Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kupiec wenecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kupiec wenecki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 kwietnia 2019

Corner Shop: „Elizabethan Shakespeare”, czyli dramaturg czasów destrukcji katolickiej Anglii

Elizabethan Shakespeare Petera Milwarda SJ to książka, którą każdy traktujący poważnie twórczość wielkiego dramaturga powinien koniecznie przeczytać. To, co mnie uderzyło przy lekturze tej pracy, to spokojny, wyważony namysł nad dramatami Szekspira, wywód, za którym stoi znakomita znajomość tych arcydzieł literatury kogoś, kto porusza się po nich z dużą swobodą i pewnością siebie. Ba! Przeglądając ją teraz, stwierdzam, że jednorazowa lektura nie wystarcza, że trzeba po tę książkę sięgnąć przynajmniej kilka razy, najlepiej też w konfrontacji z innymi tekstami poświęconymi mistrzowi ze Stratfordu.

Co ciekawe, Milward jest przeciwny „klasyfikowaniu sztuk Szekspira” jako „sztuk problemowych, sztuk rzymskich, wielkich tragedii i tak dalej”. Jak pisze: „Dotyczy to także zwyczaju, spopularyzowanego przez E.M. Tillyarda, dzielenia sztuk poświęconych historii Anglii na dwie tetralogie, od panowania Ryszarda II do panowania Ryszarda III – z pominięciem wcześniejszego przedstawienia Król Jan i ostatniego historycznego „romansu” – Henryka VIII. Nie chodzi o to, bym kwestionował wygodę takiego grupowania, z którego sam korzystałem w przeszłości, ale ich wielka niedogodność polega na sposobie, w jaki zacierają wyróżniające cechy każdej ze sztuk i łączą to, co lepiej zostawić rozdzielone. Bowiem Szekspir we wszystkich swoich autentycznych sztukach jest zdecydowanie wyjątkowy”.

To rozpatrywanie każdego z dramatów jako osobnego i wyjątkowego utworu nie przeszkadza jednak autorowi w tropieniu wątków i motywów, które pojawiają się i powtarzają w różnych formach w całym dziele Szekspira. Dotyczy to na przykład przedstawienia kobiet jako uosobienia Maryi Panny czy motywu przebrania, pielgrzymki lub podróży. Ciekawe jest na przykład spostrzeżenie, że te partie Henryka IV, które dotyczą niegodziwego i obmierzłego tchórza i pijaczyny Falstaffa, pisane są prozą i to samo dotyczy w Kupcu weneckim Shylocka, choć tutaj mamy do czynienia z pewną modyfikacją, gdyż są chwile, kiedy żydowski lichwiarz mówi „wciąż prozą, jednak jest w niej rytmiczna retoryka emocji”. Notabene analiza Kupca weneckiego autorstwa Milwarda aż się prosi o jakiś osobny tekst i najlepiej w konfrontacji z idiotyzmami interpretacyjnymi, które zdążono do tej pory o tej sztuce powypisywać czy przedstawić na scenie.

Warto może zauważyć przy okazji jeden fakt, że autor, pisząc m.in. o Kupcu weneckim, podkreśla skłonność Szekspira do moralizowania. Jak pisze: „Wydaje się, że jakby – mimo niemal powszechnej dezaprobaty świeckich uczonych – Szekspir objawia się w tej sztuce w swych prawdziwych barwach, jako kaznodzieja w nie mniejszej mierze niż dramatopisarz. Jego deklarowanym celem może być danie rozrywki publiczności i zarobku sobie i kolegom aktorom z trupy Chamberlain’s Men. Ale nie jego była nowożytna koncepcja „sztuki dla sztuki”, gdzie sztuka oddzielona jest od moralności. Pod tym przynajmniej względem w pełni dostosował się do krytycznego ideału renesansu, w którym rozrywka powinna łączyć się z pouczeniem. Tyle tylko, że jego idea pouczenia wykraczała zarówno poza Biblię, jak i banały moralności”.

Ważnym spostrzeżeniem Milwarda jest uwydatnienie dwóch ideałów kształtujących tę twórczość: tradycji i natury, obu obecnych na wsi i które zostają przeciwstawione miejskiej skłonności do rewolucji. I znowuż warto przytoczyć obszerniejszy fragment wywodów autora: „Różnicę pomiędzy tymi dwoma ideałami natury i tradycji można wyrazić dość prosto. Dla Szekspira natura była pogańska, jak to widzimy w duszkach podlegających Oberonowi i Tytanii (inne imię Diany) ze Snu nocy letniej, a tradycja była katolicka. Dotykamy tutaj nawet bardziej podstawowego aspektu geniuszu dramaturga, aspektu, który jest pomijany przez krytyków Szekspira od czasów krytyków wspomnianych wyżej [Bena Jonsona i Johna Miltona]. Dotykamy także tragedii wieku, w którym żył, tragedii, która również głęboko wniknęła w jego geniusz dramatyczny, a mianowicie: tragedii reformacji. Można by powiedzieć, że bez reformacji nie mielibyśmy Szekspira. Był tym, czym był, z powodu zmian religijnych, jakie zachodziły wokół niego od czasów jego narodzin, nawet w tak na pozór odległym hrabstwie, jak Warwickshire. Nie chodzi o to, że się zgadzał z tymi zmianami, gdyż wówczas nie stałby się tak wielkim dramaturgiem; raczej się z nimi głęboko nie zgadzał, gdyż – jak powiedziałem – był on człowiekiem wsi opowiadającym się za tradycją. Dla niego tradycja ta, wspólna Anglii i Europie, była katolicka, sięgająca wstecz do początków zarówno Anglii, jak i Europy i poza nimi do początków chrześcijaństwa. W jego oczach jednakże nowi protestanci, którzy zdobyli władzę pod auspicjami tak zwanej Królowej Dziewicy, byli rewolucjonistami z miast, angażującymi się w niszczenie wszystkiego, co było mu drogie”.

Przytoczywszy ten ostatni cytat nie muszę chyba wyjaśniać, jaki Szekspir wyłania się z książki Petera Milwarda. Jest to bez wątpienia Szekspir fascynujący, inny od tych interpretacji, które suflują nam pewni krytycy i interpretatorzy, widzący w nim na przykład prekursora egzystencjalizmu, teatru absurdu czy nawet ideologii gender.

Książka opatrzona jest dwoma dodatkami, z których pierwszy przytacza klasyczne opinie angielskich autorów o Szekspirze, a drugi podaje „Bibliografię poświęconą Szekspirowi i chrześcijaństwu”. Oba bez wątpienia mogą być pomocne w kolejnych poszukiwaniach i lekturach.

Peter Milward SJ, Elizabethan Shakespeare, Sapientia Press of Ave Maria University, Ave Maria, Florida 2007.


piątek, 18 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo czy Shakespeare był homoseksualistą?

Joseph Pearce, podejmując w swojej znakomitej książce The Quest for Shakespeare temat rzekomego homoseksualizmu w niektórych utworach wybitnego dramaturga – co sugerują co bardziej „oświeceni” krytycy, przytacza m.in. wypowiedź Iana Wilsona:

„Wszystko w dziele [Shakespeare’a] (...) sprawia wrażenie, że był on autentycznie bogobojny w czasie, kiedy sodomia była przestępstwem zagrożonym karą śmierci, a ludzie religijni wszystkich wyznań uważali ją za natychmiastowy paszport do piekła. (...) Dzielił łoże ze starszą od siebie kobietą i poślubił ją, gdy był jeszcze nastolatkiem, mając z nią szybko trójkę dzieci. Jego koledzy aktorzy podobnie byli bogobojnymi, żonatymi mężczyznami z wielodzietnymi rodzinami (...) [i] jest wielce nieprawdopodobne, by tolerowali aktywnego homoseksualistę wśród swego grona”.

wtorek, 15 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo Kiedy Antonio poznał Bassania

Kontynuując wątek rzekomej relacji homoseksualnej Antonia i Bassania (ukrytej lub jawnej) warto przytoczyć przypis do kapitalnego szkicu „Law and Mercy in The Merchant of Venice” (który sam warto polecić w całości jako fascynującą lekturę) amerykańskiego emerytowanego profesora prawa Daniela H. Lowensteina (tłum. własne):

Przeocza się często fakt, że Bassanio jest „szlachetnym krewnym” („most noble kinsman” –1.1.57) Antonia. To przeoczenie może pomóc wytłumaczyć obecnie szerzący się pogląd – tak powszechny we współczesnych przedstawieniach, iż osiągnął status truizmu – że istnieje mniej lub bardziej otwarty związek homoerotyczny pomiędzy Antoniem a Bassaniem, a przynajmniej homoerotyczna tęsknota ze strony Antonia za Bassaniem. Jest to kompletnie nieprzekonujące, po części z powodu relacji pokrewieństwa. W sztuce, w której pełno ojców żywych lub martwych (Porcji, Jessiki, Gobba) nie dowiadujemy się nic o ojcu Bassania. Najlepszy domysł jest taki, że Antonio jest wujem czy innym krewnym, który przybrał rolę zastępczego ojca Bassania.


czwartek, 10 stycznia 2019

„Kupiec wenecki”, czyli którą szkatułkę otworzyć?

Czytając teksty poświęcone interpretacji Kupca weneckiego, natrafiłem na niezwykle interesujący artykuł Crystal Downing „Text as a Test: Reading The Merchant of Venice”. O samej książce, w której ów tekst się znajduje, mam nadzieję jeszcze na tym blogu napisać parę słów. Tymczasem chciałbym się podzielić krótką refleksją związaną z lekturą tego szkicu.

W wielkim skrócie pani Downing stwierdza, że lekturę i interpretację Kupca weneckiego można porównać do wyboru jednej z trzech szkatułek, który to wybór w samym dramacie miał zdecydować o tym, kto zostanie mężem Porcji. W zależności od tego, którą szkatułkę czytelnik wskaże, takie będzie jego odczytanie tej komedii. Albo ujrzy trupią czaszkę, albo portret błazna, albo jego nagrodą będzie wizerunek Porcji – i brama otwierające czytelnicze niebo (w oryginale: „Portia”, por. łac. „porta” – brama).

Wydaje się, że nieszczęściem Szekspira jest to, że większość, zwiedziona pozorami, otwiera złe szkatułki, a nie potrafiąc dostrzec swojej porażki (lub może nie chcąc tego zauważyć), zadowala się tym, co odkryła, spłycając wymowę tej wspaniałej sztuki, robiąc z niej zwykłą polit-poprawną agitkę, antyrasistowski manifest. Wybierając pozór błyskotki, zarówno reżyserzy, jak czytelnicy wczytują w tekst wielkiego angielskiego dramaturga swoje własne, współczesne obsesje. Brak czytelniczej pokory, niechęć do czytelniczego wysiłku i poświęcenia, poniesienia ryzyka odkrycia myśli dla siebie nowej, pogoń za ułudą skutkują brakiem pogłębionego sensu tego, co widzą lub czytają.

Pisałem już w swoich poprzednich tekstach o okładce współczesnego tłumaczenia Kupca weneckiego, na której widnieje mężczyzna z tęczową brodą. Przeglądając materiały związane z inscenizacją tego dramatu w Polsce, trafiłem na plakat, a może też i zdjęcie programu teatralnego, który promował tę sztukę we Wrocławiu. Tęczowe kolory, napisy typu „Jude raus!” i tym podobne. Znakomity przykład tego, o czym pisze amerykańska autorka w swoim szkicu. Zdziwiło mnie jedynie, że sam nie zapamiętałem tego plakatu z ulic Wrocławia. Widocznie również wybierałem wówczas to, co pierwsze rzucało się w oczy – złotą albo srebrną szkatułkę, bo przecież musiałem oglądać tę inscenizację – zapamiętałem przyjaciół Bassania jako takich oprychów, „twardych” facetów spod ciemnej gwiazdy, rzucających pustymi butelkami.

Traktując serio interpretację Downing, musimy dojść do wniosku, że Szekspir w gruncie rzeczy podał klucz do swojej sztuki w samym jej tekście. Zawarł też w niej ostrzeżenie, by nie ulegać pozorom. Tymczasem różni interpretatorzy teatralni i filmowi kierują reflektory na Shylocka, kiedy powinni w zasadzie eksponować te trzy szkatułki. W jednej z nich przecież tkwi prawdziwy klucz do interpretacji Kupca weneckiego. I to wcale nie w tej, po którą od razu wyciąga się ręka.


wtorek, 8 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo smutny homoseksualista pluje na Żyda

Pisząc o posłowiu Juliusza Kydryńskiego do tłumaczenia Kupca weneckiego autorstwa Macieja Słomczyńskiego zwróciłem uwagę na sugestię o rzekomo homoseksualnej relacji Antonia i Bassania, jaka miała łączyć tych bohaterów. Oczywiście Kydryński pisał w czasach, kiedy mógł swobodnie dać wyraz swojemu obrzydzeniu, a samą taką sugestię potraktować jako jeszcze jeden przykład nikczemności głównych bohaterów tej sztuki: będących nie tylko wrednymi antysemitami i rasistami, ale także zboczeńcami.

Badając po amatorsku temat katolicyzmu Szekspira, zorientowałem się, że sugerowanie homoseksualnego związku Antonia i Bassania, a przynajmniej homoseksualnej „miłości” jednego z bohaterów, nie jest czymś wyjątkowym. Oto w omawianej już na tym blogu książce Małgorzaty Grzegorzewskiej Teologie Szekspira pojawia się taka interpretacja smutku Antonia (podkreślenie moje):

Kiedy pokusimy się o zestawienie kondycji Antonia z sytuacją Hamleta, wówczas jasnym stanie się, że o ile w wypadku tego pierwszego możemy mówić o nieznajomości samego siebie wynikającej z przymusu smooszukiwania (obserwując bieg zdarzeń domyślamy się, że Antonio ukrywa miłość do młodego Bassania), o tyle kondycja księcia wydaje się całkowicie uzależniona od zewnętrznych okoliczności.

Oto w jednym zdaniu pani Grzegorzewska rozwiązała problem smutku Antonia. Biedaczek „ukrywa miłość do młodego Bassania”! Domyślam, że chodzi oczywiście o „miłość” homoseksualną, bo jakże interpretować to inaczej, skoro Antonio daje wyraz swojego poświęcenia i męskiej przyjaźni (miłości) dla swojego przyjaciela niemal od samego początku i niczego nie trzeba się tu „domyślać”.

Joseph Pearce zwraca uwagę na to, że sugestie o homoseksualnych relacjach niektórych szekspirowskich bohaterów są po prostu jeszcze jednym znakiem aberacji naszych czasów. Chciałoby się dodać – upadku naszych czasów. Miłość została bowiem sprowadzona w świecie, w którym triumfuje idiotyczna ideologia gender, do relacji seksualnej, a wyrazy miłości między męskimi bohaterami szekspirowskich sztuk są traktowane jako ekspresja relacji homoseksualnej.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze powszechnej seksualizacji głębsze sensy wybitnego i mylnie odczytywanego dzieła, jakim jest Kupiec wenecki, umykają tak subtelnej badaczce teologicznych głębi szekspirowskiej dramaturgii. U Kydryńskiego Antonio był po prostu wrednym antysemitą i homoseksualistą łożącym kasę na swojego utrzymanka. U Grzegorzewskiej Antonio jest homoseksualistą, który nie ma odwagi zrobić „coming-outu”

sobota, 8 września 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. V i ostatnia


Najzabawniejsze w całym tym fragmencie z Kydryńskiego (zamieszczonym w poprzednim odcinku) jest stwierdzenie, że Antonio mści się na lichwiarzu i jeszcze nie oddaje mu długu! Przypomnijmy: Shylock domagał się bezwzględnej realizacji prawa, nie chciał okazać miłosierdzia, do którego przecież nie można zmusić (o czym mówi Porcja), szokował wszystkich swoją bezdusznością. Shylock dostał więc prawo, a nie miłosierdzie. Wyrok wydany przez Księcia był zresztą surowszy. Jednak to Antonio właśnie wstawił się za Żydem, łagodząc werdykt, który mógł kompletnie zrujnować lichwiarza! Co więcej – zadbał o jego córkę, która wcale nie jest taką zołzą, jak odmalował to Kydryński. Przypomnijmy, że Shylock bardziej troszczył się o swoje kosztowności niż o los córki (wbrew temu, co Kydryński wypisuje o jego rzekomej miłości do swojego dziecka). A jak sama Jessica opisuje dom swego ojca? Oto w rozmowie z Launcelotem mówi:


Dom nasz jest piekłem, a ty (miły diable)
Umiałeś czasem nudę tu rozpędzić.

Oczywiście można to też i tak zrozumieć, że jest to jedynie gra słów i Jessica odnosi „piekło” do nudy, o której wspomina, a „diabeł” Launcelot rozprasza jego nudę, ale czy na pewno? Czemuż to sługa Shylocka boryka się z myślą, czy nie uciec od swojego pana i w końcu decyduje się zamienić służbę „u bogatego Żyda” na służbę u „biednego szlachcica” – Bassania? Kolejny „spisek” chrześcijański przeciw „biednemu” lichwiarzowi? Oto w rozmowie ze swoim ojcem Launcelot stwierdza: „Pan mój to wierutny Żyd, – dać mu podarunek? Dać mu stryczek! – Zagłodził mnie w swej służbie. Możesz mi palce żebrami policzyć...”. Oczywiście Launcelot to postać komiczna, niezbyt poważna, co widać też z zacytowanej powyżej wypowiedzi. Jednak zarówno słowa córki Shylocka, jak i jego sługi, stawiają lichwiarza w niezbyt pozytywnym świetle (na wszelki wypadek sprawdziłem też oba passusy w oryginale i Słomczyński okazuje się być w swej translacji bardzo wierny).


Dlaczego zatem – biorąc powyższe pod uwagę – w chwili ogłoszenia wyroku Antonio miałby myśleć o oddaniu długu, czego sam Shylock nie chciał (i to mimo oferowanej wielokrotności faktycznego zadłużenia!), aż do chwili, gdy uświadomił sobie, że przegrał? Trudno doprawdy pojąć taką logikę autora posłowia.


Pomijam już fakt, że samo zagadnienie jest dużo ciekawsze niż interpretacyjne łamańce Kydryńskiego, by zrobić ze sztuki Szekspira antyrasistowski manifest. To również temat na osobny tekst o zagadnieniu miłosierdzia i prawa oraz o wyraźnych nawiązaniach do Biblii, a zwłaszcza Nowego Testamentu i – jak widać z wypowiedzi samego Shylocka – do scen z procesu Chrystusa.


Z dzisiejszego punktu widzenia – ale podkreślmy, że z dzisiejszego – nasz opór budzi przymus nawrócenia narzucony Shylockowi. Weźmy jednak poprawkę na czasy, w których przyszło żyć Szekspirowi i okrucieństwo, z jakim musiał mieć do czynienia i jakiego być może był świadkiem oglądając śmierć św. Roberta Southwella. Kto ma w tej mierze jakieś wątpliwości, niech poczyta sobie autentyczny pamiętnik jezuity Johna Gerarda, o którym już na tym blogu pisałem.


I ostatni już cytat z posłowia Juliusza Kydryńskiego, który by podeprzeć swoją interpretację, tym razem demonizuje postać Antonia (tytułowego „Kupca weneckiego”) i Bassania:


„Sprawa przyjaźni między dwoma mężczyznami, motyw tak chętnie i tak często podejmowany przez elżbietańczyków (...), w przypadku Antonia i jego młodego przyjaciela nabiera o tyle specyficznego wyrazu, że Bassanio – co najzupełniej jasno wynika z tekstu – jest po prostu utrzymankiem Antonia, w dodatku utrzymankiem lekkomyślnym i rozrzutnym, na którego zachcianki kupiec może sobie jednak bez trudu pozwolić. Czy zatem powodem owego niby nie wytłumaczonego smutku Antonia nie jest przypadkiem świadomość, że ów ukochany młodzieniec opuści go wkrótce dla młodej i pięknej damy” (podkreślenie – Juliusz Kydryński).


Autor okładki współczesnego polskiego wydania zrobił z żydowskiego lichwiarza jednocześnie homoseksualistę, nadając sztuce angielskiego geniusza rangę manifestu LGBT-coś-tam. Tymczasem autor posłowia ze schyłku lat 70-tych XX wieku sugeruje niedwuznacznie homoseksualizm dwóch głównych postaci dramatu – Bassania i Antonia. O tempora, o mores! – chciałoby się zawołać. Już sobie wyobrażam ten skandal, to oburzenie, te gwizdy i buczenia na widowni za każdym razem, kiedy aktorzy grający Antonia i Bassania pojawiali się na scenie w czasach Szekspira, gdyby faktycznie takie były intencje samego autora, a widzowie odczytali je tak, jak zinterpretował to XX-wieczny polski tłumacz i znawca teatru elżbietańskiego! Bądźmy poważni! Nawet nie chce mi się wyjaśniać absurdalności stwierdzenia, że Antonio jest smutny, bo traci swego homoseksualnego „utrzymanka”!


Dalej w swoim wywodzie Kydryński sugeruje, że miłość samego Bassania do Porcji jest daleka od doskonałości. Ależ oczywiście, że tak! Interes materialny miesza się tutaj z duchowym, miłość Bassania jest skażona i wiele jej brakuje do doskonałości diamentu, który zresztą potem oddaje wraz z pierścieniem, sprzeniewierzając się jednocześnie przysiędze danej swojej świeżo poślubionej żonie. Ale to też jest tak naprawdę głównym motywem samej sztuki. To jednak już temat na zupełnie inny cykl tekstów, cykl poświęcony pogłębionej interpretacji Kupca weneckiego. Kydryński ma bowiem rację co do „gry pozorów”, ale z wybitnego dzieła teatralnego robi jakąś płytką antyrasistowską agitkę, w której biedny Żyd staje się ofiarą chrześcijańskiej nikczemności. Zainteresowanych pogłębioną analizą tego dramatu, a znających język angielski, zachęcam do sięgnięcia po książkę Through Shakespeare’s Eyes Josepha Pearce’a, gdzie można przeczytać szczegółową analizę Kupca weneckiego, nawiązującą także do wydarzeń z czasów jego powstania, o których wspomina zresztą sam Kydryński (chodzi o przypadek doktora Lopeza).


Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że porywam się z motyką na księżyc. Juliusz Kydryński (starszy brat Lucjana) był zarówno krytykiem teatralnym, jak i tłumaczem z języków: francuskiego, niemieckiego i angielskiego. Spolszczył m.in. Hamleta, a oprócz dzieł dramatu elżbietańskiego (Marlowe, Jonson), udostępnił nam utwory takich pisarzy, jak Kafka, Twain czy Steinbeck. A zatem to on będzie traktowany jako autorytet, a nie jakiś pętak, który szarpie go za nogawki. Niech tam! Nie mogłem jednak po przeczytaniu posłowia do Kupca weneckiego przejść nad powypisywanymi tam bzdurami do porządku dziennego.


Posłowie Kydryńskiego jest poza tym doskonałym przykładem aberracji interpretacyjnych, o jakich pisze Joseph Pearce: wczytywania w tekst współczesnych (XX-wiecznych, jak u Kydryńskiego, lub XXI-wiecznych, jak u autora wspomnianej tu parę razy okładki) koncepcji filozoficznych i ideologii, które w czasach Szekspira były ówczesnym ludziom całkowicie obce. Szekspir był z pewnością genialnym twórcą i jak każdy geniusz wykraczał poza swoją epokę. Ale nie przesadzajmy też ze zdolnościami ludzkiego umysłu – autor Kupca weneckiego z całą pewnością nie mógł przewidzieć takiej grozy, jaką zgotowali Żydom Niemcy pod wpływem ideologii hitlerowskiej! Pearce twierdzi, że aby wiernie odczytać zamysł dzieła, należy poznać dobrze samego twórcę, jego epokę i kontekst, w jakim powstał jego utwór. Inaczej jesteśmy skazani na dowolność interpretacyjną, która wczytuje w tekst rzeczy, które jego twórcy się nawet nie śniły. Co ciekawe – to już moje spostrzeżenie – te interpretacje nie dają się nawet usprawiedliwić samym tekstem, z którym interpretator przestaje się w ogóle liczyć, co próbowałem pobieżnie w swoim blogowym cyklu wykazać. Kropka.


William Shakespeare, Najwyborniejsza opowieść o Kupcu weneckim, tłum. Maciej Słomczyński, Kraków 1979.

środa, 29 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. IV


Można by się tak dalej pastwić nad karkołomną interpretacją Juliusza Kydryńskiego, szczegółowo analizując cały tekst i pokazując wszystkie idiotyzmy (nie wahajmy się użyć tego słowa), jakie zawiera jego posłowie do dramatu Szekspira. Jednak wydaje mi się, że te parę przykładów, które omówiłem w poprzednich odcinkach, powinny wystarczyć. Nie jest to przecież rozprawa naukowa, jedynie amatorskie dywagacje. Zwróćmy może jeszcze tylko uwagę na dwa punkty w interpretacji Kydryńskiego.

Zatem tym razem dłuższy cytat z jego interpretacji:

„Więc to nie Shakespeare, lecz chrześcijańscy mieszczanie weneccy niszczą Shylocka, który zawinił jedynie tym, że powiedział: „Popełnię łotrostwo, którego wy mnie nauczyliście, a choć niełatwo to pójdzie, prześcignę nauczycieli!” – i że istotnie do końca można było się spodziewać, że je popełni.

Ale go przecież nie popełnił! Tymczasem Antonio, ów »szlachetny« Antonio, już po wyroku Porcji, mści się jeszcze na Shylocku za ową winę nie popełnioną, zmuszając go do przyjęcia chrztu i przywłaszczając sobie prawo decydowania o resztkach jego majątku (a mówiąc nawiasem, nie myśli nawet o oddaniu zaciągniętego długu)!” (podkreślenia – Kydryński).

Przykro to powiedzieć, ale Kydryński znowu powypisywał głupoty. Stwierdzenie, że Shylock „zawinił jedynie” tym, że coś powiedział, jest absurdalne. Shylock konsekwentnie domagał się przed sądem Księcia wykonania zobowiązania, które Antonio pochopnie podpisał, dając się Żydowi wciągnąć w pułapkę. Swoją zatwardziałością zszokował wszystkich. Dążył wyraźnie do tego, by zabić Antonia, bo tym przecież skończyłaby się realizacja podpisanego w rewersie warunku. Nastawał więc na życie obywatela Wenecji. Czy jakikolwiek sąd coś takiego puściłby komukolwiek płazem? „Proszę Wysokiego Sądu, ja tylko żartowałem!” To przecież paradne! Kydryński sugeruje, że być może werdykt, jaki został wydany, skrócił życie lichwiarza. A co musiał przeżywać Antonio, widząc w wyobraźni, jak Shylock wycina mu funt ciała, godząc się na to, przyjmując taki obrót sprawy z rezygnacją, bo był przekonany, że

Książę nie może zmienić nurtu prawa;
Gdyż zaprzeczenie przywilejów, które
Mają w Wenecji cudzoziemcy, może
Z wielkim uszczerbkiem być dla sprawy państwa?

Owszem, Shylock zasłania się tym, że nauczył się łotrostwa od chrześcijan. I mamy przykład w samym tekście, że sami chrześcijanie nie są świetlanymi postaciami. Gratiano pewnie z chęcią powiesiłby lichwiarza, gdyby tylko mógł. Sam Antonio z naszego punktu widzenia też nie jest tak szlachetny, jakby się chciało, bo przecież według słów samego Shylocka pluł na niego i kopał go. Jednak na jego usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że ta pogarda, okazywana w tak mało wyrafinowany sposób, była związana z lichwiarską działalnością Żyda oraz faktem, że nie był chrześcijaninem, a więc narażał swoją duszę na wieczne potępienie. Oczywiście dla naszej współczesnej mentalności nie jest to powód, by tak obchodzić się z człowiekiem. Nie mówiąc już o tym, że trudno kogokolwiek w ten sposób nawrócić.

Poza tym Antonio ratował dłużników Shylocka, pomagał im uniknąć kłopotów związanych z lichwiarskimi procentami. Chrześcijanie (z wyjątkiem Porcji, ale to temat na inny już tekst) nie są ideałami, ale też sam Szekspir nie kreśli postaci papierowych, to niemal ludzie z krwi i kości. W porównaniu do Shylocka, który jest postacią odrażającą, wypadają zdecydowanie lepiej, choć nie są też wzorami cnoty. 

Kydryński z uporem maniaka brnie w obronę Shylocka stwierdzając, że „przecież nie popełnił” czynu, który zapowiadał. Ale zamierzał go popełnić! I wyraźnie mówi o tym w rozmowie z Tubalem: „Jeśli nie dotrzyma terminu, wezmę jego serce, bo gdy zniknie z Wenecji, będę mógł tak handlować, jak zechcę”. Czy to tylko czcza przechwałka? Słowa te możemy potraktować niemal tak, jak wypowiadane na stronie, bo mówi je swojemu ziomkowi, a więc nie bezpośrednio któremuś z chrześcijan. Jak już napisałem wcześniej, pozbycie się Antonia byłoby dla Shylocka korzystne i mamy na to dowód w słowach samego lichwiarza.


niedziela, 12 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. III

Inny fragment, w którym Juliusz Kydryński wczytuje w tekst arcydzieła Szekspira swoje, niepoparte niczym, pomysły interpretacyjne: „Znamy wynik rozprawy i »odmowne załatwienie« Shylocka. Ale na jedno chciałbym zwrócić uwagę: jakkolwiek Shylock nieustępliwy jest do ostatka, nikt nie może z całą pewnością powiedzieć, że w decydującym momencie rzeczywiście zabiłby Antonia na oczach doży, sędziego i wszystkich zebranych. Albo inaczej: któż zaręczy, że zemsta Shylocka nie polega właśnie na owej grze do ostatniej chwili, na grze, która dostatecznie ukarze jego dawnego prześladowcę, a obecnego dłużnika? Przecież Porcja także gra do ostatka, niemal do samego decydującego momentu odwlekając pomyślne – dla Antonia i wszystkich z wyjątkiem Shylocka – rozwiązanie sprawy!”

To jest w gruncie rzeczy sprytny chwyt interpretacyjny – sugerowanie czegoś, czego w tekście nie ma, ale co na pozór jest możliwe. Równie dobrze można by powiedzieć, że dwie wyrodne córki Leara mogłyby się nawrócić, gdyby nie zginęły!

Otóż po pierwsze: nie ma nic w samym tekście, co sugerowałoby, że taka właśnie jest gra Shylocka. Nic! Gdyby autor tego pokrętnego wywodu przytoczył choć jedno zdanie Shylocka, choć jedną kwestię wypowiedzianą „na stronie” (co w tekście teatralnym sugeruje myśli bohatera, których rzecz jasna nie słyszą inni bohaterzy), to wówczas mógłbym przyznać mu rację, że „nikt nie może z całą pewnością powiedzieć”, że Shylock „zabiłby Antonia”.

Mamy za to całą kwestię Shylocka wypowiedzianą „na stronie” właśnie, która zdradza jego rzeczywiste powody i intencje:

Jakże spogląda ze wzgardą ów celnik!
To Chrześcijanin, więc go nienawidzę,
Lecz bardziej za to, że, głupiec nikczemny,
Pożyczki daje gratis, obniżając
Procent przy zwrocie tu u nas w Wenecji,
Jeśli uchwycę go, choć raz, pod żebro,
Nakarmię dawne urazy do syta.
Naród nasz święty ma on w nienawiści,
Łając mnie (w miejscach, gdzie schodzą się kupcy)
Za me umowy i uczciwe zyski,
Które zwie lichwą: jeśli mu przebaczę,
Niech klątwa spadnie na mój lud!

Raz jeszcze: to jest kwestia Shylocka wypowiedziana „na stronie”, a więc zdradzająca jego prawdziwe myśli. Czy trzeba przytaczać jeszcze inne jego słowa, by pokazać, co tak naprawdę kieruje lichwiarzem? Sam Shylock podaje tutaj dwie przyczyny swojej nienawiści: fakt, że Antonio jest chrześcijaninem i to, że ów kupiec psuje mu biznes. W zasadzie można by dopisać trzecią: nienawiść Antonia do Żydów, ale sam lichwiarz podaje przyczynę tej nienawiści – lichwę.

Dlaczego Szekspir nie włożył w usta Shylocka choćby takiej mniej więcej wypowiedzi „na stronie”: „Poigram sobie z tobą, bratku, aż mdlał będziesz z przerażenia, a potem splunę ci w twarz z pogardą!” Wówczas moglibyśmy przyklasnąć Kydryńskiemu, bo takie słowa Shylocka sugerowałyby możliwość wycofania się Shylocka w ostatniej chwili. Shylock natomiast mówi: „jeśli mu przebaczę, niech klątwa spadnie na mój lud!” To bardzo poważna deklaracja, choć wypowiedziana w myślach. To w gruncie rzeczy przysięga. Wycofanie się w ostatniej chwili byłoby złamaniem tej przysięgi.

Shylock był przekonany, że stoi za nim prawo. Sam domagał się bezwzględnego wypełnienia prawa, realizacji postanowień umowy, które trywializował z początku, by wciągnąć Antonia w pułapkę, co staje się jasne wówczas, gdy Antonio okazuje się być bankrutem (na pozór – jak późniejszy rozwój wypadków pokazuje). Zabicie Antonia „na oczach doży, sędziego i wszystkich zebranych” miało więc lichwiarzowi ujść na sucho, bo stało za nim prawo. Shylock nie przewidział jednak możliwych komplikacji prawnych właśnie, a wynikających z innych jeszcze regulacji, jak np. tych, dotyczących zabicia obywatela Wenecji.

Dlaczego mielibyśmy przypuszczać, że Shylock nie wykonałby swojego zamiaru? Wszak nic nie sugeruje, by sam Shylock był gołębiego serca. Jak już pisaliśmy wcześniej, wolałby na przykład ujrzeć swoją córkę martwą, gdyby zwróciło to mu jego kosztowności. Skąd więc przypuszczenie, że do ostatka by grał, a potem się wycofał? Zabicie Antonia byłoby wręcz dla Shylocka korzystne! Pozbawiłoby go to sporego kłopotu – człowieka, który psuł mu biznes pożyczając bez lichwiarskich procentów i wykupując dłużników!

Ale jeszcze kwestia Porcji. Tak, Porcja też przeciąga sprawę do ostatniej chwili. Ale ma to swoje uzasadnienie. Po pierwsze: daje Shylockowi szansę na wycofanie się ze swojego zamiaru, okazanie przez niego miłosierdzia. Shylock na takiej postawie nic by nie stracił. Więcej – zyskałby nawet pod względem materialnym – wszak Bassanio ofiarował mu hojne wynagrodzenie zwłoki w spłacie długu. Po drugie: Shylock chciał prawa, a nie miłosierdzia. I to właśnie dostał. Porcja pokazała konsekwencje ścisłego przestrzegania prawa. Wszak sam Shylock (prze)powiedział: „Na moją głowę niech spadną me czyny!” Tu wszystko jest logiczne, a domniemania Kydryńskiego to zwykłe chciejstwo, które ma jedynie podbudować jego chwiejne wywody.


czwartek, 9 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. II


Pisze dalej Juliusz Kydryński: „Chyba to jasne, że Shylock pada ofiarę spisku zawiązanego przeciwko niemu – to prawda, że pod wpływem szczególnych okoliczności i na pół tylko świadomie...”.


To kolejny nonsens. Autor wprawdzie się zmitygował i dodał, że ów „spisek” został zawiązany „na pół tylko świadomie”, ale to nie zmienia faktu. Jeśli mamy tutaj do czynienia w ogóle z jakimś „spiskiem”, to nie wymierzonym przeciwko Shylockowi, ale mającym na celu ratowanie Antonia i faktycznie „na pół tylko” świadomego lub kompletnie nieświadomego.


Zacznijmy jednak od początku. Antonio, proszony o pomoc przez Bassania, decyduje się zaciągnąć pożyczkę u Shylocka. Robi to dla przyjaciela i swojego „krewnego”, choć gardzi Shylockiem jako lichwiarzem, ale także Żydem (nie rzutujmy tutaj na sztukę naszego doświadczenia II wojny światowej!). Antonio jest przekonany, że dług spłaci bez trudności, wszak zainwestował w po ludzku pewny biznes, który ulokowany jest w kilku okrętach zdążających do różnych rejonów świata. Ba! Antonio jest przekonany, że spłaci dług na miesiąc przed terminem, który wynosi 3 miesiące. Jeśli ktoś tutaj „pada ofiarą”, to jest to z pewnością Antonio, na którego Shylock zastawia pułapkę! Winą Antonia jest może to, że zbytnio ufa w przyszłość i dobra materialne, jest zbyt pewny siebie i to, że dla poratowania przyjaciela decyduje się pożyczyć pieniądze od lichwiarza na procent, co sam potępia.


Shylock natomiast ewidentnie wciąga Antonia fortelem w pułapkę, proponując mu na pozór „śmieszny” i niepoważny kontrakt, jakim jest zobowiązanie się do spłacenia długu funtem własnego ciała, gdyby nie został on oddany na czas. Sugeruje przy tym, że tak naprawdę zależy mu nie tyle na zysku, co na przyjaźni samego Antonia, bo cóż to za zysk w postaci funta ludzkiego ciała! Antonio łatwowiernie, z miłości do przyjaciela daje się omamić, choć Bassanio próbuje początkowo protestować przeciwko takiemu na pozór „niewinnemu” zobowiązaniu. Gdzież jest więc ten spisek przeciwko Shylockowi? To Shylock czuje tak ogromną nienawiść do Antonia, że gotów jest nawet zaryzykować pieniądze (które ewidentnie kocha bardziej niż swoją córkę!), by się na nim zemścić. Ma nadzieję, że statki ulegną katastrofie, a wtedy Antonio stanie się ofiarą jego zemsty. Jego nienawiść jest tak silna, że sam Shylock już nawet nie zważa na stratę w postaci 3 tys. dukatów. Być może zresztą jest to tak naprawdę inwestycja w przyszłość, wszak Antonio psuje mu biznes!


To może w czasie konfrontacji przed księciem dopatrzymy się tego „spisku”, o którym pisze Kydryński? W którym miejscu? Shylock przez cały czas domaga się twardej sprawiedliwości, Antonio jest gotów „jego furii spokój przeciwstawić”. Shylock chce „funt ścierwa”, bo taki jest jego „kaprys”, swoją bezdusznością szokuje wszystkich dookoła i mimo apeli zgromadzonych ciągle domaga się „sprawiedliwości” i wypełnienia zobowiązania. Chce po prostu czystej sprawiedliwości, bez litości. Choć Bassanio proponuje 6 tysięcy dukatów, by spłacić zaciągnięty dług, który wynosi 3 tysiące dukatów, Shylock chce w dalszym ciągu, jak to sam powiada: „ów funt ciała, za który drogo zapłaciłem (...). Odmówić mi go, hańba waszym prawom”. Nic nie wskazuje na to, aby miał się ze swojej zemsty wycofać. Antonio jest gotów postradać życie. W tym momencie niespodzianie zjawia się Porcja, która przybywa w przebraniu, a o której fortelu nie wie ani Antonio, ani nawet sam Bassanio – jej świeżo poślubiony mąż. Pytam więc po raz kolejny: gdzież ten spisek przeciwko Shylockowi? Wszyscy apelują do niego o litość, lichwiarz może odzyskać swoje pieniądze z nawiązką, sam książę mówi: „Na jaką litość liczysz, jeśli sam jej nie masz?”, a Żyd uparcie chce „swój rewers”.


Porcja uznaje zasadność żądania Shylocka – zgodnie z prawem może on żądać funt ciała Antonia. Apeluje więc do Shylocka by okazał litość, Shylock idzie natomiast w zaparte i mówi znamienne słowa:


Na moją głowę niech spadną me czyny!
Chcę prawa, kary i spłaty rewersu.

Coś nam to chyba przypomina, prawda? Skądś znamy to mimowolne proroctwo, czyż nie?


Bassanio tymczasem jest gotów zapłacić więcej nawet niż dwukrotność sumy, wręcz oddać życie swe za przyjaciela, a wreszcie apeluje do Porcji – występującej tu jako znawca prawa, uczony Baltazar, mający rzekomo zastąpić eksperta Bellaria – by nagięła prawo dla ratowania jego przyjaciela, „aby małym złem, wielkie dobro spowodować”. Porcja sprzeciwia się osiąganiu dobra „małym złem” i łamaniu prawa. Gdzież więc ten spisek? Żyd chce sprawiedliwości i sprawiedliwość dostanie. Tylko nie taką, jakiej się spodziewał. Porcja więc nakazuje wypełnienie postanowień zawartej umowy, ale ostrzega, że muszą one być ściśle przestrzegane. I nagle Shylock uświadamia sobie, że przegrał, że jego domaganie się przestrzegania prawa, że jego upór i brak miłosierdzia, spaliły na panewce. I co robi? W tej sytuacji gotów jest nagle przyjąć ofertę Bassania. A Bassanio? Czy widząc, że lichwiarz już przegrał, wycofuje swoją ofertę? Nic z tych rzeczy! W dalszym ciągu chce mu oddać pieniądze! Jednak Porcja – jako Baltazar – interweniuje, stwierdzając, że przecież Shylock:


Odmówił wzięcia ich przed trybunałem,
Sprawiedliwości chciał, więc ma swój rewers.

Zamiast pieniędzy dostanie ścisłą sprawiedliwość. Sam przecież tego właśnie się domagał! Raz jeszcze pytam: gdzie ten spisek przeciwko Shylockowi? Ja go nie widzę, widzę jedynie zapiekłą nienawiść lichwiarza do człowieka, który psuje mu biznes i na którym chce się zemścić. Zamiast zemsty dostanie karę za usiłowanie „zgładzenia wprost lub pośrednio, obywatela miasta”.


wtorek, 7 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. I


Moja genialna żona w ramach jakichś wymian internetowych zdobyła mi około półtora roku temu prawie kompletne wydanie Szekspira w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego. W wolnych chwilach czytam więc poszczególne tomy, uzupełniając braki i czytając po raz kolejny to, co wydawało mi się niegdyś, że znam bardzo dobrze lub w miarę dobrze. Zaletą tłumaczeń Słomczyńskiego jest to, że są one w miarę wierne oryginałowi, czego nie można powiedzieć o znakomitych poetycko tłumaczeniach Barańczaka. Tak przynajmniej wynikło z moich pobieżnych porównań. Nie oznacza to, aby tekst Słomczyńskiego nie był podatny na karkołomne interpretacje, choć w tym raczej najmniejsza wina tego tłumacza. Ale o tym za chwilę.


Pisałem już na tym blogu o jakimś kuriozalnym współczesnym wydaniu nowego przekładu Kupca weneckiego. Nazwiska tłumacza nie pamiętam, ale w oczach dotąd tkwi mi okładka. Przedstawia ona zdjęcie jakiegoś brodacza, który zapewne w zamiarze ilustratora ma wyobrażać Shylocka – postać, która przecież nie jest głównym bohaterem tego dramatu, choć w całej intrydze pełni istotną rolę jako lichwiarz. Ale to nie wszystko – otóż jego broda jest zafarbowana na tęczowo! Tutaj nie sposób już parsknąć śmiechem, choć sam autor zapewne w grobie się obraca. To dość dobitny przykład współczesnych aberracji interpretacyjnych i rzutowania na dzieło wielkiego angielskiego dramaturga poglądów jak najbardziej współczesnych, które musiały mu być absolutnie obce.


Otóż jestem świeżo po lekturze Kupca weneckiego w przekładzie Słomczyńskiego i moja konkluzja jest pozbawiona w zasadzie wszelkich wątpliwości – interpretacja, która czyni z Shylocka głównego bohatera, ofiarę, biednego Żyda, który prześladowany jest przez chrześcijan i wokół którego obraca się cała intryga, pozbawiona jest wszelkich podstaw, choć Juliusz Kydryński w swoim bałamutnym posłowiu do tego wydania próbował udowadniać coś przeciwnego. Kydryński, mówiąc z grubsza, założył sobie, że Szekspir stwarza tutaj pozory, iż Shylock jest niegodziwcem, a tak naprawdę chce nam powiedzieć coś innego. I w myśl tego założenia pojechał po prostu po bandzie, wczytując w tekst Szekspira coś, czego najzwyczajniej w świecie tam po prostu nie ma (a nie ma zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu Słomczyńskiego!). Kydryński po prostu przypisuje Shylockowi intencje, których nijak nie da się wyczytać czy wywnioskować z samego tekstu!


Słowem komentarz autora posłowia jest znakomitym przykładem wspomnianych wyżej aberracji interpretacyjnych, które są projekcjami współczesnych koncepcji i świadomości na tekst powstały kilka wieków temu. O problemie nadinterpretacji czy też wczytywania w dramaty Szekspira rzeczy, których sam Stradfordczyk jako żywo by nie wymyślił, w swoich książkach, a także felietonach, pisze Joseph Pearce. Jedną z nich omawiałem na tym blogu. Bez częstego odwoływania się do brytyjskiego krytyka, przytaczając jedynie wypowiedź Kydryńskiego, spróbuję dać tutaj próbkę tego, na czym polega problem.


Weźmy choćby taki fragment wywodu Juliusza Kydryńskiego, który utkwił mi w pamięci: „Jessica wyraźnie mówi, że wstydzi się ojca (który ze swej strony kocha ją szczerze)...”

Gorszej już bzdury autor posłowia napisać nie mógł. Z tekstu wyraźnie wynika coś wprost przeciwnego: Shylock bardziej kocha swoje kosztowności, które Jessica zabrała ze sobą, niż własną córkę! A jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech przeczyta dialog pomiędzy Shylockiem a Tubalem, jaki toczy się tuż po owym słynnym passusie, który tak często jest przytaczany i podawany jako argument na „antyrasistowską” wymowę dzieła Szekspira („Czyż Żyd nie ma oczu...”)! Oto co ów „biedny” Żyd, ofiara „antysemickiego spisku” mówi o swojej córce, którą rzekomo kocha „szczerze”: „wolałbym mieć córkę martwą tu, u mych stóp, z owymi klejnotami w uszach: wolałbym, aby leżała na marach u mych stóp, z owymi dukatami w trumnie: - żadnych wieści o nich?” Czy tak mówi kochający ojciec???! Ależ jego bardziej interesują kosztowności zabrane przez jego córkę niż ona sama! Nie da się tej wypowiedzi – a przeczytajcie ją sobie całą – w żaden sposób usprawiedliwić ogromnym wzburzeniem rzekomo „kochającego” ojca! Shylock kocha przede wszystkim pieniądze i bogactwo, z pewnością nie własną córkę. A to nie jedyny fragment potwierdzający, że taka jest charakterystyka zamierzona przez autora. Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie sami – przeczytajcie po prostu też inne wypowiedzi Shylocka odnoszące się do jego córki.