Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2019

Jezuita promuje ohydne bluźnierstwo! Gdzie są jego przełożeni?

Amerykański jezuita o. James Martin, znany także w Polsce, ponownie wywołał zgorszenie. Tym razem zamieścił na Twitterze na pozór niewinny komentarz do piątkowego czytania z Ewangelii: „Dzisiaj Jezus wypędza przekupniów ze świątyni (Łk 19). Uczeni od NT mówią, że było to jedno z głównych wydarzeń, które przyspieszyło Jego egzekucję. Jednak Jezus nie jest zastraszony przez swoich przeciwników. Inna Ewangelia mówi, że gorliwość o dom Jego ojca, pochłania Go. Zauważcie także, że Jezus – kontynuuje duchowny – nigdy nie jest zły ze względu na siebie samego (nawet na krzyżu), ale ze względu na innych (tutaj ze względu na znieważenie domu Ojca przez tych, którzy dążą do zysku). Bądź gorliwy w obronie innych, szczególnie ubogich i marginalizowanych oraz wszystkich tych, którzy są bezbronni”.

Wprawdzie ktoś, kto zna aktywność o. Jamesa Martina SJ, mógłby zawahać się przy „marginalizowanych” i „bezbronnych”, czując, że nie są to tak niewinne określenia, jakby się wydawało, ale autor wpisu bez trudu mógłby się wybronić przed wszelkimi zarzutami o nieprawomyślność. Także ilustracja, którą opatrzył swój komentarz, wywołuje mieszane uczucia – Pan Jezus przedstawiony jest na niej jako młodzieniec z grzywką, w garniturze i podkoszulce, który wywraca stół we współczesnym otoczeniu. I znów – co ostrożniejsi mogą czuć, że coś tutaj nie gra, ale stwierdzić, że ostatecznie jest to zaznaczenie nieprzemijającej wymowy tej sceny z Biblii.

Tymczasem duchowny, który niedawno chwalił się półgodzinnym spotkaniem z ojcem świętym, nie pozostawia wątpliwości, jakie są jego prawdziwe intencje. Podał nazwisko autora tej ilustracji, którym jest Douglas Blanchard. Tu już trudno uwierzyć w przypadek, bowiem obraz pochodzi z bluźnierczego i obrzydliwego cyklu „The Passion of Christ: A Gay Vision”, w którym Zbawiciel jest przedstawiony jako młody homoseksualista, a Trójca Święta jako związek dwóch homoseksualistów, których łączy Duch Święty przedstawiony jako kobieta! Pod pozorem dobra amerykański jezuita sieje zgorszenie i promuje ohydne bluźnierstwo.

Naprawdę trudno, by nie wywołało to zgorszenia i oburzenia. Jest to tak wstrząsające, że czytelnik musi się zapytać: Co robią przełożeni o. Jamesa Martina SJ? Czy są ślepi? Naprawdę tego nie widzą? Dlaczego ten ewidentny bluźnierca i heretyk (bo co do tego nie ma już chyba wątpliwości?) dalej prowadzi swobodnie swoją działalność i wprowadza w błąd łatwowiernych, w tym młodzież? Jak długo jeszcze będzie trwać to zgorszenie?

Ci, którzy mają mocne nerwy, mogą dowiedzieć się więcej na portalu „Life Site News”.


czwartek, 4 lipca 2019

Dzień Niepodległości i sztuka patosu

Dzisiaj amerykańskie Święto Niepodległości. Więc trochę o Amerykanach, a właściwie o ich filmach. Nie jestem jakimś szczególnym kinomanem, ale od czasu do czasu zwracam uwagę na jedną szczególną i wyróżniającą rzecz w amerykańskich filmach. Czy będą to filmy o rodzinie, o sporcie, o policji czy o wojnie. Robione przez tzw. „establishment” Hollywood czy też przez takich „konserwatystów” jak Clint Eastwood. Tą cech charakterystyczną jest patos. Jest to ten typ patosu, który w polskim filmie chyba by nie przeszedł. Patos, który u nas się wyśmiewa, z którego się kipi, którym się poniewiera. Jest to patos, który wyraża się zarówno wypowiadanymi przez aktorów słowami, jak i muzyką, i obrazem.


Przypomnijcie sobie patos, jaki widzimy w takim filmie science-fiction, jak „Dzień Niepodległości”. Wyobrażacie sobie coś takiego w polskiej produkcji tego typu (pomijam już możliwości techniczne)? Sala ryknęłaby ze śmiechu. A kto miałby te słowa niby wypowiadać? Bogusław Linda? Zbigniew Zamachowski? Daniel Olbrychski? (OK, ten niezły aktor, choć żałosny człowieczek, może jeszcze by to udźwignął.)

I kto poza tym miałby niby taki film zrobić? Patryk Vega („Kurwa, chuj, kurwa”)? Wojtek Smarzowski („Chuj, kurwa, chuj”)? Władysław Pasikowski („Spierdalaj, kurwa, spierdalaj”)? Dajcie spokój! Oni są jak ten wietnamski chłopak, którego Walt Kowalski z filmu Clinta Eastwooda próbuje nauczyć, jak być prawdziwym mężczyzną. Pamiętacie scenę u fryzjera? Macie odpowiedź, co nasi reżyserzy zrozumieli z tego, jak wygląda „męskie” kino.

No cóż... Pozostaje zapytać: Jaki będzie wpływ na młode pokolenie takiej „sztuki” filmowej w Polsce, a jaki w Stanach Zjednoczonych (przy wszelkich możliwych zastrzeżeniach i najnowszych skandalicznych posunięciach przemysłu filmowego w tym wielkim kraju)?


wtorek, 12 lutego 2019

Artyści odchodzą po cichu

Przeglądając wiadomości w różnych mediach, nie zauważyłem informacji o śmierci polskiego artysty Michała Świdra. Gdyby nie wpis na blogu Wojciecha Wencla, prawdopodobnie to to smutne wydarzenie kompletnie umknęłoby mojej uwadze.

Malarstwo Michała Świdra znam głównie dzięki „Frondzie” i z ilustracji do tomików Wojciecha Wencla, który poinformował o śmierci artysty. Nie znam się na tyle na sztuce współczesnej, by powiedzieć na przykład, że jego sława będzie z czasem rosnąć. Tego nie wiem. Oby.

Dla mnie jednak jest to malarstwo, które z pewnością wywierało na mnie silne wrażenie, ilekroć te dzieła sztuki oglądałem. Powiedziałbym – niezapomniane wrażenie. W przeciwieństwie do wielu „dzieł” sztuki współczesnej, które nie wywierają żadnego wrażenia albo o których chciałoby się zapomnieć zaraz po obejrzeniu wystawy.

Pamiętam, jak kiedyś poszliśmy z żoną do muzeum, by zobaczyć wystawę dawnego malarstwa. Coś mnie podkusiło, by potem udać się na wyższe piętra Muzeum Narodowego we Wrocławiu, gdzie prezentowane są okazy sztuki współczesnej. Wrażenie było szokujące. Nagle, jakbyśmy wkroczyli do rzeźni. To była prawdziwa jatka – strzępy, kości, fragmenty, rozkład, śmierć. Na dole królowało piękno, nawet w tych eksponatach, w których przedstawiona była wojna. Tutaj – na górze – była masakra i brzydota.

Otóż malarstwa Michała Świdra wydaje mi się być przeciwieństwem tego, co znajduję we współczesnej sztuce. To, co głównie mnie uderza w tych dziełach zmarłego artysty, to spokój, opanowanie, dostojeństwo, piękno... A także nawiązanie do wieków malarstwa i sztuki europejskiej. Do Biblii i do antyku. Wokół wrzask i chaos, a w tych pracach skupiona cisza i mądrość wieków. I tajemnica... Zarówno w sztuce o wyraźnej tematyce religijnej czy w np. aktach kobiecych. Może jest w tym nawet pewien chłód, ale taki chłód, który jest wyrazem wewnętrznego spokoju i pewności, czy może po prostu wiary, nadziei i miłości...

Zresztą oceńcie sami na stronie autora, który już niestety dla nas odszedł na drugą stronę... Wieczne odpoczywanie racz dać mu, Panie...


czwartek, 31 stycznia 2019

Niesamowite piękno świata oczami Daniela Reynka

Czasami tak się zdarza, że jedno odkrycie pociąga za sobą kolejne. A może nawet to jest częściej niż tylko czasami.

W każdym razie czytając w chwilach przerwy w pracy z zaciekawieniem wstęp Wojciecha Wencla do właśnie wydanego wyboru poezji Bohuslava Reynka, dowiedziałem się, że jeden z synów poety, Daniel, był fotografem. Zaintrygowany włączyłem Internet i zacząłem szukać. To, co odkryłem, wprawiło mnie w zachwyt. Szkoda, że tych fotografii w sieci nie ma za wiele. Niektóre z nich można sobie powiększyć i kontemplować je w zachwyceniu duszy.

Gdybym miał opisać pierwsze swoje wrażenia, to powiedziałbym, że fotografie przypominają mi do pewnego stopnia filmy Andrieja Tarkowskiego. Kto oglądał „Stalkera”, ten pewnie pamięta te niesamowite sceny, gdzie obrazy destrukcji jednocześnie są olśnieniem pięknem. U Daniela Reynka to piękno szczegółu. Podobnie jak u Tarkowskiego to piękno przenika się z przemijaniem, umieraniem. Barwa, delikatna, ulotna, zwiewna przeciwstawia się postępom ciemności. Jakby ciemność usiłowała pochłonąć blask, ale nie dawała mu rady, jakby spoza tego obrazu przemijania, już wyłaniało się zmartwychwstałe piękno, „którego złodziej nie dostaje ani mól nie niszczy”.

Parę prac Daniela Reynka można zobaczyć tutaj i tutaj.


piątek, 11 stycznia 2019

Różnica między średniowieczem a naszymi czasami

Całą różnicę pomiędzy średniowieczem, które szukało przyczyn pierwszych, a epoką nowożytną, która szuka przyczyn wtórnych, można zilustrować sztuką. W średniowieczu żaden rzeźbiarz nigdy nie wyrył dłutem swojego imienia na posągu. Powód był taki, że pracował dla Boga, a Bóg był tym, który dał mu zdolność rzeźbienia i który dał mu umysł umożliwiający bycie artystą, a kiedy pozostawiał swoje dzieło jako anonimowe, to Bogu – Pierwszej Przyczynie – przypadało uznanie. W naszych czasach rzeźbiarz ryje dłutem swoje imię w marmurze, gdyż pracuje dla człowieka i zapomniał o Pierwszej Przyczynie i Przyczynie wszystkich przyczyn, jaką jest Bóg.

Fulton J. Sheen, Woskowy nos autorytetu naukowego (tłum. własne)


sobota, 1 września 2018

Kiedy artysta pręży muskuły i wygraża


Kontynuując wątek z poprzednich postów, może warto jeszcze przytoczyć z książeczki Bocheńskiego fragmenty hasła o artyście:

(...) Jako taki artysta nie jest nauczycielem cnót, przywódcą politycznym ani filozofem. Gdy się uważa za takiego i występuje jako autorytet w tych dziedzinach, staje się intelektualistą. Przyznawanie mu tego autorytetu jest pierwszym zabobonem dotyczącym artysty. Bo artysta, podobnie jak literat i dziennikarz, jest specjalistą i autorytetem tylko w jego własnej dziedzinie, którą jest sztuka, a nie w innych. Co prawda może się zdarzyć, że artysta jest równocześnie np. politykiem albo filozofem – ale jako artysta nim nie jest.
Szczególnie niebezpieczne jest przypisywanie mu prawa występowania w roli nauczyciela moralności. Wypada sobie zdać sprawę, że i pod tym względem artysta w niczym nie góruje nad innymi ludźmi, że nie jest ani autorytetem moralnym, ani uprawnionym kaznodzieją etyki religijnej. Z tego, że umie dobrze przedstawiać czyny ludzkie nie wynika, by posiadał ten autorytet. Przeciwnie, artyści wygłaszali nieraz i darzyli zwykłych ludzi niczym nie uzasadnioną pogardą. Można więc powiedzieć, że artysta nadużywający swojego autorytetu w tej dziedzinie jest społecznie szczególnie szkodliwy (podkreślenie moje).

Właśnie w ostatnim czasie mieliśmy przykłady takiej niczym nie uzasadnionej pogardy do zwykłego człowieka, a media wciąż donoszą o kolejnych „mądrych” wypowiedziach różnej maści intelektualistów. Z drugiej strony równie absurdalne jest ekscytowanie się tym, że jakiś artysta, literat czy aktor poparł „naszych” lub wyraził się pochlebnie o katolicyzmie czy o Kościele. Szczególnie żałosne jest to w przypadku gwiazdek pop – ubóstwo języka, wulgaryzmy, to w zasadzie norma, choć znani aktorzy, którzy może obcują częściej niż zwykły człowiek z językiem Szekspira czy Mickiewicza, również nie popisują się bogactwem języka (słynne wystąpienie de Niro o Trumpie – z prężeniem muskuł i wulgaryzmem na „f” –to doskonały przykład takiego kabotynizmu).

Bocheński zwraca uwagę na jeszcze jeden problem:

Inny zabobon dotyczący artysty to mniemanie, że przysługują mu prawa, który nikt inny nie posiada. (...) Artysta nie ma w rzeczywistości większych praw niż ktokolwiek inny – i kto mu takie prawa przypisuje, popada w zabobon.

Wprawdzie J.M. Bocheński podaje jako przykład przypisywanie sobie przez artystę prawa do zdobienia ściany domu właściciela bez jego aprobaty, ale myślę, że zgodziłby się, iż dotyczy to również takich przypadków, jak bronienie znanego reżysera przed wydaniem go wymiarowi sprawiedliwości w związku z oskarżeniami o gwałt, czy przypisywaniu artyście prawa do szargania świętości religijnych.

Popularność tych zabobonów Bocheński tłumaczy następująco:

Wartości artystyczne, które artysta zna lepiej niż inni i umie wcielać w swoje dzieła, są bardzo wysokimi wartościami. Szacunek, jak dla nich (słusznie) mamy, przenosimy na twórców dzieł sztuki, to jest na artystów. Zdarza się wówczas, że otoczony szacunkiem artysta staje się prawdziwym guru, bezwzględnym autorytetem we wszystkich dziedzinach. Dochodzi do tego tym łatwiej, im bardziej inne autorytety – zwłaszcza moralne – są osłabione, jak to się zdarza zwykle w okresach upadku społecznego.
(o. Józef Maria Bocheński, Sto zabobonów, Wola, bdw, s. 18-19).

Wydaje mi się, że żyjemy w czasach, w których doszło do jeszcze ciekawszej sytuacji i ewolucji autorytetu, której Bocheński chyba nie przewidział. Otóż rolę autorytetu moralnego zaczęły sobie uzurpować wielkie międzynarodowe korporacje, które posuwają się do tego, że np. cenzurują wypowiedzi w serwisach internetowych, które udostępniają (przypadki Facebooka, YouTube czy Twittera są już dobrze znane), albo urządzają wielkie kampanie promowania postaw, które ich zdaniem są tolerancyjne i dobre. Ale to już temat na inny wpis.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Nie Rottenberg, ale Kowalska

Po wczorajszym wpisie o głupiej wypowiedzi Andy Rottenberg zastanawiam się ciągle, skąd się wzięło to przeświadczenie o wyższości człowieka czytającego, skąd ta pycha, że jeśli się przeczytało setki woluminów, to jest się kimś lepszym niż cała reszta społeczeństwa?

Myślę, że jednym ze źródeł tego (o)błędnego przekonania jest filozofia. A ściślej – przekonanie Sokratesa, że niewiedza jest źródłem zła moralnego. Stąd zapewne cała masa intelektualistów wyobraża sobie, że jeśli studiowało się na uniwersytecie, czytało się dziesiątki podręczników i obowiązkowych lektur, to jest się w jakiś sposób lepszym od tej szarej masy, która nawet nie wie, że nic nie wie. A im większa ilość lektur, tym większa moralna wyższość nad całą resztą – tą niedouczoną ludzkością.

Z tym podejściem rozprawiał się w swoich publikacjach arcybiskup Fulton J. Sheen, który podkreślał, że niewiedza może być wręcz zbawienna, a wiedza, zwłaszcza wiedza oparta na doświadczeniu, może być przyczyną zła moralnego, wyrządzając niepowetowane, trudne do naprawienia szkody. Pomyślmy o tak drastycznym przykładzie, jak dziecko dowiadujące się doświadczalnie, na własnej skórze, czym naprawdę jest pedofilia.

Wydaje mi się, że w przypadku polskich (i nie tylko) intelektualistów źródłem tego przeświadczenia może być także eseistyka wybitnego poety rosyjskiego, Josifa Brodskiego. Tacy intelektualiści, jak Rottenberg, z pewnością czytali jeszcze w latach osiemdziesiątych podziemne lub emigracyjne wydania eseistyki Brodskiego.

Niestety nie mam tomu szkiców Brodskiego pod ręką, by przytoczyć dokładny passus. Pamiętam jednak, że to właśnie Brodski napisał coś takiego, że jeśli ktoś przeczytał książkę Dostojewskiego, to nie może popełnić zbrodni. Być może napisał to bardziej generalnie – że lektura literatury, poezji chroni przed uczestnictwem w zorganizowanym złu (jeśli uda mi się znaleźć ten fragment, napiszę o tym więcej).
W tym przekonaniu Brodskiego zawierała się myśl, że sztuka, literatura pełni rolę wręcz religijną, wyzwalającą lub oczyszczającą od zła. Polemizował z nim albo Milan Kundera, albo Gustaw Herling-Grudziński. Ten pierwszy z pewnością starł się z rosyjskim poetą w sporze o Dostojewskiego. W każdym razie gdzieś padł przykład esesmanów, którzy delektowali się muzyką klasyczną w obozach koncentracyjnych, w których byli panami życia i śmierci.

Nie trzeba zresztą ani Brodskiego, ani Sokratesa, by podać dziesiątki, a może setki nazwisk wybitnych intelektualistów, którzy zaprzedali się złu, choć przeczytali wiele trudnych i znakomitych książek. W Polsce znalazłoby się ich całkiem sporo. Ani lektura tomów św. Tomasza z Akwinu, ani poezji Brodskiego, ani eseistyki Hanny Arendt nie chroni zarówno przed głupotą, jak i nie daje jakiegokolwiek prawa do moralnej wyższości nad resztą bliźnich.

W końcu to nie Anda Rottenberg ze swoją intelektualną biblioteką, ale prosta zakonnica, siostra Faustyna Kowalska, której lista lektur z pewnością wzbudziłaby pogardę naszej krytyczki sztuki, wydała książeczkę, która ma wpływ na miliony ludzi na całym świecie.


poniedziałek, 26 lutego 2018

Wrocław europejskim miastem... no cóż... ten, tego...


Nie pamiętam już kto to, czy to Peter Kreeft, czy może Andre Frossard, zwrócił uwagę na fakt ciekawej ewolucji w cywilizacji europejskiej: od koncentracji na Bogu do koncentracji na swoim własnym pępku.


Cóż, ta ewolucja postąpiła dalej i teraz to już nie jest nawet koncentracja na własnym pęku („prawo do własnego brzucha”!), ale koncentracja na własnych... no tak... genitaliach.


Przy okazji dorabia się do tego wszelkiego rodzaju ideologie. Ot na przykład pewna wrocławska „artystka” (a w każdym razie informacja o niej jest na wrocławskiej stronie), o której dowiedziałem się z bloga Coryllusa (podaję tylko ogólny link do bloga Coryllusa, aby nie robić niepotrzebnej reklamy tej pani) wpadła na pomysł „oryginalnych” warsztatów pt. „Narysuj swoją cipkę” (sic!).


Po książeczkach typu „Podręcznik obsługi penisa”, „Wielka księga cipek”, „Monologi waginy” itp. mamy wreszcie też i warsztaty rysowania swoich organów płciowych. Super! Czekam teraz na to, aż jakaś „męska, szowinistyczna świnia” zaproponuje coś podobnego dla panów. Nie, nie! Nie zapiszę się.


Oczywiście dorobiono do tego stosowną ideologię. Ma to rzekomo „pomagać odzyskać kobiece ciało na wielu płaszczyznach”, a sama autorka pomysłu walczy „o prawo kobiet do samostanowienia i o wolną, dziką puszczę” i tym podobne bzdury. Nie będę się nawet pytał o jaką puszczę chodzi.


Przy okazji pani owa stwierdza z goryczą: „jesteśmy otoczone przez anonimowe penisy które spozierają na nas z murów, ścian szaletów i przystanków autobusowych. Penisy dominują naszą przestrzeń publiczną. W ten sposób manifestuje się męskie ego” (pisownia oryginalna). Zapewne chodzimy innymi ścieżkami, jeździmy innymi ulicami, bo ja jakoś głównie widzę bazgroły, które nazywa się graffiti, a żadnych penisów dawno chyba już nie widziałem na murach. W każdym razie doskonale widać, jaka jest główna obsesja tej „artystki”. Tu zdaje się być też ogromna potrzeba u tej pani męskiego narządu płciowego, który by nie był anonimowy.


Notabene pani chce żeńskie narządy płciowe wyzwolić wreszcie z majtek. To się chyba kiedyś nazywało ekshibicjonizmem, jeśli się nie mylę, a nie sztuką. Ciekawe, czy ta „artystka” dostaje na swoje obsesje dotacje z kieszeni podatnika?


piątek, 13 stycznia 2017

Autoportret w skradzionym tle


Pozwoliłem sobie bezczelnie wykorzystać dla swojego „autoportretu” jedną z tzw. „monotypii” wrocławskiej artystki Edyty Purzyckiej. Akurat ta należała do tych, które podobały mi się na dzisiejszym wernisażu najbardziej. Oczywiście autorka ma pełne prawo mnie zamordować za taki brak szacunku dla sztuki. Tym bardziej, że barwy już też pewnie są nie takie.

Kto interesuje się sztuką współczesną i coś z niej rozumie albo ma przynajmniej wrażliwość na barwy i ich kompozycję, powinien zajrzeć do Galerii Pod Plafonem we Wrocławiu. Wystawa „Monotypie” Edyty Purzyckiej będzie dostępna do 31 stycznia 2017.

piątek, 4 listopada 2016

Piza II



Kiedy wchodzi się na Campo dei Miracoli, nie ma mocnych: każdy wydaje okrzyk oszołomienia, podziwu, zdumienia. Otoczony murem plac, kiedy odsłania się przed oczami podróżnika po przejściu bramy, musi poruszyć każdego. Trzy potężne budowle, które na nim się znajdują – baptysterium, katedra i Krzywa Wieża – są bowiem jak z marzenia sennego. Tyle tylko, że to nie sen, a najprawdziwsza jawa.




Na Campo dei Miracoli w Pizie byłem po raz pierwszy. I przekonałem się po raz kolejny, że wyobraźnia płata figle. Choć kamery, telewizja, środki masowego przekazu są wszędzie, to jednak często kształtujemy sobie w myślach obraz odbiegający od rzeczywistego, dopowiadając np. otoczenie, które w „realu” jest odmienne od naszych wyobrażeń. Ale Campo dei Miracoli to prawdziwe Pole cudów. Tutaj można chodzić z otwartymi ustami jak przygłup i czuć się jak „barbarzyńca w ogrodzie”.





Warto zwrócić tu uwagę na detale, zarówno te, zdobiące baptysterium, jak i katedrę czy samą słynną Krzywą Wieżę.


Polaków pewnie zainteresuje, że i tu można znaleźć rzeźbę zmarłego już polskiego artysty, Igora Miotraja. Upadły anioł robi nie mniejsze wrażenie niż inne cuda w tym miejscu. Przeciwnie moim zdaniem do innej współczesnej rzeźby. Ale... de gustibus...


wtorek, 27 września 2016

Artyści jak naziści

Przez przypadek weszliśmy w minioną niedzielę na Rynek akurat w chwili tzw. „czarnego protestu”. Później moja żona zwróciła mi uwagę na udział w niej pewnej znanej wrocławskiej aktorki. Zdaje się, że nie tylko we Wrocławiu uczestniczyli w tej zbieraninie czarnych zombi (bo jak inaczej określić tych neokomunistów, którzy się tam pojawili?) aktorzy i artyści. Pech chciał, że moja żona nieświadomie ubrała się na czarno, bo tak po prostu lubi się ubierać.

Cóż, szatan jest przewrotny, to co złe, nazywa dobrem, a dobro złem, a więc nie zdziwiło mnie specjalnie, że protest przeciwko prawu nienarodzonych do życia nazwano „czarnym protestem”. W końcu mieliśmy w przeszłości już tzw. „demokrację ludową”, która z demokracją niewiele miała wspólnego, a praca w obozie koncentracyjnym „wyzwalała” prowadząc na wolność przez komin.

Zastanowił mnie jednak udział w tym ich diabelskim proteście artystów. Człowiek myśli sobie naiwnie, że artyści, aktorzy, pisarze itp. to ludzie obdarzeni szczególną wrażliwością, tacy, którzy są zwłaszcza wyczuleni na niedostrzegane cierpienie, których wyobraźnia podsuwa im obrazy bólu, jaki jest udziałem innych, a więc poziom ich empatii powinien być dużo większy niż przeciętna. Nic z tych rzeczy!

Jak bowiem wytłumaczyć sobie, że artyści wspierający takie akcje, jak ta w ostatnią niedzielę, nie potrafią sobie uświadomić niesłychanej niesprawiedliwości, kiedy w imię prawa dopuszcza się mordowanie niewinnych istnień ludzkich – bo zostały poczęte w wyniku gwałtu, bo mają Downa, bo kobiety ich po prostu nie chcą? Jak zrozumieć, że wyobraźnia nie podpowiada im, że ta maleńka istota to też człowiek? Jak pojąć, że ktoś, kto pewnie z czułością pochyla się nad bezdomnym pieskiem lub kotkiem, jest obojętny na los istot, które nawet nie mogą się bronić krzykiem, choć czują już ból? Defekt mózgu? Jakaś ułomność imaginacji akurat w tej dziedzinie?

No, cóż. W końcu naziści urządzali sobie koncerty muzyki klasycznej w tych samych obozach, w których znęcali się w bestialski sposób nad więźniami. Umiłowanie sztuki i dobrej literatury nie przeszkadzało im w popełnianiu najokrutniejszych zbrodni. Poeci, malarze i subtelni myśliciele popierali takie zbrodnicze ideologie, jak komunizm. Nagan w ręku wywoływał dreszcz emocji. Stos trupów stawał się podnietą do dalszej walki.

Dzisiaj artyści – wrażliwe dusze domagają się oddania Molochowi na pożarcie ciał niewinnych dzieci. I znów budują nam wspaniałą, świetlaną przyszłość. Jak ona będzie wyglądać? Nie trudno chyba przewidzieć. Jeśli ma się wyobraźnię, rzecz jasna.