Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 lipca 2019
piątek, 12 kwietnia 2019
Benedykt XVI zabiera głos
środa, 23 stycznia 2019
Kościół katolicki wobec fundamentalizmu i modernizmu
Fundamentalizm przyjmuje, że Biblia jest czymś fundamentalnym.
Katolicyzm odpowiada (...), że Biblia to nie księga, ale zbiór ksiąg i stąd
pytaniem bardziej fundamentalnym niż fundamentalizm jest: Kto zebrał te księgi
razem i ogłosił, że stanowią one Biblię i mają być traktowane jako objawione
Słowo Boga? Odpowiedzieć na to pytanie to dotrzeć do ciała kryjącego się za
księgą, a mianowicie: Kościoła obdarzonego duchem; bowiem Dzień
Pięćdziesiątnicy to nie było zstąpienie książek na głowy apostołów, ale
zstąpienie języków. Od tamtego dnia to język i głos miał stać się tym, co
fundamentalne w religii, a nie książka
Kościół jest nie tylko bardziej fundamentalny niż
fundamentalizm, ale także bardziej nowoczesny niż modernizm, gdyż ma pamięć dwudziestu
minionych wieków, a zatem wie, że to, co świat nazywa nowoczesnym, tak naprawdę
jest bardzo stare – to znaczy, że ta nowoczesność jest tylko nową etykietą dla
starego błędu. Modernizm pociąga jedynie umysły, które nie wiedzą, co jest
stare, a może przestarzałe.
Fulton J. Sheen, Teizm ateizmu (tłum. własne).
czwartek, 17 stycznia 2019
Dwie pokory
Współczesny człowiek jest pokorny nie tą pokorą, która
sprawiała, że człowiek wątpił w swoją
moc, ale tą nową pokorą, która sprawia, że człowiek wątpi w swoje
człowieczeństwo. Stara pokora opierała się na prawdzie: człowiek jest tym, czym
naprawdę jest. Nowa pokora opiera się na braku większego znaczenia: człowiek
jest jedynie pyłkiem w kosmosie.
To nowe nastawienie do pokory nie jest spowodowane postępem
religii, ale postępem astronomii. Teleskopy i nauka wyjawiły przed nami bezmiar
wszechświata. Ci, którzy mają wiedzę, informują nas, że ziemia jest jedynie
drobniutkim szczegółem tego wszechświata.
(...)
Współczesny umysł przeciwstawia człowieka wszechświatowi i
czyni z człowieka nicość; wieczny umysł przeciwstawia Boga wszechświatowi i
czyni z wszechświata nicość. Ten pierwszy dochodzi do człowieczej błahości na
podstawie wielkości kosmosu; ten drugi – do błahości kosmosu na podstawie
majestatu Boga. Łatwiej jest pomniejszyć rzecz małą, taką jak człowiek, niż
pomniejszyć rzecz dużą, taką jak wszechświat. Współczesne obrazowanie robi to
pierwsze; nieprzemijające, objawione obrazowanie robi to drugie i z tego powodu
jest dużo bardziej imponujące.
Fulton J. Sheen, Kosmiczne zastraszanie (tłum.
własne).
poniedziałek, 22 października 2018
Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. II
Przede wszystkim już na początku Pearce zauważa, że możliwe
są „trzy sposoby czytania tej sztuki. Pierwsze to odczytanie fatalistyczne,
w którym los, czyli fortuna są postrzegane, jako wszechmocne, ale bezosobowe
siły, które miażdżą „kochanków, przez gwiazdy przeklętych” i każdego innego z
mechaniczną obojętnością. (...) Drugi sposób czytania tej sztuki to jest to, co
można określić jako zatargowe albo romantyczne
odczytanie, w którym toczące spór strony są uważane za winne tragicznego losu
kochanków doświadczonych fatum i zadurzonych w sobie. W takim odczytaniu
nienawiść i bigoteria Kapuletich i Montekich to główna przyczyna wszystkich
niedoli (...). Trzecim sposobem czytania sztuki jest ostrzegawcze, czyli moralne
odczytanie, w którym podjęte w sposób wolny działania każdej postaci są
postrzegane jako mające dalekosiężne i daleko idące konsekwencje” (podkreślenie
moje – Terezjusz).
Otóż Pearce analizując szczegółowo słynny dramat dowodzi, że
to ta trzecia interpretacja wydaje się być właściwą. Romeo i Julia (czy też
Romeo i Juleczka) to nie pochwała romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia,
w której emocje biorą górę nad rozsądkiem, ale przestroga przed zgubnymi
konsekwencjami działań, w których rozum ustępuje uczuciom.
Nasza epoka wydaje się wysławiać romantyczne zadurzenie,
szalone, niepohamowane, nieliczące się z konsekwencjami. Ileż to filmów każdy z
nas miał okazję obejrzeć w kinie czy w telewizji, gdzie dzikie, egotyczne
uczucia biorą w posiadanie bohaterów, a „rozum śpi”! Obojętnie, czy będzie to
Angielski pacjent, Lolita, Pretty Woman, Dziewięć i pół tygodnia czy w takim
duchu nakręcona interpretacja Romea i Julii Lanzmanna – by wymienić tylko kilka
przykładów, jakie pierwsze nasuną się na myśl.
Nie miejsce tu, by przytoczyć całą argumentację Pearce’a,
bardzo logiczną, szczegółową i błyskotliwą. Dość powiedzieć, że Pearce stosuje
konsekwentnie klucz interpretacyjny, który rozpatruje dzieło literackie w
kontekście, w którym powstawało, i przy uwzględnieniu tego, co wiemy o samym
autorze. Jak taka interpretacja pozwala odkryć w utworze literackim to, co
wydaje się być kompletnie zakryte dla współczesnych (dez)interpretatorów?
Oto próbka. Pearce zwraca uwagę na znamienny fakt, że
Szekspir odmładza swoją tytułową bohaterkę w stosunku do źródła, którym się
inspirował. Co ciekawe, nie tylko odejmuje Julii (albo Juleczce) dwóch lat, ale
też dodaje „co najmniej dwa lata do wieku jej kochanka”. W ten sposób Julia
staje się trzynastoletnią zaledwie dziewczynką! I jak stwierdza autor
Shakespeare on Love: „W tragicznym centrum sztuki jest złamane serce dziecka”.
Aby podkreślić to jeszcze lepiej (jeśli ktoś już nie
dostrzega, jakie są konsekwencje takiego zabiegu Szekspira, który przecież nie
jest przypadkowy), Pearce uświadamia nam, że w elżbietańskiej Anglii uważano,
że małżeństwo dziewczyny młodszej niż szesnaście lat było niebezpieczne dla jej
zdrowia. „W konsekwencji osiemnaście lat traktowano jako najwcześniejszy wiek
dla macierzyństwa, a za wiek idealny dla zawarcia małżeństwa przez mężczyzn i
kobiety uważano odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia lat”.
Proszę sobie więc wyobrazić, jakim szokiem musiał być dla
ówczesnej publiczności młodziutki wiek „Juleczki”! Gdybyśmy mieli szukać
jakiegoś współczesnego nam odpowiednika, to chyba trzeba by było porównać
dramat Szekspira do Lolity Nabokowa. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich
proporcji i różnić w wymowie obu dzieł – chodzi mi o skandal i szok, jaki
musiała wywoływać świadomość, że „Juleczka” to ledwo dziecko. Stąd polskie
tłumaczenie tytułu tej sztuki powinno być właśnie raczej oddane jako Romeo i
Juleczka lub Romeo i Julcia. Warto wszak zauważyć, że samo angielskie „Juliet”
(francuskie „Juliette”) to zdrobnienie od francuskiego „Julie”.
Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, nagle wymowa całego
dramatu staje w innym świetle. Trudno już nam zachwycać się młodzieńczą,
romantyczną miłością, gdy mamy w świadomości, że coś tu „nie gra”, że ten Romeo
wiedzie małą dziewczynkę ku zagładzie. Nagle zaczynamy inaczej patrzeć na jego
„miłość” do Rozaliny. Nagle odkrywamy egotyzm i egocentryzm głównego bohatera.
Nagle śmieszne i żałosne wydają się nam jego działania, w których bardziej
kieruje się emocjami niż rozumem, impulsem niż rozwagą.
Co więcej – takie odczytanie nie odejmuje sztuce jej uroku,
nie robi z niej nudną „piłę” dydaktyczną, ale pozwala odkryć jej głębię,
pozwala dostrzec kolejne jej poziomy. Jak zauważa Pearce miłość Romea okazuje
się bałwochwalcza, a przez to też wiodąca ku katastrofie. Jest ona
nieposłuszeństwem wobec I przykazania Dekalogu, a tym samym zgubna. Zamiast
wieść ku zbawieniu duszy, prowadzi ku jej potępieniu. Namiętność zaślepia na
prawdę. Nie oznacza to oczywiście, że sami dorośli nie są w tej sztuce bez
winny. Nawet ojciec Laurenty nie jest postacią kryształową.
Pearce umieszcza też słynny dramat w kontekście sporu
nominalistów z realistami i pokazuje, że znane zdania Juleczki o imieniu Romea
nie są jedynie pozbawioną większego znaczenia grą słów czy poetycką zabawą, ale
mają głębszy sens i wymiar. Wpisują także tę tragedię w konkretną tradycję
filozoficzną, przeciwną protestantyzmowi, a bliską katolicyzmowi.
Publikacja Pearce’a należy do tych, których niedostępność w
polskim przekładzie jest bez wątpienia stratą. Miejmy nadzieję, że jakieś
wydawnictwo zauważy ten brak i udostępni tę książkę w polskiej wersji
czytelnikom nieznającym języka angielskiego.
Joseph
Pearce, Shakespeare on Love. Seeing the Catholic Presence in Romeo and
Juliet, Ignatius Press, San Francisco 2013.
sobota, 14 kwietnia 2018
Katolicki determinizm stosowany
Niestety nie posiadam umiejętności ciętej riposty
bezpośrednio w czasie dyskusji. Dobre odpowiedzi przychodzą mi do głowy dopiero po
czasie, kiedy już jest za późno i nic nie da się zrobić. Wówczas mogę sobie już
tylko pogdybać.
Piszę o tym dlatego, że przypomniała mi się pewna sytuacja.
Otóż wiozłem kiedyś autem w okolicznościach przykrych i niewesołych pewnego
zakonnika. Jak to zwykle w takich okolicznościach rozmowa była o wszystkim i o
niczym. Jakoś tak się złożyło – nie pamiętam dlaczego – że jednym z tematów
była kwestia życia na tzw. „kocią łapę”. Miałem wówczas trochę wiedzy na ten
temat, gdyż pracowałem w nieruchomościach i pośredniczyłem w wynajmowaniu
mieszkań. Z mojego doświadczenia wynikało, że sporo par żyje obecnie w konkubinacie.
W dużej mierze są to pary dość młode. Czasami zdarzało się, że były to pary,
które właśnie miały się pobrać, ale w zdecydowanej mierze nie było z ich strony
deklaracji zawarcia związku małżeńskiego w jakiejś najbliższej przyszłości.
Zresztą w tym przypadku, gdy tacy ludzie deklarowali bliski ślub, zdarzały się
i przykre incydenty. Pamiętam jeden taki związek, który rozpadł się bardzo
szybko po zawarciu małżeństwa – parę miesięcy czy niecały rok po. Zdrady
dopuściła się tam żona, która – mówiąc oględnie – wdała się w romans w czasie
wyjazdu służbowego – jednego z tych organizowanych przez firmy szkoleń, które
są też dobrą okazją do popijawy i wdawania się w przelotne romanse właśnie.
Wiem o tym tylko dlatego, że zadzwonił właściciel, by poinformować, że
mieszkanie jest znów do wynajęcia i wtajemniczył mnie w przyczyny, o których
dowiedział się od zrozpaczonego młodego małżonka.
Podzieliłem się z duchownym swoimi uwagami na ten temat. Dla
mnie był to wówczas problem, gdyż w jakiś sposób jednak pośredniczyłem w tym
procederze ułatwiania takiego życia i czułem z tego powodu dyskomfort.
– No cóż... Społeczeństwo się sekularyzuje – westchnął
duchowny. I... i właściwie to było tyle. Zapamiętałem tylko to zdanie i nic
więcej.
Dopiero potem, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać,
uderzyło mnie, że w odpowiedzi duchownego dało się zauważyć swego rodzaju
determinizm. Jego westchnienie sugerowało, że no... po prostu tak jest. I jakby
nic nie da się zrobić. To brzmiało tak, jakby to był jakiś nieodwracalny trend,
któremu przeciwstawić się nie było jak.
Może się mylę, może ten zakonnik akurat robił wiele, by
młodym ludziom uświadomić grzeszność takiego życia, ale jednak nic takiego od
niego nie usłyszałem. Nie powiedział nic w stylu: „Wie pan, wiele kazań
poświęciłem temu tematowi. Mówię ludziom: żyjecie często w pięknych domach,
macie dobrą pracę, jeździcie nowoczesnymi autami, wyjeżdżacie na egzotyczne
wakacje, ale tak naprawdę jesteście jak zombi z popularnych seriali i filmów.
Rozkładacie się, gnijecie i nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Diabeł już
nawet was nie atakuje, bo nie ma potrzeby. Sami wchodzicie w jego sieć.
Gnijecie i jesteście martwi. Cuchniecie, a tego smrodu nie zabiją najlepsze i
najdroższe perfumy. A najgorsze jest to, że nawet sobie z tego nie zdajecie
sprawy, a nawet chodzicie jeszcze do kościoła, jakby nic się nie działo, tylko
nie przystępujecie do sakramentów”.
Nie, on nic takiego nie powiedział. Tylko to westchnięcie i
stwierdzenie: „Społeczeństwo się sekularyzuje”. Jakby to było normalne i nieodwracalne,
a on jako kapłan niewiele mógł tutaj zrobić.
Podobny determinizm zauważam u niektórych katolickich
polityków. Niech będzie, że się uwziąłem, ale jeszcze raz wspomnę tego
nieszczęsnego ministra Gowina, choć jest on tylko przykładem wielu innych takich
polityków. Minister Gowin (albo inny polityk katolicki) też wzdycha i mówi
mniej więcej coś takiego: „Jeśli wprowadzimy przepisy zakazujące aborcji, to w
przyszłym wyborach być może przegramy i nowy rząd wprowadzi przepisy
liberalizujące prawo i dopuszczające aborcję na żądanie. Wahadło wychyli się w
drugą stronę”.
Ów minister Gowin, służący tutaj jako pars pro toto, nawet
nie weźmie pod uwagę, że sytuacja mogłaby wyglądać inaczej – że oto z jakiegoś
powodu obecna koalicja przegrywa wybory, ale tzw. „liberalizacja” prawa
aborcyjnego, czyli mówiąc po ludzku – pozwolenie w imieniu prawa na morderstwo
z byle powodu – nie dochodzi do skutku, bo społeczeństwo mówi stanowcze „Nie”,
bo na ulice wychodzą tłumy ludzi w tzw. „białych marszach”, a nawet po stronie
nowego rządu są katolicy, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że można zabijać
niewinną istotę tylko dlatego, że ma wrodzone wady albo poczęła się w wyniku
gwałtu.
Ba! Ów minister (który jest akurat w tym przypadku ministrem
nauki!) nawet nie wpadnie na myśl, że można wraz ze zmianą prawa, poprowadzić
całą kampanię uświadamiającą ludziom zło aborcji, że można by przygotować
specjalne podręczniki dla ostatnich klas podstawówki i dla szkoły średniej na
lekcje przygotowania do życia w rodzinie (niech nawet będzie, że byłby one dla
dzieci z rodzin katolickich!), które nacisk kładłyby na godność osoby ludzkiej
i jej prawo do życia niezależnie od tego, czy ma normalną liczbę chromosomów,
czy też jest ich za dużo lub za mało. Ten polityk nie myśli nawet o tym, że można
by zrobić kampanię w mediach, która mówiłaby o tym, że w świetle nauki życie
zaczyna się od chwili poczęcia i że dbałość o prawo do życia tych, którzy się
jeszcze nie narodzili, gwarantuje też prawo do życia osób już żyjących itp.,
itd. Nie, ministrowi to nawet nie przychodzi do głowy. On tylko stwierdza, że
„wahadło się wychyli” i tyle...
Hilaire Belloc pisał w jednej z książek, że żyjący w danej
epoce katolicy, którzy są bardzo krytyczni wobec panujących w niej trendów
myślowych i zwykłych herezji, a nawet są osobami skądinąd świętymi, bardzo
często jednak w jakiś sposób tym trendom czy herezjom ulegają. Choć się im
przeciwstawiają, to ich myślenie jest jednak w większym lub mniejszym stopniu
skażone dominującym sposobem myślenia. Podawał nawet przykład jednego ze
świętych papieży.
Wydaje mi się, że zarówno wspomniany na początku katolicki
duchowny, jak i wymieniony z nazwiska katolicki polityk (który służy tutaj
jedynie jako pars pro toto – przypominam) są tego doskonałym przykładem. Niby
są katolikami, ale ich myślenie skażone jest determinizmem na wskroś
marksistowskim. Kościoły na Zachodzie pustoszeją, więc i będą pustoszeć i u
nas. Coraz więcej par żyje w konkubinacie, a więc i u nas tak jest i zjawisko
to będzie się nasilać. Prawo jest „liberalizowane” tak, że dopuszcza aborcję w
coraz większej ilości okoliczności i przypadków, a więc wcześniej czy później i
u nas zostanie ono zliberalizowane. Lepiej więc zachowywać tzw. „kompromis
aborcyjny” – jeszcze przez jakiś czas ten trend uda się powstrzymać. Nic to, że
doświadczenie innych krajów pokazuje, że wszelkie kompromisy tego typu są
zgniłe i w konsekwencji prowadzą do dalszego „liberalizowania”, a więc nie
hamowania tego trendu.
Tacy katoliccy duchowni i politycy zdają się być ofiarami
determinizmu. Oni chyba uwierzyli w nieodwołalne i niezmienne prawa rządzące
historią świata – zapominając, że prawdziwym Panem jest Bóg, a nie Duch Czasu.
Niby wierzą w Opatrzność, ale tak naprawdę sądzą, że pewne trendy są
nieuniknione i nic nie da się z tym zrobić, można się temu tylko przyglądać.
Trudno im nawet sobie wyobrazić, że to np. Polska mogłaby być krajem, z którego
wyjdzie owa „iskra” zapowiadana przez siostrę Faustynę. Nie! Czeka nas
kompletna sekularyzacja, aborcja na żądanie i ogólny laicki zamordyzm, w którym
już nawet umrzeć nie będzie można naturalną śmiercią, bo przyjdą i wbiją nam
igłę ze śmiertelną dawką trucizny. A lawina i tak biegu swego nie zmienia w
zależności od tego, po jakich toczy się kamieniach. Koniec. Kropka!
środa, 25 stycznia 2017
Corner Shop: „The Great Heresies” – taka niepiękna katastrofa
W pięćsetną rocznicę reformacji warto byłoby sięgnąć po
jakąś pozycję związaną z tematem, a przynajmniej choć częściowo tego tematu
dotyczącą. Wydaje mi się, że Hilaire Belloc może być tutaj trafnym wyborem jako
autor nietuzinkowy, a przy tym zaliczany do grona wybitnych pisarzy katolickich
języka angielskiego.
Kontrowersje związane ze świętowaniem okrągłej rocznicy
wystąpienia Marcina Lutra, kwestie udziału hierarchów Kościoła katolickiego w
tych obchodach, a nawet samego papieża Franciszka (sporo szumu wywołała jego
obecność na uroczystościach w Szwecji) to również znakomity pretekst, by
zapoznać się nie tylko z historią reformacji, ale dowiedzieć się nieco więcej o
zjawisku herezji jako takiej.
„The Great
Heresies. An Examination of Religion” to jedna z tych publikacji
Belloca, która zdaje się wciąż cieszyć dużym zainteresowaniem zarówno
czytelników, jak i wydawców, sądząc choćby po ilości wznowień dokonanych przez
różne oficyny wydawnicze, mimo dostępności angielskiego tekstu również w
Internecie. Notabene Belloc nie ma tyle szczęścia do polskich tłumaczeń, co
jego współpracownik i przyjaciel, jakim był Chesterton, a przecież znajomość
autora „Ortodoksji” bez Belloca to znajomość niepełna. Wszak przezwano ich
niegdyś „Chesterbelloc” jakby stanowili jedną istotę.
Książka Belloca skupia się na kilku epizodach w historii
Kościoła, które zdaniem autora są znaczące, a które mogły stanowić (albo
stanowiły) katastrofalne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Choć zdaniem autora
spory teologiczne nie są jedynie teoretycznymi sporami grupki oderwanych od
rzeczywistości pięknoduchów, a mają wpływ na rzeczywistość większy, niż
niektórzy sobie wyobrażają, to autor wybiera tylko te, które były szczególnie
znaczące: arianizm, mahometanizm, herezja albigeńska, reformacja i faza
nowożytna.
Każdy czytelnik bez wątpienia zatrzyma się w tym wyliczeniu
na mahometanizmie. Islam jest przecież postrzegany jako osobna religia.
Tymczasem Belloc traktuje ją jako herezję chrześcijaństwa, podążając zresztą
tropem ojców Kościoła. Podkreśla, że różni wyznanie Mahometa od innych herezji
zwłaszcza to, że w przeciwieństwie do nich jeszcze nie wygasło, a zdaniem
Belloca każda z herezji zmierza ku wymarciu, nawet jeśli pewne jej symptomy
utrzymują się jeszcze w społeczeństwie przez dłuższy czas. Tymczasem islam
wciąż przejawia niepokojącą żywotność. Co ciekawe – i co z pewnością
przyczyniło się do popularności tej książki – autor stwierdza to wówczas, kiedy
wydawało się, że właśnie islam jest już w fazie zamierania, a przynajmniej
stagnacji i upadku dawnej potęgi (książka została napisana jeszcze przed II
wojną światową). Tymczasem Belloc wieszczył powrót mahometanizmu, jakby
przewidywał wstrząsy dzisiejszej epoki. Te partie książki czyta się niemal jak
proroctwo.
Jeśli chodzi o rozdział poświęcony reformacji, to ciekawe
dla współczesnego czytelnika może być to przede wszystkim, że samą reformację
Belloc nie traktuje jako jedną herezję, ale bardziej jako ruch, w którym
widoczne były różne typy herezji, a tym, co je jednoczyło, była niechęć do
autorytetu Rzymu i odrzucenie go. Autor „The Great Heresies” podkreśla przy
tym, że uczestnikom tego wielkiego zamieszania nie chodziło tak naprawdę z
początku o rozbicie chrześcijaństwa, dopiero splot różnorodnych czynników,
wśród których niebagatelną rolę odegrał geniusz Jana Kalwina, doprowadził do
kataklizmu, jakim było podzielenie Europy.
Belloc nie ukrywa bowiem, że uważa reformację za katastrofę,
która skutkowała m.in. fatalnymi pod względem społecznym skutkami w XIX wieku,
choć niewątpliwie początkowo nadała pewną dynamikę krajom protestanckim. Pisarz
w najmniejszym stopniu nie był piewcą dzikiego kapitalizmu, który pozbawiał
wielkie masy społeczeństwa wolności. Z pewnością też nie zachwycał go socjalizm
czy komunizm, który dążył do pozbawienia człowieka własności zabezpieczającej
jego niezależność od państwa. Był Belloc też wrogiem państwa opiekuńczego.
Niektóre jego uwagi pod tym względem mogą zapewne szokować współczesnego
czytelnika przyzwyczajonego do opieki państwa, które ingeruje we wszelkie sfery
życia osobistego.
Interesujące są również analizy dotyczące „fazy nowożytnej”,
próba ogarnięcia zjawiska, dla którego jeszcze Belloc nie miał sprecyzowanej
nazwy, gdyż przecież był obserwatorem niejako z wewnątrz, nie mogąc ogarnąć
całości zjawiska jednym rzutem oka. Wiele spostrzeżeń wydaje się celnych. W
innych przypadkach Belloc mylił się co do tempa następujących zmian. Faktem
jest natomiast, że trafnie przewidział, iż nowa epoka będzie atakiem dążącym do
całkowitego zniszczenia Kościoła katolickiego.
Współczesny czytelnik bez wątpienia znajdzie w książce wiele
cennych przemyśleń. Może wręcz zaskakiwać, jak przenikliwym obserwatorem był
Belloc, choć sam zdawał sobie sprawę, że zjawiska historyczne to procesy
długofalowe i precyzyjne ich zdefiniowanie w trakcie trwania jest niezwykle
trudne. Jak bardzo adekwatne dla naszych czasów są uwagi autora „The Great
Heresies” może obrazować choćby fakt, że już Belloc pisze o... banksterach.
Wprawdzie sam nie wpadł na to, by ukuć taką właśnie nazwę, ale fragmenty
poświęcone systemowi bankowemu i lichwie czyta się, jakby powstały właśnie
teraz.
Warto również na zakończenie tej pobieżnej recenzji zwrócić
jeszcze uwagę na jedną rzecz. Może najistotniejszą, bo ważną dla zrozumienia
samej herezji jako zjawiska. Otóż Belloc podaje jej definicję, którą w
najprostszych słowach można wytłumaczyć mniej więcej tak: herezja to nie jest
totalne zaprzeczenie systemu, przeciwko któremu występuje. Ona bazuje na
istniejącym już systemie, wymienia jednak jakiś istotny dla tego systemu
element, powodując tym samym, że system nie jest już ten sam. Z pozoru taki
system może nawet wyglądać na pierwszy rzut oka podobnie. Jednak konsekwencje
zmiany są niebagatelne. W przypadku religii, która jest podstawą kultury,
oznacza to wpływ nie tylko na życie indywidualne, ale na cały organizm
społeczny. Stąd Hilaire Belloc przyrównuje znaczenie ważnych kontrowersji
teologicznych do znaczenia rozstrzygających bitew, które zmieniały bieg historii.
Zakończę te parę refleksji po lekturze małą dygresją, która
niezupełnie dotyczy tylko Belloca. Otóż czytając książki z literatury
angielskiej niejednokrotnie uświadamiam sobie, jak cenną serią jest (a może
była?) popularna seria Biblioteki Narodowej Ossolineum. Staranne przygotowanie
tekstu, przypisy, bibliografia, obszerna przedmowa – to elementy, które
ułatwiają współczesnemu czytelnikowi obcowanie z dziełami literatury nie tylko
z odległej przeszłości. Popularne, tanie wydania klasyki literatury angielskiej
czy światowej w tym języku niestety nie są tak pieczołowicie opracowane. Choć
ich zaletą jest cena (będąc w Anglii, a potem w Irlandii zgromadziłem sobie
małą biblioteczkę, a każdy tom kosztował tylko jednego funta), to zwłaszcza dla
obcokrajowca (choć sądzę, że nie tylko) mankamentem jest brak tego, co znajduje
w serii Ossolineum. Dzieła klasyczne padają też ofiarą pospiesznego,
niestarannego wydania. I niestety książki Belloca do nich należą. A przykład
widać już choćby na okładce. Pozostawiam czytelnikowi odkrycie, o co chodzi.
środa, 23 marca 2016
„Transcendencja” czyli szatańska imitacja mistycznego ciała Chrystusa
Pewna stara katolicka książka (o której może będę miał
jeszcze okazję parę słów napisać) uświadomiła mi, że film „Transcendencja” nie
jest aż taki głupi, jak się wydaje. Wybierając filmy do oglądnięcia z moją
żoną, pomijałem dzieło w reżyserii Wally’ego Pfistera. Rzut oka na recenzje i
opinie widzów w Internecie dyskwalifikował tę produkcję z Johnnym Deppem w roli
głównej – maksimum trzy gwiazdki. Oczywiście jestem ostrożny w przypadku wyroków
ferowanych przez krytyków, a także widzów, ale również sam pomysł ze sztuczną
inteligencją wydawał mi się na tyle absurdalny, że niewart uwagi. Nie sądzę, by
człowiek był w stanie stworzyć sztuczną inteligencję obdarzoną świadomością.
Wydaje mi się to taką bzdurą, że wszelkie filmy i książki podejmujące ten temat
mnie po prostu irytują (jednym z niewielu wyjątków jest genialny „Blade Runner”
czy słynny film Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna” – również notabene nie
pozbawiony idiotyzmów).
Jednak film Pfistera po namyśle okazuje się być dużo głębszy
niż zwykła hollywoodzka produkcja, być może nawet głębszy niż zamierzali sam
reżyser i autor scenariusza. Twórcy wykorzystują stary motyw naukowca grającego
Boga, próbującego naprawić świat, stworzyć jego doskonalszą wersję. W sumie
niby nic nowego i praktycznie od samego początku domyślamy się, jak to wszystko
się skończy. Ale...
Główny bohater – Will Caster grany przez Deppa –
„przeflancowany” do systemu komputerowego imituje Boga, naśladuje ideę
mistycznego Ciała Chrystusa. Żywiąc się informacjami w sieci, staje się
„wszystkim we wszystkich”, rozrasta się, zdobywa nadludzką moc i na swój
ziemski sposób staje się wszechpotężny. Jednak ta jego moc jest ograniczona,
zależna od rzeczy zewnętrznych, od generatorów – nomen omen – mocy – sam nie
potrafi stworzyć czegoś z niczego, choć w swojej imitacji Stwórcy posuwa się do
tego, że przy pomocy dostępnych mu środków dokonuje cudów uzdrowienia.
Pozyskuje w ten sposób swoich „apostołów”, swoich „uczniów”.
Jednak – i tutaj jest kolejna różnica – Chrystus nie odbiera
swoim apostołom, swoim uczniom i naśladowcom wolnej woli – On przychodzi do
nich i żyje w nich tylko i wyłącznie za ich zgodą. Oni stają się częścią
mistycznego ciała Chrystusa dobrowolnie i w każdej chwili mogą Go odrzucić. To
oni pozwalają Mu działać poprzez siebie. Naukowiec z „Transcendencji” tę
wolność swoim „uczniom” odbiera, on działa poprzez nich, ale wbrew nim samym.
Dobrowolna z ich strony jest tylko decyzja, by przyjść do niego po wybawienie z
cierpienia – po zdrowie, ale nie zdają sobie sprawy z tego, jakie będą tego
konsekwencje. A konsekwencją jest odebranie im wolności. Przynosząc im pozornie
wyzwolenie Will Caster – albo coś, co go imituje – obdarza ich nadludzkimi
zdolnościami, ale w rzeczywistości odbiera im wolność.
Prawdziwy Stwórca jest dla swoich uczniów Ojcem, a oni są
Jego dziećmi. On daje im życie, a oni rozwijają się, wzrastają i coraz bardziej
stają się mu podobni w Jego miłości.
W „Transcendencji” „uczniowie” są tylko niewolnikami, marionetkami w teatrze
wielkiego lalkarza, który porusza nimi, daje im moc, ale nie daje im wolności.
Są bardziej czymś w rodzaju zombi niż naprawdę żywymi istotami. Stają się
częścią Castera wbrew sobie samym. Prawdziwy Bóg chce, by jego dzieci pełniły
Jego wolę, a one powtarzają w modlitwie: „bądź wola Twoja”, ale paradoksalnie
nie odbiera im to ich wolności, ale w istocie daje prawdziwą wolność. Tak więc
poddanie się woli Ojca prowadzi do wyzwolenia z niewoli grzechu.
W „Transcendencji” naukowiec-lalkarz podporządkowuje swoich
uczniów odbierając im wolną wolę, dając im jedynie ziemskie korzyści, które
okazują się iluzoryczne (ślepy, który odzyskał wzrok, w końcu ponownie go
traci) – oni pełnią jego wolę, ale nie zyskują przez to pełnej wolności,
pozostają jego niewolnikami. Zbawienie, które przynosi Caster, jest tylko
ułudą. Cel nie uświęca środków, choć wydaje się cele Castera są szlachetne – w
końcu w swojej imitacji Stwórcy przyczynia się do rozwoju życia na ziemi.
To ciekawe, ale w „Transcendencji” zostaje jakby streszczona
historia utopii, idei, których wcielanie w życie przynosiło ludziom
nieszczęście, choć były wprowadzane w imię szlachetnych celów. Jednocześnie
jest tutaj też fałszywy Mesjasz – wręcz Antychryst – obdarzony nadludzką mocą,
który naśladując Chrystusa – nawet naśladując Go w Jego zmartwychwstaniu –
imitując mistyczne ciało, jakim jest Kościół, parodiuje Stwórcę, obiecując
szczęście – przynosi w końcu nieszczęście.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę, a także niejednoznaczność
samego filmu, którego zakończenia nie zamierzam zdradzać, oraz dobrze zagrane
role, wydaje mi się, że warto „Transcendencję” obejrzeć. Nie sugerujcie się
opiniami krytyków. He, he...
Subskrybuj:
Posty (Atom)