To chyba jedna z ciekawszych (jeśli nie
najciekawsza) analiz sytuacji na Ukrainie, uwzględniająca kontekst historyczny.
Dlatego polecam, jeśli ktoś chce coś z tego zrozumieć:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
poniedziałek, 17 września 2018
Daty
17 września nasuwa nieodmiennie myśl o sowieckiej napaści na
Polskę. Dla moich Rodziców oznaczała ona utratę ich krainy dzieciństwa. Może
nie do końca zdawali sobie wówczas z tego sprawę, byli przecież tacy młodzi –
moja Mama urodziła się w 1934 roku, mój Tata w roku 1928. Czy się bali? Jaki to
był strach? Bali się podczas wojny banderowców – to wiem. O tym często mówiła
Mama. A jak to było 17 września 1939 roku?
Patrzyli na te straszne rzeczy oczami dzieci, mieszkali w
tej samej wiosce, która teraz znajduje się na terytorium Ukrainy. Kiedy byliśmy
tam z Mamą przed kilkoma laty, żałowałem, że Mama nie mogła przypomnieć sobie,
w którym dokładnie miejscu był dom Taty. Wiele miejsc rozpoznała. Pamiętała
studnię, za którą się chowała i która wciąż była w tym samym miejscu. Był nawet
krzyż, w pobliżu Jej domu, ale nie drewniany, tylko murowany. Kościół
rzymsko-katolicki był teraz grecko-katolicki. Tylko domu już nie było. Tamten
spłonął. Na jego miejscu powstał nowy. Była nawet zapamiętana z dzieciństwa
kalina, ale nie w tym samym miejscu, choć na tym samym podwórku. Nie było
dworu, w którym pracował dziadek – Mama tylko pokazała, którędy Jej tato szedł
do pracy. Cmentarz był w połowie zarośnięty. To była ta polska połowa. Tylko
jeden grób był w tej części zadbany i oczyszczony. Grób polskiej zakonnicy. Na
drugiej połowie chowano Ukraińców.
Mama całe życie obchodziła swoje urodziny w innym dniu niż ten,
który widniał oficjalnie w Jej dowodzie osobistym. Twierdziła, że urodziła się
kilka dni wcześniej. Po Jej śmierci, szukając dokumentów, znaleźliśmy
świadectwo szkolne z czasów wojny, na którym widniała jeszcze inna data – jak
się okazało ta sama data była podana na starym kościelnym świadectwie zawarcia
małżeństwa. O tym nie wiedzieliśmy. I też nie pamiętam, by moja Mama
kiedykolwiek o tym wspominała. Raczej teraz już nie ustalimy, skąd takie
różnice. Ponoć nie było to dawniej takie dziwne, że ludzie mieszkający w
wioskach urodzili się w rzeczywistości wcześniej niż data urodzenia, jaka
widniała w oficjalnych dokumentach.
Kiedy jednak załatwiałem dokumenty z Urzędu Stanu Cywilnego
do poświadczenia aktu dziedziczenia, okazało się, że problem jest również z
datą urodzin mojego Taty. Ta, którą podano mi na urzędowym piśmie, nie zgadzała
się z numerem PESEL. Ponieważ pani notariusz stwierdziła, że musi być zgodność
numeru PESEL z datą urodzenia, musiałem wyjaśnić sprawę. Okazało się, że w
archiwach są dwie daty i obie potwierdzone sądownie. Różnica była niewielka –
tylko jeden dzień. Na dodatek mój Tato wpisywał do formularzy z jakiegoś powodu
raz jedną, a raz drugą. A nawet zdarzyło się, że podał jeszcze inną, ale znowu
– różnica była jednego dnia od jednej, a dwóch dni od drugiej urzędowo
poświadczonej daty. Dlaczego? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy.
Ich świat już
nie istnieje. Można tylko żałować, że się więcej nie pytało, nie rozmawiało,
nie dociekało. Mój Tato nigdy po wojnie nie odwiedził swojej wioski. Moja Mama
pojechała tam, kiedy już była starszą panią chodzącą o lasce. Śmialiśmy się, że
miała więcej energii i sił od nas – Jej dzieci. Kiedy chodziliśmy po Jej i Taty
wiosce, przypominała sobie historie zasłyszane w dzieciństwie. Niektóre były z
gatunku niesamowitych i jeżących włos na głowie. Były takie, które wiązały się
konkretnymi miejscami: cmentarzem, rzeką, krzyżem, studnią. Niektóre z nich
pewnie były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Teraz już nikt ich nie
będzie pamiętać, nikt ich nie przekaże dalej. 17 września 1939 roku czerwony
sierp zaczął swe krwawe żniwo. 17 września 1939 roku ciężki młot spadł, by
burzyć i niszczyć krainę dzieciństwa moich Rodziców.
środa, 11 lipca 2018
Rzeź wołyńska – wciąż niezabliźniona rana
Dzisiaj rocznica rzezi wołyńskiej. Tamte wydarzenia wciąż
pozostają kwestią sporną pomiędzy Polską a Ukrainą. Mam tylko nadzieję, że rząd
nie będzie chował w tym przypadku głowy w piasek i nie ulegnie żadnym naciskom
ze strony Ukrainy, jak to się stało w przypadku presji ze strony Izraela i
Stanów Zjednoczonych. Nie można budować zdrowych relacji na kłamstwie. Zarówno
tych osobistych, jak i tych międzypaństwowych. Nie oszukujmy się. W tym
przypadku prezydent Duda zachował się tak, jak trzeba. Chciałbym, aby Polska
tym razem okazała się tą silniejszą stroną, aby wreszcie Ukraińcy ulegli presji
i przyznali się do winy. Na razie się na to nie zanosi.
Przed paru laty pisałem o powieści Ukraiński kochanek
Stanisława Srokowskiego, która między innymi stała się podstawą dla filmu Wołyń
Smarzowskiego. Na końcu tamtej recenzji przytoczyłem cytat, który nie przystaje
być aktualny. Zachęcam do lektury całego tekstu.
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
Dziarscy banderowcy maszerują pod dyktando Stalina, czyli „Lwów nie dla polskich panów”
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na artykuł informujący o
antypolskim marszu ukraińskich nacjonalistów, który odbył się we Lwowie 4
marca. Hasło tej demonstracji „Lwów nie dla polskich panów” jest po prostu
żałosne. I to nie tylko z powodów, które wyłuszczył autor artykułu
zamieszczonego na portalu „Polska Niepodległa”.
Ja na miejscu ukraińskich wielbicieli Bandery bym się po
prostu nie potrafił światu na oczy pokazać ze wstydu. Przypomnijmy, że Ukraińcy
walkę o Lwów swego czasu przegrali i gdyby nie II wojna światowa, Lwów byłby
dzisiaj jednym z głównych centrów kultury polskiej, być może jednym z
najdynamiczniej rozwijających się ośrodków uniwersyteckich i badawczych. Wystarczy
trochę znajomości historii, by to sobie uświadomić. To, że obecnie Lwów jest
ukraiński, zwolennicy Bandery zawdzięczają nie sobie, ale jednemu z
największych bandytów w historii świata. I nie mam tu na myśli ideologa
zbrodniczej działalności UPA, która walczyła z ludnością cywilną, mordując ją w
brutalny i bestialski sposób (też mi powód do dumy!), ale Józefa Stalina.
Czym się więc tu chlubić? Dostali Lwów jak ochłap rzucony
psom, a wydarty tym „polskim panom”, których wygnano na tzw. „ziemie
odzyskane”. Gdyby nie towarzysz Stalin i zdrada aliantów, Ukraińcy mogliby
sobie o Lwowie jedynie pomarzyć. Co najwyżej przyjeżdżaliby do tego miasta
zarobić pieniądze u „polskich panów”, tak jak przyjeżdżają teraz, albo
przedzierali by się przez granicę, by uciec przed bolszewickim terrorem, jak
robili to przed wojną. No, może rzucaliby (do czasu – podobnie jak irlandzka
IRA) bomby na polskich polityków, jak zaczęli to robić również jeszcze przed
wojną.
Te dziarskie miny i flagi z trójzębem oraz banery z
ideologiem zbrodniczej działalności ukraińskich nacjonalistów są po prostu
żałosne. Osobiście nie czuję żadnej dumy z odzyskania tzw. „Ziem Zachodnich”,
co najwyżej widzę w tym jakąś tam sprawiedliwość, że Niemcy, którzy nas
najechali w 1939 roku, je utracili. Wiem jednak, że zrujnowane miasta Wrocław,
Szczecin, Opole, Gdańsk otrzymaliśmy w zamian za zagrabione Wilno, Grodno i
Lwów. Dlatego też ciężko mi na zasadzie analogii wyobrazić sobie, że mógłbym jako Ukrainiec manifestować
butnie pod transparentem: „Lwów nie dla polskich panów”. Bracia Ukraińcy, nie
zdobyliście tego miasta w walce, dostaliście je od bandyty. I nie da się tego
wymazać z pamięci, choćbyście nawet zrównali Cmentarz Orląt Lwowskich z ziemią.
Siedźcie więc cicho, bo naprawdę słuchać hadko, a i patrzeć żałość wielka bierze.
piątek, 9 września 2016
Smutna wiadomość z Ukrainy
Smutna, bo co myśleć o tym, że naród – któremu Polacy jednak są tak życzliwi, mimo strasznych wspomnień z okresu II wojny światowej, i który chętnie przyjmują u siebie dając pracę i gościnę – nie potrafi przyznać się do winy, nie potrafi wciąż uznać swojej odpowiedzialności za popełnione zbrodnie?
Smutna, bo przecież stamtąd – z okolic Jazłowca i Lwowa – wywodzi się moja rodzina zarówno ze strony mojej Mamy, jak i mojego Taty.
Smutna, bo przecież nie da się na kłamastwie budować zdrowych relacji.
I tak jakoś przypomniał mi się przy tej okazji wiersz zamordowanego w bestialski sposób przez ukraińskich nacjonalistów poety Zygmunta Jana Rumla pt. "Dwie matki", który już kiedyś tutaj na tym blogu cytowałem. Wiersz przejmujący, jeśli się wie, jaką śmiercią zginął poeta.
poniedziałek, 30 marca 2009
Ukraińska kronika wypadków miłosnych
Skojarzenie z utworem Konwickiego w tytule nie jest przypadkowe. Sądzę, że można w „Ukraińskim kochanku” odnaleźć paralele, a może nawet świadome zapożyczenia: podglądanie z drzewa wybranki serca, ojciec strzelający z dubeltówki, szaleńcza romantyczna miłość... Podobnie jak i u Konwickiego finał jest tragiczny. Ale u autora „Kalendarza i klepsydry” tragizm jest łagodzony specyficznym humorem obecnym zresztą w innych jego książkach, a historia kończy się praktycznie tam, gdzie wali się świat „kraju lat dziecinnych”. U Srokowskiego rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna, choć powieść zaczyna się niemal jak baśń o nieistniejącej już krainie pogrążonej pod falami czasu. Baśń sielankowa, baśń o małej dziewczynce, której cyganka wróży wielką miłość, „dużo radości, ale i dużo łez”. Baśń o krainie u podnóża gór, której strzegą dwa szczyty. Stopniowo w tę krainę zaczynają się wkradać złowieszcze znaki i cienie przyszłych zdarzeń, a finał opowieści... Cóż, nie będę psuł czytelnikom lektury. Konwicki zatrzymuje się na progu wojny. Srokowski prowadzi nas dalej, nie szczędzi nam okrucieństw. Obie powieści dzieją się na polskich Kresach.„Ukraiński kochanek” mógłby być znakomitym materiałem dla polonistów i historyków literatury opisujących żywotność romantycznych mitów i motywów w polskiej twórczości przełomu XX i XXI wieku. Skojarzenia ze Słowackim, Goszczyńskim, Malczewskim są przy tej lekturze jak najbardziej uzasadnione. U Srokowskiego, podobnie jak w twórczości romantyków, odnajdziemy ruiny zamku, tajemniczą zjawę Czarnej Damy, nie do końca zrozumiałe wróżby i przepowiednie, których sens wyjaśni się dopiero za jakiś czas, niepokojące i złowróżbne znaki na ziemi i niebie, rozmowę z duchem, obłąkanie z miłości, a nawet aniołów. Także bajka opowiadana przez młynarza wpasowuje się w ten tak dobrze znany romantyczny schemat. Mamy tutaj również starcie romantyków z oświeceniowymi racjonalistami uosobione w postaciach pasjonującej się muzyką, poezją i sztuką młynarzowej i jej trzeźwo myślącego, twardo po ziemi stąpającego męża. Jest element folkloru, ludowości. Ale przede wszystkim mamy wielką romantyczną, nieokiełznaną miłość: dwoje ludzi zakochuje się w sobie od pierwszego wejrzenia, a siła, która ich pcha ku sobie jest tak potężna, że przełamuje wszelkie możliwe przeszkody i bariery stawiane jej na drodze. Ta miłość to dzika namiętność spadająca na dwoje kochanków, jak grom z jasnego nieba, łącząca ich wbrew wszelkim społecznym konwenansom i utartym schematom.
Odnajdziemy w powieści Srokowskiego coś jeszcze, co musi kojarzyć się czytelnikowi zwłaszcza z twórczością wymienionych już wcześniej romantyków związanych z Ukrainą. Tym czymś jest okrucieństwo. Wielu czytelnikom bez wątpienia przypomną się krwawe sceny takich utworów, jak np. „Sen srebrny Salomei”, „Zamek Kaniowski” czy „Maria”. Tyle tylko, że w epopei autora „Nienawiści” ten rys okrucieństwa nie jest jedynie literacką inspiracją arcydziełami polskiej poezji XIX wieku. Nie jest to gra konwencjami. Takie rzeczy działy się naprawdę. Te jeżące włos na głowie bestialstwa wydarzyły się w określonym czasie i miejscu. Ponoć do dziś ich świadkowie często boją się mówić, o przerażających faktach związanych z mordami dokonanymi przez ukraińskich nacjonalistów. Niechętnie je wspominają i wypowiadają się o tym ludobójstwie, obawiając się nazwać rzecz po imieniu, politycy. Niewielka jest też chyba wśród ogółu Polaków świadomość historyczna rzezi na Wołyniu. Kiedy moja Mama wspominała coś o „banderowcach”, wyobrażałem sobie groźnych facetów z karabinami, może jakiś ukraiński odpowiednik AK. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jaką traumę musiała przeżyć jako dziecko. Dopiero teraz rozumiem gniew mojego śp. dziadka, gdy usłyszał w radiu coś o pojednaniu polsko-ukraińskim. Wystarczy przecież przypomnieć, że za „szczęśliwego” mógł się uważać ten, kto zginął od kuli z pistoletu lub karabinu. Resztę czekała śmierć w niewyobrażalnych wprost mękach.
Trzeba od razu się zastrzec, że intencją Srokowskiego nie wydaje się budzenie nienawiści. Autor przecież tytułowym bohaterem – i to bohaterem pozytywnym – czyni Ukraińca czy raczej Bojka uważanego przez Ukraińców za swego, a jego powieść jest pokazaniem zagłady świata, w którym obok siebie przez wieki żyły mniej lub bardziej zgodnie różne nacje, religie, ludzie odmiennych zwyczajów i wierzeń. „Ukraiński kochanek” to podzwonne dla tego świata. A w trakcie lektury czytelnik widzi, jak elementy składowe tej rzeczywistości stopniowo ulegają wymazaniu z powierzchni ziemi, jak ta wieloetniczna mieszanka zamienia się z czasem niemal w pustynię.
Czytając powieść Srokowskiego miałem wrażenie, że jakby autor chciał w niej momentami pomieścić aż nazbyt dużo, jakby pragnął opowiedzieć o wszystkim, o czym tylko można, jakby chciał odtworzyć, ocalić od zapomnienia fragmenty, strzępy nieistniejącego już w tamtej postaci zakątka polskich Kresów, często kosztem jakości artystycznej swojego dzieła. Dlatego też niektórzy bohaterowie tej epopei ledwo są naszkicowani (choćby brat Kasi, Mariusz), pojawiają się i znikają. Wśród postaci fikcyjnych umieszcza także i postaci historyczne, aczkolwiek bardziej jako przedmiot wspomnień, relacji. Jest w tym rozmach bez mała na miarę powieści Józefa Mackiewicza. Czasami przydałby się jakiś przypis. Jeśli bowiem przeciętny czytelnik wie, kim był Bruno Schulz, to nawet dobrze wykształcony polonista może mieć problem ze skojarzeniem np. nazwiska Zygmunta Rumla, torturowanego i zamordowanego w brutalny sposób przez rozerwanie końmi młodego polskiego poety i emisariusza AK wysłanego na rozmowy z UPA.
„Ukraiński kochanek” to w gruncie rzeczy, obok innych cech, powieść edukacyjna. „Edukacyjna” w tym sensie, że przypomina pokoleniu wychowanemu w czasach PRL-u i karmionemu kłamstwem rzeczywistą historię Kresów okresu międzywojennego i wojennego. A przynajmniej jej fragmenty wyparte z powszechnej świadomości.
Można by wytknąć utworowi Stanisława Srokowskiego, obok już wyżej wspomnianych, różne mankamenty. Sceny miłosnych igraszek na przykład śmieszą, kojarzą się aż nadto z hollywoodzkimi produkcjami, stamtąd chyba czerpiąc swój wzór. Pomysł z pierwszym ślubem Kasi jest moim zdaniem naciągany i mało przekonujący. Można by się również zastanawiać dlaczego porywczy Mitia najzwyczajniej w świecie nie uprowadził swojej lubej. Chyba, że czegoś nie rozumiem z tamtych realiów. Nie wiem także, czy faktycznie dziecko pozbawione języka byłoby w stanie jeszcze wypowiedzieć jakiekolwiek słowo. Prztyczek, wprawdzie tyci, należy się podobnie korekcie, która mogłaby nieco uważniej przejrzeć tekst. Dla przykładu w jednym zdaniu Lolek nagle zamienia się w Bolka.
Aczkolwiek podług mojego mniemania „Ukraiński kochanek” Srokowskiego nie jest pod względem literackim równy „Kronice wypadków miłosnych” Konwickiego, to powieść warto przeczytać. Warto, z wielu innych względów, choćby dla takich prostych wydawałoby się, a przecież jakże ważnych, słów wypowiadanych przez jednego z bohaterów:
„Prawda bywa bolesna i gorzka, jednak nie wolno przed nią uciekać, nawet, gdy jest najczarniejsza. Bo tylko wtedy, gdy wiemy, jaka ona jest, możemy się z nią uporać. Bo inaczej załamiemy się, pogrążymy w rozpaczy i nie przygotujemy do życia następnych pokoleń. Synowie i córki tej ziemi, wnukowie i wnuczki nie mogą być odcięci od prawdy naszego czasu, bo będą żyć w niewiedzy lub kłamstwie. A niewiedza i kłamstwo (...) demoralizują, zabijają, wypaczają sens życia i prowadzą ku nowym nieszczęściom. I najważniejsze, wyniszczają i dławią w nas najpiękniejszą część naszej natury, potrzebę miłości, zaufania i równowagi duchowej”
Stanisław Srokowski, Ukraiński kochanek, Kraków 2008.
Subskrybuj:
Posty (Atom)