poniedziałek, 12 stycznia 2009

Drewnianym uchem: „Jitte” – broń, która powala

Oprócz klasyki jazzu płytą, do której ostatnio co jakiś czas wracam, jest „Jitte” formacji Tymański Yass Ensemble. „Jitte” ponoć w dosłownym tłumaczeniu z japońskiego znaczy „dziesięć rąk” i jest rodzajem broni używanej w dawnych czasach przez japońskich funkcjonariuszy sił porządkowych. Ale przeczytałem też gdzieś, że jest to typ karate. Muzycy z zespołu Tymona Tymańskiego w każdym razie żadnej broni nie dzierżą, a i tak na kolana powalają i to przy użyciu dziesięciu rąk właśnie. Tyle że powalają znakomitą muzyką, trzymając w dłoniach instrumenty, którymi z ogromnym talentem się posługują. Krążek jest dopracowany pod każdym względem i choć yass określa się jako „konglomerat różnych stylów”, to płyta tworzy pewną zwartą i wyrafinowaną dźwiękowo jedność, z której szkoda byłoby usunąć choć jeden element. Co nie znaczy, że nie można delektować się poszczególnymi utworami osobno.

„Jitte” zadowoli przede wszystkim miłośników ostrego, żywiołowego (choć nie pozbawionego dyscypliny) grania odzwierciedlającego dynamikę miasta, przemieszczających się tłumów, aut, tramwajów i autobusów, pulsujących świateł i kakofonii dźwięków wraz z tym całym przyspieszaniem i zwalnianiem, nagłym zastojem i równie nagłym zrywem, chwilami melancholijnej zadumy i eksplozji aktywności wymagającej co najmniej dziesięciu rąk. Chyba nie przypadkiem znakomicie słucha mi się tej płyty w samochodzie. A może to po prostu stąd te wielkomiejskie skojarzenia?

Mimo ogromnego bogactwa brzmień, płyta nie nuży nadmiarem, zmieniając nastrój i rytm od na przykład łagodnego gitarowego „Kosma, My Love” poprzez dynamiczną kompozycję „N400” z cudowną i jakże charakterystyczną trąbką Antoniego Gralaka, by potem przejść do elegijnego (bo jakże by inaczej) „Elegy for Lester B.”, a zaraz potem obiecując spokojnym początkiem wytchnienie, zburzyć ten spokój rozedrganym utworem nazwanym nomen omen „Summer in Tricity”, który na końcu zamienia się już niemal w chaos atakujących nas dźwięków. „Niemal” – bo jakby ostatnim wysiłkiem utrzymanym w ryzach. W zasadzie trudno byłoby mi wskazać tutaj mój „numer 1”. Uwielbiam na przykład i tytułowe energiczne, wodzące nas za nos „Jitte” oraz również niesamowite, choć praktycznie się w pewnym momencie rozsypujące „Fullerens & Nanopipes”, ale i też z dużą przyjemnością słucham „Dependence Day”, która kończy płytę i brzmi jak spokojna podróż letnim wieczorem autostradą do domu, gdy wszystko powoli zamiera i uspokaja się.

Po „Jitte” sięgnąłem przyciągnięty nazwiskiem Antoniego Gralaka, którego charakterystyczna gra urzekła mnie niegdyś przy okazji nietuzinkowej – i niestety nie wznawianej z jakichś powodów, a szkoda! – płyty grupy Tie Break z poezją ks. Jana Twardowskiego. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Także z powodu pozostałych czterech muzyków. Ostatnio dużą radość sprawił mi kolejny album tej formacji. Ale o „Free Tibet” może innym razem.

1 komentarz:

  1. Sprzeciw! To jest sugerowanie świadkowi odpowiedzi!
    Dotąd myślałam, że wolę Free Tibet. A teraz wysłuchałam Jitte po raz kolejny, i - już nie wiem... :-)

    OdpowiedzUsuń