Moja małżonka, oprócz malowania na szkle, zajmuje sobie czas
robieniem porządków i sortowaniem różnych rzeczy, na co nigdy nie ma czasu. Nie
narzeka na nudę. Ja zresztą też nie. Wczoraj wyciągnęła gdzieś z szafy starego
walkmana jej śp. brata. Stary walkman jest jak nowy, choć początkowo mieliśmy
wątpliwości, czy po włożeniu baterii będzie odtwarzać muzykę. Musiał chyba być
w swoim czasie jednym z nowocześniejszych sprzętów. Ładne wykonanie. Okazało
się, że chodzi jakby wyszedł dopiero z fabryki.
Dzisiaj moja małżonka zaczęła wyciągać stare kasety
magnetofonowe, których mamy jeszcze razem dość sporo. Wśród nich znalazła się
jedna, o której myślałem, że już mi przepadła. Nawet parę razy myślałem o
kupnie płyty. Bardzo się ucieszyłem, gdyż kiedyś, przed wieloma laty, słuchałem
jej bardzo często. W dalszym ciągu jakość jest bardzo dobra, nawet jak na taśmę
magnetofonową. Z radością zacząłem jej słuchać.
Po latach nie zmieniłem swego zdania: „Poezje ks. Jana
Twardowskiego” w wykonaniu zespołu Tie Break brzmią po prostu rewelacyjnie.
Chyba do tej pory nie udało się nikomu nagrać tak dobrej płyty z tą poezją.
Przynajmniej nic takiego nie udało mi się znaleźć.
Ale to nie tylko znakomita interpretacja poezji religijnej
ks. Twardowskiego, to po prostu wspaniała muzyka. Jedna z najlepszych płyt w
historii polskiej muzyki... waham się, czy użyć tu słowa „rozrywkowej”, bo to
coś więcej niż tylko muzyka rozrywkowa. Jest tu dynamika, kapitalne aranżacje i
rozwiązania muzyczne. Kilka utworów z tej płyty należy do moich ulubionych i
tych, które uznaję za hity wszechczasów. Takie piosenki jak: „nie umiem”,
„sprawiedliwość”, „żeby móc” i nie tylko te nic się nie zestarzały. W przypadku
piosenki „żeby móc” jest w niej fragment, który po prostu za każdym razem mnie
powala, kiedy go słucham. Nie znam się na terminologii muzycznej, ale jest w
niej po prostu taka nagła zmiana rytmu, przeskok, który chwyta mnie za serce i
na który zawsze czekam. Wspaniałe wykorzystanie wszystkich instrumentów. Cudowny
saksofon. Kiedyś wrzuciłem tutaj ten utwór z YouTube.
To dla odmiany dzisiaj coś innego z tej kasety/płyty,
również mój ulubiony utwór: „nie umiem”.
Muszę powiedzieć, że z dużym zainteresowaniem, rozbawieniem
i niesmakiem obserwuję lot piosenkarza, który niegdyś śpiewał „Jak ja was,
ku...wy, nienawidzę”. Nawet nie chodzi o to, by do tej pory ten lot był
nieposzlakowany, bo przecież co starsi pamiętają jeszcze z pewnością np.
piosenkę „ZChN się zbliża”, w której autor wykorzystał znaną melodię kościelną,
i kontrowersje wokół tamtego wyskoku. Sam zresztą do najbystrzejszych nie
należy. Ale w końcu to też nie jest powód do rozpaczy. Sam do bystrzejszych nie
należę i jakoś żyję.
Zasługą twórcy partii/ruchu swojego imienia było – przy
wszelkich zastrzeżeniach –wpuszczenie do Sejmu poprzedniej kadencji ludzi,
którzy normalnie nie mieliby szansy tam zaistnieć i którzy wprowadzili tam
trochę zdrowego fermentu, rozbijając dwupartyjny monopol. I w gruncie rzeczy to
by było na tyle...
Najpierw alternatywny muzyk postanowił uratować przefarbowaną
na zielono postkomunistyczną partię (ratując swoje miejsce w Sejmie?), w której
schroniły się również różne stwory wyrzucone z PO. A teraz wygaduje głupoty w
programie czerwonej panienki, która panienką już nie jest, ale której
panieńskie nazwisko kojarzy się nieodmiennie z najgorszą komunistyczną
swołoczą.
Sama czerwona panienka może sobie robić programy, jakie
zechce, jeśli robi to za swoje pieniądze. Można by też powiedzieć, że nie jest
jej winą, że takiego, a nie innego, miała ojca. Choć mam wrażenie, że z tego
akurat powodu wstyd jej nie jest. Ale czy musi u niej pojawiać się człowiek,
który chciał rozwalić skostniały system? I przy tym jeszcze wygadywać bzdury
usprawiedliwiające jej ojca i stan wojenny? Gdzie go teraz zobaczymy? W
programie Urbana? Popijającego wódeczkę w towarzystwie starych komuchów i
planującego „nowe rozdanie”? Aż tak zmienia wejście w politykę?
Ofensywa totalitarnej ideologii LGBT na Polskę ma swój cel –
jest nim zniszczenie tradycyjnej rodziny. Nie chodzi w tym o żadną miłość i
tolerancję, o czym mogli się przekonać wszyscy choć trochę myślący, którzy
oglądali relacje i zdjęcia z tzw. „marszów równości”. Profanowanie wizerunków
Matki Boskiej, kpienie z Kościoła, ataki na duchownych, bluźniercze parodie
Mszy świętej... Czy naprawdę trzeba więcej? Już niedługo może się okazać, że
takie obrazki, jak z tego wideoklipu muzycznego, staną się przeszłością, a po
naszych ulicach będą chodzić stwory takie, jakie można znaleźć tutaj
(ostrzegam, że jest to dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, ale także dla
tych, którzy łudzą się, że czytanie dzieciom przez tzw. „Drag Queen” to tylko
niewinna przebieranka).
Może ktoś woli cięższe rytmy, może ktoś woli mniej
sentymentalne dźwięki, ale ten teledysk, jest jak łyk świeżego tlenu, kiedy się
pomyśli o tym paskudnym objazdowym tęczowym cyrku, jaki nawiedzał w ciągu tego
roku kolejne miasta Polski. Po prostu chrońmy rodzinę!
Tymczasem różnej maści celebryci i gwiazdki muzyki pop z
Zachodu są na pierwszej linii frontu cywilizacji śmierci. Jeśli następnym razem
usłyszycie jakiś ich utwór o miłości, to zastanówcie się, o czym oni tak
naprawdę śpiewają. Może ta ich „miłość” ma dużo więcej wspólnego ze śmiercią i
nienawiścią, niż się może wydawać, a na pewno wiele wspólnego ze zwykłym egoizmem:
Po dłuższym czasie przełamałem się i zdecydowałem się z żoną
obejrzeć Zimną wojnę Pawła Pawlikowskiego. „Przełamałem się” – bo po naszym
poprzednim doświadczeniu z Idą bałem się, że film będzie rozczarowaniem, choć
piękny, czarno-biały „trailer” zapowiadał wiele. Niestety moje obawy okazały
się prawdziwe.
Zacznijmy jednak od pozytywów. Film jest przepięknie
sfilmowany, każda scena starannie dopracowana, plenery perfekcyjnie dobrane. To
bez wątpienia atut filmu. Widać tutaj mistrzostwo Pawlikowskiego albo operatora
kamery, albo i jednego, i drugiego. Osadzenie tej historii głównie w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych także mi odpowiada. Atmosferę tamtych lat
podkreślają czarno-białe zdjęcia, co pewnie świadczy do jakiegoś stopnia o
filmowych inspiracjach samego autora. Dodatkowo Paryż czy nawet Jugosławia na
tle siermiężnej rzeczywistości PRL-u wyglądają niemal jak utracony raj.
Niebywałym atutem całego filmu jest muzyka. Ponieważ lubię
jazz lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, to jest to cecha filmu, którą
reżyser był w stanie mnie ująć. Także wątki ludowe, zwłaszcza muzyka, nadają
całemu obrazowi swoistej atmosfery. Chociaż tutaj mam wrażenie, że chodziło
również o dodanie do tego obrazu pewnej egzotyki, a taką dla zagranicznego
widza bez wątpienia będzie folklor.
Jeśli wszystko jest tak piękne, to dlaczego jest tak źle? Po
pierwsze film, podobnie zresztą jak Ida, jest tak naprawdę nudny. Już po paru
pierwszych minutach – no, może kilkunastu – zacząłem się nudzić. Jedyne, co mi
tę nudę jakoś rekompensowało, to raz jeszcze: piękna muzyka i zdjęcia. Ale
pięknymi zdjęciami i muzyką mogę się delektować w filmach Tarkowskiego, gdzie
nadają one całości głębi i tajemnicy, a film Pawlikowskiego to piękna wydmuszka.
Cóż z tego, że jest w tym jakaś nostalgia? W połowie filmu miałem już naprawdę
dosyć, gdybym siedział w kinie i był sam, pewnie bym zasnął albo ostentacyjnie
wyszedł. Zacisnąłem zęby i dotrwałem do końca.
Fabuła tego filmu jest tak naprawdę idiotyczna i straszliwie
infantylna. Wiem – tu pewnie chodzi również o pokazanie tej całej beznadziei
PRL-u. Choć nie jestem do końca tego pewien. Zresztą, jeśli o to chodzi, to
znacznie lepiej beznadzieję PRL-u pokazuje choćby mniej wysmakowany, mniej
doskonały czy mniej dopracowany (i pewnie dysponujący mniejszym budżetem) Wyklęty Konrada Leckiego. Przy wszystkich
możliwych do wytknięcia wadach obraz Leckiego wzrusza i nie pozostawia
obojętnym. Obraz Pawlikowskiego budzi co najwyżej wzruszenie ramion i
pozostawia w pamięci muzykę i parę obrazów.
Zakończenie filmu jest tak naprawdę zerżnięte z Kroniki
wypadków miłosnych Tadeusza Konwickiego, jak również adaptacji tej powieści w
reżyserii Andrzeja Wajdy. To jeszcze bardziej podkreśla infantylność całej
fabuły. Gdyby to była historia dwojga nastolatków, pewnie nie pozostawiałaby
ona nas obojętnymi. Również pomysł ze zrujnowanym kościołem czy cerkwią nasuwa skojarzenie z innym filmem - z Gnojmi Jerzego Zalewskiego. Choć tutaj inspiracja wydaje się może mniej oczywista, to z początku nawet myślałem, że jest to ten sam budynek.
Jeśli chodzi o grę aktorów, to można odnieść wrażenie, że
jest ona żadna. Wiem – brak przesady, spokój i opanowanie z pewnością wymagają
od aktorów sporych umiejętności. A Pawlikowski zdaje się unikać w swoich
filmach przesadnych gestów – wszystko jakby odbywa się poza słowami, gdzieś w
głowach bohaterów może. „Tylko spokój i wolne ruchy”, jak powiadał mój szwagier. Stąd może poczucie nudy. Stąd śmieszna
jest wściekłość Zuli, granej przez Joannę Kulig, kiedy w Paryżu wyrzuca ona
Wiktorowi, granemu przez Tomasza Kota, że się zmienił, że w Polsce był inny, a
kiedy ten strzela ją nagle w twarz, że oto wreszcie przez chwilę jest sobą.
Widz patrzy, przeciera oczy ze zdumienia i pyta się: Naprawdę? A czymże różni
się nasz Wiktor od tego oportunisty z Polski, który nie potrafił zaprotestować
przeciwko mieszaniu komunistycznej agitki w występy jego zespołu? Ach! No tak!
On był wówczas pewnie tylko przebiegły, bo już planował ucieczkę na drugą
stronę żelaznej kurtyny. Trudno także tak naprawdę uwierzyć w trwanie tej miłości mimo wszystkich barier i w zdolność Wiktora do takich gestów, jak jechanie na drugi kraniec Europy, by spotkać swoją ukochaną. Prędzej już w tę podstarzałą kochankę, niezbyt utalentowaną francuską poetkę.
No cóż, gdyby Pawlikowski nakręcił jedynie czarno-biały
teledysk, byłoby naprawdę nieźle. Na nasze nieszczęście nakręcił piękną, pełnometrażową
wydmuszkę, którą będą się zachwycać nasi rodzimi i zagraniczni krytycy. Jeśli
nie dostanie za nią Oskara, to będzie to bardzo dziwne. W końcu otrzymał go tak
głupi, propagandowy gniot jak Kształt wody. Również pięknie sfilmowany.
Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski, Polska,
Francja 2018.
Na wspomnienie kolejnej rocznicy stanu wojennego
stwierdziłem, że przypomnę piosenkę barda tamtych czasów, Przemysława
Gintrowskiego. Ktoś zmontował wideo składające się ze zdjęć samego piosenkarza.
Akurat to jeden z tych utworów w jego wykonaniu, który do tej pory bardzo
lubię. Pamiętam duży jego koncert we Wrocławiu z udziałem oczywiście Jacka
Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (który zmarł w tym roku przecież), tłumy ludzi wracające po występie
ulicami pod koniec lat osiemdziesiątych. I mały, kameralny koncert już samego
tylko Gintrowskiego w Teatrze Kameralnym we Wrocławiu, artysta miał chyba
złamaną nogę, jeśli mnie pamięć nie myli. Taki symbol odchodzenia w przeszłość...
W czasach, kiedy wielkie korporacje przejęły rolę kapłanów i
uczą nas tolerancji i miłości do inności, cenzurują i karzą za niepoprawne
myśli, muzycy zajmują się polityką. Bono, gwiazdka muzyki pop, od dawna
angażuje się w politykę i różnego rodzaju działalność charytatywną. Ma
pieniądze, to kto mu zabroni?
Bono to ten sam łobuz, który poparł głosowanie za uchyleniem
zakazu aborcji w Irlandii. Autor wzruszających piosenek o miłości poparł
barbarzyńskie prawo dopuszczające mordowanie najbardziej niewinnych i
bezbronnych z istot ludzkich. To wszystko oczywiście „in the name of love”, a
jakże inaczej!
Nie oglądałem jeszcze filmu „Zimna wojna” Pawlikowskiego.
Mam nadzieję, że jest to obraz lepszy niż nieszczęsna „Ida” – film nudny i
przyprawiający nam gębę antysetmitów. Zachwycił mnie natomiast „trailer”
„Zimnej wojny” – i chyba trudno, żeby nie zachwycił każdego, kto kocha jazz,
choć same, wysmakowane czarno-białe zdjęcia również robią swoje. Jazzowa
interpretacja ludowej piosenki „Dwa serduszka” jest moim zdaniem powalająca.
Przyznam się ze wstydem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tej piosenki, a więc
postanowiłem (za namową mojej żony, która oczywiście takie rzeczy zna),
sprawdzić, czy można znaleźć jeszcze inne wersje – zarówno ludowe, jak i może
jazzowe – tego utworu. Okazuje się, że owszem i to dość spory wybór, z którego
kilka wersji jest równie interesujących lub niemal interesujących, jak ta,
która reklamuje film Pawlikowskiego.
Najpierw więc interpretacja z „trailera”. Potem wersja
ludowa w wykonaniu Mazowsza i ciekawa i dobrze zaśpiewana wersja Magdy Umer i
Anny Marii Jopek. Na końcu interpretacja instrumentalna Wojtka Gogolewskiego
(co to za mania na infantylizm z tymi zdrobnieniami imion – chodzi o to, że
łatwiej wymówią je na Zachodzie?), której początek wydał mi się nieco banalny i
może nawet ześlizgujący w stronę jakiegoś disco, ale potem jest naprawdę
dobrze.
Nie wiem, czy jest to ten typ śpiewania, który by mi
szczególnie odpowiadał (bo podoba mi się i nie podoba zarazem), ale sam „klip”
muzyczny bardzo mi się podoba. Zarówno pod względem doboru obrazów mówiących o
przemijaniu i pięknie świata zarazem, jak i towarzyszących im naturalnych dźwięków,
które współgrają z dźwiękami gitary i śpiewem. A ponieważ jest piątek, a więc
wspomnienie Męki Pana Jezusa (dla wielu już niestety to zwłaszcza dzień, by dać
sobie w gaz i zaszaleć na parkiecie), więc wydaje mi się, że piosenka o śmierci
jest jak najbardziej na miejscu. A zatem: Pieśń Grobu Wojciecha Kassa w
wykonaniu Jarosława Chojnackiego:
Roger Waters przyjechał do Polski, by robić demokrację wśród
białych Murzynów Europy. Umieścił Jarosława Kaczyńskiego na liście neofaszystów
i okrasił swoje występy hasłami na telebimie typu: „Konstytucja!”, „Set the
media free” itp. Jestem ciekaw, czy pan Waters wie cokolwiek o polskiej
konstytucji albo miał okazję przeczytać chociaż jej fragment w tłumaczeniu na
angielski. Pomijam już takie totalne głupoty, jak hasło „Set the media free”.
Pan Waters zapewne wystąpił w katakumbach, nikt o tym nie napisał i nikt tego
nie pokazał, więc stąd ten „dzielny” slogan. Na dodatek okazuje się, że sam
Waters jest... antysemitą, a wcześniej chwalił Putina. I to by chyba
wystarczyło, jeśli chodzi o obcych celebrytów i użytecznych idiotów, którzy
mają kiełbie we łbie i mogą sobie pogadać o konstytucji z panem Zdzisiem, który
z menelami popija najtańsze wino na ławeczce... Przepraszam, chyba obraziłem
pana Zdzisia.
No cóż... ale mamy jeszcze naszych lokalnych celebrytów,
którzy z każdą wypowiedzią dowodzą jedynie, że w ogóle nie warto się przejmować
tym, co mówią (o czym już pisałem parę razy), tylko potraktować ich jak małe
dzieci powtarzające nieświadomie wulgaryzmy – czyli nie reagować, nie zwracać na
nie uwagi, poczekać, aż im przejdzie, zapomną albo zaczną się domagać cukierka.
Pan Saramonowicz popisał się pogardą do rodaków w medium
społecznościowym. Fragment jego jakże inteligentnej, błyskotliwej i ciętej jak
brzytwa wypowiedzi: „Ludzie to niewiarygodni kretyni. Można im wcisnąć każde
g...no, tylko należy głośno drzeć mordę, że to się robi dla ich dobra”.
Oczywiście kretynem nie jest sam pan Saramonowicz, który przejrzał to wszystko,
nie drze mordy i nie da sobie wcisnąć każdego „g...na”, a teraz ogłasza to
wszem i wobec. On należy do elity. Tej samej elity, do której należy pan Hołdys
i ta pani... jakże jej tam... Maggie czy Megan, która narzekała na
„okrucieństwo, toksyczny gniew i intelektualną nieuczciwość na najwyższym
poziomie”. Tylko czekać, aż pan Saramonowicz ogłosi wszem i wobec, że się
wycofuje z mediów społecznościowych, bo to kloaka i szambo, a on jest zbyt
wrażliwy i nieprzystosowany, by tkwić w tym bagnie.
Oj, przygrzewa słońce, przygrzewa! Dobrze, że chociaż
poranki są już chłodniejsze.
Niedawno żona znanego piłkarza napisała list (listy?) do
Polaków. Teraz „mędrzec” Europy napisał list do lidera The Rolling Stones. Z
miejsca stał się oczywiście pośmiewiskiem Internetu, ale jakby nie zauważając
swojej śmieszności brnie ponoć dalej w ten kanał i zamierza napisać do lidera
grupy Pink Floyd.
Gdyby nasz „mędrzec” po prostu wyraził swój entuzjazm do
muzyki słynnej brytyjskiej grupy rockowej, to można byłoby na to machnąć ręką.
Ale on oczekiwał jakichś działań na rzecz „demokracji” w Polsce! Na szczęście
sam Jagger miał więcej oleju w głowie niż przeciętny celebryta oraz „mędrzec” i
stwierdził: „Polska to piękny kraj, ale ja jestem za stary, żeby być sędzią.
Ale nie jestem za stary, żeby śpiewać”.
„Mędrzec” stał się pośmiewiskiem Internetu – i słusznie!
Dziwne jednak, że pośmiewiskiem Internetu i w ogóle całej Polski nie stają się
poważne media, gdy nagłaśniają wypowiedź jakiegoś celebryty, jakieś gwiazdki
filmu lub muzyki pop, jakiegoś mniej lub bardziej znanego aktora na temat
aborcji, wolnych sądów, konstytucji, praw homoseksualnych itp., itd. Dlaczego tak się nie dzieje?
Być może dlatego, że na co dzień ludzie nie uświadamiają
sobie absurdalności, jaką jest emocjonowanie się wypowiedziami znanych gwiazdek
na wymienione tematy. Fakt, że ktoś pojawia się często w telewizji, jeździ po
świecie z występami i oglądany jest na ekranach kin nie przekłada się na
kompetencje tej osoby do wypowiadania się na tematy związane z polityką,
moralnością czy choćby... astrofizyką. Wyobrażacie sobie, jakie wybuchy śmiechu
wzbudziłaby jakaś Beyonce czy inna Madonna, gdyby w wywiadach telewizyjnych
dywagowała na temat życia na Marsie? Dlaczego zatem ktokolwiek przejmuje się
nonsensami, które jakaś Gretkowska, jakiś Sthur czy inny Hołdys wypowiada na
temat polityki, związków homoseksualnych, genderyzmu, sądownictwa aborcji, in
vitro? Oni nawet nie potrafią powiedzieć nic sensownego poza zwykłymi
inwektywami! Różni mądrale kiedyś prawili, że krzyk jest oznaką braku
argumentów. A czym innym jest wulgaryzm?
Lech Wałęsa, nie zdając sobie z tego sprawy, jedynie
pokazał, jak bardzo idiotyczne jest ekscytowanie się wypowiedziami osób,
których jedyną kompetencją jest sława, na tematy zupełnie nie związane z
wykonywanym przez nie zawodem.
Myśląc sobie dzisiaj o Żołnierzach Wyklętych, ze smutkiem
skonstatowałem, jak bardzo przez ćwierć wieku urabiano naszą narodową
świadomość. I jaką rolę odegrali w tym ludzie kultury i pop-kultury. Ci sami,
którzy teraz tak chętnie oskarżają obecny rząd o „bolszewizm”, „faszyzm” i inne
zbrodnie. Z jednej strony jest to już stare pokolenie – tych, którzy wychowali
się w PRL-u i w tamtej epoce robili kariery. Z drugiej młodsi, którzy wychowali
się w tej całej zakłamanej rzeczywistości, w tym kokonie, którym otoczono
Polskę po tzw. „transformacji”.
Zastanówmy się bowiem nad takim faktem: dopiero od niedawna
tak naprawdę robi się filmy o żołnierzach podziemia niepodległościowego
walczących z sowieckim okupantem, z komunistami, pisze się o nich książki,
śpiewa. Trzeba było niemal ćwierć wieku, by się tego doczekać! A co robili ci
wszyscy piosenkarze, aktorzy, reżyserzy, artyści wszelacy wcześniej, by
odzyskać Polskę, polską myśl, polską historię, polską świadomość, polską tradycję?
Przebierali nogami do Europy, by teraz rozpaczać, że do niej nie weszli?! Kpili
z polskości cytując i grając Gombrowicza i Mrożka?
Razi ich rząd PiS-u? A ilu z nich protestowało, wygłaszało
buntownicze deklaracje, kiedy prezydentem zostawał Kwaśniewski? Ilu z nich się
oburzało, gdy premierem był Leszek Miller? Ilu z nich deklarowało, że wyjadą z
Polski, jeśli pogrobowcy PZPR ponownie wygrają wybory? To ich nie raziło, nie
przerażało? Czemu nie huknęli – oni, ludzie kultury! – kiedy Kwaśniewski opowiadał
dyrdymały, by wybrać przyszłość? Nie zdawali sobie sprawy z roli, jaką odgrywa
tradycja w świadomości narodu?
Dlaczego na początku lat dziewięćdziesiątych nie robili
filmów o rotmistrzu Pileckim? Nie opowiadali językiem kina o straceńcach,
którzy wbrew wszelkim szansom wciąż walczyli o Polskę po 1945 roku? Dlaczego
nie wydobywali z mroków zapomnienia postaci takich, jak np. Florian
Czarnyszewicz czy Sergiusz Piasecki, nie kręcili filmów na podstawie ich
powieści i opowiadań, nie wystawiali spektakli? Dlaczego nie opowiadali
masowemu widzowi o utraconych Kresach? A kiedy już to ktoś zrobił, to czy
koniecznie musiał sięgnąć po prozę byłego komunistycznego prokuratora i
żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Naprawdę tak trudno było znaleźć
inspirację w innych dziełach?
Jeśli już padały jakieś pomysły na film wojenny, to były to
koncepcje nakręcenia nowej wersji Kapitana Klossa albo „Czterech pancernych”.
Tak jakby ci ludzie nie mieli dostępu do innej literatury, prawdziwych
świadectw, niesfałszowanych opowieści o wojennej i powojennej rzeczywistości! A
mogli sięgnąć przynajmniej po wstrząsające relacje „W czterdziestym nas Matko
na Sibir zesłali...” zebrane przez pupilka salonu Jana Tomasza Grossa (tak,
tak, tego samego!) i Irenę Grudzińską-Gross i stworzyć z tego tragikomiczną (z
naciskiem na pierwszy człon) panoramę zagłady Kresów.
Gdyby na początku lat dziewięćdziesiątych powstały filmy i
seriale o Żołnierzach Wyklętych, gdyby powstał pełnometrażowy i wysokobudżetowy
film o rotmistrzu Pileckim, gdyby taki film, jak „Wyklęty” został nakręcony np.
w roku 1992, gdyby zrobiono film na podstawie np. „Wicika Żywicy” czy „Zapisków
oficera Armii Czerwonej”, Kwaśniewski nie miałby szans na to, by zostać
prezydentem RP (dobrze wiedział, dlaczego wybierał przyszłość). Cimoszewicz nie
ośmieliłby się dzisiaj pokazać publicznie. Jaruzelski z Kiszczakiem zostaliby
zdegradowani do stopnia szeregowca już w latach dziewięćdziesiątych, a dzisiaj
nie byłoby już dawno ani jednej ulicy kojarzącej się z czasami komuny.
Bajki tu opowiadam! Przecież wiadomo, że zakulisowi i jawni
macherzy by do tego nie dopuścili! Nie po to był okrągły stół i rozmowy w
Magdalence, nie po to 4 czerwca 1992 roku. Żaden też z tych aktorów,
piosenkarzy i różnej maści artystów, którzy tak dzisiaj chętnie krytykują
obecne rządy i tęsknią do Europy, nie nadstawiałby karku. Oni są po prostu
częścią tego wielkiego systemu mydlenia oczu i zakłamywania rzeczywistości,
obojętnie czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie. Koniec, kropka.
Nie, nie nawołuję do mordowania gwiazdek pop czy strzelenia
do aktorów. Stwierdzam tylko jeden fakt: należy z dużą ostrożnością podchodzić
do różnych nawróceń czy deklaracji wiary ze strony wszelakich celebrytów – i to
zarówno rodzimych, jak i tych znanych na całym świecie. Póki są na tym świecie,
mogą wywinąć niezły numer. Nawet jeśli nie wdadzą się w romans na boku, nie
zaćpają na śmierć, to może się okazać, że choć oficjalnie deklarują się jako
katolicy, są na bakier z moralną nauką Kościoła.
Sam kiedyś ekscytowałem się słynnymi swego czasu
nawróceniami w środowisku muzyki alternatywnej czy po prostu młodzieżowej w
Polsce. Gdzieś wśród książek mam chyba przynajmniej dwie z wywiadami z takimi
nawróconymi muzykami. Świadectwo ich życia robiło na mnie ogromne wrażenie i
pewnie do tej pory mógłbym sporo dobrego o nich powiedzieć. Wielu z nich jest
wciąż czynnych zawodowo, angażują się oni w różne przedsięwzięcia,
niekoniecznie o charakterze religijnym, ale także np. patriotycznym. Nie śledzę
ich karier teraz zbyt uważnie, ale wydaje mi się, że owoce ich działań są
dobre. Choć mogą pewnie budzić różne kontrowersje, to zdaje się, że są one
bardziej natury estetycznej i nie mają związku z ortodoksją katolicką.
Z drugiej strony jednak wszelka ekscytacja powinna tu być
tonowana. Nie róbmy świętych z ludzi wciąż żyjących. Dopiero po ich śmierci w
pełni będzie można ocenić owoce ich życia. Nawrócony czy deklarujący swój
katolicyzm celebryta może okazać się osobą po prostu... głupią albo
najzwyczajniej w świecie niezrównoważoną, nieodpowiedzialną czy podatną na
wszelkiego rodzaju pokusy, co potem może w kiepskim świetle przedstawiać jego
deklarowaną wiarę.
Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że takiej osobie
często wydaje się, iż ma jakieś szczególne prawo do zabierania głosu w sprawach
publicznych i firmowania swoją twarzą różnych działań, które nie mają żadnego
związku z wykonywanym przez nią zawodem muzyka, aktora czy innego szołmena.
Jeśli nagłaśnia się jej opinię na temat polityki, to równie dobrze można by
nagłaśniać opinię na ten sam temat pana Zenka z wulkanizacji, pani Ani z zakładu
fryzjerskiego czy pana Zdzisia z lokalnej piekarni. Może się okazać, że te tzw.
„proste” osoby mają więcej oleju w głowie niż taka głośna gwiazda. Niestety nie
mają takich możliwości finansowych ani takiej sławy, by swoje pomysły wcielać w
życie. Niestety mają je celebryci.
Wiele osób, zwłaszcza młodych, ale nie tylko, nie dostrzega
tego mylenia kompetencji. Jeśli słynna gwiazda, która na dodatek deklaruje swój
katolicyzm, poprze np. kampanię na rzecz prawa dopuszczającego aborcję, czyli
mordowanie nienarodzonych, to niektórym zaczyna się mieszać w głowach i sądzą,
że może Kościół się myli w swej nauce. Nie, nie myli się. To pstro w głowie ma
ta słynna gwiazda. Niech lepiej śpiewa piosenki lub gra w filmach, a skoro
deklaruje swój katolicyzm, to niech nie wypowiada się na tematy, na których
kompletnie się nie zna, a może powiedzieć przy tym coś, co będzie nie tylko
głupie, ale również być może postawi ją w sytuacji grzechu ciężkiego, nie
mówiąc już o niepowetowanych stratach i zniszczeniach, jakie ich głupota może
wywołać.
Jeśli więc macie zamiar wybrać się na koncert U2, kupić ich
płytę lub poprzeć jakąś ich akcję, to się dobrze zastanówcie. Zwłaszcza, jeśli
jesteście katolikami. Wsparcie, jakie ta banda łobuzów (bo inaczej się ich
określić nie da) udzieliła dla zmiany prawa w Irlandii po to, aby dopuścić mordowanie
nienarodzonych, tylko potwierdza to, co napisałem na samym początku – dobry
celebryta to martwy celebryta. Oby Pan Bóg przywrócił im rozum, nim zejdą z
tego świata (najlepiej śmiercią naturalną i mając wciąż jeszcze szansę na
nawrócenie i naprawienie ewentualnych szkód). I pomyśleć, że te szarpidruty
ilustrują swoje poparcie dla zbrodniczego prawa umożliwiającego szlachtowanie
niewinnych istot... serduszkiem! Hitler mógłby się od nich wiele nauczyć!
W przypadku wielu aktorów lepiej jest oglądać ich na scenie
lub w filmie, niż słuchać „mądrości”, które mają nam do zaoferowania. Albo taki
aktor okazuje się totalnym kabotynem, albo zdarzają się przypadki, kiedy wręcz
przydałaby się pomoc egzorcysty. Rzadko zdarza się, że sława medialna łączy się
z wybitnością intelektu. Na tym zresztą polega problem – sława, jaką zapewnia
takim celebrytom kultura obrazkowa i coraz bardziej zaawansowane pod względem
technologicznym media, mylona jest z jakiegoś powodu z wybitnością
intelektualną. To znaczy: uważa się, że taki aktor czy aktorka ma prawo do
wypowiadania się na tematy, które nie mają nic wspólnego z ich profesją, a
dotyczą tak szerokiego spektrum zagadnień jak: moralność seksualna, moralność
jako taka, polityka, życie Kościoła, homoseksualizm, prawo do życia, prawa
kobiet, prawa wyborcze, konstytucja, sądownictwo, prawo kanoniczne, Unia
Europejska, wolne niedziele, związki zawodowe itp., itd.
Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że fakt bycia gwiazdą
telewizyjną czy filmową nie oznacza, że zaraz taka osoba jest lepszym ekspertem
od np. stosunków międzynarodowych niż dajmy na to pan Władek, który jest
fryzjerem w jakimś Pcimiu Dolnym (bez obrazy zarówno dla Pcimia, jak i dla pana
Władka) i codziennie w wolnych chwilach czyta różne gazety, by się dowiedzieć,
co na świecie słychać. To, że ktoś mówi pięknie Szekspirem na scenie, nie
oznacza, że zaraz posiadł mądrość i intelekt wielkiego Stradfordczyka. Może
oznaczać, że jest wrażliwy na piękno słowa i niuanse językowe, że będzie
odróżniał mowę niską od wysokiej, ale niekoniecznie idzie to w parze z jakąś
niezwykłą mądrością czy wyższością moralną. Takie złudzenia miał wybitny poeta
Josif Brodski, któremu się wydało, że jak ktoś przeczytał Dostojewskiego, to
już nie może być taki zły. Jakoś umknął jego uwadze fakt istnienia subtelnych
miłośników wielkiej sztuki, muzyki i poezji, którzy nosili mundury SS.
Co jakiś czas popis daje rodzina Stuhrów. Jak nie młody
Stuhr, to stary coś chlapnie. I tak w kółko. Albo młodemu się pomyli Cedynia z
Głogowem, albo stary odgraża się, że „nie boi się biskupów”. Poziom głupstw
wypowiadanych przez ojca i syna jest taki, że naprawdę jakiś impresario mógłby
im doradzić, żeby zamilkli. Chyba, że jest to obliczone na rozgłos za wszelką
cenę: lepiej by ludzie mówili o nich źle, niż by nie mówili wcale.
Ostatnio Jerzy Stuhr pożalił się, że całe życie chciał być
Europejczykiem. Naprawdę współczuję mu. Ja jakoś nigdy takiego problemu nie
miałem. Całe życie się nim czułem, nawet gdy Polska była tłamszona pod sowiecką
okupacją, a pan Jerzy brylował w komunistycznych mediach. Nie wiem, może
wybitny aktor ma jakiś inny system wartości albo coś, ale trudno w to uwierzyć,
bo jeśli się dobrze orientuję, to pochodzi z zacnej rodziny, choć o korzeniach
austriackich (co zresztą powinno mu tę samoocenę poprawić). Cóż więc tak
biednemu aktorowi doskwiera? Jaki dramat życiowy nie pozwala mu zostać
Europejczykiem?
Cóż, to nie pierwsza taka głupota, jaką aktor (i reżyser
przecież!) wypowiedział. A tak jakoś przy okazji (i pewnie trochę bez związku) przypomniał
mi się fragment tekstu Jana Polkowskiego „Niema Polska”: „(...) problemu
pozazawodowego serwilizmu polskich intelektualistów (...) się na wszelki
wypadek nie bada. Gdyby rzeczowo przeanalizować dochodowe wazeliniarstwo
Jarosława Iwaszkiewicza i wielu pisarzy mniejszego kalibru, może dzisiaj Jerzy
Stuhr nie uważałby się za herosa, dołączając do hałaśliwej hałastry i
ogłaszając z dumę: nie boję się biskupów”.
Tak mi się jakoś dzisiaj wieczorem przykro zrobiło. Czekając
na żonę w samochodzie, słuchałem mimo woli popularnej (chyba) audycji z muzyką
klasyczną. W którymś momencie pani prowadząca program, przedstawiając kolejny
utwór, powiedziała mniej więcej coś takiego: że jest to kompozycja do filmu o
„nazistowskim ataku na Polskę” (sic!).
No cóż... Gdyby to powiedziała prezenterka jakiejś
zachodniej audycji radiowej, może machnąłbym ręką, co najwyżej zastanawiając
się, czy łączy ona tych nazistów z jakąś określoną nacją i jaka jest w ogóle
jej świadomość historyczna. Ale żyję w kraju, gdzie pewnie jeszcze wielu moim
rówieśnikom, choć urodzili się już sporo lat po wojnie, język niemiecki (tak
jak rosyjski zresztą) kojarzy się z językiem okupanta, a nie tylko z wybitnymi
dziełami literatury światowej.
Może już niedługo usłyszymy w polskim radio muzykę do filmu
o nazistowskim ataku na Niemcy. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w eleganckich
mundurach SS występowali w nim butni chłopcy o słowiańskich blond włosach i
niebieskich oczach, noszący bardzo swojsko brzmiące imiona, takie jak np.
Władek, Staszek i Janek.
Internet przy swoich wadach pozwala na wiele rzeczy, które
niegdyś były nie do pomyślenia. W pewnym sensie więc ubogaca. Gdybym chciał
prześledzić np. różne wersje standardów jazzowych bez Internetu, to byłaby to
niegdyś „mission
impossible”. Teraz wystarczy kilka kliknięć myszą i można posłuchać różnych
wersji i to z różnych niemal epok.
Skąd zainteresowanie akurat tym motywem muzycznym? Ktoś, kto
posłucha i przyjrzy się zamieszczonym filmikom, pozna raczej bez trudu.
Na początek więc piękna interpretacja Nat King Cole’a,
którego lubię w tej „nieprzesłodzonej” wersji, z jego triem i który, jak
wyczytałem, jako pierwszy nagrał piosenkę „Nature Boy”. Potem wersja słynnego
Franka Sinatry. Dla mnie nieco zaskakująca. Milesa Davisa nie trzeba rekomendować
– każdy, kto nie znał, a lubi jazz, z chęcią posłucha – po prostu nostalgiczne cudeńko.
I na koniec coś odmiennego, niezupełnie już może jazzowego – Aurora – a od tego
się jakby zaczęło. I to jest już naprawdę zupełnie inna epoka. I inne strachy.
Można by tutaj dodać parę jeszcze innych intrygujących
wersji, ale poprzestańmy na tych. Kto zechce, znajdzie sobie resztę. Warto
poszukać – jest jeszcze kilka pięknych, nietuzinkowych interpretacji.
Dzisiaj kolejne Święto Niepodległości i... kolejne bez
zadym, bez pałowania i bez awantur. Pewnie kaczystowski reżym tak trzyma ludzi
za mordę, że boją się podskoczyć, a może narodowcy się przestraszyli PiS-u i
spotulnieli?
Bardziej serio – zmarł Leonard Cohen. Smutne, że nie będzie
już więcej jego piosenek. Nie byłem jakimś ogromnym fanem, który by śledził
każdą nową płytę czy czekał niecierpliwie na każdą nową piosenkę. Pamiętam
jednak pierwsze zetknięcie z tą twórczością, kiedy nauczyciel angielskiego puścił
nam płytę z nagraniami autora „Famous Blue Raincoat”. Może znałem już wtedy
nowsze utwory tego poety i pieśniarza, ale to były stare nagrania. I było to
dla mnie coś nowego, choć jako smarkacz niewiele też pewnie z tego rozumiałem.
W pamięci pozostała mi charakterystyczna maniera śpiewania, charakterystyczny
głos. Kiedy jakiś czas później kupiłem płytę z nagraniami Cohena, nieco się rozczarowałem,
gdyż było tam całe instrumentarium muzyki elektronicznej i nowoczesnej, a ja
spodziewałem się przede wszystkim gitary i tego... jak to nazwać?...
nonszalanckiego (?) śpiewu, jakby ktoś może trochę za dużo wypił, ale dawał
radę... Chyba wysłuchałem jej kilka razy, ale rozczarowanie pozostało.
Tak, jest więc parę utworów Cohena, które lubię i których
mogę słuchać wciąż na nowo. Nawet trochę się przekonałem do tych bardziej
„nowoczesnych” piosenek. Zawsze wzrusza mnie jednak niezmiennie „Famous Blue
Raincoat” i parę innych kompozycji mniej więcej z tamtego okresu.
Nie wiedziałem wcześniej, że ojciec Cohena był polskim Żydem,
a jego matka pochodziła z Litwy. I jakoś tak symbolicznie wieść o jego śmierci
przyszła w Święto Niepodległości. Wówczas, kiedy Rzeczpospolita odzyskiwała
niepodległość, jeszcze było to państwo wielonarodowe, jeszcze udało się
odzyskać sporą część tamtej I Rzeczpospolitej, w której byli Żydzi, Ukraińcy,
Litwini, Polacy...
Film dokumentalny o Amy Winehouse zobaczyłem dopiero
niedawno, korzystając z jednego z płatnych portali filmowych. Przez dłuższy
czas zwlekałem z obejrzeniem tego dokumentu. Być może powodów było kilka: Albo
obawiałem się przesłodzonej wersji jej życia, lukrowanych, czułych komentarzy w
stylu głupawych portali muzycznych dla młodzieży, albo podkoloryzowanej
historii o zbuntowanej młodej dziewczynie, która złożyła życie na ołtarzu
pop-kulturowego buntu, albo może po prostu żal mi było tej młodej piosenkarki i
kompozytorki o niesamowitym talencie, która tak przedwcześnie odeszła z tego
świata, i nie chciałem oglądać tej historii, tak jak nie chcemy przez jakiś
czas wracać do historii życia kogoś nam bliskiego, kto niedawno odszedł, bo to
boli.
Tymczasem film – w którym autor korzysta z materiałów
archiwalnych, amatorskich nagrań wideo, zdjęć prywatnych i nagrań ze studiów
muzycznych – mną wstrząsnął. Pokazał Amy Winehouse przede wszystkim jako
obdarzoną darem muzycznym nastolatkę, która weszła w świat rozrywki, w świat
przemysłu rozrywkowego może nazbyt wcześnie. Jawi się tutaj angielska
piosenkarka jako niesamowity talent nie muzyki pop, ale jazzu – a więc muzyki
bądź co bądź elitarnej, być może czasem snobistycznej, ale raczej właściwej dla
małych klubów, do których przychodzi publiczność o bardziej wyrafinowanych
gustach. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Sam na tym blogu poświęciłem
pamięci Amy Winehouse krótki wpis, w którym przyrównałem ją do największych
gwiazd: Billie Holiday, Niny Simon, Elli Fizgerald. Szkoda, że Tony Bennett nie
wpadł na pomysł nagrania całej płyty z jej udziałem. Może przy okazji praca nad
takim projektem i szacunek, jakim darzyła dużo starszego piosenkarza, zdołałyby
jeszcze uratować jej młode życie? Może przynajmniej na jakiś czas?
Z drugiej strony jawi się Amy Winehouse jako młoda, wrażliwa
dziewczyna, którą łatwo było zranić i wciągnąć w wir samodestrukcji. Przede
wszystkim nie bez znaczenia jest tutaj tło związane z jej życiem rodzinnym.
Kiedy w pewnym momencie jej ojciec powiedział o swoim odejściu od żony i
rodziny, że jego córka dość łatwo sobie z tym poradziła, zareagowałem
wzburzeniem, stwierdzając, że człowiek ten jest głupi, nie zdaje sobie sprawy,
jakim nieszczęściem dla dziecka jest rozejście się jego rodziców. Dalsza część
filmu tylko potwierdziła moją konstatację. Jej ojciec, z którym przecież
podtrzymywała kontakt i który dalej miał niebagatelny na nią wpływ, nie dorósł
nie tylko do roli męża jej matki, ale i kochającego, opiekuńczego rodzica. Jego
decyzje miały na kochającą go przecież Amy wpływ destrukcyjny. Tak wynika to
przynajmniej z filmu i choć biorę poprawkę na możliwe przekłamania, to
właściwie film nie pozostawia tu złudzeń, oddając głos samemu ojcu.
Drugi
mężczyzna (jeśli w ogóle zasługuje na to miano), który wywarł równie
niszczycielski, a może nawet niebagatelnie bardziej rujnujący, wpływ na życie
utalentowanej piosenkarki, to jej chłopak, a potem mąż, Blake Fielder.
Wciągający młodą kobietę, właściwie niemal dziewczynę jeszcze, w spiralę
alkoholowego i narkotykowego szaleństwa, jawi się tutaj jako postać
zdecydowanie odrażająca, „pasożyt” (określenie jednego z lekarzy z poradni
odwykowej) żerujący na miłości zapatrzonej w niego piosenkarki. Tej roli nie
przesłaniają wzmianki o jego własnych zranieniach z dzieciństwa. W końcu
narkotykowe i alkoholowe ciągi z jego udziałem przyczyniły się do zniszczenia
zdrowia samej Amy, a brak z jego strony jakiejś choćby podstawowej troski i
dojrzałości przyniósł katastrofalne skutki w chwili, kiedy próbowano
piosenkarce pomóc wyjść z nałogu.
Oczywiście nie można całej winy zrzucić na otoczenie. Trzeba
uczciwie powiedzieć, że autorka „Back to Black” sama weszła na ścieżkę życia
dalekiego od świętości. Miała też prawdziwych przyjaciół, którzy z przerażeniem
patrzyli na jej staczanie się i usiłowali jej pomóc. Całość jednak obrazu
pokazuje znakomicie, jak takie życie wywiera dewastujący wpływ na człowieka,
jak mit wyzwolenia seksualnego, „wolności od”, ten cały „sex, drugs and
rock’n’roll” kryją za swoją fasadą samotność, krzywdę wyrządzaną sobie i
drugiemu człowiekowi. To chyba jeden z bardziej oskarżycielskich filmów dla
świata pop-kultury i w ogóle współczesnej mentalności, jaki w ostatnim czasie
dane mi było obejrzeć i być może nawet wbrew woli jego twórców.
Wokół tego wszystkiego i w tle jest jeszcze przemysł
rozrywkowy i świat mediów (nie tylko wszędobylskich paparazzi, ale też
telewizji, gazet, czasopism). Choć tutaj ich rola nie jest aż tak mocno – w
moim odczuciu – podkreślona, a może nawet niejednoznaczna. Jeśli chodzi o świat
mediów, to dobrze widać to, gdy zestawi się ciepłe przyjęcie młodej piosenkarki
na początku jej kariery i szyderstwa i kpiny (także ze strony tych samych tuzów
dziennikarstwa!), kiedy zaczęła się staczać i potrzebna jej była pomocna i
przyjacielska dłoń. Chyba negatywną stronę przemysłu rozrywkowego najbardziej
widać już właściwie pod koniec filmu, kiedy usiłowano wciągnąć Amy Winehouse
(wbrew jej samej – jak sugeruje dokument) w kolejną trasę koncertową z występami
na wielkich scenach. Wielu pamięta jeszcze, jaki był tego skutek.
Czego w życiu Amy Winehouse zabrakło? Chyba po prostu tej
prawdziwej miłości, o której tak pięknie pisze św. Paweł. Gdyby ją naprawdę
spotkała, być może wciąż byłaby wśród nas i wciąż tworzyłaby nowe, może nawet
jeszcze lepsze piosenki.
Smutny to film i smutne niesie ze sobą refleksje. Ale wbrew
temu, a może właśnie dlatego, wart jest obejrzenia.