Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2020

Konfederaci oddają głos na Trzaskowskiego. Tylko Polski żal

Muszę przyznać, że jestem rozczarowany postawą Konfederacji. W pierwszych tygodniach po wyborach byłem zadowolony, że oddałem głos na tę formację. Powitałem ją jako alternatywę dla PiS-u, prawdziwy prawicowy głos. Przestałem też ulegać szantażowi, który mówił o tym, że jeśli nie Zjednoczona Prawica, to wygra PO. Liczyłem na to, że politycy Konfederacji, którzy dostali się do Sejmu, będą punktować różne absurdy rządzącej koalicji, a jednocześnie wyróżniać się pozytywnie od całej reszty opozycji i broniąc fundamentów cywilizacji europejskiej, do jakich należy obrona nienarodzonych. Niestety wraz z upływem czasu mój entuzjazm do Konfederacji słabł. Chyba znaczącym przełomem był tutaj okres epidemii. Zamiast merytorycznej, konserwatywnej opozycji, ujrzałem ludzi nieodpowiedzialnych, którym ewidentnie sukces, jakim było wprowadzenie 11 posłów do Sejmu, uderzył do głowy.

Co gorsza, zwolennicy Konfederacji, którzy zabierają głos na różnych forach, wydają się po prostu nieodpowiedzialnymi małolatami, którym bliżej do „palikociarni” niż ideowej prawicy. Emocje, które wyrażają, niewiele odbiegają od tych, które widzimy u przeciwników PiS-u z lewej strony. Najlepszym wyrazem tych odczuć była słynna już wypowiedź pana Wilka, na którego w życiu bym nie zagłosował. Moje ogólne wrażenie jest takie, że zarówno politykom pokroju Wilka, jak i tym zwolennikom Konfederacji, którzy najgłośniej gardłują na Twitterze i innych forach, najbardziej zależy na niskich podatkach i zemszczeniu się na rządzących niż na Polsce.

Konfederaci nie dorośli do polityki. Zamiast prawdziwych facetów, którzy wykorzystują okazję, by negocjując i targując się (co nie oznacza wcale „sprzedawania się”, jak sugerował jeden z polityków Konfederacji), ugrać dla Polski i Polaków jak najwięcej, ujrzałem histeryczne baby, które czują parszywą satysfakcję, że oto mogą zemścić na „pisiorach” za zniewagi i „ruskie onuce” (jaki jest mój stosunek do tego tematu – łatwo sprawdzić na tym blogu). Pozytywnym wyjątkiem okazał się tutaj jedynie Robert Bąkiewicz.

Co gorsza, nie wyrażając poparcia dla żadnej strony, tzn. ani dla Andrzeja Dudy, ani dla Rafała Trzaskowskiego, tak naprawdę Konfederacja oddaje głos na Trzaskowskiego. Tak bowiem zagłosuje jedna część jej zwolenników (jak już wcześniej sugerowały badania opinii publicznej i wypowiedzi pana Wilka), a druga część zostanie w domu lub odda głosy nieważne, dający tym samym szanse Trzaskowskiemu na zwycięstwo. Jakaś grupa – myśląca rozsądnie i odpowiedzialnie, tak jak pan Robert Bąkiewicz – odda głos na Dudę, zaciskając zęby, ale wiedząc, o co toczy się gra. Pytanie – jak duża ona będzie.

Co więcej, symetryczne traktowanie Dudy i Trzaskowskiego jest fałszowaniem alternatywy, przed jaką stoją Polacy. Nie jest to wcale wybór między dżumą a cholerą, ale co najwyżej między ciężką grypą a cholerą. „Ciężka grypa” to Duda rzecz jasna. Do czego zdolny jest Trzaskowski, każdy mógł się przekonać, obserwując jego działania w Warszawie. Trzaskowski jako prezydent to wprowadzenie do Polski zarazy, przy której koronawirus to pikuś. Duda, przy wszystkich swoich wadach (jak np. sugestiach, że można by zalegalizować tzw. „związki partnerskie”), których mam świadomość, to jednak powstrzymanie najazdu barbarii na Polskę. Ba! Może ośmielony tym, że byłaby to jego ostatnia kadencja, zdecydowałby się na ostrzejsze posunięcia w paru fundamentalnych kwestiach (wiem, być może jestem naiwny).

Jeśli Trzaskowski wygra te wybory, będzie mógł w pierwszym rzędzie podziękować Konfederacji. Jeśli wygrana Trzaskowskiego w Warszawie, zamiast Jakiego, który chciał wprowadzać tę samą zarazę bocznymi drzwiami, mogła się okazać pewnym otrzeźwieniem dla Polaków, to jego wygrana w wyborach na prezydenta Polski, może się okazać katastrofalna. Konfederacja zdaje się liczyć na to, że pogorszenie sytuacji w Sejmie, przyczyni się do jej wygranej w przyszłych wyborach. Tym samym jej polityka zdaje się być taka: im gorzej dla Polski, tym lepiej dla nas. Może jednak się okazać tak, że brutalnie się pomyli i utraci głosy tych, którzy liczyli na jej ideowość i odpowiedzialność za Polskę.





poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dziennik kwarantanny 09: Matka Kurka albo rozhisteryzowana baba z zaburzeniami

Od jakiegoś czasu udzielam się na Twitterze. Robię to bardziej w celach reklamowych niż z chęci brylowania na jakimś forum społecznościowym – zarówno Facebook, jak i Twitter to w dużej mierze strata czasu, chyba że ktoś ma zdolność celnej i szybkiej riposty, a przy tym potrafi to ubrać w zwięzłą formę – wówczas może wykorzystać te fora nawet do ewangelizacji.

Tymczasem jednak Twitter to różne obozy, który wzajemnie się atakują i nie biorą jeńców. Są dość mocno okopane i po krótkim czasie bez trudu można rozpoznać, kto jest nieprzejednanym PiS-owcem, kto Konfederatą, a kto lewakiem. W zasadzie próba poruszania się pomiędzy np. PiS-owcami a Konfederatami jest skazana na niepowodzenie. Jakaś krytyczna wypowiedź np. o Andrzeju Dudzie i traci się śledzących nasze wpisy PiS-owców. Jakaś krytyczna uwaga na temat Konfederatów i można zapomnieć o tym, że ktoś przygarnie cię do grona czytanych autorów. Takie jest przynajmniej moje wrażenie po kilku czy już kilkunastu tygodniach. Zostałem zablokowany nie tylko przez Olgę Tokarczuk, ale także przez „prawicowego” autora, którego sobie niegdyś ceniłem, choć nie we wszystkim się z nim zgadzałem – więc wiem, co mówię.

Od jakiegoś czasu kontrowersje na Twitterze i chyba też w innych mediach i na innych forach budzi kolejna wolta słynnego (a może: słynnej?) Matki Kurki. Muszę przyznać, że ceniłem sobie jego walkę z Owsiakiem, bo to praktycznie starcie Dawida z Goliatem, jeśli weźmie się pod uwagę medialne i biznesowe wsparcie twórcy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy oraz bezkrytyczną sektę jego wyznawców, którzy nie przyjmują żadnej krytyki. Z drugiej strony z ciekawością obserwowałem wpisy Matki Kurki w których kibicował (a może: kibicowała?) PiS-owi i entuzjastycznie wypowiadał się o kolejnych posunięciach Prezesa. Pamiętałem mgliście inne jego wcielenie, chyba jeszcze z czasów forum „Frondy”. Nigdy jednak nie śledziłem każdego jego tekstu.

Jak już wspomniałem, Kurka budzi od jakiegoś czasu mocne kontrowersje na Twitterze. Tym razem atakuje rząd Mateusza Morawieckiego za restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem. Robi to w iście histerycznym tonie (podobnie zresztą jak i inni „prawicowi” komentatorzy i dziennikarze, którym nie podobają się działania rządu). Wulgaryzmy, bluzgi i „dzielne” zdjęcia, na których Matka Kurka łamie przepisy i zalecenia rządowe – to w zasadzie standard – przynajmniej z tego, co dane mi było zobaczyć.

Jedni się od wypowiedzi Matki Kurki odcinają, inni przyjmują je z aprobatą. Nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie ewolucja znanego blogera – czy nagle okaże się Konfederatą i zacznie pisywać na łamach „Najwyższego Czasu!”, czy będzie „niezależnym” autsajderem. Szaleństwa Matki Kurki traktuję z dużym dystansem. I wcale nie dlatego, bym uważał każde posunięcie rządowe za słuszne, choć wierzę (jako były PiS-owiec być może naiwnie) w dobrą wolę rządu Morawieckiego, czy dlatego, bym odmawiał komuś prawa do zmiany poglądów (sam przestałem wspierać w wyborach PiS, choć jednocześnie mam dużo wątpliwości co do Konfederacji). Z dystansem traktuję też komentarze, które sugerują, że Matka Kurka prowadzi działalność agenturalną i że właśnie przełożono wajchę, a jego mocodawcy wydali mu nowe polecenia.

Problem, jaki mam z Matką Kurką, to widoczny brak równowagi, zgoła niemęski. Dla mnie Matka Kurka to taka rozhisteryzowana baba z ostrymi zaburzeniami hormonalnymi. Wielgucki po prostu przechodzi od jednej skrajności w drugą. Może mi coś umknęło (bo jak mówiłem: nie śledzę każdej wypowiedzi tego blogera), ale przejście „od uwielbienia do wzgardy” jest u tego autora niebezpiecznie gwałtowne. To samo można powiedzieć o paru innych dziennikarzach i komentatorach. Niektórzy sobie wyobrażają, że używanie bluzgów, wulgaryzmów, inwektyw to cecha mocno męska. Te pohukiwania, wrzaski i bluzgi są w rzeczywistości symptomem braku równowagi i siły, reakcji uczuciowej, babskiej, a nie męskiej, za którą powinna kryć się chłodna kalkulacja i racjonalna analiza. Czytając wpisy i popisy Matki Kurki wiem jedno: nie powierzyłbym mu prowadzenia nawet małej firmy, a co dopiero stanowiska, na którym miałby jakikolwiek wpływ na rzeczywistość i losy wielu osób. W sytuacji kryzysowej doprowadziłby po prostu swoimi emocjonalnymi reakcjami do katastrofy.


środa, 5 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką II, czyli świnie się tuczą

Praktycznie dzień po moim wpisie o posługiwaniu się ruską „pałką” okazało się, że i Konfederacja nią też się potrafi posługiwać. Oto na Twitterze znalazłem taki tekst: „JkmMikke: "Na szczęście A. Łukaszenka nie przyłączył Białorusi do Rosji, ale sytuacja, w której Polska nie zagwarantowała Białorusi przepływu potrzebnych ilości ropy i gazu, dowodzi, że PiS to albo ruscy agenci, albo ludzie bez wyobraźni politycznej". #Konfederacja #KORWiN”.

A więc myliłem się, że Konfedracja w nikogo chyba jeszcze nie uderza ruską pałką. Tyle tylko, że Korwin Mikke przynajmniej posłużył się nią z sensem i moim zdaniem walnął celnie. Nie walnął nią w taki sposób, jakby uważał swoich zwolenników za idiotów, tylko zaznaczył, że istnieje jeszcze możliwość, iż PiS to po prostu „ludzie pozbawieni wyobraźni politycznej”. Zwróciłem zresztą uwagę na to, że rządząca partia coś zaczęła ostatnio przebąkiwać o jakimś porozumieniu z Białorusią i wskazałem na fakt możliwego związku z wizytą Mike’a Pompeo u naszych sąsiadów.

Bardzo szybko też okazało się, że byłe komuchy, które teraz stały się „Europejczykami”, nie przegapiły szansy, by się wykazać kompletnym brakiem elementarnego poczucia wstydu. W mediach społecznościowych pojawiły się wypowiedzi „światłych”, którzy jeszcze parę dekad temu służyli Moskwie, biadolących coś o „polexicie” w związku z podpisaniem przez Andrzeja Dudę noweli ustaw sądowych.

Kiedy widzę te ich teksty, mam ochotę zacytować pewną wulgarną piosenkę Kukiza o politykach, ale nie zacytuję, bo nie lubię wulgaryzmów. Jednak pomysł z ostatniej zwrotki, by wsadzić ich w helikopter, jest godny rozpatrzenia. Najlepiej byłoby ich wysłać do Moskwy, w końcu tam powinni czuć się znacznie lepiej wśród starych towarzyszy niż w niebieskiej Unii Europejskiej (choć i ona niebieska jest tylko na powierzchni, a czerwona w głębi).

Zabawne przy tym są brednie pewnej feministki i weganaki czy też wegetarianki, która bełkocze coś o tym, że „demokracja jest najważniejsza” i że potrzeba „twardych rozwiązań”. Tej pani jakoś ciężko zaakceptować, że właśnie w wyniku demokratycznych wyborów w Polsce mamy taki rząd, a nie inny, i że zgodnie z wolą wyborców stanowi on takie, a nie inne prawo.

To jest zabawne, ale tak naprawdę strach pomyśleć, co by było, gdyby ta pani dostała realną władzę i zaczęła wprowadzać w życie te swoje zamordystyczne pomysły, które niszczyłby wieki cywilizacji europejskiej, cofając nas to stanu barbarzyńskiego, w którym krówki byłby święte, dzieci składano by w ofierze postępu – kto wie? może karmiąc nimi święte świnie – a wszyscy jedliby rośliny.


poniedziałek, 3 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką?

KO uderza co jakiś czas w PiS twierdząc, że rządząca partia działa na korzyść Putina. PiS uderza praktycznie bez przerwy w Konfederację, że to „ruscy agenci”. Konfederacja... hm... Konfederacja chyba jeszcze nie uderza w nikogo twierdząc, że to ruscy agenci, choć niewątpliwie politycy tej partii i dziennikarze z nią związani nie mają wątpliwości, że różna agentura działa w Polsce i ma swoje wpływy tu i ówdzie.

Twierdzenie, że PiS działa na korzyść Putina i Rosji jest oczywiście nonsensem. Choć z drugiej strony można by się zastanawiać, dlaczego nie angażuje się mocniej w porozumienie z Białorusią, pozwalając, by ciążyła ona w kierunku Rosji? Chyba ostatnio zaczęto coś na ten temat przebąkiwać, co może mieć związek z niedawną wizytą Mike’a Pompeo na Białorusi. No, ale nie o to chyba krytykom z liberalnej i lewicowej opozycji chodzi, bo sami nie prowadziliby polityki wobec Białorusi innej.

Twierdzenie, że Konfederacja to ruscy agenci, jest tak samo śmieszne, jak sugerowanie, że PiS to partia proputinowska albo „bolszewicka”. Fakt, że ktoś tam z polityków Konfederacji udzielił jakiegokolwiek wywiadu rosyjskim mediom, jeszcze o niczym nie świadczy. Gdyby taką argumentację traktować poważnie, to należałoby jednocześnie wykląć wszystkich polityków prawicy, którzy udzielili kiedykolwiek jakiegokolwiek wywiadu „Gazecie Wyborczej”, albo każdego księdza, który zgodził się na rozmowę z tą gazetą. Już zresztą o tym pisałem.

Intencje PiS-u w przypadku Konfederacji są jasne, a po mediach społecznościowych krąży wywiad z Adamem Lipińskim, który o tym mówi wprost. Gorzej, że poważni ludzie, a także zwykli wyborcy naprawdę traktują to serio (albo tak udają). PiS musi się liczyć z odpływem części elektoratu do Konfederacji, a moim zdaniem jest on nieunikniony. Wypowiedzi takie, jak najnowsza wypowiedź prezydenta Dudy o związkach partnerskich, czy ustępstwa w sprawie obrony życia dzieci nienarodzonych do tego się przyczynią wcześniej czy później. Dopóki konserwatywna alternatywa nie miała swoje reprezentacji w Sejmie, dopóty PiS mógł spać w miarę spokojnie. Choć Konfederacja nie wprowadziła swoich przedstawicieli do europarlamentu, to jednak ma jedenastu reprezentantów w Sejmie, a jeśli dobrze to rozegra, może uda się jej wprowadzić kolejnych.

Mechanizm jest prosty – do tej pory konserwatywni wyborcy myśleli sobie, że lepszy nienajlepszy PiS niż PO, który wpuści całą lewicową zarazę z zachodu do Polski. Teraz widzą, że jest szansa, by rozwalić układ. Dlatego PiS zastrzega się, że nie będzie żadnej koalicji z Konfederacją. Wciąż chce utrzymywać to motywowane strachem poparcie dla siebie. Może się na tym przejechać.

O intencjach KO nawet nie ma, co mówić. Dość powiedzieć, że są wśród nich politycy, którzy dawniej służyli wiernie PZPR, a teraz mają czelność pouczać innych na temat integracji europejskiej. Udając amnezję, chętnie też mówią o bolszewizmie PiS-u. Z obrzydzenia nie powiem już nic więcej.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

Czy ruscy agenci mówią płynnie po angielsku?

Ostatnio w mediach społecznościowych pojawiły się kpiny z prezydenta Dudy z powodu jego znajomości języka angielskiego. Nagranie z jakiegoś spotkania – mniejsza teraz o które spotkanie chodzi – spotkało się z drwiącymi komentarzami zwolenników Konfederacji i dziennikarza, który wspiera tę partię medialnie. Rozumiem, że taka reakcja jest próbą propagandowego zdyskredytowania urzędującego prezydenta i jakąś odpowiedzią na ataki na Konfederację, której zarzuca się bycie „ruską agenturą”.

Nawet jeśli przyjmiemy, że w ustach niektórych „ruska agentura” to tak naprawdę skrót myślowy, który oznacza, że działania Konfederacji de facto sprzyjają Rosji, to w większości przypadków szermujący tym argumentem wydają się naprawdę sądzić, że mamy do czynienia z ruskimi szpiegami. Wspomniałem już w jednym ze swoich poprzednich wpisów, że skądinąd inteligentni ludzie wydają się naprawdę wierzyć w to, iż np. Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, a sam fakt przebywania na terenie Rosji w trakcie robienia filmów ma ten fakt potwierdzać. Ba! Oni wręcz twierdzą, że świetne kino dokumentalne Brauna, które obnaża zarówno system komunistyczny, jak i postsowiecki w Rosji, jest tak naprawdę „legendowaniem agenta”!

Tak oto siermiężna propaganda, która uwłacza inteligencji przeciętnego wyborcy i której celem jest zdyskredytowanie konkurencji PiS-u, która może odebrać mu część konserwatywnego elektoratu, mającego dość niepoważnego traktowania pryncypiów, uderzyła niektórym na mózg.

Oczywiście kpiny z umiejętności językowych Dudy nie tylko są reakcją na bzdurny (ale i też poważny) zarzut agenturalności Konfederacji. To także rozwijająca się kampania prezydencka. Tyle tylko, że oczekiwałbym od zwolenników Konfederacji czegoś lepszego. Nabijanie się z czyichś umiejętności językowych jest po prostu nędzne. Chyba większość polskich polityków nie mówi za dobrze po angielsku, a ci, którzy mówią, robią to z błędami. Chciałoby się, aby ich znajomość obcych języków była lepsza, ale jest jak jest. To może uderzyć rykoszetem w samą Konfederację, gdyż ich kandydat mówi wprawdzie po angielsku, ale i jego angielszczyzna pozostawia wiele do życzenia. Jeśli ktoś ma wątpliwości, a wykazuje się świetną albo chociaż przeciętną znajomością tego języka, niech sobie znajdzie w sieci nagrania, na których Bosak w nim mówi (nie ma tego za wiele). Jeśli to jest świetna znajomość języka obcego, to ja jestem Szekspirem.

Photo by Kyle Glenn on Unsplash

środa, 27 listopada 2019

Kłamcie, kłamcie – może coś przylgnie do Polski

Patryk Jaki, który nie jest bohaterem z mojej bajki z powodu jego wsparcia dla in vitro, ostatnio zasłużył na pochwałę za dzielne bronienie Polski przed agresją LGBT na forum Parlamentu Europejskiego. Opublikowane przez niego w mediach społecznościowych nagrania świadczą o paru rzeczach, ale przede wszystkim o dwóch: że politycy z tzw. totalnej opozycji zrobią wiele, by zaszkodzić Polsce i nie uciekną się nawet przed kłamstwem.

Prym wiedzie tutaj „sympatyczny” homoseksualista Robert Biedroń, który opowiada na forum parlamentu UE bzdury i ewidentne kłamstwa o rzekomym prześladowaniu i o tym, że istnieje wiele restauracji, hoteli, sklepów, do których nie może wejść. Na pytanie Jakiego, by wymienił takie lokale podał po dłuższej chwili szukania w komórce nazwę... jednego: „Green Caffe” na Stolarskiej w Krakowie. Tymczasem przynajmniej jeden z użytkowników Twittera sprawdził i stwierdził, że taki lokal nie istnieje w podanej lokalizacji. Można to zresztą zweryfikować samemu na mapie Google’a. Owszem, są dwie Green Caffe Nero, ale na ulicy Pawiej i trzecia przy ul. Szlak. Przy Stolarskiej jest Siesta Cafe.

Jednak nawet gdyby taka kawiarnia istniała przy Stolarskiej to i tak europoseł z partii o wdzięcznej nazwie „Wiosna” łgałby jak pies, o czym wie każdy, kto po prostu w Polsce mieszka i nie ma oczu zaślepionych ideologiczną wścieklizną. To nie pierwsze jego kłamstwo. Poprzednie dotyczyło projektu „Stop pedofilii” i rzekomej „penalizacji edukacji seksualnej” w tym projekcie. „Ordynarnym kłamcą” nazwała Biedronia przy tej okazji Jadwiga Wiśniewska z PiS-u.

Jeśli ktoś się chce przekonać, jak kłamią lub majaczą i przeinaczają inni „totalniacy”, w tym pani, którą do polityki wywindowała tragiczna śmierć jej męża, może sobie poszukać tweetów Jakiego z jego relacjami z parlamentu UE. Bezczelność tych ludzi nie zna granic. Widać liczą na to, że coś do Polski z tego przylgnie, a inne kraje wyrobią sobie opinię o naszej ojczyźnie jako jakimiś zamordystycznym kalifacie. Obrzydliwe i porażające.


piątek, 4 października 2019

Jedzcie swoje dzieci, czyli kogo wyprowadzą w kajdankach

Pisałem wczoraj o liście 500 naukowców, którzy podważają panoszącą się propagandę klimatyczną. Wygląda na to, że histeria przejawiająca się w złowieszczych proroctwach o zbliżającym się rychłym końcu świata i apokaliptycznej klimatycznej zagładzie (do której zostało już „tylko kilka miesięcy”) weszła na taki poziom, który eko-szajbusów kwalifikuje nie tylko do wariatkowa. To już rodzaj satanistycznej sekty, która proponuje spożywanie ciał zmarłych ludzi, a nawet dzieci. Tak, tak, proszę państwa! To nie żart! „Musimy zacząć jeść dzieci”! Kto nie ma własnych, może pewnie pożyczyć od sąsiada lub złapać sobie na ulicy. To nie scenariusz nowego filmu grozy czy science-fiction. Takie rzeczy ci wariaci już wypowiadają publicznie. Kto nie wierzy, niech sobie poczyta i obejrzy.

Tymczasem w Polsce szambo wybiło po raz kolejny i tuż przed wyborami pojawiły się kolejne taśmy. Jest oczywiste, że nie pojawiły się one akurat teraz przypadkowo. PiS robi, co może, żeby te wybory wygrać. I powiem szczerze, że specjalnie ich za to nie winię. Z dwojga złego, choć głosować na nich nie będę, wolę jednak PiS niż PO-KO, czy jak tam się teraz ta formacja nazywa.

Zaskakującego w „taśmach Neumanna” nie ma w zasadzie nic. Pogarda tych polityków, nie tylko do wyborców głosujących na konkurentów (słynne „moherowe berety”), ale także do własnego elektoratu nie jest przecież niczym nowym. Notabene tę samą pogardę przejawiają przecież wspierający ich dziennikarze. Współczuję jedynie wyborcom – muszą przecież jakoś to przełknąć, że politycy, których wspierają, traktują ich jak bezmózgie bydło. Nie wiem, czy dotyczy to także tej pysznej szlachty zachciankowej (nie, nie ma tu błędu), do której zalicza się stary i młody Stuhr – w końcu to takie nadworne błazny.

Dobrze też dowiedzieć się z ust samego polityka opozycji (jeśli taśmy są prawdziwe), co tak naprawdę myśli się w tym gronie o zmarłym tragicznie Pawle Adamowiczu. Wygląda na to bowiem, że ci sami politycy, którzy oskarżali PiS o „polityczną nekrofilię” sami ją uprawiają, bo tak wygodnie. I to uprawiają z prawdziwą perfidią, pozwalając na to, by w katedrze pochowano człowieka, który miał „mega twarde rzeczy, które mogłyby go wyprowadzić w kajdankach”. Nie wiem tylko, co na to hierarchowie, którzy na tę hucpę, na ten „mega” skandal pozwolili. W końcu o śp. Lechu Kaczyńskim różnie można by mówić, ale z pewnością nie to, że prowadził działalność o charakterze kryminalnym.


piątek, 27 września 2019

„Zło dobrem zwyciężaj”, czyli szlachtowanie niewinnych dzieci jest dobrem

Wypowiedź pana premiera dla „Gościa Niedzielnego” w zasadzie sama się komentuje. Ślepota polskich polityków jest po prostu zatrważająca. Przeczytajcie sobie sami. Ja w każdym razie głosu na PiS już nie oddam. Martwi mnie tylko, że Konfederacja nie wystawiła nikogo do Senatu we Wrocławiu.


poniedziałek, 23 września 2019

Prorocze słowa Agnieszki Holland – ciarki chodzą po plecach

Agnieszka Holland o filmie Mela Gibsona Pasja w roku 2004:

„Film ma złą energię. Nie chodzi o to, że jest kiczem, bo w końcu kicze powstają ciągle i kiczowatych jest bardzo wiele dzieł sztuki. Niebezpieczeństwo polega na tym, że Pasja otwiera jakąś otchłań przemocy, nieporozumienia, gwałtu, odległych – w moim poczuciu – od tego, co jest treścią Ewangelii. A w kontekście fundamentalizmów, które zaczynają władać światem, może stać się zaczynem czegoś znaczenie straszniejszego, niż możemy sobie dzisiaj wyobrazić. Jeśli film będzie miał takie znacznie, jak na to wygląda (w sensie skali odbioru i identyfikacji z nim bardzo wielu grup chrześcijan), może oznaczać powrót do najciemniejszych czasów i klęskę dwóch tysięcy lat nauki Chrystusa. Ja u Gibsona nauki Chrystusa nie zobaczyłam. Zobaczyłam natomiast bezinteresowne, bezmyślne okrucieństwo. Zobaczyłam Chrystusa nie jako człowieka, który daje miłość, wiarę i nadzieję, ale jako jakiś potworny, skrwawiony strzęp. I zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów. W moim pojęciu Pasja my tyle wspólnego z Ewangelią, ile Osama ben Laden z Koranem”.

Jestem ciekaw, ile jeszcze widzów i czytelników pamięta z tamtych czasów to wzmożenie różnej maści tzw. „autorytetów intelektualnych”, którzy jeździli po tym wybitnym filmie, jakim bez wątpienia jest Pasja, i po Melu Gibsonie, jak po łysej kobyle. Słuchając ich słów można było się spodziewać fali wszelkiego rodzaju przemocy i pogromów. Jak dobrze wiemy, ta histeria nie była nieuzasadniona, tak się przecież stało, płonęły żydowskie sklepy i sklepiki, agresja i fundamentalistyczna nietolerancja zalały ulice, a Agnieszka Holland jest jedną z nielicznych ocalonych. Młodsze pokolenie, które nie czyta książek, chodzi zapewne w błogiej nieświadomości tego, co się wówczas wydarzyło.

Proszę też zwrócić uwagę na to, że przytoczony powyżej fragment wskazuje na autorytet Agnieszki Holland nie tylko w dziedzinie ogólnie pojmowanego intelektu i sztuki filmowej, ale również w dziedzinie religii, a zwłaszcza biblioznawstwa i interpretacji Koranu. Powinniśmy hołubić ją jako dobro narodowe i już za życia otaczać czcią należną wręcz bogom.

Tym bardziej, że Agnieszka Holland znowu wieszczy i znowu ostrzega. Oto dowiadujemy się, że mówi o „inżynierii społecznej megalomańskiej władzy”, a dopytywana przez dziennikarkę, co to znaczy stwierdza, jak donosi tygodnik „Do Rzeczy”:

„No jest to aluzja do tych populistycznych przywódców, którzy uważają, że władza daje im prawo do tego, żeby projektowali człowieka, żeby projektowali społeczeństwo, żeby projektowali naturę albo żeby niszczyli naturę. I takich populistów mamy niestety w tej chwili sporo. Od Trumpa (prezydent USA – red.) przez Bolsonaro (prezydent Brazylii – red.) do prezesa Kaczyńskiego. (...) No właśnie boję się, że będzie niedobrze. (...) mówmy o głównych ideowych założeniach. Jak pani odbiera fakt, że de facto proklamują państwo wyznaniowe? Jak pani odbiera fakt, że wyklucza rodziny, które nie mieszczą się w »kobieta, mężczyzna i dzieci«? Jak pani odbiera fakt, że połowa obywateli albo więcej znajduje się poza centrum jego zainteresowania czy że tak wielką część obywateli uważa za obywateli gorszej kategorii – jak pani to odbiera? Jak pani odbiera próby tzw. repolonizacji czy – teraz to się inaczej nazywa – repluralizacji mediów? Jak pani sobie to wyobraża? Do czego to ma prowadzić?”

Muszę przyznać, że po tych słowach zacząłem ze strachem ukradkiem spoglądać przez szparę w zasłonie na ulicę, nerwowo reaguję na każdy dzwonek u drzwi, a kiedy listonosz przynosi mi urzędową korespondencję, nerwowo trzęsą mi się ręce i pot ciurkiem ścieka mi po plecach. Skoro to wszystko mówi nasz wybitny autorytet intelektualny (i filmowy), to musi być naprawdę źle! Czas szykować szczoteczkę do zębów i zapas bielizny albo czym prędzej prosić o azyl w jakimś cywilizowanym kraju. W końcu „bezmyślne okrucieństwo” już ostrzy noże.


poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Rodzynek w zupie pełnej muchomorów albo smutek celebrytów

Wróciłem z parodniowego wyjazdu. Wyjechaliśmy sobie na parę dni w spokojne miejsce, gdzie wokół były las i góry, a w nocy cisza, jeśli tylko nie zakłócali jej hotelowi goście. Wróciłem i zacząłem przeglądać portale, bo również dostęp do Internetu był w ciągu tych kilku dni laby kiepski. W oczy rzuciły mi się dwa teksty o wypowiedziach dwóch celebrytek. W gruncie rzeczy nie przestaje mnie dziwić, po co poważne portale poświęcają im tyle uwagi.

Pierwsza gwiazdka to smutny przypadek utalentowanej piosenkarki ateistki, która to poprzednich głupot, jakie zdążyła wypowiedzieć, dodaje kolejne. Jej wizja świata jest smutna i najciemniejsza z ciemnych, a „filozoficzne” dywagacje o „prawdzie” mogą co najwyżej skłonić do modlitwy o światło dla niej, by już nie bredziła. I piszę poważnie – za nią należy się po prostu modlić, bo chyba próba jakiejś głębszej dyskusji niewiele tu pomoże. Aczkolwiek przyjmuję, że może się mylę.

Druga celebrytka (przyznam szczerze, że nie wiem tak naprawdę, czy jest ona słynna z tego, że jest żoną pewnego znanego faceta, czy z jakiegoś innego powodu) uraczyła nas swymi dywagacjami o in vitro. Poza argumentami uczuciowymi nie ma ona tak naprawdę nic sensownego do powiedzenia. To, że niektórzy członkowie PiS-u są na bakier z nauką Kościoła i traktują kwestię in vitro jako element gry politycznej również nie jest żadnym odkryciem. Niestety było to szczególnie widoczne w zeszłorocznych wyborach lokalnych. Śmieszne i żałosne natomiast jest to, że jakaś żona znanego faceta uważa, iż miałbym z większą uwagą słuchać jej emocjonalnych wypowiedzi niż nauki Kościoła, który istnieje na tej ziemi już 2000 lat.


piątek, 19 lipca 2019

Daniel i złoty posąg, przed którym pokłony bije współczesna polityka

Przeczytałem sobie ostatnio fragment z Księgi Daniela, w którym mowa o wrzuceniu Daniela i jego towarzyszy do pieca ognistego za odmowę oddania czci złotemu posągowi. Daniel mówi tam tak:

„Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twej ręki, królu! Jeśli zaś nie, wiedz, królu, że nie będziemy czcić twego boga ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłeś”.

Daniel więc liczy się z tym, że plany Boże mogą być inne i że mówiąc po ludzku może przegrać. Jednak przykazania Boże i Boża prawda są ważniejsze, nawet jeśli po ludzku dla Daniela miałoby to oznaczać klęskę. Jak wiemy, mimo wrzucenia do pieca ognistego, którego żar pochłonął tych, którzy ich tam wrzucali lub się doń zbliżyli, Daniel i jego towarzysze ocaleli. Wciąż jednak należy pamiętać, że Daniel chciał być wierny zasadom Bożym nawet, gdyby miało to oznaczać, że poniesie śmierć, że po ludzku przegra starcie z satrapą.

Współcześni politycy, którzy określają się mianem „chrześcijańskich” czy „katolickich”, idą na kompromisy z prawem Bożym dla słupków popularności. Wystarczyło, że parę ubranych na czarno bab (jeśli to w ogóle były baby) wyszło na ulice, a PiS przestraszył się, że może mieć to konsekwencje wyborcze i przestał stanowczo bronić dzieci nienarodzonych (jeśli w ogóle kiedykolwiek stanowczo je bronił). Sondaże, popularność ludu, naciski jakiejś komisji zlokalizowanej w Brukseli i tym podobne nakazują politykom korygowanie tego, co jest niezmiennym prawem Bożym, albo granie tym, co nie powinno być przedmiotem żadnej gry politycznej.

Demokratyczni politycy boją się, że obrona praw Bożych może kosztować ich kilka krzyżyków mniej na karcie wyborczej. Daniel nie bał się śmierci w piecu ognistym, wolał umrzeć, niż pokłonić się przed złotym posągiem. Miał nadzieję w Bogu, ale liczył się z tym, że z jakiegoś powodu Pan Bóg może dopuścić do jego śmierci. Nie tłumaczył sobie: „Co mi szkodzi, pokłonię się, przecież i tak wiem, że to jedynie kupa złota, a nie żaden bóg! Dzięki temu będę miał władzę i pomogę swojemu ludowi”. Nie, był gotów ponieść śmierć w płomieniach. Nie poniósł.

Współczesnym politykom „chrześcijańskim” i „katolickim” wydaje się, że nie poniosą śmierci w płomieniach, jeśli pokłonią się złotemu posągowi wyborów i władzy. Zapominają, że ten płomień fizyczny czy nawet metaforyczny, to nie jedyny płomień, który ich może czekać. A różnica jest taka, że ten, który ich czeka, płonie wiecznie, obojętnie czy w to wierzą, czy nie.


wtorek, 28 maja 2019

Pogarda i goła prawda

Pogarda naszych nieszczęsnych „elit” wobec przeciętnych ludzi w Polsce jest zatrważająca. Mentalnie ci ludzie tkwią chyba w czasach głębokiej komuny. Albo po prostu w rzeczywistości wirtualnej, którą tworzą pewne główne media opiniotwórcze. Mogę zrozumieć jeszcze ich rozgoryczenie, że do europarlamentu nie dostali się ci, na których głosowali. Ale wyrażać je w taki sposób, w jaki wyrażają to ci aktorzy, celebryci, „dziennikarze”, „intelektualiści”, „autorytety moralne”!?! Oni po prostu gardzą Polakami, brzydzą się nimi, czują do nich wstręt. Aż dziwne, że w ogóle tutaj jeszcze mieszkają. No cóż, może po prostu nie znają języków, a w tej ich cudownej „Europie” pewnie nie mieliby takich warunków, jakie mają żyjąc tutaj i plując.

Żeby nie było tak różowo po „naszej” stronie: zadziwia mnie również buńczuczność niektórych reprezentantów władzy i sprzyjających im dziennikarzy („dziennikarzy”?), którzy z niemniejszą pogardą i chełpliwą butą odnoszą się do przegranej Konfederacji.

Panowie i Panie, Wy również gardzicie wyborcami, którzy na nich zagłosowali. Chciałbym zauważyć, że wśród nich znajdują się także ci, którzy wcześniej głosowali na Was, ale rozczarowali się Waszym stosunkiem do tak ważnych (wręcz ważniejszych od pomnażania dobrobytu) kwestii jak ochrona życia ludzkiego czy wystawieniem do wiatru frankowiczów. Potraficie w jeden dzień zmienić ustawę, by uspokoić lobby żydowskie, nie potraficie od wielu miesięcy zrobić nic, by uchronić niewinne dzieci przed śmiercią! Kiedyś przyjdzie Wam za to zapłacić. Utrata głosów nie będzie jeszcze największą karą. Każdy z nas wcześniej czy później musi spotkać się ze swoim Stwórcą. Wtedy nie będzie już żadnych wykrętów, tylko goła prawda.


czwartek, 23 maja 2019

W nadchodzących wyborach oddam głos na Konfederację

Mimo swoich wątpliwości co do niektórych ludzi w Konfederacji, na których prawdopodobnie normalnie bym nie zagłosował, postanowiłem oddać swój głos w wyborach do parlamentu UE właśnie na tę nową siłę na prawicy. To już drugi raz, kiedy nie oddam głosu na PiS. Jakoś nie przerażają mnie ataki na Konfederatów i brednie o „ruskich agentach”. PiS-owi należy się czerwona kartka i postanowiłem w tym roku nie ulegać szantażowi, że jeśli nie zagłosuję na PiS, to wygra lewica.

Pisałem już na tym blogu, że wygrana Zjednoczonej Prawicy w wyborach prawie cztery lata temu mnie cieszyła. W dalszym ciągu uważam, że był to ważny przełom, a kolejne lata tylko potwierdziły, że dobrze się stało. Śmieszą mnie też próby zwracania się przez liderów PO do wyborców PiS-u. Nie miejmy złudzeń – normalny wyborca PiS-u nigdy na PO nie zagłosuje. Prędzej już chyba oddałby głos na skrajnych nacjonalistów, gdyby tacy mieli jakąkolwiek szansę. PO skompromitowała się do cna, a fasada, jaką tworzyła ta partia, już dawno się pokruszyła i rozpadła. Jeśli ktoś tego nie widzi, to jest po prostu bardzo naiwny. Wzięcie na pokład postkomuchów, coraz wyraźniejsze deklaracje o wprowadzaniu związków partnerskich, ukłony w stronę lobby homoseksualnego – to wszystko wyraźnie świadczy o tym, że nie mamy tutaj żadnej „chrześcijańskiej demokracji”, żadnego „Kościoła łagiewnickiego”, ale po prostu coraz radykalniejszą lewicę.

Ale moje sympatie do PiS-u, które żywiłem przez długie lata, nie mogą przesłonić faktu nie wywiązania się z pewnych istotnych obietnic wyborczych i robienia prawicowych wyborców w konia. Uważam zatem, że np. ochrona życia nienarodzonych jest wręcz ważniejsza niż wszelkie projekty poprawiający dobrobyt i zamożność społeczeństwa. Podważanie podstaw cywilizacji europejskiej, a tym jest brak pełnej ochrony nienarodzonych, skończy się wcześniej czy później totalitaryzmem i nie ukryją tego najpiękniejsze słowa o tolerancji i braterstwie. Tchórzostwo PiS-u w tej sprawie jest czymś, co szczególnie mnie bulwersuje. Nie jest to też jedyna kwestia.

Konfederacja nie jest dla mnie ideałem. Gdyby odniosła nawet sukces umożliwiający w przyszłości rządzenie, z pewnością doszłoby do spięć i konfliktów w paru sprawach. Jednak jest tam paru ludzi, na których spokojnie mogę oddać głos. Jest jakaś szansa, że pojawią się tam wcześniej czy później jacyś młodzi, którzy mają poukładane w głowach i może w jakiejś przyszłości, jeśli ta formacja przetrwa, poprowadzą ją do zwycięstwa, broniąc prawdziwej cywilizacji europejskiej i Kościoła katolickiego.
Tymczasem PiS-owi należy się czerwona kartka. Zamiast wstrzymać się od głosu albo głosować z zaciśniętymi zębami na PiS (bo wygra lewica), moim zdaniem lepiej oddać ten głos na Konfederację. Po tych wyborach pomyślimy, co dalej. Może też liderzy Zjednoczonej Prawicy przemyślą sprawę.


poniedziałek, 6 maja 2019

Świnia przy mikrofonie, czyli co pali kota?

Miniony „długi łykend” był łykendem lansu. Wylansowano pana, który raczej nie był do tej pory znany szerszej publiczności. Konia z rzędem temu, kto to nazwisko wcześniej z czymkolwiek kojarzył. Wylansowano też internetowe czasopismo, o którym z pewnością również niewiele osób słyszało. Teraz ów pan, a może raczej hiena (czy też świnia?), którą spuszczono ze smyczy, stanie się ekspertem i rozchwytywanym komentatorem, a jego czasopismo organem „opiniotwórczym”. Organ opiniotwórczy pewnie będzie cieszył się poczytnością wśród celebrytów i celebrytek, feministek i lewackich profesorów i profesorek oraz intelektualistów o umysłach tak otwartych, że mózg wypada.

Ów mało dotąd znany jegomość, wziąwszy pod uwagę okoliczności, w jakich go wylansowano, ma zapewne pełnić rolę „sztukmistrza z Lublina” (czy też z Biłgoraju), który dawno już popadł w zapomnienie. Nie wiadomo, czy będzie obalał „małpki”, ale z pewnością przez jakiś czas nie dadzą nam o nim zapomnieć. Może będzie nawet zapraszany do różnych studiów i redakcji, by podnieść oglądalność i czytelnictwo. Dowiemy się, co myśli nie tylko o Kościele, ale również i o polskiej polityce, obyczajowości, produkcji alkoholi wyskowych i „tymkraju”. Może nawet poznamy jego rodzinę albo elegancko i ze smakiem urządzoną willę. To znaczy to ostatnie poznają czytelniczki czasopism dla pań wyzwolonych, które będą mogły nacieszyć oko pięknie skadrowanymi zdjęciami na kredowym papierze.

Temu wszystkiemu będzie się z dystansem i zagadkowym uśmieszkiem na twarzy przyglądał „król Europy”, któremu nie wiadomo, czy pomysł ów sam przyszedł do głowy, czy też podsunęli mu go spece od politycznego marketingu. To nic, że sprawia on wrażenie politycznego deja vu. Ważne by gadali. Ważne, by świnia tarzała się w błocie. Króla to nie ochlapie, choć powinno. I nawet jakiś ksiądz Sowa czy inny Puchacz przyklaśnie albo przynajmniej nie powie złego słowa.

I tak mi się przy tym wszystkim przypomniał stary skecz jeszcze z czasów PRL-u. Bodajże Laskowika, który szedł mniej więcej tak: „Biegnie świnia, biegnie, berecik ma, aktówkę, garnitur...” Wszystko w zasadzie się zgadza. Tylko czasy trochę się zmieniły i berecika już nie ma, jest za to elegancki, dobrze skrojony garnitur. A zamiast aktóweczki – laptop albo tablet. Świnia (czy też hiena) może sobie też zaśpiewać: „Stoję przy mikrofonie, niech mnie który przegoni...” Nikt nie przegoni, będą zapraszać i nagłaśniać i z pewnością „różne sceny, brygady” (a może „sceny brygady”) nie dadzą mu rady. Kto wie, może na jakimś kolejnym lansie czy benefisie tę piosenkę zaśpiewa młody Stuhr nawet, który przecież też jest do przodu (choć nie wiem, czy aż tak bardzo, więc tylko gdybam).


sobota, 4 maja 2019

Symetria, czyli przewodnia rola partii wraca jak bumerang

Kiedy swego czasu Andrzej Duda podniósł z ziemi hostię, uważałem to za zdarzenie symboliczne w swojej wymowie. Wydawało mi się, że nowy prezydent będzie oznaczać naprawdę nowe otwarcie i nową jakość w polskiej polityce. Ale przede wszystkim, że będzie bronił tego, co stanowi podstawę cywilizacji europejskiej – chrześcijaństwa, a jeszcze ściślej – Kościoła katolickiego.

Po niemal czterech latach jego prezydentury mam co do tego pewne wątpliwości. W dalszym ciągu uważam, że Duda jest lepszy niż Komorowski. Ale czy to oznacza zaraz, że jest najlepszym z możliwych prezydentów? Z pewnością, jeśli oddam na niego głos, to tylko w drugiej turze wyborów, jeśli będzie grozić nam gorsze nieszczęście.

Obok szeregu różnych mankamentów jego prezydentury, doszedł ostatnio kolejny. Kuriozalna propozycja wprowadzenia do naszej konstytucji zapisu o Unii Europejskiej i obecności w NATO. Nasuwa mi to najgorsze z możliwych skojarzeń i dziwne wydaje mi się, że takich skojarzeń najwidoczniej nie nasuwa to prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Proponuję kolejne pomysły: na przykład wpisanie do naszej konstytucji zapisu o stałym stacjonowaniu wojsk amerykańskich na terenie Polski; o odwiecznym i nierozerwalnym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi; o przewodniej roli PiS-u; o obowiązku składania pierwszej wizyty przez kolejnego prezydenta w Waszyngtonie; o odwiecznej wrogości wobec Moskwy; o zależności i podrzędności wobec Brukseli; o nadrzędności praw UE nad prawami Polski itp., itd. Myślę, że pomysłowość internautów może podsunąć panu prezydentowi szereg innych wpisów, które należałoby uwzględnić. Najlepiej byłoby stworzyć cały aneks do Konstytucji RP jako osobny dokument i wydać to w postaci książeczki do nabożnego czytania w domu.

A co z frankowiczami, panie prezydencie? – że się tak zapytam z głupia frant.


czwartek, 2 maja 2019

Krótsza lista „Prawych mediów”

Postanowiłem wywalić z listy „Prawych mediów” dwa kolejne tytuły. Wywalam je z dwóch różnych powodów.

Pierwszy jest portal „Niezależnej”. Już od dawna mam dość propisowskiej propagandy, jaką uprawia to medium. Nie chciałbym, być źle zrozumiany – wygraną PiS-u w wyborach uważałem i dalej uważam za wybawienie od sitwy PO-PSL. Jaka jest PO-wska wizja Polski i jej miejsca w Europie, najlepiej świadczy stworzenie wielkiej koalicji wyborczej, w której uczestniczą byli komuniści. Choć Grzegorz Schetyna nie brał udziału jako wyborca w pierwszych kontraktowych wyborach, teraz jego partia sojuszników znajduje wśród byłych komuchów, lansując ich do parlamentu UE.

Nie potrafię jednak bezkrytycznie patrzeć na to, co robi obecnie PiS, a rolą mediów sprzyjających obecnie rządzącej partii nie powinno być bałwochwalcze kadzenie, ale rozsądna krytyka. Jestem gotów strawić popieranie rządu, nawet jeśli miałbym odmienne zdanie. Trudno jednak mi popierać tego rządu okadzanie. Szalę przeważyła idiotyczna krytyka Konfederacji, która (nie po raz pierwszy zresztą) przypisuje jej politykom pro-rosyjskie sympatie, a nawet zarzuca im, że są drugą Targowicą.

Drugim portalem, który postanowiłem zdjąć z listy „Prawych mediów”, jest strona internetowa... przeciwników ideowych „Niezależnej” i „Gazety Polskiej”, a mianowicie: „Najwyższego Czasu!”. Muszę powiedzieć, że jest to, jak dla mnie, człowieka przywiązanego do wartości konserwatywnych, bardzo dziwna strona. Coś, jakby skrzyżowanie pomiędzy portalem plotkarskim a poważnym dziennikiem. Choć moje wrażenie jest takie, że przechył jest bardziej w stronę tego pierwszego. To znaczy, ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu, lansuje się na tej stronie pewnego „jasnowidza”. I nie jest to kwestia jednego czy dwóch tekstów, ale całej serii. Chyba niemal co kilka dni pojawia się o nim jakaś informacja. Częstotliwość tych artykułów jest tak duża, że mogłoby to skłaniać do przypuszczeń, że ów „jasnowidz” sobie ten lans sam sfinansował.

Odkąd zacząłem stronę „Najwyższego Czasu!” odwiedzać regularnie, nagle przypomniałem też sobie o istnieniu różnych gwiazdek i celebrytów, o których już dawno zapomniałem i których istnienie do szczęścia nie było mi w ogóle potrzebne. Nawet gdyby inne prawicowe media zawzięcie milczały na ich temat, to „Najwyższy Czas!” nie dałby mi o nich zapomnieć. Poczesne miejsce zajmuje wśród nich m.in. „król TVN-u”. Co chwilę kolejne teksty poświęca się problemom rodzinnym pewnej gwiazdy disco-polo. Bohaterowie seriali telewizyjnych wydają się być na tej stronie równie ważni, co działacze Konfederacji. Cała plejada bohaterów kultury pop defiluje przede mną każdego dnia, kiedy odwiedzam to medium.

Ten bulwarowy charakter „Najwyższego Czasu!” bulwersował mnie już od dłuższego czasu. Był już kiedyś taki moment, kiedy chciałem ściągnąć tę stronę ze swojej listy. Zamieszczono tam artykuł o jakimś procesie, w którym partner seksualny jakiejś gwiazdy zeznawał w sądzie i przytaczał intymne szczegóły ich pożycia. Dziennikarz „Najwyższego Czasu!” informował o tym z oburzeniem, przy czym... przytaczał właśnie te szczegóły, których ujawnienie uważał za skandal! Litościwie uznałem to wówczas za wypadek przy pracy i postanowiłem jeszcze poczekać. W końcu powiedziałem sobie, że „enough is enough” i najwyższy czas pożegnać się z „Najwyższym Czasem!”


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Zbyt ponure na prima aprilis i zbyt nieważne dla mediów głównego ścieku

Kiedy przeczytałem o kolejnym ataku nożownika w Polsce, w pewnym momencie przemknęło mi przez myśl, że to może jakiś głupi żart primaaprilisowy. Ale szybko oddaliłem taką myśl.

Przed napisaniem tekstu szybko rzuciłem okiem na główne portale informacyjne. Nigdzie wiadomość o nożowniku z Siedlec nie była na pierwszym miejscu. Mówię o mediach głównego ścieku. Na jednym z portali na przykład na pierwszym miejscu znalazła się wieść o spaleniu literatury ezoterycznej w Gdańsku. To dziennikarzy tego portalu w dniu dzisiejszym oburzyło najbardziej.

Żadnych słów oburzenia czołowych polityków, które by wyeksponowano wielką czarną czcionką na czołowym miejscu. Nic o organizacji milczącego protestu. Żadnych wypowiedzi o sprzeciwie wobec mowy nienawiści. Nikt nie wskazuje oskarżycielskim palcem na media, które rzekomo są winne. Nie przemawia oskarżycielskim tonem ani szef Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy, ani ostro nie wypowiada się „Król Europy”. Nikt nie pędzi do Brukseli, by przy fleszach opowiadać o tym, jaka to duszna atmosfera panuje w Polsce. Nikt nie proponuje miejsca na listach wyborczych. Cisza.

Czy to dlatego, że ugodzono nożem polityka wspieranego przez rządzącą koalicję? Głupio pytam.


czwartek, 21 marca 2019

Światowy Dzień Zespołu Downa i hipokryzja

Dzisiaj obchody Światowego Dnia Zespołu Downa. Lider partii zwiastującej wiosnę cywilizacji śmierci w Polsce postanowił uczcić to święto ubierając skarpetki nie do pary. Można by jeszcze ewentualnie wzruszyć ramionami na taki „ekstrawagancki” sposób sympatyzowania z ludźmi z zespołem Downa (co to niby ma sugerować?!), gdyby nie fakt, że partia tego pana (i on sam) popiera aborcję eugeniczną.

Jego dwójmyślenie nie jest w dzisiejszym świecie niczym nadzwyczajnym. Z jednej strony ustanawia się zapisy umożliwiające zabijanie nienarodzonych dzieci z zespołem Downa, z drugiej z łezką w oku lub uśmiechem na twarzy świętuje dni „Muminków”. Czasami ciężko jest zrozumieć, jakimi torami idzie rozumowanie takich ludzi, jak godzą taką sprzeczność, od której innym eksplodowałby mózg. Jak można jednocześnie twierdzić, że dziecko z zespołem Downa nie zasługuje na to, by żyć, a z drugiej świętować dzień poświęcony takim właśnie dzieciom i dorosłym?

Oczywiście gros „naszych” komentarzy wyraża oburzenie na tego „sympatycznego” bęcwała lansowanego przez media, które służą złu, ale zaraz... Czy przypadkiem nie należałoby raczej w tym dniu przypomnieć panu Prezesowi i jego partii, która jest u władzy, że mogliby uczcić te obchody zmieniając prawo tak, by chroniło dzieci z zespołem Downa przed śmiercią w rzeźniach aborcyjnych? Do końca dnia jeszcze jest trochę czasu. Rządząca partia pokazała, że potrafi się szybko zmobilizować, gdy obce państwa naciskają na zmianę prawa. Może by tak raz zrobić coś naprawdę dobrego? Można w końcu ocalić ludzkie życie.


sobota, 16 marca 2019

Dlaczego Trzaskowski jest lepszy od Jakiego?

Patrząc na poczynania Rafała Trzaskowskiego w Warszawie mam pewną satysfakcję. Jeszcze w trakcie wyborów samorządowych pisałem:

pan Trzaskowski nie ukrywa, że chce z Warszawy zrobić Sodomę. Mówi to wystarczająco jasnym językiem, by dotarło to nawet do najbardziej tępego człowieka. Patryk Jaki natomiast stwierdza, że nie chce „Warszawy ideologicznej” i w taki sposób szykuje nam ów koszmar – ów korowód, o którym pisze Chesterton w powieści Człowiek, który był czwartkiem.

(...)

Otwieranie szeroko drzwi Sodomie jest rzecz jasna złe. Ale czy wpuszczanie jej bocznymi drzwiami jest lepsze? W tym pierwszym przypadku przynajmniej ludzie mogą się od razu przekonać, co się szykuje i zareagować. W tym drugim – kiedy się zorientują, co się stało, może być już za późno – ich dom otoczą sodomici, by poobcować z aniołami.

Dlatego zdecydowanie wolę Trzaskowskiego. Choć nie znaczy, bym na niego głosował. W końcu zło jest złem. Również i to przebrane w skórę „nieidologicznej” owcy.

Moja satysfakcja wynika oczywiście nie ze skandalicznych poczynań pana Trzaskowskiego i jego świty, ale z tego, że ludzie zareagowali. A więc miałem rację, że wprowadzanie Sodomy wprost spotka się z oporem. Zareagowali rodzice, zareagowały organizacje pro-rodzinne, zareagował PiS, zareagowali nawet biskupi, choć wcześniej milczeli, kiedy Patryk Jaki głosił poglądy, za jakie powinna spotkać go ekskomunika. Zaprotestowali liderzy protestanckich zborów.

Gdyby Patryk Jaki został prezydentem, pomysły, jakie otwarcie zaczął realizować Trzaskowski, byłyby wprowadzane stopniowo – kropla drążyłaby skałę. On „tylko” pozwalałby na sodomickie parady, „tylko” podpisałby się pod dofinansowywaniem in vitro, może nawet „tylko” wyasygnowałby jakieś pieniądze na hotelik dla homoseksualistów, gdyby jego wiceprezydent go o to poprosił. A to wszystko przy milczeniu duchowieństwa, bo to przecież „nasz” prezydent. Kto wie, może nawet po zakończeniu kadencji odprawiono by Mszę dziękczynną za te wszystkie „zbożne” dzieła.

Na szczęście mamy jednak otwartą wojnę.


środa, 6 lutego 2019

Monarchista w obronie demokracji

Sytuacja przedwyborcza w Gdańsku wygląda bardzo interesująco. Po pierwsze zupełnie niezrozumiały jest fakt rezygnacji PiS-u z wystawienia swojego kandydata lub kandydatki w tych wyborach. To znaczy, może inaczej: zrozumiałe jest to, że PiS próbuje odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia o ewentualne wykorzystanie tragedii, jaka się tam rozegrała, do swoich celów politycznych, odrzucenie wszelkich związków z zabójstwem byłego prezydenta Gdańska.

Z drugiej strony jednak jest to pozbawienie wyborców ich prawa do podjęcia decyzji poprzez głosowanie, kto będzie zarządzał miastem w ich imieniu. Ktoś, kto wybrał śp. Pawła Adamowicza na prezydenta miasta (pomińmy tutaj samą kwestię zasadności takiego wyboru), niekoniecznie musi chcieć głosować na panią Aleksandrę Dulkiewicz. Tragedia jest tragedią, ale czy gdyby pan Adamowicz zginął w wypadku samochodowym lub zmarł z przyczyn naturalnych, to również zrezygnowano by z wystawienia swojego kandydata?

Postawienie wyborców w sytuacji, w której mają do czynienia z plebiscytem, jest po prostu nie fair, jest pozbawieniem ich elementarnego prawa, które gwarantuje im rzekomo demokracja. Co więcej, w obecnej sytuacji tak naprawdę jest stwierdzeniem, że nie liczy się jednostka, że ważna jest jedynie partia. Jak wołał tow. Majakowski: „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”.

Okazuje się, że całą sytuację może uratować... monarchista, czyli Grzegorz Braun, który nie tylko wystawił swoją kandydaturę w wyborach, ale także wytknął nieprawidłowości w rejestracji komitetu wyborczego pani Dulkiewicz. W związku z tym złożył zawiadomienie do PKW o naruszeniu procedury wyborczej. Państwowa Komisja Wyborcza przyznała mu rację, ale... Sprawa będzie miała dalszy ciąg. Jaki? To się okaże, bo Grzegorz Braun złożył skargę do Sądu Najwyższego. Sądzę, że wynik powie nam wiele o stanie tzw. „demokracji” w Polsce. Jest to też pole do popisu dla wszelkich organizacji pozarządowych dbających o uczciwość wyborów. Zresztą posłuchajcie: