Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2019

Batalia o kolejne dziecko w Wielkiej Brytanii

Polskie media chyba nie poświęciły zbytnio uwagi tej sprawie, a tymczasem wygląda na to, że toczy się batalia o życie kolejnego dziecka w Wielkiej Brytanii. Był Charlie, był Alfie, a teraz jest Tadifa, której terapię lekarze chcą przerwać wbrew rodzicom, którzy pragną dziecko ratować. Co gorsza scenariusz jest podobny, jak w przypadku Afliego i Charliego, to znaczy szpital nie chce dziecka wydać rodzicom, by mogli je przewieźć na leczenie do innego szpitala we Włoszech.

Smutne, by było, gdybyśmy się przyzwyczaili do takich sytuacji i przestali reagować, tak jak wielu z nas przyzwyczaiło się do mordowania nienarodzonych dzieci do tego stopnia, że przestajemy tym problemem się zajmować, a politycy (i to „nasi”!) traktują ten problem jako element rozgrywki politycznej, zamiast odważnie stanąć po stronie prawdy i bronić niewinnych dzieci wbrew wszelkim kalkulacjom wyborczym.

Więcej o sprawie małej Tadify można przeczytać tutaj.


piątek, 8 lutego 2019

Angielska telewizja jak dr Jekyll i pan Hyde?

Pisałem wczoraj o zwycięstwie agitpropu w Hollywood, co tłumaczy niski standard takich filmów, jak Kształt wody. Joseph Pearce, autor m.in. biografii H. Belloca, G.K. Chestertona, A. Sołżenicyna, O. Wilde’a oraz prac o Szekspirze, na swoim blogu na portalu The Imaginative Conservative odnotował nieco podobne spostrzeżenie, ale nie o mediach amerykańskich czy amerykańskim przemyśle filmowym, tylko brytyjskim BBC.

Pearce, który jest Anglikiem, mieszka w Stanach Zjednoczonych. Oglądając BBC America stwierdził rzecz następującą: „BBC nigdy nie przestaje mnie zadziwiać. W najlepszym przypadku jest tym, co najlepsze z dostępnych rzeczy, w najgorszym – spada na dno deprawacji. Przypomina dziwną postać Roberta Louisa Stevensona – dr Jekylla, który przemienia się od czasu do czasu w złego pana Hyde’a”.

Zachwycając się telewizyjną adaptacją prozy Elizabeth Gaskell, która jest przykładem tego, co „najlepsze” w BBC, Pearce ironizuje jednak na temat wywiadów udzielonych przez występujących w filmie aktorów, powtarzających jak mantrę, że Gaskell „wyprzedzała swój czas”. W skrócie autor stwierdza po prostu, że Gaskell, która „ulegała wiktoriańskiej iluzji scjentyzmu i progresywizmu”, prawdopodobnie byłaby załamana „postępem”, jaki dokonał się w XX wieku, z jego dwiema wojnami światowymi, niemieckimi i bolszewickimi obozami koncentracyjnymi, zrzuceniem bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki oraz dzieciobójstwem traktowanym jako „prawo” do aborcji.

Ale jeśli adaptacja prozy Gaskell to przykład jaśniejszej strony słynnego brytyjskiego kanału, to – jak pisze Pearce – ma ta telewizja również swoją mroczną stronę. I stwierdza on rzecz następującą:

Jako Anglik żyjący w Stanach Zjednoczonych, jestem całkiem szczerze zażenowany banalną deprawacją programu na kanale BBC America. Służy on jako okno na ciemne podbrzusze współczesnej Anglii ze wszystkimi jej jarmarcznymi oznakami. Jest to voyeuryzm najbardziej nikczemnego i wulgarnego rodzaju. Zasadniczo BBC wybiera najbardziej dziwaczne przykłady dewiacji seksualnych i społecznych, zachowań, które każda inna epoka opisałaby jako perwersyjne i chore psychicznie i serwuje to nam jako „rozrywkę”. Nie mam zamiaru plugawić tej strony internetowej listą tytułów tych widowisk, ale chciałbym po prostu ostrzec odwiedzających ten portal, by unikali BBC America jak zarazy, którą jest bez wątpienia. Jako Anglik chciałbym także przeprosić za to zanieczyszczanie amerykańskich fal telewizyjnych śmieciami mojego narodu.


Nawiązując do przytoczonego już zdania z początku swojego tekstu, Pearce stwierdza, że „W najgorszym przypadku BBC jest jak potwór, pan Hyde, który odrzucił wszelkie poczucie moralności na rzecz narcystycznego rozpasania”. Widać telewizja amerykańska musi jeszcze zachowywać jakiś poziom przyzwoitości, skoro Pearce zdecydował się przepraszać Amerykanów za plugastwa telewizji brytyjskiej.


sobota, 28 kwietnia 2018

Alfie po lepszej stronie


Niestety mały, dzielny Alfie przegrał bitwę ze zbrodniczym systemem. Przegrali też jego rodzice, mimo tego ogromnego wsparcia, jakie otrzymali z różnych zakątków świata, w tym z Polski.

Możemy jedynie mieć nadzieję, że mały Alfie jest już po lepszej stronie, tam, gdzie spotkał prawdziwą Miłość i radość, jakiej tylko cień mógł doznać na tym okrutnym świecie.

Jedyne, co można zrobić, to modlić się za niego i za jego rodziców. Modlić się i działać, by kolejne dziecko nie spotkał los Alfiego Evansa i Charliego Garda i by kolejni rodzice nie musieli doświadczyć takiego horroru, patrząc bezsilnie, jak ich dziecko skazuje się na śmierć.

środa, 25 kwietnia 2018

Czy Zjednoczone Królestwo to Związek Sowiecki?


Kiedy w latach osiemdziesiątych jakoś mniej lub bardziej świadomie zacząłem patrzeć na politykę, Zachód wydawał się mi, jak i wielu moim znajomym, oazą wolności. Może nie była to wolność doskonała, może zdarzały się tam rzeczy, które nam się nie podobały lub których byśmy nie chcieli u siebie, ale też nikt myślący rozsądnie nie sądził przecież, że jest to świat doskonały.

Kiedy teraz patrzę na wiele zjawisk i trendów, jakie stamtąd do nas napływają, odkąd staliśmy się częścią tego „wolnego” świata, coraz częściej przypominają mi się ponure lata osiemdziesiąte. Dziwi mnie, że także u nas te zniewalające ideologie, pomysły iście totalitarne w swym duchu, mają zwolenników. Akurat Polska powinna być szczególnie odporna na bzdury typu „gender studies”, homoseksualny postępujący zamordyzm, przypominające Orwellowską dystopię pomysły, by tępić „mowę nienawiści” czy tendencje do regulowania wszystkiego przez państwo. Niestety tak nie jest, co też jest smutnym zaprzeczeniem prawdziwości powiedzenia „Historia vitae magistra est”.

Choć od już dawna zdaję sobie sprawę z – mówiąc delikatnie – „niedoskonałości” świata Zachodu, to obserwuję prawdziwie wstrząśnięty tragedię Alfiego Evansa – drugiego małego chłopca skazanego w Wielkiej Brytanii na śmierć. W głowie nie chce mi się po prostu pomieścić, że można zabronić rodzicom zabrać dziecko ze szpitala i to wcale nie dlatego, by chcieli wyrządzić mu w ten sposób krzywdę! Że można zabronić im przewieźć je do miejsca, gdzie będzie miało szansę na leczenie! Że można skazać małego, niewinnego chłopca na śmierć, bo tak zdecydował jakiś szpital, bo tak postanowił sąd! Że można w imieniu prawa pozbawiać ludzi ich podstawowych praw i wolności, choć nie popełnili oni żadnego przestępstwa! Co robi królowa? Co robią parlamentarzyści? Co robi rząd Wielkiej Brytanii? Gdzie głosy protestu instytucji Unii Europejskiej, które tak chętnie wtrącają się w nasze sprawy? Czy Zjednoczone Królestwo nie powinno przypadkiem zmienić nazwy na Związek Sowiecki?

wtorek, 24 kwietnia 2018

Alfie Evans, bezbożna cywilizacja śmierci i „ludzka” Lichocka


Przypadek Alfiego Evansa, podobnie jak poprzedni – Charliego Garda, pokazuje jak w soczewce, w jakiej cywilizacji tak naprawdę żyjemy. Postęp technologiczny, perspektywy ekspansji w kosmosie, o których znowu jakby głośniej, nie idą w parze z postępem moralnym. Wprost przeciwnie – mamy tutaj często do czynienia z niemal totalnym regresem, a nowoczesna technologia okazuje się wręcz pomocna w maskowaniu tego regresu.

Jeśli chodzi o ten ostatni aspekt, to przykładem są takie kraje, jak Islandia, gdzie już prawie nie rodzą się dzieci z zespołem Downa, gdyż badanie prenatalne pozwalają wykrywać wady nienarodzonych dzieci i wysyłać je na tamten świat jeszcze, nim ujrzą na własne oczy ten, w którym żyjemy. Oczywiście odbywa się to w zaciszu ludzkich rzeźni, które dla niepoznaki nazywa się gabinetami ginekologicznymi. Współczesny doktor Mengele jest szanowanym obywatelem, który może bez przeszkód uprawiać swój ogródek.

Żyjemy w cywilizacji, której przedstawiciele mają usta pełne frazesów o pomocy najsłabszym, a w rzeczywistości właśnie dla tych najsłabszych i bezbronnych cywilizacja ta nie ma żadnego miłosierdzia, choć ma większe możliwości niż kiedykolwiek dotąd, by właśnie im pomóc. Ta „oświecona” cywilizacja, odrzucająca prawa Boże i kierująca się rzekomo „rozumem”, jest tak naprawdę pozbawiona serca. Szpital, który powinien ratować ludzkie życie, odłącza od maszyny to życie podtrzymującej małego chłopca, a co gorsza robi to w majestacie prawa, mając na swoje usprawiedliwienie wyroki sądowe. Dawniej pewnie zrzucono by to dziecko ze skały, dzisiaj pozwala się mu umrzeć w szpitalu pełnym ludzi w białych kitlach, którzy teoretycznie mają życie człowieka ratować, a w rzeczywistości coraz częściej stają się przedstawicielami Tanatosa i krwawego Molocha. Równie dobrze mogliby nosić czarne mundury „SS”.

Dlatego nie może być mowy o żadnych kompromisach w kwestii życia. Także żadnych zgniłych „aborcyjnych kompromisów”, które popierają nawet duchowni, czego niestety przykłady mamy również w Polsce. Stanowczy głos w tej sprawie zabrał ostatnio niemiecki kardynał Rainer Maria Woelki, który wprost powiedział: „W ochronie życia ludzkiego nie ma dla mnie żadnych kompromisów. (...) Nie możemy się wtrącać do dzieła naszego Stwórcy. (...) Nie chcę żyć w świecie, którym ludzie są ciągle ulepszani. W świecie, w którym rozróżnia się między wartościowym i bezwartościowym życiem ludzkim”. Życie małego Alfiego zostało uznane za bezwartościowe. Jutro za takie może zostać uznane Twoje życie, bo będziesz już stary/stara i nasz cudowny świat nie będzie chciał się już dłużej z Tobą męczyć.

Niestety tego wszystkiego zdają się nie rozumieć również tzw. „nasi” politycy. Czego popis ostatnimi czasy dała posłanka Joanna Lichocka. Nie dość, że upowszechnia dezinformację na temat projektu „Zatrzymaj Aborcję”, to jeszcze wypowiada takie zdanie: „Wprowadzenie tej ustawy jest być może zgodne z nauczaniem Kościoła, ale sprzeczne z realiami polityki społecznej. Osobiście uważam, że mierzony ludzką miarą ten projekt jest nieludzki”. Dodajmy, żeby nie było niejasności, że ta „nieludzkość” ma się odnosić – jak wynika z kontekstu – do rzekomego zmuszania matek, by rodziły dziecko w chwili zagrożenia ich własnego życia. Piszę to dlatego, że wiadomość ta podana na innym portalu sugerowała, iż Lichocka uważa za nieludzki sam pomysł zakazu aborcji eugenicznej. Tak daleko chyba na szczęście posłanka się jeszcze nie zapędziła.

Jednak już samo stwierdzenie, że realia polityki społecznej są ważniejsze niż nauczanie moralne Kościoła, jest wystarczająco niepokojące i bulwersujące. Pani posłanka zdaje się iść tutaj tropem byłej pani „premiery”, która uważała, że urzędnik państwowy po wejściu do urzędu może sobie katolicyzm zawiesić jak płaszcz na wieszaku i włożyć go z powrotem wychodząc. Jeśli dobrze panią Lichocką rozumiem, to Bóg daje nam przykazania, ale są one „nieludzkie”, nie da się ich zrealizować w „normalnym” życiu, „realia” są inne, zwłaszcza „realia polityki społecznej” (cokolwiek by to miało oznaczać). Ideał jest może szczytny i szlachetny, ale cóż... Pan Bóg za dużo od nas oczekuje.

I tak oto wcześniej czy później jakiś polski Alfie zostanie odłączony od maszyny podtrzymującej życie i być może stanie się to nawet w majestacie prawa zgodnego z „realiami polityki społecznej”, którą prowadzili „nasi”. Dopóki takie poglądy, jak poglądy pani Lichockiej, nie będą spotykać się z powszechnym społecznym ostracyzmem, faktycznie będzie nad wszystkim unosić się groza „wahadła”. Wahadła, które zmiecie nie tylko ten rząd, ale przy okazji wiele istnień ludzkich – zarówno nienarodzonych, jak i narodzonych.

piątek, 2 września 2016

Corner Shop: Smutek tajnego agenta albo Graham Greene jako prekursor Johna Le Carré


„The Confidential Agent” Grahama Greene’a to książka z rodzaju tych, które autor określał jako „rozrywkowe”, czyli lżejszego kalibru. W gruncie rzeczy wydaje się dość „uboga”, jeśli chodzi o typowo sensacyjny sztafaż. Wprawdzie autor przedmowy, Ian Rankin, pisze o „plethora of shootings, scrapes, chases and confrontations”, to jednak w porównaniu do współczesnych filmów sensacyjnych, gdzie już na początku, w pierwszych sekundach trup ściele się gęsto, książka robi wrażenie raczej „kameralnej” opowieści, a słowa Rankina czytelnik potraktuje jako przesadne. Współczesnemu czytelnikowi zresztą powieść autora „The Power and Glory” (którą pisał równolegle do „The Confidential Agent”, choć dłużej) będzie się bardziej kojarzyć ze smutnymi opowieściami Johna Le Carré, którym Greene wytyczył ścieżkę (albo był jednym z tych, którzy ją wytyczyli). O tym również pisze autor przedmowy do powieści. Faktem jest natomiast, że główny bohater nie może przez cały czas zaznać spokoju, nawet wówczas, kiedy jest sam. Śmierć jest dla niego czymś równie realnym w Wielkiej Brytanii, jak i w ogarniętym wojną domową kraju, z którego pochodzi.

Bohater Greene’a budzi u mnie mieszane uczucia. Wprawdzie autor nie podaje kraju, z którego agent przyjeżdża, ale różne elementy zdają się wskazywać na inspirację wojną domową w Hiszpanii. Sam bohater reprezentuje stronę postępowców lub liberałów, jest zresztą ateistą. Jego przeciwnik to wysłannik arystokracji. D (bo tylko inicjałem jest określany bohater i nie dowiadujemy się jego imienia) nie jest jednak zwykłym partyjnym aparatczykiem, tylko profesorem literatury, a szczególne jego zasługi dotyczą „Pieśni o Rolandzie”. Nie jest więc również typowym agentem. Greene tak konstruuje postać swojego bohatera, że mimo wszystko czytelnik kibicuje mu aż do końca, nawet jeśli nie podziela jego przekonań czy związków politycznych.

Można powiedzieć, że jak na powieść sensacyjną, główny bohater jest antybohaterem i antyagentem, a nawet postacią tragikomiczną i w tym jest jakaś zaleta utworu Greene’a. Nie jest to bowiem zdecydowanie James Bourne, który ze sprawnością cyborga rozprawia się ze swoimi przeciwnikami (Notabene, pamiętam, jak w trakcie lektury bodajże „The Borune Identity” miałem głównego bohatera i jego dylematów po dziurki w nosie już po setnej, a może dwieście pięćdziesiątej stronie tego opasłego tomiska). Powieść ma posmak czasów, w których powstawała, czyli lat trzydziestych XX wieku. Odnajdujemy tutaj coś pokrewnego w atmosferze i przedstawieniu postaci do słynnej „Casablanki”. Nawet podobny rodzaj humoru i specyficzne akcenty melodramatyczne. A także coś z tego „smutku i nostalgii”, jakie znamy ze słynnego filmu  Michaela Curtiza. Rzecz jasna wątek romansowy jest jedną z sił napędowych w „The Confidential Agent”, choć z drugiej strony, przynajmniej w moim mnieamniu, jego rozwinięcie wydaje się mało przekonujące.

Jeśli chodzi o mnie, to odkrywam w tym utworze również starą Wielką Brytanię, której fragmenty i resztki mogłem odnajdywać jeszcze podczas swojego pobytu w Londynie, a także w... Irlandii w latach dziewięćdziesiątych. Nawet sam początek przypomina mi nieco moje własne doświadczenia z podróży do Wielkiej Brytanii i Irlandii promem, kiedy jeszcze podróże lotnicze były zdecydowanie za drogie na polską kieszeń i jechało się długie godziny autobusem, by potem w Cale wsiąść (czy też wjechać) na prom, a potem zetknąć się z łaską lub niełaską brytyjskiego urzędnika imigracyjnego (w gruncie rzeczy niejednokrotnie tak odmiennego od tego, jakiego opisał Greene). Było, minęło...

Czytelnika z pewnością zaintryguje też fakt, że autor, potrzebując szybkiego zarobku, pisał tę powieść w roku 1938 pod wpływem amfetaminy, którą się wspomagał przez sześć tygodni powstawania „The Confidential Agent”. Stąd pewnie pewne słabsze strony i nierówności tej prozy, ale w końcu od utworu „rozrywkowego” nie oczekujemy za wiele. Tylko dobrej zabawy. Czyż nie?

Graham Greene, The Confidential Agent, Vintage Books, London 2006.