Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2019

Przełom XX i XXI wieku – potworna głupota i barbarzyństwo

Jeśli nasz świat przetrwa, to w przyszłości nasza epoka będzie określana wiekiem głupoty i bezprzykładnego barbarzyństwa.

Mimo niesamowitego rozwoju technologii, zwłaszcza w dziedzinie elektroniki, rozwoju wiedzy naukowej i różnych specjalizacji, zdajemy się poziomem moralnym staczać coraz bardziej do poziomu bezprecedensowego barbarzyństwa. Temu ogromnemu rozwojowi nauk technicznych – choć już nie na przykład w eksploracji kosmosu, gdzie postęp jest dużo wolniejszy, niż wyobrażali to sobie pisarze science-fiction – towarzyszy regres w dziedzinie nauk humanistycznych, a w tym w szczególności w etyce. To chyba się ze sobą po prostu wiąże. Rzeczy na pozór tak trywialne, jak upadek nauki łaciny w szkołach; zerwanie z wiekową tradycją, odrzucenie klasyków literatury, wyrzucenie z uczelni wyższych teologii, zwrócenie się „humanistów” przeciwko człowiekowi poprzez popieranie różnych zbrodniczych projektów – takich jak eutanazja, aborcja, in vitro..., zastąpienie prawdziwej nauki o człowieku tzw. „gender studies” – to wszystko (i dużo więcej) się ze sobą wiąże.

Dołóżmy do tego znieczulicę na wprowadzanie coraz bardziej barbarzyńskiego prawa. A przy tym dochodzi zwykły brak reakcji Kościoła katolickiego, który zajmuje się ekologią, zamiast zwrócić uwagę na to, że niedługo nie będzie dla kogo tej ekologii bronić, bo dzieci morduje się łonach matek, a świat zaczynają zaludniać egoistyczne, zimne, zapatrzone w siebie zombi, które łzę uronią co najwyżej nad martwym szczeniakiem i żuczkiem gnojakiem, ale już nie nad martwym człowiekiem.

We Wrocławiu w ubiegłym tygodniu przegłosowano dofinansowywanie in vitro z kieszeni podatnika. Arcybiskup Kupny na razie milczy. Nie słyszałem żadnej reakcji. W Polsce obchodzi się natomiast w Kościele dni jedności chrześcijan, dni judaizmu, dni islamu...

W stanie Nowy Jork pogorszono prawo jeszcze bardziej, wprowadzając już coś, co trudno tak naprawdę nazwać w ogóle prawem (jeśli to poprzednie można takim było określić). Nowe bezprawie dopuszcza mordowanie dzieci nawet w końcowym etapie ciąży. To barbarzyństwo uczczono radosną iluminacją Mostu Kościuszki i budynku One World Trade Center (sic!).


czwartek, 17 stycznia 2019

Dwie pokory

Współczesny człowiek jest pokorny nie tą pokorą, która sprawiała, że człowiek wątpił  w swoją moc, ale tą nową pokorą, która sprawia, że człowiek wątpi w swoje człowieczeństwo. Stara pokora opierała się na prawdzie: człowiek jest tym, czym naprawdę jest. Nowa pokora opiera się na braku większego znaczenia: człowiek jest jedynie pyłkiem w kosmosie.
To nowe nastawienie do pokory nie jest spowodowane postępem religii, ale postępem astronomii. Teleskopy i nauka wyjawiły przed nami bezmiar wszechświata. Ci, którzy mają wiedzę, informują nas, że ziemia jest jedynie drobniutkim szczegółem tego wszechświata.

(...)

Współczesny umysł przeciwstawia człowieka wszechświatowi i czyni z człowieka nicość; wieczny umysł przeciwstawia Boga wszechświatowi i czyni z wszechświata nicość. Ten pierwszy dochodzi do człowieczej błahości na podstawie wielkości kosmosu; ten drugi – do błahości kosmosu na podstawie majestatu Boga. Łatwiej jest pomniejszyć rzecz małą, taką jak człowiek, niż pomniejszyć rzecz dużą, taką jak wszechświat. Współczesne obrazowanie robi to pierwsze; nieprzemijające, objawione obrazowanie robi to drugie i z tego powodu jest dużo bardziej imponujące.

Fulton J. Sheen, Kosmiczne zastraszanie (tłum. własne).


sobota, 12 stycznia 2019

Wszechświat jako świątynia

Bóg zbudował wszechświat, który (...) ma swój przedsionek, swoje Miejsce Święte i swoje Miejsce Najświętsze.

Przedsionkiem stworzenia, czyli świata materialnego, jest świat słońca, księżyca, gwiazd, roślin, zwierząt i ludzi – jednym słowem rzeczy zmysłowych. Miejscem Świętym stworzenia jest świat przyczyn, nauki, filozofii i prawa naturalnego. Miejscem Najświętszym stworzenia jest świat tajemnicy i objawienia, takiego jak Trójca Święta i Wcielenie. Ten sam klucz, który otwiera przedsionek stworzenia, nie otwiera Miejsca Świętego stworzenia ani świat przyczyn nie otwiera Miejsca Najświętszego. Istnieją trzy klucze do świątyni. Pierwszym kluczem, otwierającym świat materii, jest pięć zmysłów, którymi smakujemy, widzimy, dotykamy, czujemy i słyszymy świat materialny i w ten sposób wchodzimy w komunię z nim. Drugim kluczem, otwierającym świat przyczyn i celów, jest klucz rozumu, który umożliwia nam przeniknięcie wewnętrznych znaczeń i celów rzeczy. Wreszcie, kluczem, otwierającym Miejsce Najświętsze stworzenia, jest delikatny klucz wiary.

(...)

Istnieją (...) trzy źródła wizji w tym wszechświecie, każde inne pod względem rodzaju, a jednak każde będąc udoskonaleniem pozostałych – oko, rozum i wiara. Pierwsze otwiera przedsionek stworzenia, czyli wszechświata materialnego; drugie otwiera Miejsce Święte stworzenia, czyli świata przyczynowo-skutkowego w porządku naturalnym; trzecie otwiera Miejsce Najświętsze, czyli świat Wcielenia i Łaski.

Abp. Fulton J. Sheen, Agnostycyzm (tłum. własne)


poniedziałek, 17 grudnia 2018

Komu służy „globalne ocieplenie”?

Wśród wielu podejrzanych szajb współczesnych, które forsowane są przez wielkie media, polityków i międzynarodowe lobby, znajduje się idea globalnego ocieplenia albo... Właśnie, czy chodzi o globalne ocieplenie, czy o zmiany klimatu? A może o coś jeszcze innego? Bo zdaje się, że nomenklatura jest tutaj nieco chwiejna, a przynajmniej również ulega zmianom (zapewne razem ze zmianami klimatu?).

Pamiętam, jak pierwszy raz pojechaliśmy z żoną na wakacje na Kretę. Był maj. Spytałem znajomego, który zna tamte rejony, bo zajmuje się też kulturą i historią Grecji zawodowo, jakiej spodziewać się pogody. Odpowiedział krótką wiadomością: „Będzie ciepło, a nawet bardzo ciepło, nie będzie padać”. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy wysłałem mu zdjęcie deszczowej Krety. Spytał, czy spędzamy te wakacje w Bełchatowie. Pamiętam, że kiedy po tygodniu jechaliśmy na lotnisko, lało jak w Kotlinie Kłodzkiej. A w tym albo poprzednim roku, również w maju, częściowo deszczowym, opowiadano mi o śniegu na plaży w zimie.

A w Polsce? Lato było tego roku wprawdzie gorące, ale przecież wiosna dość chłodna i zima na początku tego roku wyjątkowo mroźna. Nawet jeśli zmiany klimatu postępują, to mam wątpliwości, czy faktycznie wywołane są one przez człowieka. Jaka jest emisja CO2 dzisiaj w Polsce? A jaka była np. w latach dziewięćdziesiątych czy osiemdziesiątych? No cóż, nie jestem specjalistą... Pamiętam oglądany jakiś czas temu film dokumentalny, w którym różni naukowcy podważali hipotezę o globalnym ociepleniu. Zwracali między innymi uwagę na duży wpływ plam na słońcu na atmosferę ziemską. Bardzo ciekawym wątkiem była sugestia, że pomysł z globalnym ociepleniem – kojarzony zazwyczaj z ruchami lewackimi – wylansowali... konserwatyści Margaret Thatcher, by forsować zamykanie kopalni węgla i promować energię jądrową. Chyba gdzieś o tym pisałem na swoim blogu.

Jednak nie trzeba sięgać do archiwów, można obejrzeć bardzo dobry, niedawno zrealizowany, krótki film dokumentalny poświęcony zagadnieniu zmian klimatu, którego autorami są dziennikarze portalu PCh24.pl. Choć wypowiadają się w nim również publicyści (m.in. Stanisław Michalkiewicz), to sporą wartość dla wątpiących będą miały opinie samych naukowców, którzy wykazują, że np. zmiany klimatyczne występują na ziemi cyklicznie i że nie są niczym nowym, że dwutlenek węgla jest korzystny dla rozwoju roślinności, a więc sprzyja bogatszym zbiorom, że... Zresztą najlepiej zobaczcie sami.


piątek, 23 listopada 2018

Kijem w księdza profesora, zamiast argumentem i faktami

Jestem chyba ostatnią osobą, którą można by posądzić o antysemityzm. O antysemityzmie zresztą pisałem też na swoim blogu. Oczywiście, jak każdy typowy inteligent, wychowany jeszcze w czasach schyłkowego PRL-u, reaguję alergicznie na wszelkiego typu wypowiedzi, które wydają mi się pachnieć antysemityzmem.

Zdaję sobie jednak sprawę z niezdrowej atmosfery panującej w Polsce. Zwrócenie uwagi na fakt, że na przykład jakiś polityk czy dziennikarz jest Żydem od razu wiąże się z możliwym posądzeniem o antysemityzm. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiając ze swoją znajomą, która jest Żydówką, powiedziałem, poruszając jakiś temat, że jest ona „pochodzenia żydowskiego”. Reakcja mojej znajomej była natychmiastowa: „Słuchaj, ja nie jestem pochodzenia żydowskiego, ja jestem po prostu Żydówką! Stuprocentową Żydówką! Oboje moi rodzice byli Żydami”. Oczywiście użyłem nie bez przyczyny zwrotu „pochodzenia żydowskiego” – przecież jako Polak mam zakodowane, że stwierdzenie: „Pani taka a taka to Żydówka” to niemal jak nawoływanie do pogromów.

Próba poruszenia jakichś niezbyt przyjemnych faktów związanych z postępowaniem przedstawicieli społeczności żydowskiej w Polsce w czasach przedwojennych, w trakcie wojny lub po wojnie to jak napraszanie się o śmierć cywilną, zwłaszcza jeśli jest się naukowcem. Można pisać o kolaboracji Polaków z okupantem, można posądzać ich o większy antysemityzm od hitlerowców, można najgorsze kalumnie wypisywać o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale napisać o kolaboracji obywateli żydowskich czy o ich udziale w systemie represji wymierzonym w Polaków po II wojnie światowej to już stawianie się poza marginesem oficjalnego świata akademickiego czy dziennikarskiego. Nie mówię już o takich faktach, jak próby weryfikacji liczby Żydów pomordowanych w obozach koncentracyjnych czy choćby w Jedwabnem. To jak podważanie niepodważalnej prawdy objawionej.

Ba! Jak pokazywałem na przykładzie „Kupca weneckiego”, nawet literatura piękna jest interpretowana na nowo tak, by dostosować się do tego terroru poprawności politycznej w kwestii żydowskiej.

Jednak rzecz nie dotyczy jedynie minionych dziejów czy polityki. Całkiem niedawno dowiedziałem się od pewnego profesora rzeczy zdumiewającej, otóż powiedział mi, że w Polsce, w kraju, w którym mówi się o długiej historii stosunków polsko-żydowskich, w którym podkreśla się wzajemne relacje polsko-żydowskie, w którym zwraca się uwagę na koegzystencję tych dwóch kultur i narodów obok siebie przez wieki, w którym istnieją muzea żydowskie, w tymże kraju nie można prowadzić na przykład badań nad... Talmudem! Wszelkie próby naukowych dociekań na temat tej ważnej przecież księgi mogą się zakończyć złamaniem kariery naukowej! Nie mogłem w to uwierzyć. Pan profesor podał mi pewne przykłady, ale uświadomił mi jeszcze jedną rzecz: nie istnieje polski przekład Talmudu! Tak po prostu! Wieki wspólnej egzystencji, przenikania się kultury żydowskiej i polskiej, piękne przemówienia i uroczystości, jarmułki na głowach dostojników państwowych..., a tymczasem okazuje się, że nie ma ani badań nad Talmudem, ani polskiego tłumaczenia tej księgi! I jak tu nie wierzyć w spiski?

Oczywiście, jednym z winowajców wyżej opisanego stanu rzeczy (ale rzecz jasna nie tego, że brakuje polskiego przekładu Talmudu, nie mówiąc już o naukowych badaniach!) jest sam Adolf Hitler i okrucieństwa, jakie popełniono w czasie II wojny światowej. Żyjemy w sytuacji szantażowania Holokaustem. Jakakolwiek krytyka Żydów, kultury żydowskiej, mentalności żydowskiej, żydowskiej etyki to po prostu mowa nienawiści i niemal nawoływanie do budowania nowych obozów koncentracyjnych. Do licha! Tak dłużej być nie może! Należy odróżnić zwykłą nienawiść do jakiegoś narodu, rasy czy konkretnego człowieka od dociekań naukowych opartych na faktach. To pierwsze należy potępiać. W tym drugim przypadku należy się ścierać na gruncie faktów, na gruncie dociekań naukowych, na gruncie logiki.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? A to dlatego, że żyjemy w czasach pogłębiającego się zamordyzmu. I to zamordyzmu, który wprowadzają nie brutalni żołdacy, ale panowie w eleganckich garniturach czy nawet noszący na szyi koloratki. Kiedy przyjeżdża jakiś kontrowersyjny naukowiec, kontrowersyjny dlatego, że głosi prawdy niepopularne w mediach głównego ścieku czy poglądy nieprzystające do powszechnie uznawanej wizji świata, to okazuje się, że spotkania z jego udziałem na terenie uniwersytetu nagle są odwoływane! Uniwersytet, który powinien być miejscem wolności badań naukowych i wymiany myśli, okazuje się miejscem dla wybranych i głoszących jedynie słuszne poglądy. Prof. Zygmunt Bauman – tak. Prof. Paul Cameron – nie. Prof. Magdalena Środa – tak. Ks. prof. Tadeusz Guz – nie. Reżyser Wojciech Smarzowski – tak. Reżyser Grzegorz Braun – nie. Jeśli któryś z prelegentów głosi bzdury, to przecież cóż łatwiejszego? Należy wysłać kilku łebskich gości, którzy rozbiją jego argumentację w drobny mak. Oczywiście nie kijem baseballowym, ale siłą logicznego rozumowania i udokumentowanymi faktami. Tymczasem coraz powszechniejszą praktyką – zresztą nie tylko w Polsce – jest zastosowanie tego pierwszego – nawet jeśli nie jest to dosłownie kij baseballowy (a i użycie przemocy się zdarza), a na przykład odmowa wynajęcia sali czy nagonka medialna i utrącenie kariery naukowej.

Coś podobnego ostatnio zdaje się spotykać ks. prof. Tadeusza Guza. Sam ksiądz profesor zareagował tak, jak zareagować powinien każdy naukowiec, którego poglądy się kwestionuje – zaproponował debatę naukową iwspólne poszukiwanie prawdy. Jeśli poglądy głoszone przez ks. prof. Guza to niczym nie poparte bzdury, to cóż prostszego, niż udowodnić to publicznie, nawet w transmitowanej przez media dyskusji naukowej? Internet umożliwia w dzisiejszych czasach udostępnienie takiej debaty na cały świat w czasie rzeczywistym. Jeśli argumenty ks. prof. Guza zostałyby podważone logiczną argumentacją, popartą naukowymi dowodami i niezbitymi faktami, to jemu samemu pozostałoby już tylko wycofać się w niesławie z życia naukowego. Jeśli natomiast okazałoby się, że jego poglądy mają solidne podstawy, to wówczas nasuwałoby się pytanie: Dlaczego Polska Rada Chrześcijan i Żydów domaga się od jego zwierzchników działań dyscyplinarnych i dąży do tłumienia wolności badań naukowych?

Ci, którzy nie znają szczegółów sprawy, znajdą zarówno list ks. prof. Tadeusza Guza, jak i Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów w linkach zamieszczonych w powyższym akapicie. Natomiast ci, którzy uważają, że w tej sprawie nie można milczeć i popierają propozycję ks. prof. Tadeusza Guza, nawet jeśli sami nie zgadzają się z jego poglądami, ale cenią wolność dociekań naukowych, mogą podpisać petycję w obronie duchownego tutaj.


piątek, 22 czerwca 2018

XXI wiek – wiek zaćmienia rozumu


Wyobraźmy sobie taką sytuację z filmu science-fiction: oto statek kosmiczny, na którego pokładzie znajdują się badacze i naukowcy, po nawiązaniu kontaktu ląduje na odległej planecie, którą odkryto na obrzeżach znanego wszechświata.

Planetę zamieszkują istoty inteligentne, które stworzyły dość rozwiniętą cywilizację i właśnie zaczynają powoli eksplorować kosmos. Pod tym ostatnim względem cywilizacja ta jest jeszcze nieco zacofana, a to dlatego, że nie potrafi pokonać bariery prędkości światła. Rozwija się jednak błyskawicznie, osiągnięcia w dziedzinie komunikacji, medycyny, technologii i ogólnie nauki, jak na ten etap rozwoju, są dość imponujące.

Naukowcy ze statku kosmicznego powoli poznają ten nowy świat. Interesuje ich oczywiście wszystko – geologia, geografia, fauna i flora, zjawiska atmosferyczne, ale najbardziej zamieszkujący tę planetę obcy i ich kultura i cywilizacja.

Po jakimś czasie, kiedy badaczom udaje się opanować kilka najbardziej dominujących języków w tym nowym świecie i zagłębić w zapisy dotyczące przeszłości i teraźniejszości, eksploratorzy przeżywają swoisty szok poznawczy. Otóż okazuje się, że cywilizacja, którą badają, jest w stosunku do swojego rozwoju technicznego pod względem moralnym znacznie zacofana. Stopniowo i z przerażeniem załoga misji międzyplanetarnej odkrywa zadziwiające barbarzyńskie praktyki, które w tych rozwiniętych społeczeństwach chronione i sankcjonowane są odpowiednimi ustawami. Ba! Ogólnoplanetarne zgromadzenia obcych wręcz domagają się respektowania tych praktyk, a nawet karzą tych, którzy się im przeciwstawiają.

Zdumiewający jest także dla załogi statku fakt, że te barbarzyńskie obyczaje, których ofiarą padają niewinne i bezbronne istoty zamieszkujące tę planetę, były niegdyś w rzeczywistości... zabronione. Tak więc wraz z rozwojem techniki nastąpił regres moralny. Co gorsza, właśnie ten rozwój nowoczesnej, jak na ten etap, techniki i nauki z racjonalnego punktu widzenia powinien potwierdzić wręcz te zasady moralne, które obcy w jakimś obłędzie odrzucają. Jakby byli całkowicie ślepi na to, co nauka mówi im o nich samych, jako istotach inteligentnych. Oni nawet uważają, że ten regres to w rzeczywistości progres!

Badacze misji kosmicznej stają przed dylematem: nie ingerować w rozwój, czy raczej zacofanie, jakie zapanowało na tej planecie czy też ingerować, by ocalić niewinne istoty, które masowo są na niej zabijane. Wysyłają raport specjalny na swoją rodzimą planetę i czekają na decezyję.

Scenariusz filmu fantastycznego? Science-fiction? Skądże! Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Żyjemy w prawdziwych wiekach ciemnych. Świat ogarnął jakiś obłęd, który trudno jest wytłumaczyć racjonalnie, jeśli nie uwzględni się czynnika diabolicznego.

Jak to bowiem wytłumaczyć, że w XXI wieku, przy tak ogromnym rozwoju nauk medycznych, rozwoju psychologii i psychiatrii, metod leczenia zaburzeń psychicznych, może się szerzyć taki zabobon, jakim jest ideologia gender?! Że nauczyciele akademiccy, którzy ośmielą się ten zabobon krytykować, mogą utracić pracę i dostać wilczy bilet?

Jak to wytłumaczyć, że nawet małe dzieci okalecza się w imię tej szalonej ideologii, że chłopców przebiera się w sukienki, a dziewczynki w chłopięce ubranka?

Jak to wyjaśnić, że po wiekach doświadczeń i udokumentowanej historii, doszliśmy do etapu, na którym rozbija się tradycyjną rodzinę, zrównując z nią związki homoseksualne, a nawet propagując możliwość związków poligamicznych, nie zważając na to, że osłabia się w ten sposób, a nawet wręcz niszczy podstawy każdego zdrowego społeczeństwa? Czy naprawdę historia niczego nie uczy, jeśli już w ogóle nie uwzględnia się kwestii moralnych?

Jak to uzasadnić, że w cywilizacji, w której dzięki osiągnięciom nauki, można udokumentować rozwój życia ludzkiego praktycznie od chwili poczęcia do samych narodzin, propaguje się i wciela w życie prawo do mordowania najniewinniejszych z niewinnych istot ludzkich, jakim jest prawo do aborcji, a nawet argumentuje się, że jest to podstawowe prawo kobiety??!

Jak to w ogóle zrozumieć, że w tej samej cywilizacji, w której lamentuje się nad rozdzielaniem dzieci od rodzin nielegalnych imigrantów, jednocześnie z kieszeni podatnika finansuje się handel żywym towarem, jakim jest in vitro, a tego rodzaju pomysły popierają nawet politycy uważający się za szanujących Prawo Boże konserwatystów?

Jak to pojąć, że w tej cywilizacji, w której postęp w naukach medycznych umożliwia podtrzymywanie przy życiu osób, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu byłby skazane na śmierć – i to zarówno tzw. „wcześniaków”, jak i osoby w wieku podeszłym – jednocześnie jako prawo uchwala się eutanazję, czyli wspomagane samobójstwo, a pomocnikiem Tantosa staje się lekarz, czyli ten, który życie powinien ratować?

Smród siarki czuć aż nadto wyraźnie. Kiedy świat się opamięta? Czy jeszcze wróci do rozumu?

sobota, 24 września 2016

Bruzda Longchampsa i pancerna brzoza Macierewicza


Od czasu do czasu zdarza mi się natknąć w Internecie lub w czasopismach na taki żart rysunkowy, w którym występuje Macierewicz i brzoza. Różne są to konfiguracje. A to Macierewicz tę brzozę przesłuchuje, a to znowuż pokazuje ją na jakimś slajdzie, a to wyjaśnia, że jakiś statek zatonął po zderzeniu z tą brzozą itp. Zdarza się też, że ktoś coś wspomni o pieleniu ogródka i zaraz ktoś inny dorzuci: „Tylko przez przypadek nie wytnij brzozy” i od razu ubaw po pachy.

Powiem szczerze, że chyba jestem głupi, bo zawsze mnie te żarty niepomiernie dziwią, nie wspominając już o fakcie, że zastanawiam się, czy katastrofa smoleńska to faktycznie temat do żartów. A zdziwienie moje wywołują one dlatego, że przecież to nie Macierewicz wymyślił tę pancerną brzozę i nie on sugerował, że samolot po zderzeniu z takim drzewkiem może stracić skrzyło i roztrzaskać się w drobny mak na podmokłym terenie. Tak naprawdę to przecież temat do kpin z tych, którzy wierzą, że taka wersja pamiętnej katastrofy to prawda. To nie „sekta smoleńska” jest śmieszna, ale „sekta pancernej brzozy”.

Dlaczego więc przypięto tę nieszczęsną brzozę do ministra Macierewicza? Ano chyba właśnie po to, by odwrócić uwagę od faktu, że sama teoria z brzozą to bzdura i bujda na resorach i że teoria o zamachu może mieć sens. Podejrzewam zresztą, że wielu z tych, którzy te żarty i rysuneczki czy tzw. „memy” upowszechniają, nie wie lub nie pamięta, o co tak naprawdę z tą brzozą chodzi. Ale jest śmiesznie, ha, ha, ha...

Notabene określenie „sekta pancernej brzozy” wymyślił nieżyjący już bloger Seawolf, czyli Tomasz Mierzwiński.

Nieco podobny przypadek jest z tzw. „bruzdą dotykową”, którą teraz często określa się jako „bruzdę Longchampsa. I znowu: żarty, kpiny, a nawet inwektywy. Ksiądz profesor wypowiedział się o możliwych wadach genetycznych u dzieci poczętych metodą in vitro, miał wprawdzie nieszczęście wspomnieć coś o tej bruździe i już mu ją przypięto na wieki wieków, choć nie stanowiła ona meritum sprawy. Oczywiście rysunki z ową bruzdą i memy znowu można znaleźć w Internecie. Każdy głupiec, który nie wie nic o zastrzeżeniach i badaniach genetyków, może je powielać i jest zabawnie, ha, ha, ha...

Tymczasem prawda jest taka, że te wady genetyczne i ta bruzda (o której nie zamierzam się wypowiadać, bo się na tym po prostu nie znam) to rzecz drugorzędna, a nawet może i czwartorzędna. I odwraca ona uwagę od tego, co istotne. Być może za kilka dziesiątków lat nauka upora się i z tym problemem i owe dzieci będą rodzić się tak zdrowe i doskonałe jak aryjska rasa panów. Ale to nie zmienia faktu, że metoda in vitro jest najzwyczajniej w świecie niegodziwa. I przytoczę raz jeszcze na tym blogu stwierdzenie Anny Golędzinowskiej: to handel żywym towarem. Po prostu. Z samego faktu, że ktoś chce mieć dziecko, nie oznacza, że ono mu się należy i że ktoś może je dla niego „wyprodukować”. 

czwartek, 23 czerwca 2016

Odkłamać islam – Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie i krucjatach


Kiedy obserwuje się dyskusje na temat islamu, arabskiego terroryzmu i kwestii tzw. „uchodźców”, często można odnieść wrażenie, że dyskutanci kierują się bardziej emocjami niż faktyczną wiedzą na temat. Przeciętny obserwator może być w co najmniej lekkiej konfuzji słuchając przeciwnych punktów widzenia, zwłaszcza jeśli wcześniej nie interesował się ani kulturą arabską, ani samym islamem. Nawet w mediach katolickich można spotkać rozbieżne opinie na temat wyznawców Allacha i to często dość sprzeczne. Istnieje więc potrzeba jakiegoś popularnego przewodnika, kompendium wiedzy czy podręcznika, który dałby zasób podstawowych informacji na temat zarówno uczniów Mahometa, jak i cywilizacji, której podwaliny stworzył, a która zdaje się właśnie po raz kolejny (może ostatni?) toczyć bój z cywilizacją europejską. 

Jedną z książek, która zdaje się odpowiadać na takie zapotrzebowanie, jest „Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie ikrucjatach” Roberta Spencera wydany przez Frondę. Już sam tytuł zdradza, że autor nie zamierza bawić się w eufemizmy, troszczyć o to, by nie urazić wyznawców religii „pokoju”, jak często przedstawia się islam. Spencer zresztą zwraca uwagę w ostatnich rozdziałach swojej książki na kneblowanie ust krytykom mahometanizmu zarówno przez poprawną politycznie cenzurę obecną we współczesnych mediach, jak i działalność samych islamistów, którzy potrafią wszelkie niepoprawne wypowiedzi na swój temat karać albo zamykaniem im ust, albo w skrajnych przypadkach dość brutalnie – śmiercią. Jak sam stwierdza w tytule jednego z tych rozdziałów: „Krytykowanie islamu szkodzi zdrowiu”. 

„Przewodnik...” składa się z trzech części: „Islam”, „Krucjaty” oraz „Współczesny dżihad”. W poszczególnych rozdziałach każdej z części autor rozprawia się ze współczesnymi mitami na tematy związane z mahometanizmem,  jak i samego starcia tej religii z cywilizacją europejską zarówno w przeszłości, jak i dzisiaj. Jak pisze sam Spencer: „książka nie została pomyślana jako ogólne wprowadzenie do islamu ani wyczerpujące studium wypraw krzyżowych. Jest to raczej badanie pewnych wysoce tendencyjnych stwierdzeń na temat tej religii oraz krucjat, które to stwierdzenia przedostały się do publicznego dyskursu. Książka ma raczej w przypadku obu tych tematów przybliżyć opinię publiczną do prawdy”. 

Autor podpiera swoje twierdzenia i poglądy bogatą literaturą źródłową, którą przywołuje w tekście, a która świadczy przeciwko uczniom Mahometa i tym, którzy próbują nas przekonać, że islam to religia pokoju i tolerancji. Spencer pokazuje już na samym początku twórcę islamu jako „proroka wojny”, a Koran jako „księgę wojny”, a więc przeciwnie do szerzonych także w mediach katolickich stereotypów, które usiłuje się wtłaczać do głów wbrew faktom historycznym. Autor „Przewodnika...” przywołuje wydarzenia z życia Proroka, by pokazać, że już od samego początku była to religia szerzona bynajmniej nie w pokojowy sposób. Warto od razu zauważyć, że uderzającym przeciwieństwem jest tutaj zarówno postać samego Chrystusa, jak i dzieje wczesnego chrześcijaństwa. 

Niektóre rozdziały książki są wstrząsające, jak choćby ten, który mówi o traktowaniu kobiet w islamie. Zdarzyło mi się słyszeć opinie osób krytycznych wobec Kościoła katolickiego – w tym kobiet! – które pozytywne wypowiadały się o rzekomym szacunku dla kobiety w kulturze muzułmańskiej. Polecam im właśnie rozdział „Islam a traktowanie kobiet”. Autor przytacza liczne przykłady, także z Koranu, ilustrujące prawdziwy status płci pięknej w cywilizacji muzułmańskiej. Niektóre z tych rzeczy są znane, inne się ignoruje: małżeństwa dzieci, poligamia, maltretowanie żon, małżeństwa tymczasowe, traktowanie kobiety jako „pola uprawnego”, na które można sobie przychodzić, kiedy się chce, łatwość rozwodu (dla mężczyzny rzecz jasna), makabryczne i bolesne obrzezanie kobiet, podrzędne traktowanie świadectwa kobiety, gwałty... 

Innym rozdziałem, na który warto zwrócić uwagę, jest „Jak Allah wykończył naukę”. Autor rozprawia się w nim z popularnym mitem, którym często karmi się również młodzież w szkołach, istniejącym nie tylko w popularnych filmach, a twierdzącym, że pod panowaniem islamu kwitła nauka i sztuka, kiedy Europa tonęła w mrokach średniowiecza. Spencer stwierdza coś wprost przeciwnego (co dla wielu może być zaskoczeniem): islam nie tyle sprzyjał nauce i kulturze, co z samej zasady był przeszkodą dla jej rozwoju. I stwierdza kategorycznie: „Tylko judaizm i chrześcijaństwo, a nie islam, stanowią wiarygodną podstawę do badań naukowych”. Autor „Przewodnika...” zauważa, że „islam nie wpłynął w znaczącym stopniu na rozwój kultury czy nauki. (...) Przeciwnie, istnieje wiele dowodów potwierdzających, że to nie islam był motorem rozwoju [w średniowieczu], lecz innowiercy, którzy w różny sposób służyli muzułmańskim władcom”. Spencer idzie tutaj zresztą już utartym szlakiem, choć mało kto nim chodzi, bo większość wybiera bardziej uczęszczane trakty. To samo w pierwszej połowie XX wieku pisał np. Hilare Belloc, który podkreślał, że rozwój nauki nie był w najmniejszym stopniu zasługą mahometan i rzekomej wyższości i tolerancji ich religii. Spencer z kolei podaje oprócz różnych przykładów argumenty natury teologicznej. 

Część II książki warto polecić tym, którzy ulegają szerzącej się od dawna politycznie poprawnej krytyce krucjat. Nie wątpię, że część tej krytyki jest motywowana szlachetnymi pobudkami, a można się z nią spotkać nie tylko w mediach wrogich Kościołowi, ale również w artykułach na łamach prasy katolickiej, jak i w filmach czy dziełach chrześcijańskich poświęconych np. takim świętym jak św. Franciszek z Asyżu. I choć przebija z tej krytyki słuszna troska o to, by nie pochwalać zachowań sprzecznych z duchem Ewangelii, to nie sposób zauważyć kłamliwej perspektywy, jaką przyjmują tacy krytycy, zarówno katoliccy czy wrodzy chrześcijaństwu. Wystarczy nawet pobieżna znajomość historii Europy i zadanie sobie prostego pytania, by uświadomić sobie, na czym polega fałsz: Co stało się z cywilizacją chrześcijańską w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, jak to możliwe, że w ciągu praktycznie stu lat przestała ona istnieć? Kto tu był najpierw agresorem? I czy to np. Karol Młot zaatakował „pokojowych” uczniów Mahometa? Czy w późniejszych wiekach mieszkańcy Konstantynopola dobrowolnie przeszli na islam i oddali miasto wyznawcom Allacha? Czy może jednak agresorem byli ci drudzy? Jeśli kogoś w dalszym ciągu nie przekonują te proste fakty, polecam lekturę całej drugiej części „Przewodnika...” . Autor rozprawia się zarówno z mitami na temat przyczyn wypraw krzyżowych, jak i stereotypami dotyczącymi ich przebiegu. Nie pomija też milczeniem fałszów obecnych w kulturze popularnej, czego wybitnym przykładem jest np. film „Królestwo niebieskie”. 

W ostatniej części poświęconej współczesnemu dżihadowi Spencer pisze oświętej wojnie toczonej w różnych formach na terenach cywilizacji europejskiej, której podwaliny stworzyło chrześcijaństwo. Podkreśla przy tym sprzyjające warunki, jakie wytwarzają zarówno instytucje, jak i media cywilizacji zachodniej, kneblując usta krytykom mahometanizmu, gardząc własną kulturą i historią, fałszując fakty nie tylko historyczne, ale i te odnoszące się do wydarzeń współczesnych. Politycy, dziennikarze, wykładowcy stają de facto w tej (nie)świętej wojnie islamu z cywilizacją zachodnią po stronie wrogów.
Do zalet „Przewodnika...” należy zaliczyć osobne ramki pojawiające się w tekście, w których autor podaje zarówno interesujące fakty na temat islamu, jak i zestawia słowa Mahometa ze słowami Chrystusa. To ostatnie jest zwłaszcza pouczające. Na swoim blogu, nie znając jeszcze książki Spencera, zrobiłem dwa razy takie zestawienie (tu i tutaj). Polecam je zresztą jako ćwiczenie myślowe i duchowe tym, którzy mają trochę czasu i dostęp nie tylko do Biblii, ale i polskiego tłumaczenia Koranu. 

Jeśli miałbym zwrócić uwagę na mankamenty książki Spencera, to wymieniłbym przede wszystkim dwa, które wydają mi się istotne w przypadku książki tego typu, mimo zastrzeżeń autora przytoczonych na początku tej recenzji. Przede wszystkim szkoda, że autor nie podał choćby krótkiego zarysu albo chronologii życia Mahometa, chociaż przytacza różne fakty z jego biografii, które ilustrują krytyczny stosunek do mahometanizmu. Drugą wadą jest moim zdaniem brak choćby krótkiego słownika czy glosariusza wyjaśniającego podstawowe terminy związane z islamem. Taki słownik w dużej mierze ułatwiłby czytanie książki czytelnikom, którzy wiedzą niewiele albo zgoła nic na temat religii Proroka.

Robert Spencer, Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie i krucjatach, Fronda, Warszawa.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zbadać Tajemnicę

Ostatni raz książkę o Całunie Turyńskim czytałem gdzieś w latach osiemdziesiątych. Moja wiedza na temat tej relikwii jest głównie oparta na bestsellerze Iana Wilsona pod prostym tytułem „Całun Turyński”. Dziwne drugoobiegowe czy trzecioobiegowe wydanie tej książki w dwóch tomach pewnie do tej pory znajduje się jeszcze na wielu półkach polskich domów. To zapewne Wilsonowi zawdzięczam parę przekonań na temat tego płótna pogrzebowego i odbitego na nim wizerunku. Do głównych należy niewątpliwie to, że ów wizerunek przedstawia faktycznie ciało Chrystusa, a naukowcy nie potrafią wyjaśnić przekonująco, w jaki sposób został on utrwalony. Toteż z dużym sceptycyzmem odnosiłem się do rewelacji o wynikach badań węglem C14, gdyż nijak nie zgadzały się one z tym, co w książce Wilsona znalazłem na temat całunu. Poza tym – choć uważałem, że sama autentyczność lub jej brak w przypadku słynnej relikwii nie może mieć żadnego wpływu na wiarę – być może odczuwałem zawód, że oto coś tak niezwykłego miałoby się okazać średniowiecznym fałszerstwem (pytanie, jak dokonanym?).

Od tamtego czasu swoją wiedzę o Całunie Turyńskim czerpałem głównie z artykułów czytanych w prasie lub Internecie. Oglądałem chyba też jakiś film dokumentalny na ten temat. Dopiero od niedawna przechowywana w Turynie relikwia zaczęła ponownie zaprzątać moją uwagę bardziej (częściowo ze względów zawodowych) i zmusiła do sięgnięcia po książkę. Tą książką okazał się wywiad pt. „Oblicze Prawdy”, jaki Grzegorz Górny przeprowadził z Barriem Schwortzem, który uczestniczył w pracach amerykańskiego zespołu badawczego STURP. Zespół ten jako pierwszy poddał kompleksowemu i interdyscyplinarnemu badaniu Całun Turyński w roku 1978. Okazuje się, że do tej pory – mimo postępów techniki – żaden inny zespół naukowców nie miał okazji dokonać podobnej analizy kontrowersyjnego wizerunku.

Gdzieś w Internecie czytałem kpiące uwagi na temat nowych książek poświęconych Całunowi Turyńskiemu, których to uwag autorem jest zresztą bloger nastawiony raczej przychylnie do Kościoła. Trochę to ostudziło mój entuzjazm, ale po lekturze rozmowy Górnego ze Schwortzem muszę stwierdzić, że te kpinki są nieuzasadnione. Moim zdaniem jest to cenna publikacja z kilku względów: Po pierwsze uznanie należy się wydawnictwu Rosikon Press za stronę edytorską. Publikacja jest bogato ilustrowana materiałem fotograficznym dotyczącym tak samego Całunu Turyńskiego, jak i prac zespołu STURP. Choć przy niektórych fotografiach chyba dobrze byłoby zamieścić bardziej szczegółowy przypis.

Po drugie książka zawiera zarówno pełną listę członków STURP, jak i bibliografię publikacji naukowych poświęconych relikwii, co może się okazać cenne dla tych, którzy chcieliby bliżej zainteresować się historią naukowej analizy i wynikami badań jednej z najbardziej kontrowersyjnych relikwii chrześcijaństwa.

Po trzecie podaje dość sporo informacji na temat pracy amerykańskich badaczy: przygotowań do badań, sprzętu, warunków, w jakich badania prowadzono, problemów, jakie na swojej drodze naukowcy napotykali – w tym konfliktów. To wszystko podane przystępnym dla laika językiem.

Po czwarte jest to też w pewnym sensie rozmowa o samym Schwortzu – amerykańskim Żydzie polskiego pochodzenia, fotografie zajmującym się zdjęciami naukowymi, który ze sceptyka stał się entuzjastycznym krzewicielem wiedzy o Całunie Turyńskim, przekonanym o jego prawdziwości. Choć trzeba zaznaczyć, że o sobie i o swojej wierze religijnej Schwortz wypowiada się z powściągliwością.

I wreszcie po piąte ważną cechą tej książki – dzięki rozmówcy Górnego – jest skupienie się na tym, co o Całunie Turyńskim mówi nauka, a więc unikanie interpretacji religijnych, unikanie emocjonalnego podejścia do kwestii autentyczności relikwii, choć z pewnością nie jest to łatwe. Schwortz konsekwentnie i do końca unika komentarzy, które wykraczałyby poza to, co o badanym płótnie jest w stanie powiedzieć naukowiec. I przyznaje, że na niektóre pytania nauka nie jest w stanie odpowiedzieć, że jest wobec nich bezradna. Sam wspomina o „wyśrubowanych” kryteriach, jakie przyjmuje przedstawiając informacje o publikacjach na temat Całunu Turyńskiego na założonej przez siebie stronie internetowej www.shroud.com. Muszą to być np. publikacje stricte naukowe i w naukowych czasopismach ogłaszane. A więc Schwortz pomija wszelkiego typu spekulacje nieoparte na analizach naukowych czy najzwyczajniej w świecie bałamutne banialuki. A z takimi można się spotkać zarówno po stronie zwolenników autentyczności Całunu Turyńskiego, jak i jej przeciwników. Ciekawą sprawą jest to, że rozmówca Górnego zwraca uwagę na nagłaśnianie zwłaszcza tych bzdurnych publikacji, które wymierzone są w chrześcijaństwo jako takie. Schwortz zauważa również tę prostą, a istotną prawdę, że naukowiec najpierw zbiera dane, a potem na podstawie ich analizy wysnuwa wnioski. Jego wniosek jest taki, że wizerunek na Całunie Turyńskim odzwierciedla ciało Chrystusa złożonego do grobu i że do takiej konkluzji prowadzi właśnie naukowa analiza zebranych danych.

W książce Grzegorza Górnego można by jeszcze wyróżnić kilka innych ciekawych wątków, jak choćby kwestię skandalicznej „konserwacji” Całunu Turyńskiego dokonanej w roku 2002, która doprowadziła do bezpowrotnej utraty cennego materiału badawczego czy nienaukowego i nieostrożnego obchodzenia się z tak cenną relikwią ze strony zarówno samych naukowców, jak i tych, których pieczy relikwię powierzono. Ale może lepiej, by czytelnik przekonał się o tym osobiście biorąc do ręki tę pięknie wydaną publikację. Naprawdę warto.

Grzegorz Górny, Barrie Schwortz, Oblicze Prawdy. Żyd, który zbadał Całun Turyński, Warszawa 2013.