poniedziałek, 31 października 2016

San Gimignano – (nie tylko) dwie wieże




To, co uwielbiam we Włoszech, to nie tylko pozostałości kultury antycznej, monumenty dawnej rzymskiej chwały, ale także zachowane średniowieczne miasteczka z ich budowlami i kościołami. Asyż, Lukka, Cascia, Siena czy San Gimignano pozostawiły we mnie niezatarte wrażenia. 


San Gimignano należy zwłaszcza do tych miejscowości, które warto zobaczyć zarówno z daleka, jak i z bliska. Z daleka, bo przecież inaczej nie będzie można sobie w pełni uświadomić, dlaczego nadano temu miasteczku miano średniowiecznego Manhattanu. A przyznam, że robi to naprawdę oszałamiające wrażenie. Jeśli więc jedzie się autem, warto zatrzymać się w jakimś dogodnym miejscu, by podziwiać ten niezwykły widok.


 


Z bliska z kolei zakochać można się w wąskich uliczkach, które początkowo dla przybysza zdają się tworzyć niezbadany labirynt wraz z przejściami, skrzyżowaniami, placami i placykami, bramami i podwórkami oraz licznymi sklepikami. A przy okazji można podziwiać przepiękną panoramę Toskanii rozciągającą się przed oczami turysty czy pielgrzyma nawiedzającego ten położony na wzgórzu zabytkowy gród. 

Polacy znajdą tutaj też polonika. Trzeba tylko trochę poszukać albo zdać się na przewodnika.

czwartek, 27 października 2016

Gdyby żył, skończyłby dziś 103 lata

Wyjazd i różne inne (też niespodziewane) zajęcia uniemożliwiły mi dokończenie i zamieszczenie tekstu o następnej przeczytanej książce Bobkowskiego (mam nadzieję, że pojawi się wkrótce). A więc uczczę kolejną rocznicę urodzin autora „Szkiców piórkiem” wiadomością, że właśnie nadarza się znakomita okazja, by uzupełnić sobie biblioteczkę o jego utwory, które są przez chwilę dostępne o 50% taniej (tak, to reklama, ale całkowicie bezinteresowna). Wydawnictwo Więź obniżyło ceny „bobkowianów”, by uczcić kolejne urodziny autora.

wtorek, 11 października 2016

Przeciwko komu walczymy?

Z ostatnich wydarzeń związanych z tzw. „czarnym protestem” wielu obrońców życia z pewnością zapamięta te sceny seansu nienawiści wymierzonej w małą grupkę przeciwników aborcji:



Kiedy to oglądałem, przypomniały mi się podobne, choć jeszcze gwałtowniejsze wydarzenia z Argentyny, gdzie rozwrzeszczana banda feministek atakowała modlących się mężczyzn:



Myślę, że obrazy te są dość wymowne, bo mówią nam o tym, jak ci zwolennicy „tolerancji” pojmują samą tolerancję. Przypominają one też znane sceny ze Starego Testamentu, gdy Lota odwiedzają dwaj aniołowie, a mężczyźni, mieszkańcy Sodomy, otaczają dom, by „poswawolić” z gośćmi.

Ci biedni ludzie, te biedne kobiety w amoku agresji nawet nie zdają sobie pewnie sprawy, kto za nimi stoi. A stoi ktoś potężniejszy od ich wyobrażeń, ktoś, kto syci ich serca nienawiścią do dobra. Nie sposób nie przytoczyć tutaj słów z listu św. Pawła do Efezjan:

Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich.

poniedziałek, 10 października 2016

Coś więcej niż tylko powidoki - odszedł Andrzej Wajda

 Śmierć Andrzeja Wajdy to niewątpliwie strata dla polskiej kinematografii i kultury. Nie wszystkie jego filmy były wybitne, ale kilka z pewnością pozostanie w historii kina i to chyba nie tylko polskiego. Wprawdzie mam żal do reżysera o takie obrazy „Jak popiół i diament”, który niestety kształtował i będzie pewnie jeszcze przez jakiś czas kształtować polską zbiorową wyobraźnię (a może i nie tylko naszą, bo spotkałem Irlandczyka, który się zachwycał tym filmem) i fałszywy obraz rzeczywistości pod okupacją sowiecką, ale de mortuis nihil nisi bene, więc może tym razem lepiej daruję sobie krytykę. Autor już stoi przed Bożym trybunałem, a czas niemiłosiernie zweryfikuje jego dorobek artystyczny. Nie warto też mówić o jego wyborach politycznych, bo te w obliczu śmierci są już naprawdę mało istotne. 

Gdybym miał ad hoc wymienić dzieła Wajdy, które wywarły na mnie wrażenie, które do tej pory wspominam i chętnie zobaczyłbym ponownie, to na pierwszym miejscu wymieniłbym film, który być może krytycy niekoniecznie uznaliby za najwybitniejszy – „Kronikę wypadków miłosnych”. Zaczytywałem się kiedyś prozą Konwickiego, a autor „Człowieka z marmuru” znakomicie przełożył jego powieść na obraz filmowy. Zresztą sam powieściopisarz pojawia się w tym filmie i zawsze, kiedy te sceny oglądam, przechodzą mnie ciarki. Szkoda jedynie, że reżyser nie mógł nakręcić swojego dzieła w oryginalnych plenerach, że nie znalazły się tam autentyczne budynki Wilna, że brak prawdziwej Ostrej Bramy, że nie ma Wilejki, że to nie jest autentyczna Kolonia Wieleńska... Cóż, takie były czasy. Jednak ten, kto był w tamtych stronach, przyzna, że klimat małej ojczyzny Konwickiego został oddany znakomicie. Jest też w tym filmie coś więcej niż tylko opowieść o szczeniackiej miłości. To film o utracie raju dzieciństwa, niewinności, o zagładzie takich małych ojczyzn, jak ta przedstawiona w „Kronice...”, zmiażdżonych walcem II wojny światowej, film o przemijaniu wreszcie... Zawsze lubiłem tę powieść i jej filmowa adaptacja mnie nie zawiodła. 

A inne obrazy Wajdy? Bez wątpienia „Ziemia obiecana”, lepsza nawet od literackiego pierwowzoru, z lepszym zakończeniem (bardziej wiarygodnym psychologicznie) od tego, który wymyślił Reymont, z fenomenalną obsadą aktorską i genialnymi, zapadającymi w pamięć scenami. 

Dorzuciłbym jeszcze „Dantona”, oglądanego dawno już, ale który zapadł mi w pamięć paroma niesamowitymi scenami, również kreacjami aktorskimi (Depardieu, Pszoniak). 

I można by tak wymienić parę jeszcze innych (np. „Panny z Wilka”, „Wesele”). Z pewnością pozostanie z tego coś więcej niż tylko powidoki. 

Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie.

niedziela, 9 października 2016

Śmierdzi dziewczyna, czyli „Miś” na miarę naszych czasów


Dwie rzeczy przykuły dzisiaj moją uwagę. 

Pierwsza może mało istotna i pewnie pominąłbym ją milczeniem, gdyby nie fakt, że jednak mocno mnie zirytowała. Oto na jednym z forów internetowych pojawiło się zdjęcie śmigłowca ze słomy i napis, że niby min. Macierewicz mówi, iż jest to śmigłowiec „na miarę naszych możliwości”. 

Zirytowało mnie to po pierwsze dlatego, że domyślam się w twórcy tego „mema” „wybitnego” specjalisty od sprzętu wojskowego (ze szczególnym uwzględnieniem lotnictwa) i potrzeb naszej armii. Pewnie nawet jest on znaczniejszym ekspertem niż ów pan wypowiadający się na łamach „Rzeczpospolitej” w krótkim, a treściwym artykule „Dobrze, że caracale odleciały”. 

Drugim powodem mojej irytacji był fakt, że co jak co, ale to czasy rządów PO-PSL były jak żywcem wyjęte z filmów Barei. Przykładów różnych „misiów” „na miarę naszych możliwości” można by podać mnóstwo, znalazłoby się nawet paru Jarząbków wyśpiewujących „Łubu dubu...”. A jeśli ktoś ma krótką pamięć, to może przypomnijmy choćby taki epizod z ostatnich wyborów prezydenckich:
 



Drugie wydarzenie również kwalifikuje się do kabaretowych. Otóż, pod darem Stalina, czyli Pałacem Kultury i Nauki (cóż za stosowne miejsce!), odbył się protest aktorów pod hasłem „Nie oddamy wam kultury”. 

Tak, proszę państwa, okazuje się, że aktorzy mają jakąś kulturę, której nie oddadzą. Nie wiem, komu nie chcą oni tej swojej „kultury” oddać, tzn. kim są owi „wy”, ale może niech ją sobie ci artyści po prostu... zatrzymają. Zastanawia mnie bowiem, co skłoniło owych aktorów do protestu pod tak kuriozalnym hasłem. Czyżby na jakiś spektakl wkroczyła policja, która chciała siłą zarekwirować ową „kulturę”? Jakiś aktor, będący w posiadaniu tej „kultury”, trafił do więzienia albo chociaż został zatrzymany na 24 godziny? A może powróciła cenzura, która wykreśliła ową „kulturę” z paru przedstawień teatralnych i teraz trzeba ją wystawiać w prywatnych domach i drukować na powielaczach? 

No, cóż... Okazało się, że ciągle chodzi o to samo, czyli o „wybitny” spektakl teatralny pt. „Śmierdzi dziewczyna”... tzn., przepraszam... „Śmierć i dziewczyna”... W każdym razie ten, który miał zatrudnić „aktorów porno”. Wyjaśnił to pewien pan z trzęsącą się ręką (dlaczego ona mu się tak trzęsła? Czyżby to on był tym aktorem porno, który nie zagrał?). Było tam też coś o słowach „wybitnego Wrocławianina” oraz o strzelaniu (tak, tak!). Ach, tak... wybitni aktorzy scen polskich i seriali telewizyjnych szykują się na męczeństwo. Zbierajcie więc, państwo, leki i materiały opatrunkowe, drzyjcie prześcieradła na szarpie, bo poleje się krew.


środa, 5 października 2016

Corner Shop: Gra pozorów – cztery sztuki Oscara Wilde’a


Gdyby mnie ktoś kiedyś spytał, czy warto było poświęcić tyle czasu, by się nauczyć języka angielskiego, pewnie bym odpowiedział, że warto, bo dzięki temu mogę czytać Wilde’a w oryginale. A przecież nawet najlepszy przekład nie odda wszystkich niuansów oryginału. 

Cztery dramaty Oscara Wilde’a zebrane w dwóch tomikach serii „Wordsworth Classics” to uczta literacka i intelektualna dla każdego miłośnika dobrego pisarstwa. A ostatni z nich, przezabawna komedia „The Importance of Being Earnest”, jest przykładem tego, o czym mówię w pierwszym akapicie. Tłumacz musi się już potknąć na samym tytule. Cóż bowiem z nim zrobić? Spolszczenie go jako „Bądźmy poważni na serio” jest jakąś próbą wybrnięcia z sytuacji, ale i tak nie oddaje sensu oryginału, gdzie żart zaczyna się już właśnie w tytule, a oparty jest na homonimie. Pełny zaś sens tego żartu wyjaśnia się w trakcie sztuki, osiągając swoją puentę w dosłownie ostatnim zdaniu. Zresztą z początku samo „The Importance of Being Earnest” może wydawać się tytułem nie niosącym ze sobą jakichś innych, ukrytych treści. Tymczasem okazuje się, że to tylko pozór, a to z kolei wiedzie nas do... Ale o tym za chwilę. 

Kiedy czyta się te sztuki, ma się wrażenie, że właściwie mogłyby być one wystawiane przy braku dekoracji, ubóstwie rekwizytów i bez szczególnych kostiumów, bo sam język Oscara Wilde’a, same napisane przezeń dialogi, te wszystkie gry i szermierki słowne uprawiane przez wykreowane przezeń postaci, te ich dialogowe pojedynki i prześciganie się w paradoksach i żartobliwych bon motach wystarczą, by przykuć uwagę widza przez cały czas trwania przedstawienia. Wprawdzie anonimowy autor wstępu do drugiego tomiku zwraca uwagę na symbolikę zastosowanych rekwizytów i dekoracji, ale wciąż pozostaje wrażenie, że nawet i bez nich te dramaty obroniłby się samym językiem – oczywiście w dobrej aktorskiej interpretacji. Tutaj po prostu wiele dzieje się w słowach i pomiędzy słowami. Język maskuje i demaskuje jednocześnie. A zresztą ten sam anonimowy autor wstępu do II tomu przytoczył słowa W.H. Audena o „The Importance of Being Earnest”, że jest to „The only pure verbal opera in English” („Jedyna czysto słowna opera w j. angielskim”). Chciałoby się dodać (może trochę przesadnie), że jedyny taki pure nonsense. 

To, co mnie uderzyło, kiedy zacząłem czytać te dramaty, a także potem, już w trakcie, to fakt, że oprócz wspaniałego języka, przepysznie napisanych dialogów, wszystkie one przedstawiają świat pozorów, że nieustannie toczy się w nich gra pozorów, której odzwierciedleniem jest gra słów, prześciganie się postaci w tym, kto najzabawniej, najbardziej paradoksalnie skomentuje rzeczywistość, a często – kto najbardziej cynicznie. 

Konwenanse, arystokratyczna etykieta – to wszystko kryje za sobą, jak wymyślne XIX-wieczne stroje, zupełnie inną rzeczywistość. Kryje ją nawet przed ludźmi, którzy zdają się być sobie niezwykle bliscy. Lęk przed obnażeniem prawdy miesza się tutaj z dążeniem do tej prawdy ukrycia, bo ceną jest poważanie w towarzystwie, a nawet miłość drugiej osoby. Ta rzeczywistość dusi prawdziwe życie, jak nieznośnie ciasny gorset. 

Z tego powodu „Lady Windermere’s Fan” jest tak naprawdę dramatem wstrząsającym. Choć kończy się on happy-endem, to czytelnik/widz ma wrażenie, że oto pułapka, której drzwiczki się otworzyły, ponownie zatrzasnęła się z głośnym hukiem, a postaci tej sztuki zostały uwięzione w niej na czas nieokreślony. W ich świecie słowa „prawda was wyzwoli” muszą być postrzegane z lękiem wręcz panicznym. Kiedy już jest blisko wyjawienia prawdy, kiedy wielkie otwarcie się na siebie nawzajem, chwila szczerości jest już tuż, tuż, wszystko wraca do poprzedniego stanu. Miłość zostaje ocalona nie za cenę prawdy, ale... kłamstwa. A na dodatek kłamią obie strony, obie strony ukrywają przed sobą to, co przecież miłość powinna wybaczyć. Stąd ów wieńczący dramat happy end jest gorzki. Prawda nie została ujawniona, lęk pozostaje. Oczyszczenia nie było. 

Tę grę pozorów możemy obserwować w każdej z prezentowanych tutaj sztuk – czy będzie to najsłabsza z nich „A Woman of No Importance”, czy kapitalna „An Ideal Husband” czy przezabawna „The Importance of Being Earnest”. I w gruncie rzeczy w każdej z nich, z wyjątkiem tej ostatniej – ale o tym za chwilę – happy end jest zaprawiony goryczą. W „A Woman of No Importance”, choć prawda została wyjawiona (jednak w gronie najbliższych osób), szczęśliwe zakończenie to tylko pozór, bo przecież nienawiść pozostaje, a nawet można powiedzieć, że się potęguje. Hodowana przez długie lata, trwa i nie ustanie. Ten dramat mógłby się nazywać „The Unforgiven”. W „An Ideal Husband” prawda również zostaje w końcu wyjawiona, ale w wymiarze publicznym fałsz trwa, gra pozorów się utrzymuje, winowajca czerpie profity ze swojego popełnionego w młodości nieuczciwego postępku i na dodatek chodzi w glorii szlachetnego męża stanu. Tu nic nie jest takie, jakie się na pierwszy rzut oka wydaje i – jak zauważa autor wstępu – ta sama rzecz może jednocześnie być czymś zupełnie innym, a nawet rodzajem pułapki. Co ciekawe – podobnie jak w pierwszym dramacie – trwanie kłamstwa, tym razem w wymiarze publicznym, ma ocalić szczęśliwe małżeństwo. 

Ostatnia ze sztuk, słusznie wychwalana przez recenzentów (jedyny jej krytyk, Bernard Shaw, musiał chyba po prostu być zazdrosny), to nie tylko „opera słowna”, to komedia idiotyczna w swoim absurdzie i absurdalnie idiotyczna. Autor doprowadza grę pozorów do takiego nonsensu, że sam utwór wydaje się niemal prekursorki dla teatru absurdu. Nie znam się na historii dramatu i może moje spostrzeżenie jest przesadne, ale poczytajcie tylko te dialogi! Myślę, że dobry reżyser potrafiłby wydobyć z tego utworu rzeczy, których do tej pory nie dostrzegano. I nie mam tu na myśli kretyńskich (i w gruncie rzeczy grafomańskich) współczesnych przeróbek, gdzie np. król Lear zostaje ukazany jako papież, czy też wpisywania w utwór wątków homoseksualnych. Wystarczyłoby aktorów wystroić we współczesne ubrania i kazać im wygłaszać swoje kwestie z pełną powagą, a publiczność będzie pękać ze śmiechu. Albo nie – niech będą w tych swoich XIX-wiecznych strojach, tak będzie jeszcze śmieszniej. Byłoby to lepsze od Ionesco, od tych jego „Krzeseł”, „Lekcji” czy „Łysej śpiewaczki”. Lepsze, bo lepiej napisane i z postaciami, które pozostają w pamięci. 

Wilde musiał tu z pewnością zakpić nie tylko z XIX-wiecznej moralności i konwenansów, ale także z wątków kultury popularnej – która chyba niewiele się różniła od tej XX-wiecznej (wystarczy choćby wspomnieć niemal powszechnie oglądany swego czasu serial „Dynastia”) – a obecnych w ówczesnej literaturze i teatrze. 

Przydałby się taki Wilde dzisiaj, żeby pokazać tę całą grę pozorów i nierzeczywistość, w jakiej żyje współczesna „arystokracja”. Obawiam się jednak, że mogliby mu wmówić, że ten jego homoseksualizm jest „all right” (nie, żebym od razu chciał go wsadzać do więzienia), stałby się ikoną współczesnej popkultury i stępił ostrze swej krytyki, a może też kompletnie stracił poczucie humoru.

Oscar Wilde, The Plays of Oscar Wilde, t. I-II, Wordsworth Classics, Ware 1997.

wtorek, 4 października 2016

Aktorka nie przyszła do pracy...


W ciągu ostatnich dni diabelskiego protestu i sabatu czarownic pojawiały się na forach internetowych, oprócz argumentów przeciwko aborcji, także cytaty z Pisma Świętego, bardzo często odnoszące się do dziecka nienarodzonego i Bożych zamysłów wobec niego. Mi nasunął się akurat cytat nieco odmienny, ale jakże przystający do tych żałobnych marszów płaczek optujących za mordowaniem:

Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny:
sprzeciwia się naszemu działaniu,
zarzuca nam przekraczanie Prawa,
wypomina nam przekraczanie naszym zasad karności.
Głosi, że zna Boga,
zwie siebie dzieckiem Pańskim.
Jest potępieniem naszym zamysłów,
sam widok jego jest dla nas przykry,
bo życie jego niepodobne do innych
i drogi jego odmienne.
Uznał nas za coś fałszywego
i stroni od dróg naszych jak od nieczystości (Mdr 2,12-16).

Naprawdę warto czytać Biblię.

piątek, 30 września 2016

Trwa przywracanie ustawień

Nie wiem, komu się nudziło i po co to zrobił, ale wygląda, że nie była to tymczasowa awaria, tylko część ustawień na moim blogu znikła albo została zniknięta.
No cóż, przywrócimy te ustawienia, może nawet będzie jeszcze ciekawiej...

czwartek, 29 września 2016

Włamanie na bloga czy chwilowa awaria?

Wygląda na to, że znikła część z ustawień na moim blogu. Ktoś doświadczył podobnych problemów? Poznikały m.in. wszystkie linki do stron internetowych i blogów, na które zaglądam.

wtorek, 27 września 2016

Artyści jak naziści

Przez przypadek weszliśmy w minioną niedzielę na Rynek akurat w chwili tzw. „czarnego protestu”. Później moja żona zwróciła mi uwagę na udział w niej pewnej znanej wrocławskiej aktorki. Zdaje się, że nie tylko we Wrocławiu uczestniczyli w tej zbieraninie czarnych zombi (bo jak inaczej określić tych neokomunistów, którzy się tam pojawili?) aktorzy i artyści. Pech chciał, że moja żona nieświadomie ubrała się na czarno, bo tak po prostu lubi się ubierać.

Cóż, szatan jest przewrotny, to co złe, nazywa dobrem, a dobro złem, a więc nie zdziwiło mnie specjalnie, że protest przeciwko prawu nienarodzonych do życia nazwano „czarnym protestem”. W końcu mieliśmy w przeszłości już tzw. „demokrację ludową”, która z demokracją niewiele miała wspólnego, a praca w obozie koncentracyjnym „wyzwalała” prowadząc na wolność przez komin.

Zastanowił mnie jednak udział w tym ich diabelskim proteście artystów. Człowiek myśli sobie naiwnie, że artyści, aktorzy, pisarze itp. to ludzie obdarzeni szczególną wrażliwością, tacy, którzy są zwłaszcza wyczuleni na niedostrzegane cierpienie, których wyobraźnia podsuwa im obrazy bólu, jaki jest udziałem innych, a więc poziom ich empatii powinien być dużo większy niż przeciętna. Nic z tych rzeczy!

Jak bowiem wytłumaczyć sobie, że artyści wspierający takie akcje, jak ta w ostatnią niedzielę, nie potrafią sobie uświadomić niesłychanej niesprawiedliwości, kiedy w imię prawa dopuszcza się mordowanie niewinnych istnień ludzkich – bo zostały poczęte w wyniku gwałtu, bo mają Downa, bo kobiety ich po prostu nie chcą? Jak zrozumieć, że wyobraźnia nie podpowiada im, że ta maleńka istota to też człowiek? Jak pojąć, że ktoś, kto pewnie z czułością pochyla się nad bezdomnym pieskiem lub kotkiem, jest obojętny na los istot, które nawet nie mogą się bronić krzykiem, choć czują już ból? Defekt mózgu? Jakaś ułomność imaginacji akurat w tej dziedzinie?

No, cóż. W końcu naziści urządzali sobie koncerty muzyki klasycznej w tych samych obozach, w których znęcali się w bestialski sposób nad więźniami. Umiłowanie sztuki i dobrej literatury nie przeszkadzało im w popełnianiu najokrutniejszych zbrodni. Poeci, malarze i subtelni myśliciele popierali takie zbrodnicze ideologie, jak komunizm. Nagan w ręku wywoływał dreszcz emocji. Stos trupów stawał się podnietą do dalszej walki.

Dzisiaj artyści – wrażliwe dusze domagają się oddania Molochowi na pożarcie ciał niewinnych dzieci. I znów budują nam wspaniałą, świetlaną przyszłość. Jak ona będzie wyglądać? Nie trudno chyba przewidzieć. Jeśli ma się wyobraźnię, rzecz jasna.

poniedziałek, 26 września 2016

Żarty się skończyły albo „Jak Bóg da”

Lubię zobaczyć dobrą komedię, zwłaszcza taką, w której jest coś więcej niż tylko pusty śmiech. Niestety, kiedy przeglądam portale z filmami i szukam czegoś znośnego do obejrzenia wieczorem z żoną, okazuje się, że poziom jest tak żałosny, że nie polecałbym tych filmów nawet najgorszemu wrogowi. Jeśli określi się to coś, co oferuje się nam jako humor, epitetem – prostactwo, to będzie to jeszcze dalekie od prawdy. Podejrzewam, że nawet rekruci w wojsku i kryminaliści w więzieniu dla zabicia czasu opowiadają dowcipy na wyższym poziomie wyrafinowania. 

Gdybym miał sobie przypomnieć jakąś dobrą komedię z ostatnich lat, to chyba wymieniłbym z miejsca filmy braci Coen, uwzględniwszy ich ostatni – przezabawny „Ave, Cezar!”. To naprawdę rozrywka na wysokim poziomie, a przy tym miłośnik kina znajdzie w niej coś więcej niż jedynie serię gagów. 

Wspomniałbym jeszcze film „Nice Guys” Shane’a Blacka. To niezła komedia, choć nie nazwałbym tego kina wybitnym. Znawcy X muzy z pewnością odnajdą tu bez trudu nawiązania do paru kultowych obrazów, zarówno tych śmiesznych, jak i bardziej poważnych. Przy braku jednak czegoś dobrego, na bezrybiu i rak ryba, więc można w miarę bezpiecznie ten film polecić. 

Oczywiście, można się wybrać na entą część „Bridget Jones”, ale ile można eksploatować temat nieco przygrubej pani, która na dodatek wikła się w jakieś bezrozumne łóżkowe sytuacje i potem nie pamięta, czyje to dziecko?



Dlatego nieco zaskoczył mnie brak nagłośnienia prześmiesznej komedii włoskiej pt. „Jak Bóg da” w reżyserii Edoardo Maria Falconego. To film, na który po pierwsze można pójść z całą rodziną i nie obawiać się żartów waginalno-skatologicznych. Po drugie to znakomicie opowiedziana, choć prosta historia. I tutaj muszę przyznać, że zaskoczyły mnie głupoty, jakie powypisywał pewien krytyk o tym filmie, zarzucając mu niespójność opowieści i serię skeczów – ja widziałem tu zgrabnie poprowadzoną i jak najbardziej spójną historię. Po trzecie – w tym filmie chodzi o coś więcej niż tylko dobrą zabawę, a na dodatek reżyser nie dopowiada niektórych wątków, ale przy tym daje do zrozumienia, że w pewnym momencie żarty się kończą i trzeba sobie odpowiedzieć na parę ważnych pytań dotyczących choćby... sensu życia. A jeszcze mamy na dodatek motyw swoistej walki pomiędzy ateistą a katolikiem, wątek kryminalny, a sam film zaś unika uproszczeń kina protestanckiego... Ale też nie chciałbym zdradzać za wiele. 

We Wrocławiu „Jak Bóg da” można zobaczyć niestety chyba tylko w jednym kinie – w DCF-ie.

„Jak Bóg da”, reż. Edoardo Maria Falcone, dystrybucja: Rafael.

sobota, 24 września 2016

Bruzda Longchampsa i pancerna brzoza Macierewicza


Od czasu do czasu zdarza mi się natknąć w Internecie lub w czasopismach na taki żart rysunkowy, w którym występuje Macierewicz i brzoza. Różne są to konfiguracje. A to Macierewicz tę brzozę przesłuchuje, a to znowuż pokazuje ją na jakimś slajdzie, a to wyjaśnia, że jakiś statek zatonął po zderzeniu z tą brzozą itp. Zdarza się też, że ktoś coś wspomni o pieleniu ogródka i zaraz ktoś inny dorzuci: „Tylko przez przypadek nie wytnij brzozy” i od razu ubaw po pachy.

Powiem szczerze, że chyba jestem głupi, bo zawsze mnie te żarty niepomiernie dziwią, nie wspominając już o fakcie, że zastanawiam się, czy katastrofa smoleńska to faktycznie temat do żartów. A zdziwienie moje wywołują one dlatego, że przecież to nie Macierewicz wymyślił tę pancerną brzozę i nie on sugerował, że samolot po zderzeniu z takim drzewkiem może stracić skrzyło i roztrzaskać się w drobny mak na podmokłym terenie. Tak naprawdę to przecież temat do kpin z tych, którzy wierzą, że taka wersja pamiętnej katastrofy to prawda. To nie „sekta smoleńska” jest śmieszna, ale „sekta pancernej brzozy”.

Dlaczego więc przypięto tę nieszczęsną brzozę do ministra Macierewicza? Ano chyba właśnie po to, by odwrócić uwagę od faktu, że sama teoria z brzozą to bzdura i bujda na resorach i że teoria o zamachu może mieć sens. Podejrzewam zresztą, że wielu z tych, którzy te żarty i rysuneczki czy tzw. „memy” upowszechniają, nie wie lub nie pamięta, o co tak naprawdę z tą brzozą chodzi. Ale jest śmiesznie, ha, ha, ha...

Notabene określenie „sekta pancernej brzozy” wymyślił nieżyjący już bloger Seawolf, czyli Tomasz Mierzwiński.

Nieco podobny przypadek jest z tzw. „bruzdą dotykową”, którą teraz często określa się jako „bruzdę Longchampsa. I znowu: żarty, kpiny, a nawet inwektywy. Ksiądz profesor wypowiedział się o możliwych wadach genetycznych u dzieci poczętych metodą in vitro, miał wprawdzie nieszczęście wspomnieć coś o tej bruździe i już mu ją przypięto na wieki wieków, choć nie stanowiła ona meritum sprawy. Oczywiście rysunki z ową bruzdą i memy znowu można znaleźć w Internecie. Każdy głupiec, który nie wie nic o zastrzeżeniach i badaniach genetyków, może je powielać i jest zabawnie, ha, ha, ha...

Tymczasem prawda jest taka, że te wady genetyczne i ta bruzda (o której nie zamierzam się wypowiadać, bo się na tym po prostu nie znam) to rzecz drugorzędna, a nawet może i czwartorzędna. I odwraca ona uwagę od tego, co istotne. Być może za kilka dziesiątków lat nauka upora się i z tym problemem i owe dzieci będą rodzić się tak zdrowe i doskonałe jak aryjska rasa panów. Ale to nie zmienia faktu, że metoda in vitro jest najzwyczajniej w świecie niegodziwa. I przytoczę raz jeszcze na tym blogu stwierdzenie Anny Golędzinowskiej: to handel żywym towarem. Po prostu. Z samego faktu, że ktoś chce mieć dziecko, nie oznacza, że ono mu się należy i że ktoś może je dla niego „wyprodukować”. 

piątek, 23 września 2016

Tu chodzi o miłość

Pewnie już większość portali tę wypowiedź upowszechniła, ale jest ona tak celna, tak trafiająca w sedno tego, czego dotyczyła wczorajsza debata, że powinna ją poznać jak największa grupa ludzi.

Już pisałem zresztą na tym blogu, że budowanie ułatwień dla niepełnosprawnych, tworzenie wszelkich praw, mających im zapewnić godne życie, oburzanie się na głupie wypowiedzi niektórych tzw. konserwatywnych liberałów - to wszystko jest tzw. pic na wodę i najzwyklejsza hipokryzja, jeśli dopuszcza się mordowanie nienarodzonych dlatego i tylko dlatego, że są inni, że mają zespół Downa lub inną wadę. Bo przecież mówi się im w ten sposób: Nie jesteście godni, by żyć, nie zasługujecie na to

Warto też obejrzeć fragment wczorajszego programu Jana Pospieszalskiego Warto rozmawiać z udziałem Grzegorza Brauna. Bardzo rzeczowa, konkretna rozmowa.

środa, 21 września 2016

„Nie” dla aborcji, książka dla posła

Jednym z najbardziej przejmująco smutnych obrazków, jakie jest nam dane od czasu do czasu oglądać, to wizja kobiet domagających się prawa do aborcji, czyli po prostu prawa do zamordowania własnego dziecka. Można sobie drwić z tych różnych Szczuk, Śród i Nowickich trzymających w ręku metalowy wieszak albo wkładających sobie papierowe worki na głowy, ale nie zmienia to faktu, że naprawdę godna pożałowania jest kobieta, która domaga się czegoś takiego. Jeśli kiedyś odniosą swój wymarzony sukces, wówczas będzie można powiedzieć: „To kobiety kobietom zgotowały to piekło”.

Ostatnie wydarzenia z Francji, która stacza się już w szybkim tempie prostą drogą do piekła właśnie, nie pozostawiają też żadnych złudzeń (którymi żyją jednak zwolennicy tzw. „kompromisu aborcyjnego”). Otóż wysunięto tam pomysł, by w majestacie prawa blokować katolickie portale „pro-life” jako podające nieprawdziwe informacje (sic!). Czy ktoś może się jeszcze łudzić, o co w tej wojnie chodzi? Oni przecież nie spoczną, dopóki nie dopną swego, tzn. nie tylko ustanowią prawo do mordowania nienarodzonych dzieci wtedy, kiedy im tylko na to przyjdzie ochota, ale również zmuszą innych do jego stosowania, choćby siłą. Żaden tzw. „kompromis aborcyjny” temu nie zdoła zapobiec. Tutaj sprawa powinna być dla przeciętnego katolika jasna: „Tak-tak, nie-nie”. I żadnego kompromisu, tylko bezwzględna obrona nienarodzonych.

Niestety, wygląda na to, że nie jest to wcale takie jasne. Ani dla przeciętnych katolików, którzy są na bakier z nauczaniem Kościoła, ani dla szanownych panów posłów i pań posłanek, którzy przyznają się do katolicyzmu, ale próbują jednocześnie palić diabłu ogarek, tzn. nie podpadać za bardzo współczesnemu światu.

Kiedy czytam na przykład, że pigułka wczesnoporonna ma być wycofana z handlu, ale dostępna na receptę, to jest to takie palenie diabłu ogarka. Bo cóż to zmienia? Jedynie tyle, że dzieci nie będą miały do niej dostępu. Ale i nawet to wątpliwe, bo czy postępowy ginekolog nie wystawi takiej recepty nastolatce? Ale przecież nie chodzi o to, by ograniczać jedynie dostęp do środków typu „zabaw się w domowym zaciszu w doktora Mengele”, ale by w ogóle zlikwidować możliwość mordowania nienarodzonych. Cóż to? Likwidujemy obozy koncentracyjne, ale jeśli ktoś otrzyma zgodę urzędnika, to może sobie zrobić mały obozik z małą komórką gazową w swoim ogródku?

Notabene to samo dotyczy in vitro. Tutaj również pali się diabłu ogarki. Państwo nie będzie tego procederu dotować, ale prywatnie będzie można sobie dalej handlować żywym towarem (jak trafnie określiła tzw. „zabieg sztucznego zapłodnienia” nawrócona modelka, Anna Golędzinowska). Może zresztą, zamiast pisać o paleniu diabłu ogarków, należałoby mówić o składaniu ofiar Molochowi?

Jednym z popularniejszych wpisów na moim blogu jest ten, w którym przytaczam dłuższy fragment z książki „Aborcja? Trzy punkty widzenia” amerykańskiego apologety katolickiego Petera Kreefta. Jest to passus, w którym podaje on argumenty logiczne przeciwko aborcji. Nie ideologiczne, nie chrześcijańskie, ale czysto logiczne. Tych argumentów nie da się po prostu obalić, jeśli nie chce się być na bakier z logiką. Wszelkiemu gadaniu o prawie do własnego brzucha, o „piekle kobiet” i tym podobnych bzdurach wystarczy przeciwstawić tylko te argumenty. Nic więcej. Może więc każdy poseł powinien dostać po egzemplarzu tej książki? A może choć ten fragment? A nuż któregoś ruszy sumienie?

wtorek, 20 września 2016

Corner Shop: Zrozumieć Irlandię – „Classic Irish Short Stories”


Gdybym miał komuś polecić książkę, która pozwoliłaby mu choć trochę zrozumieć Irlandię, to tom „Classic Irish Short Stories” w wyborze Franka O’Connory’ego byłby moim zdaniem odpowiednią lekturą. Wprawdzie brak tutaj bardziej współczesnych autorów, takich jak choćby znany również w Polsce Rody Doyle, to jednak ten zbiór opowiadań z końca XIX i pierwszej połowy XX wieku daje znakomity wgląd w irlandzki charakter, a nawet pozwala zrozumieć do pewnego stopnia rozwój wydarzeń w ostatnich czasach, które to szokowały Polskiego obserwatora, bo zdawały się nijak nie odzwierciedlać katolickiej natury tego kraju.

Większość pisarzy jest tutaj reprezentowanych jednym opowiadaniem, w paru przypadkach Frank O’Connory odstąpił od tej reguły. I tak Liam O’Flaherty jest reprezentowany przez trzy opowiadania, Sean O’Faolain, Mary Lavin oraz sam autor tego wyboru mają po dwa teksty. Większość nazwisk z pewnością niewiele też powie albo w ogóle nic nie powie polskiemu czytelnikowi, każdy co najwyżej rozpozna Jamesa Joyce’a. Jest to kolejny jeszcze powód, by po tę książkę sięgnąć – daje możliwość poznania paru mniej znanych nazwisk z irlandzkiej literatury (co nie znaczy, że słabych pod względem artystycznym), a być może też będzie to zachęta do poszukania innych ich utworów. Nie wszyscy z nich zresztą są Irlandczykami – tutaj ubolewam nad brakiem choćby krótkich notek biograficznych, co przecież zajęłoby pewnie nie więcej niż dwie-trzy strony druku, a oszczędziłoby szukania dodatkowych informacji. Znaleźli się bowiem w tym wyborze również pisarze angielscy – L.A.G. Strong i Elizabeth Bowen.

Zaletą całego tomu jest to, że zawierając w sumie 20 opowiadań różnej długości, daje czytelnikowi dość urozmaicony wybór. Są tu przykłady specyficznego humoru irlandzkiego. Już drugie opowiadanie pt. „Lisheen Races, Second-hand”, którego autorami są E.CE. Somerville i Martin Ross, to kapitalna humoreska z czasów, kiedy Irlandia była jeszcze zależna od Wielkiej Brytanii. Do mnie przemówiła ona ze zwiększoną mocą, bo dzieje się w rejonie, który miałem okazję odwiedzić w czasie swoich wakacyjnych eskapad, a więc również znakomicie potrafiłem sobie wyobrazić tamtejszy klimat, krajobraz i typ ludzi. Polskiemu czytelnikowi mogą nieco kłopotu sprawić dialogi imitujące lokalny sposób wysławiania się, ale zabawa przednia. Inny typ humoru można odnaleźć w dziwnym – by nie powiedzieć dziwacznym – opowiadaniu „A Rhinoceros, Some Ladies, and a Horse” Jamesa Stephensa. Katolickie wątki czytelnik napotka w znakomitej humoresce „Unholy Living and Half Dying” Seana O’Faolaina czy w satyrycznym „The Fairy Goose” Liama O’Flaherty’ego. Bardziej serio potraktowany zostaje ten wątek np. w „The Will” i „A Wet Day” autorstwa Mary Lavin. Nie brak oczywiście motywów związanych z emigracją zarobkową i dość charakterystyczne, że cały zbiór zaczyna się od opowiadania „Home Sickness” G. Moore’a, zaś jeszcze inne potraktowanie tematu można znaleźć w utworze, o niebudzącym wątpliwości tytule: „Going into Exile” wspomnianego już S. O’Faolaina.

Jednym z piękniejszych opowiadań tomu, oprócz niesamowitego „The Dead” Jamesa Joyce’a, jest dla mnie „Awakening” Daniela Corkery’ego mówiące o ciężkiej pracy rybaków, ale też o dojrzewaniu i ciągłości pokoleń. Jest w nim to „coś”, które miałem okazję poznać w czasie swego pobytu w Republice Irlandzkiej, a co trudno byłoby uchwycić w kilku słowach – jakby kwintesencja irlandzkości.

Jednym zaś z bardziej wstrząsających opowiadań jest tutaj „Guests of the Nation” samego autora wyboru. To w gruncie rzeczy coś jakby irlandzkie „Do piachu”, tyle tylko, że realia dotyczą konfliktu irlandzko-brytyjskiego i wojny o niepodległość Irlandii, a nie II wojny światowej. Sam utwór został napisany zresztą wcześniej od dramatu Różewicza, bo w roku 1931. Nie wspominając już o tym, że sztuka polskiego pisarza – moim zdaniem – zestarzała się, a przyczyna zdaje się leżeć w jej ideologicznej skazie, która sprawia, że czyta się ją niemal jak tekst socrealistyczny. Natomiast dzieło O’Connorego wciąż porusza i na długo pozostaje w pamięci.

Sądzę, że każdy czytelnik znajdzie w tym wyborze coś dla siebie, a już z pewnością niektóre z pomieszczonych tu opowiadań podziałają niezwykle silnie na wyobraźnię znających realia irlandzkie.
Traktowałbym jednak wybór O’Connorego z pewną ostrożnością i nie ufał do końca, że daje on pełny obraz problematyki irlandzkiej. Tak samo powściągliwie trzeba by było przecież podejść na przykład do współczesnego tomu opowiadań polskich. W zależności od tego, kto byłby autorem wyboru i jakimi kryteriami by się kierował, taką wizję Polski by nam przedstawił. Prawdopodobnie skrzywienie ideologiczne byłoby tu nieuniknione.

Mając to na uwadze, czytałem tę książkę jednak z pewną i nieuniknioną nostalgią związaną z moim pobytem w Irlandii jakiś czas przed nawałą Polaków. Po powrocie do Polski bowiem Irlandia jeszcze długo nawiedzała mnie (a sporadycznie nawiedza do dziś) w snach. Stawała się tam krainą baśniową wręcz – małą, zieloną wysepką, do której płynąłem promem lub stateczkiem, gdzie wspinałem się na jakieś zielone wzgórza, by zstępować potem ku zasiedlonej dolinie. Były tam ruiny nieznanego mi starożytnego zamku, a o piaszczysty lub skalisty brzeg rozbijały się fale oceanu...

Frank O’Connor (red.), Classic Irish Short Stories, Oxford University Press, Oxford-New York.

poniedziałek, 19 września 2016

„Strzępy słów na papierze” – listy Andrzeja Bobkowskiego do stryja


Czytanie kolejnych zbiorów listów Andrzeja Bobkowskiego jest trochę jak praca rekonstrukcyjna archeologa. Te listy to jakby dodatkowe elementy mozaiki, które umożliwiają odtworzenie całości, domyślenie się także brakujących fragmentów, które być może nigdy się nie pojawią. Zapewne również z tego powodu – nie tylko dzięki zaletom epistolografii samego pisarza – ta lektura jest tak fascynująca.

Korzystając z promocji w księgarni Więzi, jaka pojawiła się akurat w kolejną rocznicę śmierci autora „Szkiców piórkiem”, nabyłem jeszcze na początku lata wreszcie parę książek zarówno Bobkowskiego, jak i o Bobkowskim (mam nadzieję, że uda mi się jeszcze o nich napisać na tym blogu). Oczywiście nie mogłem się powstrzymać, by od razu nie zabrać się do czytania, choć miałem parę lektur już rozpoczętych.

Zacznę od tego, że pokusa cytowania obfitych fragmentów jest olbrzymia. I to nie tylko samych listów pisarza, ale również ze wstępu Joanny Podolskiej. Ten wstęp to jakby dzieje Polski przełomu XIX i XX wieku oraz pierwszej połowy XX wieku na przykładzie jednej rodziny, a może dokładniej – na przykładzie co najmniej dwóch rodzin. Przede wszystkim rzecz jasna rodziny Bobkowskich. Czego tu nie ma! I praca w carskiej kolei, i głupi kawał, który doprowadził do nieobliczalnych konsekwencji, i ucieczka, która również wywarła tragiczny wpływ na losy całej niemal rodziny, i Syberia, i walka o niepodległość Polski, i Meksyk, i interesy kończące się plajtą, i ciężka praca, i narciarstwo, i rozwój kolei (a w tym Luxtorpeda), i kolejka na Kasprowy Wierch, i ucieczka z Mościckim.... uffff!!! Doprawdy, na podstawie historii rodziny Bobkowskich można by stworzyć wieloodcinkowy serial telewizyjny, który co wieczór przyciągałby tłumy widzów, a przy tym wiele powiedział o polskich dziejach.

Te pasjonujące historie rodzinne pozwalają też lepiej zrozumieć mentalność samego autora, dają tło, które uświadamia nam źródło jego poglądów, sympatii, zachowań, preferencji... O czym zresztą jeszcze parę słów nieco dalej.

Z tych rodzinnych historii dla zrozumienia tła tych listów oczywiście najważniejsze jest to, co autorka pisze o stryju Andrzeja Bobkowskiego – Aleksandrze. I tutaj pozwolę sobie na przytoczenie przynajmniej dwóch-trzech obszerniejszych fragmentów ze wstępu J. Podolskiej, bo naprawdę osiągnięcia stryja pisarza są przeogromne, ale odnajdujemy tutaj też coś z charakteru samego autora „Szkiców piórkiem”:

Na stopień pułkownika awansowany został 1 stycznia 1930 roku, potem odszedł do służby cywilnej. W tym samym roku objął funkcję dyrektora kolei w Krakowie. Tu zaczął się najaktywniejszy okres zawodowy Aleksandra Bobkowskiego. Zaczął reformę kolei. „Przerabiam ją z »urzędu« na »przedsiębiorstwo« w całym tego słowa znaczeniu. Wszystkich pracowników zamienić się staram na kupców sprzedających transport kolejowy, dbałych przy tym o piękność i czystość obiektów powierzonych ich opiece” – pisał w swoim życiorysie. To wtedy pojawiają się ukwiecone dworce kolejowe, a pasażerowie stają się ważnymi klientami, którym trzeba dogodzić jak tylko można. Bardzo współczesne myślenie jak na tamte czasy. Hasło, jakie mu przyświecało, to: „Dobra obsługa klienta i zadowolony pracownik kolejowy”. Wraz ze związkiem zawodowym kolejarzy Aleksander Bobkowski stworzył obejmującą wszystkich pracowników „Samopomoc Kolejarzy”, organizował kolonie dla dzieci, budował dla nich obiekty w Rabce, w tym sanatorium dziecięce, zainicjował kolejowy hufiec harcerski.
(...)
Dzięki Bobkowskiemu powstały nowe linie kolejowe, przede wszystkim na trasie Kraków-Zakopane. Góry zapełniały się turystami, a pociągi – pasażerami. Działania Bobkowskiego były imponujące: zbudował linię kolejową Kraków-Miechów, rozbudował przestarzałe dworce w Krakowie, Krynicy i w Zakopanem, zaprojektował budowę linii kolejowej Kraków-Myślenice-Mszana Dolna, wprowadził wagony motorowe, popularne luxtorpedy. To była prawdziwa rewolucja, pojawiła się nowe, szybsze połączenia, miejsca sypialne w trzeciej klasie, kolejki górskie: linowo-szynowa na Gubałówkę i linowa na Kasprowy Wierch.
(...)
Mówiono o Bobkowskim, że chce przybliżyć miasto do gór, morza i jezior przez szybkość, taniość i wygodę podróży koleją. Na zarzut, że to wszystko dla bogatych rodzin, odpowiadał bezpłatnymi przejazdami dla dzieci, pociągami z wagonami, w których można przenocować. (...) Dzięki jego wpływom Zakopane dwukrotnie otrzymało organizację mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym: w 1929 i w 1939 roku.

Już tych kilka obszerniejszych passusów pozwala wyobrazić sobie, w jakiej atmosferze wychowywał się młody Bobkowski, jakie wzorce kształtowały jego charakter. Trzeba też tutaj zaznaczyć, że rodzina Bobkowskiego ze strony ojca była protestancka, choć sam został wychowany jako katolik.
Z tym katolicyzmem jest zresztą pewien kłopot. Bliżej mu chyba do wzorców tzw. „katolików otwartych” z „Gazety Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego” niż do katolickiej ortodoksji. Ale o tym za chwilkę.

Czytając pozostawione przez pisarzy zapiski, czytając to, co inni zebrali o nich, ryzykuje się, że dowie się trochę niemiłych rzeczy, które będą burzyć nam ustalony już w naszej wyobraźni wizerunek. Pamiętam jak wiele lat temu przerwałem lekturę książki o Milesie Davisie. I to nawet nie dlatego, że było tam trochę niemiłych faktów o samych twórcy „Sketches of Spain”, ale dlatego, że dotyczyły one mojego ulubionego Johna Coltrane’a. No cóż, ułomny Mel Gibson stworzył niesamowitą „Pasję”, grzeszny Adam Mickiewicz napisał „Pana Tadeusza” i „Dziady”...

Do tej pory, po lekturze korespondencji Bobkowskiego zebranej w tomie wydanym przez krakowskie Arcana zastanawiam się, czy „Basia” – żona Bobkowskiego – zdawała sobie w Paryżu sprawę z tego, co oznaczał jego obcięty krawat, a jeśli tak, to jak się wówczas czuła. Cóż, cynizm pewnego typu mężczyzn, zwłaszcza (choć nie tylko) żyjących na przełomie XIX i XX wieku oraz w pierwszej połowie tego ostatniego jest zdumiewający i... odrażający. I można go odnaleźć u sporej grupy wybitnych twórców XX-wiecznej literatury polskiej: Cz. Miłosza, M.K. Pawlikowskiego, G. Herlinga-Grudzińskiego...

Ale takie żenujące fragmenty zapisków Bobkowskiego, jego dzienników czy listów, nie dotyczą jedynie spraw obyczajowych czy osobistych. Zdarza się, że Bobkowski wypisuje nonsensy o sprawach światopoglądowych, których bym się u tego pisarza „osobnego” raczej nie spodziewał. Być może już tak jednak jest, że pisarze, którzy zdobywają się na niezależność myślenia, na płynięcie własnym kursem, nie potrafią się ustrzec mielizn.

Z lektur dzienników, listów i opowiadań Bobkowskiego odniosłem wrażenie, że zwłaszcza pod koniec swojego życia autor „Szkiców piórkiem” traktował wiarę katolicką niezwykle poważnie, że stanowiła ona dla niego istotną treść życia, że wchodził w nią coraz głębiej. Niestety można odnaleźć w jego korespondencji fragmenty świadczące o tym, że jednak pewnych rzeczy w ogóle nie rozumiał. Dotyczy to zarówno nauczania Kościoła, ale także interpretacji pewnych zjawisk ideologicznych.
Czytamy na przykład:

Weź pod uwagę, że bat, nahajka, knut, ideologie pałki nie zrodziły się w żadnym protestanckim kraju i żaden protestant nie był ich ideologiem. Marks był Żydem. Hitleryzm nie był niczym innym, jak modyfikacją marksizmu. Komunizm przyjmuje się najłatwiej w krajach katolickich. Jestem katolikiem, ale mam sporo porachunków z katolicyzmem.

No i cóż z tym passusem zrobić? Najlepiej byłoby chyba zapomnieć. Czy Bobkowski na przykład nie wiedział, kiedy to pisał, że naziści najmniejsze poparcie mieli w wyborach w landach katolickich w Niemczech, a największe w protestanckich właśnie? A cóż takiego wyprawiali protestanccy panowie w katolickiej Irlandii, jak nie stosowali wobec swoich katolickich poddanych knut i pałkę? A czy Bobkowski nie słyszał nic o brytyjskich obozach koncentracyjnych w Afryce? Z pewnością też autor „Coco de Oro” zweryfikowałby swój pogląd na rolę Kościoła katolickiego, gdyby dożył czasów „Solidarności” i zauważył z perspektywy czasu, że to Kościół stanowił oazę wolności, a budynki kościelne służyły za schronienie dla niezależnych twórców. I czy faktycznie komunizm przyjął się tak łatwo w katolickiej Polsce? A co mówić np. o wschodnich Niemczech? O Czechosłowacji? Chyba wystarczy.

Dalej w tym samym liście autor wypisuje głupoty o antykoncepcji, ale w sumie jestem gotów mu to wybaczyć, bo większość katolików ma z tym kłopot i nie potrafi zrozumieć nauczania Kościoła katolickiego, pomijając już fakt, że wielu katolików – w tym zamęcie kreowanym przez media masowego rażenia – popiera takie horrenda jak aborcja czy in-vitro. Stwierdzenie przez Bobkowskiego – „A tu Kościół jest tępy, nieustępliwy. Ale ustąpi – jestem pewny” – świadczy niestety o tępocie samego autora. Kościół nie ustąpił i nie ustąpi, nawet jeśli pisarz tej rangi, co nasz szukający wolności uciekinier do Gwatemali, uważa to za głupotę.

Ale takie fragmenty, jak ten cytowany wyżej, nie psują przyjemności czytania tej korespondencji. Zawsze zresztą kolejne epistolograficzne zbiory Bobkowskiego czytam z tym samym narastającym ściskiem w gardle, bo przecież wiem już, jak się to skończy, choć autor będzie „do ostatka »trzymać fason« (...) i nie poddawać się do ostatniego wyciętego kawałka siebie samego, czyli do ostatniego naboju”. Zawsze też mój podziw będzie budzić to pragnienie zachowania własnej niezależności, nie ulegania pokusie, by dać się chwycić na wędkę grantów, zapomóg, stypendiów dla tzw. „twórców”, pragnienie własnoręcznego wykuwania swojego losu, choćby oznaczało to wyprawę na koniec świata i zaczynania wszystkiego od nowa, bo przecież „Europa Zachodnia zamienia się powoli w Pacanów”.
Jakże przejmujące są słowa tego dzielnego w końcu pisarza dotyczące emigracji, rozłąki i samotności:

Dla mnie w tych śmierciach z daleka jest cały tragizm dzisiejszych czasów. Z tą śmiercią Ojca, który nie miał prawa uścisnąć ręki jedynego syna, do dziś nie mogę się pogodzić. (...)
Ale masz. Rozłąka, podła rozłąka, strzępy słów na papierze, kontrolowane najpierw przez siebie samego, a potem przez obcych. I potem śmierć. I co na to poradzisz? Jakiś kamień w tym naszym przechodzeniu przez potok życia znowu się nam usunął spod nóg. Tak to czuję.

Andrzej Bobkowski, Listy do Aleksandra Bobkowskiego 1940-1961, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2013.

piątek, 9 września 2016

Kreon nie chce wolnej niedzieli

W szkolnej interpretacji „Antygony” Sofoklesa (która mam nadzieję wciąż pozostaje lekturą szkolną) mówi się, że przedstawiony w niej konflikt jest konfliktem przeciwstawnych, równorzędnych racji. Od dawna wydaje mi się, że jest to interpretacja mylna. Jeśli bowiem racje obu stron można faktycznie uznać za przeciwstawne, to już z pewnością nie za równorzędne. Antygona broni przecież praw boskich, a konkretnie prawa nakazującego pogrzebanie zmarłych. Kreon jest natomiast tyranem, który nie potrafi przyznać się do błędu – ma wszakże przeciwko sobie tylko „słabą” kobietę – i forsuje swoje prawo – prawo stworzone przez człowieka. Katastrofa, jaka potem następuje, nie jest winą zbuntowanej Antygony, ale Kreona przekraczającego czy też łamiącego prawa boskie dla swoich własnych, partykularnych celów. A przecież prawa boskie mają pierwszeństwo i tłumaczyć tego chyba nie trzeba nawet dziecku. 

Coś podobnego odnajdujemy na stronach Pisma Świętego, chociaż w religii starożytnego Izraela nie ma koncepcji fatum. Chodzi mi jednak tutaj o posłuszeństwo nakazom i prawom Boga. W przypadku Izraelitów dochodził jeszcze czynnik dodatkowy: Bóg niejako wzywał ich do nonkonformizmu, do nie ulegania modom i praktykom ludów ich otaczających oraz do wierności jedynemu, prawdziwemu Bogu. Cała historia Narodu Wybranego to historia ciągłych zdrad tego ludu i powrotów do Boga. Praktycznie już po wyjściu z Egiptu, mimo tak wielkich rzeczy, jakie uczynił dla nich Bóg, Izraelici buntują się przeciwko Bogu i przemawiającym w Jego imieniu Mojżeszowi i Aaranowi. Czym taki bunt się kończył, wiemy bardzo dobrze. Notabene, chyba jednym z najbardziej drastycznych symboli tych zdrad jest małżeństwo proroka Ozeasza z... prostytutką. 

Przypomniało mi się to wszystko, gdy słucham argumentów i przyglądam się sporowi wokół projektu zakazu handlu w niedzielę. Mamy tutaj bez wątpienia do czynienia z konfliktem przeciwstawnych racji, ale nie są to racje równorzędne. Stąd w moich oczach nasi rodzimi liberałowie z prawa i lewa są na straconych pozycjach, nawet jeśli druga strona odwołuje się głównie do argumentów społecznych (możliwość spędzenia niedzieli w gronie rodziny) i tylko gdzie niegdzie odzywają się nieśmiało głosy powołujące się na racje religijne (nie mówię tu rzecz jasna o biskupach). Swoją drogą dziwię się temu, że nawet katolicy tak chętnie przejmują narrację wyśmiewającą zakaz handlu w niedzielę, kiedy powinni mu po prostu przyklasnąć. Rzecz jasna najważniejszy jest własny przykład i smutne, że w kraju ponoć katolickim w niedziele supermarkety i centra handlowe po prostu nie świecą pustkami. 

Kiedy piszę, że nasi rodzimi liberałowie są na straconych pozycjach, nie mam na myśli tego, że przegrają oni tę „bitwę o handel”. Może się okazać, że koniec końców ją wygrają, a Polacy będą tłumnie walić do supermarketów w niedzielę. W końcu mądrość Boża jest głupstwem w oczach tego świata. Ale pamiętajmy, że Kreon też zdawał się być zwycięzcą, a przed Goliatem wszyscy drżeli...

Smutna wiadomość z Ukrainy


Smutna, bo co myśleć o tym, że naród – któremu Polacy jednak są tak życzliwi, mimo strasznych wspomnień z okresu II wojny światowej, i który chętnie przyjmują u siebie dając pracę i gościnę – nie potrafi przyznać się do winy, nie potrafi wciąż uznać swojej odpowiedzialności za popełnione zbrodnie?

Smutna, bo przecież stamtąd – z okolic Jazłowca i Lwowa – wywodzi się moja rodzina zarówno ze strony mojej Mamy, jak i mojego Taty.

Smutna, bo przecież nie da się na kłamastwie budować zdrowych relacji.

I tak jakoś przypomniał mi się przy tej okazji wiersz zamordowanego w bestialski sposób przez ukraińskich nacjonalistów poety Zygmunta Jana Rumla pt. "Dwie matki", który już kiedyś tutaj na tym blogu cytowałem. Wiersz przejmujący, jeśli się wie, jaką śmiercią zginął poeta.

piątek, 2 września 2016

Corner Shop: Smutek tajnego agenta albo Graham Greene jako prekursor Johna Le Carré


„The Confidential Agent” Grahama Greene’a to książka z rodzaju tych, które autor określał jako „rozrywkowe”, czyli lżejszego kalibru. W gruncie rzeczy wydaje się dość „uboga”, jeśli chodzi o typowo sensacyjny sztafaż. Wprawdzie autor przedmowy, Ian Rankin, pisze o „plethora of shootings, scrapes, chases and confrontations”, to jednak w porównaniu do współczesnych filmów sensacyjnych, gdzie już na początku, w pierwszych sekundach trup ściele się gęsto, książka robi wrażenie raczej „kameralnej” opowieści, a słowa Rankina czytelnik potraktuje jako przesadne. Współczesnemu czytelnikowi zresztą powieść autora „The Power and Glory” (którą pisał równolegle do „The Confidential Agent”, choć dłużej) będzie się bardziej kojarzyć ze smutnymi opowieściami Johna Le Carré, którym Greene wytyczył ścieżkę (albo był jednym z tych, którzy ją wytyczyli). O tym również pisze autor przedmowy do powieści. Faktem jest natomiast, że główny bohater nie może przez cały czas zaznać spokoju, nawet wówczas, kiedy jest sam. Śmierć jest dla niego czymś równie realnym w Wielkiej Brytanii, jak i w ogarniętym wojną domową kraju, z którego pochodzi.

Bohater Greene’a budzi u mnie mieszane uczucia. Wprawdzie autor nie podaje kraju, z którego agent przyjeżdża, ale różne elementy zdają się wskazywać na inspirację wojną domową w Hiszpanii. Sam bohater reprezentuje stronę postępowców lub liberałów, jest zresztą ateistą. Jego przeciwnik to wysłannik arystokracji. D (bo tylko inicjałem jest określany bohater i nie dowiadujemy się jego imienia) nie jest jednak zwykłym partyjnym aparatczykiem, tylko profesorem literatury, a szczególne jego zasługi dotyczą „Pieśni o Rolandzie”. Nie jest więc również typowym agentem. Greene tak konstruuje postać swojego bohatera, że mimo wszystko czytelnik kibicuje mu aż do końca, nawet jeśli nie podziela jego przekonań czy związków politycznych.

Można powiedzieć, że jak na powieść sensacyjną, główny bohater jest antybohaterem i antyagentem, a nawet postacią tragikomiczną i w tym jest jakaś zaleta utworu Greene’a. Nie jest to bowiem zdecydowanie James Bourne, który ze sprawnością cyborga rozprawia się ze swoimi przeciwnikami (Notabene, pamiętam, jak w trakcie lektury bodajże „The Borune Identity” miałem głównego bohatera i jego dylematów po dziurki w nosie już po setnej, a może dwieście pięćdziesiątej stronie tego opasłego tomiska). Powieść ma posmak czasów, w których powstawała, czyli lat trzydziestych XX wieku. Odnajdujemy tutaj coś pokrewnego w atmosferze i przedstawieniu postaci do słynnej „Casablanki”. Nawet podobny rodzaj humoru i specyficzne akcenty melodramatyczne. A także coś z tego „smutku i nostalgii”, jakie znamy ze słynnego filmu  Michaela Curtiza. Rzecz jasna wątek romansowy jest jedną z sił napędowych w „The Confidential Agent”, choć z drugiej strony, przynajmniej w moim mnieamniu, jego rozwinięcie wydaje się mało przekonujące.

Jeśli chodzi o mnie, to odkrywam w tym utworze również starą Wielką Brytanię, której fragmenty i resztki mogłem odnajdywać jeszcze podczas swojego pobytu w Londynie, a także w... Irlandii w latach dziewięćdziesiątych. Nawet sam początek przypomina mi nieco moje własne doświadczenia z podróży do Wielkiej Brytanii i Irlandii promem, kiedy jeszcze podróże lotnicze były zdecydowanie za drogie na polską kieszeń i jechało się długie godziny autobusem, by potem w Cale wsiąść (czy też wjechać) na prom, a potem zetknąć się z łaską lub niełaską brytyjskiego urzędnika imigracyjnego (w gruncie rzeczy niejednokrotnie tak odmiennego od tego, jakiego opisał Greene). Było, minęło...

Czytelnika z pewnością zaintryguje też fakt, że autor, potrzebując szybkiego zarobku, pisał tę powieść w roku 1938 pod wpływem amfetaminy, którą się wspomagał przez sześć tygodni powstawania „The Confidential Agent”. Stąd pewnie pewne słabsze strony i nierówności tej prozy, ale w końcu od utworu „rozrywkowego” nie oczekujemy za wiele. Tylko dobrej zabawy. Czyż nie?

Graham Greene, The Confidential Agent, Vintage Books, London 2006.

środa, 31 sierpnia 2016

Corner Shop: Między fikcją a rzeczywistością – wiarygodne historie Thorntona Wildera


„Pod koniec lat dwudziestych zacząłem tracić przyjemność z chodzenia do teatru. Przestałem wierzyć w historie, których przedstawienie tam oglądałem. Kiedy już szedłem, to po to, by podziwiać jakiś drugorzędny aspekt sztuki, dzieło wielkiego aktora albo reżysera, albo projektanta. Jednak jednocześnie narastało we mnie przekonanie, że teatr jest największą z wszystkich sztuk. Czułem, że coś z nim poszło nie tak w moich czasach i że realizował tylko małą część swoich możliwości”
Tak Thornton Wilder zaczyna przedmowę (przekład mój) do kieszonkowego wydania swoich „Three Plays”.

To stwierdzenie Wildera przypomniało mi moje własne doświadczenie z wrocławskim teatrem (choć rzecz jasna nie mam zamiaru równać swojego doświadczenia i wiedzy – czy też jej braku – z doświadczeniem i wiedzą autora „Our Town”).

Pamiętam, jak z jednego z ostatnich przedstawień (opartej na utworze Witkacego), jakie miałem okazję oglądać w Teatrze Współczesnym, wychodziłem zdegustowany. Było to coś, co z powodów dla mnie niezrozumiałych budziło wybuchy śmiechu u publiczności, kiedy w rzeczywistości powinna była ona płakać gorzkimi łzami nad poziomem wrocławskiego teatru. Z pewnością zapłakałby, a może raczej zaklął szpetnie i wyszedł trzasnąwszy z ogromnym hukiem drzwiami sam Witkacy, gdyby zobaczył, co zrobiono z jego utworem.

Powody utraty przyjemności z chodzenia do teatru są bez wątpienia u mnie inne niż u Wildera, choć Wilder pewnie nie zdzierżyłby widząc, co dzieje się z teatrem we Wrocławiu. Do tego wszystkiego moje obrzydzenie zwiększył wyczyn teatru – noszącego w nazwie (o zgrozo!) miano „polskiego” – który swoją tanią i śmierdzącą prowokacją uderzył w ministra kultury. Nie wiem wprawdzie do tej pory, czy była to tylko wstrętna prowokacja, czy faktycznie dyrekcja chciała przyciągnąć do teatru widza prezentując na scenie wyczyny „aktorów” porno, ale wycofała się w ostatniej chwili obawiając gorszej zadymy, niż to planowała. Tak oto teatr w Polsce kończy się nie hukiem, ale skomleniem i smrodem.

Sztuki Wildera z tomiku „Three Plays” dały mi sporo przyjemności. I bez wątpienia jest to rodzaj dramatu, który z radością obejrzałbym w dobrej obsadzie na deskach teatralnych we Wrocławiu.
Zadziwiającą rzeczą w przypadku tych utworów dramatycznych jest ciągłe rozbijanie iluzji i wracanie do niej na nowo. Autor nieustannie daje nam do zrozumienia, że to „tylko” sztuka teatralna, po czym każe nam w nią wierzyć ponownie. Jest to tak, jakby ktoś co chwilę rozbijał młotem potężny ekran, na którym śledzimy jakąś historię, i mówił: „Popatrz, to tylko złudzenie”, a po chwili podsuwał nam nowy, który i tak za jakiś czas ponownie rozwali z brzękiem szkła tym samym narzędziem. Tak jest zarówno w „Our Town”, który otwiera książkę, jak i w pozostałych dwóch utworach. W filozoficznym „Our Town” ta umowność podkreślana jest m.in. przez ubóstwo dekoracji (podejrzewam zresztą, że to tutaj tak naprawdę czerpał współczesny pornograf i prowokator Lars von Trier inspirację do swojego „Dogville”), jak również rolę kierownika planu (Stage Manager), który widowisko „kreuje” i „przerywa”, kiedy zachodzi taka potrzeba. W zabawnym i nie mniej filozoficznym „The Skin of Our Teeth” tę umowność podkreśla „buntowanie” się aktorki i zamieszenie związane z „chorobą” aktorów, zaś w przepysznej, głupawej farsie „The Matchmaker” bezpośrednie zwracanie się do widzów.

To rozbijanie iluzji jest o tyle zadziwiające, że przecież w przytoczonym już fragmencie wstępu autor pisał o współczesnym sobie teatrze: „Przestałem wierzyć w historie, których przedstawienie tam oglądałem”. Autor przestał w nie „wierzyć”, a sam nieustannie roztrzaskuje świat ułudy, jaki w swoich sztukach tworzy! I o dziwo, mimo tych zabiegów, jednak w te historie wierzymy i nas obchodzą (a przynajmniej obchodzą one mnie, więc zakładam, że i innych czytelników również). Jak autor tego wyczynu dokonuje, to już materiał do rozważań na osobny większy tekst.

Ale to rozbijanie iluzji ma jeszcze jedno dno, bo przecież jej rozbijanie wiąże się z kreacją kolejnej ułudy, co znakomicie widać w „The Skin of Our Teeth”. Aktorka grająca jedną z postaci wszak tylko pozornie buntuje się jako „aktorka”. A więc gra jakby dwie role tak naprawdę albo jeszcze inaczej: gra aktorkę, która gra swoją rolę w teatrze. Mamy zatem teatr w teatrze. A do tego jeszcze rzeczywistość przedstawiana miesza się z zastaną rzeczywistością widzów tu i teraz, wchodząc pomiędzy nich i kryjąc się za nimi. Są to oczywiście chwyty, które dość często pojawiają się we współczesnym teatrze, ale jakże inne i świeże wydają się one mimo wszystko w – nie tak już nowych przecież – dramatach Wildera. To balansowanie na pograniczu światów iluzji i rzeczywistości, nakładanie się tych światów na siebie, ich mieszanie jest dla Wildera bardzo charakterystyczne i każe też nam z kolei sobie zadawać pytania o realność otaczającego nas świata, o przemieszanie w nim fikcji i rzeczywistości, a także nakładanie się różnych wymiarów czasowych i przestrzennych przecież. A to ostatnie przeplatanie się różnych poziomów czasoprzestrzennych znakomicie widać i w „Our Town” i w „The Skin of Our Teeth”.

Uderzające jest także to, że w zasadzie każda ze sztuk wciąż wydaje się być „na czasie”. Zwłaszcza „The Skin of Our Teeth” mogłaby dzisiaj budzić spore emocje u widzów. Kto wie, czy nawet nie większe niż w czasach Wildera?

Na marginesie tych rozważań wspomnę jeszcze o tytułach polskich przekładów tych sztuk. Być może będzie to jedynie czepialstwo, ale mam ochotę dołożyć swoje trzy grosze i podzielić się swoimi wątpliwościami. Otóż, trochę mnie dziwią polskie tytuły tłumaczeń dramatów Wildera. „Out Town” chyba miałem okazję czytać bardzo już dawno temu, więc nie pamiętam, jakie były wówczas moje odczucia. Pamiętam słynny fragment z adresem na kopercie listu do Jane (choć może być i tak, że po prostu przytoczył go inny z czytanych przeze mnie pisarzy). Wydaje mi się natomiast, że polski tytuł powinien brzmieć po prostu „Nasze miasteczko” zamiast „Nasze miasto”. W końcu, jak dowiadujemy się z tekstu samego dramatu, populacja „Out Town” liczy tylko około 3000 ludzi, a taką małomiasteczkowość sugeruje też wiele innych cech tego dramatu. „The Skin of Our Teeth” przetłumaczono jako „Niewiele brakowało”, choć znowu wydaje mi się, że aby zachować „idiomatyczność” tytułu i jednocześnie jakąś grę słów, warto byłoby to przełożyć jako „O mały włos”. Ostatni z zamieszczonych w zbiorze utworów to po polsku „Pośredniczka matrymonialna”, a przecież aż się kusi, by „The Matchmaker” przełożyć jako po prostu „Swatka”, co chyba jest też bliższe idei oryginału.

Swój egzemplarz dramatów Wildera nabyłem, podobnie jak książkę Tennessee Williamsa, w jednym z tzw. „charity shops” w Londynie. Być może został tam oddany przez tę samą osobę? A może kogoś innego? I podobnie, jak w przypadku „Cat on a Hot Tin Roof”, ten niewielki tomik, może z wyjątkiem okładki, sprawiał wrażenie, jakby nikt go nigdy nie czytał. Ciekawe jest również, jak zawędrował do Londynu, bo wewnątrz znajduje się pieczątka:

DEPARTMENT OF ENGLISH
GLEBE COLLEGIATE INSTITUTE
OTTAWA, ONTARIO.

Wygląda więc na to, że książeczka ta przywędrowała do Wielkiej Brytanii z Kanady. Hmm...

Ostatnio obiegła media wiadomość o mianowaniu nowego dyrektora Teatru Polskiego, którym ma teraz być Cezary Morawski. Aktorzy i niektórzy politycy protestują, broniąc pana Mieszkowskego. Ja się tam cieszę, mając nadzieję na jakieś nowe otwarcie i może prawdziwy powiew świeżości. Nawet jeśli miałby on być nawrotem do tradycji. Tradycji dobrego teatru, w którym przedstawiane historie stają się wiarygodne.

Thornton Wilder, Three Plays, Bantam Books, New York 1961.

piątek, 19 sierpnia 2016

Corner Shop: Unholy Holly albo światy równoległe


Kiedy czyta się książkę po obejrzeniu filmu albo jakiejś scenicznej adaptacji, prawdopodobne są dwie reakcje: albo czytelnik poczuje zawód i rozczarowanie książką, albo rozczarowanie filmem czy przedstawieniem. Pewne natomiast jest jedno: filmowe obrazy będą się z siłą narzucać wyobraźni, choćbyśmy tego nie chcieli. I tak Rick Deckard już na zawsze będzie miał twarz Harrisona Forda, a Zagłoba oblicze Kazimierza Wichniarza lub Mieczysława Pawlikowskiego.

Zdarza się jednak i tak, że zarówno książka, jak i jej adaptacja stanowią niejako dwa dzieła osobne, ale też jednako doskonałe. W przypadku „Breakfast at Tiffany’s” mamy właśnie z czymś takim do czynienia. Oczywiście główna bohaterka będzie zawsze miała twarz Audery Hepburn, a podejrzewam, że jeśli nawet ktoś najpierw przeczytał tę powieść (czy raczej dłuższe opowiadanie tak naprawdę), to filmowa wersja narzuci mu z siłą swoje obrazy i choćby czytał po raz enty opis Holly, to i tak będzie widział to, co zobaczył w obrazie Blake’a Edwardsa. Jednak film i utwór Trumana Capotego to jakby światy równoległe. Pewne elementy się nakładają, inne nie przystają do siebie zupełnie. Ale zarówno film, jak i książka zachwycają.

Jak powiedział, wspomniany na tym blogu wcześniej, Eustachy Rylski – każdy pisarz chciałby taki utwór mieć na swoim koncie. Choć nie jest to może utwór wybitny, w takim znaczeniu choćby, w jakim za wybitne dzieło uważamy np. „Zbrodnię i karę”. Bez wątpienia jednak jest napisany znakomicie, a czytelnik daje się porwać narracji, nawet jeśli wcześniej obejrzał już film.

Holly z książki jest nieco inna niż w filmie. Jest... no cóż, jakby bardziej „unholy”. W opowieści Capotego jest więcej brudu, a nawet do pewnego stopnia wulgarności. Film to bardziej romantyczna komedia, choć z poważniejszym podtekstem, bo przecież ciągle uciekająca w świat fantazji i zabawy Holly też święta nie jest.

Są to więc sumie – jak stwierdziłem wyżej – dwa światy równoległe. Gdyby ktoś kazał mi wybrać jeden z nich, miałbym problem. Wolałbym nie wybierać. Utwór Capotego to świat bardziej „realistyczny”, choć nie pozbawiony swoistej poezji, która barwi wspomnienia z przeszłości. Nie ma tu happy endu, jest melancholia albo jak mówi bohater kultowej polskiej komedii: „smutek i nostalgia”. Film to świat fantazji, taki świat, jaki byśmy chcieli, by zaistniał. Tu musi nastąpić happy end i nie pytamy, co potem. Wiadomo przecież, że żyli długo i szczęśliwie. Holly przecież nie może uciekać bez końca, kiedy wreszcie znalazła prawdziwą miłość, a jej ukochany będzie o nią walczył i nie pozwoli jej tak po prostu odjechać...

Moje wydanie „Breakfast at Tiffany’s” z serii Penguin Classics ma dla czytelnika dodatkowy bonus w postaci trzech znakomitych opowiadań Capotego: „House of Flowers”, „A Diamond Guitar”, „A Christmas Memory”. Pokazują one mistrzostwo amerykańskiego pisarza we władaniu formą opowiadania, a komuś, kto jak ja, nigdy przedtem nie czytał nic tego autora, dają wyobrażenie o skali jego talentu.

Truman Capote, Breakfast at Tiffany’s, Penguin Books, 2000.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czego zabrakło w życiu Amy Winehouse?

Film dokumentalny o Amy Winehouse zobaczyłem dopiero niedawno, korzystając z jednego z płatnych portali filmowych. Przez dłuższy czas zwlekałem z obejrzeniem tego dokumentu. Być może powodów było kilka: Albo obawiałem się przesłodzonej wersji jej życia, lukrowanych, czułych komentarzy w stylu głupawych portali muzycznych dla młodzieży, albo podkoloryzowanej historii o zbuntowanej młodej dziewczynie, która złożyła życie na ołtarzu pop-kulturowego buntu, albo może po prostu żal mi było tej młodej piosenkarki i kompozytorki o niesamowitym talencie, która tak przedwcześnie odeszła z tego świata, i nie chciałem oglądać tej historii, tak jak nie chcemy przez jakiś czas wracać do historii życia kogoś nam bliskiego, kto niedawno odszedł, bo to boli.

Tymczasem film – w którym autor korzysta z materiałów archiwalnych, amatorskich nagrań wideo, zdjęć prywatnych i nagrań ze studiów muzycznych – mną wstrząsnął. Pokazał Amy Winehouse przede wszystkim jako obdarzoną darem muzycznym nastolatkę, która weszła w świat rozrywki, w świat przemysłu rozrywkowego może nazbyt wcześnie. Jawi się tutaj angielska piosenkarka jako niesamowity talent nie muzyki pop, ale jazzu – a więc muzyki bądź co bądź elitarnej, być może czasem snobistycznej, ale raczej właściwej dla małych klubów, do których przychodzi publiczność o bardziej wyrafinowanych gustach. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Sam na tym blogu poświęciłem pamięci Amy Winehouse krótki wpis, w którym przyrównałem ją do największych gwiazd: Billie Holiday, Niny Simon, Elli Fizgerald. Szkoda, że Tony Bennett nie wpadł na pomysł nagrania całej płyty z jej udziałem. Może przy okazji praca nad takim projektem i szacunek, jakim darzyła dużo starszego piosenkarza, zdołałyby jeszcze uratować jej młode życie? Może przynajmniej na jakiś czas?



Z drugiej strony jawi się Amy Winehouse jako młoda, wrażliwa dziewczyna, którą łatwo było zranić i wciągnąć w wir samodestrukcji. Przede wszystkim nie bez znaczenia jest tutaj tło związane z jej życiem rodzinnym. Kiedy w pewnym momencie jej ojciec powiedział o swoim odejściu od żony i rodziny, że jego córka dość łatwo sobie z tym poradziła, zareagowałem wzburzeniem, stwierdzając, że człowiek ten jest głupi, nie zdaje sobie sprawy, jakim nieszczęściem dla dziecka jest rozejście się jego rodziców. Dalsza część filmu tylko potwierdziła moją konstatację. Jej ojciec, z którym przecież podtrzymywała kontakt i który dalej miał niebagatelny na nią wpływ, nie dorósł nie tylko do roli męża jej matki, ale i kochającego, opiekuńczego rodzica. Jego decyzje miały na kochającą go przecież Amy wpływ destrukcyjny. Tak wynika to przynajmniej z filmu i choć biorę poprawkę na możliwe przekłamania, to właściwie film nie pozostawia tu złudzeń, oddając głos samemu ojcu.

Drugi mężczyzna (jeśli w ogóle zasługuje na to miano), który wywarł równie niszczycielski, a może nawet niebagatelnie bardziej rujnujący, wpływ na życie utalentowanej piosenkarki, to jej chłopak, a potem mąż, Blake Fielder. Wciągający młodą kobietę, właściwie niemal dziewczynę jeszcze, w spiralę alkoholowego i narkotykowego szaleństwa, jawi się tutaj jako postać zdecydowanie odrażająca, „pasożyt” (określenie jednego z lekarzy z poradni odwykowej) żerujący na miłości zapatrzonej w niego piosenkarki. Tej roli nie przesłaniają wzmianki o jego własnych zranieniach z dzieciństwa. W końcu narkotykowe i alkoholowe ciągi z jego udziałem przyczyniły się do zniszczenia zdrowia samej Amy, a brak z jego strony jakiejś choćby podstawowej troski i dojrzałości przyniósł katastrofalne skutki w chwili, kiedy próbowano piosenkarce pomóc wyjść z nałogu.



Oczywiście nie można całej winy zrzucić na otoczenie. Trzeba uczciwie powiedzieć, że autorka „Back to Black” sama weszła na ścieżkę życia dalekiego od świętości. Miała też prawdziwych przyjaciół, którzy z przerażeniem patrzyli na jej staczanie się i usiłowali jej pomóc. Całość jednak obrazu pokazuje znakomicie, jak takie życie wywiera dewastujący wpływ na człowieka, jak mit wyzwolenia seksualnego, „wolności od”, ten cały „sex, drugs and rock’n’roll” kryją za swoją fasadą samotność, krzywdę wyrządzaną sobie i drugiemu człowiekowi. To chyba jeden z bardziej oskarżycielskich filmów dla świata pop-kultury i w ogóle współczesnej mentalności, jaki w ostatnim czasie dane mi było obejrzeć i być może nawet wbrew woli jego twórców.

Wokół tego wszystkiego i w tle jest jeszcze przemysł rozrywkowy i świat mediów (nie tylko wszędobylskich paparazzi, ale też telewizji, gazet, czasopism). Choć tutaj ich rola nie jest aż tak mocno – w moim odczuciu – podkreślona, a może nawet niejednoznaczna. Jeśli chodzi o świat mediów, to dobrze widać to, gdy zestawi się ciepłe przyjęcie młodej piosenkarki na początku jej kariery i szyderstwa i kpiny (także ze strony tych samych tuzów dziennikarstwa!), kiedy zaczęła się staczać i potrzebna jej była pomocna i przyjacielska dłoń. Chyba negatywną stronę przemysłu rozrywkowego najbardziej widać już właściwie pod koniec filmu, kiedy usiłowano wciągnąć Amy Winehouse (wbrew jej samej – jak sugeruje dokument) w kolejną trasę koncertową z występami na wielkich scenach. Wielu pamięta jeszcze, jaki był tego skutek.

Czego w życiu Amy Winehouse zabrakło? Chyba po prostu tej prawdziwej miłości, o której tak pięknie pisze św. Paweł. Gdyby ją naprawdę spotkała, być może wciąż byłaby wśród nas i wciąż tworzyłaby nowe, może nawet jeszcze lepsze piosenki.

Smutny to film i smutne niesie ze sobą refleksje. Ale wbrew temu, a może właśnie dlatego, wart jest obejrzenia.

Amy, reż. Asif Kapadia, Wielka Brytania, 2015.

środa, 3 sierpnia 2016

Czy Prezydent Duda ma nas za kretynów czyli kto naprawdę rządzi Polską?


We wtorek głównym tematem dnia zdawało się zamieszanie wokół prezesury Jacka Kurskiego. Powiem krótko: mam gdzieś to, kim będzie prezes państwowej TV. Nie oglądam telewizji od lat i, jeśli chodzi o mnie, to może ona w ogóle nie istnieć.

Tymczasem tego samego dnia zaprezentowano prezydencki projekt ustawy mającej pomóc „frankowiczom”. Kiedy o tym myślę, do tej pory bierze mnie cholera. Z pięknych obietnic po prawie roku zwodzenia nie pozostało nic. I pomyśleć, że należałem do tych naiwnych optymistów, którzy sądzili, że nasi nie rzucają słów na wiatr. Okazuje się, że „nasi” boją się banksterów równie mocno, jak ich poprzednicy. A miałem nadzieję, że dzielnie stawią im czoła i jak dobry szeryf staną po stronie słabszych. Niestety nic się nie zmieniło.

Teraz przynajmniej jedno jest jasne: kto w Polsce tak naprawdę rządzi. Ci, którzy sugerowali, że Andrzejem Dudą kieruje z tylnego siedzenia prezes Jarosław Kaczyński, mylą się.

Polską rządzą banksterzy.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Łolt Łajtman wielkim poetą jest


Dowiedziałem się w poniedziałek z pewnej publicznej rozgłośni, która nadaje program kulturalny, o istnieniu nieznanego mi poety. Wygląda na to, że nazywa się Łolt Łajtman.

Słuchałem z zaciekawieniem. Prowadząca program poinformowała mnie, że muzykę do paru utworów tego poety napisał Kurt Weill. Kiedy usłyszałem tytuły tych wierszy (w tym znajomo mi brzmiący, a powiedziałbym, że wręcz słynny, „Oh, Captain, My Captain”), uświadomiłem sobie, że chodzi tak naprawdę o Walta Whitmana. Pani jednak z uporem maniaczki powtarzała: Łolt Łajtman, Łolta Łajtmana, a nawet chyba usłyszałem coś jakby „Łejtman”.

Daleki jest od szydzenia z czyjejś (nie)znajomości języków obcych. Sam z trudem opanowałem jeden, a i to po wielu latach i pogodziłem się z myślą, że już nigdy nie będę nim dobrze władał. Z żalem też myślę o tym, że raczej już pewnie nie poznam francuskiego, bez którego znajomości ciężko jest czytać choćby fragmenty III części „Dziadów”. Wydaje mi się, jednak, że rozgłośnia publiczna, utrzymująca się z pieniędzy publicznych, mająca też chyba pełnić rolę edukacyjną (program kulturalny!) powinna dokładać – że tak powiem – pewnej „należytej staranności”, nim puści audycję w eter. Sprawdzenie pewnych informacji w epoce Internetu nie przysparza chyba tak wielkich trudności. Nawet dysponując zwykłym telefonem komórkowym można potwierdzić prawidłową wymowę nazwiska czy imienia słynnego poety w ciągu najwyżej pięciu minut.