Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 września 2023

Google to cenzor!

Jakiś czas temu postanowiłem sprawdzić pocztę w skrzynce e-mail powiązanej z tym kontem i dowiedziałem się, że jakiś stary wpis został ocenzurowany i usunięty. Wpis dotyczył bluźnierczego filmu lub serialu na jednej z platform, ale niestety nie mogę sprawdzić, co wówczas napisałem, bo wpis usunięto. Z całą pewnością nie było to nic obraźliwego. Obraźliwy natomiast był film, gdyż w bluźnierczy sposób przedstawiał postać naszego Pana Jezusa Chrystusa. I tak oto dożyliśmy czasów, gdy obraźliwy jest tekst i godzi w jakieś tam zasady społeczności internetowej, który domaga się szacunku dla wiary katolickiej i Pana Boga. Nie jest natomiast obraźliwy film/serial, który rani wierzących i szydzi z ich wiary.

Wszedłem na ten blog tylko dlatego, że jakiś czas temu otrzymałem powiadomienie, że stare konta na Google będą zamykane. Ponieważ jest tu parę rzeczy, które są dla mnie wciąż cenne, więc postanowiłem na chwilę zajrzeć, by była aktywność i bloga nie skasowano. Przy okazji informuję tych, którzy może tu zawędrują, że BigTech cenzuruje nawet treści sprzed lat. Orwell się kłania.

wtorek, 8 maja 2018

Produkty literackie, czyli marketing blogowy


Trochę szukając inspiracji, trochę po to, aby dowiedzieć się o jakichś ciekawych książkach, poszukałem w Internecie blogów literackich. A przynajmniej blogów o książkach. Już wcześniej próbowałem znaleźć coś sensownego, ale za każdym razem wyniki tych poszukiwań były mało zadowalające.

Tym razem trafiłem najpierw na stronę, która rekomendowała rzekomo najlepsze blogi tego typu. Były tam jakieś statystyki, wejścia na fejsbuka, tłitera i tym podobne. Wyróżniono chyba 4-5 blogów. Klikając na zamieszczone linki wszedłem na każdy z tych blogów po kolei. Ku mojemu zdumieniu na każdym znalazłem książki, których... nigdy nawet nie wziąłbym do ręki w księgarni, nie mówiąc już nawet o ich przeglądaniu (oczywiście mogę się mylić i być może jest tam wśród tych tytułów jakiś współczesny Norwid). Patrzyłem na te tytuły w pewnym osłupieniu. Spoglądałem na książki, nieznane mi tytuły i nazwiska, jak na kolorowe świecidełka czy pamiątki z wakacji, które ludzie kupują, a potem pokrywa je kurz na półce, bo nie wiadomo, co z nimi zrobić. Tak na oko była to po prostu kolorowa makulatura, której nikt nie będzie czytał już po pierwszym sezonie, a w najlepszym wypadku po dwóch-trzech latach. Coś jak kolorowe czasopisma dla pań wyzwolonych, które się gromadzi, gromadzi, by potem wyrzucić bez specjalnego żalu.

I te kolorowe czasopisma to chyba dobry trop. Jedną z autorek, którą zapamiętałem z racji dość charakterystycznego nazwiska, które zresztą zauważyłem już wcześniej, znalazłem również w takim kolorowym czasopiśmie dla pań wyzwolonych, które moja żona z rzadka kupuje dla zabicia czasu w podróży. Przeprowadzono z nią wywiad, zamieszczono recenzję. Na jednym z tych blogów owa pani pojawiła się chyba dwa-trzy razy w krótkim przeciągu czasu. Styl zarówno czasopisma, jak i owego bloga, nasunął mi skojarzenie, że to jest po prostu kampania marketingowa. Jest produkt, trzeba go sprzedać. Kto wie, może i to czasopismo, i tego bloga robią ci sami ludzie? Nie chce mi się sprawdzać, ale wcale bym się nie zdziwił.

Jeden z blogów zawierał dość wysmakowane zdjęcia tych „produktów literackich” w różnych kompozycjach. Może autorka ma po prostu talent fotograficzny i lubi się bawić aranżując różne kompozycje książkowe? Całkiem możliwe. Wydaje mi się jednak, z mojego własnego doświadczenia (i bez żadnych pretensji do bycia zawodowym fotografem), że oprócz wiedzy i umiejętności, trzeba mieć dobry sprzęt (choć utalentowany fotograf potrafi zrobić znakomite zdjęcie zwykłym smartfonem) i odrobinę czasu. W końcu taką kompozycję trzeba ułożyć, potem trzeba zadbać o dobre oświetlenie (nie łudźcie się – światło to podstawa w fotografii, najlepszy sprzęt niewiele da, jeśli obiekt nie będzie ciekawie oświetlony). A żeby to oświetlenie mieć, to trzeba albo na nie poczekać, albo stworzyć przy pomocy lamp i ekranów. W sumie znowu nachodzi mnie podłe podejrzenie, że ten blog to również część kampanii marketingowej.

Na innym z kolei blogu recenzje pojawiały się (przynajmniej w tym fragmencie, który przejrzałem) z częstotliwością niemal co dwa dni. Wyobraźcie sobie – ktoś czyta i co dwa dni wrzuca recenzję! Nie jestem szybkim czytelnikiem, ale jestem w stanie uwierzyć, że ktoś potrafi przeczytać jedną książkę w jeden dzień – moja żona książki, które sam czytam przez tydzień, w najlepszym wypadku przez kilka dni, czyta w jeden dzień-parę godzin. Ogromnie jej tej sztuki zazdroszczę. Mogę sobie też wyobrazić, że ktoś zamieszcza jeden tekst dziennie. Sam to robię w ramach eksperymentu, z wyjątkiem niedziel (czasami nie wychodzi z braku czasu). Ale dużo trudniej już wyobrazić mi sobie, że ktoś wrzuca co dwa dni recenzję z kolejnej książki. Chyba że mu za to płacą, a więc może sobie poświęcić czas i na pisanie i na czytanie. No cóż...

I to tyle marudzenia na dzisiaj.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

A Toyah dalej galopuje hen, hen! – w bezdroża i oczerety


Toyah niestety kolejnymi wpisami tylko dowodzi mojej oceny, że na temat Kościoła nie ma nic sensownego do powiedzenia. Broni ojca świętego. No cóż... mógłbym powiedzieć, wzorując się na jego wpisach, że Kościół powinien bać się takiego obrońcy bardziej niż swoich krytyków. Ale może od biedy lepszy taki obrońca papieża niż ci, którzy wyzywają go od antychrysta i rzucają pod jego adresem wulgarne określenia? Chociaż z drugiej strony akurat w tym ostatnim przypadku widać z miejsca wyraźnie, że to, co wypisują, od złego pochodzi.


Nawet nie mam ochoty podawać linku do jednego z ostatnich wpisów Toyaha, aczkolwiek każe mi on nieco zmodyfikować swoją opinię o tym blogerze. Ten wpis, w którym Toyah wypowiada się pogardliwie o czterech kardynałach, wybitnych i zasłużonych dla Kościoła, porównując ich do faryzeuszy, po prostu nie zasługuje na upowszechnianie. Kto zechce, ten sobie go znajdzie. Wyraźnie widać, że o zamieszaniu w Kościele, jakie trwa za tego pontyfikatu, Toyah albo ma umiarkowaną wiedzę, albo nie chce o pewnych faktach najzwyczajniej w świecie wiedzieć (a można ich przytoczyć zatrważającą ilość). Być może niezbyt uważnie korzysta z Internetu. Potrafi rzucać tylko epitetami i to tak kuriozalnymi, jak „katoprawica” czy „staruszkowie” (ten ostatni jest chyba jego ulubionym, być może powinien dodać jeszcze, że są to staruszkowie niewykształceni i z małych miejscowości) i podawać swoją dość uproszczoną wersję wydarzeń. Nawet nie dostrzega, że faktycznie słowa Chrystusa – ale nie te, które przytacza, lecz te o nierozerwalności małżeństwa i o Mojżeszu – mogłyby być skierowane właśnie do obrońców zachowań i działań tego papieża, a zwłaszcza feralnego punktu 301 Amoris laetitia. No cóż...


sobota, 20 stycznia 2018

Toyah wali w Górnego, czyli szarża po bezdrożach i oczeretach


Lubię krytyczne spojrzenie na rzeczywistość, niezależność myślenia, unikanie stadności, stąd na moim blogu m.in. linki do dwóch harcowników Internetu: Coryllusa i Toyaha.


Nie oznacza to jednak, abym zgadzał się ze wszystkim, co na swoich blogach piszą. Odwaga myślenia wiąże się przecież z ryzykiem błądzenia i możliwością palnięcia piramidalnego głupstwa. Stąd zdarza się obu wymienionym blogerom nieco zagalopować w swoich szarżach.


I tak, choć nie czytam jego bloga dość regularnie, cenię sobie np. uwagi Toyaha na temat polskiej polityki. Chyba jako jeden z niewielu mógł z satysfakcją się przyglądać histerii w obozie propagandy „dobrej zmiany”, gdy okazało się, że minister Macierewicz został jednak zdymisjonowany. Przewidział to z dość dużym wyprzedzeniem, co czytelnicy mogą po prostu zweryfikować na jego blogu. Muszę mu więc przyznać to, że wykazuje przenikliwość w obserwacji polskiej sceny politycznej, co nie oznacza, że koniecznie się zgadzam z jego opinią o byłym ministrze obrony.


Z drugiej strony nisko oceniam jego kompetencje do wypowiadania się na tematy kościelne. Zwłaszcza po jego pogardliwym wpisie o czterech kardynałach, autorach słynnych dubiów. Tutaj Toyah galopuje na swoim koniku po terenie kompletnie mu obcym, waląc na lewo i prawo, jak jakiś śmieszny Don Kichot, pałętając się po bezdrożach, a nawet taplając w bagnie. Nie dotykając nawet meritum sprawy. Mam wrażenie, że orientacja autora w tych kwestiach jest bliska zera, choć nie przeczę, że z pewnością jest wiernym synem Kościoła katolickiego.


Tak też oceniam jego ostatni wpis, w którym broni papieża Franciszka, a tak naprawdę robi jakieś osobiste wycieczki pod adresem Grzegorza Górnego i to nie pierwszy raz (chyba że pomyliłem jego tekst z jakimś wpisem Coryllusa).


Otóż w sprawach kościelnych akurat więcej zaufania mam do Górnego. Szkoda może czasu na polemikę z tym tekstem (jak już napisałem – to bardziej jakieś osobiste, a przy tym złośliwe, wycieczki pod adresem byłego naczelnego „Frondy”) – twierdzenie, że większym problemem dla Kościoła katolickiego może być wierny katolik, krytykujący siejących zamęt duchownych z Zachodu i brak reakcji Watykanu, niż właśnie ci duchowni (choćby nawet „staruszkowie”) jest po prostu śmieszne. Warto może jednak zwrócić uwagę na dwa fragmenty.


Po pierwsze na samym początku Toyah pisze o „agresji”, z jaką papież Franciszek miał się ponoć spotkać „ze strony naszych głównych portali prawicowo-katolickich-niepodległościowych, zarzucających mu wspieranie aborcji”. Nie wiem, które portale zarzucały papieżowi wspieranie aborcji. Faktem jest natomiast, że duże kontrowersje nie tylko w Polsce wywołała kwestia przyznania orderu św. Grzegorza działaczce aborcyjnej Liliane Ploumen. Sam napisałem na tym blogu, że było to jak splunięcie w twarz Mary Wagner, która niemal w pojedynkę walczy z krwiożerczym (dosłownie!) systemem. Nie twierdzę, że ojciec święty wspiera w ten sposób aborcję, ale niestety takie wrażenie cała sprawa wywołała.


Toyah twierdzi na swoim blogu, że „wystarczyło zaledwie parę godzin, by plotki, które stały na samym początku tego kłamstwa, zostały skutecznie odsłonięte”. Nie wiem, o jakim kłamstwie mówi tutaj Toyah. Powtórzę – odniosłem wrażenie, że przede wszystkim krytykowano przyznanie orderu św. Grzegorza aborcjonistce” i wrażenie, jakie to wywołało – a było ono fatalne, zarówno dla wizerunku papieża Franciszka (obojętnie, czy wiedział coś o tym, czy nie), jak i samego Kościoła (a Mary Wagner siedzi w więzieniu). Gdzie tu kłamstwo i w jaki sposób „plotki (...) zostały skutecznie odsłonięte”? Chodzi o te idiotyczne tłumaczenia o zwyczajach dyplomatycznych??! Chyba że Toyah pisze o czymś, co przeoczyłem.


Druga kwestia jest natomiast raczej zabawna. Otóż pod koniec swojego wpisu Toyah ironizuje: „Znalazł Górny w internecie te informacje, napisał na ten temat tekst...” Ironizowanie na temat znalezienia informacji w Internecie jest raczej śmieszne (chyba, że mylnie odczytuję to zdanie, stawiając akcent tam, gdzie go nie ma). Jestem ciekaw, gdzie Toyah znajduje większość informacji. Internet to obecnie jedno z najlepszych źródeł informacji, gdyż daje możliwość niemal równoczesnego weryfikowania podanych wiadomości, sprawdzenia poglądów i opisu sprawy z różnych punktów widzenia. Te możliwości stają się jeszcze większe, gdy ktoś włada np. dwoma językami obcymi.

Oczywiście Internet jest też pełen pułapek i jeśli nie weryfikuje się serwowanych tam wiadomości wystarczająco starannie, można z łatwością popełnić kardynalny błąd. Zwłaszcza, jeśli jest się dziennikarzem. Sam się o tym przekonałem kilka razy, zbyt pośpiesznie biorąc za fakt coś, co było jedynie wytworem wyobraźni autora.


Czasem natomiast wystarczy jednak tylko jedno kliknięcie myszą, by się przekonać, z czym mamy do czynienia. Właśnie niedawno przeczytałem o pewnym księdzu, który po swoim skandalicznym postępku powinien był być natychmiast suspendowany, a nie spotkała go nawet łagodna nagana (mniejsza teraz o szczegóły). Po wpisaniu jego nazwiska w wyszukiwarce, kliknąłem myszą i gdy zerknąłem na jedno z wyświetlonych zdjęć, od razu wszystko stało się dla mnie jasne. Więcej nie było sensu szukać. Oczywiście dziennikarz z prawdziwego zdarzenia powinien wszystko dokładnie sprawdzić: może zdjęcie to fotomontaż, może duchowny znalazł się na tle tej tęczowej flagi przez przypadek albo rozwinęli ją za nim jego przeciwnicy?


Swoją drogą ciekawe, czy Toyah, gdyby poznał sprawę, uznałby, że problem stwarza w tym przypadku katolicki dziennikarz krytykujący brak reakcji ze strony biskupa miejsca, czy sam hierarcha, który toleruje takie sytuacje i nie reaguje na wybryki siejącego zgorszenie „staruszka”?


środa, 11 stycznia 2017

Florencja raz jeszcze


Do Florencji, tak jak do wielu innych miast i miasteczek włoskich, z pewnością warto wybrać się na dłużej niż jeden dzień tylko. 


Miasto ma w sobie coś swojskiego, jakby nieco znajomego z Krakowa, Lwowa czy innych miast polskich. Choć bez wątpienia nie do końca to samo. Mimo gigantycznych budowli nie przytłacza, tak jak przytłaczał mnie industrialny Turyn. Tu niewątpliwie warto mieć czas na powolne zwiedzanie, na wędrówkę po mieście z dobrym przewodnikiem pod pachą. Myśmy tylko trochę to miasto „liznęli”. 

W pamięci niewątpliwie zostaje imponująca katedra Stanta Maria del Fiore (zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz), słynny Most Złotników, plac przed Palazzo Vecchio z rzeźbami Giambologni i Ammantiego, niesamowity obraz widziany krótko, zbyt krótko w pewnym kościele oraz... restauracja czy też kawiarnia o swojsko brzmiącej nazwie: „Paszkowski”. Nie założył jej jednak polski powstaniec styczniowy, jak mylnie powiedziała nam, sympatyczna zresztą, przewodniczka (chyba, że to mnie się mylnie zakonotowało). Ma to miejsce wprawdzie związek z owym powstańcem, ale taki, że był to jego syn. I nie założył on tej kawiarni (gdyż był producentem piwa), choć nadano jej jego imię. Historia jest jednak nie mniej ciekawa, a po ilustrowany zdjęciami tekst i informacje, skąd ta nazwa, odsyłałam na bloga „W altanie przy kawie”. 

Warto notabene przysiąść sobie w Ristorante Paszkowski na obiad. Dobre wino, dobre jedzenie i sympatyczna obsługa, która mówi po angielsku (choć nie po polsku niestety). 

Aha! I nie można zapomnieć o Dantem rzecz jasna.


czwartek, 29 września 2016

Włamanie na bloga czy chwilowa awaria?

Wygląda na to, że znikła część z ustawień na moim blogu. Ktoś doświadczył podobnych problemów? Poznikały m.in. wszystkie linki do stron internetowych i blogów, na które zaglądam.