czwartek, 30 sierpnia 2018

O poecie, z którym każda intelektualistka poszłaby do łóżka


Pisałem tutaj nie tak dawno, że pycha polskich intelektualistów, którzy naczytali się książek i mają to przeświadczenie, że są lepsi od całej reszty, bierze się prawdopodobnie z dwóch źródeł. Jednym byłoby przekonanie Sokratesa, że niewiedza jest źródłem zła. Drugim najprawdopodobniej jest eseistyka Josifa Brodskiego.

Nie miałem wówczas pod ręką tomu esejów tego wybitnego rosyjskiego poety. Teraz wreszcie mogłem po dłuuugich miesiącach rozpakować większość moich książek, a wśród nich między innymi Śpiew wahadła Josifa Brodskiego. Nie musiałem długo szukać, wystarczy sięgnąć po jego Przemówienie noblowskie zamieszczone na końcu tego tomu.

Oto dwa charakterystyczne cytaty, które świadczą o złudzeniach współczesnych twórców:

„Nie wzywam bynajmniej to zastąpienia państwa biblioteką – choć myśl ta nawiedzała mnie niejednokrotnie – ale nie wątpię, że gdybyśmy wybierali naszych władców na podstawie ich lektur zamiast programów politycznych, na Ziemi byłoby mniej nieszczęść. Myślę, że kandydata na władcę naszych losów należałoby przepytać w pierwszej kolejności nie z tego, jak wyobraża sobie politykę zagraniczną, lecz jaki ma stosunek do Stendhala, Dickensa, Dostojewskiego. Już choćby dlatego, że chlebem powszednim literatury jest właśnie ludzka różnorodność i szpetota, literatura okazuje się skutecznym antidotum przeciw wszelkim – znanym oraz przyszłym – próbom totalnych rozwiązań problemów ludzkiej egzystencji. Przynajmniej jako system moralnego uodpornienia jest ona znacznie skuteczniejszym od jakiegokolwiek systemu wiary czy doktryny filozoficznej”

I drugi fragment:

„Powiem tylko, że – nie z doświadczenia, lecz wyłącznie teoretycznie – przypuszczam, iż człowiekowi, który naczytał się Dickensa, oddanie strzału do bliźniego w imię jakiejkolwiek idei sprawi większą trudność niż człowiekowi, który Dickensa nie czytał. Mówię o lekturze Dickensa, Stendhala, Dostojewskiego, Flauberta, Balzaka, Melville’a itd., a więc o znajomości literatury a nie o umiejętności czytania i pisania, nie o wykształceniu. Piśmienny, wykształcony człowiek może z powodzeniem, przeczytawszy taki czy inny traktat, zabić bliźniego i rozkoszować się przy tym bezkompromisowością swych przekonań” (Oba cytaty w tłum. Andrzeja Mietkowskiego, w: Josif Brodski, Śpiew wahadła, Zeszyty Literackie, Paryż, 1989, s. 257-258). Dalej jest o Leninie i Hitlerze i paru innych mordercach XX wieku, którzy są przykładem tych ludzi, którzy byli „piśmienni, wykształceni”.

Myślę, że Brodski się myli. Myli się zasadniczo i zdecydowanie. Literatura nie jest skutecznym „systemem moralnego uodpornienia”. Nie jest też skuteczniejsza od „jakiegokolwiek systemu wiary czy doktryny filozoficznej”. To czysty absurd. Ale faktem jest jedynie, że „naczytanie” się różnych mądrych książek pobudza do pychy całką sporą grupę intelektualistów. Nie daje im natomiast żadnego antidotum chroniącego przed wspieraniem zbrodniczych lub destrukcyjnych ideologii. Ani uważna lektura Dickensa, ani Kundery, ani Brodskiego, ani Tokarczuk, nie uchroni przed popełnieniem zła ani nie uodporni na pokusę zła. Koniec, kropka.

Te powyższe cytaty to niestety jedne z głupszych wypowiedzi Brodskiego, cokolwiek by mówić o samej jego twórczości. Niemal równie głupią uwagą (a w zasadzie bijącą Rosjanina o głowę) popisał się swego czasu Mariusz Wilk, znakomity przy tym prozaik, w swoich dywagacjach o tuszy polityków. Wysportowany Putin miałby być lepszym człowiekiem od grubego Kaczyńskiego. Szkoda, że Wilkowi nie spadł na głowę tom Sumy teologicznej św. Tomasza z Akwinu, kiedy wypisywał te idiotyzmy. Może by się opamiętał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz