Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobota. Pokaż wszystkie posty
sobota, 22 września 2018
środa, 21 lutego 2018
czwartek, 3 stycznia 2013
sobota, 8 grudnia 2012
czwartek, 1 listopada 2012
sobota, 20 października 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012
sobota, 7 lipca 2012
sobota, 30 czerwca 2012
niedziela, 13 maja 2012
Z piątku na Sobotę: Nieśmieszny staruszek
Moje wrażenia po obejrzeniu „Śmiesznego staruszka” Tadeusza Różewicza w reżyserii Wiesława Hejno we Wrocławskim Teatrze Lalek.
Pełny zachwyt! Aż się nie chce wyjść z Teatru. To zdecydowanie najlepsza sztuka z tych trzech „dorosłych”, które ostatnio obejrzałam w Lalkach (poprzednie to były: „Ostatnia ucieczka” na podstawie Bruno Schultza i „Wroniec” Jacka Dukaja).
Nie będę się za długo rozpisywać o niewątpliwie doskonałym zgraniu aktorów ożywiających wspólnie jedną lalkę – poruszających jej stopami, dłońmi, ramionami, głową – w tak idealny sposób, jakby ona sama była żywa i najlepiej wiedziała czym ruszać czy kiwać, i w którym momencie, żeby najtrafniej odzwierciedlić wypowiadane słowa! To po prostu należy do kunsztu tego rodzaju teatru, a Teatr to jeden z najlepszych i nie należy się dziwić, że ci aktorzy doskonale to potrafią.
Jednak poetyka przedstawienia to już dodatkowa rzecz, dodatkowy smak, który nie wynika li tylko z umiejętności idealnie synchronicznego poruszania kijkami czy sznurkami! Bo nie wystarczy poruszać kijkami żeby poruszyć serca! Sam dobór postaw i gestykulacji lalki do wypowiadanych kwestii to przecież odrębna sprawa, dzieło, które trzeba było opracować i zaplanować zanim się je potem perfekcyjnie zrealizuje. Bo „perfekcyjnie” jest tu naprawdę odpowiednim słowem.
Scenografia (Jadwigi Mydlarskiej-Kowal), wszystkie stroje Staruszka wraz z jego fotelami i rekwizytami – a także muzyka (Zbigniewa Piotrowskiego) – to następne świetnie opracowane elementy! Niczego w tej materii nie jest za dużo, nie odczuwamy też żadnego braku. Każdy takt muzyki – dość oszczędnej przecież – doskonale podkreśla i akcentuje akcję. Każda kreacja „kolejnego” Staruszka zachwyca. Staruszek w szlafroku, Staruszek na leżaku w niedbałym kostiumie kąpielowym i tym okropnym podkoszulku na zapadłej piersi za to wydętym brzuchu, Staruszek w bawełnianej bieliźnie z guzikami, w białej koszuli z czerwonym krawatem – no po prostu wszystko jest zrobione świetnie!
Do tego dochodzi podział kwestii pomiędzy piątka aktorów. Kiedy „atakują” widza wyznaniami Staruszka, jak lawiną, w tej spowiedzi życia, prawie depcząc sobie po piętach i niemal wchodząc jeden drugiemu w słowo – pośpiech ten nie razi, nic tu nie przeszkadza, żaden z głosów nie drażni uszu, nie odstaje od całości – choć każdy przecież zupełnie inny (tembr, intonacja, tempo), co też potęguje wrażenie, że na życie tego jednego starca złożyło się ileś istnień (tak jak każdy z nas jest zlepkiem rożnych postaci w tym sensie, że bywamy inni w zależności od sytuacji, otoczenia, czasów i rzeczywistości – w których chwilowo przyszło nam się znaleźć). Mówiąc o kunszcie aktorów należy też podkreślić, że każdy z nich jest zarówno doskonałym animatorem, jak i – niezależnie od ożywionej lalki – samoistnym aktorem w tej sztuce. W dodatku ta wręcz zaskakująca chwilami odrębność podkreślona jest dialogami pomiędzy nimi – czyli pomiędzy Staruszkiem a poruszającymi nim aktorami – a więc w tym momencie dodatkowymi, autonomicznymi postaciami na scenie! Bo Staruszek chwilami mówi do nich, (zamiast – jakby się mogło wydawać na lalkarskiej scenie najbardziej naturalne: za ich pomocą do widzów), szarpie się z nimi, a bywa że i wyprowadzony z równowagi udziela im reprymendy lub wręcz wymierza kuksańce! W którymś momencie bije jednego z nich po twarzy. I choć treść sztuki nie nastraja zbytnio do śmiechu – sytuacje te wywołują reakcje szczerego rozbawienia u widzów, bo naprawdę bardzo trudno się tej reakcji oprzeć. Te odrębne byty którymi tutaj stają się animatorzy lalek przywodzą mi jeszcze jedną refleksję: nie do końca wiadomo, czy wszystko co robił oskarżony emeryt przez cale swoje życie, wypływa z jego własnej woli, czy może – jak my wszyscy po trosze – poddawany był manipulantom w białych rękawiczkach (które właśnie ci aktorzy w ciemnych garniturach noszą przez większość przedstawienia na swoich dłoniach). Tym „manipulantem” oczywiście może tu być inny człowiek, ale również bywają nim nasze wewnętrzne byty, lęki i pragnienia, z którymi chwilami się szarpiemy czy też wymierzamy im kuksańce.
Tak, wszystko tu od pierwszej do ostatniej chwili wciąga i przykuwa uwagę – już od momentu kiedy pielęgniarka (niezmiennie świetna Jolanta Góralczyk) wnosi „pierwszego” Staruszka, aż do chwili kiedy wynosi „ostatniego”.
Jednak najbardziej magiczny moment w moim odbiorze – w sensie plastycznym, wizualnym, to scena obrazująca pokazy sportowych wyczynów dziewczynek z rożnych szkół żeńskich – którą opisuje Staruszek „lewitujący” rękami aktorów. To naprawdę nieprawdopodobny widok, i takież samo wrażenie! Wrażenie wprost nie do opisania! W tym momencie przestajemy wierzyć ze to tylko lalka! Lalka–Staruszek po prostu wyskakuje o własnych siłach w górę i wykonuje w powietrzu coś w rodzaju salta czy fikołka – w dodatku robi to w zwolnionym tempie! dzięki czemu mamy przedłużona przyjemność podziwiania tej sceny. Jest dość ciemno, aktorzy jakoś mi zanikają, a Staruszek w tym momencie ubrany jest w jasne ubranie, z długimi rękawami i nogawkami, co przez rozrzucone kończyny daje obraz przypominający ogromnego obracającego się pająka. Pająk ten jakby oplata i wciąga w swą pajęczynę … nie, nic materialnego, nie muchę czy inne żyjątko; ten jak go nazwę „Pająk-Pragnienia Staruszka” wciąga i oplata, niszczy i unicestwia – jak pięknego, kolorowego motyla – widok o którym w tym momencie opowiada: widok prężących się w sportowych pokazach małych dziewczynek, z którymi nasz sfiksowany bohater splątany jest nicią całego swego sfiksowanego żywota. Salto jest jakby rozlazłe, powolne, ręce i nogi Staruszka nie trzymają się jakiegoś sportowego porządku, reżimu, nie wyrażają żadnej sportowej postawy, tylko bezwładnie poddają się siłom fizyki, podążają ciężko – rozkraczone - za lecącym w zwolnionym tempie w górę a potem w dół, i obracającym się w tym fikołku ciałem. Jeśli w każdej dobrej sztuce jest jakaś jedna scena, która najbardziej mnie porusza i krzyczy we mnie, tak zwany „majstersztyk”, to w „Śmiesznym staruszku” to jest właśnie to. (W „Ostatniej ucieczce był to moment gdzie nasz dojrzały już mocno bohater z niedowierzaniem, że widzi swoją mamę, wydobywa z siebie rozdzierający krzyk „Mamo!” a ona odchodzi; we „Wrońcu” był to wędrujący po świecie z siostrzyczką Adaś, opowiadający jej bajki, w białych falujących wstęgach).
Aż żal, że nie wypada w takim momencie – jak np. na dobrym koncercie jazzowym – wykrzyknąć z emocji na glos „brawo!”
Aż żal, że nie wypada w takim momencie – jak np. na dobrym koncercie jazzowym – wykrzyknąć z emocji na glos „brawo!”
Jeśli Józef Kelera powiedział (być może prowokacyjnie), że nie taki znowu ze staruszka fiksat, to ja się do końca z tym zgodzić nie mogę. To prawda, że Staruszek przeżywa całą masę dylematów, problemów i pragnień, które dotyczą żywo nas wszystkich po równo – rozterki samotności i odrzucenia, pustki czy strachu etc. – ale jednocześnie też odkrywa on w tym zeznaniu przed sądem swoje oblicze takie, jakie jednak chciałby bardzo głęboko przed sądem, światem i widzem wstydliwie ukryć. Swoją mową quazi-obrończą pogrąża się dokumentnie, powtarzając raz po raz, że przecież nie ma w tym czy w tamtym zachowaniu nic złego, jakby w ten sposób próbował nas przekonać albo oszukać, a może tylko siebie samego uspokoić? Jedno jest pewne – im dalej w las, tym więcej drzew. Stosunek do dzieci z bezpośredniego otoczenia, rozbierane i ubierane w kółko lale, manekin naturalnej wielkości, czy chore upodobanie do sportowych dziewczęcych występów – wszystko to osacza Staruszka na sali sądowej coraz bardziej, a na sam koniec zapędza się tak, że nawet nie potrafi odmówić sobie tego rodzaju sfiksowanych wycieczek pod adresem wysokiego sądu – też kobiety.
Im więcej mówi, tym bardziej przestajemy mu wierzyć, przestajemy wierzyć w to co zeznaje na samym początku, że to te małe istotki się na niego uwzięły i prześladowały go, a on to proszę Wysokiego Sądu nic tu nie jest winien.
Inną sprawą jest, na ile prawdziwe są oskarżenia pod adresem „tych wszystkich przeklętych psychologów i pedagogów” w okularach i bez okularów, i rozważania, jak to dawniej, kiedy Staruszek sam był dzieckiem, w domu wisiała sarnia nóżka na rzemyczku do wąchania, nawet zbytnio nie używana, a dzisiaj oto chłopiec na Pradze odcina mamie głowę za karę "bo mu nie chciała dać pieniędzy na piwo i jakieś owocowe wino”. Dlaczego wraz z postępem i rozwojem, dzieci w szkole bez najmniejszych oporów wkładają nauczycielowi kubeł od śmieci na głowę, a internet aż kipi od brutalnych filmów które nakręcają małolaty swoimi telefonami komórkowymi. I dlaczego jakiś czas temu robiłam wszystko, aby tylko moja kuzynka – dziewczyna subtelna i delikatna, nie wybrała sobie zawodu nauczycielki, o którym marzyła od dzieciństwa. Ale już głębsze rozważania na ten temat zostawiam na zupełnie inne miejsce i okazję.
Na sam koniec, żeby nie było tak różowo w mojej ocenie spektaklu (jeszcze by kto pomyślał żem podpłacona ;) , dorzucę jeden – choć maleńki – minus. Wg mnie zabrakło w przedstawieniu jednego „drobnego” elementu – uzasadnienia tytułu. Oczywiste dla mnie jest, że tekst został okrojony, pamiętałam dość dobrze, których fragmentów tu nie było, i wybaczyłam każdy brakujący, gdyż jest to raczej zrozumiale i nie trzeba tu tego uzasadniać. Jednak moim zdaniem nie należało ze spektaklu wycinać fragmentu, w którym czytelnik (tutaj byłby to widz) dowiaduje się, dlaczego „Śmieszny” (choć przecież powinien być raczej „Straszny”). Te wszystkie stroje i elementy bielizny kupowane dla manekina przez Staruszka, te jego (czyli jej) wymiary bioder czy biustu (czyli sprawy które znamy dokładnie już z samej lektury dramatu Różewicza”, nie ze spektaklu), te ekspedientki sprzedające damską odzież, i w końcu ten ich komentarz (który się Staruszkowi tak bardzo nie podoba i od którego próbuje on uciec i więcej nie wrócić) – to przecież bardzo istotne i wiele wyjaśnia. Gdyby nie ten epizod z życia tego starca, wspomniany przez Różewicza, sztukę tę należałoby raczej zatytułować „Straszny staruszek” lub „Biedny pogubiony staruszek”.
Towarzysząca mi w Teatrze osoba lekturę tę miała już dawno za sobą, zatem dorzuciłam jej ten istotny brakujący fragment zaraz po wyjściu z Teatru. Ujrzałam zrozumienie i reakcję „Aaa! No, to teraz jasne”. (Co dowodzi, że chyba tego nie przeoczyłam w spektaklu, bo przecież chyba obie byśmy nie przegapiły tego samego momentu). Ale to jednak drobiazg, bo mimo to spektaklem była zachwycona tak samo jak ja, a może nawet bardziej (jeśli to możliwe?). Widziałam bowiem, jak broniła się przed wyrażaniem swego zachwytu oklaskami po każdej scenie tylko dlatego żeby nie zakłócić klimatu całości!
Po zakończeniu odczułam żal, że „to już koniec?” Brawa były rzęsiste, a i tak uważam że zbyt krótkie. W ogóle to protestuję. Powinna istnieć jakaś dodatkowa forma wyrażenia uznania przez publiczność. Aktorzy przestają wychodzić, brawa się kończą, i co dalej? Pustka, jak w tej „rurce bez kremu”? Koniec? Jak wyrazić że te krótkie (jeśli nawet wielokrotne) brawa to dla mnie nie koniec? A pchać się za kulisy żeby wykrzyczeć – „Szanowni Państwo, jestem zachwycona, to było cudowne! – to raczej trudno i chyba bez sensu ;)) – choć miałam na to wielką ochotę!
Dlatego też postanowiłam to wszystko napisać.
A Terezjuszowi dziękuję za gościnne udostępnienie miejsca na stronie oraz za naciski na mnie żeby ten tekst powstał. Jak sam pójdzie i zobaczy, to może się o coś pokłócimy, a póki co moja opinia pozostanie tu niekwestionowana ;)
Więcej zdjęć na stronie: http://pik.wroclaw.pl/pressroom/Niewesoe-jest-ycie-staruszka-n2878.html
WebRep
currentVote
noRating
noWeight
piątek, 27 kwietnia 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
sobota, 7 kwietnia 2012
sobota, 31 marca 2012
niedziela, 25 marca 2012
sobota, 17 marca 2012
sobota, 10 marca 2012
piątek, 2 marca 2012
sobota, 14 stycznia 2012
Drętwy Stawrogin albo strachy na lachy
Terezjusz:
To miało być święto. W minionym roku z różnych względów nie dane mi było chodzić do teatru, jeśli nie liczyć monodramu „Rozmowy z diabłem” w znakomitym wykonaniu Jerzego Treli oglądanego właśnie prawie 12 miesięcy temu. Dlatego z radością powitałem zaproszenie na „Biesy” w Teatrze Polskim i to jeszcze na mojej ulubionej scenie na Dworcu Świebodzkim. Wielka literatura i reżyseria Krzysztofa Garbaczewskiego, którego „Nirvana” wywarła na mnie swego czasu spore wrażenie, zapowiadały ekscytujący wieczór.
To miało być święto. W minionym roku z różnych względów nie dane mi było chodzić do teatru, jeśli nie liczyć monodramu „Rozmowy z diabłem” w znakomitym wykonaniu Jerzego Treli oglądanego właśnie prawie 12 miesięcy temu. Dlatego z radością powitałem zaproszenie na „Biesy” w Teatrze Polskim i to jeszcze na mojej ulubionej scenie na Dworcu Świebodzkim. Wielka literatura i reżyseria Krzysztofa Garbaczewskiego, którego „Nirvana” wywarła na mnie swego czasu spore wrażenie, zapowiadały ekscytujący wieczór.
Nowoczesna forma, wykorzystanie wideo i laptopów, muzyka rockowa, nawiązania do współczesności – to wszystko nie było dla mnie zaskoczeniem, ani nie raziło. Raczej takiej formy się spodziewałem zamiast klasycznego teatru. Podobał mi się zwłaszcza pomysł wykorzystania teatru cieni i nawiązanie do niemego kina. Także rozmywanie granic między widzem a aktorem, teatralną grą i rzeczywistością, nie było ani czymś specjalnie niespodziewanym, ani nowatorskim. Niespójność poszczególnych scen, ich oniryczność w pierwszej części przedstawienia można by też od biedy interpretować jako np. ostatnie przebłyski świadomości umierającego Szatowa. To ostatnie skojarzenie – nie wiem na ile trafne – nasunęło mi się poprzez nawiązanie do „Nirvany” tego samego reżysera.
Chaotyczność pierwszej części mnie bardziej intrygowała niż poruszała, z początku wydawało się nawet, że będzie zarówno śmiesznie, jak i strasznie, że ważne pytania zostaną przyprawione ostrą dawką ironii, a przedstawienie będzie balansować na granicy groteski i tragedii. Nie było w tym jednak nic, co by mną wstrząsnęło i miałem nadzieję, że druga część będzie prawdziwą eksplozją i pokaże ku czemu to wszystko tak naprawdę zmierza. Jednak już w tejże pierwszej części pojawił się pewien element niepokojący. Z pewnym zaskoczeniem i zmieszaniem przyjąłem fakt, że rolę Stawrogina gra kobieta. Z początku próbowałem nawet dociec sensu takiego wyboru, ale potem dałem sobie z tym spokój, bo nad tym wszystkim zaczęło dominować poczucie irytacji i rozdrażnienia. Czy chodziło tutaj o jakiś chwyt z dziedziny gender studies, czy jakieś inne nowoczesne wymysły – nie mam pojęcia. Mniejsza o to, w końcu w czasach Szekspira role kobiece grali mężczyźni, to dzisiaj mogą je grać też i kobiety. W końcu i tak teatr to gra pozorów.
Jednak to rola, grającej Stawrogina i nie znanej mi wcześniej, Katarzyny Warnke była ostatecznie głównym elementem, który według mnie, obok innych mankamentów, rozłożył całe przedstawienie. Początkowe zaskoczenie zastąpiła wspomniana już wcześniej irytacja grą aktorki. Z ulgą przyjmowałem chwile, kiedy usuwała się ze sceny albo gdy inni aktorzy dominowali. Jej drętwe, pozbawione ekspresji deklamacje drażniły. Także sztywne – nie wiem, czy usiłujące naśladować zachowanie mężczyzny – ruchy były męczarnią dla oczu i świadomości. Nawet, kiedy aktorka wyciskała łzy z oczu, to miałem wrażenie, że jest to rozpacz spowodowana niemożnością wlania choć odrobiny życia w odgrywanego bohatera.
W drugiej części było już tylko gorzej. To była prawdziwa męczarnia, którą z trudem zniosłem do końca. Niestety drętwy Stawrogin, jak prawdziwy nudziarz zamęczający swoimi opowieściami kolejne ofiary, stał się głównym bohaterem. Gdyby tę rolę zagrał robot, przynajmniej nie myliłby się przy czytaniu tekstu z laptopa, a sztuczność jego elektronicznej mowy skontrastowana z opowiadaną historią pewnie wywołałaby wstrząs albo przynajmniej salwy śmiechu swoją groteskowością. Stawrogin Warnke był tak papierowy, jak to możliwe, choć niby poruszał się przede mną pod postacią aktorki. Nawet wdzierające się z zewnątrz zimno nie było taką katuszą. Przed ostatecznym opuszczeniem sali powstrzymywał mnie tylko szacunek dla gry Ewy Skibińskiej. Każdy jej gest i słowo traktowałem jak wybawienie.
Prawdziwym zwieńczeniem tego wieczoru były porcje kurczaka, które spożyliśmy w fastfudzie. To była dopiero uczta! Choć szkoda, że nie także duchowa, którą sobie obiecywaliśmy.
Sobota:
Zgadzam się w pełni. Nazwisko nieszczęsnego Stawrogina poznaję dopiero z Twojego tekstu, i w sumie to nawet mnie nie dziwi. Przy takiej „grze” chciałoby się je wyprzeć z pamięci, a nawet może krzyknąć w niepohamowanym żalu „niech sczezną artyści!” I to dosłownie. Ale jednak nie, bo Pani Ewa jak zwykle na najwyższym z możliwych poziomów! Jedyna która tu naprawdę wzrusza (nie ujmując pozostałym aktorom, którzy jednak już tak nie porywają). Dobra, dawna szkoła. Swoją drogą podziwiam jak lata lecą, a Ona wciąż niezmiennie piękna i wręcz dziewczęca. Wzruszające, jak w tym teatrze światłocienia pięknie potrafiła pokazać nawet postać skrzywdzonej, i w końcu wymierzającej sobie samej najokrutniejszą karę (wierząc dziecinnie, że wyrządzone jej przez świat zło jest wyłącznie jej winą) – dziesięcioletniej dziewczynki! Wzruszające, a może nawet i zdumiewające! Choć talent Pani Ewy mnie akurat od lat nie zdumiewa.
Jeśli idzie o chaotyczność scen, to mnie ona tu bardziej doskwiera niż Tobie (zwłaszcza po całkiem niedawnej lekturze Biesów), ale jeśli zgodzić się z Twoją koncepcją mieszaniny przedśmiertnych przebłysków, to ujdzie i dla mnie. Niestety sztywny, mylący się i miotający po scenie dziwnymi krokami w przód, w tył i na boki, niczym konik szachowy Stawrogin rozłożył wszystko na łopatki. Każda wypowiedziana przez niego/nią kwestia brzmiała sztucznie.
Wyjść przed końcem spektaklu to chęć, która niezwykle rzadko mi się przytrafia, ale wrocławskim Biesom udało się ją wywołać. Niestety z różnych względów nie można było jej zrealizować (czego nie można powiedzieć o parze sąsiadów obok), więc moja męka trwała 2 i pół godziny. Bardzo chętnie poszłabym dziś natychmiast odreagować na „20 najśmieszniejszych piosenek…”, (byłam i bardzo polecam!), ale niestety nie ma już miejsc.
Sobota:
Zgadzam się w pełni. Nazwisko nieszczęsnego Stawrogina poznaję dopiero z Twojego tekstu, i w sumie to nawet mnie nie dziwi. Przy takiej „grze” chciałoby się je wyprzeć z pamięci, a nawet może krzyknąć w niepohamowanym żalu „niech sczezną artyści!” I to dosłownie. Ale jednak nie, bo Pani Ewa jak zwykle na najwyższym z możliwych poziomów! Jedyna która tu naprawdę wzrusza (nie ujmując pozostałym aktorom, którzy jednak już tak nie porywają). Dobra, dawna szkoła. Swoją drogą podziwiam jak lata lecą, a Ona wciąż niezmiennie piękna i wręcz dziewczęca. Wzruszające, jak w tym teatrze światłocienia pięknie potrafiła pokazać nawet postać skrzywdzonej, i w końcu wymierzającej sobie samej najokrutniejszą karę (wierząc dziecinnie, że wyrządzone jej przez świat zło jest wyłącznie jej winą) – dziesięcioletniej dziewczynki! Wzruszające, a może nawet i zdumiewające! Choć talent Pani Ewy mnie akurat od lat nie zdumiewa.
Jeśli idzie o chaotyczność scen, to mnie ona tu bardziej doskwiera niż Tobie (zwłaszcza po całkiem niedawnej lekturze Biesów), ale jeśli zgodzić się z Twoją koncepcją mieszaniny przedśmiertnych przebłysków, to ujdzie i dla mnie. Niestety sztywny, mylący się i miotający po scenie dziwnymi krokami w przód, w tył i na boki, niczym konik szachowy Stawrogin rozłożył wszystko na łopatki. Każda wypowiedziana przez niego/nią kwestia brzmiała sztucznie.
Wyjść przed końcem spektaklu to chęć, która niezwykle rzadko mi się przytrafia, ale wrocławskim Biesom udało się ją wywołać. Niestety z różnych względów nie można było jej zrealizować (czego nie można powiedzieć o parze sąsiadów obok), więc moja męka trwała 2 i pół godziny. Bardzo chętnie poszłabym dziś natychmiast odreagować na „20 najśmieszniejszych piosenek…”, (byłam i bardzo polecam!), ale niestety nie ma już miejsc.
„Biesy” – adaptacja, reżyseria i scenografia Krzysztof Garbaczewski, Scena na Świebodzkim
sobota, 24 grudnia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















