poniedziałek, 26 września 2016

Żarty się skończyły albo „Jak Bóg da”

Lubię zobaczyć dobrą komedię, zwłaszcza taką, w której jest coś więcej niż tylko pusty śmiech. Niestety, kiedy przeglądam portale z filmami i szukam czegoś znośnego do obejrzenia wieczorem z żoną, okazuje się, że poziom jest tak żałosny, że nie polecałbym tych filmów nawet najgorszemu wrogowi. Jeśli określi się to coś, co oferuje się nam jako humor, epitetem – prostactwo, to będzie to jeszcze dalekie od prawdy. Podejrzewam, że nawet rekruci w wojsku i kryminaliści w więzieniu dla zabicia czasu opowiadają dowcipy na wyższym poziomie wyrafinowania. 

Gdybym miał sobie przypomnieć jakąś dobrą komedię z ostatnich lat, to chyba wymieniłbym z miejsca filmy braci Coen, uwzględniwszy ich ostatni – przezabawny „Ave, Cezar!”. To naprawdę rozrywka na wysokim poziomie, a przy tym miłośnik kina znajdzie w niej coś więcej niż jedynie serię gagów. 

Wspomniałbym jeszcze film „Nice Guys” Shane’a Blacka. To niezła komedia, choć nie nazwałbym tego kina wybitnym. Znawcy X muzy z pewnością odnajdą tu bez trudu nawiązania do paru kultowych obrazów, zarówno tych śmiesznych, jak i bardziej poważnych. Przy braku jednak czegoś dobrego, na bezrybiu i rak ryba, więc można w miarę bezpiecznie ten film polecić. 

Oczywiście, można się wybrać na entą część „Bridget Jones”, ale ile można eksploatować temat nieco przygrubej pani, która na dodatek wikła się w jakieś bezrozumne łóżkowe sytuacje i potem nie pamięta, czyje to dziecko?



Dlatego nieco zaskoczył mnie brak nagłośnienia prześmiesznej komedii włoskiej pt. „Jak Bóg da” w reżyserii Edoardo Maria Falconego. To film, na który po pierwsze można pójść z całą rodziną i nie obawiać się żartów waginalno-skatologicznych. Po drugie to znakomicie opowiedziana, choć prosta historia. I tutaj muszę przyznać, że zaskoczyły mnie głupoty, jakie powypisywał pewien krytyk o tym filmie, zarzucając mu niespójność opowieści i serię skeczów – ja widziałem tu zgrabnie poprowadzoną i jak najbardziej spójną historię. Po trzecie – w tym filmie chodzi o coś więcej niż tylko dobrą zabawę, a na dodatek reżyser nie dopowiada niektórych wątków, ale przy tym daje do zrozumienia, że w pewnym momencie żarty się kończą i trzeba sobie odpowiedzieć na parę ważnych pytań dotyczących choćby... sensu życia. A jeszcze mamy na dodatek motyw swoistej walki pomiędzy ateistą a katolikiem, wątek kryminalny, a sam film zaś unika uproszczeń kina protestanckiego... Ale też nie chciałbym zdradzać za wiele. 

We Wrocławiu „Jak Bóg da” można zobaczyć niestety chyba tylko w jednym kinie – w DCF-ie.

„Jak Bóg da”, reż. Edoardo Maria Falcone, dystrybucja: Rafael.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz