Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2019

Benedykt XVI zabiera głos

Dzisiaj nic swojego. Zachęcam czytelników do zapoznania się z ważnym tekstem papieża Benedykta XVI, który opublikował w całości niezawodny portal PCh24.pl, gdy inni go tylko omawiają.

Przeczytać można tutaj.

Posłuchać cały tekst można tutaj.

A o tekście obejrzeć i posłuchać tutaj.


środa, 23 stycznia 2019

Kościół katolicki wobec fundamentalizmu i modernizmu

Fundamentalizm przyjmuje, że Biblia jest czymś fundamentalnym. Katolicyzm odpowiada (...), że Biblia to nie księga, ale zbiór ksiąg i stąd pytaniem bardziej fundamentalnym niż fundamentalizm jest: Kto zebrał te księgi razem i ogłosił, że stanowią one Biblię i mają być traktowane jako objawione Słowo Boga? Odpowiedzieć na to pytanie to dotrzeć do ciała kryjącego się za księgą, a mianowicie: Kościoła obdarzonego duchem; bowiem Dzień Pięćdziesiątnicy to nie było zstąpienie książek na głowy apostołów, ale zstąpienie języków. Od tamtego dnia to język i głos miał stać się tym, co fundamentalne w religii, a nie książka

Kościół jest nie tylko bardziej fundamentalny niż fundamentalizm, ale także bardziej nowoczesny niż modernizm, gdyż ma pamięć dwudziestu minionych wieków, a zatem wie, że to, co świat nazywa nowoczesnym, tak naprawdę jest bardzo stare – to znaczy, że ta nowoczesność jest tylko nową etykietą dla starego błędu. Modernizm pociąga jedynie umysły, które nie wiedzą, co jest stare, a może przestarzałe.

Fulton J. Sheen, Teizm ateizmu (tłum. własne).


czwartek, 17 stycznia 2019

Dwie pokory

Współczesny człowiek jest pokorny nie tą pokorą, która sprawiała, że człowiek wątpił  w swoją moc, ale tą nową pokorą, która sprawia, że człowiek wątpi w swoje człowieczeństwo. Stara pokora opierała się na prawdzie: człowiek jest tym, czym naprawdę jest. Nowa pokora opiera się na braku większego znaczenia: człowiek jest jedynie pyłkiem w kosmosie.
To nowe nastawienie do pokory nie jest spowodowane postępem religii, ale postępem astronomii. Teleskopy i nauka wyjawiły przed nami bezmiar wszechświata. Ci, którzy mają wiedzę, informują nas, że ziemia jest jedynie drobniutkim szczegółem tego wszechświata.

(...)

Współczesny umysł przeciwstawia człowieka wszechświatowi i czyni z człowieka nicość; wieczny umysł przeciwstawia Boga wszechświatowi i czyni z wszechświata nicość. Ten pierwszy dochodzi do człowieczej błahości na podstawie wielkości kosmosu; ten drugi – do błahości kosmosu na podstawie majestatu Boga. Łatwiej jest pomniejszyć rzecz małą, taką jak człowiek, niż pomniejszyć rzecz dużą, taką jak wszechświat. Współczesne obrazowanie robi to pierwsze; nieprzemijające, objawione obrazowanie robi to drugie i z tego powodu jest dużo bardziej imponujące.

Fulton J. Sheen, Kosmiczne zastraszanie (tłum. własne).


poniedziałek, 22 października 2018

Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. II


Przede wszystkim już na początku Pearce zauważa, że możliwe są „trzy sposoby czytania tej sztuki. Pierwsze to odczytanie fatalistyczne, w którym los, czyli fortuna są postrzegane, jako wszechmocne, ale bezosobowe siły, które miażdżą „kochanków, przez gwiazdy przeklętych” i każdego innego z mechaniczną obojętnością. (...) Drugi sposób czytania tej sztuki to jest to, co można określić jako zatargowe albo romantyczne odczytanie, w którym toczące spór strony są uważane za winne tragicznego losu kochanków doświadczonych fatum i zadurzonych w sobie. W takim odczytaniu nienawiść i bigoteria Kapuletich i Montekich to główna przyczyna wszystkich niedoli (...). Trzecim sposobem czytania sztuki jest ostrzegawcze, czyli moralne odczytanie, w którym podjęte w sposób wolny działania każdej postaci są postrzegane jako mające dalekosiężne i daleko idące konsekwencje” (podkreślenie moje – Terezjusz).

Otóż Pearce analizując szczegółowo słynny dramat dowodzi, że to ta trzecia interpretacja wydaje się być właściwą. Romeo i Julia (czy też Romeo i Juleczka) to nie pochwała romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia, w której emocje biorą górę nad rozsądkiem, ale przestroga przed zgubnymi konsekwencjami działań, w których rozum ustępuje uczuciom.

Nasza epoka wydaje się wysławiać romantyczne zadurzenie, szalone, niepohamowane, nieliczące się z konsekwencjami. Ileż to filmów każdy z nas miał okazję obejrzeć w kinie czy w telewizji, gdzie dzikie, egotyczne uczucia biorą w posiadanie bohaterów, a „rozum śpi”! Obojętnie, czy będzie to Angielski pacjent, Lolita, Pretty Woman, Dziewięć i pół tygodnia czy w takim duchu nakręcona interpretacja Romea i Julii Lanzmanna – by wymienić tylko kilka przykładów, jakie pierwsze nasuną się na myśl.

Nie miejsce tu, by przytoczyć całą argumentację Pearce’a, bardzo logiczną, szczegółową i błyskotliwą. Dość powiedzieć, że Pearce stosuje konsekwentnie klucz interpretacyjny, który rozpatruje dzieło literackie w kontekście, w którym powstawało, i przy uwzględnieniu tego, co wiemy o samym autorze. Jak taka interpretacja pozwala odkryć w utworze literackim to, co wydaje się być kompletnie zakryte dla współczesnych (dez)interpretatorów?

Oto próbka. Pearce zwraca uwagę na znamienny fakt, że Szekspir odmładza swoją tytułową bohaterkę w stosunku do źródła, którym się inspirował. Co ciekawe, nie tylko odejmuje Julii (albo Juleczce) dwóch lat, ale też dodaje „co najmniej dwa lata do wieku jej kochanka”. W ten sposób Julia staje się trzynastoletnią zaledwie dziewczynką! I jak stwierdza autor Shakespeare on Love: „W tragicznym centrum sztuki jest złamane serce dziecka”.

Aby podkreślić to jeszcze lepiej (jeśli ktoś już nie dostrzega, jakie są konsekwencje takiego zabiegu Szekspira, który przecież nie jest przypadkowy), Pearce uświadamia nam, że w elżbietańskiej Anglii uważano, że małżeństwo dziewczyny młodszej niż szesnaście lat było niebezpieczne dla jej zdrowia. „W konsekwencji osiemnaście lat traktowano jako najwcześniejszy wiek dla macierzyństwa, a za wiek idealny dla zawarcia małżeństwa przez mężczyzn i kobiety uważano odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia lat”.

Proszę sobie więc wyobrazić, jakim szokiem musiał być dla ówczesnej publiczności młodziutki wiek „Juleczki”! Gdybyśmy mieli szukać jakiegoś współczesnego nam odpowiednika, to chyba trzeba by było porównać dramat Szekspira do Lolity Nabokowa. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji i różnić w wymowie obu dzieł – chodzi mi o skandal i szok, jaki musiała wywoływać świadomość, że „Juleczka” to ledwo dziecko. Stąd polskie tłumaczenie tytułu tej sztuki powinno być właśnie raczej oddane jako Romeo i Juleczka lub Romeo i Julcia. Warto wszak zauważyć, że samo angielskie „Juliet” (francuskie „Juliette”) to zdrobnienie od francuskiego „Julie”.

Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, nagle wymowa całego dramatu staje w innym świetle. Trudno już nam zachwycać się młodzieńczą, romantyczną miłością, gdy mamy w świadomości, że coś tu „nie gra”, że ten Romeo wiedzie małą dziewczynkę ku zagładzie. Nagle zaczynamy inaczej patrzeć na jego „miłość” do Rozaliny. Nagle odkrywamy egotyzm i egocentryzm głównego bohatera. Nagle śmieszne i żałosne wydają się nam jego działania, w których bardziej kieruje się emocjami niż rozumem, impulsem niż rozwagą.

Co więcej – takie odczytanie nie odejmuje sztuce jej uroku, nie robi z niej nudną „piłę” dydaktyczną, ale pozwala odkryć jej głębię, pozwala dostrzec kolejne jej poziomy. Jak zauważa Pearce miłość Romea okazuje się bałwochwalcza, a przez to też wiodąca ku katastrofie. Jest ona nieposłuszeństwem wobec I przykazania Dekalogu, a tym samym zgubna. Zamiast wieść ku zbawieniu duszy, prowadzi ku jej potępieniu. Namiętność zaślepia na prawdę. Nie oznacza to oczywiście, że sami dorośli nie są w tej sztuce bez winny. Nawet ojciec Laurenty nie jest postacią kryształową.

Pearce umieszcza też słynny dramat w kontekście sporu nominalistów z realistami i pokazuje, że znane zdania Juleczki o imieniu Romea nie są jedynie pozbawioną większego znaczenia grą słów czy poetycką zabawą, ale mają głębszy sens i wymiar. Wpisują także tę tragedię w konkretną tradycję filozoficzną, przeciwną protestantyzmowi, a bliską katolicyzmowi.

Publikacja Pearce’a należy do tych, których niedostępność w polskim przekładzie jest bez wątpienia stratą. Miejmy nadzieję, że jakieś wydawnictwo zauważy ten brak i udostępni tę książkę w polskiej wersji czytelnikom nieznającym języka angielskiego.

Joseph Pearce, Shakespeare on Love. Seeing the Catholic Presence in Romeo and Juliet, Ignatius Press, San Francisco 2013.

sobota, 14 kwietnia 2018

Katolicki determinizm stosowany


Niestety nie posiadam umiejętności ciętej riposty bezpośrednio w czasie dyskusji. Dobre odpowiedzi przychodzą mi do głowy dopiero po czasie, kiedy już jest za późno i nic nie da się zrobić. Wówczas mogę sobie już tylko pogdybać.


Piszę o tym dlatego, że przypomniała mi się pewna sytuacja. Otóż wiozłem kiedyś autem w okolicznościach przykrych i niewesołych pewnego zakonnika. Jak to zwykle w takich okolicznościach rozmowa była o wszystkim i o niczym. Jakoś tak się złożyło – nie pamiętam dlaczego – że jednym z tematów była kwestia życia na tzw. „kocią łapę”. Miałem wówczas trochę wiedzy na ten temat, gdyż pracowałem w nieruchomościach i pośredniczyłem w wynajmowaniu mieszkań. Z mojego doświadczenia wynikało, że sporo par żyje obecnie w konkubinacie. W dużej mierze są to pary dość młode. Czasami zdarzało się, że były to pary, które właśnie miały się pobrać, ale w zdecydowanej mierze nie było z ich strony deklaracji zawarcia związku małżeńskiego w jakiejś najbliższej przyszłości. Zresztą w tym przypadku, gdy tacy ludzie deklarowali bliski ślub, zdarzały się i przykre incydenty. Pamiętam jeden taki związek, który rozpadł się bardzo szybko po zawarciu małżeństwa – parę miesięcy czy niecały rok po. Zdrady dopuściła się tam żona, która – mówiąc oględnie – wdała się w romans w czasie wyjazdu służbowego – jednego z tych organizowanych przez firmy szkoleń, które są też dobrą okazją do popijawy i wdawania się w przelotne romanse właśnie. Wiem o tym tylko dlatego, że zadzwonił właściciel, by poinformować, że mieszkanie jest znów do wynajęcia i wtajemniczył mnie w przyczyny, o których dowiedział się od zrozpaczonego młodego małżonka.


Podzieliłem się z duchownym swoimi uwagami na ten temat. Dla mnie był to wówczas problem, gdyż w jakiś sposób jednak pośredniczyłem w tym procederze ułatwiania takiego życia i czułem z tego powodu dyskomfort.


– No cóż... Społeczeństwo się sekularyzuje – westchnął duchowny. I... i właściwie to było tyle. Zapamiętałem tylko to zdanie i nic więcej.


Dopiero potem, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać, uderzyło mnie, że w odpowiedzi duchownego dało się zauważyć swego rodzaju determinizm. Jego westchnienie sugerowało, że no... po prostu tak jest. I jakby nic nie da się zrobić. To brzmiało tak, jakby to był jakiś nieodwracalny trend, któremu przeciwstawić się nie było jak.


Może się mylę, może ten zakonnik akurat robił wiele, by młodym ludziom uświadomić grzeszność takiego życia, ale jednak nic takiego od niego nie usłyszałem. Nie powiedział nic w stylu: „Wie pan, wiele kazań poświęciłem temu tematowi. Mówię ludziom: żyjecie często w pięknych domach, macie dobrą pracę, jeździcie nowoczesnymi autami, wyjeżdżacie na egzotyczne wakacje, ale tak naprawdę jesteście jak zombi z popularnych seriali i filmów. Rozkładacie się, gnijecie i nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Diabeł już nawet was nie atakuje, bo nie ma potrzeby. Sami wchodzicie w jego sieć. Gnijecie i jesteście martwi. Cuchniecie, a tego smrodu nie zabiją najlepsze i najdroższe perfumy. A najgorsze jest to, że nawet sobie z tego nie zdajecie sprawy, a nawet chodzicie jeszcze do kościoła, jakby nic się nie działo, tylko nie przystępujecie do sakramentów”.


Nie, on nic takiego nie powiedział. Tylko to westchnięcie i stwierdzenie: „Społeczeństwo się sekularyzuje”. Jakby to było normalne i nieodwracalne, a on jako kapłan niewiele mógł tutaj zrobić.

Podobny determinizm zauważam u niektórych katolickich polityków. Niech będzie, że się uwziąłem, ale jeszcze raz wspomnę tego nieszczęsnego ministra Gowina, choć jest on tylko przykładem wielu innych takich polityków. Minister Gowin (albo inny polityk katolicki) też wzdycha i mówi mniej więcej coś takiego: „Jeśli wprowadzimy przepisy zakazujące aborcji, to w przyszłym wyborach być może przegramy i nowy rząd wprowadzi przepisy liberalizujące prawo i dopuszczające aborcję na żądanie. Wahadło wychyli się w drugą stronę”.


Ów minister Gowin, służący tutaj jako pars pro toto, nawet nie weźmie pod uwagę, że sytuacja mogłaby wyglądać inaczej – że oto z jakiegoś powodu obecna koalicja przegrywa wybory, ale tzw. „liberalizacja” prawa aborcyjnego, czyli mówiąc po ludzku – pozwolenie w imieniu prawa na morderstwo z byle powodu – nie dochodzi do skutku, bo społeczeństwo mówi stanowcze „Nie”, bo na ulice wychodzą tłumy ludzi w tzw. „białych marszach”, a nawet po stronie nowego rządu są katolicy, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że można zabijać niewinną istotę tylko dlatego, że ma wrodzone wady albo poczęła się w wyniku gwałtu.


Ba! Ów minister (który jest akurat w tym przypadku ministrem nauki!) nawet nie wpadnie na myśl, że można wraz ze zmianą prawa, poprowadzić całą kampanię uświadamiającą ludziom zło aborcji, że można by przygotować specjalne podręczniki dla ostatnich klas podstawówki i dla szkoły średniej na lekcje przygotowania do życia w rodzinie (niech nawet będzie, że byłby one dla dzieci z rodzin katolickich!), które nacisk kładłyby na godność osoby ludzkiej i jej prawo do życia niezależnie od tego, czy ma normalną liczbę chromosomów, czy też jest ich za dużo lub za mało. Ten polityk nie myśli nawet o tym, że można by zrobić kampanię w mediach, która mówiłaby o tym, że w świetle nauki życie zaczyna się od chwili poczęcia i że dbałość o prawo do życia tych, którzy się jeszcze nie narodzili, gwarantuje też prawo do życia osób już żyjących itp., itd. Nie, ministrowi to nawet nie przychodzi do głowy. On tylko stwierdza, że „wahadło się wychyli” i tyle...


Hilaire Belloc pisał w jednej z książek, że żyjący w danej epoce katolicy, którzy są bardzo krytyczni wobec panujących w niej trendów myślowych i zwykłych herezji, a nawet są osobami skądinąd świętymi, bardzo często jednak w jakiś sposób tym trendom czy herezjom ulegają. Choć się im przeciwstawiają, to ich myślenie jest jednak w większym lub mniejszym stopniu skażone dominującym sposobem myślenia. Podawał nawet przykład jednego ze świętych papieży.


Wydaje mi się, że zarówno wspomniany na początku katolicki duchowny, jak i wymieniony z nazwiska katolicki polityk (który służy tutaj jedynie jako pars pro toto – przypominam) są tego doskonałym przykładem. Niby są katolikami, ale ich myślenie skażone jest determinizmem na wskroś marksistowskim. Kościoły na Zachodzie pustoszeją, więc i będą pustoszeć i u nas. Coraz więcej par żyje w konkubinacie, a więc i u nas tak jest i zjawisko to będzie się nasilać. Prawo jest „liberalizowane” tak, że dopuszcza aborcję w coraz większej ilości okoliczności i przypadków, a więc wcześniej czy później i u nas zostanie ono zliberalizowane. Lepiej więc zachowywać tzw. „kompromis aborcyjny” – jeszcze przez jakiś czas ten trend uda się powstrzymać. Nic to, że doświadczenie innych krajów pokazuje, że wszelkie kompromisy tego typu są zgniłe i w konsekwencji prowadzą do dalszego „liberalizowania”, a więc nie hamowania tego trendu.


Tacy katoliccy duchowni i politycy zdają się być ofiarami determinizmu. Oni chyba uwierzyli w nieodwołalne i niezmienne prawa rządzące historią świata – zapominając, że prawdziwym Panem jest Bóg, a nie Duch Czasu. Niby wierzą w Opatrzność, ale tak naprawdę sądzą, że pewne trendy są nieuniknione i nic nie da się z tym zrobić, można się temu tylko przyglądać. Trudno im nawet sobie wyobrazić, że to np. Polska mogłaby być krajem, z którego wyjdzie owa „iskra” zapowiadana przez siostrę Faustynę. Nie! Czeka nas kompletna sekularyzacja, aborcja na żądanie i ogólny laicki zamordyzm, w którym już nawet umrzeć nie będzie można naturalną śmiercią, bo przyjdą i wbiją nam igłę ze śmiertelną dawką trucizny. A lawina i tak biegu swego nie zmienia w zależności od tego, po jakich toczy się kamieniach. Koniec. Kropka!


środa, 25 stycznia 2017

Corner Shop: „The Great Heresies” – taka niepiękna katastrofa


W pięćsetną rocznicę reformacji warto byłoby sięgnąć po jakąś pozycję związaną z tematem, a przynajmniej choć częściowo tego tematu dotyczącą. Wydaje mi się, że Hilaire Belloc może być tutaj trafnym wyborem jako autor nietuzinkowy, a przy tym zaliczany do grona wybitnych pisarzy katolickich języka angielskiego. 

Kontrowersje związane ze świętowaniem okrągłej rocznicy wystąpienia Marcina Lutra, kwestie udziału hierarchów Kościoła katolickiego w tych obchodach, a nawet samego papieża Franciszka (sporo szumu wywołała jego obecność na uroczystościach w Szwecji) to również znakomity pretekst, by zapoznać się nie tylko z historią reformacji, ale dowiedzieć się nieco więcej o zjawisku herezji jako takiej. 

„The Great Heresies. An Examination of Religion” to jedna z tych publikacji Belloca, która zdaje się wciąż cieszyć dużym zainteresowaniem zarówno czytelników, jak i wydawców, sądząc choćby po ilości wznowień dokonanych przez różne oficyny wydawnicze, mimo dostępności angielskiego tekstu również w Internecie. Notabene Belloc nie ma tyle szczęścia do polskich tłumaczeń, co jego współpracownik i przyjaciel, jakim był Chesterton, a przecież znajomość autora „Ortodoksji” bez Belloca to znajomość niepełna. Wszak przezwano ich niegdyś „Chesterbelloc” jakby stanowili jedną istotę. 

Książka Belloca skupia się na kilku epizodach w historii Kościoła, które zdaniem autora są znaczące, a które mogły stanowić (albo stanowiły) katastrofalne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Choć zdaniem autora spory teologiczne nie są jedynie teoretycznymi sporami grupki oderwanych od rzeczywistości pięknoduchów, a mają wpływ na rzeczywistość większy, niż niektórzy sobie wyobrażają, to autor wybiera tylko te, które były szczególnie znaczące: arianizm, mahometanizm, herezja albigeńska, reformacja i faza nowożytna.

 Każdy czytelnik bez wątpienia zatrzyma się w tym wyliczeniu na mahometanizmie. Islam jest przecież postrzegany jako osobna religia. Tymczasem Belloc traktuje ją jako herezję chrześcijaństwa, podążając zresztą tropem ojców Kościoła. Podkreśla, że różni wyznanie Mahometa od innych herezji zwłaszcza to, że w przeciwieństwie do nich jeszcze nie wygasło, a zdaniem Belloca każda z herezji zmierza ku wymarciu, nawet jeśli pewne jej symptomy utrzymują się jeszcze w społeczeństwie przez dłuższy czas. Tymczasem islam wciąż przejawia niepokojącą żywotność. Co ciekawe – i co z pewnością przyczyniło się do popularności tej książki – autor stwierdza to wówczas, kiedy wydawało się, że właśnie islam jest już w fazie zamierania, a przynajmniej stagnacji i upadku dawnej potęgi (książka została napisana jeszcze przed II wojną światową). Tymczasem Belloc wieszczył powrót mahometanizmu, jakby przewidywał wstrząsy dzisiejszej epoki. Te partie książki czyta się niemal jak proroctwo. 

Jeśli chodzi o rozdział poświęcony reformacji, to ciekawe dla współczesnego czytelnika może być to przede wszystkim, że samą reformację Belloc nie traktuje jako jedną herezję, ale bardziej jako ruch, w którym widoczne były różne typy herezji, a tym, co je jednoczyło, była niechęć do autorytetu Rzymu i odrzucenie go. Autor „The Great Heresies” podkreśla przy tym, że uczestnikom tego wielkiego zamieszania nie chodziło tak naprawdę z początku o rozbicie chrześcijaństwa, dopiero splot różnorodnych czynników, wśród których niebagatelną rolę odegrał geniusz Jana Kalwina, doprowadził do kataklizmu, jakim było podzielenie Europy. 

Belloc nie ukrywa bowiem, że uważa reformację za katastrofę, która skutkowała m.in. fatalnymi pod względem społecznym skutkami w XIX wieku, choć niewątpliwie początkowo nadała pewną dynamikę krajom protestanckim. Pisarz w najmniejszym stopniu nie był piewcą dzikiego kapitalizmu, który pozbawiał wielkie masy społeczeństwa wolności. Z pewnością też nie zachwycał go socjalizm czy komunizm, który dążył do pozbawienia człowieka własności zabezpieczającej jego niezależność od państwa. Był Belloc też wrogiem państwa opiekuńczego. Niektóre jego uwagi pod tym względem mogą zapewne szokować współczesnego czytelnika przyzwyczajonego do opieki państwa, które ingeruje we wszelkie sfery życia osobistego. 

Interesujące są również analizy dotyczące „fazy nowożytnej”, próba ogarnięcia zjawiska, dla którego jeszcze Belloc nie miał sprecyzowanej nazwy, gdyż przecież był obserwatorem niejako z wewnątrz, nie mogąc ogarnąć całości zjawiska jednym rzutem oka. Wiele spostrzeżeń wydaje się celnych. W innych przypadkach Belloc mylił się co do tempa następujących zmian. Faktem jest natomiast, że trafnie przewidział, iż nowa epoka będzie atakiem dążącym do całkowitego zniszczenia Kościoła katolickiego. 

Współczesny czytelnik bez wątpienia znajdzie w książce wiele cennych przemyśleń. Może wręcz zaskakiwać, jak przenikliwym obserwatorem był Belloc, choć sam zdawał sobie sprawę, że zjawiska historyczne to procesy długofalowe i precyzyjne ich zdefiniowanie w trakcie trwania jest niezwykle trudne. Jak bardzo adekwatne dla naszych czasów są uwagi autora „The Great Heresies” może obrazować choćby fakt, że już Belloc pisze o... banksterach. Wprawdzie sam nie wpadł na to, by ukuć taką właśnie nazwę, ale fragmenty poświęcone systemowi bankowemu i lichwie czyta się, jakby powstały właśnie teraz. 

Warto również na zakończenie tej pobieżnej recenzji zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz. Może najistotniejszą, bo ważną dla zrozumienia samej herezji jako zjawiska. Otóż Belloc podaje jej definicję, którą w najprostszych słowach można wytłumaczyć mniej więcej tak: herezja to nie jest totalne zaprzeczenie systemu, przeciwko któremu występuje. Ona bazuje na istniejącym już systemie, wymienia jednak jakiś istotny dla tego systemu element, powodując tym samym, że system nie jest już ten sam. Z pozoru taki system może nawet wyglądać na pierwszy rzut oka podobnie. Jednak konsekwencje zmiany są niebagatelne. W przypadku religii, która jest podstawą kultury, oznacza to wpływ nie tylko na życie indywidualne, ale na cały organizm społeczny. Stąd Hilaire Belloc przyrównuje znaczenie ważnych kontrowersji teologicznych do znaczenia rozstrzygających bitew, które zmieniały bieg historii. 

Zakończę te parę refleksji po lekturze małą dygresją, która niezupełnie dotyczy tylko Belloca. Otóż czytając książki z literatury angielskiej niejednokrotnie uświadamiam sobie, jak cenną serią jest (a może była?) popularna seria Biblioteki Narodowej Ossolineum. Staranne przygotowanie tekstu, przypisy, bibliografia, obszerna przedmowa – to elementy, które ułatwiają współczesnemu czytelnikowi obcowanie z dziełami literatury nie tylko z odległej przeszłości. Popularne, tanie wydania klasyki literatury angielskiej czy światowej w tym języku niestety nie są tak pieczołowicie opracowane. Choć ich zaletą jest cena (będąc w Anglii, a potem w Irlandii zgromadziłem sobie małą biblioteczkę, a każdy tom kosztował tylko jednego funta), to zwłaszcza dla obcokrajowca (choć sądzę, że nie tylko) mankamentem jest brak tego, co znajduje w serii Ossolineum. Dzieła klasyczne padają też ofiarą pospiesznego, niestarannego wydania. I niestety książki Belloca do nich należą. A przykład widać już choćby na okładce. Pozostawiam czytelnikowi odkrycie, o co chodzi.

Hilaire Belloc, The Great Heresies. An Examination of Religion, World Library Classics, Lexington, KY 2012.

środa, 23 marca 2016

„Transcendencja” czyli szatańska imitacja mistycznego ciała Chrystusa


Pewna stara katolicka książka (o której może będę miał jeszcze okazję parę słów napisać) uświadomiła mi, że film „Transcendencja” nie jest aż taki głupi, jak się wydaje. Wybierając filmy do oglądnięcia z moją żoną, pomijałem dzieło w reżyserii Wally’ego Pfistera. Rzut oka na recenzje i opinie widzów w Internecie dyskwalifikował tę produkcję z Johnnym Deppem w roli głównej – maksimum trzy gwiazdki. Oczywiście jestem ostrożny w przypadku wyroków ferowanych przez krytyków, a także widzów, ale również sam pomysł ze sztuczną inteligencją wydawał mi się na tyle absurdalny, że niewart uwagi. Nie sądzę, by człowiek był w stanie stworzyć sztuczną inteligencję obdarzoną świadomością. Wydaje mi się to taką bzdurą, że wszelkie filmy i książki podejmujące ten temat mnie po prostu irytują (jednym z niewielu wyjątków jest genialny „Blade Runner” czy słynny film Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna” – również notabene nie pozbawiony idiotyzmów).


Jednak film Pfistera po namyśle okazuje się być dużo głębszy niż zwykła hollywoodzka produkcja, być może nawet głębszy niż zamierzali sam reżyser i autor scenariusza. Twórcy wykorzystują stary motyw naukowca grającego Boga, próbującego naprawić świat, stworzyć jego doskonalszą wersję. W sumie niby nic nowego i praktycznie od samego początku domyślamy się, jak to wszystko się skończy. Ale...

Główny bohater – Will Caster grany przez Deppa – „przeflancowany” do systemu komputerowego imituje Boga, naśladuje ideę mistycznego Ciała Chrystusa. Żywiąc się informacjami w sieci, staje się „wszystkim we wszystkich”, rozrasta się, zdobywa nadludzką moc i na swój ziemski sposób staje się wszechpotężny. Jednak ta jego moc jest ograniczona, zależna od rzeczy zewnętrznych, od generatorów – nomen omen – mocy – sam nie potrafi stworzyć czegoś z niczego, choć w swojej imitacji Stwórcy posuwa się do tego, że przy pomocy dostępnych mu środków dokonuje cudów uzdrowienia. Pozyskuje w ten sposób swoich „apostołów”, swoich „uczniów”.

Jednak – i tutaj jest kolejna różnica – Chrystus nie odbiera swoim apostołom, swoim uczniom i naśladowcom wolnej woli – On przychodzi do nich i żyje w nich tylko i wyłącznie za ich zgodą. Oni stają się częścią mistycznego ciała Chrystusa dobrowolnie i w każdej chwili mogą Go odrzucić. To oni pozwalają Mu działać poprzez siebie. Naukowiec z „Transcendencji” tę wolność swoim „uczniom” odbiera, on działa poprzez nich, ale wbrew nim samym. Dobrowolna z ich strony jest tylko decyzja, by przyjść do niego po wybawienie z cierpienia – po zdrowie, ale nie zdają sobie sprawy z tego, jakie będą tego konsekwencje. A konsekwencją jest odebranie im wolności. Przynosząc im pozornie wyzwolenie Will Caster – albo coś, co go imituje – obdarza ich nadludzkimi zdolnościami, ale w rzeczywistości odbiera im wolność.

Prawdziwy Stwórca jest dla swoich uczniów Ojcem, a oni są Jego dziećmi. On daje im życie, a oni rozwijają się, wzrastają i coraz bardziej stają się mu podobni w Jego miłości.

W „Transcendencji” „uczniowie” są tylko niewolnikami, marionetkami w teatrze wielkiego lalkarza, który porusza nimi, daje im moc, ale nie daje im wolności. Są bardziej czymś w rodzaju zombi niż naprawdę żywymi istotami. Stają się częścią Castera wbrew sobie samym. Prawdziwy Bóg chce, by jego dzieci pełniły Jego wolę, a one powtarzają w modlitwie: „bądź wola Twoja”, ale paradoksalnie nie odbiera im to ich wolności, ale w istocie daje prawdziwą wolność. Tak więc poddanie się woli Ojca prowadzi do wyzwolenia z niewoli grzechu.

W „Transcendencji” naukowiec-lalkarz podporządkowuje swoich uczniów odbierając im wolną wolę, dając im jedynie ziemskie korzyści, które okazują się iluzoryczne (ślepy, który odzyskał wzrok, w końcu ponownie go traci) – oni pełnią jego wolę, ale nie zyskują przez to pełnej wolności, pozostają jego niewolnikami. Zbawienie, które przynosi Caster, jest tylko ułudą. Cel nie uświęca środków, choć wydaje się cele Castera są szlachetne – w końcu w swojej imitacji Stwórcy przyczynia się do rozwoju życia na ziemi.

To ciekawe, ale w „Transcendencji” zostaje jakby streszczona historia utopii, idei, których wcielanie w życie przynosiło ludziom nieszczęście, choć były wprowadzane w imię szlachetnych celów. Jednocześnie jest tutaj też fałszywy Mesjasz – wręcz Antychryst – obdarzony nadludzką mocą, który naśladując Chrystusa – nawet naśladując Go w Jego zmartwychwstaniu – imitując mistyczne ciało, jakim jest Kościół, parodiuje Stwórcę, obiecując szczęście – przynosi w końcu nieszczęście.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, a także niejednoznaczność samego filmu, którego zakończenia nie zamierzam zdradzać, oraz dobrze zagrane role, wydaje mi się, że warto „Transcendencję” obejrzeć. Nie sugerujcie się opiniami krytyków. He, he...

„Transcendencja”, reż. Wally Pfister, scen. Jak Paglen, USA 2014.