Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 44. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 44. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 maja 2010

Już tylko sex, drugs and... alkohol?

Długo krążyłem wokół tej powieści nim zdecydowałem się po nią sięgnąć. Intrygowała mnie okładka, związek autora z pismem „44” oraz informacje, które mogłem znaleźć w Internecie. Fragment jego najnowszej prozy przeczytany w drugim numerze „Czwórek” zdecydował, że w końcu zabrałem się do lektury. Książkę przeczytałem w jeden dzień, zapominając o innych obowiązkach. Jedno jest więc pewne: autor „Śladów” potrafił tak skonstruować swoją opowieść, by zaintrygować czytelnika od pierwszej do ostatniej linijki.

Jest to powieść jak najbardziej współczesna, która mówi mi coś o doświadczeniu pokolenia dorastającego w momencie przełomu, jaki nastąpił po „okrągłym stole”. Z tego być może też względu moim pierwszym odruchem było upewnienie się, czy trzymam w ręku faktycznie książkę Sebestiana Reńcy. Klimat, sposób opisywania rzeczywistości, małomiasteczkowa atmosfera, typ bohaterów nasunęły mi bowiem skojarzenia z Wojciechem Chmielewskim. Zresztą nie tylko pierwsze strony przywodzą na myśl autora „Brzytwy”. Odnalazłem w „Śladach” parę innych rzeczy, które tych autorów – przy widocznych też różnicach – w jakiś sposób łączą, być może stanowią oznakę jakiejś pokoleniowej tożsamości albo po prostu podobną poetykę, zbliżony punkt patrzenia na rzeczywistość (Chmielewski jest od Reńcy jednak 7 lat starszy).

W obu przypadkach jest to pokazywanie rzeczywistości bez „lukru”, brutalne, pozbawione złudzeń, nie uciekające od drastycznych scen. Można by to określić jako „sex, drugs and... alkohol”, choć i rockandroll też by się znalazł. W zasadzie w całej powieści Reńcy prawie, z nielicznymi wyjątkami, nie ma postaci jednoznacznie pozytywnej, każdy jest w jakiś sposób utytłany w błocie, jeśli nie po prostu w gównie. Każdy nosi w sobie skazę. Nawet jeśli o niej nie wiemy, to może ją ukrywa. W tej samej osobie dobro miesza się w różnych proporcjach ze złem. W końcu nawet główny bohater, czyniąc jednocześnie dobro dla kogoś innego, porzuca osobę, która akurat potrzebuje wyjątkowej troski, bezinteresownej miłości i czułości. Trudno więc jego postępowanie przyjąć z całkowitą aprobatą, usprawiedliwić, powiedzieć, że nastąpiło jakieś nagłe „nawrócenie”, gwałtowna duchowa przemiana, zdecydowany przełom, oddzielenie dobra od zła obosiecznym mieczem.

Mógłbym oczywiście, pisząc o obu prozaikach, przywołać nazwisko Hłaski, ale nie oddałbym im w pełni sprawiedliwości. Inną bowiem wspólną cechą, jaką dostrzegam, jest mieszanie niemal naturalistycznych obrazów polskiej codzienności z elementami fantastyki. U Reńcy te wątki fantastyczne są dwojakiego rodzaju: wkraczanie świata nadprzyrodzonego w rzeczywistość namacalną oraz nakładanie się lub przenikanie nawzajem dwóch lub nawet kilku różnych wymiarów czasowych. To z kolei w przypadku autora „Śladów” również rys przypominający mi prozę Tadeusza Konwickiego, choć bez typowej dla tego ostatniego dawki specyficznego humoru.

Widzę także jeszcze jedną cechę wspólną, łączącą się również z poprzednią: obecność wątku religijnego, ale obecnego w taki sposób, by czytelnik nie czuł, że jest przez pisarza nawracany czy pouczany. Nie jest to bynajmniej proza dydaktyczna, choć sporo tutaj gorzkich słów pod adresem współczesności. Stosunek bohaterów „Śladów” do religii, do duchowieństwa nie jest wcale jednoznacznie przychylny. Bywa wrogi, obojętny, a nawet jeśli odnosi się z jakąś dozą sympatii do Kościoła, to brak w nim oznak zaangażowania, skłonności do praktyk religijnych, choćby tak prostych, jak regularne uczęszczanie na Mszę św. Jednocześnie czujemy, że to właśnie chrześcijaństwo jest tym, co stanowi alternatywę dla życia pełnego pustki, pozbawionego autentycznej miłości, której bohaterowie tej powieści poszukują. Nie ma tutaj jednakże łatwych pocieszeń. Bohaterscy obrońcy Saragossy z opowiadania księdza przegrywają, choć to przecież „Generalissima Matka Boska (...) dowodziła obroną”. Jednak z drugiej strony to właśnie Jej polski żołnierz, wróg bohaterskich obrońców miasta, zawdzięcza ocalenie. A w innej opowieści to krzyż broni uciekających Żydów przed zagładą. Ojciec jednego z bohaterów, dawny komunistyczny aparatczyk, instynktownie niemal sięga po Biblię zbliżając się do kresu swojego życia.

Odnajduję w powieści Sebastiana Reńcy powinowactwo z jeszcze jednym autorem – z Józefem Mackiewiczem. I nie tylko chodzi tutaj o tematykę kresową czy realizm. Szczególnie jest to widoczne w wielowątkowości tej powieści, w chęci przedstawienia szerszej panoramy losów różnych bohaterów i na różnych poziomach czasowych oraz przestrzennych. Co w tak szczupłej objętościowo książce – całość liczy około 190 stron – jest zabiegiem odrobinę karkołomnym, aczkolwiek nie znaczy to, że kompletnie nieudanym. Powiedziałbym nawet, że nadaje powieści rozmachu i wielowymiarowości.

Tytułowe „Ślady” to nie tylko nietrwałe odciski stóp pozostawione przez bohaterów na śniegu, ale także ślady przeszłości, na które chcąc nie chcąc natykamy się w naszej współczesności, to również strzępy dawnej Rzeczpospolitej, to echa i cienie losów i zmagań naszych przodków, które określają w jakiś sposób to, kim jesteśmy i jak żyjemy dzisiaj; które stanowią dla nas niejednokrotnie wyzwanie, domagają się naszej odpowiedzi. Nawet jeśli tego sami nie dostrzegamy. Nawet jeśli sami nie zastanawiamy się, co my zostawimy po sobie następnym pokoleniom.

Można by czepiać się i doszukiwać słabości debiutanckiej powieści Reńcy. Nie będę się nimi zajmował. Wiem jednak jedno, korekta powinna dostać po łapkach, zwłaszcza za błąd ortograficzny na stronie 22.

PS

Powyższe refleksje z lektury spisywałem jeszcze jakiś czas przed katastrofą smoleńską. Nie poruszyłem w swoim omówieniu wątku obrazu młodzieży polskiej, jaki naszkicował w powieści Reńca, choć stanowi on istotny komponent „Śladów”. Dni żałoby narodowej pokazały nam – oprócz innych spraw – wizerunek młodzieży odmienny od czarnej wizji ćpających, uprawiających szybki i wyuzdany seks oraz odurzających się alkoholem wyrostków, jakich przedstawił autor. Z różnych rozmów dowiedziałem się, że nie tylko dla mnie dużym zaskoczeniem była widoczna w dniach po katastrofie obecność harcerzy. Wydawało się, że harcerstwo to coś, co nie może być „cool”, co wśród młodych uchodzi za obciach, przedmiot kpinek i żartów. A tymczasem...

Sebastian Reńca, Ślady, Warszawa 2009

wtorek, 16 lutego 2010

Sztuka (apokaliptyczna)

OSTATKI

CZYLI

CZTERDZIEŚCI I CZTERY

ALBO

LANS
Tragedia apokaliptyczna w jednym akcie i trzech scenach

SCENA I
Ostatni dzień karnawału. Bar. Przodem do widowni siedzą za nim przebierańcy: Archanioł, Niedźwiedź, Zając. Przed nimi szklaneczki z alkoholem. Barman, odwrócony większość czasu tyłem do widowni, robi to, co robi barman: przeciera blat, czyści szkło, ogląda je pod światło, od czasu do czasu przywołany skinieniem dolewa do szklaneczek. W tle pulsujące światła, muzyka, uwijające się w dzikim tańcu karnawałowe pary przebierańców. Z głośników leci utwór „Firestarter” zespołu Prodigy.

ARCHANIOŁ (trzymając w ręku kartkę papieru, najwidoczniej kończąc czytać) „...Czy jest więc coś radośniejszego niż zapach napalmu o poranku? Tak, zapach nadchodzącej apokalipsy!”

ZAJĄC Pięknie napisane, Rafale.

NIEDŹWIEDŹ Niezły czad!

ARCHANIOŁ Eee tam! Nie przesadzajcie. Taki tam, tekścik.

ZAJĄC A widzieliście? Tadzio dał wywiad dla „Dziennika Wyborczego”.

NIEDŹWIEDŹ Nie mów! Nic mi o tym nie wspominał.

ARCHANIOŁ (nieco zawiedziony zmianą tematu) O czym mówił?

ZAJĄC Jak to o czym? (śmiech) O sobie!

NIEDŹWIEDŹ (śmiech) Typowe dla Tadzia!

ARCHANIOŁ Co tam Tadzio! Coś o naszych wiecie?

NIEDŹWIEDŹ No pewnie! O Szczepciu napisali w „Kobiecie na gorąco”!

ZAJĄC (z niedowierzaniem) Serio? Jaja sobie robisz!

NIEDŹWIEDŹ Nie, no co ty! Całe pół strony mu poświęcili!

ZAJĄC No popatrz! Pół strony! Ile to ma nakładu?

NIEDŹWIEDŹ Nie wiem dokładnie, ale sporo.

ARCHANIOŁ A Marek będzie za tydzień u Maksa Dachówki w RockSy F Music.

NIEDŹWIEDŹ, ZAJĄC (razem) Nieźle!

ARCHANIOŁ Nooo! A pamiętacie ten jego wywiad dla „Wyborczego”?

ZAJĄC Ba! Ale Wojtek tak nic nie mówi, a tu mu pokadzili nielicho w „Polityce Polskiej”.

ARCHANIOŁ Prawda to Wojtek?

NIEDŹWIEDŹ Iiii! Nic specjalnego! Taka tam notka! Za to w „Republice” o Zbyszku skrobnęli ponoć.

ZAJĄC Owszem, Olek machnął tekścik. Trzeba informację na stronie umieścić, bo ostatnio się żalą, że tylko ja i ja.

ARCHANIOŁ (wiercąc się nieco niespokojnie) Taaak, można by tak ten mój drugi tekst też na stronie...

NIEDŹWIEDŹ Zapomniałem wam powiedzieć: na blogu Stowarzyszenia Obrońców Sarmacji umieścili krótki artykuł o naszym Piśmie.

ARCHANIOŁ, ZAJĄC (razem) Oooo!

ZAJĄC Trzeba dać notkę!

SCENA II
Ten sam bar. Ten sam barman. Ci sami przebierańcy. Jakby mniej pewnie trzymają się na stołkach. Częściej się podpierają. Barman cały czas trzyma się znakomicie. W tle też nieco mniej par na parkiecie.
Barman dolewa do szklaneczek. Nagłe zamieszanie. Na parkiet wpadają nowi przebierańcy: skórzane kurtki i spodnie, policyjne czapki, nagie torsy, nabijane cekinami obroże na szyjach, tęczowe chustki i apaszki, wyuzdane pozy, silny makijaż. Wśród nich kangur, który próbuje się im wyrwać. Szamotanina. Kangur upada. Widać, że go kopią i okładają, ale całość zasłania bar. Wrzask bitego i bijących. Archanioł, Niedźwiedź i Zając odwracają się na stołkach. Z głośników leci „Breathe” Prodigy.

GŁOS Z PODŁOGI ZA BAREM Aaaaaaaa!!!

ARCHANIOŁ (troszeczkę plącze mu się język) O!... To... przecież... Tomek!

NIEDŹWIEDŹ Trzeba... mu... ten... tego... pomóc (próbuje się podnieść).

ARCHANIOŁ, ZAJĄC (z obu stron chwytają go za ramiona osadzając z powrotem na stołku) Siadaj, Wojtek!

NIEDŹWIEDŹ Ale...

ARCHANIOŁ (stanowczo) Żadne „ale”! Pamiętasz: „Nie chcemy swoim udziałem poszerzać”... tego... jak to... się nazywa?... a! „pola walki w tym względzie”. I ten... no!... no!... „Zostawiamy to innym. Będziemy im kibicować”.

GŁOS Z PODŁOGI ZA BAREM Aaaaaaaa!!!

NIEDŹWIEDŹ Ale...

ZAJĄC „Jaka wojna, takie...” (szuka chwilę w pamięci) to... jak mu tam?... o!... „męczeństwo”!

GŁOS Z PODŁOGI ZA BAREM Aaaaaaaa!!!

NIEDŹWIEDŹ Ale... Przecież.... biją!

ZAJĄC No właśnie! Z pewnością jest zażenowany tym... co to ja chciałem (waha się dłuższą chwilę)... aha!... tym, że... musi... „brać udział w takim spektaklu”

GŁOS Z PODŁOGI ZA BAREM Aaaaaaaa!!!

ARCHANIOŁ, ZAJĄC (razem, klaszcząc w miarę rytmicznie w dłonie) Toooo-mek! Toooo-mek! Nie-daj-się! Nie-daj-się! Toooo-mek! Toooo-

NIEDŹWIEDŹ (przyłączając się do skandowania, z początku niepewnie, potem coraz bardziej energicznie) mek! Nie-daj-się! Nie-daj-się!

GŁOS Z PODŁOGI ZA BAREM (słabiej) Aaaaaaaa!!!

ARCHANIOŁ, ZAJĄC, NIEDŹWIEDŹ (wspólnymi siłami, choć nieco wypadają z rytmu) Toooo-mek! Toooo-mek! Nie-daj-się! Nie-daj-się! Toooo-mek! Toooo-

GŁOS Z PODŁOGI ZA BAREM (ledwo go słychać) Aaaaaaaa!!!

SCENA III
Bar, barman – jak w Scenie II. Tylko dwie-trzy pary na parkiecie. Archanioł i Zając ledwo trzymają się na stołkach, ale w dalszym ciągu próbują zachować fason. Niedźwiedź zdaje się drzemać oparłszy głowę na dłoniach złożonych na blacie. Z głośników słychać „Spitfire” Prodigy.

ARCHANIOŁ Przy... ten... opowiadaniu Chmiela to ja bym... kurde... taki sprośny rysunek dał... o!

ZAJĄC No... co ty??

ARCHANIOŁ Noooooo! A ja!

ZAJĄC Eeee! No... co ty???

ARCHANIOŁ A dałbym!... Żebyś, stary, wiedział!

ZAJĄC Jaja sobie robisz, nie?

ARCHANIOŁ Aaaa.... dałbym!

ZAJĄC E!... z Jankiem by trzeba... (urywa)

Przed barem zjawia się nagle, ni stąd ni zowąd Prosiaczek. Prosiaczek jest podejrzanie ogromny. Na dodatek trzyma w ręku kosę.

ZAJĄC (klepiąc Archanioła po ramieniu) Ty! Zobacz! Grzesio?!

ARCHANIOŁ Eeee!

ZAJĄC Grzesio! Po co ci ta kosa?

PROSIACZEK (milczy)

ZAJĄC Eh! To chyba nie Grzesio. Może Bartek??

PROSIACZEK (milczy)

ARCHANIOŁ Nie-e. To chyba nie on.

ZAJĄC No to kto???

PROSIACZEK (poważnie) Śmierć.

ARCHANIOŁ, ZAJĄC (śmiejąc się) Dobre, dobre! To musi być Grzesio!

PROSIACZEK (bardzo poważnie) Zbudźcie kolegę. Przychodzę po was.

ZAJĄC Nie, no! Grzesio! Daj Wojtkowi pospać. Opowiemy mu!

Nagły huk i oślepiający błysk. Przez chwilę trudno cokolwiek dostrzec. Niedźwiedź budzi się i spada ze stołka. Strój Prosiaczka też spada i ukazuje się Śmierć.

ŚMIERĆ (głosem, który rozbrzmiewa ze wszystkich stron) Żarty się skończyły.

Niedźwiedź na wszelki wypadek się nie podnosi. Barman robi swoje zupełnie nie zwracając uwagi na Śmierć.
Kurtyna

Wszelkie podobieństwo, a zwłaszcza niepodobieństwo do pewnych panów redaktorów i ich pisma czysto przypadkowe i zdecydowanie niezamierzone. Żadnego z nich nie znam osobiście, ale znam pismo, a zwłaszcza – dość powierzchownie trzeba przyznać – drugi jego numer. I nie ukrywam: jestem szczególnie zbulwersowany rysunkiem – tą nieprzemyślaną i niewiele mającą wspólnego z apokalipsą, eschatologią oraz Dniem Sądu prowokacją obyczajową – na stronie 205!

Użycie cytatów w powyższej „tragedii” samowolne, idiotyczne i głęboko nierozważne.

Podobnie, jak poprzednio, odcinam się kategorycznie od lekkomyślnego i stanowczo nierozsądnego wyskoku mojej chorej wyobraźni.

Z wyrazami głębokiego szacunku i poważania,

Terezjusz

PS
I proszę mnie nie pytać, dlaczego Prodigy. Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia,

T.

PS
Aha! Na czas Wielkiego Postu zawieszam wszelakie kontakty z Internetem, tym międzynarodowym i światowym narzędziem zniewalania jednostki. Należy się co najwyżej spodziewać drugiej części tekstu o poezji Polkowskiego,

T.

niedziela, 11 stycznia 2009

Neomesjanizm – eskapizm czy realizm?

Opublikowany w „Rzeczy o książkach” w zeszłą sobotę „Manifest neomesjanistyczny” Rafała Tichego jest ważnym wydarzeniem, które nie powinno przejść bez echa.
Może będzie to tylko krótkotrwała błyskawica na firmamencie polskiej kultury, a może początek fermentu, jaki wzburzy powierzchnię i głębiny zatęchłego bagienka. Jeśli okaże się to pierwsze, to stosując podejście samego Tichego mogę powiedzieć tylko tyle: nie będziemy rozdzierać szat, choć co nieco będzie nam przykro. Jeśli to drugie, to wówczas być może jesteśmy świadkami narodzin fali, która rozwali dotychczasowe hierarchie literackie i artystyczne, wywróci do góry nogami to, co zdaje się niewzruszone; zaleje wyrafinowane domki z piasku, poprzewraca łódeczki i stateczki dzisiejszych autorytetów, krytyków i hołubionych przez media pisarzy oraz artystów. I oby tak się stało.

„Manifest neomesjanistyczny” wyjaśnia przede wszystkim jedną rzecz: sens frondy we „Frondzie”.

Zgadzam się z Tichym, że „czas na apokalipsę”. I to najwyższy czas. Podobnie, jak on mam „dość neoliberalnego millenaryzmu”. Mierżą mnie serwowane mi utopie, jakieś dziwne przekonanie, że tym razem uda się zbudować raj na ziemi, bo będzie to „raj” lepszy od tego, co zaserwowali nam naziści i komuniści, bardziej „tolerancyjny”, mniej represyjny i w ogóle najwspanialszy na świecie. Nudzą mnie też zdechłe, pozbawione wigoru czasopisma literackie i kulturalne.

Jednak, kiedy autor pisze m.in.: „Dość moralizatorstwa. Zostawiamy to innym. Chcemy spierać się o rzeczy zasadnicze, metafizyczne i eschatologiczne (...)”, zaczynają mnie ogarniać wątpliwości. Nie, nie dlatego, bym uważał metafizykę czy eschatologię za sprawy nieważne. Wprost przeciwnie. Być może się mylę, odczuwam w tym jednak ton jakiejś pychy. Zwłaszcza, kiedy dalej czytam, że w sporze między „homofobami a homolubami” autor stawia się na pozycji kibica zagrzewającego do boju tych pierwszych, ale nie chcącego „poszerzać pola walki w tym względzie”. Brzmi to dla mnie mniej więcej tak: „Wy się tam targajcie za łby, my sobie ten mecz pooglądamy w wolnym czasie, gdy zechcemy sobie odpocząć od spraw ważniejszych, spraw, których wagi, wy, szaraczkowie, zrozumieć nie potraficie”. Czy nie jest to przypadkiem oddanie pola walki przeciwnikowi?

Choć z drugiej strony wyobrażam sobie też i taką możliwość, że proponowany w kulturze mesjanizm stanie się zaczynem jakiegoś wielkiego przewrotu, otwarciem oczu na rzeczywistość, na toczącą się wokół nas bitwę, której skala, zajadłość i ogrom mogłyby przerazić nawet najbardziej zaprawionego w bojach weterana. Takie „ożywienie ducha mesjanizmu w obszarze kultury współczesnej” miałoby wówczas wydać dzieła literackie i zaowocować wizjami artystycznymi o takiej sile rażenia, że wytrąciłyby wszelki oręż i zabawki z rąk różnej maści „homolubów” i nie tylko. Mam nawet przed oczami taką wizję: poeci banaliści porzucają swoje językowe igraszki i z płaczem biegną do domu schować się pod łóżkiem. Spod łóżek wystają ich drżące nóżki.

Rację pewnie ma Tichy pisząc, że „rozważanie na temat tego, ile demonów zmieści się w tabletce homeopatycznej, tchnie schyłkową demonologią”. Mnie również śmieszy demonizowanie Harrego Pottera (choć z góry muszę się zastrzec, że oprócz jednego filmu z serii, który mnie znudził i w którym nie dopatrzyłem się niczego groźnego, nie przeczytałem żadnej z popularnych książek pani Rowling). A mimo wszystko obawiam się takiego lekceważącego tonu. Obawiam, bo jednak facet, który tymi „pseudoegzorcyzmami” się zajmuje coś tam przeżył, czegoś doświadczył i może dmucha na zimne, ale w swoim zapale ostrzega w gruncie rzeczy przed złem, w które nieopatrznie mogą się wplątać „niewinni czarodzieje”, poszukiwacze alternatywnych rozwiązań.

I jeszcze jedna rzecz, przeciwko której odczuwam jakiś wewnętrzny bunt, choć zakładam, że może to być opór przed trzeźwym spojrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. Pisze Tichy m.in.: „Nigdy bowiem Chrystus nie zapowiadał, że Jego lud osiągnie na tym świecie ów religijny, kulturowy czy intelektualny sukces, którego On sam nie osiągnął. Nie należy się więc spodziewać, że w końcu wielcy tego świata gremialnie przyznają, iż najlepszy projekt społeczny to Civitas Christiana; nie należy się spodziewać, że świat nauki uzna wielkość średniowiecznej scholastyki i skłoni głowy przed philosophia christiana (...)” itp., itd. Albo czegoś tu nie rozumiem i błędnie interpretuję myśl redaktora „44/Czterdzieści i Cztery”, albo Tichy nie ma racji. Przecież Chrystus ten sukces odniósł, odniósł go przez swoją Śmierć i Zmartwychwstanie, to one były zarzewiem ognia, jaki ogarnął stopniowo olbrzymie połacie ówczesnego świata, nie tylko początkiem przemiany serc, ale także przemiany umysłów, kultury, filozofii, sztuki... Jego wrogowie tak się bali prawdy o Zmartwychwstaniu, że opłacili strażników, by głosili kłamstwo. A jednak świadkowie Zmartwychwstałego ponieśli ten ogień i rozprzestrzenili go po całym świecie. Dlaczegóż to nie mielibyśmy oczekiwać tego samego? Dlaczegóż to nie mielibyśmy podejmować wysiłków, by jednak i w tym świecie zrealizować Civitatis Christiana? Oczywiście biorąc poprawkę na ludzką ułomność, skłonność do zła, niedoskonałość nawet najszczytniejszych ludzkich projektów.

„Historiozoficzny pesymizm” redaktora „44/Czterdzieści i Cztery” wywołuje więc mój wewnętrzny opór. Obawiam się, że może być podcięciem skrzydeł tym, którzy chcieliby aby pamiętne słowa wypowiedziane przez Jana Pawła II – „Niech zstąpi Duch Twój, Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi” – stały się faktem. Obawiam się, że może być formą eskapizmu, szerzenia defetyzmu: „Ćpają? Trudno, nic na to nie poradzimy. Szerzą rozpustę? Cóż, będziemy kibicować jej przeciwnikom. Mamy w końcu ważniejsze sprawy na głowie. Chrześcijańscy politycy nie bronią prawa do życia nienarodzonych, głosują za in vitro? Ależ któż powiedział, że musimy wygrać w tym świecie? Tak już po prostu jest. My zajmiemy się modlitwą i studiowaniem Pisma”.

Generalnie z postawioną diagnozą Tichego i proponowanym rozwiązaniem się zgadzam. Moje wątpliwości celowo wszak zaprezentowałem w przejaskrawionej formie. Na tytułowe pytanie odpowiadam bowiem, że neomesjanizm jest propozycją realistycznego spojrzenia na otaczający nas świat, jest próbą wyjścia z matrixu, tchnięcia życia w kulturę i nadania jej nowej dynamiki, twórczej dynamiki. Jest sugestią uwicia bicza i powywracania stolików z zabawkami, zwrócenia oczu handlarzy i kupujących na świątynię Pana, na toczącą się wokół niej bitwę. Pytanie tylko, czy sprostają temu młodzi twórcy, czy starczy im talentu, by w swoje wizje tchnąć ducha, ducha, który olśni, przestraszy, wstrząśnie, poruszy ich odbiorców – czytelników, widzów, słuchaczy?

I jeszcze jedna refleksja na marginesie tych paru luźnych uwag o tekście redaktora „44/Czterdzieści i Cztery”: Czytając jego manifest mimo woli przypomniałem sobie o prekursorze dzisiejszych neomesjanistów. Może więc już nadszedł czas, by na nowo zinterpretować twórczość Jana Polkowskiego, wielkiego zapomnianego, którego po latach milczenia najnowszy (wcale nie wznowiony, jak niektórzy sugerują, bo zawierający też wiersze dotąd w postaci książki nie publikowane) tomik
"Elegie z Tymowskich Gór" ukazał się w zeszłym roku? Przecież jego liryka umieszcza doświadczenie codzienności w szerszym, metafizycznym i eschatologicznym kontekście, a proponowany przez Tichego neomesjanizm – na nowo zinterpretowany, twórczo przetworzony mesjanizm – właśnie ze szczególną mocą w tej poezji jest obecny.