Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chmielewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chmielewski. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 kwietnia 2011
wtorek, 21 września 2010
„Szarość nad szarościami”?
Po przeczytaniu pierwszego rozdziału, miałem ochotę trzepnąć tą książką o ścianę. Kolejny „Wilk stepowy”, kurcze blade! Facet w typie: „Znowu w życiu mi nie wyszło”. Dni mijające jedne po drugich. Monotonia życia. Szarość. A nawet „szarość nad szarościami”, jak pisał niegdyś Poeta. Smętny bar czy też kawiarnia lub jedno w drugim. Kelnerki, które chciało by się ten tego, ale nie, bo przecież żona i dzieci. Żebrak, któremu najchętniej by się skuło mordę, ale tego się nie robi. Co najwyżej w myślach. „American Psycho” normalnie! Smętek, znużenie, dekadencja, wypalenie, poczucie braku sensu, rozpacz. Bo przecież, jak powiada Kohelet cytowany w motcie na początku powieści – notabene zauważyłem je dopiero na końcu – „To, co jest, już było, to, co ma być kiedyś, już jest”.Od drugiego rozdziału nie mogłem się jednak od książki oderwać. Być może podziałała na mnie magia miejsca, krainy dzieciństwa położonej gdzieś w górach, wykreowanej lub zapamiętanej, choć nie idealizowanej. Ale przecież potem w gruncie rzeczy było to samo, co na początku: szarość, szarość, szarość, choć głównym bohaterem jest malarz. Dlaczego więc czytałem tę powieść, pierwszą powieść Wojciecha Chmielewskiego po dwóch zbiorach opowiadań, z narastającym napięciem, z jakimś wewnętrznym drżeniem, że oto dzieje się coś ważnego, coś musi się stać, rozstrzygnąć, dopełnić? Na czym polega sekret „Kawy u Doroty”? Być może właśnie na umiejętności budowania wspomnianego napięcia. Choć w powieści w gruncie rzeczy nie dzieje się właściwie nic (streszczenie najnowszej książki autora „Białego boksera” raczej by zniechęciło do lektury), to czytelnik czeka na jakieś rozstrzygnięcie, na to, że za chwilę padnie odpowiedź na pytanie o sens tego wszystkiego, że zaraz, za moment, z kolejną stroną... Łapiąc się na czymś takim w trakcie lektury, wiedziałem, że przecież autor tej odpowiedzi nie poda, że to niemożliwe, by ją znał, że przecież też poszukuje, drąży, pyta, że nagłym błyskiem intuicji nie objawi prawdy, ukrytego wzoru, sensu...
„Ukrytego sensu” – właśnie! Gdzieś pod tą szarością, prozą (nomen omen) życia zdaje się tkwić jakiś głębszy sens, jakiś sekretny wzór, którego nie potrafimy odczytać lub nie potrafimy odgadnąć, zrozumieć w pełni. Być może, jak główny bohater „Kawy u Doroty”, chodzimy po zamarzniętym jeziorze, niepewni, czy tafla lodu jest wystarczająco mocna i czy nagle nie zamieni się w śmiertelną pułapkę. „Błądząc, kamieniejąc” – jak powiada Poeta. A potem na końcu jest wspólna pielgrzymka wraz z innymi, mniej lub bardziej pogubionymi, do Betlejem.
Autor jednak nie moralizuje. Mniej lub bardziej dyskretnie wplata wątek religijny. Pod tą szarością, pod tym lodem zamarzniętego jeziora coś się kryje, coś daje znaki. Niejasne, nie zawsze zrozumiałe. Być może napawa lękiem. Czytając powieść Chmielewskiego w pewnym momencie pomyślałem o Davidzie Lynchu. Takie skojarzenie nasunęła mi scena z tańczącą dziewczynką, sygnalizującą coś, z czego główny bohater nie zdaje sobie jeszcze sprawy. I wątek tytułowej Doroty mającej takie samo imię, jak żona głównego bohatera. Mulholland Drive lub Blue Velvet po polsku? Hmm... Może niezupełnie, ale coś z atmosfery Lyncha tu czuję.
Bo to, co mnie fascynuje w prozie Chmielewskiego to wcale nie szare podwórka, odrapane czynszówki, małomiasteczkowa atmosfera, życie na uboczu głównego nurtu (a echa tego głównego nurtu też tu docierają), ale ta podskórna, ukryta tajemnica. To poczucie, że za tą szarością kryje się coś więcej, że być może wśród tego szarego miasta, po tych szarych ulicach przechadzają się, skradają się dzikie zwierzęta, czy wręcz bestie, których nawet nie dostrzegamy, bo tak dobrze się maskują, wtapiają w obce sobie przecież tło.
Wiele można by napisać o powieści Chmielewskiego. Tylko musnąłem piórem powierzchni. Jeśli miałbym powiedzieć, dlaczego warto ją przeczytać, to powiedziałbym, że proza, po której doświadcza się uczucia katharsis nie może być zła. A takie właśnie uczucie po zamknięciu ostatniej strony „Kawy u Doroty” mnie ogarnęło.
Wojciech Chmielewski, Kawa u Doroty, Warszawa 2010.
niedziela, 22 lutego 2009
Ostre opowiadania
Porównuje się prozę Wojciecha Chmielewskiego do twórczości Marka Hłaski i Marka Nowakowskiego. Wspomina się też Kazimierza Orłosia, którego notkę o autorze można przeczytać na okładce „Brzytwy”. Gdybym miał opisać te utwory przez nawiązanie do czegoś znanego, to wymieniłbym jeszcze jednego prozaika – Wojciecha Albińskiego. Podobna jest u obu autorów oszczędność słowa, krótkie zdania, odrzucenie wszelkich zbędnych ozdobników. Chmielewski, również tak jak Albiński, nie wszystko dopowiada, pewne rzeczy pozostawia domysłowi czytelnika.Pominąwszy te literackie paralele, trzeba stwierdzić, że jest to proza ostra jak tytułowa „Brzytwa”. Z jednej strony jest to znakomity zapis polskiej rzeczywistości okresu przełomu i ostatnich dwudziestu lat. Opowiadania są osadzone bowiem w konkretnym tu i teraz, nawet jeśli to „tu i teraz” nie jest akurat najistotniejsze. Autor jednak nie przedstawia ludzi sukcesu, ale bohaterów okaleczonych, choć niekoniecznie dosłownie okaleczonych brzytwą. A jeśli już są to tzw. „ludzie sukcesu”, to tylko zachowujący pozory życiowego powodzenia. Jest to więc rzeczywistość ułomna, zdegradowana, skrywająca czasami za piękną fasadą brak, pustkę, poczucie niespełnienia, również lęk.
Z drugiej strony intryguje mniej lub bardziej dyskretna obecność w tej twórczości wątku religijnego, duchowego. Nie jest to bynajmniej jakieś moralizatorstwo czy nachalne propagowanie chrześcijaństwa. Nie znam „Białego boksera”, więc nie wiem, jak to tam wyglądało, ale w ostatniej książce Chmielewskiego ta obecność elementu religijnego wydaje mi się znamienna, istotna. Pojawiają się tutaj bowiem pytania o sens takiego ułomnego bytowania, jakie przedstawiono na przykład w otwierającym tom „Romanie i dziewczynie” oraz zamykającym go „Opowiadaniu”. Są to utwory przejmujące, bowiem pokazują człowieczą nędzę, ból i cierpienie, sponiewierane, wręcz utytłane w błocie i ekskrementach ludzkie pragnienie szczęścia, aspiracje do lepszego życia.
Drugi motyw, który według mnie ma takie religijne nacechowanie, to wspomniane wyżej poczucie pustki, braku. Temat ten jest wyraźnie obecny w tytułowej „Brzytwie”, ale również w „Zgonie”, „Pyzie”, „Urodzinach” czy „Brulionie”. Jest to jakieś ewidentne niezadowolenie z życia, świadomość klęski, braku tego najistotniejszego pierwiastka, który nadałby własnemu życiu sens i poczucie pełni, przywrócił mu radość. Być może zresztą bohaterowie tych opowiadań nie zawsze sobie uświadamiają, co to dokładnie jest, nawet jeśli tego „czegoś” są blisko, jak główna postać „Pyzy”, nominalny katolik uczestniczący w drodze krzyżowej, a potem szarpiący z wściekłości siatkę, miotający się w jakiejś wewnętrznej rozpaczy po spotkaniu przypominającym czasy młodości i uzmysławiającym mizerię własnej egzystencji.
Trudno nie przywołać z pamięci ewangelicznego „Nie lękajcie się”, gdy czyta się o lękach bohaterki „Zgonu”, również mającej poczucie przegranej, uciekającej od czegoś, co miało być jakąś jej życiową szansą, a okazało się brudne, skażone. Ogromne wrażenie wywarły też na mnie w tym tomie, należące do moich ulubionych, dwa opowiadania będące zapisem chwili umierania, stawiające pytania o rzeczy ostateczne: „Zasypana wieś” oraz „Przy drodze”, wzruszające, a jednocześnie przejmująco piękne.
Reasumując, jest to proza bogata mimo swoich skromnych rozmiarów. Sporo można by na przykład napisać nie tylko o obecnych w niej inspiracjach literaturą, ale również sztuką, a zwłaszcza malarstwem. Warto wyłowić tę książkę spośród pojawiających się na rynku czytelniczym propozycji literackich współczesnych pisarzy polskich.
Wojciech Chmielewski, Brzytwa, Warszawa 2008.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
