Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 kwietnia 2019

Żydzi, Żydzi, Żydzi!

Żarty żartami, ale wygląda na to, że sami Żydzi podkręcają atmosferę w Polsce i dążą do tego, by rozpętać w naszej ojczyźnie falę antysemityzmu. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że Światowy Kongres Żydów wybrał sobie akurat Polskę, by zwrócić uwagę na wielkanocny zwyczaj, który nie jest jedynie polską tradycją? Nie trzeba długo szukać po Internecie, by dowiedzieć się, że podobne tradycje występują np. w Hiszpanii czy w Czechach. Ba! Czeski zwyczaj topienia kukły Judasza znalazł się na liście dziedzictwa kulturowegoUNESCO! Trzeba zatem mieć naprawdę masę złej woli, by wytypować sobie Polskę dla potępienia czegoś, co nie jest jedynie specjalnością jakiejś małej polskiej wspólnoty. Można odnieść wrażenie, że jest Polska, a odpowiedni kij się znajdzie.

Pytanie, w jakim celu Żydzi podsycają taką atmosferę w Polsce? Chodzi o roszczenia żydowskie do majątku i osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej choćby najbardziej absurdalnymi oszczerstwami i zarzutami? Co ciekawe swoimi głupimi wypowiedziami do podkręcania tej atmosfery przyczyniają się nie tylko politycy opozycji, ale nawet niektórzy politycy rządzącej partii. Stwierdzenie, że spalenie kukły Judasza jest przejawem antysemityzmu jest bowiem równie głupie, jak dawniejsze zarzuty, że Pasja Mela Gibsona to film antysemicki, który wywoła pogromy Żydów na całym świecie. Notabene nikt z tamtejszych krytyków do tej pory nie wszedł pod stół i nie odszczekał swoich zarzutów, dotyczy to także pewnej znanej pani reżyser.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do idiotyzmu całej sytuacji, to niech się po prostu chwilę zastanowi! Przejawem antysemityzmu jest spalenie kukły wyobrażającej Żyda, który zdradził innego Żyda! No chyba, że sami Żydzi uważają Judasza za bohatera narodowego, który słusznie wydał na śmierć bluźniercę!

Jeśli więc nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o te pieniądze, które Żydzi amerykańscy chętnie by sobie zgarnęli, choć im się nie należą. A jeśli im się należą, to poproszę o zwrot majątku moich dziadków, który Stalin zagarnął po II wojnie światowej i który obecnie jest w granicach Ukrainy!


wtorek, 4 grudnia 2018

My mamy magiczne Święta Bożego Narodzenia, inni „magię świąt”

Moje pokolenie chyba dobrze jeszcze pamięta magister Lewicką z serialu komediowego Barei. Ostatnio pisałem na tym blogu o tym, że cieć Anioł ma się w naszym postkomunistycznym grajdole bardzo dobrze, a słynny reżyser polskich komedii chyba miał skądś cynk o przyszłej transformacji, skoro tak dobrze przewidział jego przyszłość.

Okazuje się, że serialowa Bożenka, która usidliła docenta Furmana, ma się najwidoczniej gdzieniegdzie równie dobrze we współczesnej Polsce, jak się miała za czasów PRL-u. Jest wciąż w awangardzie postępu. Wprawdzie nie wysławia socjalistycznego raju, dymiącego kominami wielkich fabryk, ale za to działając prężnie w związku nauczycielstwa przyznaje nagrodę belfrowi, który ma „partnera”.

Jej inicjatywa, by zgodnie z najnowszymi trendami oświatowymi wprowadzić do szkół „tęczowy piątek”, trochę spaliła na panewce, ale przecież nasza dzielna pani magister nie spocznie, będzie równie dzielnie nieść kaganiec... to znaczy kaganek oświaty do szkół miast i wsi. Bez wątpienia wesprze ją w tym docent Furman, choć sam jest nieco na cenzurowanym z powodu swojego myśliwskiego sprzętu. Nie wątpię jednak, że bronił bohatersko z Bożenką kornika drukarza jak Zawisza na mydle... albo jak Zagłoba Czarny, albo może Rejtan u płotu czy jakoś tak.

Z Dziadkiem Mrozem zastępującym św. Mikołaja udało się tylko połowicznie, to znaczy św. Mikołaja zastąpił nie Dziadek Mróz, ale jakiś rześki dziadzio w czerwonym (nomen omen) kubraku rozwożący napoje orzeźwiające. Może jednak uda się coś zrobić z tym nieszczęsnym Bożym Narodzeniem, które kole w oczy swym blaskiem postępowy świat oświaty.

Tak więc pani Bożenka postanowiła rzucić żagiew tej oświaty na prowincję. I zagnało ją aż do Krynek, gdzie rzuciła się ratować dusze dzieci przed zabobonem (choć może słowo „dusze” nie jest tu za bardzo na miejscu) i zwalczać nietolerancję wobec innych wyznań i grup etnicznych. Tym razem jednak wpadła na pomysł, żeby Maryję zastąpić Panią Zimą, a zamiast jasełek zorganizować przedstawienie pod tytułem „Magia Świąt”.

Jak widać pani magister Lewicka jest w swoim żywiole i pełna pomysłów. Gdyby zaś jej tych pomysłów zabrakło, zawsze może sięgnąć po niezastąpiony organ ZNP, gdzie znajdzie porady, jak zwalczać ciemnotę wśród młodzieży. A może by tak stworzyć zastęp postępowych zuchów w tęczowych krawatach? Aktyw młodzieżowy byłby tu ze wszech miar pomocny.


piątek, 2 listopada 2018

Różne święta

Niektórzy wczoraj „obchodzili spektakularnie święto zmarłych” i „czcili przodków”. My obchodziliśmy Dzień Wszystkich Świętych, a dzisiaj świętujemy Dzień Zaduszny. I ogólnie pamiętamy o świętych obcowaniu. Ot, taka „subtelna” różnica...


środa, 7 lutego 2018

Klęknijmy przed Panem – „róbmy raban” w zakrystii


Dziwią mnie niektóre rzeczy w naszym Kościele i niepokoją. Tym bardziej, że jeszcze parę lat temu ich nie było.


Weźmy na przykład przystępowanie do Komunii Świętej. Notoryczne jest teraz udzielanie Komunii Świętej na stojąco. I nie jest to jedynie wówczas, kiedy mamy olbrzymi tłum wiernych, Msza odbywa się na otwartym powietrzu, a warunki pogodowe są takie, że wierny musiałby uklęknąć w błocie lub kałuży. Tak jest po prostu praktycznie w każdym kościele.


Wspomniałem już tutaj wcześniej kościół św. Augustyna na Sudeckiej. Często do niego chodziłem. Praktycznie całe moje dzieciństwo i młodość. Zawsze ludzie przystępowali do Komunii przy balaskach zarówno przy bocznych ołtarzach, jak i przy głównym klęcząc. Teraz, z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu, Komunia przy głównym ołtarzu jest udzielana na stojąco i tylko w ten sposób. Jedynie przy bocznych ołtarzach istnieje możliwość przyjęcia Pana Jezusa do serca klęcząc.

Jeśli ktoś przy głównym ołtarzu chciałbym przyjąć Komunię klęcząc, nie ma na to szans. Kapłan stoi na stopniu, wyżej i powstałaby bardzo niezręczna sytuacja. Albo ksiądz musiałby zejść z tego stopnia, albo wierny w końcu się podnieść. Nie ma szansy na to, by wyrazić swój szacunek do Najświętszego Sakramentu klęcząc. Dlaczego? Podejrzewam, że franciszkanom na Sudeckiej po prostu nie chce się chodzić z Panem Jezusem w tę i z powrotem, bo nie znajduję żadnego sensownego wytłumaczenia. Chyba, że nie stać ich na zakup poduszeczek do klęczenia. To niech powiedzą, dołożę się, choć to nie moja parafia.


Mój kolega, z którym nie widziałem się od wieków, ostatnio wpadł do mnie w odwiedziny. Wiele się zmieniło od tamtych czasów. Był i wówczas katolikiem, ale teraz się „ztradycjonalizował”. Piszę to bez ironii. Nawet go podziwiam, bo potrafi podróżować parę ładnych kilometrów, by uczestniczyć we Mszy trydenckiej.


Otóż mój kolega opowiedział mi taką sytuację. Poszedł na „zwykłą” Mszę. Kiedy ludzie ustawili się w kolejce do Komunii, okazało się, że ksiądz udziela jej tylko na stojąco. Kolega jednak uważa, że jedynie na kolanach może przyjąć godnie Pana Jezusa, że taka postawa jest właściwa i godna. Uklęknął więc. Kapłan nie chciał udzielić mu Komunii w ten sposób. Powstała więc sytuacja nerwowa i wybuchowa, która w takim momencie nie powinna się w żadnym wypadku zdarzyć!

Po Mszy kolega poszedł do zakrystii i „zrobił raban” (zgodnie z zaleceniem papieża Franciszka, jakby ktoś jeszcze nie pojął). Ksiądz powiedział, że nie chce, by wierni przed nim klękali. Kolega obruszył się:

– Chyba się księdzu coś pomyliło. Ja nie klękam przed księdzem, tylko przed Panem Jezusem! By Go godnie przyjąć. To jest mój Pan i Król!


Widać do kapłana dotarła ta wydawałoby się oczywista oczywistość, bo sytuacja ponoć w tym kościele się zmieniła.


Róbmy więc raban! Róbmy go, my świeccy, ilekroć kapłan bez uzasadnienia odstępuje od tradycji Kościoła. Bo już niedługo młode pokolenie nie będzie klękać przed Panem Jezusem w tabernakulum, nie mówiąc już o tym, że będzie przyjmować Go na swoją brudną rękę!


środa, 27 marca 2013

Hologramy Cata-Mackiewicza


Po kilku tygodniach wytężonej i ciężkiej pracy nad pewnym projektem postanowiłem sobie to wynagrodzić i szarpnąłem się na książkę. Miałem do wyboru kilka publikacji, które już od dawna kuszą mnie z księgarskich półek, ale których sobie muszę z różnych powodów odmawiać. W końcu wyselekcjonowałem dwie. Mając przed sobą perspektywę lektury najnowszej i głośnej powieści Szczepana Twardocha, zdecydowałem się zamiast tego na „Herezje i prawdy” Cata-Mackiewicza. Trochę pewnie z przekory, bo nie lubię głośnych książek, a na ich niezwykłą popularność patrzę z pewną podejrzliwością. Co akurat nie znaczy, że zawsze powątpiewam w ich artystyczną jakość.

Swojego wyboru nie pożałowałem. Już pierwszy szkic tomu pt. „Hipnoza słów a mroki średniowiecza” wzbudził moją sympatię, a następne strony czytałem z ciekawością, jaką budzi nietuzinkowy gawędziarz, który jest nie tylko kontrowersyjny, ale uwodzi czytelnika stylem, urokiem i barwą dobieranych słów.

Pochwalić w dzisiejszych czasach Sienkiewicza, kiedy tylu uczniów Gombrowicza z pogardliwym prychnięciem wymawia nazwisko autora „Quo vadis”, to co najmniej tak, jak popełnić gruby nietakt. Dlatego z taką przyjemnością przeczytałem słowa: „Podziw mój dla Sienkiewicza jest bezgraniczny. Uważam, że w literaturze światowej nie ma takiego pejzażysty jak on. (…) Jako budowniczy i rzeźbiarz zdania jest Sienkiewicz nieprześcigniony w naszej literaturze i chyba nigdy dościgniony nie będzie (…)”. Ba! Już widzę miny tych wszystkich mądralińskich, którzy przed Gombrowiczem plackiem padają, Gombrowiczowi kapliczki stawiają, Gombrowiczem mówią i piszą, i podług Gombrowicza drwią i krzywią się.

Autor „Herezji i prawd” nie jest jednak – przeciwnie do wielu fanów autora „Ferdydurke” – bezkrytycznym admiratorem Sienkiewicza. I krytykuje go za język, jakim mówią rycerze w „Krzyżakach”, bo wypacza to naszą wizję średniowiecznego rycerstwa, gdy geniusz autora zwodzi nas „za pomocą kilku słów hipnotyzujących”. A średniowiecze jest właśnie tematem tej książki.

Spojrzenie Cata-Mackiewicza na średniowiecze, a w zasadzie na czasy królowej Jadwigi i początki Rzeczpospolitej Obojga Narodów jest niesłychanie ciekawe, intrygujące, wręcz niebywale nowoczesne u tego konserwatywnego publicysty. Wygląda to tak, jakby autor „Zielonych oczu” znał już te wszystkie filmy fantastyczne, w których bohaterowie korzystają z holograficznych modeli i map. Jakby oglądał już „Raport mniejszości” lub inny „Avatar”. Cat-Mackiewicz bowiem pokazuje nam czasy Jadwigi i Witolda w taki właśnie sposób, jakby posługiwał się trójwymiarowym, a nawet wielowymiarowym hologramem, który to przybliża, to znów obraca o 180 stopni, to powiększa, to otwiera niedostrzegany, niezauważony zakamarek, by znów wywrócić całość do góry nogami i spojrzeć na wszystko od kompletnie innej, nierozpatrywanej do tej pory strony i z triumfem zawołać do zdumionych widzów: „Zobaczcie!” Autor „Herezji i prawd” nie przyjmuje nic na wiarę, nie podąża utartym szlakiem, ale stara się spojrzeć na ten hologram, na ten wizerunek, na przekazaną nam mapę z innego punktu widzenia i dostrzec przekłamania, niespójności, nieścisłości, wyczytać z wielokroć czytanych już tekstów to, czego poprzednicy do tej pory nie dostrzegali.

To podchodzenie do tematu z różnych perspektyw może niektórych czytelników nawet drażnić, może wyglądać jak droczenie się z odbiorcą tekstu. Ma bowiem Cat-Mackiewicz mówić o królowej Polski, a zamiast tego wiedzie nas do Neapolu, opowiada o jakichś makabrycznych mordach na szczytach władzy, to znowu snuje refleksje o strukturze feudalnego państwa i roli Kościoła, opowiada o św. Franciszku z Asyżu lub Joannie d’Arc, pochyla nad „Boską Komedią” Dantego i „Dekameronem” Boccaccia, zastanawia nad średniowiecznym konceptem miłości i roli kobiety. Ale to wszystko jest obracaniem w dłoniach tego trójwymiarowego hologramu, otwieraniem i zamykaniem, przybliżaniem i oddalaniem różnych perspektyw, które pozwalają nam umiejscowić opowiadaną historię w odpowiednim kontekście. Inaczej wówczas postrzegamy to, co tak dobrze nam znane z lektur szkolnych, z pobieżnie czytanych fragmentów. Nagle dostrzegamy wielkość Długosza na tle podobnych kronikarzy ówczesnych czasów, podziwiamy wspaniałość dynastii Jagiellonów, krzywimy się na myśl o Kazimierzu Wielkim, który „Wielkim” według autora „Herezji i prawd” został nazwany niesłusznie. Dajemy się jednym słowem uwieść magii mackiewiczowskiej narracji, snutej przezeń gawędy. Bo gawędziarz to pierwszoligowy i stąd te typowe dla ustnej opowieści powtórzenia, które wytyka mu autor posłowia, Jerzy Sperka, jakby faktu tego nie dostrzegał.

Można by oczywiście wytykać Mackiewiczowi popełnione błędy czy nieścisłości, ponarzekać na mylne interpretacje „hologramu” czy niesprawiedliwe oceny, ale tym częściowo zajął się już wspomniany wyżej Jerzy Sperka w pomieszczonym na końcu książki szkicu. Ja, jako skromny czytelnik, mogę dodać od siebie tylko tyle: im więcej czytam autora „Herezji i prawd”, tym bardziej mam ochotę na jeszcze.

Stanisław Cat-Mackiewicz, Herezje i prawdy, Kraków 2012.

sobota, 8 września 2012

Pan Hrabia czyta dzieciom

Pan Hrabia (Bronisław Władysławski, a może Władysław Bronisławski) zainaugurował ogólnopolskie czytanie arcydzieła.

– Ciekawe, czy jego znajomość wybitnego poematu jest równa jego biegłości w piśmie, a zwłaszcza w trudnej sztuce ortografii – powiedział filozoficznie Kłapouchy przyglądając się mrówce, która cudem wyszła cało z opresji na białej nodze Telimeny.

Tymczasem za drzewami czaili się tajni agenci notujący na swych tabletach każde słowo Kłapouchego. Nieświadom niczego pakował się w poważne tarapaty.


A Sowa Przemądrzała już gryzmoliła kolejny donos.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wakacje „na Kresach”

Ostatnio w gronie znajomych ktoś, kto wrócił z wakacji, na pytanie, gdzie był, odparł, że „na Kresach”. Wyobraziłem sobie, że może odwiedził Krzemieniec, zajrzał do Stanisławowa, zawitał w Zbarażu, że zapewne zwiedzał ruiny polskich pałaców i pałacyków na Białorusi lub Litwie. Z dalszej rozmowy jednak okazało się, że owe „Kresy” to w rzeczywistości niemal środek dawnej Rzeczpospolitej, a obecnie po prostu obszar wzdłuż wschodniej granicy tego kadłubka dawnego państwa polskiego, jaki miłościwie wykroił nam Stalin.

Rozmówca ów podróżował od miasteczka do miasteczka, od wioski do wioski zachwycając się mozaiką kulturową i religijną tamtych terenów, podziwiając gościnność i obfite jedzenie. Ponoć korzystał z jakiegoś przewodnika po tych „Kresach”. Chyba nie do końca uświadamiał sobie, że oglądał resztki dawnej Rzeczpospolitej. Także najwidoczniej nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że przeczy sam sobie, gdy ganiąc pazerność pewnego „kresowego” miasta – tak przeciwną temu wszystkiemu, co chwalił uprzednio – nazwał jego mieszkańców „moherami”.

piątek, 3 sierpnia 2012

Buczeli czy nie buczeli?

Nie, nie będzie o Powązkach. Szczerze powiedziawszy guzik mnie ten nadmuchiwany skandal wokół buczenia na Powązkach obchodzi. Powiem krótko: chcieliście, Panowie, to macie!

Będzie o koncercie pewnej pop-gwiazdki, który też mnie guzik obchodzi (tak jak sama gwiazdka). Notabene uważam wszelkie protesty związane z jej koncertem za absurdalne, bo są one dokładnie tym, czego owa celebrytka – jak się teraz ładnie w Polsce mówi – oczekiwała. Nie po to w końcu wybierała uprzednio i teraz tak kontrowersyjne daty na swój szoł, aby było potem cicho. W końcu „szoł mast goł on”!

Dlaczego więc o niej piszę? A to dlatego, że przeczytałem dwie wiadomości wczoraj o tym koncercie. Jedną na Wirtualnej Polsce (sam się pytam po co, bo przecież owa podstarzała pani robiąca z siebie lolitkę obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg), a drugą na portalu wPolityce. W znamienny sposób pokazują one, jak wygląda stan polskich mediów. Wystarczy przeczytać już same tytuły. Na Wirtualnej Polsce: „Przed koncertem Madonny kroniki Powstania i... brawa”. Na portalu wPolityce: „Oburzają się na gwizdy skierowane do rządzących, tymczasem przed koncertem Madonny wygwizdano... film o powstaniu warszawskim!



Jak więc było naprawdę? Czy „fragmenty kronik z Powstania Warszawskiego (...) przyjęto gromkimi brawami”? Czy też „filmik został wybuczany, wygwizdany”? Gdyż jak pisze pewien nieznany mi bloger: „ani ja, ani inni fani, którzy stali koło mnie nie mieliśmy najmniejszej ochoty na dawkę narodowo-romantyczno-kiczowatą. Przyszliśmy się bawić, a nie płakać”.


No, cóż... jak powiada reżyser w kultowej komedii: „Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu...”


wtorek, 10 kwietnia 2012

10 kwietnia 2010 – otwarta rana

Wiele można by napisać o 10 kwietnia 2010 roku. I z pewnością nie napiszę tu nic oryginalnego. Tylko parę chaotycznych myśli.

10 kwietnia pozostaje otwartą raną, która szybko się nie zabliźni. Dziennikarze mogą pisać, że Polacy są zmęczeni Smoleńskiem, dzienniki i portale internetowe mogą sobie urządzać sondaże pokazujące narastającą obojętność, ale niewiele to zmieni. Tej sprawy nie da się zamilczeć, nie da się zapomnieć, nie da się zakopać i przytupać butem. Dwa lata po Smoleńsku widać jedynie tyle, że pytań jest coraz więcej.

Wiem jednak jedno z pewnością – gdybym wierzył, że katastrofa prezydenckiego samolotu to był „tylko” wypadek, w którym niebagatelną rolę odegrała pewna „pancerna” brzoza, to po tych dwóch latach przestałbym w to wierzyć. Wystarczy ta ilość kłamstw, które otaczają katastrofę już od samego początku.

Jestem ciekaw, czy jakiś dziennikarz próbował dowiedzieć się, zbadać, jaka jest geneza tych wszystkich (albo przynajmniej części) kłamstw i dezinformacji podawanych praktycznie od pierwszych minut po rozbiciu się prezydenckiego samolotu? Kto był źródłem (dez)informacji o czterech podejściach do lądowania, o trzech osobach odwiezionych do szpitala, o godzinie rozbicia się samolotu, o pilotach nieznających j. rosyjskiego? Skąd rzekome słowa kpt. Protasiuka „Jeśli nie wyląduję, to mnie zabije”, a także inne słowa załogi, które nigdy nie zostały wypowiedziane? Skąd łże-wieści o rzekomym nagraniu wideo przedstawiającym kłótnię gen. Błasika i wspomnianego już kapitana? Dlaczego już tuż po katastrofie zaczęto wciskać ludziom sugestie o naciskach na pilotów bądź ze strony śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, bądź ze strony śp. gen. Błasika, a jednocześnie wyśmiewano wszelkie przypuszczenia o możliwym zamachu? Skąd brały się podejrzane publikacje, również książkowe, wprowadzające naiwnych czytelników w błąd? Dlaczego kłamano o szczegółowym zbadaniu miejsca katastrofy i rzetelnej sekcji zwłok? Tych pytań jest cała masa.

Nie sposób także przestać myśleć o tym, czy innym katastrofom tego typu towarzyszyła równa dawka dezinformacji i zwykłych łgarstw? Nawet później - na temat liczby uczestników uroczystości upamiętniających tamte wydarzenia. Kto boi się prawdy? Kto chce coś tu ukryć?

Nie wierzę w głoszone przez niektórych publicystów „przebudzenie” Polaków po 10 kwietnia 2010 roku. Gdyby tak było, kto inny rządziłby dzisiaj Polską, kto inny reprezentowałby naród jako prezydent RP. Gdyby Polacy się „przebudzili” tłuszcza „wesołków” nie śmiałaby nawet pomyśleć na Krakowskim Przedmieściu, by szydzić z modlących się pod krzyżem i drwić z samego krzyża. Po prostu spotkaliby się z powszechnym potępieniem. Gdyby naród oprzytomniał, nie dawałby sobie wciskać bzdur, że można rzetelnie badać katastrofę lotniczą i „definitywnie wyjaśnić” sprawę bez dostępu to wraku, bez oryginałów czarnych skrzynek, bez szczegółowej sekcji zwłok wszystkich ofiar.

„Nasz naród jak lawa...”? Hmm... 

czwartek, 5 maja 2011

Z życia mikrobów XVIII – Troska Namiestnika

Specjalista od ślepych snajperów i mistrz ortografii w jednym pouczył ostatnio lud pracujący miast i wsi, jak „ojczyznę trzeba kochać i szanować”. Z ojcowską troską pochylił się nad tymi, którzy nie potrafią „nie deptać flagi i nie pluć na godło”. I nie zapomniał wspomnieć coś o krzyżu, wokół którego rozpętał w zeszłym roku niezłą zadymę.

- Bul, bul – odparł Kłapouchy zanurzając łebek w rzece. Zapewne ze wstydu, bo wciąż miał żywo w pamięci głęboki respekt pana hrabiego dla tragicznie zmarłego poprzednika i jego urzędu.

sobota, 12 marca 2011

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Nie, to nie jest film z czasów PRL-u



W końcu ci panowie jeszcze nie biją. Są tylko chamscy. I tak, za nasze pieniądze.