Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 03: Tie Break – ciągle dobra muzyka

Moja małżonka, oprócz malowania na szkle, zajmuje sobie czas robieniem porządków i sortowaniem różnych rzeczy, na co nigdy nie ma czasu. Nie narzeka na nudę. Ja zresztą też nie. Wczoraj wyciągnęła gdzieś z szafy starego walkmana jej śp. brata. Stary walkman jest jak nowy, choć początkowo mieliśmy wątpliwości, czy po włożeniu baterii będzie odtwarzać muzykę. Musiał chyba być w swoim czasie jednym z nowocześniejszych sprzętów. Ładne wykonanie. Okazało się, że chodzi jakby wyszedł dopiero z fabryki.

Dzisiaj moja małżonka zaczęła wyciągać stare kasety magnetofonowe, których mamy jeszcze razem dość sporo. Wśród nich znalazła się jedna, o której myślałem, że już mi przepadła. Nawet parę razy myślałem o kupnie płyty. Bardzo się ucieszyłem, gdyż kiedyś, przed wieloma laty, słuchałem jej bardzo często. W dalszym ciągu jakość jest bardzo dobra, nawet jak na taśmę magnetofonową. Z radością zacząłem jej słuchać.

Po latach nie zmieniłem swego zdania: „Poezje ks. Jana Twardowskiego” w wykonaniu zespołu Tie Break brzmią po prostu rewelacyjnie. Chyba do tej pory nie udało się nikomu nagrać tak dobrej płyty z tą poezją. Przynajmniej nic takiego nie udało mi się znaleźć.

Ale to nie tylko znakomita interpretacja poezji religijnej ks. Twardowskiego, to po prostu wspaniała muzyka. Jedna z najlepszych płyt w historii polskiej muzyki... waham się, czy użyć tu słowa „rozrywkowej”, bo to coś więcej niż tylko muzyka rozrywkowa. Jest tu dynamika, kapitalne aranżacje i rozwiązania muzyczne. Kilka utworów z tej płyty należy do moich ulubionych i tych, które uznaję za hity wszechczasów. Takie piosenki jak: „nie umiem”, „sprawiedliwość”, „żeby móc” i nie tylko te nic się nie zestarzały. W przypadku piosenki „żeby móc” jest w niej fragment, który po prostu za każdym razem mnie powala, kiedy go słucham. Nie znam się na terminologii muzycznej, ale jest w niej po prostu taka nagła zmiana rytmu, przeskok, który chwyta mnie za serce i na który zawsze czekam. Wspaniałe wykorzystanie wszystkich instrumentów. Cudowny saksofon. Kiedyś wrzuciłem tutaj ten utwór z YouTube.

To dla odmiany dzisiaj coś innego z tej kasety/płyty, również mój ulubiony utwór: „nie umiem”.


środa, 6 listopada 2019

Czerwona panienka z okienka i alternatywny polityk-muzyk w samobójczym locie

Muszę powiedzieć, że z dużym zainteresowaniem, rozbawieniem i niesmakiem obserwuję lot piosenkarza, który niegdyś śpiewał „Jak ja was, ku...wy, nienawidzę”. Nawet nie chodzi o to, by do tej pory ten lot był nieposzlakowany, bo przecież co starsi pamiętają jeszcze z pewnością np. piosenkę „ZChN się zbliża”, w której autor wykorzystał znaną melodię kościelną, i kontrowersje wokół tamtego wyskoku. Sam zresztą do najbystrzejszych nie należy. Ale w końcu to też nie jest powód do rozpaczy. Sam do bystrzejszych nie należę i jakoś żyję.

Zasługą twórcy partii/ruchu swojego imienia było – przy wszelkich zastrzeżeniach –wpuszczenie do Sejmu poprzedniej kadencji ludzi, którzy normalnie nie mieliby szansy tam zaistnieć i którzy wprowadzili tam trochę zdrowego fermentu, rozbijając dwupartyjny monopol. I w gruncie rzeczy to by było na tyle...

Najpierw alternatywny muzyk postanowił uratować przefarbowaną na zielono postkomunistyczną partię (ratując swoje miejsce w Sejmie?), w której schroniły się również różne stwory wyrzucone z PO. A teraz wygaduje głupoty w programie czerwonej panienki, która panienką już nie jest, ale której panieńskie nazwisko kojarzy się nieodmiennie z najgorszą komunistyczną swołoczą.

Sama czerwona panienka może sobie robić programy, jakie zechce, jeśli robi to za swoje pieniądze. Można by też powiedzieć, że nie jest jej winą, że takiego, a nie innego, miała ojca. Choć mam wrażenie, że z tego akurat powodu wstyd jej nie jest. Ale czy musi u niej pojawiać się człowiek, który chciał rozwalić skostniały system? I przy tym jeszcze wygadywać bzdury usprawiedliwiające jej ojca i stan wojenny? Gdzie go teraz zobaczymy? W programie Urbana? Popijającego wódeczkę w towarzystwie starych komuchów i planującego „nowe rozdanie”? Aż tak zmienia wejście w politykę?


czwartek, 29 sierpnia 2019

Rodzina to namiastka nieba na ziemi

Ofensywa totalitarnej ideologii LGBT na Polskę ma swój cel – jest nim zniszczenie tradycyjnej rodziny. Nie chodzi w tym o żadną miłość i tolerancję, o czym mogli się przekonać wszyscy choć trochę myślący, którzy oglądali relacje i zdjęcia z tzw. „marszów równości”. Profanowanie wizerunków Matki Boskiej, kpienie z Kościoła, ataki na duchownych, bluźniercze parodie Mszy świętej... Czy naprawdę trzeba więcej? Już niedługo może się okazać, że takie obrazki, jak z tego wideoklipu muzycznego, staną się przeszłością, a po naszych ulicach będą chodzić stwory takie, jakie można znaleźć tutaj (ostrzegam, że jest to dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, ale także dla tych, którzy łudzą się, że czytanie dzieciom przez tzw. „Drag Queen” to tylko niewinna przebieranka).

Może ktoś woli cięższe rytmy, może ktoś woli mniej sentymentalne dźwięki, ale ten teledysk, jest jak łyk świeżego tlenu, kiedy się pomyśli o tym paskudnym objazdowym tęczowym cyrku, jaki nawiedzał w ciągu tego roku kolejne miasta Polski. Po prostu chrońmy rodzinę!



Tymczasem różnej maści celebryci i gwiazdki muzyki pop z Zachodu są na pierwszej linii frontu cywilizacji śmierci. Jeśli następnym razem usłyszycie jakiś ich utwór o miłości, to zastanówcie się, o czym oni tak naprawdę śpiewają. Może ta ich „miłość” ma dużo więcej wspólnego ze śmiercią i nienawiścią, niż się może wydawać, a na pewno wiele wspólnego ze zwykłym egoizmem:

czwartek, 14 lutego 2019

„Zimna wojna” – piękna, czarno-biała wydmuszka

Po dłuższym czasie przełamałem się i zdecydowałem się z żoną obejrzeć Zimną wojnę Pawła Pawlikowskiego. „Przełamałem się” – bo po naszym poprzednim doświadczeniu z Idą bałem się, że film będzie rozczarowaniem, choć piękny, czarno-biały „trailer” zapowiadał wiele. Niestety moje obawy okazały się prawdziwe.

Zacznijmy jednak od pozytywów. Film jest przepięknie sfilmowany, każda scena starannie dopracowana, plenery perfekcyjnie dobrane. To bez wątpienia atut filmu. Widać tutaj mistrzostwo Pawlikowskiego albo operatora kamery, albo i jednego, i drugiego. Osadzenie tej historii głównie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych także mi odpowiada. Atmosferę tamtych lat podkreślają czarno-białe zdjęcia, co pewnie świadczy do jakiegoś stopnia o filmowych inspiracjach samego autora. Dodatkowo Paryż czy nawet Jugosławia na tle siermiężnej rzeczywistości PRL-u wyglądają niemal jak utracony raj.

Niebywałym atutem całego filmu jest muzyka. Ponieważ lubię jazz lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, to jest to cecha filmu, którą reżyser był w stanie mnie ująć. Także wątki ludowe, zwłaszcza muzyka, nadają całemu obrazowi swoistej atmosfery. Chociaż tutaj mam wrażenie, że chodziło również o dodanie do tego obrazu pewnej egzotyki, a taką dla zagranicznego widza bez wątpienia będzie folklor.


Jeśli wszystko jest tak piękne, to dlaczego jest tak źle? Po pierwsze film, podobnie zresztą jak Ida, jest tak naprawdę nudny. Już po paru pierwszych minutach – no, może kilkunastu – zacząłem się nudzić. Jedyne, co mi tę nudę jakoś rekompensowało, to raz jeszcze: piękna muzyka i zdjęcia. Ale pięknymi zdjęciami i muzyką mogę się delektować w filmach Tarkowskiego, gdzie nadają one całości głębi i tajemnicy, a film Pawlikowskiego to piękna wydmuszka. Cóż z tego, że jest w tym jakaś nostalgia? W połowie filmu miałem już naprawdę dosyć, gdybym siedział w kinie i był sam, pewnie bym zasnął albo ostentacyjnie wyszedł. Zacisnąłem zęby i dotrwałem do końca.

Fabuła tego filmu jest tak naprawdę idiotyczna i straszliwie infantylna. Wiem – tu pewnie chodzi również o pokazanie tej całej beznadziei PRL-u. Choć nie jestem do końca tego pewien. Zresztą, jeśli o to chodzi, to znacznie lepiej beznadzieję PRL-u pokazuje choćby mniej wysmakowany, mniej doskonały czy mniej dopracowany (i pewnie dysponujący mniejszym budżetem) Wyklęty Konrada Leckiego. Przy wszystkich możliwych do wytknięcia wadach obraz Leckiego wzrusza i nie pozostawia obojętnym. Obraz Pawlikowskiego budzi co najwyżej wzruszenie ramion i pozostawia w pamięci muzykę i parę obrazów.

Zakończenie filmu jest tak naprawdę zerżnięte z Kroniki wypadków miłosnych Tadeusza Konwickiego, jak również adaptacji tej powieści w reżyserii Andrzeja Wajdy. To jeszcze bardziej podkreśla infantylność całej fabuły. Gdyby to była historia dwojga nastolatków, pewnie nie pozostawiałaby ona nas obojętnymi. Również pomysł ze zrujnowanym kościołem czy cerkwią nasuwa skojarzenie z innym filmem - z Gnojmi Jerzego Zalewskiego. Choć tutaj inspiracja wydaje się może mniej oczywista, to z początku nawet myślałem, że jest to ten sam budynek.

Jeśli chodzi o grę aktorów, to można odnieść wrażenie, że jest ona żadna. Wiem – brak przesady, spokój i opanowanie z pewnością wymagają od aktorów sporych umiejętności. A Pawlikowski zdaje się unikać w swoich filmach przesadnych gestów – wszystko jakby odbywa się poza słowami, gdzieś w głowach bohaterów może. „Tylko spokój i wolne ruchy”, jak powiadał mój szwagier. Stąd może poczucie nudy. Stąd śmieszna jest wściekłość Zuli, granej przez Joannę Kulig, kiedy w Paryżu wyrzuca ona Wiktorowi, granemu przez Tomasza Kota, że się zmienił, że w Polsce był inny, a kiedy ten strzela ją nagle w twarz, że oto wreszcie przez chwilę jest sobą. Widz patrzy, przeciera oczy ze zdumienia i pyta się: Naprawdę? A czymże różni się nasz Wiktor od tego oportunisty z Polski, który nie potrafił zaprotestować przeciwko mieszaniu komunistycznej agitki w występy jego zespołu? Ach! No tak! On był wówczas pewnie tylko przebiegły, bo już planował ucieczkę na drugą stronę żelaznej kurtyny. Trudno także tak naprawdę uwierzyć w trwanie tej miłości mimo wszystkich barier i w zdolność Wiktora do takich gestów, jak jechanie na drugi kraniec Europy, by spotkać swoją ukochaną. Prędzej już w tę podstarzałą kochankę, niezbyt utalentowaną francuską poetkę.

No cóż, gdyby Pawlikowski nakręcił jedynie czarno-biały teledysk, byłoby naprawdę nieźle. Na nasze nieszczęście nakręcił piękną, pełnometrażową wydmuszkę, którą będą się zachwycać nasi rodzimi i zagraniczni krytycy. Jeśli nie dostanie za nią Oskara, to będzie to bardzo dziwne. W końcu otrzymał go tak głupi, propagandowy gniot jak Kształt wody. Również pięknie sfilmowany.

Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski, Polska, Francja 2018.


czwartek, 13 grudnia 2018

W rocznicę stanu wojennego

Na wspomnienie kolejnej rocznicy stanu wojennego stwierdziłem, że przypomnę piosenkę barda tamtych czasów, Przemysława Gintrowskiego. Ktoś zmontował wideo składające się ze zdjęć samego piosenkarza. Akurat to jeden z tych utworów w jego wykonaniu, który do tej pory bardzo lubię. Pamiętam duży jego koncert we Wrocławiu z udziałem oczywiście Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (który zmarł w tym roku przecież), tłumy ludzi wracające po występie ulicami pod koniec lat osiemdziesiątych. I mały, kameralny koncert już samego tylko Gintrowskiego w Teatrze Kameralnym we Wrocławiu, artysta miał chyba złamaną nogę, jeśli mnie pamięć nie myli. Taki symbol odchodzenia w przeszłość...

środa, 10 października 2018

Pro publico Bono?


W czasach, kiedy wielkie korporacje przejęły rolę kapłanów i uczą nas tolerancji i miłości do inności, cenzurują i karzą za niepoprawne myśli, muzycy zajmują się polityką. Bono, gwiazdka muzyki pop, od dawna angażuje się w politykę i różnego rodzaju działalność charytatywną. Ma pieniądze, to kto mu zabroni?

Bono to ten sam łobuz, który poparł głosowanie za uchyleniem zakazu aborcji w Irlandii. Autor wzruszających piosenek o miłości poparł barbarzyńskie prawo dopuszczające mordowanie najbardziej niewinnych i bezbronnych z istot ludzkich. To wszystko oczywiście „in the name of love”, a jakże inaczej!

Teraz Bono postanowił pomóc Europie i Afryce, a także... Polsce. Widać, że bardzo na sercu leży mu Konstytucja. Strach się bać normalnie!

poniedziałek, 8 października 2018

Z cyklu: Myszkując po Internecie – „Dwa serduszka, cztery oczy”


Nie oglądałem jeszcze filmu „Zimna wojna” Pawlikowskiego. Mam nadzieję, że jest to obraz lepszy niż nieszczęsna „Ida” – film nudny i przyprawiający nam gębę antysetmitów. Zachwycił mnie natomiast „trailer” „Zimnej wojny” – i chyba trudno, żeby nie zachwycił każdego, kto kocha jazz, choć same, wysmakowane czarno-białe zdjęcia również robią swoje. Jazzowa interpretacja ludowej piosenki „Dwa serduszka” jest moim zdaniem powalająca. Przyznam się ze wstydem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tej piosenki, a więc postanowiłem (za namową mojej żony, która oczywiście takie rzeczy zna), sprawdzić, czy można znaleźć jeszcze inne wersje – zarówno ludowe, jak i może jazzowe – tego utworu. Okazuje się, że owszem i to dość spory wybór, z którego kilka wersji jest równie interesujących lub niemal interesujących, jak ta, która reklamuje film Pawlikowskiego.

Najpierw więc interpretacja z „trailera”. Potem wersja ludowa w wykonaniu Mazowsza i ciekawa i dobrze zaśpiewana wersja Magdy Umer i Anny Marii Jopek. Na końcu interpretacja instrumentalna Wojtka Gogolewskiego (co to za mania na infantylizm z tymi zdrobnieniami imion – chodzi o to, że łatwiej wymówią je na Zachodzie?), której początek wydał mi się nieco banalny i może nawet ześlizgujący w stronę jakiegoś disco, ale potem jest naprawdę dobrze.





piątek, 14 września 2018

Z cyklu: Myszkując po Internecie: Pieśń grobu


Nie wiem, czy jest to ten typ śpiewania, który by mi szczególnie odpowiadał (bo podoba mi się i nie podoba zarazem), ale sam „klip” muzyczny bardzo mi się podoba. Zarówno pod względem doboru obrazów mówiących o przemijaniu i pięknie świata zarazem, jak i towarzyszących im naturalnych dźwięków, które współgrają z dźwiękami gitary i śpiewem. A ponieważ jest piątek, a więc wspomnienie Męki Pana Jezusa (dla wielu już niestety to zwłaszcza dzień, by dać sobie w gaz i zaszaleć na parkiecie), więc wydaje mi się, że piosenka o śmierci jest jak najbardziej na miejscu. A zatem: Pieśń Grobu Wojciecha Kassa w wykonaniu Jarosława Chojnackiego:



poniedziałek, 13 sierpnia 2018

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Z życia mikrobów XXX: O „niewiarygodnych kretynach” i wybitnych artystach


Roger Waters przyjechał do Polski, by robić demokrację wśród białych Murzynów Europy. Umieścił Jarosława Kaczyńskiego na liście neofaszystów i okrasił swoje występy hasłami na telebimie typu: „Konstytucja!”, „Set the media free” itp. Jestem ciekaw, czy pan Waters wie cokolwiek o polskiej konstytucji albo miał okazję przeczytać chociaż jej fragment w tłumaczeniu na angielski. Pomijam już takie totalne głupoty, jak hasło „Set the media free”. Pan Waters zapewne wystąpił w katakumbach, nikt o tym nie napisał i nikt tego nie pokazał, więc stąd ten „dzielny” slogan. Na dodatek okazuje się, że sam Waters jest... antysemitą, a wcześniej chwalił Putina. I to by chyba wystarczyło, jeśli chodzi o obcych celebrytów i użytecznych idiotów, którzy mają kiełbie we łbie i mogą sobie pogadać o konstytucji z panem Zdzisiem, który z menelami popija najtańsze wino na ławeczce... Przepraszam, chyba obraziłem pana Zdzisia.


No cóż... ale mamy jeszcze naszych lokalnych celebrytów, którzy z każdą wypowiedzią dowodzą jedynie, że w ogóle nie warto się przejmować tym, co mówią (o czym już pisałem parę razy), tylko potraktować ich jak małe dzieci powtarzające nieświadomie wulgaryzmy – czyli nie reagować, nie zwracać na nie uwagi, poczekać, aż im przejdzie, zapomną albo zaczną się domagać cukierka.


Pan Saramonowicz popisał się pogardą do rodaków w medium społecznościowym. Fragment jego jakże inteligentnej, błyskotliwej i ciętej jak brzytwa wypowiedzi: „Ludzie to niewiarygodni kretyni. Można im wcisnąć każde g...no, tylko należy głośno drzeć mordę, że to się robi dla ich dobra”. Oczywiście kretynem nie jest sam pan Saramonowicz, który przejrzał to wszystko, nie drze mordy i nie da sobie wcisnąć każdego „g...na”, a teraz ogłasza to wszem i wobec. On należy do elity. Tej samej elity, do której należy pan Hołdys i ta pani... jakże jej tam... Maggie czy Megan, która narzekała na „okrucieństwo, toksyczny gniew i intelektualną nieuczciwość na najwyższym poziomie”. Tylko czekać, aż pan Saramonowicz ogłosi wszem i wobec, że się wycofuje z mediów społecznościowych, bo to kloaka i szambo, a on jest zbyt wrażliwy i nieprzystosowany, by tkwić w tym bagnie.


Oj, przygrzewa słońce, przygrzewa! Dobrze, że chociaż poranki są już chłodniejsze.


poniedziałek, 9 lipca 2018

Ludzie listy piszą, czyli co ma piernik do wiatraka?


Niedawno żona znanego piłkarza napisała list (listy?) do Polaków. Teraz „mędrzec” Europy napisał list do lidera The Rolling Stones. Z miejsca stał się oczywiście pośmiewiskiem Internetu, ale jakby nie zauważając swojej śmieszności brnie ponoć dalej w ten kanał i zamierza napisać do lidera grupy Pink Floyd.


Gdyby nasz „mędrzec” po prostu wyraził swój entuzjazm do muzyki słynnej brytyjskiej grupy rockowej, to można byłoby na to machnąć ręką. Ale on oczekiwał jakichś działań na rzecz „demokracji” w Polsce! Na szczęście sam Jagger miał więcej oleju w głowie niż przeciętny celebryta oraz „mędrzec” i stwierdził: „Polska to piękny kraj, ale ja jestem za stary, żeby być sędzią. Ale nie jestem za stary, żeby śpiewać”.


„Mędrzec” stał się pośmiewiskiem Internetu – i słusznie! Dziwne jednak, że pośmiewiskiem Internetu i w ogóle całej Polski nie stają się poważne media, gdy nagłaśniają wypowiedź jakiegoś celebryty, jakieś gwiazdki filmu lub muzyki pop, jakiegoś mniej lub bardziej znanego aktora na temat aborcji, wolnych sądów, konstytucji, praw homoseksualnych itp., itd. Dlaczego tak się nie dzieje?


Być może dlatego, że na co dzień ludzie nie uświadamiają sobie absurdalności, jaką jest emocjonowanie się wypowiedziami znanych gwiazdek na wymienione tematy. Fakt, że ktoś pojawia się często w telewizji, jeździ po świecie z występami i oglądany jest na ekranach kin nie przekłada się na kompetencje tej osoby do wypowiadania się na tematy związane z polityką, moralnością czy choćby... astrofizyką. Wyobrażacie sobie, jakie wybuchy śmiechu wzbudziłaby jakaś Beyonce czy inna Madonna, gdyby w wywiadach telewizyjnych dywagowała na temat życia na Marsie? Dlaczego zatem ktokolwiek przejmuje się nonsensami, które jakaś Gretkowska, jakiś Sthur czy inny Hołdys wypowiada na temat polityki, związków homoseksualnych, genderyzmu, sądownictwa aborcji, in vitro? Oni nawet nie potrafią powiedzieć nic sensownego poza zwykłymi inwektywami! Różni mądrale kiedyś prawili, że krzyk jest oznaką braku argumentów. A czym innym jest wulgaryzm?


Lech Wałęsa, nie zdając sobie z tego sprawy, jedynie pokazał, jak bardzo idiotyczne jest ekscytowanie się wypowiedziami osób, których jedyną kompetencją jest sława, na tematy zupełnie nie związane z wykonywanym przez nie zawodem.


piątek, 11 maja 2018

Nasi mali czarodzieje, złodzieje pamięci


Myśląc sobie dzisiaj o Żołnierzach Wyklętych, ze smutkiem skonstatowałem, jak bardzo przez ćwierć wieku urabiano naszą narodową świadomość. I jaką rolę odegrali w tym ludzie kultury i pop-kultury. Ci sami, którzy teraz tak chętnie oskarżają obecny rząd o „bolszewizm”, „faszyzm” i inne zbrodnie. Z jednej strony jest to już stare pokolenie – tych, którzy wychowali się w PRL-u i w tamtej epoce robili kariery. Z drugiej młodsi, którzy wychowali się w tej całej zakłamanej rzeczywistości, w tym kokonie, którym otoczono Polskę po tzw. „transformacji”.

Zastanówmy się bowiem nad takim faktem: dopiero od niedawna tak naprawdę robi się filmy o żołnierzach podziemia niepodległościowego walczących z sowieckim okupantem, z komunistami, pisze się o nich książki, śpiewa. Trzeba było niemal ćwierć wieku, by się tego doczekać! A co robili ci wszyscy piosenkarze, aktorzy, reżyserzy, artyści wszelacy wcześniej, by odzyskać Polskę, polską myśl, polską historię, polską świadomość, polską tradycję? Przebierali nogami do Europy, by teraz rozpaczać, że do niej nie weszli?! Kpili z polskości cytując i grając Gombrowicza i Mrożka?

Razi ich rząd PiS-u? A ilu z nich protestowało, wygłaszało buntownicze deklaracje, kiedy prezydentem zostawał Kwaśniewski? Ilu z nich się oburzało, gdy premierem był Leszek Miller? Ilu z nich deklarowało, że wyjadą z Polski, jeśli pogrobowcy PZPR ponownie wygrają wybory? To ich nie raziło, nie przerażało? Czemu nie huknęli – oni, ludzie kultury! – kiedy Kwaśniewski opowiadał dyrdymały, by wybrać przyszłość? Nie zdawali sobie sprawy z roli, jaką odgrywa tradycja w świadomości narodu?

Dlaczego na początku lat dziewięćdziesiątych nie robili filmów o rotmistrzu Pileckim? Nie opowiadali językiem kina o straceńcach, którzy wbrew wszelkim szansom wciąż walczyli o Polskę po 1945 roku? Dlaczego nie wydobywali z mroków zapomnienia postaci takich, jak np. Florian Czarnyszewicz czy Sergiusz Piasecki, nie kręcili filmów na podstawie ich powieści i opowiadań, nie wystawiali spektakli? Dlaczego nie opowiadali masowemu widzowi o utraconych Kresach? A kiedy już to ktoś zrobił, to czy koniecznie musiał sięgnąć po prozę byłego komunistycznego prokuratora i żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Naprawdę tak trudno było znaleźć inspirację w innych dziełach?

Jeśli już padały jakieś pomysły na film wojenny, to były to koncepcje nakręcenia nowej wersji Kapitana Klossa albo „Czterech pancernych”. Tak jakby ci ludzie nie mieli dostępu do innej literatury, prawdziwych świadectw, niesfałszowanych opowieści o wojennej i powojennej rzeczywistości! A mogli sięgnąć przynajmniej po wstrząsające relacje „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali...” zebrane przez pupilka salonu Jana Tomasza Grossa (tak, tak, tego samego!) i Irenę Grudzińską-Gross i stworzyć z tego tragikomiczną (z naciskiem na pierwszy człon) panoramę zagłady Kresów.

Gdyby na początku lat dziewięćdziesiątych powstały filmy i seriale o Żołnierzach Wyklętych, gdyby powstał pełnometrażowy i wysokobudżetowy film o rotmistrzu Pileckim, gdyby taki film, jak „Wyklęty” został nakręcony np. w roku 1992, gdyby zrobiono film na podstawie np. „Wicika Żywicy” czy „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, Kwaśniewski nie miałby szans na to, by zostać prezydentem RP (dobrze wiedział, dlaczego wybierał przyszłość). Cimoszewicz nie ośmieliłby się dzisiaj pokazać publicznie. Jaruzelski z Kiszczakiem zostaliby zdegradowani do stopnia szeregowca już w latach dziewięćdziesiątych, a dzisiaj nie byłoby już dawno ani jednej ulicy kojarzącej się z czasami komuny.

Bajki tu opowiadam! Przecież wiadomo, że zakulisowi i jawni macherzy by do tego nie dopuścili! Nie po to był okrągły stół i rozmowy w Magdalence, nie po to 4 czerwca 1992 roku. Żaden też z tych aktorów, piosenkarzy i różnej maści artystów, którzy tak dzisiaj chętnie krytykują obecne rządy i tęsknią do Europy, nie nadstawiałby karku. Oni są po prostu częścią tego wielkiego systemu mydlenia oczu i zakłamywania rzeczywistości, obojętnie czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie. Koniec, kropka.

poniedziałek, 7 maja 2018

Dobry celebryta to martwy celebryta


Nie, nie nawołuję do mordowania gwiazdek pop czy strzelenia do aktorów. Stwierdzam tylko jeden fakt: należy z dużą ostrożnością podchodzić do różnych nawróceń czy deklaracji wiary ze strony wszelakich celebrytów – i to zarówno rodzimych, jak i tych znanych na całym świecie. Póki są na tym świecie, mogą wywinąć niezły numer. Nawet jeśli nie wdadzą się w romans na boku, nie zaćpają na śmierć, to może się okazać, że choć oficjalnie deklarują się jako katolicy, są na bakier z moralną nauką Kościoła.

Sam kiedyś ekscytowałem się słynnymi swego czasu nawróceniami w środowisku muzyki alternatywnej czy po prostu młodzieżowej w Polsce. Gdzieś wśród książek mam chyba przynajmniej dwie z wywiadami z takimi nawróconymi muzykami. Świadectwo ich życia robiło na mnie ogromne wrażenie i pewnie do tej pory mógłbym sporo dobrego o nich powiedzieć. Wielu z nich jest wciąż czynnych zawodowo, angażują się oni w różne przedsięwzięcia, niekoniecznie o charakterze religijnym, ale także np. patriotycznym. Nie śledzę ich karier teraz zbyt uważnie, ale wydaje mi się, że owoce ich działań są dobre. Choć mogą pewnie budzić różne kontrowersje, to zdaje się, że są one bardziej natury estetycznej i nie mają związku z ortodoksją katolicką.

Z drugiej strony jednak wszelka ekscytacja powinna tu być tonowana. Nie róbmy świętych z ludzi wciąż żyjących. Dopiero po ich śmierci w pełni będzie można ocenić owoce ich życia. Nawrócony czy deklarujący swój katolicyzm celebryta może okazać się osobą po prostu... głupią albo najzwyczajniej w świecie niezrównoważoną, nieodpowiedzialną czy podatną na wszelkiego rodzaju pokusy, co potem może w kiepskim świetle przedstawiać jego deklarowaną wiarę.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że takiej osobie często wydaje się, iż ma jakieś szczególne prawo do zabierania głosu w sprawach publicznych i firmowania swoją twarzą różnych działań, które nie mają żadnego związku z wykonywanym przez nią zawodem muzyka, aktora czy innego szołmena. Jeśli nagłaśnia się jej opinię na temat polityki, to równie dobrze można by nagłaśniać opinię na ten sam temat pana Zenka z wulkanizacji, pani Ani z zakładu fryzjerskiego czy pana Zdzisia z lokalnej piekarni. Może się okazać, że te tzw. „proste” osoby mają więcej oleju w głowie niż taka głośna gwiazda. Niestety nie mają takich możliwości finansowych ani takiej sławy, by swoje pomysły wcielać w życie. Niestety mają je celebryci.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, ale nie tylko, nie dostrzega tego mylenia kompetencji. Jeśli słynna gwiazda, która na dodatek deklaruje swój katolicyzm, poprze np. kampanię na rzecz prawa dopuszczającego aborcję, czyli mordowanie nienarodzonych, to niektórym zaczyna się mieszać w głowach i sądzą, że może Kościół się myli w swej nauce. Nie, nie myli się. To pstro w głowie ma ta słynna gwiazda. Niech lepiej śpiewa piosenki lub gra w filmach, a skoro deklaruje swój katolicyzm, to niech nie wypowiada się na tematy, na których kompletnie się nie zna, a może powiedzieć przy tym coś, co będzie nie tylko głupie, ale również być może postawi ją w sytuacji grzechu ciężkiego, nie mówiąc już o niepowetowanych stratach i zniszczeniach, jakie ich głupota może wywołać.

Jeśli więc macie zamiar wybrać się na koncert U2, kupić ich płytę lub poprzeć jakąś ich akcję, to się dobrze zastanówcie. Zwłaszcza, jeśli jesteście katolikami. Wsparcie, jakie ta banda łobuzów (bo inaczej się ich określić nie da) udzieliła dla zmiany prawa w Irlandii po to, aby dopuścić mordowanie nienarodzonych, tylko potwierdza to, co napisałem na samym początku – dobry celebryta to martwy celebryta. Oby Pan Bóg przywrócił im rozum, nim zejdą z tego świata (najlepiej śmiercią naturalną i mając wciąż jeszcze szansę na nawrócenie i naprawienie ewentualnych szkód). I pomyśleć, że te szarpidruty ilustrują swoje poparcie dla zbrodniczego prawa umożliwiającego szlachtowanie niewinnych istot... serduszkiem! Hitler mógłby się od nich wiele nauczyć!

piątek, 20 kwietnia 2018

Życiowy dramat Jerzego Stuhra


W przypadku wielu aktorów lepiej jest oglądać ich na scenie lub w filmie, niż słuchać „mądrości”, które mają nam do zaoferowania. Albo taki aktor okazuje się totalnym kabotynem, albo zdarzają się przypadki, kiedy wręcz przydałaby się pomoc egzorcysty. Rzadko zdarza się, że sława medialna łączy się z wybitnością intelektu. Na tym zresztą polega problem – sława, jaką zapewnia takim celebrytom kultura obrazkowa i coraz bardziej zaawansowane pod względem technologicznym media, mylona jest z jakiegoś powodu z wybitnością intelektualną. To znaczy: uważa się, że taki aktor czy aktorka ma prawo do wypowiadania się na tematy, które nie mają nic wspólnego z ich profesją, a dotyczą tak szerokiego spektrum zagadnień jak: moralność seksualna, moralność jako taka, polityka, życie Kościoła, homoseksualizm, prawo do życia, prawa kobiet, prawa wyborcze, konstytucja, sądownictwo, prawo kanoniczne, Unia Europejska, wolne niedziele, związki zawodowe itp., itd.

Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że fakt bycia gwiazdą telewizyjną czy filmową nie oznacza, że zaraz taka osoba jest lepszym ekspertem od np. stosunków międzynarodowych niż dajmy na to pan Władek, który jest fryzjerem w jakimś Pcimiu Dolnym (bez obrazy zarówno dla Pcimia, jak i dla pana Władka) i codziennie w wolnych chwilach czyta różne gazety, by się dowiedzieć, co na świecie słychać. To, że ktoś mówi pięknie Szekspirem na scenie, nie oznacza, że zaraz posiadł mądrość i intelekt wielkiego Stradfordczyka. Może oznaczać, że jest wrażliwy na piękno słowa i niuanse językowe, że będzie odróżniał mowę niską od wysokiej, ale niekoniecznie idzie to w parze z jakąś niezwykłą mądrością czy wyższością moralną. Takie złudzenia miał wybitny poeta Josif Brodski, któremu się wydało, że jak ktoś przeczytał Dostojewskiego, to już nie może być taki zły. Jakoś umknął jego uwadze fakt istnienia subtelnych miłośników wielkiej sztuki, muzyki i poezji, którzy nosili mundury SS.

Co jakiś czas popis daje rodzina Stuhrów. Jak nie młody Stuhr, to stary coś chlapnie. I tak w kółko. Albo młodemu się pomyli Cedynia z Głogowem, albo stary odgraża się, że „nie boi się biskupów”. Poziom głupstw wypowiadanych przez ojca i syna jest taki, że naprawdę jakiś impresario mógłby im doradzić, żeby zamilkli. Chyba, że jest to obliczone na rozgłos za wszelką cenę: lepiej by ludzie mówili o nich źle, niż by nie mówili wcale.

Ostatnio Jerzy Stuhr pożalił się, że całe życie chciał być Europejczykiem. Naprawdę współczuję mu. Ja jakoś nigdy takiego problemu nie miałem. Całe życie się nim czułem, nawet gdy Polska była tłamszona pod sowiecką okupacją, a pan Jerzy brylował w komunistycznych mediach. Nie wiem, może wybitny aktor ma jakiś inny system wartości albo coś, ale trudno w to uwierzyć, bo jeśli się dobrze orientuję, to pochodzi z zacnej rodziny, choć o korzeniach austriackich (co zresztą powinno mu tę samoocenę poprawić). Cóż więc tak biednemu aktorowi doskwiera? Jaki dramat życiowy nie pozwala mu zostać Europejczykiem?

Cóż, to nie pierwsza taka głupota, jaką aktor (i reżyser przecież!) wypowiedział. A tak jakoś przy okazji (i pewnie trochę bez związku) przypomniał mi się fragment tekstu Jana Polkowskiego „Niema Polska”: „(...) problemu pozazawodowego serwilizmu polskich intelektualistów (...) się na wszelki wypadek nie bada. Gdyby rzeczowo przeanalizować dochodowe wazeliniarstwo Jarosława Iwaszkiewicza i wielu pisarzy mniejszego kalibru, może dzisiaj Jerzy Stuhr nie uważałby się za herosa, dołączając do hałaśliwej hałastry i ogłaszając z dumę: nie boję się biskupów”.


sobota, 3 marca 2018

Atak nazistów z Marsa na Polskę, czyli ich ojcowie, ich matki święcą triumf


Tak mi się jakoś dzisiaj wieczorem przykro zrobiło. Czekając na żonę w samochodzie, słuchałem mimo woli popularnej (chyba) audycji z muzyką klasyczną. W którymś momencie pani prowadząca program, przedstawiając kolejny utwór, powiedziała mniej więcej coś takiego: że jest to kompozycja do filmu o „nazistowskim ataku na Polskę” (sic!).

No cóż... Gdyby to powiedziała prezenterka jakiejś zachodniej audycji radiowej, może machnąłbym ręką, co najwyżej zastanawiając się, czy łączy ona tych nazistów z jakąś określoną nacją i jaka jest w ogóle jej świadomość historyczna. Ale żyję w kraju, gdzie pewnie jeszcze wielu moim rówieśnikom, choć urodzili się już sporo lat po wojnie, język niemiecki (tak jak rosyjski zresztą) kojarzy się z językiem okupanta, a nie tylko z wybitnymi dziełami literatury światowej.

Może już niedługo usłyszymy w polskim radio muzykę do filmu o nazistowskim ataku na Niemcy. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w eleganckich mundurach SS występowali w nim butni chłopcy o słowiańskich blond włosach i niebieskich oczach, noszący bardzo swojsko brzmiące imiona, takie jak np. Władek, Staszek i Janek.

wtorek, 28 lutego 2017

„Nature Boy” na koniec karnawału

Internet przy swoich wadach pozwala na wiele rzeczy, które niegdyś były nie do pomyślenia. W pewnym sensie więc ubogaca. Gdybym chciał prześledzić np. różne wersje standardów jazzowych bez Internetu, to byłaby to niegdyś „mission impossible”. Teraz wystarczy kilka kliknięć myszą i można posłuchać różnych wersji i to z różnych niemal epok. 

Skąd zainteresowanie akurat tym motywem muzycznym? Ktoś, kto posłucha i przyjrzy się zamieszczonym filmikom, pozna raczej bez trudu. 

Na początek więc piękna interpretacja Nat King Cole’a, którego lubię w tej „nieprzesłodzonej” wersji, z jego triem i który, jak wyczytałem, jako pierwszy nagrał piosenkę „Nature Boy”. Potem wersja słynnego Franka Sinatry. Dla mnie nieco zaskakująca. Milesa Davisa nie trzeba rekomendować – każdy, kto nie znał, a lubi jazz, z chęcią posłucha – po prostu nostalgiczne cudeńko. I na koniec coś odmiennego, niezupełnie już może jazzowego – Aurora – a od tego się jakby zaczęło. I to jest już naprawdę zupełnie inna epoka. I inne strachy. 

Można by tutaj dodać parę jeszcze innych intrygujących wersji, ale poprzestańmy na tych. Kto zechce, znajdzie sobie resztę. Warto poszukać – jest jeszcze kilka pięknych, nietuzinkowych interpretacji.




piątek, 11 listopada 2016

„Famous Blue Raincoat” w Święto Niepodległości


Dzisiaj kolejne Święto Niepodległości i... kolejne bez zadym, bez pałowania i bez awantur. Pewnie kaczystowski reżym tak trzyma ludzi za mordę, że boją się podskoczyć, a może narodowcy się przestraszyli PiS-u i spotulnieli? 

Bardziej serio – zmarł Leonard Cohen. Smutne, że nie będzie już więcej jego piosenek. Nie byłem jakimś ogromnym fanem, który by śledził każdą nową płytę czy czekał niecierpliwie na każdą nową piosenkę. Pamiętam jednak pierwsze zetknięcie z tą twórczością, kiedy nauczyciel angielskiego puścił nam płytę z nagraniami autora „Famous Blue Raincoat”. Może znałem już wtedy nowsze utwory tego poety i pieśniarza, ale to były stare nagrania. I było to dla mnie coś nowego, choć jako smarkacz niewiele też pewnie z tego rozumiałem. W pamięci pozostała mi charakterystyczna maniera śpiewania, charakterystyczny głos. Kiedy jakiś czas później kupiłem płytę z nagraniami Cohena, nieco się rozczarowałem, gdyż było tam całe instrumentarium muzyki elektronicznej i nowoczesnej, a ja spodziewałem się przede wszystkim gitary i tego... jak to nazwać?... nonszalanckiego (?) śpiewu, jakby ktoś może trochę za dużo wypił, ale dawał radę... Chyba wysłuchałem jej kilka razy, ale rozczarowanie pozostało. 

Tak, jest więc parę utworów Cohena, które lubię i których mogę słuchać wciąż na nowo. Nawet trochę się przekonałem do tych bardziej „nowoczesnych” piosenek. Zawsze wzrusza mnie jednak niezmiennie „Famous Blue Raincoat” i parę innych kompozycji mniej więcej z tamtego okresu. 

Nie wiedziałem wcześniej, że ojciec Cohena był polskim Żydem, a jego matka pochodziła z Litwy. I jakoś tak symbolicznie wieść o jego śmierci przyszła w Święto Niepodległości. Wówczas, kiedy Rzeczpospolita odzyskiwała niepodległość, jeszcze było to państwo wielonarodowe, jeszcze udało się odzyskać sporą część tamtej I Rzeczpospolitej, w której byli Żydzi, Ukraińcy, Litwini, Polacy... 

Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie...


czwartek, 18 sierpnia 2016

Czego zabrakło w życiu Amy Winehouse?

Film dokumentalny o Amy Winehouse zobaczyłem dopiero niedawno, korzystając z jednego z płatnych portali filmowych. Przez dłuższy czas zwlekałem z obejrzeniem tego dokumentu. Być może powodów było kilka: Albo obawiałem się przesłodzonej wersji jej życia, lukrowanych, czułych komentarzy w stylu głupawych portali muzycznych dla młodzieży, albo podkoloryzowanej historii o zbuntowanej młodej dziewczynie, która złożyła życie na ołtarzu pop-kulturowego buntu, albo może po prostu żal mi było tej młodej piosenkarki i kompozytorki o niesamowitym talencie, która tak przedwcześnie odeszła z tego świata, i nie chciałem oglądać tej historii, tak jak nie chcemy przez jakiś czas wracać do historii życia kogoś nam bliskiego, kto niedawno odszedł, bo to boli.

Tymczasem film – w którym autor korzysta z materiałów archiwalnych, amatorskich nagrań wideo, zdjęć prywatnych i nagrań ze studiów muzycznych – mną wstrząsnął. Pokazał Amy Winehouse przede wszystkim jako obdarzoną darem muzycznym nastolatkę, która weszła w świat rozrywki, w świat przemysłu rozrywkowego może nazbyt wcześnie. Jawi się tutaj angielska piosenkarka jako niesamowity talent nie muzyki pop, ale jazzu – a więc muzyki bądź co bądź elitarnej, być może czasem snobistycznej, ale raczej właściwej dla małych klubów, do których przychodzi publiczność o bardziej wyrafinowanych gustach. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Sam na tym blogu poświęciłem pamięci Amy Winehouse krótki wpis, w którym przyrównałem ją do największych gwiazd: Billie Holiday, Niny Simon, Elli Fizgerald. Szkoda, że Tony Bennett nie wpadł na pomysł nagrania całej płyty z jej udziałem. Może przy okazji praca nad takim projektem i szacunek, jakim darzyła dużo starszego piosenkarza, zdołałyby jeszcze uratować jej młode życie? Może przynajmniej na jakiś czas?



Z drugiej strony jawi się Amy Winehouse jako młoda, wrażliwa dziewczyna, którą łatwo było zranić i wciągnąć w wir samodestrukcji. Przede wszystkim nie bez znaczenia jest tutaj tło związane z jej życiem rodzinnym. Kiedy w pewnym momencie jej ojciec powiedział o swoim odejściu od żony i rodziny, że jego córka dość łatwo sobie z tym poradziła, zareagowałem wzburzeniem, stwierdzając, że człowiek ten jest głupi, nie zdaje sobie sprawy, jakim nieszczęściem dla dziecka jest rozejście się jego rodziców. Dalsza część filmu tylko potwierdziła moją konstatację. Jej ojciec, z którym przecież podtrzymywała kontakt i który dalej miał niebagatelny na nią wpływ, nie dorósł nie tylko do roli męża jej matki, ale i kochającego, opiekuńczego rodzica. Jego decyzje miały na kochającą go przecież Amy wpływ destrukcyjny. Tak wynika to przynajmniej z filmu i choć biorę poprawkę na możliwe przekłamania, to właściwie film nie pozostawia tu złudzeń, oddając głos samemu ojcu.

Drugi mężczyzna (jeśli w ogóle zasługuje na to miano), który wywarł równie niszczycielski, a może nawet niebagatelnie bardziej rujnujący, wpływ na życie utalentowanej piosenkarki, to jej chłopak, a potem mąż, Blake Fielder. Wciągający młodą kobietę, właściwie niemal dziewczynę jeszcze, w spiralę alkoholowego i narkotykowego szaleństwa, jawi się tutaj jako postać zdecydowanie odrażająca, „pasożyt” (określenie jednego z lekarzy z poradni odwykowej) żerujący na miłości zapatrzonej w niego piosenkarki. Tej roli nie przesłaniają wzmianki o jego własnych zranieniach z dzieciństwa. W końcu narkotykowe i alkoholowe ciągi z jego udziałem przyczyniły się do zniszczenia zdrowia samej Amy, a brak z jego strony jakiejś choćby podstawowej troski i dojrzałości przyniósł katastrofalne skutki w chwili, kiedy próbowano piosenkarce pomóc wyjść z nałogu.



Oczywiście nie można całej winy zrzucić na otoczenie. Trzeba uczciwie powiedzieć, że autorka „Back to Black” sama weszła na ścieżkę życia dalekiego od świętości. Miała też prawdziwych przyjaciół, którzy z przerażeniem patrzyli na jej staczanie się i usiłowali jej pomóc. Całość jednak obrazu pokazuje znakomicie, jak takie życie wywiera dewastujący wpływ na człowieka, jak mit wyzwolenia seksualnego, „wolności od”, ten cały „sex, drugs and rock’n’roll” kryją za swoją fasadą samotność, krzywdę wyrządzaną sobie i drugiemu człowiekowi. To chyba jeden z bardziej oskarżycielskich filmów dla świata pop-kultury i w ogóle współczesnej mentalności, jaki w ostatnim czasie dane mi było obejrzeć i być może nawet wbrew woli jego twórców.

Wokół tego wszystkiego i w tle jest jeszcze przemysł rozrywkowy i świat mediów (nie tylko wszędobylskich paparazzi, ale też telewizji, gazet, czasopism). Choć tutaj ich rola nie jest aż tak mocno – w moim odczuciu – podkreślona, a może nawet niejednoznaczna. Jeśli chodzi o świat mediów, to dobrze widać to, gdy zestawi się ciepłe przyjęcie młodej piosenkarki na początku jej kariery i szyderstwa i kpiny (także ze strony tych samych tuzów dziennikarstwa!), kiedy zaczęła się staczać i potrzebna jej była pomocna i przyjacielska dłoń. Chyba negatywną stronę przemysłu rozrywkowego najbardziej widać już właściwie pod koniec filmu, kiedy usiłowano wciągnąć Amy Winehouse (wbrew jej samej – jak sugeruje dokument) w kolejną trasę koncertową z występami na wielkich scenach. Wielu pamięta jeszcze, jaki był tego skutek.

Czego w życiu Amy Winehouse zabrakło? Chyba po prostu tej prawdziwej miłości, o której tak pięknie pisze św. Paweł. Gdyby ją naprawdę spotkała, być może wciąż byłaby wśród nas i wciąż tworzyłaby nowe, może nawet jeszcze lepsze piosenki.

Smutny to film i smutne niesie ze sobą refleksje. Ale wbrew temu, a może właśnie dlatego, wart jest obejrzenia.

Amy, reż. Asif Kapadia, Wielka Brytania, 2015.