Prawdopodobnie jedno z piękniej usytuowanych
lotnisk...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 grudnia 2019
sobota, 21 września 2019
piątek, 20 września 2019
środa, 18 września 2019
poniedziałek, 16 września 2019
wtorek, 18 czerwca 2019
poniedziałek, 17 czerwca 2019
sobota, 15 czerwca 2019
piątek, 14 czerwca 2019
czwartek, 13 czerwca 2019
sobota, 15 września 2018
Droga śmierci i droga życia
Czytając niezwykle ciekawą książkę Hansa Georga Wunderlicha Tajemnica
Krety, natknąłem się prawie pod koniec tej lektury na takie oto
spostrzeżenie dotyczące przeludnienia w okresie między środkiem i końcem epoki
brązu:
„Trudny jest wybór między pokojem i porządkiem za cenę
zabijania dzieci, a wzrostem zaludnienia z towarzyszącą mu huśtawką: od
rewolucji technicznych do wojen, epidemii i skażenia środowiska. Starożytny
Egipt poszedł jedną drogą, Europa w ślad za Grekami podążyła inną. Ta pierwsza
doprowadziła w przeszłości do społeczeństwa statycznego, zniewolonego, druga –
do narodzin zachodniej cywilizacji, wędrującej wszakże ku jakiejś nieznanej nam
przyszłości. Dokąd nas zaprowadzi? (tłum. Ireneusz Kania)”
Wunderlich stwierdza, że słowo „przeludnienie” jest „tylko
terminem technicznym”, bo w opisywanej epoce chodziło o inny sposób uprawy
ziemi, który mógł wyżywić ograniczoną ilość osób itd. A zatem nie należy
rzutować współczesnych wyobrażeń o przeludnieniu na tamte czasy. Jako przykład
„kontroli urodzin”, która miała zapobiec negatywnym skutkom takiego
„przeludnienia”, podaje Egipt i powołuje się na znaną biblijną historię o
Mojżeszu.
Sam początek tego akapitu: „Trudny jest wybór... itd.” budzi
moje opory i wątpliwości natury moralnej, ale nie zamierzam się teraz na tym
skupiać, tak jak nie zamierzam teraz wnikać w to, czy w ogóle opis Wunderlicha
jest trafny, bo chodzi mi o co innego. Otóż autor dochodzi tutaj do ciekawego
wniosku, a mianowicie, że tzw. „kontrola urodzin”, która dzisiaj wiąże się nie
tylko z antykoncepcją, ale także z mordowaniem dzieci w łonach matek, prowadzi
do stagnacji. Cywilizacja, zamiast się rozwijać, stoi w miejscu, a
społeczeństwo jest zniewolone. Po tej cywilizacji pozostają piękne, może nawet
i monumentalne artefakty, ale to wszystko jest jednym wielkim cmentarzyskiem,
które nie generuje żadnej pozytywnej energii, żadnej twórczej siły, żadnej
dynamiki rozwojowej.
Przeciwieństwem w tej wizji jest cywilizacja zachodnia,
która stawia na ryzyko, niepewność, ale też wolność i taką „kontrolę urodzin”
odrzuca, a swoje początki ma m.in. w starożytnej Grecji. Taki wybór prowadzi do
rozwoju, twórczej dynamiki, innowacji i rozwiązań rodzących się z potrzeby
przezwyciężenia piętrzących się problemów. Autor na końcu tego akapitu pyta:
Dokąd nas zaprowadzi taka droga?
Wydaje się, że w chwili obecnej zaprowadziła nas do rozdroża
(ta „chwila obecna” to też wielki skrót myślowy, bo można powiedzieć, że
zaczęła się ona 500 lat temu wraz z rewoltą protestancką i trwa do tej pory).
Cywilizacja zachodnioeuropejska (która oczywiście obejmuje też Nowy Świat)
zdaje się skręcać w odnogę, która wiedzie ku modelowi wybranemu przez Egipt,
czyli mówiąc wprost: na cmentarz. Dzisiaj też jako jedną z przyczyn mordowania
nienarodzonych podaje się „przeludnienie”, choć dominować zdaje się
nomenklatura mówiąca o tzw. „prawach człowieka”, co oznacza tak naprawdę
egoizm, wygodę, unikanie wyzwań, jakie według Wunderlicha pozwoliły na
zbudowanie cywilizacji zachodniej.
Kościół katolicki niezmiennie pokazuje inną drogę, tę która
szanuje wolność i godność człowieka jako dziecka Bożego, każdego człowieka,
niezależnie od jego pozornej „użyteczności społecznej”, także tego
nienarodzonego. Ta droga może w rzeczywistości często przypominać wąską i kamienistą
ścieżkę, a podążanie nią okazać się trudne, wręcz momentami wydawać się
niemożliwe. To droga, która stawia wyzwania, ale też wiedzie ku prawdziwej
wolności i rozwojowi, zarówno pod względem duchowym, jak i cielesnym,
doczesnym, którego przykładem jest rozwój ziemskiej cywilizacji.
Już Didache, starożytny dokument chrześcijański,
który badacze uważają za współczesny niektórym księgom Nowego Testamentu,
zaczyna się znamiennym zdaniem:
„Dwie są drogi, jedna droga życia, a druga śmierci – i
wielka jest różnica między nimi”.
Wunderlich się mylił zadając swoje pytanie o to, dokąd
zaprowadzi nas obrana droga. Już w chwili, kiedy pisał swoją książkę, brzmiało
ono inaczej: Czy jako Europa będziemy podążać drogą śmierci, czy jednak
wybierzemy drogę życia? To pęknięcie, rozejście się dwóch dróg, do jakiego
zdaniem Wunderlicha doszło w zamierzchłej epoce, po czasach, z których pochodzą
wykopaliska z Knossos, nastąpiło
ponownie w czasach reformacji. Dzisiaj wydaje się, że Europa konsekwentnie
podąża drogą śmierci.
wtorek, 10 lipca 2018
sobota, 7 lipca 2018
środa, 4 lipca 2018
poniedziałek, 2 lipca 2018
Nasze małe greckie wakacje 2018: Santorini X
Z drugiej strony tak naprawdę to swego rodzaju grecki
Disneyland dla turystów. Kiedy to piszę, czuję się nieco niezręcznie, bo od
razu przypomina mi się afera związana ze znaną siecią supermarketów, która na
greckich produktach, wykorzystujących wizerunki z Santorini właśnie, pousuwała
krzyże. Używając więc słowa „Disneyland” mam wrażenie, jakbym też popełniał
jakąś profanację. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko tu jest zrobione pod
turystów: odnowione białe domki lśniące w blasku słońca, niebieskie dachy
cerkiewek, osiołki czekające na pasażerów... Jestem nawet gotów podejrzewać, że
także sam wjazd z portu – autokarem lub samochodem – został specjalnie tak
przygotowany, by wyglądało to spektakularnie i budziło dreszczyk emocji i
grozy, że oto za chwilę wszyscy runą w dół, bo kierowca wykona nieostrożny
ruch.
Jeśli wierzyć przewodniczce, która nas po tej wyspie
oprowadzała, to poza sezonem na Santorini zostaje tylko garstka tubylców –
reszta wraca do innych rejonów Grecji. W samym sezonie może zdarzyć się
natomiast, że zabraknie wody, bo nawała turystów jest tak olbrzymia, a słodkiej
wody jest generalnie niedostatek.
Usłyszycie też od tych, którzy Santorini zobaczyli, dwie
opinie: jedni będą mówić, że warto, drudzy, że nie warto się tam wybrać. Otóż i
jedni i drudzy mają rację. Wszystko tak naprawdę zależy od tego, jakimi funduszami
dysponujecie.
Myśmy planowali wybrać się na Santorini jeszcze za naszym
pierwszym pobytem na Krecie. Jednak cena – dość wysoka – takiej wycieczki,
krótkość czasu i fakt, że chcieliśmy zobaczyć także coś na samej Krecie – to
wszystko przesądziło o tym, że zrezygnowaliśmy. Drugim razem – za sprawą znanej
polskiej sieci biur podróży, która na parę dni przed wyjazdem poinformowała
nas, że zarezerwowany pół roku wcześniej hotel jest niedostępny – znaleźliśmy
się w zupełnie innym miejscu Krety niż planowaliśmy, co ogólnie kompletnie
popsuło nam wszelkie plany. Dopiero w tym roku, w ramach prezentu urodzinowego
dla siebie nawzajem, zdecydowaliśmy się zaszaleć i wybrać na tę drogą
wycieczkę.
Kiedy już dotarliśmy na Santorini, moją pierwszą reakcją
było głębokie niezadowolenie. W gruncie rzeczy taka zorganizowana wyprawa to
koszmar dla kogoś, kto jak ja nie lubi tłoku. Przez wąziutkie uliczki
miasteczek Santorini przewalają się tłumy. Ścisk jest taki, jak w czasie
wyprzedaży na głównych ulicach handlowych Londynu czy Paryża. Przy okazji
wszyscy próbują zrobić sobie zdjęcie na tle jakiegoś ładnego widoczku. A na
dodatek cała rzecz odbywa się praktycznie w biegu – do zobaczenia są dwa
miasteczka, a jeśli ktoś ma jeszcze kondycję, to również czarna plaża. Tak przy
okazji – nie poinformowano nas, że ta czarna plaża była w gruncie rzeczy
opcjonalnie, bo oznaczało to rzut oka na drugie miasteczko i pęd do kolejnego
autokaru, który zabierał chętnych na te wulkaniczne piaski. Myśmy zamiast biegu
wybrali obfity lunch w greckiej tawernie, gdzie otrzymaliśmy porcję dla dwojga,
której czterech biesiadników by nie zmogło, a do rachunku po darmowym
kieliszeczku ouzo.
I w tym właśnie sęk. Wycieczkę na Santorini mogę porównać do
swojej dwukrotnej wyprawy na irlandzką wyspę Skellig Michael. To niezwykłe
miejsce może śmiało konkurować z grecką atrakcją. Wprawdzie nie jest tak duże,
ale widoki są równie spektakularne. Na Skellig Michael wybrałem się małą łodzią
rybacką. Koszt był dość spory, jak na moją kieszeń wówczas, ale nie żałowałem
ani jednego funta czy pensa (w Irlandii wówczas nie było jeszcze euro). A
przede wszystkim było aż nadto czasu, by zobaczyć samą wyspę, wspiąć się na
szczyt, gdzie można zobaczyć ruiny klasztoru (część budynków w kształcie
kamiennych igloo bardzo dobrze zachowanych), którego początki sięgają jeszcze VI
wieku, i nacieszyć się niesamowitymi widokami. To wszystko bez pośpiechu, bez
ścisku, bez niepotrzebnej nerwówki.
Jeśli już natomiast ktoś decyduje się mimo wszystko wybrać
na zorganizowaną wycieczkę na Santorini, to lepiej załatwić ją na Krecie w jednym
z biur oferujących takie atrakcje turystom niż u rezydenta biura podróży, z
którym przyjechało się na wakacje. Nasi znajomi, nie mogąc dodzwonić się do
rezydentki, tak postąpili i mieli niższą cenę i nawet lepszą klasę na promie.
piątek, 29 czerwca 2018
czwartek, 28 czerwca 2018
poniedziałek, 25 czerwca 2018
czwartek, 21 czerwca 2018
środa, 20 czerwca 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)
