Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 maja 2019

Vyvyan traci głowę, czyli nadchodzi „Nowy Wspaniały Świat”

W latach dziewięćdziesiątych miałem okazję oglądać w Anglii od czasu do czasu serial komediowy „The Young Ones”, który zrealizowano jeszcze w latach osiemdziesiątych. Głupawa ta komedia przedstawiała czwórkę młodych ludzi wynajmujących razem mieszkanie. Każdy z nich reprezentował inną subkulturę młodzieżową. W jednym z odcinków młodzieńcy jechali dokądś pociągiem. Punk Vyvyan idąc przez wagon zwrócił uwagę na tabliczkę przy oknie, na której było napisane: Nie wychylać się! Oczywiście natychmiast wystawił głowę przez okno – bo dlaczego niby nie? – i stracił ją. W następnej scence zobaczyliśmy tułów Vyvyana, który po zatrzymaniu pociągu wyszedł w poszukiwaniu swojej głowy. Znalazłszy ją, zamiast nałożyć z powrotem na kark, zaczął ją kopać jak piłkę.

Współczesna cywilizacja zaczyna coraz bardziej przypominać Vyvyana. Ludziom cywilizacji europejskiej zaczęło się nagle wydawać, że umieszczone tu i ówdzie tabliczki: „Nie wychylaj się”, „Nie wchodź”, „Nie dotykaj” są bezsensowne, a nawet jeśli może w nich być jakiś sens, trzeba to sprawdzić robiąc właśnie to, przed czym te tabliczki ostrzegają. To nic, że za tymi zakazami, ostrzeżeniami i przestrogami stoi mądrość wieków i cywilizacja, jaką na ich przestrzeganiu zbudowano. Lepiej wystawić głowę!

Prawdopodobnie jesteśmy już na etapie (albo jesteśmy go blisko) oderwanej głowy, gdy tułów kręcąc się, próbuje ją po omacku znaleźć. Potem pewnie zacznie ją kopać. A w końcu ją odpowiednio zmumifikuje i umieści w muzeum ciekawostek.

Także w Polsce, będącej do tej pory jeszcze w miarę normalnym miejscem, liczba Vyvyanów zdaje się przyrastać w tempie astronomicznym i o jakim się nawet autorom science-fiction nie śniło.


środa, 10 października 2018

Pro publico Bono?


W czasach, kiedy wielkie korporacje przejęły rolę kapłanów i uczą nas tolerancji i miłości do inności, cenzurują i karzą za niepoprawne myśli, muzycy zajmują się polityką. Bono, gwiazdka muzyki pop, od dawna angażuje się w politykę i różnego rodzaju działalność charytatywną. Ma pieniądze, to kto mu zabroni?

Bono to ten sam łobuz, który poparł głosowanie za uchyleniem zakazu aborcji w Irlandii. Autor wzruszających piosenek o miłości poparł barbarzyńskie prawo dopuszczające mordowanie najbardziej niewinnych i bezbronnych z istot ludzkich. To wszystko oczywiście „in the name of love”, a jakże inaczej!

Teraz Bono postanowił pomóc Europie i Afryce, a także... Polsce. Widać, że bardzo na sercu leży mu Konstytucja. Strach się bać normalnie!

piątek, 8 lutego 2013

Dziango czyli człowiek pogryzł psa

Jeszcze nie przebrzmiało ogólnopolskie cmokanie, jeszcze trwa. Trwa na lewo i prawo. I pośrodku. To cmokanie jednoczy lewicę z prawicą, liberałów i konserwatystów, demokratów i zamordystów. Jednoczy posłów i senatorów. Fryzjerów i akwizytorów. Cmokanie z zachwytu.

W jednej z lokalnych stacji radiowych rozlegało się niemal codziennie i niemal codziennie byliśmy również raczeni dawką muzyki. Muzyki z tego filmu. Nowego filmu Quentina Tarantino.

Nie, nie będę pisał o „Django”. Filmu, uwierzcie mi lub nie, nie oglądałem. Może obejrzę. Nie teraz. Brak czasu. Brak pieniędzy. Ogólny brak wszystkiego.

Nie wątpię, że Tarantino zrobił doskonałą robotę i że w filmie muzyka, jak zwykle, gra niebagatelną rolę. Dziwią mnie wprawdzie opinie, że jest to szczególnie brutalny film tego reżysera i że doszło nawet do jakichś protestów. Możliwe, by Tarantino wylał więcej keczupu niż zrobił to do tej pory? Cóż tam takiego się dzieje? Mordują słonie? Obdzierają żywcem ze skóry? Wbijają na pal i pokazują to ze wszystkimi szczegółami? Ilość obcinanych uszu w rytm skocznej melodii przekroczyła dopuszczalne normy?

Każdy, praktycznie każdy, pamięta przynajmniej kilka klasycznych już scen z filmów Tarantino. Jak choćby tę z dyskusją o napiwkach. Albo powtarzany i kopiowany na niezliczonych imprezach, dyskotekach i potańcówkach taniec Johna Travolty z Umą Thurman (sam to robię, jak tylko mam okazję). I oczywiście każdy pamięta muzykę. Parę gagów.

Nie sposób nie pamiętać. Filmy Tarantino mają doskonałą i przemyślaną konstrukcję, są robione z prawdziwą pasją i bez wątpienia reżyser bawi się ich robieniem nie mniej niż widzowie ich oglądaniem. I w tym jest cały problem. W tym sęk właśnie!

Tak, wiem: Tarantino bawi się konwencją. Bawi się opowiadaniem brutalnych historii w taki sposób, by sami widzowie też mieli niezłą zabawę. Taki „Kill Bill” to w gruncie rzeczy komiks przeniesiony na duży ekran, a jeszcze nawiązanie do tych różnych Bruce’ów Lee i tym podobnych, którymi znaczna część moich kolegów zachwycała się w dzieciństwie. I tak dalej i w tym rytmie.

Jednak film, to nie komiks, rządzi się swoimi prawami. To, co w komiksie, jest tylko zasugerowane paroma kreskami, w filmie staje się aż brutalnie dosłowne, niemal wyłazi z ekranu atakując zmysły, prowadząc czasem do gwałtownej reakcji psychosomatycznej: łez albo odruchów wymiotnych na ten przykład. Czy ktoś kiedyś płakał czytając komiks?

Wniosek jaki nasuwa się po obejrzeniu filmów Tarantino i który mi towarzyszy już od dawna jest prosty: Zabijanie to fajna zabawa. I nawet znajdzie się poukładany fachman, który pomoże usunąć resztki kolegi przypadkowo zastrzelonego na tylnym siedzeniu auta.

Przesadzam? Pamiętacie wrzawę, jaką wywołała „Pasja” Mela Gibsona? Notabene, ci, którzy straszyli, że film doprowadzi do antysemickich pogromów, jakoś nie weszli pod stół, by to odszczekać. A przecież tylko totalny idiota po obejrzeniu tego dzieła mógłby pójść i rozbijać wystawy żydowskich sklepów lub smarować na drzwiach swojego sąsiada: „Jude raus!” Chyba, że chciałby zademonstrować swoją nienawiść do Chrystusa.

Ale ja nie o tym. Chodzi mi o przemoc. A więc kolejnym zarzutem wobec filmu Gibsona, oprócz jego rzekomego antysemityzmu, było ogromne stężenie brutalnych scen. Tak jakby o krwawej przeprawie zgotowanej Chrystusowi można było opowiadać co chwilę unosząc kamerę w górę! Tak, film był brutalny. Jednak ta brutalność czemuś służyła. Pokazywała, jak ogromne cierpienie przyjął na siebie Chrystus dla zbawienia człowieka. I pokazywała Go jako twardego mężczyznę, wzór dla innych mężczyzn, a nie eteryczną panienkę w zwiewnych szatach.

A teraz puenta. W latach dziewięćdziesiątych przeczytałem o pewnym wypadku w Wielkiej Brytanii. Oto nastoletni koledzy gdzieś na śmietnisku przywiązali swojego kolegę do krzesła. Zapewne zakleili mu usta taśmą klejącą. Obcięli mu ucho. Oblali benzyną. Nie wiem, czy podpalili. Ale czy to takie istotne? Zapewne gdzieś z boku stał odtwarzacz płyt kompaktowych lub kaset. Nie wątpię, że było z niego słychać „Stuck in the middle with you”. Chłopcy na pewno mieli „fun” naśladując zapamiętany z filmu taniec sympatycznego gangstera sadysty.

piątek, 25 stycznia 2013

Popkultura jest wNas

Ostatnio zwrócił moja uwagę nowy portal kulturalny opatrzony mottem z Prousta. Gdzieś przeczytałem, że „lewicowcy” ponoć zazdroszczą „nam – prawicowcom” takiego portalu o kulturze. Szczerze powiedziawszy nie widzę powodu. Gdyby wziąć np. jakąś Wirtualną Polskę czy inną Interię, a następnie wycisnąć z niej to wszystko, co nie jest według jej redaktorów wiadomościami kulturalnymi, to zostałoby mniej więcej to samo co na portalu wNas. Różnica byłaby może ilościowa, ale mam wątpliwości, czy jakościowa.

Otóż gros materiałów publikowanych przez wNas to w gruncie rzeczy popkultura. Może i w miarę interesująco podana, ale popkultura. Do tego nie trzeba zaraz dorabiać ideologii w postaci cytatu z francuskiego pisarza. Redaktorzy z wNas tylko dokładają więcej śmiecia do tego wielkiego śmietniska, jakim jest Internet. Czy naprawdę jest sens rozwodzić się nad tym, co jakaś polska gwiazdka, której imienia już nie pamiętam, mówi o oślich kupkach? Albo czy faktycznie nie ma lepszego tematu niż to, co jedna celebrytka powiedziała o innym celebrycie? Nawet jeśli „dała do pieca” i dokopała ewidentnemu chamowi i pajacowi, którego na prawicy nikt nie lubi? A czy opinie o polityce pewnego aktora lub innego miłośnika win są naprawdę tak fascynujące, by zaprzątać nimi moją uwagę? Rozumiem intencje redaktorów tej strony internetowej: niewątpliwie chcą przyciągnąć jak największą grupę czytelników, a przy okazji mówić o kulturze w sposób ciekawy i niebanalny, ale czy koniecznie strywializowany i o rzeczach trywialnych? I może przy okazji dobrze byłoby najpierw zadbać o kulturę języka? Błędy stylistyczne, interpunkcyjne i literówki nienajlepiej świadczą o stronie internetowej mającej chyba w zamierzeniu być namiastką, a właściwie pełnić rolę podobną do prawdziwego papierowego czasopisma poświęconego kulturze? Przecież ktoś za publikację artykułów chyba tam odpowiada? Czy to taki kłopot przejrzeć tekst przed publikacją jeden i drugi raz, by wyłowić błędy i pomyłki? To, co można wybaczyć blogerowi samodzielnie edytującemu swoją pisaninę, trudniej w przypadku czasopisma, a zwłaszcza czasopisma kulturalnego!

Spora część materiału zamieszczanego na portalu wNas to recenzje i omówienia filmowe oraz njusy o płytach plus ploteczki. Czy jest aż tak źle z naszą kulturą, że nie ma już, o czym pisać, tylko zachwycać się kolejnym filmem, o którym po kilku latach nikt nie będzie pamiętał? Ze zdumieniem czytałem wypowiedź jednego z autorów, niegdyś toczącego boje z homoseksualistami, a teraz ekscytującego się, że być może reżyser filmu o dwóch pedziach wywoła skandal! Owszem, gdy poszperać, to wyłowi się z archiwum jakieś omówienia spektakli teatralnych, ale tylko parę. Muzyka? Nawet pobieżne przejrzenie tego, co tam zrecenzowano uświadamia, że króluje pop w czystej postaci, ewentualnie rock. Może jakaś płyta z jazzem by się znalazła, gdyby spróbować głębiej zbadać archiwum. Natomiast nic z prawdziwej muzyki współczesnej wymagającej nieco bardziej wyrachowanych gustów, niż te, które mają wychowani na swojskim „Umcyk, mucyk”. Pomijam już recenzje płyt z wykonaniami muzyki klasycznej. Literatura? Z tym niewiele lepiej. Rzut oka na okładki odbiera resztki nadziei.

A co znajduje się w dziale „Sztuka”? Zobaczcie sobie sami. Włos się na głowie jeży (jeśli kto ma). Jeślibym chciał znaleźć dowód, że żyjemy w czasach upadku kultury, portal wNas podałbym jako przykład. Podałbym też jako ilustrację tego, jak prawicowi czy konserwatywni krytycy, recenzenci nie potrafią zaproponować alternatywy wobec tego całego chłamu lejącego się z eMpTyVi. Może wyławiają z tego to, co wartościowe? Może. Jednak ekscytowanie się nawróceniem gwiazdki popkultury jednej czy drugiej opowiadającej o tym na lewo i prawo albo krótka recenzja poświęcona pismu „Egzorcysta” nie załatwiają sprawy poważnego namysłu nad kulturą, promowania wartościowych i głębokich dzieł sztuki, literatury, muzyki. Rozumiem, że autorzy wNas kochają rock and rolla, ale to jest w końcu tylko rock and roll i niewiele więcej. Mogą cmokać nad kolejnym filmem Tarantino z zachwytem. U mnie wywołują tylko wzruszenie ramion. Chyba że adresują swój portal do nastolatków. Może ich to kręci? Może więc zamiast Prousta cytat z Micka Jaggera? Pewnie pasowałby lepiej niż ten stary francuski nudziarz.

Popkultura jest w nas? Jest. I we mnie. I wNas też. Niestety.

poniedziałek, 3 września 2012

Philip K. Dick jako inspirator i niezupełny odlot Cheyenne’a – o zagranicznych (tym razem) filmach dyletanta uwag kilka

W jednym ze swoich poprzednich wpisów (jak ja nie lubię idiotycznej nazwy „post” wziętej z angielskiego!) podzieliłem się swoimi uwagami na temat kilku polskich filmów, jakie mi dane było w ostatnim czasie obejrzeć na DVD. Dzisiaj chciałbym co nieco napisać o filmach obcych.

Pierwszy z nich to historia, która ewidentnie została oparta na pomyśle (a może stosowniejsze byłoby powiedzieć: „obsesji”?) Philipa K. Dicka, choć nie zauważyłem żadnych podziękowań ze strony reżysera pod jego adresem. „Incepcję” – bo o niej mowa – Christophera Nolana oglądałem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony jest tutaj bez wątpienia świetna gra aktorska – m.in. Leonardo DiCaprio po raz kolejny przekonał mnie, że jest wybitnym aktorem, choć tego miana mu niegdyś odmawiałem. Znakomicie opowiedziana i trzymająca w napięciu historia nie pozwoliła mi położyć się spać – a film zacząłem oglądać późno z zamiarem dokończenia następnego dnia, ale... No właśnie – jest pewne „ale”. Bo z drugiej strony film przypomina po prostu rozgrywaną na różnych poziomach grę komputerową, typową „strzelankę” i niewiele poza tym. Może trochę przesadzam, ale jednak dla miłośnika prozy Philpa K. Dicka „Incepcja” musi być rozczarowaniem. Ze zdziwieniem słuchałem – dzieląc się uwagami na temat tego obrazu – że moi rozmówcy oglądając ten film gubili się w poszczególnych poziomach „gry”. Tymczasem, przejścia z poziomu na poziom były przewidywalne i banalnie wręcz proste. Gdyby Nolan chciał naprawdę „namieszać”, to mógłby element niepewności co do realności świata wprowadzić dużo wcześniej, już wówczas, gdy Cobb testuje środek chemika Yusufa. Od tego momentu można by wprowadzić wątek niepewności zamieniający się w prawdziwy koszmar. Nolan stosuje taki chwyt w zasadzie na samym końcu filmu, kiedy pozostajemy z pytaniem, czy Cobb faktycznie wrócił do świata rzeczywistego? Ale to zostało oparte już na prostej sztuczce: po prostu opowiadana historia urywa się w chwili, kiedy moglibyśmy tę odpowiedź znaleźć. I tyle.

Z inspiracjami prozą Philipa K. Dicka problem jest ogólnie taki, że do tej pory powstające z niej filmy nie dorastają do swoich oryginałów. Jedynym w zasadzie wyjątkiem wydaje się do tej pory być „Blade Runner”, który moim zdaniem jest nawet lepszy niż oryginalny tekst Dicka i pozostaje arcydziełem nie tylko w swoim gatunku, ale w ogóle jako jeden z najwybitniejszych filmów światowego kina. Do pewnego stopnia również miłośników prozy autora „Ubika” może zadowolić „Pamięć absolutna” Paula Verhoevena. Reszta niestety rozczarowuje, choć niektóre z tych produkcji ogląda się z ciekawością. Regułę tę potwierdza też zrealizowany na podstawie opowiadania Dicka film „Władcy umysłów” George’a Nolfiego. Notabene polski tytuł wydaje mi się nietrafny, nie rozumiem, dlaczego oryginalnego „The Adjustment Bureau” nie przetłumaczono np. jako „Biuro dopasowań” albo „Biuro regulacji” czy jakoś podobnie – trafniej oddawałoby to sens całości. Choć, podobnie jak „Incepcja”, obraz Nolfiego zachował coś niecoś z dickowego ducha wątpliwości w realność istniejącego świata, to całość w gruncie rzeczy jest dość banalna i można ją podsumować jednym zdaniem: amor omnia vincit. Sztafaż science-fiction jest tu tylko dodatkiem, być może mającym podnieść atrakcyjność filmu. Równie dobrze bowiem jego tłem mogłaby być II wojna światowa lub wojna gangów. Plusem jest wartka akcja i para aktorów: Matt Damon oraz Emily Blunt, jednak w filmie nie brak też naiwności, które śmieszą i których autorzy mogliby nam oszczędzić. Należą do nich na przykład dywagacje o ciemnych wiekach średniowiecza (w rzeczywistości epoki rozumu, kiedy logika przeżywała swój rozkwit) czy o historii XX wieku, w której głównymi schwarzcharakterami są naziści, a komuniści w ogóle nie są wymienieni, choć przecież zbudowany przez nich totalitarny system trwał dłużej. Oczywiście film jest jak najbardziej poprawny politycznie, a główny bohater jest członkiem Partii Demokratycznej.

Filmy fantastyczne nie spełniły moich oczekiwań, to może coś z innej półki? Tytuł „Wszystkie odloty Cheyenne’a” Paolo Sorrentino – widniejący na okładce DVD z ledwo rozpoznawalną pod makijażem twarzą Seana Penna – raczej sugeruje jakiś wygłup, film o gwiazdorze muzyki pop lub rock i jego „szalonym” życiu. W tym przeświadczeniu mają nas przekonać też napisy na okładce, które w gruncie rzeczy... wprowadzają w błąd. Zacznijmy od tego, że polski tytuł jest durnowaty i tak naprawdę niewiele ma wspólnego z treścią, nawet jeśli potraktować go jako grę słów. Zwracał na to uwagę na przykład Łukasz Adamski w swojej recenzji na stronie „Frondy”. Oryginalny tytuł, wzięty z piosenki zespołu Talking Heads – która zresztą pojawia się w obrazie Sorrentino w całości – to „This must be the place”. Film ma swoje zabawne momenty, ale nie należy go traktować jako pełnokrwistej komedii, bo można się rozczarować. To raczej groteska z elementami tragedii i satyry. Reżyser wykorzystuje przy tym kino drogi, by opowiedzieć historię o dojrzewaniu głównego bohatera – podstarzałego gwiazdora muzyki pop, przypominającego wyglądem wokalistę zespołu The Cure, rewelacyjnie zagranego przez Seana Penna. To w gruncie rzeczy ponownie film o relacjach – lub ich braku – pomiędzy ojcem a synem. Dla mnie dzieło Sorrentino to również – a może przede wszystkim – satyra na infantylny świat popkultury. Pogrążony w depresji, znudzony życiem i skrywający pod maską pudru i szminki twarz, Cheyenne ma mentalność dziecka, które w końcu dorasta ucząc się po drodze kilku prostych prawd, w tym trudnej sztuki wybaczania. Od innych pop-gwiazdek Cheyenne’a różni to, że jest wierny swojej żonie – co jest rysem, który budzi u mnie zdecydowaną sympatię. Choć można się zastanawiać, czy ta wierność nie ma w sobie coś z dziecinnego przywiązania do matki. Samo dorastanie głównego bohatera jest pokazane z przymrużeniem oka – jego symbolem jest... zapalenie papierosa, a w końcu... ale nie będę opowiadał końca – sam tego nie lubię. Tym bardziej, że ten ostatni film naprawdę polecam.