyszczenia skrzynki pocztowej.

niedziela, 29 listopada 2009

Jaki brzydki ten Wrocław!

Jakoś tak wypadło, że dopiero dzisiaj, korzystając ze słonecznej pogody, postanowiłem zobaczyć panoramę Wrocławia z dachu odnowionej "Renomy". Byłem zaskoczony brzydotą miasta. Jesień obnażyła ją bezlitośnie. To, co może jeszcze w lecie zakryłyby liście, było widoczne jak na dłoni: brzydkie, szare, chaotycznie, bez składu i ładu porozrzucane budowle. Jedynie spojrzenie w kierunku starego miasta dało nieco wytchnienia oczom. Tam uchowały się skrawki świetności dawnego Breslau, choć niestety i tu wkradły się potworki jak ze snu wariata.

Gdy jakiś Wrocławianin będzie przed Wami zachwalać piękno tego miasta, nie wierzcie! Zazwyczaj widzi tylko to, co chce widzieć.

sobota, 28 listopada 2009

Polska jako Las Ardeński?

A dlaczego by nie?

Prawowitego władcę przepędza uzurpator. Czy Polska nie mogłaby dać mu schronienia? Może uzurpator się opamięta i założy włosiennicę?

piątek, 27 listopada 2009

Powrót Polkowskiego

uważam za jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze, wydarzeń literackich ostatniego roku. Dlatego zachęcam do lektury dwóch kolejnych recenzji wyłowionych z sieci: Andrzeja Franaszka i Tadeusza Nyczka, a potem do skonfrontowania opinii krytyków z własnymi wrażeniami z lektury.

czwartek, 26 listopada 2009

O interpretowaniu poezji Polkowskiego

Z recenzji A. Horubały:

„Jego poezja, choć rządząca się skrótem, strzępem, to jednak często wręcz przeładowana znaczeniami, tropami, różnorodnymi skojarzeniami rozsadzała ramy wiersza i tradycyjnej liniowej wyobraźni”.

Parę lat temu, gdy myślałem o twórczości Jana Polkowskiego, stwierdziłem, że właściwie do interpretacji jego utworów można by użyć najnowszej techniki komputerowej, przedstawiając jego wiersze w postaci trójwymiarowych, a raczej wielowymiarowych wizualizacji, którym towarzyszyłaby muzyka, a kolejne kliknięcia myszy otwierały nowe obrazy, cytaty, odniesienia. W ten sposób możliwe stałoby się oddanie niezwykłej przestrzeni poetyckiej kreowanej przez autora.

środa, 25 listopada 2009

Prawdziwe święto poezji


Nowy tomik poetycki Jana Polkowskiego nie powinien być chyba dla mnie zaskoczeniem, a jest. Nie powinien, bo przecież pojawienie się w roku 2008 zbioru „Elegie z Tymowskich Gór” zapowiadało możliwość powrotu autora, który milczał prawie 20 lat. Notabene wydana wówczas książka nie była wznowieniem „Elegii z Tymowskich Gór i innych wierszy” z 1990 r., jak gdzieniegdzie zdarzało mi się przeczytać, ale nową wersją – zawierała bowiem tytułowy cykl wzbogacony o niepublikowane w formie książkowej liryki, pomijała natomiast wybór poezji z lat wcześniejszych, znanej czytelnikom wydawnictw drugiego obiegu.

Mimo to, recenzja Andrzeja Horubały, jaką znalazłem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, była dla mnie dużą niespodzianką. Niespodzianką i radością, bo nie spodziewałem się, że tak szybko po „Elegiach...” otrzymamy nowe, nieznane i niepublikowane do tej pory wiersze Polkowskiego. Jeszcze większą radość sprawiło mi znalezienie tomiku „Cantus” (bo tak zatytułował swoją najnowszą książkę autor) na księgarskiej półce.

Rzecz jasna nie zamierzam pisać recenzji. Książkę mam ledwo parę godzin i przeczytałem dopiero tylko kilka z tych wyjątkowo pięknych utworów. Zachęcam do lektury na portalu „Frondy” pełnej wersji tekstu A. Horubały pod znamiennym tytułem „Poezja powraca razem z Janem Polkowskim”. Nie wiem wprawdzie, czy podzielając opinię Horubały o niezwykłej randze dokonań poetyckich autora „Drzew”, zgadzam się w pełni z jego analizą nowej publikacji, ale trudno mi wdawać się w polemikę po powierzchownym przeczytaniu kilku wierszy.

Mogę jednak już teraz zachęcić do sięgnięcia po najnowszą poezję Polkowskiego. Od dawna uważam, że to jeden z najważniejszych poetów polskich przełomu XX i XXI wieku. Nawet, jeśli milczą o nim podręczniki szkolne, a co niektórzy kojarzą jego nazwisko co najwyżej ze słynnym swego czasu wierszem Marcina Świetlickiego.

wtorek, 24 listopada 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

„You’re Beautiful” – bez obróbki




Ta parodia tak mnie rozbawiła, że nie mogłem się powstrzymać, być jej tutaj nie zamieścić.

niedziela, 22 listopada 2009

Przebieranki u Szekspira

Nic nie jest takie, jakie się wydaje. I nikt.
Choć czasem serce może odgadnąć to, czego nie widzą oczy.
Banał, banał, banał...
A jednak ta gra pozorów fascynuje.

sobota, 21 listopada 2009

Van Damme albo prezydent Ropucha

- Van-Dam-zo-stał-pre-zy-den-tem-pre-zy-den-tem. Van-Dam... – podskakiwał wesoło Prosiaczek.

- Van Rompuya – warknął przygnębiony Kłapouchy. Próbował właśnie zasnąć.

- Van-Da... – mały przyjaciel Kubusia Puchatka zatrzymał się w połowie kroku – Van-kto?

- Van Rompuya – westchnął osiołek.

- A kto to taki?!! – Prosiaczek patrzył na ponuraka swoimi małymi oczkami, które ze zdumienia stawały się okrągłe jak dwa guziczki.

- No przecież każdy dobrze... Aaaa... zresztą! – Kłapouchy machnął ogonkiem i przewrócił się na plecy. Ponuro wpatrywał się w pochmurne niebo. Jak na listopad było wyjątkowo ciepło.

- Van Ropucha? – Starał się nie zniechęcać Prosiaczek.

- Uffff!!! – westchnął zamiast odpowiedzi Kłapouchy martwo gapiąc się w szare skłębione obłoki.

Prosiaczek stał jeszcze chwilkę licząc na to, że osiołek jednak powie coś więcej. Ten jednak dalej tępo wbijał wzrok w niebo i od czasu do czasu ciężko wzdychał.

- Hmm... Pójdę do Krzysia. On mi na pewno wyjaśni, kim jest pan Ropucha – szepnął do siebie mały przyjaciel Kubusia Puchatka i nie oglądając się za siebie pognał szybciutko przez Stumilowy las.

czwartek, 19 listopada 2009

Żółto-czerwono...


było, gdy Kłapouchy wreszcie na chwilę otworzył oko. Potem znowu zasnął. Może zapadł w sen zimowy. Zmęczył się biedaczek.

Posted by Picasa

poniedziałek, 16 listopada 2009

- Dzisiaj jestem zmęczony

Jutro będę zmęczony.
I pojutrze też.
Idę spać - mruknął Kłapouchy popadając w coraz bardziej melancholijny nastrój.

niedziela, 15 listopada 2009

„Będą was wydawać sądom...”

Te słowa z Ewangelii św. Mateusza nabierają w dzisiejszych czasach nowego znaczenia. Okazuje się bowiem, że przeciwnicy chrześcijaństwa znaleźli „humanitarną” metodę walki z uczniami Chrystusa. Już nie strzelają do nich, nie wieszają ich, nie wysadzają w powietrze kościołów czy cerkwi. Oni po prostu idą przeciwko nim do sądów, broniąc rzekomo w ten sposób „tolerancji” i „wolności”. I tak oto dożyliśmy czasów, gdy wyzwoliwszy się z okowów komunizmu, ponownie jesteśmy świadkami walki o krzyże. Jeszcze nie w Polsce, ale już pewna pani szykuje się do tego, by ponieść kaganiec... tzn. „kaganek oświaty” i w naszym kraju.

Nie chodzi zresztą „tylko” o symbole. Zagrożona jest wolność słowa, swoboda głoszenia własnych poglądów i życia w zgodzie z własnymi przekonaniami. Przykładem w Polsce był kontrowersyjny wyrok w procesie przeciwko „Gościowi Niedzielnemu”. Zdaje się, że jako chrześcijanie możemy sobie tak ogólnie potępiać (przynajmniej jeszcze) aborcję, ale nie mamy już prawa powiedzieć, co myślimy o postępowaniu konkretnej pani Kowalskiej. Batalia przeciwko chrześcijaństwu dopiero się rozkręca. Kolejnym do odstrzału jest red. Terlikowski. Jestem ciekaw, jaki wyrok będzie w tej sprawie, jeśli dojdzie do procesu. I kto będzie następny? Owe 12 tys. sygnatariuszy listu solidarności z ks. Gancarczykiem?

środa, 11 listopada 2009

Dzień Niepodległości

„Święta, święta i po świętach” – zaryczał Kłapouchy próbując dostrzec ogonek, czy przypadkiem nie przypaliła go jakaś petarda.

wtorek, 10 listopada 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Tak, zburzmy ten cholerny pałac!

Wyjątkowo zgadzam się z Radosławem Sikorskim: Pałac Kultury i Nauki należy, a właściwie to już dawno należało zburzyć. Nie rozumiem przywiązania Polaków do tego symbolu zniewolenia, jaki postawiono w centrum stolicy. Takich „pałaców” na wschodzie można znaleźć na pęczki. Kiedyś wyobrażałem sobie, że gdy Polska odzyska niepodległość, to właśnie ten budynek będzie jednym z pierwszych monumentów komunizmu, jakie znikną z powierzchni ziemi. Tymczasem ta ohyda stoi dalej. Podoba mi się też pomysł stworzenia w jego miejsce parku na wzór Central Parku w Nowym Jorku.

Swoją drogą szkoda, że nie pomyślano o takiej zielonej wyspie we Wrocławiu np. w okolicach Powstańców Śląskich. Zamiast tego powstaną kolejne – jeśli powstaną – jakże urocze „drapacze chmur”. No, cóż... liczy się forsa i cena gruntu...

niedziela, 8 listopada 2009

Z życia mikrobów XIII – Michael Stone, czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Niegdyś nazywał ich „pedałami” i nawet do tej pory można myszkując po Internecie natknąć się na nagranie, które to potwierdza. Lecz dzisiaj na pytanie, czy przyjąłby zaproszenie na homoseksualną imprezę organizowaną pod hasłem „Duma”, Michael Stone odpowiada: „I would be more than happy”. Wciąż jest ponoć konserwatywnym politykiem, a konserwatyzm w krainie, z której pochodzi, kojarzy się wielu m.in. z wiernością chrześcijańskim wartościom, ze szczególnym wskazaniem na te, które głosi Kościół katolicki. Choć ta wierność nie oznacza koniecznie pogardy dla drugiego człowieka i obrzucanie inwektywami, wyborcy zaufali Michaelowi i wybrali go mając nadzieję, że w stolicy gnijącego imperium będzie stać na straży tego, co niegdyś było jednym z filarów cywilizacji i potęgi nie tylko jego własnego kraju.

Czy coś się zmieniło? No, cóż, pan Stone spotkał się z niesłusznymi posądzeniami o antysemityzm akurat wówczas, gdy objął dość atrakcyjne stanowisko w parlamencie gnijącego imperium. Nie wszyscy krajanie się za nim wstawili, by odeprzeć te podłe zarzuty w imię narodowej solidarności, a przede wszystkim wierności prawdzie. Michael Stone widać postanowił bronić sam swojej ciężko zdobytej synekury i pokazać, że też jest światły, a jego rodacy są zacofanymi ciemnogrodzianami na innym etapie rozwoju. Ot, ciemny lud, który nie dorósł do prawdy, że homoseksualizm to tzw. „orientacja seksualna”. Jeśli dowiemy się w najbliższej przyszłości, że Michael ma właśnie „wychodzić za mąż”, nie powinno nas to specjalnie zdziwić. Nawet jeśli dzisiaj się zarzeka, że małżeństwo zarezerwowane jest dla związku dwojga osobników przeciwnych płci. On się tak zarzeka, bo to po prostu jeszcze nie ten etap.

Przy okazji warto wspomnieć, że pan Stone należał onegdaj do pewnej chrześcijańsko-narodowej partii, którą straszono niegrzeczne dzieci. Z tej partii wywodzi się paru innych znanych polityków. A ponieważ owa partia odeszła praktycznie w niebyt, jej członkowie znaleźli się niekiedy po przeciwnej stronie barykady zasilając szeregi nowych bytów politycznych. Ciekawostką jest, że należał do nich np. Stephen Carryhunting, który związał obecnie swoje losy z partią liberalną i ku uciesze gawiedzi robi w niej za błazna z pianą na ustach głoszącego miłość bliźniego. Intrygujące są też dzieje pewnego nauczyciela fizyki, również byłego członka owej chrześcijańsko-narodowej partii, którego pokarało tym, że obdarzono go wysoką funkcją państwową, a potem załatwiono mu intratną posadkę w centrum rekinów biznesu. Gdyby nie to, pewnie do tej pory byłby przykładnym mężem i ojcem, mieszkał w prowincjonalnym miasteczku oraz chwalił się w gronie bliższych i dalszych znajomych, że nie ma mu równego w czyszczeniu toalet. A tak stał się trefnisiem w świecie kolorowych pisemek dla pań mniej rozgarniętych.

niedziela, 1 listopada 2009

Dzień Wszystkich Świętych

„Nie ma zbawienia jak tylko przez ziemię
jak szare ziarno młyn na mąkę miele
tak nas rozkłada na cząstki woda
rzeka hucząca w podziemnych ogrodach...”
(Wojciech Wencel, fragment wiersza Przez ziemię, z tomu Ziemia Święta).

Utwór Wojciecha Wencla należy do tych, które tkwią gdzieś w pamięci i co jakiś czas wracają jeśli nie w całości, to przynajmniej fragmentem. Pochodzi zresztą z tomiku, w którym można znaleźć garść pięknych, przejmujących wierszy o przemijaniu (np. cykl epitafiów), ale też o nadziei.

Ten, którego początkowy fragment przytoczyłem, zawiera w sobie zarówno grozę upływu czasu, znikomości i marności naszego istnienia, nieuchronności śmierci, jak i nadzieję. Właśnie dzisiaj, gdy przeczytałem go kolejny raz, nasunął mi skojarzenia z potężnym lejem. Drapiemy się po jego bokach w górę, rozpaczliwie próbujemy dobrnąć do krawędzi albo może udajemy, że go nie ma, ale siła ciążenia jest bezlitosna: „do wnętrza kuli pcha nas grawitacja”. I cokolwiek byśmy robili, nie da się uciec. Wcześniej czy później trafimy tam, gdzie słychać zgrzyt mielących żaren. Ale ten lej przypomina w rzeczywistości klepsydrę. I choć budzi to wszystko lęk, to ów lej otwiera się gdzieś po drugiej stronie. Otwiera się na coś, czego nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

Tak to ujrzałem teraz. A jest jeszcze wiatr, który wieje też w innych wierszach Wencla (zwłaszcza, mam wrażenie w „Imago mundi”), symbol Ducha Świętego. Wiatr, który zgina nas do ziemi jak źdźbła trawy. I oczyszczająca woda.

Zresztą przeczytajcie najlepiej sam utwór poety z Matarni. Warto się nad nim zadumać. Zwłaszcza dzisiaj i jutro jest dobra ku temu okazja.

środa, 28 października 2009

Gdy się lata za forsą,

 nie starcza czasu na myślenie (czytanie, chodzenie do teatru i parę innych rzeczy). Strasznie wyjaławiające doświadczenie.

wtorek, 27 października 2009

Polscy politycy chrześcijańscy to cieniasy

Nie wszyscy, ale część z nich na pewno. Jeden z przykładów mamy obecnie na portalu „Frondy”.

Może po prostu owym politykom brakuje odwagi, by stanowczo i jednoznacznie publicznie głosić i w praktyce realizować to, w co ponoć wierzą? Nie wiem. Nie rozumiem jednak, jak można zawieszać przed wejściem do urzędu państwowego lub Sejmu swoje sumienie na haczyku w szatni, by potem wskazać np. klinikę wykonującą aborcję lub migać się przed jednoznacznym odrzuceniem ustawy, która jest niezgodna z nauką Kościoła i nie poprzeć tej, która w każdym punkcie się z tą nauką zgadza.

Gdy trzeba zdobyć głosy w wyborach do Sejmu i Senatu, większość polityków przyznaje się nie tylko do chrześcijaństwa, ale do tego, że są wiernymi synami i córkami Kościoła katolickiego. Potem okazuje się, że w polskim parlamencie zdominowanym przez partie, które wręcz określają się jako chrześcijańsko-demokratyczne, kwestia przeforsowania ustawy zakazującej in-vitro jest problemem. Albo więc owi szanowni posłowie i posłanki robią nas w konia albo po prostu są na bakier z nauką moralną Kościoła.

Myśląc o tym wszystkim coraz bardziej przekonuję się do jednomandatowych okręgów wyborczych. Miałbym wówczas możliwość zagłosowania z czystym sumieniem nie na partię, ale na osobę, która faktycznie broni i realizuje wartości, jakie wypisuje na swoich sztandarach wyborczych.

piątek, 23 października 2009

Z życia mikrobów XII – Chiński sprzedawca jaj i zadyma

Z górami, za lasami doszło w pewnym dużym mieście w niewielkim państwie, które już dawno straciło ambicje bycia wielkim, do rozruchów czyli tak zwanej „zadymy”. Zadyma ruszyła historyczną trasą, jaką szła pewna demonstracja przed wielu, wielu laty, kiedy ową krainą rządził jeszcze smok. Smoka zabito, a może zdechł, smród natomiast do tej pory jeszcze unosi się nad łąkami, lasami i górami owej krainy, choć niektórzy twierdzą, że go nie czuć. A czuć, czuć.

Krótką relację z zadymy oglądałem przez przypadek w telewizji, której z reguły nie oglądam, bo nie mam, więc nie wykluczone, że wszystko to jest tylko wytworem mojej chorej wyobraźni. Pośród kłębów dymu i płomieni pojawił się przedstawiciel uciskanej klasy robotniczej i powiedział coś o tym, że rząd powinien dać im pracę. Rząd przemieszczający Rysie-Pysie i inne Zbysie na z góry upatrzone pozycje pewnie roztkliwił się tą opinią, wykrztuszoną pośród gryzącego dymu, równie mocno jak ja sam. Wzruszyłem się zaś niepomiernie, gdyż wyobraziłem sobie, jak rząd zastanawia się i obraduje, czy dać temu panu pracę przy obsłudze jednorękich bandytów czy może wysłać go na zagraniczną placówkę. Ja sam, gdybym mieszkał w owej krainie (a nie mieszkam, a przynajmniej nic nie pamiętam i nic na ten temat wiedzieć nie chcę, i nic nie widziałem, bo tu tylko sprzątam) chciałbym, aby ów rząd dał mi święty spokój i trzymał się ode mnie, mojej rodziny, forsy i paru innych rzeczy (których teraz nie pomnę, bo mam dobrą, ale krótką pamięć) z daleka.

środa, 21 października 2009

Kto świnia, a kto człowiek?

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim”.
(G. Orwel, Folwark zwierzęcy, tłum. Bartłomiej Zborski)

Ten cytat nieustannie mi się przypomina, ilekroć oglądam zdjęcia naszej „elytki”. Może on też posłużyć za komentarz do artykułu popełnionego przez skądinąd inteligentnego dziennikarza, Piotra Skwiecińskiego.

Od siebie jednak dodam jeszcze jedno: Jeśli zdecydujecie się na taki „historyczny kompromis”, to wiecie co? Pocałujcie mnie w dupę! Ja na tego komucha głosować nie będę na pewno.

wtorek, 20 października 2009

No i masz ci los! A gdzie Nobel?

Człowiek sobie myślał, że XX-wieczna hierarchia poetycka została już mniej więcej ustalona, a tu Mistrz z Matarni powiada: T.S. Eliot, Cz. Miłosz, J. Brodski? – Tak! Z. Herbert? – jak najbardziej. Ale największy z nich wszystkich jest Bohuslav Reynek! Ot co!

No i masz ci zagwodzkę! To ja teraz proszę o więcej informacji i wiersze tegoż wybitnego zapewne (piszę bez ironii) poety i artysty.

W bardzo ciekawej antologii czeskiej poezji metafizycznej „Na ostrzu płomienia”, wydanej swego czasu przez „W drodze”, w opracowaniu i tłumaczeniu Andrzeja Babuchowskiego, można znaleźć tylko trzy krótkie prozy poetyckie Reyneka (Reynka?) i to wszystko. Te trzy kawałki są piękne i owszem, ale to tylko fragmencik twórczości tego, jak zdaje się interesującego twórcy, który represjonowany przez komunistów zmarł w biedzie. Można jeszcze znaleźć ładny krótki „Wiersz dla kukułki” w tłumaczeniu już wspomnianego Andrzeja Babuchowskiego i to chyba wszystko, co się da po polsku wyłowić z sieci. Brak nawet notki w naszym języku w Wkipedii. Nieco więcej po angielsku. Można również obejrzeć w Interncie reprodukcje grafiki Reyneka.

Czy pojawi się teraz jakiś wybór poezji tego autora, z posłowiem Wencla? A może Mistrz sam się pokusi i przetłumaczy na polski garść wierszy?

Ciekawe też, czy książka „Podzimni motyli”, ostatni tom poetycki Reyneka, był inspiracją dla najnowszego zbiorku autora „Imago mundi”? Tak, tak, już się dowiedziałem – „podzimni” znaczy „jesienne”, ale poza tym brzmi podobnie. No i te motyle!

Hm, pytania mnożą się jak króliki.

niedziela, 18 października 2009

Z życia mikrobów XI – Lark, a nie Larkin. Też zresztą poeta

W pewnym kraju za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, gdzie liberalne czy też libertyńskie gazety troszczą się o Kościół bardziej niż sam papież, pewien emerytowany ksiądz, jeśli dobrze pomnę o nazwisku Joseph Lark, postanowił pokazać, że jeszcze nadąża za demonem, tzn. duchem czasu i zaczął pleść duby smalone o równouprawnieniu kobiet w Kościele. Księdzu Josephowi zamarzyło się widocznie, że będzie odprawiać Mszę św. z księżniczką, tzn. z księżczyką czy jakoś tak.

Ksiądz Lark zapomniał tylko o jednym drobnym fakcie, że Chrystus mówił o „królestwie Bożym”, a nie o „republice Bożej”. A w królestwie... no cóż... równouprawnienia nie ma, choć wszyscy są równi w oczach Boga.

Aha, nie pomyślałem. Może przecież być i tak, że Chrystusowi marzyła się republika Boża, ale tak się przeraźliwie wystraszył ówczesnej monarchicznej mentalności, że przebąkiwał o tej republice co nieco tylko w gronie najbliższych i najbardziej zaufanych. Bodaj św. Janowi coś ostrożnie wspomniał, ale ten, nie w ciemię bity, roztropnie to w swojej Ewangelii pominął.

piątek, 16 października 2009

Chwile radości w deszczu,

gdy kompozycja Pawła Szymańskiego „Compartment 2, Car 7” otworzyła nagle przede mną jakiś wymiar rzeczywistości, którego w codziennym zaganianiu się nie dostrzega. Jadąc samochodem słuchałem, jak często mi się zdarza, Dwójki. I oto korek, codzienne zmartwienia, ciągłe przeliczanie forsy w tę i we w tę, kombinowanie, co dalej, przestały znaczyć. Po prawej stronie Park Południowy otwierał się, a w zasadzie prześwitywał pomiędzy, przesuwał się powoli za szybą auta, jak zaczarowany ogród skąpany w kroplach deszczu. Pochmurne niebo i te cudowne barwy jesieni (wśród nich jeszcze sporo zieleni), bez których nie mógłbym chyba żyć w żadnych tropikach, nabrały intensywności. Plamy żółci, złota, delikatnych brązów ujrzane na tle szarych chmur nad ulicą w kontraście z ciemną, niemal czarną zielenią, krople deszczu cieknące po szybach, kapiące z liści, porażały wręcz swym niesamowitym pięknem, zdawały się uchylać rąbka jakiejś oszałamiającej tajemnicy.

poniedziałek, 12 października 2009

niedziela, 11 października 2009

"Co za syf..."

- śpiewał Kazik w piosence "Polska płonie". Wystarczy tylko zmienić wideo, dodać parę buziek kochających nas polityków obywatelskich i wszystko będzie pasować. Może sam Kazik pokusiłby się o nową wersję?

A nim Kazik lub inny Kukiz skomentuje rzeczywistość w piosence. Polecam felieton Ziemkiewicza z "Rzeczpospolitej": "«Drukarka WSI» moralizuje i poucza".

Pytanie, czy teraz po wykopaniu Kamińskiego ktoś weźmie się za "Rzeczpospolitą" i wreszcie zapanuje "porządek" nad Wisłą?

Aha, byłbym zapomniał, trzeba jeszcze rozwalić IPN. A wówczas: koniec zgromadzenia, wracajcie do pracy, a politykę, biznes i historię zostawcie "prawdziwym specom".

sobota, 10 października 2009

Za całokształt

- Kłapousiu, Kłapousiu! Dostałeś nagrodę!

- Jaką znowu nagrodę? – Kłapouchy popatrzył z niepokojem na Prosiaczka, który się zasapał pędząc przez Stumilowy Las. Ten tym razem jednak nie miał żadnych mokrych szmatek ani baloników, które się pękły. – Nic nie dostałem, chyba ci się coś pomyliło.

- Krzyś ci wszystko wyjaśni! Już tu idzie!

Faktycznie, ze ścieżki było słychać ożywione głosy i oto pojawił się Krzyś na czele pochodu. Przed sobą niósł dumnie jakiś patyk. Za nim toczył się Kubuś Puchatek i reszta zwierzątek, a na samym końcu szli wszyscy krewni i znajomi Królika.

Krzyś zatrzymał się przed Kłapouchym dając znak ręką, by się uciszono. Tygrysek się zagapił i wpadł na Kubusia Puchatka, który z trudem utrzymał równowagę. A miał powody, by ją utrzymywać. W łapkach trzymał właśnie co otwartą baryłeczkę miodu.

- Drogi Kłapouchy! Niniejszym chciałbym uroczyście ogłosić, że w dniu dzisiejszym przyznajemy ci nagrodę! – Krzyś z powagą wbił trzymany patyk w ziemię tuż przed osiołkiem.

- Ale za co? – Kłapouchy nieufnie popatrzył na całe zgromadzenie.

- Przyznajemy ci nagrodę za... za... – wszystkie zwierzątka z napięciem spojrzały na Krzysia. – za... za...

Napięcie narastało. Nawet rozgadane tyły umilkły.

- za... CAŁOKSZTAŁT! – z triumfem obwieścił wreszcie Krzyś. – Rozległy się oklaski i okrzyki radości.

- Nagroda za cało-kształt, za cało-kształt – entuzjazmował się Prosiaczek wesoło podskakując wokół Kłapouchego.

- Za cało - what?! – Tygrysek wydawał się zdezorientowany, ale wśród powszechnego rozgwaru nikt się nim nie przejmował. Jedynie jakiś niewielki krewny lub może raczej znajomy Królika, chcąc wszystko lepiej zobaczyć i zapamiętać, próbował się dopchać do przodu i właśnie przez nieuwagę nadepnął Tygryskowi na ogonek.

Kłapouchy ze spuszczoną głową przyglądał się wbitemu w ziemię kijkowi.

- Nie powiem, jestem wzruszony – wykrztusił po chwili ponuro.

środa, 7 października 2009

Z życia mikrobów X – muchołapek lepki czar

Pewien premier pewnego kraju (nie pomnę – z Afryki czy Ameryki Środkowej) postanowił porzucić politykę miłowania nieprzyjaciół i zabezpieczyć swój kraj „przed działaniami mającymi charakter politycznych pułapek na zlecenie opozycji”. „Polityczne pułapki” polegały na tym, że wykryto aferę, w której ponoć chodziło o wspólne kręcenie lodów przez polityków i biznesmenów. Jednocześnie ów dżentelmen, przesunąwszy część swoich oddziałów na z góry upatrzone pozycje, postanowił ściąć głowę przynoszącego złe nowiny (w końcu nikt nie lubi złych nowin, więc nie ma mu się co dziwić).

Mało mnie obchodzi jakiś kraik z Trzeciego Świata. Pomyślało mi się jednak przy tej okazji, że gdybym tam żył, znacznie bardziej martwiłbym się sytuacją, w której nikt nie zastawia owych „politycznych pułapek na zlecenie opozycji”, a biznesmeni i politycy spokojnie kręcą sobie lody, pogrywają jednorękimi bandytami i nie czują nawet potrzeby, by to ukrywać chodząc na spacery cmentarną aleją. W końcu, jeśli ktoś ma zdrowe zasady moralne i potrafi oprzeć się pokusom, takich „politycznych pułapek” nie ma się co obawiać. A ci, którzy dają się w nie wciągnąć przez rozmowy z wątpliwymi typami, nie powinni być urzędnikami państwowymi opłacanymi z pieniędzy podatników.

Na szczęście nie żyję w jakimś kraiku Trzeciego Świata.

Znaki czasów

Słupki sondażowe zastępują kręgosłup moralny.

niedziela, 4 października 2009

Po prostu świetna...

inscenizacja "Króla Leara" w Teatrze Współczesnym. Obecnie nr 1 na mojej liście przedstawień teatralnych tego roku. To po prostu trzeba zobaczyć.

Więcej na ten temat pewnie skrobnę wkrótce.

piątek, 2 października 2009

Jan Sebastian na jesienne słoty

Moje małe wielkie odkrycie to „Koncerty brandenburskie” Jana Sebastiana Bacha. Doskonale mi pasują do jesiennej aury. Szare, zachmurzone niskie niebo przy tej muzyce jest po prostu piękne.

czwartek, 1 października 2009

Z życia mikrobów IX – Rysie pysie

„Nawet jeśli są to niefortunne rozmowy, to nie może być tak, że prywatna rozmowa jest podstawą do formułowania zarzutów” – powiedział pewien zamieszany, tzn. zmieszany członek znalazłszy się nagle (wbrew swojej woli) w centrum uwagi.

Oczywiście, że nie może tak być. „Podstawą do formułowania zarzutów” powinna być tylko rozmowa oficjalna, a stosowne służby winny wystąpić na piśmie o zgodę na jej nagrywanie u obu (lub kilku, jeśli na kręcenie lodów jest więcej chętnych) zainteresowanych stron.

Jesień, dobry czas na jazz


Posted by Picasa

środa, 30 września 2009

I znowu byłem pierwszy :-)

Dziennik Terezjusza o indoktrynacji w Stanach.
Fronda o tym samym.

Swoją drogą, jaki byłby to rwetes nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i dookoła świata, gdyby ktoś wpadł na podobny pomysł urabiania dzieci w czasach jednego lub drugiego Busha, że nie wspomnę już o Reaganie.

wtorek, 29 września 2009

Z życia mikrobów VIII – Równi i równiejsi

Pewnemu wybitnemu reżyserowi grozi wreszcie po wielu latach uciekania i migania się stanięcie przed sądem. Sprawa niebanalna, bo dotyczy gwałtu. I to gwałtu na nastolatce. Owa nastolatka wprawdzie zdołała przez ten czas stać się już dojrzałą kobietą, która owemu panu przebaczyła, ale fakt pozostaje faktem: sprawiedliwości nie stało się zadość.

Ze zdumieniem więc obserwuję zabiegi dyplomatyczne, angażowanie się artystów i twórców, pisanie listów i odezw po to, aby ów pan mógł uniknąć procesu. A wszystko dlatego, że ma zasługi dla kultury i jest wybitnym reżyserem.

A teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: pewien pan, jakiś mało komu znany pan Kowalski, mieszka sobie w Polsce od wielu, bardzo wielu lat po powrocie z zagranicy. Ponoć był w Stanach, ale powrócił i nikt nie wie za bardzo dlaczego, bo i pan Kowalski niechętnie o tym wspomina. Uprawia ogródek, ochoczo pomaga sąsiadom, ma żonę, którą bardzo kocha i garstkę wesołych dzieciaczków, wszyscy wokół go lubią i z szacunkiem się mu kłaniają na ulicy i to nie tylko dlatego, że pan Kowalski to tzw. „złota rączka”. Ów pan któregoś dnia postanowił odwiedzić Szwajcarię, bo akurat znajomy zaprosił go tam na narty. Ku zdumieniu jego rodziny i całego miasteczka został aresztowany na lotnisku w Zurychu. Okazało się, że uciekł swego czasu ze Stanów, bo groziło mu więzienie za gwałt rzekomo popełniony na nastolatce. Wszyscy są w głębokim szoku. Jednak polski rząd, doceniając przykładne życie pana Kowalskiego i wstawiennictwo mieszkańców miasteczka, śle noty dyplomatyczne, czyni zabiegi wszelkiego rodzaju, by udaremnić ekstradycję do krwiożerczych Stanów. Polscy artyści, malarze, poeci, a nawet żołnierze piszą odezwy i oświadczenia, zbierają podpisy na rzecz uwolnienia pana Kowalskiego....

- Terry, no co ty za bajki opowiadasz! – mruknął przemoknięty Kłapouchy szczękając zębami i próbując się ogrzać.

poniedziałek, 28 września 2009

Zdarzenia: Jeśli na koncert, to do... Teatru Lalek

Wrocławski Teatr Lalek zainicjował w sobotę serię koncertów fortepianowych, które mają się odbywać co miesiąc. Pomysł znakomity. Chyba się nie pomylę, jeśli stwierdzę, że właśnie ten teatr staje się jednym z prężniejszych ośrodków kulturalnych we Wrocławiu.

Cyklu Koncertów Porcelanowych, jak je nazwano, zaczął Tadeusz Domanowski grając nie tylko w sobotę, ale także w niedzielę o godzinie 17.30. Było coś dla ducha, ale także i dla ciała, bo po koncercie serwowano kawę i ciasto. W sam raz na niedzielne popołudnie – a akurat wtedy się wybrałem. Atmosfera kameralna, bo w Sali Kolumnowej dla niewielkiego grona słuchaczy.

O samym koncercie napiszę tylko tyle, że mi się ogromnie podobał. Nawet moim drewnianym uchem mogłem ocenić, że przynajmniej niektóre z utworów wymagały od pianisty wirtuozerii. A zagrał on w większości znane kompozycje: Chopina, Liszta, Moszkowskiego i Mendelssohna. O tym, że nie byłem osamotniony w swoich odczuciach świadczy fakt, że publiczność nagrodziła wykonawcę rzęsistymi brawami i bisował dwa razy.

Były jednak drobne mankamenty, wymagające dopracowania organizacyjnej strony samych koncertów. Najwidoczniej jednocześnie odbywało się na górze jakieś przedstawienie, bo dwa utwory nieco zakłócił dość donośny dźwięk dzwonka i hałasy dochodzące ze schodów. Drugi problem to niestety wszechobecność telefonów komórkowych. Nawet zażartowałem rozmawiając z towarzyszącą mi osobą, że pewnie odezwie się jakaś komórka. I tak też się stało. Na szczęście tylko na krótko i dość cicho. Nie zmienia to faktu, że jednak organizatorzy powinni przypominać zapominalskim o wyłączeniu telefonów.

Przy okazji muszę wspomnieć metamorfozę samego budynku Teatru Lalek. Niemal jak Kopciuszek, który zamienił się w piękną księżniczkę. Odnowiona elewacja zachwyca oko. Cieszy też nowe ogrodzenie wokół przylegającego parku, które zauważyłem dopiero w zeszły piątek. Widać, że jest jeszcze sporo do zrobienia tak wewnątrz, jak i na zewnątrz teatru. Park na przykład wymaga uporządkowania, odnowienia m.in. fontanny, zerwania asfaltowych nawierzchni (co za dureń w czasach PRL-u wpadł na pomysł, by ścieżki parkowe wylać asfaltem?). Nie zmienia to jednak faktu, że budynek i jego otoczenie wyglądają po prostu coraz piękniej. A odbywające się tam przedstawienia i inne wydarzenia kulturalne będą miały, a właściwie już mają, godną ich oprawę.

niedziela, 27 września 2009

„Chamowo” albo rok nudy


Nieszczęście zmarłych pisarzy polega nie tylko na tym, że już nie żyją, ale także na tym, że nie mają już żadnej kontroli nad swoją spuścizną. Zbiera się i publikuje to, co pozostawili w papierach, a co być może żyjąc wyrzuciliby do kosza. Czasem dzięki temu poznajemy teksty, bez których nasza literatura byłaby uboższa. Śmiem jednak twierdzić, że większością z nich interesują się jedynie filologowie, może co gorliwsi miłośnicy danej twórczości. W przypadku właśnie wydanego – jako 11 tom „Utworów zebranych” – „Chamowa” Białoszewskiego mamy do czynienia raczej z tą drugą sytuacją.

Ostatni raz wynudziłem się tak przy lekturze „Wyznań patrycjusza” Maraiego. Podobnie jak tam, musiałem się przymusić, by dobrnąć do końca, choć w pewnym momencie wydawało mi się, że zrobiło się ciekawiej.

„Chamowo” – dziennik z jednego roku życia po przeprowadzce do nowego mieszkania w bloku – to zła książka, choć są w niej przebłyski geniuszu Białoszewskiego, fragmenty lepsze, które jednak nie ratują całości. Ci, którzy czytali „Pamiętnik z powstania warszawskiego” czy „Zawał”, będą zawiedzeni.

Ktoś chyba niegdyś powiedział lub napisał, że nic nie starzeje się tak szybko jak awangarda. Takie wrażenie odniosłem wgłębiając się w „Chamowo”. Ponad pół wieku temu byłby to pewnie ewenement. Książka budziłaby emocje, pobudzała do dyskusji nad zastosowaniem żywiołu mowy potocznej. Dzisiaj nie stanowi to już żadnej rewelacji. Owszem, są śmieszne scenki, podpatrywanie życia codziennego, fragmenty PRL-owskiej rzeczywistości, niespodziane rozbłyski poezji, nawet ciekawe spostrzeżenia, ale jakby nic z tego nie wynika ważnego, ważnego dla mnie w każdym razie.

Trochę obserwujemy tutaj głównego bohatera tego dziennika tak, jak on sam przygląda się w swoich zapiskach psom lub kotom: wchodzi skądś, wychodzi dokądś, spotyka kogoś, kupuje lub zrywa kwiaty, wraca do nowego mieszkania, oswaja je, patrzy przez okno, kręci się po domu, idzie spać, wstaje, po jakimś czasie znów wychodzi, jedzie autobusem dokądś, spotyka kogoś, wraca, kupuje coś, wchodzi do mieszkania, słucha muzyki, notuje sen, wychodzi... i tak w kółko. Życie sprawia tutaj wrażenie jakiejś chaotycznej, nieuporządkowanej, a przy tym monotonnej, nudnej magmy. Być może dlatego ciekawszy jest passus opisujący wyjazd do Wrocławia i Wałbrzycha oraz fragmenty poświęcone Wielkanocy 1976. Notabene te ostatnie, zanotowane przez ateistę, mogłyby posłużyć za argument dla tradycjonalistów. Owe wspomniane urywki tekstu wprowadzają jakieś urozmaicenie, dodają szarzyźnie koloru. Nawet notatki poczynione wokół Bożego Narodzenia mogą bowiem przyprawić o depresję – jakby nie działo się wokół nic pogodnego, godnego uwagi. A przecież Białoszewski to także poeta radości, poeta franciszkańskiego zachwytu najprostszymi rzeczami. Takiego Białoszewskiego, z pewnymi wyjątkami, w tej książce mi brakuje. Brakuje mi też jakiejś głębszej myśli, która wynagradzałaby brnięcie przez te zapiski. Nawet jeśli jest to kapsuła czasu, to otwarcie jej rozczarowuje.

Miron Białoszewski, Chamowo, Warszawa 2009.

sobota, 26 września 2009

Z życia mikrobów VII – Kościół, czyli złe Mzimu, złe

Pewna gazeta bije po oczach tytułem wyeksponowanym na pierwszej stronie: „Kościół piętnujący”. Cóż to takiego? Wygląda na to, że „Kościół piętnujący” to taki twór jak „Kościół toruński”. Czyli zły Kościół, niedobry. Można nim straszyć niegrzeczne dzieci. Bo przecież istnieje jeszcze „Kościół łagiewnicki”. A oprócz niego pewnie „Kościół pochwalający” jako przeciwieństwo owego złego „Kościoła piętnującego”.

„Kościół łagiewnicki” i „Kościół pochwalający” („róbta co chceta”?), to dobre Kościoły, to tędy idźcie dziatki drogie, to tam światłość z nieba bije i miłość powszechna tam panuje. Zatkajcie uszka, nie słuchajcie „Kościoła piętnującego”, ten piętnujący mówi „językiem oblężonej twierdzy”, złej twierdzy, w której mieszka złe Mzimu. W lochach owej twierdzy płaczą biedne matki, którym zabroniono aborcji, a „deptanie godność człowieka” podkutym buciorem ojca dyrektora to część codziennych praktyk religijnych. Tam nikt nie zarabia pieniędzy na tym, że zabroniono mu „zabiegu”. Za to ów zły „Kościół ogarnia obsesja jednego tematu - etyki seksualnej”. To dlatego dajemy wam, drogie dziatki, dodatek „Antykoncepcja”, by skierować waszą uwagę ku przyjemniejszym rzeczom. Wolna sobota, więc możecie poćwiczyć na zajęciach praktycznych. A jak się już zmęczycie, to proponujemy wspólny prysznic z siusianiem. Bo to są dopiero ważne „tematy społeczne, etyczne i duchowe”!

Radość syna marnotrawnego

- Wreszcie można jeść prawdziwy pokarm, a nie obierki, o które biją się świnie.

piątek, 25 września 2009

Indoktrynacja po amerykańsku, czyli Barack Obama w roli słoneczka narodu (ów?)



Szkoła podstawowa w New Jersey. Ponieważ jakość wideo jest kiepska, warto przeczytać sobie obie piosenki:

Piosenka nr 1

Mm, mmm, mm!
Barack Hussein Obama

He said that all must lend a hand
To make this country strong again
Mmm, mmm, mm!
Barack Hussein Obama

He said we must be fair today
Equal work means equal pay
Mmm, mmm, mm!
Barack Hussein Obama

He said that we must take a stand
To make sure everyone gets a chance
Mmm, mmm, mm!
Barack Hussein Obama

He said red, yellow, black or white
All are equal in his sight
Mmm, mmm, mm!
Barack Hussein Obama

Yes!
Mmm, mmm, mm
Barack Hussein Obama

Piosenka nr 2

Hello, Mr. President we honor you today!
For all your great accomplishments, we all doth say "hooray!"

Hooray, Mr. President! You're number one!
The first black American to lead this great nation!

Hooray, Mr. President we honor your great plans
To make this country's economy number one again!

Hooray Mr. President, we're really proud of you!
And we stand for all Americans under the great Red, White, and Blue!

So continue ---- Mr. President we know you'll do the trick
So here's a hearty hip-hooray ----

Hip, hip hooray!
Hip, hip hooray!
Hip, hip hooray!

Więcej można znaleźć tutaj.

środa, 23 września 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Pozwijcie nas wszystkich

Ponieważ się zgadzam w całej rozciągłości, zamieszczam, gdyby ktoś nie trafił na stronę „Frondy”. W tej sprawie nie można milczeć. Miarka się przebrała.

Z życia mikrobów VI – Tysiącletnia Rzesza, czyli prawo do zabijania

Pewna pani swego czasu zaskarżyła państwo polskie w Strasburgu. Państwo polskie jest bardzo złe, bo nadal traktuje nienarodzone dziecko jako... dziecko. Owszem, są takie sytuacje, w których uznaje, że to dziecko tak jakby... hm... dzieckiem nie jest i można je zabić czy też – jak to ładnie się mówi – „usunąć” (ale co się dziwić – w końcu w III Rzeszy też ludobójstwo nazywano eufemistycznie „ostatecznym rozwiązaniem”). Jednak mimo wszystko wciąż życie nienarodzonego dziecka i jego prawo do życia stoi w Polsce wyżej w wielu sytuacjach niż egoizm jakiejś paniusi i jej „prawo do własnego brzucha”.

Gdy owa pani wygrała proces, różne małpy zatańczyły z radości. Skakały, mizdrzyły się do kamer telewizyjnych i opowiadały, jakie są szczęśliwe, że gdzieś tam uznano, że jednak państwo polskie jest złe, bo zabrania zabijania. Mnie w tym momencie nie było do śmiechu. Wprost przeciwnie – zrobiło mi się bardzo smutno, bo pomyślałem natychmiast o dziecku owej pani i o tym, co będzie czuło, gdy się dowie, nie tylko o owej radości małp, że uznano prawo jej mamusi do „usunięcia” go z tego świata, ale że owa mamusia w ogóle chciała je zabić i jeszcze za to chcenie zarobiła niezłą sumkę. Od razu ujrzałem taki obraz: Małpy skakały sobie z radości, a dziecko gdzieś tam w samotności płakało w kąciku z dala od kamer telewizyjnych i „nowoczesnych poglądów”.

Owa pani (i prawdopodobnie stojące za nią murem małpy) jednak nie zrezygnowała ze stawiania fundamentów pod budowę nowej cywilizacji, którą papież Jan Paweł II nazwał bez ogródek „cywilizacją śmierci”. Dzisiaj wygrała kolejny proces. Ponoć uraziło ją ingerowanie w jej prywatność przez katolickie czasopismo. Owa prywatność oczywiście nie była naruszona w żaden sposób, gdy pokazywano ją w pozytywnym świetle. Nagle została naruszona, gdy ktoś ośmielił się skrytykować wyrok w Strasburgu i jej osobiste „prawo” do zabijania własnego dziecka. I tak oto polski sąd, dość kuriozalnie interpretując przy okazji tekst redaktora naczelnego katolickiego tygodnika, w rzeczywistości uznał, że katolicy nie mają prawa do wyrażania własnej opinii i nazywania aborcji morderstwem. Katolicy i nie tylko – dodajmy. Przecież katolicy nie są jedynymi, którzy uważają aborcję za zbrodnię.

Domyślam się, że jakimś kolejnym etapem powinna być nowa „noc kryształowa”. Nawet to widzę: małpy tańczą ekstatycznie i palą dokumenty Watykanu oraz publikacje ludzi Kościoła uznające aborcję za zabójstwo nienarodzonego dziecka. Przy okazji wrzucają do ognia ostatni numer ostatniego niezależnego czasopisma katolickiego, które właśnie zostało zamknięte, a w jego redakcji otwierają pierwszą z sieci tysiąca (nomen omen) nowych klinik aborcyjnych.

Pociesza mnie tylko pewna myśl – Tysiącletnia Rzesza nie przetrwała nawet 20 lat, drugi totalitarny zamordyzm nie zdołał dożyć osiemdziesiątki, Kościół natomiast istnieje już niemal dwa tysiące lat. Małpy z pewnością nie mają szans. Niestety, nie obędzie się bez krwawych ofiar. Jak zwykle ucierpią najsłabsi.