piątek, 10 lipca 2020

Oddam głos na Dudę

W drugiej turze wyborów oddam głos na Andrzeja Dudę. Obecny prezydent nie jest kandydatem moich marzeń, tak jak rządząca koalicja nie jest rządem, jakiego bym pragnął. Andrzej Duda zawiódł moje pokładane w nim nadzieje. Nie podjął zdecydowanej inicjatywy w obronie życia nienarodzonych, choć głosi, że jest za jego ochroną.

Nie dotrzymał też obietnic danych frankowiczom – w rzeczywistości są oni zdani na długoletnie batalie sądowe z bankami, a więc też ogromne ryzyko, jakie się z tym wiąże. Zostali pozostawieni samym sobie, a sądy, jakie są, każdy widzi. Jest to w gruncie rzeczy uprawomocnienie lichwy, choć trzeba uczciwie przyznać, że są już przypadki wyroków na korzyść oszukanych pożyczkobiorców. Państwo zamiast chronić obywateli, wydaje się być po stronie banksterów, a może też i w ich kieszeni.

Andrzej Duda sugerował także w pewnym momencie możliwość legalizacji tzw. „związków partnerskich”, co kłóci się z deklarowanym przez niego katolicyzmem. Kościół katolicki nie uznaje prawnej legalizacji „związków partnerskich”, a więc nie można popierać takich inicjatyw i jednocześnie być wiernym nauce Kościoła.

Można by pewnie przytoczyć też i wiele innych działań i inicjatyw Andrzeja Dudy, których żadną miarą poprzeć nie sposób, jak na przykład słynny pomysł wpisania do Konstytucji członkostwa Polski w Unii Europejskiej, co nasuwa jak najgorsze skojarzenia z czasami PRL-u.

Mimo tych i innych wad, jest to w obecnej chwili jedyny sensowny wybór. Rafał Trzaskowski jako prezydent Polski oznaczałby przyspieszenie degrengolady naszej ojczyzny. Prezydent RP stojący na czele kolejnej parady LGBT-coś tam to wizja z najkoszmarniejszego snu. Blokowanie inicjatyw ustawodawczych, to z kolei zaostrzenie sporów i faktyczny paraliż funkcjonowania państwa. Jeśli Trzaskowski wygrałby te wybory, mógłby w pierwszej kolejności złożyć podziękowania Konfederacji, o czym piszę z prawdziwą przykrością. Mam wrażenie, że dla tej partii niskie podatki, małostkowa zemsta na wrednych „pisiorach”, którzy wyzywali ich od „ruskich onuc”, liczenie na to, że im gorzej, to tym lepiej dla Konfederacji i tym podobne, są ważniejsze, niż dobro Ojczyzny. Fałszywa też jest symetria mówiąca o wyborze między dżumą o cholerą. Przy wszelkich swoich wadach, Andrzej Duda nie jest jednak rzecznikiem cywilizacji śmierci. Z pewnością nie jest idealnym prezydentem, ale w obecnej sytuacji „beggars can’t be choosers”, jak mawiają Anglicy.


środa, 8 lipca 2020

Konfederaci oddają głos na Trzaskowskiego. Tylko Polski żal

Muszę przyznać, że jestem rozczarowany postawą Konfederacji. W pierwszych tygodniach po wyborach byłem zadowolony, że oddałem głos na tę formację. Powitałem ją jako alternatywę dla PiS-u, prawdziwy prawicowy głos. Przestałem też ulegać szantażowi, który mówił o tym, że jeśli nie Zjednoczona Prawica, to wygra PO. Liczyłem na to, że politycy Konfederacji, którzy dostali się do Sejmu, będą punktować różne absurdy rządzącej koalicji, a jednocześnie wyróżniać się pozytywnie od całej reszty opozycji i broniąc fundamentów cywilizacji europejskiej, do jakich należy obrona nienarodzonych. Niestety wraz z upływem czasu mój entuzjazm do Konfederacji słabł. Chyba znaczącym przełomem był tutaj okres epidemii. Zamiast merytorycznej, konserwatywnej opozycji, ujrzałem ludzi nieodpowiedzialnych, którym ewidentnie sukces, jakim było wprowadzenie 11 posłów do Sejmu, uderzył do głowy.

Co gorsza, zwolennicy Konfederacji, którzy zabierają głos na różnych forach, wydają się po prostu nieodpowiedzialnymi małolatami, którym bliżej do „palikociarni” niż ideowej prawicy. Emocje, które wyrażają, niewiele odbiegają od tych, które widzimy u przeciwników PiS-u z lewej strony. Najlepszym wyrazem tych odczuć była słynna już wypowiedź pana Wilka, na którego w życiu bym nie zagłosował. Moje ogólne wrażenie jest takie, że zarówno politykom pokroju Wilka, jak i tym zwolennikom Konfederacji, którzy najgłośniej gardłują na Twitterze i innych forach, najbardziej zależy na niskich podatkach i zemszczeniu się na rządzących niż na Polsce.

Konfederaci nie dorośli do polityki. Zamiast prawdziwych facetów, którzy wykorzystują okazję, by negocjując i targując się (co nie oznacza wcale „sprzedawania się”, jak sugerował jeden z polityków Konfederacji), ugrać dla Polski i Polaków jak najwięcej, ujrzałem histeryczne baby, które czują parszywą satysfakcję, że oto mogą zemścić na „pisiorach” za zniewagi i „ruskie onuce” (jaki jest mój stosunek do tego tematu – łatwo sprawdzić na tym blogu). Pozytywnym wyjątkiem okazał się tutaj jedynie Robert Bąkiewicz.

Co gorsza, nie wyrażając poparcia dla żadnej strony, tzn. ani dla Andrzeja Dudy, ani dla Rafała Trzaskowskiego, tak naprawdę Konfederacja oddaje głos na Trzaskowskiego. Tak bowiem zagłosuje jedna część jej zwolenników (jak już wcześniej sugerowały badania opinii publicznej i wypowiedzi pana Wilka), a druga część zostanie w domu lub odda głosy nieważne, dający tym samym szanse Trzaskowskiemu na zwycięstwo. Jakaś grupa – myśląca rozsądnie i odpowiedzialnie, tak jak pan Robert Bąkiewicz – odda głos na Dudę, zaciskając zęby, ale wiedząc, o co toczy się gra. Pytanie – jak duża ona będzie.

Co więcej, symetryczne traktowanie Dudy i Trzaskowskiego jest fałszowaniem alternatywy, przed jaką stoją Polacy. Nie jest to wcale wybór między dżumą a cholerą, ale co najwyżej między ciężką grypą a cholerą. „Ciężka grypa” to Duda rzecz jasna. Do czego zdolny jest Trzaskowski, każdy mógł się przekonać, obserwując jego działania w Warszawie. Trzaskowski jako prezydent to wprowadzenie do Polski zarazy, przy której koronawirus to pikuś. Duda, przy wszystkich swoich wadach (jak np. sugestiach, że można by zalegalizować tzw. „związki partnerskie”), których mam świadomość, to jednak powstrzymanie najazdu barbarii na Polskę. Ba! Może ośmielony tym, że byłaby to jego ostatnia kadencja, zdecydowałby się na ostrzejsze posunięcia w paru fundamentalnych kwestiach (wiem, być może jestem naiwny).

Jeśli Trzaskowski wygra te wybory, będzie mógł w pierwszym rzędzie podziękować Konfederacji. Jeśli wygrana Trzaskowskiego w Warszawie, zamiast Jakiego, który chciał wprowadzać tę samą zarazę bocznymi drzwiami, mogła się okazać pewnym otrzeźwieniem dla Polaków, to jego wygrana w wyborach na prezydenta Polski, może się okazać katastrofalna. Konfederacja zdaje się liczyć na to, że pogorszenie sytuacji w Sejmie, przyczyni się do jej wygranej w przyszłych wyborach. Tym samym jej polityka zdaje się być taka: im gorzej dla Polski, tym lepiej dla nas. Może jednak się okazać tak, że brutalnie się pomyli i utraci głosy tych, którzy liczyli na jej ideowość i odpowiedzialność za Polskę.





sobota, 27 czerwca 2020

Homobolszewicka cenzura na YouTube powraca!

YouTube ponownie dopuścił się cenzury. Tym razem ocenzurował film wyprodukowany przez portal PCh24.pl pt. „Ich prawdziwe cele”. To nawet do pewnego stopnia zabawne, bo w ten sposób popularny portal potwierdził, jakie są prawdziwe cele homolobby. „Tolerancja”, „prawa człowieka”, „miłość” to w rzeczywistości w ustach wyznawców tej ideologii puste słowa. Im nie chodzi o żadną tolerancję, ale o zwykły zamordyzm i psucie kolejnych pokoleń. Działając na uczucia, chcą wzbudzić współczucie, by w ten sposób przekonać nas do siebie i wpuścić tę zarazę (inaczej się tego nie da nazwać) do naszych domów. Nie można już kupić ubrania w sklepie, nie można się napić kawy w kawiarni, nie można już obejrzeć filmu na jakiejś platformie w Internecie, by nie sponsorować wrogiej nam ideologii. Ich „tolerancja” polega na tym, że musimy zaakceptować ich zachowanie, inaczej zamkną nam usta, wyrzucą z pracy albo wsadzą do więzienia pod pretekstem szerzenia „mowy nienawiści”.

Więcej o sprawie można dowiedzieć się na portalu PCh24.pl. Sam film zaś można obejrzeć bezpośrednio na stronie PCh24.pl tutaj.


sobota, 9 maja 2020

Dziennik kwarantanny 10: Upadek

Jest taki film z Michaelem Douglasem „Upadek” (Falling Down). Tak mi się jakoś przypomniał, gdy oglądałem zdjęcia przedstawiające tzw. „strajk przedsiębiorców”, na którym znalazła się mieszanina różnych Szczurków, wśród których nikt szanujący uczciwość nie chciałby przebywać. Jeszcze smutniej zrobiło mi się wówczas, kiedy czytałem potem komentarze mieszające z błotem, mówiące o „nowym Palikocie”, „ruskiej onucy” i „rosyjskim agencie” oraz wypowiedzi ludzi życzliwych, którzy przestali rozumieć z tego cokolwiek.





poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dziennik kwarantanny 09: Matka Kurka albo rozhisteryzowana baba z zaburzeniami

Od jakiegoś czasu udzielam się na Twitterze. Robię to bardziej w celach reklamowych niż z chęci brylowania na jakimś forum społecznościowym – zarówno Facebook, jak i Twitter to w dużej mierze strata czasu, chyba że ktoś ma zdolność celnej i szybkiej riposty, a przy tym potrafi to ubrać w zwięzłą formę – wówczas może wykorzystać te fora nawet do ewangelizacji.

Tymczasem jednak Twitter to różne obozy, który wzajemnie się atakują i nie biorą jeńców. Są dość mocno okopane i po krótkim czasie bez trudu można rozpoznać, kto jest nieprzejednanym PiS-owcem, kto Konfederatą, a kto lewakiem. W zasadzie próba poruszania się pomiędzy np. PiS-owcami a Konfederatami jest skazana na niepowodzenie. Jakaś krytyczna wypowiedź np. o Andrzeju Dudzie i traci się śledzących nasze wpisy PiS-owców. Jakaś krytyczna uwaga na temat Konfederatów i można zapomnieć o tym, że ktoś przygarnie cię do grona czytanych autorów. Takie jest przynajmniej moje wrażenie po kilku czy już kilkunastu tygodniach. Zostałem zablokowany nie tylko przez Olgę Tokarczuk, ale także przez „prawicowego” autora, którego sobie niegdyś ceniłem, choć nie we wszystkim się z nim zgadzałem – więc wiem, co mówię.

Od jakiegoś czasu kontrowersje na Twitterze i chyba też w innych mediach i na innych forach budzi kolejna wolta słynnego (a może: słynnej?) Matki Kurki. Muszę przyznać, że ceniłem sobie jego walkę z Owsiakiem, bo to praktycznie starcie Dawida z Goliatem, jeśli weźmie się pod uwagę medialne i biznesowe wsparcie twórcy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy oraz bezkrytyczną sektę jego wyznawców, którzy nie przyjmują żadnej krytyki. Z drugiej strony z ciekawością obserwowałem wpisy Matki Kurki w których kibicował (a może: kibicowała?) PiS-owi i entuzjastycznie wypowiadał się o kolejnych posunięciach Prezesa. Pamiętałem mgliście inne jego wcielenie, chyba jeszcze z czasów forum „Frondy”. Nigdy jednak nie śledziłem każdego jego tekstu.

Jak już wspomniałem, Kurka budzi od jakiegoś czasu mocne kontrowersje na Twitterze. Tym razem atakuje rząd Mateusza Morawieckiego za restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem. Robi to w iście histerycznym tonie (podobnie zresztą jak i inni „prawicowi” komentatorzy i dziennikarze, którym nie podobają się działania rządu). Wulgaryzmy, bluzgi i „dzielne” zdjęcia, na których Matka Kurka łamie przepisy i zalecenia rządowe – to w zasadzie standard – przynajmniej z tego, co dane mi było zobaczyć.

Jedni się od wypowiedzi Matki Kurki odcinają, inni przyjmują je z aprobatą. Nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie ewolucja znanego blogera – czy nagle okaże się Konfederatą i zacznie pisywać na łamach „Najwyższego Czasu!”, czy będzie „niezależnym” autsajderem. Szaleństwa Matki Kurki traktuję z dużym dystansem. I wcale nie dlatego, bym uważał każde posunięcie rządowe za słuszne, choć wierzę (jako były PiS-owiec być może naiwnie) w dobrą wolę rządu Morawieckiego, czy dlatego, bym odmawiał komuś prawa do zmiany poglądów (sam przestałem wspierać w wyborach PiS, choć jednocześnie mam dużo wątpliwości co do Konfederacji). Z dystansem traktuję też komentarze, które sugerują, że Matka Kurka prowadzi działalność agenturalną i że właśnie przełożono wajchę, a jego mocodawcy wydali mu nowe polecenia.

Problem, jaki mam z Matką Kurką, to widoczny brak równowagi, zgoła niemęski. Dla mnie Matka Kurka to taka rozhisteryzowana baba z ostrymi zaburzeniami hormonalnymi. Wielgucki po prostu przechodzi od jednej skrajności w drugą. Może mi coś umknęło (bo jak mówiłem: nie śledzę każdej wypowiedzi tego blogera), ale przejście „od uwielbienia do wzgardy” jest u tego autora niebezpiecznie gwałtowne. To samo można powiedzieć o paru innych dziennikarzach i komentatorach. Niektórzy sobie wyobrażają, że używanie bluzgów, wulgaryzmów, inwektyw to cecha mocno męska. Te pohukiwania, wrzaski i bluzgi są w rzeczywistości symptomem braku równowagi i siły, reakcji uczuciowej, babskiej, a nie męskiej, za którą powinna kryć się chłodna kalkulacja i racjonalna analiza. Czytając wpisy i popisy Matki Kurki wiem jedno: nie powierzyłbym mu prowadzenia nawet małej firmy, a co dopiero stanowiska, na którym miałby jakikolwiek wpływ na rzeczywistość i losy wielu osób. W sytuacji kryzysowej doprowadziłby po prostu swoimi emocjonalnymi reakcjami do katastrofy.


piątek, 3 kwietnia 2020

Z dziennika kwarantanny 08: Sójki, wróble i nie tylko

Jak już pisałem, ponieważ z reguły w ostatnich miesiącach pracuję w większości w domu, więc nie narzekam na nudę. Szczerze powiedziawszy to nawet mam wrażenie, że brakuje mi czasu na wszystkie rzeczy i projekty, które chciałbym zrealizować. Nawet mnie dziwi, że wiele osób nie potrafi sobie poradzić z faktem spędzania większości czasu w domu z powodu epidemii. Może nadawałbym się na astronautę? A może jestem nienormalny?

Nie mamy telewizora. I nigdy nie odczuwam jego potrzeby. Jeśli zdarzy mi się być u kogoś i w tle włączony jest telewizor, to z reguły okazuje się to być jakąś sieczką, której nie da się na dłuższą metę oglądać. Naszym „telewizorem” jest natomiast okno. Już co roku dokarmiamy ptaki. Zimą balkon to ich terytorium. Tak samo było tej zimy, choć tak naprawdę to chyba dokarmianie nie było ptakom potrzebne.

Z roku na rok poznajemy też coraz więcej ptasich gatunków. Już w listopadzie albo pod koniec października na nasz balkon zaczynają zaglądać sikorki. Do tej pory poznaliśmy dwa ich rodzaje: dużą bogatkę i malusieńką, ale często zadziorną sikorkę modrą. Modraszka jest tak mała, że nas to często rozczula. Myślę, że zmieściłaby się w rączce dziecka.

Gdzieś jesienią zeszłego roku rozpoznaliśmy sikorkę ubogą. To zabawne, bo dla żartów nazywałem podobnie modraszkę w odróżnieniu od bogatki. Mówiłem o niej: ubożuszka. A tymczasem okazuje się, że istnieje sikorka uboga. Wygląda mniej więcej tak, jakby ktoś bogatce zrobił czarno-białe zdjęcie.

Liczyliśmy trochę, że w takim razie tej zimy będą już trzy rodzaje sikorek. Jednak uboga pojawiła się tylko na chwilę i ani razu jej nie zauważyliśmy. Zniknął też nieśmiały rudzik, który od czasu do czasu zawitał na nasz balkon i bardzo szybko uciekał, gdy tylko zauważył jakiś ruch. Być może zima była zbyt lekka i nie miał potrzeby zaglądania do karmnika w poszukiwaniu ziarna.

Po sikorkach w pewnym momencie zdecydowanie balkon zajmują wróble i mazurki. Tak, nauczyliśmy się je rozróżniać. Kiedyś to były dla nas po prostu wszystko wróble. W tym roku w pewnym momencie wróbli było dużo więcej niż w zeszłym roku. Znakomicie to widać, o upodobały sobie okoliczne krzaki i siedzą na nich od rana do wieczora. Co jakiś czas podrywają się, by napchać sobie brzuszki i z powrotem usiąść, sprzeczając się ze sobą, kłócąc lub coś tam sobie opowiadając. Niestety nie pojawił się kulawy Tomcio, który przylatywał regularnie zeszłej zimy. Może dokonał żywota. Jedna nóżka wyginała się mu odwrotnie. Być może już z taką wadą się wykluł.

W zeszłym roku zobaczyliśmy ku naszemu zdumieniu ptaka, który był nam zupełnie nieznany. Początkowo myślałem, że to gołąb, ale był od gołębia bardziej kolorowy i śmiesznie podskakiwał. Moja sprytna żona dość szybko znalazła w Internecie, że to po prostu sójka. Któregoś dnia okazało się, że to tak naprawdę dwie sójki. Co jakiś czas przylatują i zaglądają do karmnika powieszonego na płocie, z którego wyciągają chyba orzeszki ziemne, którymi raczą się też wrony szare. Sójki dobierają się również do powieszonych na płocie kuleczek w siateczkach.

Lubimy wrony. Wrony są zabawne. Zarówno te olbrzymie czarne, jak i szare.

Na wiosnę albo pod koniec zimy pojawiają się też szpaki. Szpaki wydziobują ziarenka, które chyba dojrzewają na krzakach przez zimę. Pierwszy raz zobaczyliśmy je albo zeszłej zimy, albo dwa lata temu. Zabawne jest to, że siedzą sobie razem z wróblami. Wróble jakby zupełnie się szpakami nie przejmują. Czasami mam wrażenie, że lądując na gałązkach któryś wpadnie na głowę takiemu szpakowi. Wygląda to też tak, jakby wróble z tymi szpakami się przekomarzały albo o czymś sobie tam opowiadały.

Są też i sroki. Sroki to w ogóle osobna historia... Tak samo zresztą, jak i wrony.


sobota, 28 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 07: Zwichnięte skrzydło wiary

Wśród różnych wpisów i wrzutek na różnych mediach społecznościowych zwrócił moją uwagę jeden, na którym kapłan pokazał krótki filmik swojego dość dużego i pustego kościoła i opatrzył go mniej więcej takim tekstem: „Wolę 5 osób na Mszy niż 50 trumien za dwa tygodnie”.

Muszę stwierdzić, że przemawia do wyobraźni. Mam jednak problem z takim rozumowaniem. Pisałem już tutaj o dziwnym zaleceniu, by w kościołach na Mszy św. nie było więcej niż 5 osób, gdy wystarczy podjechać pod którykolwiek supermarket i zobaczyć, że jest tam z całą pewnością więcej ludzi w środku (chciałoby się powiedzieć: „niebezpiecznie więcej”) niż w przeciętnym kościele, kiedy obowiązywał limit do 50 osób.

Jednak zalecenia jedno, a wiara drugie. I tym razem chodzi mi bardziej o to drugie. Kiedy widzę bowiem taki wpis, jak ten na początku, zastanawiam się nieodparcie: A co z wiarą? To prawda: jesteśmy bytami cielesno-duchowymi i należy dbać zarówno o duszę, jak i ciało. I nie znaczy to, byśmy mieli bezsensownie narażać swoje życie, choć dusza jest nieśmiertelna. Czy jednak oznacza to unieważnienie wiary? Czy oznacza to większą obawę o ciało i brak wiary w to, że Pan Bóg nas uchroni? Dusza jest nieśmiertelna, ciało i tak skazane jest na śmierć, choć – jak wierzymy – w końcu powstaniemy z martwych ciałem.

Tak, człowiek, który rzuci się w przepaść, twierdząc, że Pan Bóg go ocali, jest głupcem albo szaleńcem. Nie dlatego, że Pan Bóg mógłby go nie ocalić, ale dlatego, że wystawia na próbę Pana Boga. Ale czy pójście do kościoła na Mszę św. w czasie epidemii jest takim szaleństwem/głupotą? Czy może jest jednak zaufaniem Panu Bogu, że nic mi się nie stanie, jeśli spełnię swój obowiązek uczestnictwa w niedzielnej Mszy św.?
Gdzie jest granica między głupotą a po prostu głębokim zaufaniem, zawierzeniem Panu Bogu? Czy uczestnictwo z wiarą we Mszy św., godne przyjęcie Komunii św. jest wystawianiem Pana Boga na próbę? Czy raczej jest wypróbowaniem mojej własnej wiary?

I jeszcze jedno pytanie: zawierza się Polskę opiece Matki Bożej. I słusznie. Wzywa się do modlitwy. Bardzo dobrze! A co z nawoływaniem do nawrócenia? Dlaczego nikt nie grzmi, że np. rząd w ramach ekspiacji powinien zmienić prawo dopuszczające mordowanie nienarodzonych?

Photo by Sunyu on Unsplash


czwartek, 26 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 06: Koronawirus jako kara Boża?

Jak już napisałem wcześniej, nie mam w zasadzie wątpliwości, że epidemia koronawirusa jest karą Bożą. Nawet jeśli okazałoby się, że rację mają ci, którzy twierdzą, że ta plaga nie tyle wymknęła się Chinom spod kontroli, gdyż nie chcieli ujawnić prawdy wystarczająco wcześnie i skorzystać z międzynarodowej pomocy, ale że jest ich celowym działaniem, testowaniem nowej broni, to w dalszym ciągu nie podważa to interpretacji mówiącej o dopuście Bożym. W końcu to On jest Panem historii i całego stworzenia.

Świetny „rozbiór” całej tej pandemii jako kary Bożej przeprowadził red. Krystian Kratiuk w wywiadzie dla wRealu24. Warto obejrzeć i posłuchać, bo cała ta rozmowa jest naprawdę wyważona, a spostrzeżenia są błyskotliwe i dobrze umotywowane. Trzeba pamiętać, że katolicyzm to nie tylko wiara, ale także rozum. A ten wywiad jest tego przykładem. Zachęcam do obejrzenia: Kościół zamyka Kościół! Szatan zaciera ręce? Co z naszą wiarą?


środa, 25 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 05: Czy kościoły roznoszą zarazę?

Nowe przepisy odnośnie poruszania się po mieście w zasadzie niewiele zmieniają w moim życiu. W ostatnim czasie zwłaszcza pracuję głównie w domu, więc to niewiele mnie dotyka. Cenię sobie taką niezależność, choć czasami może to wymagać umiejętności samodyscypliny. Nowe restrykcje zresztą w przypadku codziennego życia nie są tak restrykcyjne, bo okazuje się, że tak naprawdę to z domu można wyjść pod byle pretekstem. Nawet jeśli nie ma się psa (na ten temat było trochę żartów w sieci).

Nurtuje mnie natomiast nieustannie pytanie: Skąd u rządzących takie zapędy, by ograniczać coraz bardziej liczbę wiernych w kościołach? Dlaczego np. autobusem, który jest dużo mniejszy od przeciętnego katolickiej świątyni, może jechać ok. 25 osób? Czy te autobusy są potem po każdym kursie dezynfekowane? Przecież nikt nie sprawdza, kto gdzie siedział. Nie ma praktycznie możliwości uniknięcia potencjalnego skażenia – poręcze, siedzenia, dotknięcie drzwi, oparcie się ręką o ścianę lub szybę autobusu... Na zdrowy rozum cała komunikacja miejska w tej sytuacji powinna być zawieszona!

Albo inny przykład. Byłem wczoraj w nocy w dużym sklepie z sieci obsługującej firmy i prywatne biznesy (nazwy nie będę podawał). Trzeba mieć kartę, więc spodziewałem się, że może wieczorem będzie mniej ludzi i będzie wygodniej zrobić zakupy z zachowaniem względów bezpieczeństwa. Spodziewałem się jakichś ograniczeń, pilnowania, by nie weszło za dużo ludzi. Nawet powiedziałem żonie, że nie gwarantuję, iż przyjadę z zakupami.

Nic z tych rzeczy. Do sklepu mogła wejść praktycznie każda ilość osób. Część klientów miała maseczki, a nawet rękawiczki. Inni chodzili nie mając jakiegokolwiek zabezpieczenia przed potencjalnym zarażeniem. Panie prze kasach miały specjalne ochraniacze i gumowe rękawiczki. W alejkach nie dawało się uniknąć przejścia obok kupujących. Wprawdzie informowano nieustannie przez megafony o zachowaniu odległości minimum 1 metra, ale też chyba nie wszyscy tego przestrzegali dość ściśle, choć większość starała się dostosować.

Jak to zatem jest, że w sklepie może przebywać dużo większa liczba osób, które nieustannie się przemieszczają, dotykają towarów, przebierają w nich, a więc być może ktoś z nich rozsiewa wszędzie koronawirusa i stwarza zagrożenie, a w kościele, w którym ludzie przemieszczają się tylko zajmując miejsce i przystępując do Komunii św. może obecnie we Mszy św. uczestniczyć tylko 5 osób?? Dlaczego akurat kościół traktuje się jako miejsce dużo groźniejsze? Moim zdaniem właśnie tam zagrożenie jest dużo, dużo mniejsze, jeśli nie w ogóle minimalne. Kiedy ostatnio uczestniczyłem we Mszy św. było bez wątpienia mniej niż 50 osób. Wszyscy trzymali się przepisów. Nikt nie stwarzał zagrożenia. Dużo mniej bezpiecznie natomiast czułem się wczoraj na zakupach.

Powtórzę więc ponownie, bo nie przestaje mnie to nurtować: dlaczego akurat kościoły traktuje się jako miejsce stwarzające dużo większe zagrożenie? Czyżby rządzący chronili księży i wstydzili się do tego przyznać? Pomijam już fakt, że to właśnie tam – w kościele – znajduje się Stwórca w sposób szczególny, bo w Najświętszym Sakramencie. A więc gdzie szukać lepszej ochrony?


poniedziałek, 23 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 04: śmiercionośny wirus w sercu

Nie mam w zasadzie wątpliwości, że obecna pandemia czy też epidemia, a w każdym razie zaraza to jednak kara Boża. Niektórzy, nawet duchowni, obruszają się na takie stwierdzenie. Oczekują pewnie, że Pan Bóg to takie „ciepłe kluchy”, a nie kochający Ojciec. A przecież każdy kochający ojciec (a także matka) karze adekwatnie dzieci za zło, które popełniają. Czasami tak trzeba, jeśli łagodne słowa i siła argumentów nie działają.

Obecna zaraza wydaje się wręcz dość łagodną karą, jeśli weźmie się pod uwagę ilość zła popełnianego każdego dnia na całym świecie. Można się zastanawiać, czy jeśli ludzkość się nie opamięta, to nie spotka nas coś dużo, dużo gorszego.

Żyjemy bowiem w czasach szerzenia się cywilizacji śmierci. A szerzy się ona w zastraszającym tempie. Kiedy obserwuję np. tzw. „czarne marsze” i wykrzywione twarze protestujących, te ich bluzgi, środkowe palce, a nawet plucie i rzucanie różnymi przedmiotami w grupkę modlących się ludzi, to nieodmiennie przychodzi mi do głowy, że chyba nie wiedzą oni, kto tak naprawdę za nimi stoi. Usuńmy dwie litery z drugiego słowa wyrażenia „czarne marsze”, a będziemy mieli odpowiedź, czym tak naprawdę one są.

Ci, którzy obruszają się na stwierdzenie, że koronawirus to kara Boża, chyba nie biorą na poważnie tego, o jaką stawkę chodzi w tej grze. Przecież jeśli stawką jest albo wieczne potępienie, albo wieczne życie w nieskończonej radości bez łez i cierpienia, to tak naprawdę żadna kara na tym świecie nie jest zbyt surowa. Lękamy się bólu, lękamy się śmierci. Większość ludzi lęka się też operacji, wyrwania zęba, głupiego wbicia igły w czasie zastrzyku. A bez poddania się tym niemiłym zabiegom możemy przecież też skończyć fatalnie. Jeśli nawet nie spotka nas to, co i tak nieuniknione, to możemy resztę życia spędzić w cierpieniu, którego przecież chcieliśmy uniknąć.

Okazuje się, że są jednak tacy, którzy są kompletnie ślepi na tę rzeczywistość. Zaraza nie przemawia im do wyobraźni, nie skłania do chwili refleksji. Oto okazuje się, że np. aborcjoniści domagają się z powodu koronawirusa prawa do „zdalnych” aborcji, a propagatorzy śmierci na żądanie zdalnego wspomaganego samobójstwa. Śmierć czai się wokół, ale im mało jeszcze śmierci. Niewinne dziecko trzeba usunąć z tego świata, bo mama akurat chce robić karierę albo będzie musiała się zmagać z trudami życia, wychowując jednocześnie dziecko. Schorowanemu i samotnemu człowiekowi, który cierpi najlepiej też podać śmiercionośną ampułkę, zamiast wyciągnąć do niego pomocną dłoń, ofiarować mu choć chwilę wytchnienia w jego cierpieniu.

Czarne msze, czarne serca – śmiercionośny wirus tkwi w nich, jak okruch stłuczonego lustra w oku  i sercu Kaya.


Photo by David DeLorme from FreeImages

sobota, 21 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 03: Tie Break – ciągle dobra muzyka

Moja małżonka, oprócz malowania na szkle, zajmuje sobie czas robieniem porządków i sortowaniem różnych rzeczy, na co nigdy nie ma czasu. Nie narzeka na nudę. Ja zresztą też nie. Wczoraj wyciągnęła gdzieś z szafy starego walkmana jej śp. brata. Stary walkman jest jak nowy, choć początkowo mieliśmy wątpliwości, czy po włożeniu baterii będzie odtwarzać muzykę. Musiał chyba być w swoim czasie jednym z nowocześniejszych sprzętów. Ładne wykonanie. Okazało się, że chodzi jakby wyszedł dopiero z fabryki.

Dzisiaj moja małżonka zaczęła wyciągać stare kasety magnetofonowe, których mamy jeszcze razem dość sporo. Wśród nich znalazła się jedna, o której myślałem, że już mi przepadła. Nawet parę razy myślałem o kupnie płyty. Bardzo się ucieszyłem, gdyż kiedyś, przed wieloma laty, słuchałem jej bardzo często. W dalszym ciągu jakość jest bardzo dobra, nawet jak na taśmę magnetofonową. Z radością zacząłem jej słuchać.

Po latach nie zmieniłem swego zdania: „Poezje ks. Jana Twardowskiego” w wykonaniu zespołu Tie Break brzmią po prostu rewelacyjnie. Chyba do tej pory nie udało się nikomu nagrać tak dobrej płyty z tą poezją. Przynajmniej nic takiego nie udało mi się znaleźć.

Ale to nie tylko znakomita interpretacja poezji religijnej ks. Twardowskiego, to po prostu wspaniała muzyka. Jedna z najlepszych płyt w historii polskiej muzyki... waham się, czy użyć tu słowa „rozrywkowej”, bo to coś więcej niż tylko muzyka rozrywkowa. Jest tu dynamika, kapitalne aranżacje i rozwiązania muzyczne. Kilka utworów z tej płyty należy do moich ulubionych i tych, które uznaję za hity wszechczasów. Takie piosenki jak: „nie umiem”, „sprawiedliwość”, „żeby móc” i nie tylko te nic się nie zestarzały. W przypadku piosenki „żeby móc” jest w niej fragment, który po prostu za każdym razem mnie powala, kiedy go słucham. Nie znam się na terminologii muzycznej, ale jest w niej po prostu taka nagła zmiana rytmu, przeskok, który chwyta mnie za serce i na który zawsze czekam. Wspaniałe wykorzystanie wszystkich instrumentów. Cudowny saksofon. Kiedyś wrzuciłem tutaj ten utwór z YouTube.

To dla odmiany dzisiaj coś innego z tej kasety/płyty, również mój ulubiony utwór: „nie umiem”.


piątek, 20 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 02: Co z naszymi duchownymi?

Epidemia koronawirusa jest testem. Nagle wychodzi na wierzch to, czego się nie spodziewaliśmy. Bywają to dobre rzeczy. Na przykład ludzie, którzy spieszą z pomocą lekarzom i pielęgniarkom, którzy robią zakupy samotnym osobom starszym. Bywają też złe, jak np. tych dwóch łobuzów, którzy sterroryzowali sprzedawczynię i ją opluli, mówiąc, że mają koronawirusa. Albo jak paniczne wykupywanie towarów ze sklepów bez troski o bliźnich (choć z drugiej strony trudno w tym nie dostrzec mimo wszystko troski o swoją własną rodzinę).

Jednak rzecz, którą ze zdziwieniem obserwuję od jakiegoś czasu, to zachowanie ludzi Kościoła. Jestem tutaj w kłopotliwej sytuacji. Z jednej strony trudno oczekiwać od innych ludzi bohaterstwa, można go oczekiwać z reguły od siebie i to bez wywyższania się nad innych. Z drugiej strony właśnie od Kościoła mamy prawo spodziewać się heroizmu i to zarówno w przypadku jego szeregowych członków, jak i duchownych i hierarchów.

W Polsce mamy przykłady dzielnych duszpasterzy, którzy mimo zagrożenia niestrudzenie świadczą posługę duszpasterską, odprawiają Msze św., dodają ludziom otuchy. Niektórzy czerpią wzory z zagranicy, jak na przykład ów dzielny ksiądz z Żórawiny, który pobłogosławił Wrocław Najświętszym Sakramentem z samolotu. Albo jak ksiądz Mirosław Matuszny, który postanowił samotnie iść po ulicach miasta i modlić się z relikwiami św. Antoniego o ustąpienie zarazy.

Mamy jednak zachowania także dziwne. Nie potrafię na przykład zrozumieć zachowania wrocławskich dominikanów, którzy zamknęli podwoje swojego kościoła dla wiernych i nie odprawili Mszy św. nawet w tak ograniczonym składzie, jaki dopuszczał ze względów bezpieczeństwa polski episkopat. Inne kościoły były w stanie dostosować się do wymogów nałożonych przez biskupów i Msze odprawić. Niektóre z tych Kościołów są tak na oko większe od kościoła dominikanów. Postarano się tam zachować środki bezpieczeństwa, o których pisze do wiernych przeor dominikanów.

Przypomnę, że w kościele dominikańskim znajdują się doczesne szczątki błogosławionego Czesława, a więc – może rozumuję naiwnie – kościół ten ma jakby dodatkową ochronę. Ale najważniejsza chyba jest ochrona, jaką daje Pan Jezus. Rozumiem troskę o bezpieczeństwo wiernych, nie rozumiem tego zamknięcia się na wiernych, nawet przy uwzględnieniu jakichś inicjatyw podejmowanych przez dominikanów, by zdalnie kontaktować się z parafianami. W kościele tym naprawdę nie trudno ograniczyć liczbę wiernych w czasie Mszy św. Wystarczy zamknąć jedne drzwi, a przy drugich ustawić dwóch zakonników lub panów. Niech będą nawet w maseczkach. A potem te drzwi zamknąć. Zostawiając ewentualnie jedną osobę, by informowała innych, że już nie ma wejścia.

Inny przykład to sprawa wspomnianego już wyżej dzielnego kapłana z Lublina – ks. Mirosława Matusznego. Z prawdziwym zdumieniem i szokiem dowiedziałem się, że biskup Stanisław Budzik zakazał samotnych procesji ks.Matusznemu. Jak powód podano samowolność działań. Kapłan podporządkował się poleceniu swojego biskupa (za co należy mu się ogromna pochwała, bo pokora jest oznaką świętości), ale decyzję biskupa bardzo trudno zrozumieć. Spotkała się ona zresztą z krytyką wiernych. Można by jeszcze ją pojąć, gdyby ks. Matuszny zrobił coś złego albo wprowadzał jakieś niezwykle niekonwencjonalne metody duszpasterskie czy naruszał np. zalecenie sprawowania Mszy dla nie większej ilości wiernych niż 50 osób, czy też gdyby narażał zdrowie innych ludzi.

Jednak ks. Matuszny robił to, co powinien robić kapłan: głosił Chrystusa, prosił Pana Boga o oddalenie epidemii, po katolicku odwoływał się do wstawiennictwa świętych – w tym przypadku św. Antoniego – zachęcał wiernych do modlitwy. Jego postawa spotkała się z gorącymi wyrazami poparcia ze strony katolików na świecie, gdyż o kapłanie informowały media zagraniczne. Dodawał w ten sposób otuchy nie tylko wiernym w Polsce, ale i na świecie. Skąd więc ten zakaz??? Smutne to ogromnie.

Ponoć ks. Matuszny prosił, by nie komentować decyzji biskupa, ale nie mogę się powstrzymać, gdyż bardzo mnie ona boli i uważam, że wyrządza się krzywdę zarówno katolikom oczekującym od Kościoła heroizmu, otuchy i wsparcia, jak i temu wiernemu kapłanowi. Jeśli kapłan demonstruje żywą wiarę w Bożą opiekę, dając przykład innym, jak można mu tego zabronić??? Módlmy się za naszych kapłanów, a zwłaszcza za biskupów Kościoła katolickiego.


wtorek, 17 marca 2020

Z dziennika kwarantanny

Koronawirus rąbnął w każdego jak grom z jasnego nieba. Nagle okazało się, że wszystkie plany wzięły w łeb: zaplanowane wakacje są pod znakiem zapytania. Klienci odwołują spotkania. W supermarkecie nagle nie można kupić głupiego koncentratu pomidorowego, którego używam do różnych sosów. Msza niedzielna była doświadczeniem przedziwnym, jakby doszło do katastrofy i w kościele zebrali się nieliczni ocaleni, którzy na dodatek trzymali się od siebie z daleka, by nie stać się kolejnymi ofiarami.

A przecież w gruncie rzeczy to niezła nauczka. Wiele rzeczy bowiem bierzmy za oczywiste. Planujemy następny dzień i jesteśmy przekonani, że jutro wstaniemy rano, że zrobimy kawę dla żony albo pojedziemy autem na spotkanie z klientem. Wydaje się nam, że zaplanowane wyjście do kina w niedzielę jest tak oczywiste, jak ekran komputera, na który teraz patrzę...

Tymczasem to tylko pozór. Nic nie jest pewne. To tylko się nam tak wydaje, że po poniedziałku będzie bez wątpienia wtorek. Wie to każdy, kto przeżył nagłą śmierć kogoś bliskiego. Wie to każdy, kto doświadczył wypadku, kiedy wydawało się, że oto jedzie na wymarzone wakacje albo spotkanie z przyjacielem i przecież za chwilę to stanie się faktem, a nie tylko wydarzeniem zaplanowanym w kalendarzu. Takie rzeczy dzieją się codziennie, tylko może akurat nie dotykają nas właśnie, ale kogoś innego. Oglądamy filmy katastroficzne, ale traktujemy je tylko jako fikcję, a nie coś, co mogłoby nas spotkać.

A tu proszę... Buch! Jakieś niewidoczne żyjątko, które atakuje niewiadomo nawet kiedy. Prowadzimy sobie rozmowę z przyjacielem lub przypadkowo poznanym człowiekiem na przystanku i nieświadomi wracamy do domu, a w naszym organizmie już dokonuje się inwazja i być może przynosimy tę inwazję do domu, do bliskich...

To wszystko może brzmieć przerażająco, kiedy uświadomimy sobie, że to rzeczywistość i że właśnie teraz może paść na mnie lub na osobę mi bliską. I nie uspokaja, że umierają osoby starsze, schorowane, jeśli jesteśmy akurat jeszcze w sile wieku. Z niepokojem obserwujemy symptomy, zastanawiamy się, czy nie mamy jakichś powikłań, które w połączeniu z wirusem wyekspediują nas nagle w ostatnią podróż naszego życia.

Ale raz jeszcze: nic nie jest pewne. To mogło spotkać nas każdego dnia: kiedy idziemy do parku, kiedy wokół bawią się dzieci, kiedy robimy zakupy lub czekamy na przystanku, a w telewizji nie ma nic o inwazji żadnego koronawirusa ani innych obcych. To może nas spotkać w najzwyklejszy ze zwykłych dni. I nawet inni tego nie zauważą. Telewizja nie odnotuje. Może przejmą się tylko bliscy.

Przyszłość tak naprawdę nie od nas zależy. A jeśli nad czymś panujemy, to tylko się nam tak wydaje. Zdawali sobie z tego sprawę w średniowieczu, pisali o tym poeci barokowi. Panem świata jest Bóg i to w Nim trzeba pokładać ufność. Pandemia czy epidemia odsłoniła tylko to, jak kruche są podstawy naszej ufności we własne siły, naszej pewności co do jutra.

Dlaczego więc tak wielu wpada w panikę? W każdej chwili, w najzwyklejszy z najzwyklejszych dni musimy być gotowi. Nie my jesteśmy panami historii, nie my jesteśmy panami jutra. Jest jeden Pan. Jemu oddajmy pokłon i Jemu ufajmy.


środa, 19 lutego 2020

Telewizji publicznej nie sprywatyzuje nikt

Na Twitterze zobaczyłem propozycję kogoś z Konfederacji czy wspierającego Konfederację, by sprywatyzować TVP. Jest to postulat, pod którym mogę się podpisać obiema rękami, tym bardziej, że telewizji nie oglądam od lat, i jednocześnie postulat, który uważam za całkowicie nierealistyczny.

Wyobraźmy sobie, że oto mielibyśmy na przykład dwa TVN-y, bo TVP wykupiliby ci sami ludzie, którzy mają TVN, albo ludzie o podobnych poglądach. Jaki obraz rzeczywistości otrzymywaliby wówczas Polacy? Jakie szanse miałby nie tylko PiS, ale i sama Konfederacja, by zaprezentować swoje poglądy?

Oczywiście próby pomijania Konfederacji czy jej cenzurowania w mediach publicznych są skandaliczne. Nie zmieni to jednak faktu, że obecny układ medialny jest wynikiem układu z Magdalenki i licencji, a nie naturalnych procesów, które doprowadziłyby do wytworzenia się takich, a nie innych mediów. Obraz świata, który zatem otrzymują Polacy, jest obrazem skrzywionym. W tym katolickim kraju nie ma dużej, solidnej stacji katolickiej, która nadawałaby co kilka godzin serwis informacyjny albo miała osobny 24-godziny kanał z wiadomościami. Wyjątek stanowi jedynie telewizja TRWAM. TV Republika nie jest (jeszcze?) na tyle silna, by stanowić konkurencję dla Polsatu i TVN.

Tak więc TVP jest zbyt łakomym kąskiem, by którakolwiek partia go sobie odpuściła. Myślę, że nawet gdyby Konfederacja doszła do władzy, to długo by się zastanawiała, czy TVP sprywatyzować, czy raczej najpierw wyczyścić, a potem obsadzić swoimi ludźmi i walić ludziom swoją propagandę wolnego rynku, niskich podatków i dostępu do broni.


Photo by Trần Toàn on Unsplash

piątek, 14 lutego 2020

Środkowy palec Lichockiej

Nie mam sympatii do Lichockiej. Zwłaszcza odkąd poznałem jej poglądy na temat zabijania nienarodzonych. Gdybym w dalszym ciągu głosował na PiS, z pewnością nie byłaby to osoba, na którą oddałbym swój głos i odradzałbym też to innym. Gdy pojawiła się wzmianka, że będzie w sztabie wyborczym Andrzeja Dudy, uznałem to za jeszcze jeden przykład, iż głos konserwatywnego elektoratu widocznie się dla kandydata Zjednoczonej Prawicy nie liczy. Pomijam już to, że Duda pogrążył się w moich oczach wzmianką o możliwości akceptacji tzw. „związków partnerskich”, które Kościół w swojej nauce i mądrości potępia.

Nie wiem, czy Lichocka faktycznie pokazała środkowy palec, czy też tak się złożyło, że przypadkowo uchwycono moment, na którym to tak wygląda. Miałem okazję obejrzeć krótki filmik w zwolnionym tempie, pokazujący, że ona rzeczywiście sobie coś tam poprawia czy drapie pod okiem tymże palcem. Jednak filmik musiał być z innego dnia, choć w towarzystwie tych samych posłów, co pokazywało porównanie ze zdjęciem. Na zdjęciu wygląda to tak, jakby nie tylko ona jedna patrzyła w określonym kierunku i szyderczo się śmiała. Nie jestem tego w stanie rozstrzygnąć, trzeba by było pewnie powołać jakąś komisję i zbadać obraz z monitoringu.

Jeśli jest to manipulacja, to tak po ludzku jej współczuję, chociaż wolałbym, aby nie zasiadała w ławach poselskich. Natomiast ostatnimi, którzy powinni wykorzystywać te „fejkowe” lub autentyczne zdjęcia, są z pewnością członkowie opozycji. Myślę oczywiście o lewej stronie sali. Oni już dawno stracili wszelkie moralne prawo do krytykowania takich gestów i w ogóle oburzania się. Sam widok tych ludzi, którzy nie mają poczucia elementarnego wstydu, wywołuje u mnie obrzydzenie.

Jeśli zaś chodzi o Konfederację, to oczywiście rozumiem ich argumentację dotyczącą głosowania nad forsą, którą przydzielono telewizji publicznej, ale powinni przeprosić za wykorzystanie wizerunku Lichockiej w swoim memie, gdyby się okazało, że zdjęcie tak naprawdę fałszuje rzeczywistość. Rozumiem, że bliskie są im takie wartości, jak prawda, uczciwość, rzetelność i szacunek dla kobiet. Nawet jeśli tą kobietą jest feministka pozbawiona litości dla dzieci nienarodzonych. Fairplay, panowie! Inaczej stracicie z kolei mój szacunek, a i być może innych wyborców, którzy choć trochę myślą.