Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2020

O pisarzu, który wiedział, gdzie są konfitury

Przeglądając anglojęzyczne strony z wiadomościami, wszedłem też na angielską wersję portalu Polskiego Radia. A tam informacja o polskich książkach polecanych przez „New York Times”. Okazuje się, że niegdyś recenzowany na tym blogu Szczepan Twardoch doczekał się swojej pierwszej książki przełożonej na język angielski.

Nie byłoby w tym wszystkim może nic sensacyjnego ani godnego uwagi, gdyby nie fakt, o czym jest ta książka. Otóż opisuje losy... żydowskiego boksera. Przedwojennego – dodam. Mowa oczywiście o powieści „Król”.

Widzą, już Państwo, o co chodzi? Jeśli ta książka jest faktycznie taka, jak jej opisy, które przejrzałem w Internecie, to można stwierdzić, że Twardoch wie, gdzie są konfitury. Nim sprawdziłem, co w sieci piszczy, pomyślałem sobie, że strategia jest mniej więcej taka, by z tego powstał film. Obojętnie, czy zrobiony przez Hollywood, czy np. przez polskiego reżysera, który jak autor Zimnej wojny będzie windowany do Oscara. Sprawdziłem i proszę! Miałem rację – dowiedziałem się, że powstaje, a w zasadzie już powstał serial na podstawie „Króla”!

Twardoch szybko odrobił lekcje. Zabrało mu to parę lat, ale w końcu „zmądrzał”. Gdyby taki Gabriel Maciejewski (przytaczam go przy takich okazjach nie bez kozery), również „zmądrzał”, to jego książki widniałby na wszystkich wystawach księgarskich, dostawałby propozycje napisania wywiadu z jakimś bokserem, żużlowcem albo innym asem sportu, a o prawa do ekranizacji jego powieści o przedwojennym żydowskim piłkarzu biłyby się główne stacje telewizyjne. No cóż... Maciejewski nie „zmądrzał”. Twardoch tak. Kogo zatem czytam?


czwartek, 19 grudnia 2019

Jak Grzegorz Braun zaorał i posłów, i Tokarczuk

Polecam wszystkim znakomitą wypowiedź Grzegorza Brauna z posiedzenia komisji kultury na temat noblistki i projektów uhonorowania jej przez Sejm. Wypowiedź fachowa, merytoryczna i pokazująca, że krytyka ubóstwiania Tokarczuk nie jest podyktowana zwykłą niechęcią do lewackiej pisarki. Przy okazji pani Scheuring Wielgus nie straciła szansy do samozaorania się. A mogła przecież milczeć lub wygłosić jedynie uwagi techniczne. Naprawdę warto obejrzeć i posłuchać do samego końca.


środa, 11 grudnia 2019

Dlaczego Tokarczuk dostała Nobla, czyli: „How dare you?!”

Najpierw próbowałem wysłuchać odczytu naszej noblistki, ale ponieważ szybko się znudziłem, postanowiłem przeczytać. To również wymagało ode mnie dużego samozaparcia. Wykład, jaki wygłosiła pani Olga Tokarczuk przekonał mnie tylko o tym, że skoro nie mam czasu na wiele książek, które chciałbym przeczytać, to szkoda mojego czasu na pisarstwo naszej sławy.

Od samego początku tej lektury towarzyszyło mi poczucie ogromnego banału i świadomość, że skądś to już wszystko znamy. Odczyt Tokarczuk brzmi po prostu jak dobrze napisane wypracowanie zdolnej uczennicy szkoły średniej („mundurek” Tokarczuk i to wężowisko na głowie bardzo kojarzy ją z nastolatką, która jest zbuntowana, ale i grzeczna zarazem). Nie ma w tym wypracowaniu żadnej odkrywczej myśli, za to sporo z myśli cudzych, które autorka doprowadziła do banału. Jak na przykład: „Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera”. Albo jakże „odkrywcze”: „Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy” (na dodatek w tekście to zdanie jest wyróżnione).

Różnica między wypracowaniem nastolatki a Tokarczuk jest może przede wszystkim taka, że prymusi szkolni zaznaczają w swoich pracach cytaty. Olga Tokarczuk wchłonęła te cytaty jak gąbka i stały się one częścią jej osobowości. Co gorsza te cytaty trywializuje tak, że tracą one swą oryginalność. Te powyższe myśli czytaliśmy przecież już gdzie indziej, ale wówczas brzmiały one odkrywczo i kontrowersyjnie, tutaj jedynie banalnie. Nawet opowiedziana na samym początku historyjka o radiu z „zielonym okiem” wydaje się brzmieć bardzo znajomo.

Są tutaj też myśli mocno wątpliwe, słyszane już setki razy („Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej...”!) lub po prostu nieprawdziwe. Oto na przykład autorka stwierdza: „Coś jest ze światem nie tak. To poczucie zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem”. Trudno chyba o większą bzdurę (ponownie pierwsze zdanie tego cytatu jest w oryginale wyróżnione). Domyślam się tylko, że kiedy Chesterton na początku wieku pisał swoje What’s Wrong with the World, to ten trzeźwo myślący człowiek był takim „neurotycznym poetą”!

Innym przykładem nonsensów w tym tekście, wytkniętym zresztą Tokarczuk w prześmiewczym streszczeniu przez jednego z blogerów, są jej dywagacje o gatunkach literackich. Tego by nie napisał już chyba żaden średnio rozgarnięty polonista, choć może mogłoby się to przydarzyć mało oczytanej uczennicy szkoły średniej.

Dołóżmy jeszcze głupstwa autorki o tym, jak to wyprawa Kolumba doprowadziła do zmian klimatycznych, a tym samym do brzemiennych w skutki wydarzeń historycznych, oraz o tym, jak to jesteśmy częścią jednej, połączonej ze sobą całości i mamy w zasadzie kompletny obraz – autorka to taka nasza nieco bardziej „wyrafinowana” wersja Grety Thunberg. Dlatego stwierdziłem, że możemy spokojnie odrzucić teorie spiskowe, jakoby to jury nagrody Nobla postanowiło dokopać Polsce, a zwłaszcza PiS-owi. Im się po prostu spodobało to, co ona pisze, bo ona mówi to samo, co Greta. A i ojcowie synodu amazońskiego, gdyby zorganizowali go po przyznaniu nagrody Nobla, być może cytowaliby w swoim dokumencie roboczym albo końcowym Olgę Tokarczuk.

To wszystko świadczy o jednym: Tokarczuk idzie z Duchem Czasu i dlatego, gdy minie nasza żałosna epoka, nikt jej czytać nie będzie. Smutne jest jedynie to, że nagroda Nobla nada jej głosowi na jakiś czas wagi autorytetu i każda bzdura wypowiedziana o Polsce (o jej antysemityzmie i kolonializmie) będzie słuchana przez świat z nabożnym namaszczeniem. Dlatego też nie będę skakać z radości – jak niektórzy skądinąd trzeźwo oceniający tę twórczość prawicowi krytycy – z powodu Nobla dla Tokarczuk. To raczej nieszczęście. Krótkotrwałe, ale jednak. No i żal tych dzieci, które będą musiały ją obowiązkowo w szkole czytać.


wtorek, 10 grudnia 2019

Ban od Tokarczuk jako wyróżnienie

Na „tłiterze” ogromna ekscytacja. Kolejni użytkownicy tego medium chwalą się banem od Tokarczuk. Zabawne jest to, że wielu z nich twierdzi, że nawet nie zamieścili ani jednego komentarza pod wpisem pisarki.

Takie byłoby to z jej strony (lub administratora jej konta) znajdowanie „punktów widzenia, które nie są ani widoczne, ani oczywiste”. Lepiej niemiłe sercu głosy zagłuszyć, zablokować.

Hm... A może ona potem chce je „znaleźć”, gdy już nie będą „ani widoczne, ani oczywiste”?



czwartek, 10 października 2019

Ciągle czekam, aż przyznają literacką nagrodę Nobla

Chyba się nie doczekam.

O tej autorce, która nie rozumie słowa „naród” i która bredzi o „matczyźnie”, pisałem dwa lata temu tutaj.

Dwie opinie: Mój przyjaciel z dawnych lat, obecnie profesor, o wytworach pani laureatki: „Próbowałem to czytać, nie przebrnąłem”. Moja znajoma, wykształcenie wyższe, dumna, że Polska znowu coś znaczy, że o nas mówią, że coś osiągnęliśmy jako naród, bo kolejna laureatka (ale przecież ona nie rozumie słowa „naród”!): „Moje koleżanki dały mi jej książki w prezencie. Nie byłam w stanie przez nie przebrnąć. No, ale to kwestia gustu przecież. Mi jej styl po prostu nie odpowiada”. Chyba nie tylko jej, jak widać...


sobota, 30 marca 2019

Gardzenie prawem Bożym nie uchodzi bezkarnie

Bych był Izajaszem, chodziłbym boso i na poły nagi, wołając na was, rozkoszniki i rozkosznice, przestępniki i przestępnice zakonu Bożego: „Tak was złupią i tak łyskać łystami będziecie, gdy nieprzyjaciele na głowy wasze przywiedzie Pan Bóg i w taką was sromotę poda! I będzie wam złość wasza, jako mur porysowany wysoki, który, gdy się nie spodziewacie, upadnie. I jako garncarska fłasza, mocno uderzona, z której się nie najdzie skorupka na noszenie trochę ognia i na poczerpnienie trochy wody z dołku”. Ustawicznie się mury Rzeczpospolitej waszej rysują, a wy mówicie: Nic, nic, nierządem stoi Polska! Lecz gdy się nie spodziejecie, upadnie i was wszystkich potłucze!

Piotr Skarga, Kazania sejmowe.


środa, 27 marca 2019

O bojaźni Bożej jako najlepszym gwarancie zachowania praw

A gdzie prawa ludzie do bojaźni Bożej wiodą, tam jest najszczęśliwsza Rzeczpospolita, gdy nie tak srogością praw ludzkich, jako bojaźnią nawyższej na niebie mocy, lud się do posłuszeństwa i innych cnót przywodzi. Nigdy tak prawa ludzkie hamować nie mogą od złego, jako bojaźń Boża, która serce przebija, gdy myśli człowiek, iż ludzkiej ręki uść może, ale Boskiej nigdy uść i przed nią się skryć nie może. Przetoż Cyrus mówił: „Daj mi takie poddane, które się na bojaźń Bożą oglądają: tacy i sami sobie i mnie złego nic czynić nie mogą”. Dla tego ci, którzy prawa piszą, wszytkę swoją mądrość na to usadzać mają, chcą-li mieć szczęśliwe królestwo, aby się poddani ich Pana Boga bali, a prawa ich do tego im dawały pomoc.

Piotr Skarga, Kazania Sejmowe.


środa, 20 marca 2019

Na poprzednie i kolejne wybory

Patrzcie, do jakich nieprzystojności i prawie dziecinnych i śmiechu godnych postępków i zagmatwania przyszli. Naprzód obieranie posłów na sejmikach takie jest, iż możniejszy a śmielszy czynią, co chcą: abo się sami obierają, i drudzy mało nie dożywotny sobie ten urząd czynią, abo takie wystawiają, którzy ich myślom i przedsięwzięciu służą. A szlachta, w prostocie nie wiedząc, co się dzieje, przyzwala i wrzaskiem wszystko odprawuje. Ci co się sami obierają i wtrącają, ze swymi złemi chciowościami, a nie z powinnym ku dobru Rzeczypospolitej sercem, do tego urzędu przystępują.

Piotr Skarga, Kazanie sejmowe.


czwartek, 14 marca 2019

Po co nam Szekspir?

Przedwojenną książkę Władysława Tarnawskiego o Szekspirze nabyłem w zasadzie z dwóch powodów. Po pierwsze zaintrygowała mnie informacja, że był on w gruncie rzeczy jednym z prekursorów badań nad katolickością autora Hamleta. Po drugie dlatego, że kiedy przeglądałem Szekspira. Książkę dla młodzieży i dla dorosłych w czytelni Ossolineum, urzekła mnie jego opowieść o początkach fascynacji twórczością wielkiego dramaturga.

Książka Tarnawskiego jest w istocie tym, co zapowiada tytuł: „Książką dla młodzieży i dla dorosłych”, to znaczy jest napisana w przystępny sposób, taki, który przyniesie korzyść zarówno ludziom młodym, jak i dorosłym. To po prostu doskonałe wprowadzenie w twórczość angielskiego dramaturga. Autor zajmująco maluje tło historyczne, pozwalające pojąć rozwój dramatu i literatury, który doprowadził do pojawienia się geniusza, jakim był William Szekspir. Podaje też garść informacji o samym twórcy, jednocześnie sceptycznie podchodząc do pewnych niezweryfikowanych lub nieweryfikowalnych legend czy podań o jego życiu. Ta ostrożność autora jest cenna, bo nie upowszechnia rzeczy, które nie mają solidnych podstaw, opiera się tylko na tym, co jest pewnym faktem.

Większość książki to z kolei streszczenie sztuk Szekspira. I to jest część, która u czytelnika znającego twórczość dramaturga może budzić dużo mniejsze zainteresowanie. Autor bowiem rzadko zdobywa się na jakieś bardziej pogłębione interpretacje poszczególnych dramatów – to po prostu zwykłe streszczenia. Z reguły też te z dzieł Szekspira, które uważa za mało udane czy ciekawe, zbywa tylko paroma zdaniami – jednym krótkim akapitem. Bez trudu można poznać w ten sposób stosunek autora do danego dzieła. Najwięcej miejsca rzecz jasna poświęca tym, które powszechnie są uznane za najwybitniejsze osiągnięcia. Ta część książki może służyć jako rodzaj kompendium wiedzy o treści poszczególnych dramatów, przypomnienie przed maturalnym egzaminem lub po prostu odświeżenie sobie na szybko znajomości którejś ze sztuk przed pójściem do teatru.

Nie znaczy to, by ta część była dla czytelnika znającego utwory autora Makbeta bezwartościowa. Jej dużym atutem są tłumaczenia samego Tarnawskiego. Autor rozsiał dość sporo tych przykładów swojego translatorskiego kunsztu po całej książce. Jeśli dobrze się orientuję, Tarnawski przetłumaczył całość spuścizny Szekspira. Niestety w dalszym ciągu pozostaje ona po większej części w rękopisie. To dość dziwne. Czyżby w dalszym ciągu ciążyło na nim odium „wroga ludu”, który zmarł w komunistycznym więzieniu? Czy nie ma możliwości zdobyć dotacji z Ministerstwa Kultury na wydanie w całości tłumaczenia Tarnawskiego, tak jak zrobiono to z przekładami Barańczaka i Słomczyńskiego? Co robią angliści i instytucje dofinansowywane z kieszeni podatnika, które powinny podjąć taką inicjatywę? Promują gender studies?

W książce zaskoczyła mnie natomiast jedna rzecz. Tarnawski dostrzega przemiany w poszczególnych epokach, na które podzielił twórczość Szekspira, ale nie próbuje tak naprawdę zgłębić tych przyczyn. Ot, na przykład w epoce trzeciej, obejmującej lata 1599-1608, autor dostrzega „nagłą zmianę” i stwierdza, że „na poetę działała cały szereg przyczyn, a z pewnością nie najmniejszą z nich była rosnąca znajomość życia i natury ludzkiej”. Dalej stwierdza pojawienie się pesymistycznego obrazu „stosunku mężczyzny do kobiety” i stwierdza, iż „przypuszczano, że musiało w życiu Szekspira zajść coś, co na niego wpłynęło w tym duchu”.

Przypomnijmy, że to czasy, kiedy powstały jedne z najwybitniejszych dzieł Szekspira: m.in. Makbet, Hamlet, Król Lear, Juliusz Cezar. Autor z niezrozumiałych dla mnie względów pomija kompletnie ówczesną sytuację społeczno-polityczną. A przecież same daty, w ramach których Tarnawski zamyka tę trzecią epokę, są znamienne. Na przykład w roku 1599 główny cenzor Królestwa zabronił drukowania sztuk o tematyce historycznej. Chodziło o historię Anglii. Od razu mamy wyjaśnienie, dlaczego dramaturg właśnie w tym okresie napisał Juliusza Cezara, Koriolana oraz Antoniusza i Kleopatrę (jeśli datowanie jest prawidłowe). Lata 1600-1601 to spisek lorda Essex. Rok 1603 to śmierć królowej Elżbiety i objęcie tronu przez Jakuba I, z którym katolicy wiązali nadzieje na zakończenie prześladowań i tolerancję religijną. 5 listopada 1605 roku to spisek prochowy i zaostrzenie prześladowań katolików. Czy trzeba więcej? Wyobraźmy sobie, że w XXV wieku ktoś bada twórczość polskiego poety, o którym ma skąpe dane biograficzne, dostrzega u niego nagłą zmianę tonu w jego utworach w latach, powiedzmy, 1981-1983 i zamiast zwrócić uwagę na stan wojenny, badacz zastanawia się, co takiego zaszło w jego życiu osobistym!

Ale, jak napisałem, autor bardziej dał streszczenie poszczególnych utworów niż ich pogłębioną interpretację, na co zresztą w książce o takiej objętości nie byłoby z pewnością miejsca. Na końcu rozpatruje natomiast kwestię katolicyzmu Szekspira. Dostrzega argumenty za, nie wyklucza tej możliwości, ale jest ostrożny w swoich konkluzjach. Stwierdza, że „był jednak bez wątpienia dobrym chrześcijaninem. Jego dodatnie postaci w chwilach cierpienia zwracają się do Boga. (...) Ateistą jest u Szekspira jedynie zbrodniarz Edmund w Królu Learze”. Zdaje się, że siedem lat później, kiedy opublikował studium na ten temat, Tarnawski był bardziej przekonany co do katolicyzmu wielkiego dramaturga. Ale o tym zamierzam się dopiero przekonać.

Chyba warto na koniec przytoczyć ostatni akapit książki wybitnego znawcy Szekspira, mimo upływu dziesięciioleci zadziwiająco aktualny:

Grzeszy się w naszych czasach ciężko lekceważeniem spraw duchowych,  zapomina się o nich wśród gorączki życia. Niejeden odpowiedziałby na taką uwagę: Co nam po filozofii i poezji, skoro mamy kolej żelazną, auto, aeroplan, operacje odmładzające i kino? – Kilka minut myślenia dowiedzie nam, że bez jasnych wytycznych moralnych wszystkie nasze wynalazki będą jedynie środkami pogoni za brudnym zyskiem, narzędziami złych czynów i rozsadnikami zepsucia. Nie należy pogardzać zdobyczami naszej kultury materialnej. Ale tylko zdobycze duchowe, osiągnięte przez rasę naszą w ciągu niezliczonych wieków, mogą nadać im prawdziwą wartość i prawdziwą treść wewnętrzną. Szukajcie jej w Szekspirze – a znajdziecie.

Władysław Tarnawski, Szekspir. Książka dla młodzieży i dla dorosłych, Wydawnictwo Zakładu Narodowego Ossolineum, Lwów 1931.


piątek, 25 stycznia 2019

Meduza i Zygmuś, czyli gwiazda donosi na Polskę

Kiedy czyta się wypowiedzi niektórych naszych pisarzy i artystów, człowiekowi nasuwa się w gruncie rzeczy jedno pytanie: Kto im za to płaci? Odpowiedź chyba nie jest trudna, jeśli się zważy na fakt, że te ich „złote myśli” padają nie tylko w wywiadach z polskimi mediami, ale bywają publikowane w prasie zachodniej, a zwłaszcza niemieckiej.

Ostatnio popis dała autorka-celebrytka z fantazyjną fryzurą na głowie, która to fryzura przypomina ni to zwoje kłębiących się sznurków do snopowiązałki, ni to wężową ozdobę głowy mitologicznej Meduzy. Nasza „złotousta” gwiazda odstawiła „szoł” właśnie na łamach prasy niemieckiej, gdzie rzecz jasna donosiła na własny naród. Czego tam nie ma! Wprawdzie nasze media przytaczają fragmenty jedynie i można by jeszcze próbować bronić autorki, że to wyrwane z kontekstu, ale aż strach pomyśleć, jaka jest całość.

Oto okazuje się, że tragicznie zmarły prezydent Gdańska, od którego jeszcze niedawno co bardziej zapobiegliwi się odsuwali, był „tradycjonalistą” o „otwartym sercu i umyśle”. A zabójcę ukształtowała telewizja państwowa, której w celi się naoglądał i potem uznał „konieczność radykalnych rozwiązań”. Nie ważne, że – jak donoszą niektóre portale informacyjne – kolega z celi zabójcy akurat wskazał na inne media, które razem oglądali i czytali. I chyba były to akurat te bardziej miłe sercu naszej Meduzy. Prasy niemieckiej chyba niestety nie mieli pod ręką.

Autorka powieści o fantazyjnych tytułach (coś tam o kościach, które przez pług... czy o pługu, który przez kości...) oczywiście narzeka na naród, wśród którego przyszło jej żyć. To ludek „dość ponury”. Na szczęście są pozytywni bohaterzy, z których można by stworzyć dobry i wesoły naród, którego pisarka „chętnie” zostałaby obywatelką. Oprócz WOŚP, są to „zwariowani lewicowcy, aktywiści queer, Niemcy, Żydzi, tzw. marionetki Unii Europejskiej, feministki, liberałowie i każdy, kto wspiera imigrantów”. Doprawdy przecudny koktajl! Myślę, że zwłaszcza ortodoksyjni Żydzi bardzo by się ucieszyli, że stali się jego komponentem. Ale nie... To chyba nie o nich jednak chodzi. Bardziej pewnie o takich Żydów typu „queer” albo o Żydówki feministki.

Nasza „oryginalna” bardzo gwiazda nie jest jednak tak naprawdę oryginalna. Jakoś tak, gdy czytałem te cytaty z jej wspaniałego „eseju”, przypomniał mi się Zygmuś, który całkowicie odwykł od „tutejszej szarości i pospolitości” i który chciał wynurzyć się „co najprędzej (...) z tego morza pospolitości, nudy i powszechnych złych humorów”. Bo czyż „nieprawdaż (...), że tu panuje powszechny zły humor? Wszyscy po kimś albo po czymś płaczą, zbiedzeni, skłopotani, przelęknieni... Stąd płynie melancholia, qu me monte a la gorge i dławi” biednego Zygmusia, „jak globus histericus”.

No tak, ale Zygmuś nie miał takiej wspaniałej alternatywy chyba, jaką ma dzisiaj wybitna pisarka. On chciał się wyrwać z „tego kraju”, a Meduza przynajmniej ma możliwość pisania „esejów” do prasy zagranicznej i bratania się z tymi wszystkimi „queerami” i „zwariowanymi lewicowcami” w niedoli i w nadziei, że jeszcze przyjdą lepsze czasy i z „tego kraju” uda się zrobić taki sam raj na ziemi, jaki panuje w reszcie cywilizowanego świata.


środa, 19 grudnia 2018

Co kupić w prezencie na święta? Dziesięć rekomendacji

To już pewnie ostatni moment, by kupić coś w prezencie na Boże Narodzenie, choć nie ostatni, by kupić coś na prezent w ogóle (imieniny, urodziny itp.). Pomyślałem sobie, że podzielę się pomysłami na taki prezent (pod warunkiem, że uda się go zdobyć na czas).

Dla mnie zawsze najlepszym prezentem jest książka, zwłaszcza dobra książka, a nie jeden z tych „półproduktów”, które tworzy się w celach promocji jakiejś osoby. Dlatego uważam, że zamiast sięgać po tytuły reklamowane czy eksponowane na wystawach księgarń, może warto trochę poszperać i znaleźć coś, co jest naprawdę dobre, a po co będzie można sięgnąć nie tylko za miesiąc czy za rok, ale i za lat pięć, a nawet sto. Oto parę sugestii z mojej strony (podaję linki do swoich recenzji, w których można przeczytać więcej, albo księgarni internetowych).

1)      Książki Floriana Czarnyszewicza. To znakomita proza „kresowa”, którą warto czytać, bo jest nie tylko wybitna pod względem literackim i językowym, ale także dlatego, że mówi o dziejach Polaków, które niestety ciągle są jeszcze słabo znane ogółowi nawet wykształconych czytelników – są to bowiem te Kresy, które utraciliśmy jeszcze przed II wojną światową, w wyniku traktatu ryskiego. Oczywiście w pierwszej kolejności warto sięgnąć po Nadberezyńców, wielki, sienkiewiczowski z ducha epos o losach szlachty zaściankowej na terenach Mińszczyzny. A potem to już do kolejnych powieści tego autora, zbyt późno niestety wydanego w Polsce, nie trzeba będzie namawiać.

2)      Luter i rewolucja protestancka Grzegorza Brauna. Tym razem proponuję film dokumentalny, ale też i lekturę, bo można go kupić razem z ładnie wydaną graficznie książeczką. Ten zakup jest wart każdej wydanej złotówki, mimo że „mejnstrim” o dziele Brauna milczy.

3)      Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne tego samego autora. Zapierająca dech w piersi wizja historii pewnego narodu w sercu Europy, metafizyczny thriller!

4)      Łowcy księży o. Johna Gerarda SJ. To autentyczny pamiętnik z czasów Elżbiety I i prześladowań katolików w Anglii. Rzecz nietuzinkowa i po prostu znakomita, wciągająca literatura. Czyta się jak najlepszy thriller, a przecież to autentyk. Zadziwiające, że wydawca (któremu należy się nagroda za przypomnienie tej publikacji – jest to reprint wydania XIX-wiecznego) obniżył cenę w swojej księgarni do śmiesznych 7.50 zł. Brać po kilka sztuk, póki jest dostępna i rozdawać znajomym, przyjaciołom i rodzinie! Obdarować tą publikacją swojego księdza proboszcza!

5)      A skoro już jesteśmy przy wydawnictwie Gabriela Maciejewskiego, to gorąco polecam jego Socjalizm i śmierć. Lektura dla tych, którzy lubią historię i zaglądanie za kulisy wielkich wydarzeń. Autor nie przyjmuje nic za oczywistość, tylko mówi: „Sprawdzam!” I sprawdza. Nie czytałem części drugiej jeszcze, ale z pewnością jest warta lektury.

6)      Polska moja miłość Jana Polkowskiego. O tej książce tylko na swoim blogu wspominałem, ale ten zbiór szkiców autora Drzew to rzecz dla osób myślących i nie zadawalających się medialną papką serwowaną nam na co dzień. Rzecz o literaturze, filmie, polskiej historii dawnej i najnowszej, zakłamaniu intelektualistów, kulturze i języku... Pisana przez poetę, więc też językowo znakomita. Jeśli jej jeszcze nie czytaliście, to koniecznie przeczytajcie i polećcie innym. Jeśli czegoś mi w niej brakuje, to dwóch szkiców poświęconych Bolesławowi Prusowi, po których na głowę Polkowskiego posypały się gromy od lewa do prawa. Autor ośmielił się naruszyć narodową świętość. Nazwano go nawet wprost głupcem.

7)      Ćwiczenia duchowe. Poematy Przemysława Dakowicza. To kolejna książka, o której jeszcze na swoim blogu nie pisałem. Znakomity tomik poezji, wiwisekcja naszej współczesnej schizofrenicznej świadomości. Obraz świata opętanego, targanego wątpliwościami i poczuciem braku sensu, braku hierarchii, braku dna. „Centon” pozszywany ze słów i fragmentów zaśmiecających i wypełniających współczesny umysł, w którym mieszają się słowa reklam, piosenek, przysłów, cytatów literackich, fragmentów Biblii, filmów, powiedzonek, kolokwializmów...

8)      Dla znających język angielski: trzy książki Josepha Pearce’a poświęcone katolicyzmowi Szekspira i katolickiej wymowie jego sztuk: The Quest for Shakespeare, Through Shakespeare’s Eyes i Shakespeare on Love. Pasjonująca lektura dla tych, którzy próbują zrozumieć dramaturgię wielkiego poety angielskiego.

9)      I ponownie dla znających język angielski: autobiografia szkockiego poety, prozaika i dramaturga George’a Mackaya Browna For the Islands I Sing oraz zbiór jego opowiadań: A Time to Keep. Ten katolicki twórca z Orkad jest właściwie nieznany w Polsce, a szkoda, bo to literatura pierwszorzędna i to zarówno dla miłośników poezji, jak i prozy. Charakterystyczny i rozpoznawalny rys tej twórczości nadają krajobraz i ludzie jego rodzinnych stron, a to wszystko przeniknięte katolicką metafizyką.

10)  Wszelkie możliwe książki wielkiej postaci Kościoła katolickiego, arcybiskupa Fultona J. Sheena. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia ukazały się kolejne nowe polskie wersje jego twórczości i z roku na rok przybywa tłumaczeń dzieł tego wybitnego kapłana i autora zarówno książek, jak i audycji radiowych i telewizyjnych. To znakomita lektura nie tylko dla katolików. Podsuńcie jego zbiór Warto żyć jakiemuś myślącemu i naprawdę otwartemu ateuszowi, a może zrobicie jedną z najlepszych rzeczy w swoim życiu.


wtorek, 13 listopada 2018

Gietrzwałd 1877 – nowy film Grzegorza Brauna już w realizacji!


Pisałem już na tym blogu o książeczce Grzegorza Brauna Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne. Niech nikogo nie zmyli zdrobnienie: „książeczka”, bo choć rzecz to niewielka, to ma siłę skondensowanego materiału wybuchowego. To lektura, która powinna stać się lekturą obowiązkową każdego myślącego katolika.


Jednak Grzegorz Braun postanowił nie poprzestać na samej książce i jest w trakcie realizacji filmu poświęconego Gietrzwałdowi. Z pewnością będzie to rzecz niezwykła i nietuzinkowa, tak jak niezwykła jest zarówno książka, jak i wszystkie poprzednie filmy tego reżysera, które mają swój niepowtarzalny i rozpoznawalny charakter.


Znakomity film Luter i rewolucja protestancka nie otrzymał chyba do tej pory żadnej nagrody (zgodnie z moimi przewidywaniami). Książeczka Gietrzwałd 1877 pewnie niestety również nie doczeka się uznania na żadnych targach czy to książki katolickiej, czy historycznej. Już te dwa przykłady pokazują, że rynek książki i dystrybucja filmów są tak formatowane, by nie promować treści wartościowych, choć może dla przeciętnego czytelnika i widza kontrowersyjnych, bo wychodzących poza utarte schematy myślowe.


Pisałem już tym, że film o rewolcie protestanckiej odniósł sukces, mimo że nie był w żaden sposób dofinansowywany z budżetu państwa. Duża to zasługa tych widzów (potencjalnych widzów przecież wówczas), którzy zaufali i postanowili wesprzeć ów dokument z własnej kieszeni dobrowolnie i świadomie.


Obecnie jest możliwość wsparcia realizacji filmu o Gietrzwałdzie. Więcej informacji (wraz z numerami kont) można znaleźć na stronie www.gietrzwald1877.pl



piątek, 9 listopada 2018

Pasztet Bufetowej na radosne świętowanie


Na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości otrzymaliśmy pasztet Bufetowej.

Smutne to całe przedstawienie świadczy głównie nienajlepiej o odchodzącej prezydent Warszawy, ale także o całym środowisku, które za nią stoi. Pani prezydent, która kiedyś działała w Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, nie przeszkadzają marsze sodomitów, będące obrazą moralności publicznej i podważaniem podstaw cywilizacji europejskiej. Przeszkadza jej natomiast Marsz Niepodległości, bo jest organizowany przez środowiska narodowe, choć jest to impreza rodzinna, a tłumny udział w niej Polaków świadczy o dużym poparciu dla całej inicjatywy, mimo że partie narodowe czy nacjonalistyczne nie cieszą się szczególnie dużymi względami w wyborach. Polakom jednak to nie przeszkadza świętować razem. Pani prezydent wie mimo to lepiej, jak być powinno.

Co ciekawe, pani prezydent z uporem maniaka dalej chce jechać tym Waltzem w tłum świętujących i odwołać się od decyzji sądu unieważniającej jej zakaz. To już wygląda po prostu na jakąś obsesję.

Z drugiej strony smutny jest również fakt, że – oprócz takich działań, których celem jest ewidentnie psucie Polakom święta, a może sprowokowanie zamieszek (oby nie skończyło się to ofiarami śmiertelnymi!) – sami narodowcy i rząd nie potrafili się dogadać w sprawie wspólnych i radosnych obchodów. Nie chcę oceniać, po czyjej stronie stoi wina (choć ewidentne przechwycenie Marszu przez prezydenta po zakazie pani Waltz zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie), bo nie śledziłem zbyt uważnie doniesień medialnych na ten temat. Fakt jednak pozostaje faktem.

Tak się jakoś dziwnie składa, że akurat poczytuję sobie w wolnych chwilach Kazania sejmowe Piotra Skargi. Właśnie skończyłem czytać Kazanie wtóre, czyli O miłości ku Ojczyznie i o pierwszej chorobie Rzeczpospolitej, która jest z nieżyczliwości ku Ojczyźnie. A gdy ta cała smutna heca się rozkręcała, zacząłem czytać Kazanie trzecie, czyli O drugiej chorobie Rzeczpospolitej, która jest z niezgody domowej.

wtorek, 18 września 2018

Wydzieliny Smarzowskiego


O Smarzowskim nie zamierzałem pisać, bo wszak każda krytyka czy szum wokół jego nowego filmu to dodatkowa reklama – wiadomo, im więcej mówią, tym lepiej – więcej widzów może pójdzie do kina. Jednak zmieniłem zdanie i postanowiłem wtrącić swoje trzy grosze. Moja opinia raczej nie nagoni mu publiki.


Przede wszystkim: nigdy nie lubiłem kina Smarzowskiego. To, co obejrzałem, wystarczyło, bym poczuł do produkcji tego pana głęboką niechęć, a wręcz odruch wymiotny. Wcale nie dlatego, że podejmuje tematy kontrowersyjne. Smarzowski podejmuje tematy łatwe, takie, które będą przyjmowane przez krytykę z zachwytem, a jemu będą nabijać kasę. To samo w gruncie rzeczy dotyczy filmu Wołyń, choć na jego temat nie zamierzam się wypowiadać, bo należę do tych wyjątkowych rarogów, którzy się nie skusili i filmu nie obejrzeli. Choć być może gdybym miał mniej wrażliwą żonę, przełamałbym niechęć do wytworów pana Smarzowskiego i poszedł do kina, by się przekonać.


Metoda autora Drogówki jest równie prosta, jak podejmowane przez niego tematy: unurzać wszystko w błocie i wszelkich możliwych wydzielinach cielesnych (stąd nie muszę iść na film Kler, by wiedzieć, jak on wygląda – wystarczą zresztą „trailery”, by to potwierdzić). Jak przyciągnąć uwagę? Zanurzyć krucyfiks w urynie – to się z pewnością sprzeda.


To nie jest nawet krzywe zwierciadło, to jest zwierciadło całkowicie i diametralnie zniekształcające obraz świata. W filmach Smarzowskiego nie zobaczycie prawdziwej Polski, zobaczycie tam tylko twór jego chorej wyobraźni. Wcale nie zdziwiła mnie jego deklaracja, że jest ateistą. Chyba tylko ateista może tak nienawidzić świata i swoich bliźnich, patrzeć na wszystko z taką pogardą, widzieć we wszystkich brutalne, utytłane, wulgarne zwierze. W jego filmach nie ma żadnej prawdy, bo też i o prawdę w tych filmach nie chodzi. Artysta może wyolbrzymiać, może przesadzać, może zniekształcać, by uwypuklić jakiś aspekt, ale – jak już napisałem wyżej – to nie jest przypadek filmów Smarzowskiego.


Myślę, że najlepiej jego twórczość podsumował Jan Polkowski w swoim tekście Wojciech i Wojtek, który można znaleźć w tomie Polska moja miłość. Poniższe dwa passusy pewnie znakomicie będą pasować do najnowszej produkcji autora Domu złego:

„Odnoszę wrażenie, że siła obserwacji [Smarzowskiego] opiera się o zwykłe poczucie wyższości, pychę wyniesienia ponad z gruntu pogański pseudokatolicki lud i jego cwanych, interesownych pasterzy lub jeszcze gorzej niż cwanych – ksiądz w Drogówce jest przecież dodatkowo bywalcem burdeli. Ilu takich księży zna Wojtek? Wojciech?

(...)

Na prowincji (...) nie widział prostych ludzi, którzy przeszli z honorem przez codzienne plugawe poniżenie i najzwyklejszą nędzę drugiej połowy XX wieku? Często ze wsparciem księdza, który nie rozbijał się bryką, przekraczając przepisy, i nie szlajał po burdelach. Proponuję, żeby przed wejściem do kinowej sali sprawdzać dokumenty i Polakom wydawać obowiązkową setkę-wejściówkę, żeby mózgi widzów były kompatybilne z gnojowatym Polakiem-cynikiem-alkholikiem”.

Nie sądzę, by w filmach Smarzowskiego zmieniło się coś tak diametralnie, by ta diagnoza Polkowskiego (wraz z ironiczną propozycją) nie była wciąż aktualna. Czytelników zachęcam do sięgnięcia po zbiór felietonów, z którego te dwa fragmenty pochodzą – o dziwo wciąż jest dostępny do kupienia, choć ta książka powinna zniknąć z półek księgarskich jak świeże bułeczki. No tak, ale autor Drzew nie nurza wszystkiego w... Mniejsza o to, w czym. Zamiast więc wydawać pieniądze na bilet do kina, kupcie tom Polkowskiego. Tam jest spory kawałek prawdy o naszym świecie, także tej mniej przyjemnej.


piątek, 31 sierpnia 2018

Jak autorytet intelektualny popadł w zabobon


Przytaczałem w swoim ostatnim wpisie dwa cytaty z Brodskiego, który to autor wydaje mi się mieć jakiś wpływ na przynajmniej część współczesnej polskiej inteligencji, zwłaszcza tej starszej, która wychowała się na literaturze lat osiemdziesiątych, tej czytanej w podziemiu.  Niewątpliwie słowa Brodskiego czytano nabożnie zwłaszcza od chwili, kiedy dostał nagrodę Nobla.

Brodski przypisywał literaturze wyjątkową rolę, przewyższającą nawet rolę wiary. Lektura wielkich dzieł miałaby być antidotum na wszelkie zapędy totalitarne. Brodski musiał widzieć, że coś szwankuje w tym jego rozumowaniu, bo zaraz dodawał, że nie chodzi przecież o umiejętność czytania i wykształcenie, a samo przeczytanie jednego czy drugiego wielkiego dzieła jeszcze nie chroni przed popełnieniem zbrodni.

Jakkolwiek by było, Brodski przyznawał literaturze wybitną rolę, a na piedestale stawiał zwłaszcza poezję. Takie potraktowanie literatury prowadzi do postawienia na piedestale samego twórcy, a stąd już blisko do... „inżyniera dusz ludzkich”. Albo nazywając rzecz inaczej po imieniu – do kapłańskiej roli literatury i pisarza.

Słuchając jojczeń różnej maści intelektualistów, którzy z wyższością patrzą również na polski ludek, mam wrażenie, że oni bardzo boją się utraty resztek tej wyjątkowej pozycji autorytetów intelektualnych. Nie tak całkiem dawno temu (nie tak dawno – przynajmniej dla ludzi mojego pokolenia) dużo się mówiło o autorytetach moralnych. Nie wiem, czy ten termin jeszcze się pojawia w publicystyce lewicowej, ale takim autorytetem byli m.in. i Jacek Kuroń, i Andrzej Szczypiorski. Wszelka próba krytyki takiego autorytetu wywołać mogła prawdziwą histerię. Tak było w przypadku Jacka Kuronia, gdzie sugestia, że Kuroń „negocjował” z SB, wywołała prawdziwy obłęd, łącznie z paleniem świeczek w proteście przeciwko „opluwaniu” pamięci „wybitnego” działacza. Jeszcze inna sytuacja była w przypadku Szczypiorskiego, dziś już chyba dokumentnie zapomnianego prozaika, który okazał się być esbeckim donosicielem, a co gorsza kablował na własnego ojca. Do dziś pamiętam, jak grzebiąc sobie palcem w uchu dywagował z namaszczoną, mądrą miną o demokracji i innych ważnych kwestiach.

Ciekawe, że dla lewicowej mentalności takie autorytety stają się swego rodzaju świeckimi świętymi. Stąd tak nerwowa reakcja na jakiekolwiek próby podważenia ich nieskazitelnego wizerunku. Ci sami ludzie, którzy są gotowi publikować bluźniercze teksty o katolicyzmie, Biblii, Matce Boskiej itd. i bronić prawa do ich zamieszczania, jednocześnie wpadają w szał lub dostają palpitacji, gdy ktoś tylko ośmieli się rzucić cień wątpliwości co do wyidealizowanego wizerunku ich świeckich „świętych”.

Piszę o tym wszystkim, bo wydaje mi się, że w dużej mierze wyjaśnia to kabotyńskie wypowiedzi jakiegoś Saramonowicza, czy innej Andy Rottenberg. Pomijam już to, co palną gwiazdki sceny pop lub srebrnego ekranu, którym wydaje się, że ich nadęte ego daje im prawo do wypowiedzi na wszelkie możliwe tematy.

Skoro mam już dostęp do swoich książek, to przypomnijmy sobie tutaj o tym, co o. Józef Maria Bocheński pisał o takich autorytetach”, a w zasadzie literatach, bo tak zatytułował swoje hasło w słynnych pod koniec lat osiemdziesiątych Stu zabobonach:

Literatura w dzisiejszym słowa znaczeniu, tzw. literatura piękna, to tyle, co zespół wierszy, powieści, opowiadań itp. Literat jest więc człowiekiem, który takie pisma tworzy. Istnieje rozpowszechniony zabobon, zgodnie z którym literat miałby prawo występować, jako taki, w roli nauczyciela wszelkiej mądrości. Tym samym literat staje się intelektualistą. Ten zabobon był i bodaj jeszcze jest bardzo rozpowszechniony w Polsce, zwłaszcza odnośnie tzw. wieszczów. Ale literat, nawet największy wieszcz, jest tylko specjalistą w sztuce pięknego pisania, w żywym przedstawianiu ludzkich przeżyć, wydarzeń i ideałów – nie posiada natomiast żadnego innego autorytetu. W szczególności nie jest jako taki prorokiem religijnym, filozofem,
przywódcą politycznym ani nauczycielem moralności.

(o. Józef Maria Bocheński, Sto zabobonów, Wola, bdw, s. 60).


środa, 11 lipca 2018

Rzeź wołyńska – wciąż niezabliźniona rana


Dzisiaj rocznica rzezi wołyńskiej. Tamte wydarzenia wciąż pozostają kwestią sporną pomiędzy Polską a Ukrainą. Mam tylko nadzieję, że rząd nie będzie chował w tym przypadku głowy w piasek i nie ulegnie żadnym naciskom ze strony Ukrainy, jak to się stało w przypadku presji ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych. Nie można budować zdrowych relacji na kłamstwie. Zarówno tych osobistych, jak i tych międzypaństwowych. Nie oszukujmy się. W tym przypadku prezydent Duda zachował się tak, jak trzeba. Chciałbym, aby Polska tym razem okazała się tą silniejszą stroną, aby wreszcie Ukraińcy ulegli presji i przyznali się do winy. Na razie się na to nie zanosi.

Przed paru laty pisałem o powieści Ukraiński kochanek Stanisława Srokowskiego, która między innymi stała się podstawą dla filmu Wołyń Smarzowskiego. Na końcu tamtej recenzji przytoczyłem cytat, który nie przystaje być aktualny. Zachęcam do lektury całego tekstu.

sobota, 5 maja 2018

„Iskry Boże” dla myślącej młodzieży


Sugerowałem już na tym blogu, że film Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka mógłby być sprzedawany w pakiecie z książką profesora Kucharczyka Kryzys i destrukcja. Innym takim pakietem mógłby być „pakiet edukacyjny” dla młodzieży ostatnich klas szkół podstawowych, istniejących jeszcze gimnazjów lub pierwszych klas szkoły średniej. Byłaby to wówczas książka samego reżysera: Iskry Boże.

Ta starannie i ładnie wydana, ilustrowana panorama dziejów Polski mogłaby dać młodzieży nieco inną perspektywę niż podręczniki szkolne. Podręczniki do historii, nawet jeśli uwzględniają postaci świętych i błogosławionych, to nie wysuwają ich przecież na plan pierwszy. Skupiają się raczej na czynnikach czysto politycznych, gospodarczych czy kulturalnych. Jeśli mowa na przykład o chrzcie Polski, to w kontekście włączenia Polski do cywilizacji zachodnioeuropejskiej, uzyskania lepszego statusu i gwarancji traktowania na równi z innymi bytami politycznymi. Ale czy aby na pewno jedynie motywacje polityczne stały za decyzją Mieszka? Jak pisze autor: „wbrew XIX-wiecznej historiografii, która za jedyne wyjaśnienie tego dziejowego przełomu uznawała polityczne wyrachowanie, dziś coraz więcej przemawia za religijnym, duchowym wymiarem zdarzenia, które dokonało się w specjalnie wzniesionym w tym celu baptysterium na Ostrowie Lednickim”.

Grzegorz Braun proponuje zatem uwzględnienie tego czynnika religijnego, duchowego jako szczególnie istotnego. Dlatego na plan pierwszy wysuwa postaci świętych i błogosławionych. Na nie rzuca światło i je wydobywa z mroków dziejów, „bowiem historia (zresztą nie tylko Polski) pozostaje gruntownie zakłamana – co ze skarbów przeszłości nie zostało całkiem zapomniane, to nierzadko bywa dziś całkiem opacznie rozumiane. A przyjęcie fałszywych miar i wag w ocenie przeszłości skutkuje niebacznym odrzuceniem jej największych skarbów  i tym głębszą intoksykacją najgorszych trucizn”.

Autor, pisząc o tych wyjątkowych, nietuzinkowych ludziach w naszej historii, podkreśla jednocześnie wyjątkowość Polski i tworzonej tu „cywilizacji, którą najkrócej określa jeno słowo: wolność. Polska była bowiem przez wieki krajem wolnych ludzi. Zwłaszcza w czasach świetności Korony Królestwa Polskiego i Najjaśniejszej Rzeczpospolitej panowie i poddani cieszyli się tu relatywnie większymi swobodami niż gdziekolwiek indziej. Wolność była największym, bezcennym bogactwem, którym Polacy szczodrze dzielili się z innymi ludami, chętnie garnącymi się pod opiekę polskiej prawa”.

Każdy, kto zna twórczość filmową czy publicystykę Grzegorza Brauna, wie także, że jego książka z pewnością będzie prezentować poglądy „kontrowersyjne”, bo idące pod prąd przyjętym, a często nie zweryfikowanym po roku 1989, stereotypom czy przyjętemu bezkrytycznie, marksistowskiemu z ducha i postępowemu, spojrzeniu na historię. Takim przykładem jest choćby opinia autora o Komisji Edukacji Narodowej czy postaci Hugona Kołłątaja albo zwrócenie uwagi na raczej nie eksponowane w tradycyjnym nauczaniu czynniki, które przyczyniły się do wywołania powstań przeciwko zaborcom.

Książka jest pisana prostym, acz pięknym językiem polskim i dlatego właśnie szczególnie powinna trafić do młodzieży. Nie jest to bowiem jakieś grube tomisko czy naukowe studium dziejów naszej Ojczyzny, w którym święci odgrywają wyeksponowaną rolę (choć takie też by się przydało), ale zarys, panorama naszej historii, książka, która w zamierzeniu miała być scenariuszem serii animowanych filmów edukacyjnych. Te filmy niestety nie powstały, ale za to młody czy mniej wykształcony czytelnik (choć pewnie i tym „lepiej wykształconym” też by się ta lektura przydała) ma przed sobą coś, co z pewnością nie jest tylko półproduktem, ale pięknie wydaną książkę, która może zmienić jego spojrzenie na dzieje Polski.

Pisałem we wspomnianej wyżej recenzji, że przydałby się sponsor, który wykupiłby film Luter i rewolucja protestancka i rozdał w prezencie młodzieży szkolnej. Ów bogaty sponsor mógłby równie dobrze kupić Iskry Boże, by wręczać je we wspomnianym na początku pakiecie. Także nauczycielom. Nawet jeśli ktoś nie zgadza się z poglądami Brauna, to przyzna mi chyba rację, że prezentowana przez niego wizja naszej historii może pobudzić młodzież do myślenia i własnych poszukiwań, weryfikacji prezentowanych treści i schematów. A jeśli zależy nam na dobru naszej Ojczyzny, to chyba też i o taką młodzież nam chodzi.

Grzegorz Braun, Iskry Boże, czyli polskie drogi do świętości, Prohibita, Warszawa 2017.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Protestantyzm – mordercza infekcja


Rekomendowałem na tym blogu już kilka razy film Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka. Gdybym miał komuś doradzić, jaką książkę sprzedać w pakiecie z filmem autora „Marszu wyzwolicieli”, to z pewnością poleciłbym książkę profesora Grzegorza Kucharczyka Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji.

Ta niewielka objętościowo książka dostarcza zadziwiająco sporo szczegółów dotyczących zarówno koncepcji Lutra, jaki recepcji jego herezji w Europie oraz stosunku Kościoła katolickiego do protestantyzmu i do samej postaci ojca reformacji. Może więc służyć za przypomnienie tych faktów, które zawarł w swoim filmie G. Braun, ale także i za uzupełnienie dawki informacji podanej przez reżysera.

Czytając książkę profesora Kucharczyka utwierdziłem się w przekonaniu, że bunt Lutra wprowadził w kulturę europejską niszczycielskiego wirusa, którego „najważniejszym skutkiem było wykorzenienie chrześcijaństwa ze społecznego kontekstu (związku), co było cechą charakterystyczną średniowiecznej christianitas. Reformacja utorowała w ten sposób drogę do ukształtowania życia publicznego oderwanego od religii chrześcijańskiej. Reformacja nie wprowadziła rozdziału Kościoła od państwa (wręcz przeciwnie), ale doprowadziła – tam, gdzie zwyciężyła – do rozdziału religii od społeczeństwa i jego kultury”.

Infekcja protestancka rozdarła organizm Europy na dwa odrębne światy i kultury. Albo można powiedzieć, że doprowadziła do wytworzenia się rosnącej komórki rakowej, która doprowadziła do postępującej destrukcji, niszcząc ostatecznie w galopującym tempie (w ostatnich czasach zwłaszcza) także samą siebie – tę chorobliwą i chorobotwórczą narośl. Już Hilaire Belloc ponad pół wieku temu pisał o destrukcji kultury protestanckiej. Podane pod koniec książki statystyki dotyczące religijności wśród protestantów w Niemczech nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do trafności tej opinii. Niestety każą się zastanowić również nad tym, jakie skutki ta infekcja wywarła i wywiera na samej kulturze katolickiej, która po pierwszym szoku wytworzyła przecież swoje przeciwciała (choć na przykład Belloc zastanawiał się, dlaczego znalezienie antidotum trwało tak długo).

Otóż ten obraz „kryzysu i destrukcji”, jaki wyłania się z książki profesora Kucharczyka, nasuwa pytanie o to, dlaczego sam stosunek Kościoła katolickiego do Lutra i protestantyzmu uległ w ogóle stopniowej zmianie, przynajmniej w oficjalnych deklaracjach, czego przejawem były na przykład na polskim gruncie słynne przeprosiny arcybiskupa Rysia skierowane do ewangelików. Ocieplanie wizerunku Lutra barwnym szaliczkiem przypomina nieco zabieg, który uczynił z innego łotra – Che Guevary – ikonę pop-kultury. Bęcwałów obnoszących się z wizerunkiem tego marksistowskiego bandyty (zakładam, że kompletnie nieświadomych tego, z kim mają do czynienia) można spotkać nawet w Kościele. Coś podobnego zdaje się następować w przypadku Lutra, co notabene było świetnie widać w filmie Grzegorza Brauna (koszulki, gadżety reklamowe itp.). Jeszcze chwila, a na niedzielnej mszy zaczną się pojawiać półinteligenci w „tiszercie” z wizerunkiem Lutra buntownika i jakimś chwytliwym cytatem, np.: „Nasi głupcy, papieże, biskupi, sofiści oraz mnisi – prymitywne ośle głowy”.

Profesor Kucharczyk w swojej książce dokonuje przeglądu wypowiedzi papieży na temat Lutra i protestantyzmu, ale trudno doprawdy pojąć, jakie są przyczyny widocznej „zmiany paradygmatu” (by użyć popularnego określenia używanego w nieco innym kontekście), czego symbolem były uroczystości w Lund. Protestancki wirus doprowadził do destrukcji i sekularyzacji kultury Zachodu, a jego niszczycielska infekcja dotknęła też samego Kościoła katolickiego i kultury krajów katolickich. Po co więc te przychylne gesty wobec „braci odłączonych”? Zamiast prawdy – pop-kulturowe, słodkie (i fałszywe) „kochajmy się”? Chyba raczej zamiarem Kościoła powinno być opracowanie długoterminowej strategii nawrócenia tej coraz bardziej „bezwyznaniowej” (a z drugiej strony coraz bardziej islamskiej) Europy i przyjęcia jej z powrotem na łono Kościoła katolickiego. Przyjacielskie gesty wobec protestantów zdają się być sztucznym podtrzymywaniem przy życiu rozkładającego się już trupa.

Kryzys i destrukcja porusza różne aspekty rewolty protestanckiej i wymienienie ich wszystkich przekraczałoby ramy, jakie narzuca ta forma wypowiedzi. Ciekawym tematem na przykład jest kwestia wandalizmu protestanckiego, który doprowadził do zniszczeń porównywalnych do pewnego stopnia do tych, jakich dokonał choćby bolszewizm, przynosząc z sobą nienaprawialne straty kultury materialnej. Oczywiście paralele można tutaj odnaleźć też wcześniej – w ikonklazmie VIII wieku w Bizancjum, o czym prof. Kucharczyk zresztą pisze.

Innym pasjonującym wątkiem jest również rozwój reformacji w Szwecji. Przyznam się, że akurat na ten temat niewiele wiedziałem, a prof. Kucharczyk podaje garść ciekawych informacji, łącznie z przypomnieniem zapomnianych męczenników katolickich, nie mniej bohaterskich niż ci, którzy zginęli za wiarę w Anglii. Notabene opis grabieży majątku kościelnego, jakiego dokonano w obu krajach, nasunął mi myśl, czy przypadkiem popularne swego czasu w Polsce, acz skandaliczne, powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, nie ma jakiegoś źródła w tej grabieży majątku kościelnego, jaka posłużyła do zbudowania wielu późniejszych fortun, przy naruszeniu całej infrastruktury pomocy ubogim zapewnianej ze strony Kościoła?

Wspomnijmy jeszcze może tylko krótko, że profesor rozprawia się również w swojej pracy z mitem, który łączy rozwój nowoczesnych odkryć naukowych czy ruchów wolnościowych z protestantyzmem. Temu również przeczą fakty. Dość wspomnieć przy tej okazji o wpływie, jaki miała głównie ludność protestancka na sukces i dojście do władzy Hitlera. Całkiem tego sporo, jak na liczącą 160 stron publikację. Naprawdę warto przeczytać!

Grzegorz Kucharczyk, Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji, Wydawnictwo Prohibita, 2017.

piątek, 13 kwietnia 2018

Tajemniczy Feniks 2018


Tak jak się spodziewałem i pisałem, film dokumentalny Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka” nie otrzymał nagrody „Feniks”Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w roku 2018. Nic w tym sumie dziwnego, choć film w moim przekonaniu jest jednym z najważniejszych wydarzeń roku 2017 i powinien otrzymać nagrodę w kilku kategoriach i za co najmniej kilka rzeczy (pomijając już nawet kategorie ustalone przez organizatorów). Wymieńmy parę z nich:

-         za wybitne walory artystyczne
-         za podjęcie kontrowersyjnego tematu
-         za upamiętnienie rewolty protestanckiej dokumentem, który powinien stać się zarzewiem debaty publicznej
-         za odwagę podejmowania tematów kontrowersyjnych
-         za sposób finansowania tego filmu, którego twórcy nie czerpali bezczelnie środków z kieszeni podatnika, a datki darczyńców (wielu z nich anonimowych) finansujących powstanie tego dokumentu były jak najbardziej dobrowolne
-         za sposób dystrybucji tego dzieła – twórcy umożliwili oglądanie filmu na darmowych pokazach, na których widzowie mogli, ale nie musieli, wesprzeć autorów dobrowolnymi datkami
-         za przygotowanie materiałów dodatkowych – plakatów, ulotek i samej płyty DVD z filmem w dwóch wersjach – z książką i bez książki
-         wreszcie za sukces wbrew milczeniu (zaskakującemu) głównych mediów katolickich.

Grzegorz Braun włożył kij w mrowisko, ale zarządzający mrowiskiem kij ów zignorowali i udają, że nic się nie stało. No cóż... gdyby Stowarzyszenie Wydawców Katolickich nagrodziło ten film, zapewne wkrótce potem jakiś hierarcha wyskoczyłby z przeprosinami dla braci luteranów za szkalowanie dobrego imienia wspaniałego założyciela ich sekty, a sami organizatorzy zapewne poczuliby się zmuszeni do wydania oświadczenia, w którym stwierdziliby np., że nagrodzili sam film za podjęcie trudnego tematu, ale w żaden sposób nie jest to nagroda dla reżysera, z którego poglądami SWK się nie utożsamia.

Trudno wypowiadać mi się w sprawie wszystkich tych nagród generalnie. Może tylko dodam, że wyróżnienie w postaci Nagrody Głównej „Feniks” dla prof. Andrzeja Nowaka jak najbardziej jest zasłużone, ale z drugiej strony chyba też dla nikogo nie jest to tajemnicą, że mamy tu do czynienia zarówno z wybitnym autorem, jak i autorytetem. Szkoda, że organizatorzy nie wyróżnili w żaden sposób – po to by promować nazwiska mniej znane – np. Gabriela Maciejewskiego, którego książka „Socjalizm i śmierć” jak najbardziej zasługuje na uznanie i to na targach książki katolickiej właśnie – i ponownie można by tu wymienić szereg powodów. Sam tę książkę już polecałem i polecam raz jeszcze, bo jest to rzecz po prostu znakomita, a drążąca temat nie mniej kontrowersyjny niż ten, jakim zajął się Grzegorz Braun.

Żeby nie było, że się uwziąłem na SWK, zwrócę uwagę na jedną nagrodę – nagrodę „Feniks” Specjalny, która moim zdaniem jak najbardziej twórcom się należy, podjęli się bowiem zadania niezwykłego i wręcz tytanicznego – po raz pierwszy cała Biblia została w języku polskim nagrana i udostępniona w postaci plików audio. Autorzy całego przedsięwzięcia Biblia Audio Superprodukcja (przede wszystkim Krzysztof Czeczot, aktor i założyciel firmy OSORNO, oraz Maciej Budzich) bez wątpienia zasłużyli się dla polskiej kultury i sądzę, że ich wysiłek i trud docenią zarówno osoby niewidome, niedowidzące i starsze, które mają teraz możliwość słuchania dowolnej księgi Starego i Nowego Testamentu, jak i „zwykli” słuchacze, czytelnicy, ludzie wierzący, a także niewierzący, którzy chcieliby poznać Biblię, a może nie mają czasu, by po prostu usiąść i ją przeczytać. Teraz wystarczy ściągnąć za darmo (sic!) plik z nagraniem dowolnej księgi Pisma Świętego – można „wypalić” sobie płytę lub korzystać z odtwarza MP3 – i jadąc na przykład samochodem do pracy lub z pracy czy wybierając się w dłuższą trasę posłuchać Słowa Bożego w znakomitym wykonaniu. Można też całą Biblię po prostu kupić od producenta na płytach albo w postaci pendrive’a. Ba! Jest nawet możliwość zakupienia np. Apokalipsy św. Jana na płycie winylowej!



Imponuje rozmach twórców, bo zaangażowali do nagrania całego dzieła nie tylko profesjonalnych aktorów, ale też dziesiątki (setki?) zwykłych ludzi, „amatorów”, którzy mieli możliwość partycypowania w tym wiekopomnym dziele, udzielając również swojego głosu. Trudno mi ocenić tu całość, bo wysłuchałem na razie tylko drobnego fragmentu (m.in. Dziejów Apostolskich, Apokalipsy, Listów św. Pawła, Ewangelii św. Marka, Księgi Psalmów). Bez wątpienia niektóre nagrania będą się podobać bardziej, inne mniej. Dla mnie na przykład numerem jeden jest Ewangelia św. Marka czytana przez Piotra Fronczeskiego. Nie potrafiłem się natomiast przełamać i posłuchać Ewangelii św. Jana, która moim zdaniem powinna być czytana przez mężczyznę, a nie Małgorzatę Kożuchowską. I nie sądzę tak wcale dlatego, bym był w jakiś sposób uprzedzony do tej aktorki. Wydaje mi się po prostu, że jest to Ewangelia, która powinna być czytana przez mężczyznę.  W końcu św. Jan nie był żadną mimozą, ale dzielnym człowiekiem, który jako jedyny z apostołów nie zrejterował w krytycznym momencie, ale towarzyszył naszemu Panu do końca i stał pod krzyżem w chwili Jego śmierci. To był po prostu twardy mężczyzna. Głos Kożuchowskiej mi tu nie pasuje. Ale może się mylę, w końcu to właśnie kobiety wykazały się większą odwagą od mężczyzn w chwili Męki i śmierci Chrystusa.

O skali całego dzieła może świadczyć również fakt, że np. każdy Psalm – a jest ich przecież 150 – czytany jest przez inną osobę, a przynajmniej takie wrażenie odnosi się słuchając tej księgi. I ponownie – niektóre z wykonań są wręcz powalające, inne chciałoby się posłuchać w innej interpretacji. Niezwykłe wrażenie robi tu interpretacja Krzysztofa Globisza zmagającego się z afazją.
Jedyny problem, jaki dostrzegam, to fakt, że jeśli ściągnie się np. Księgę Psalmów, mamy jeden plik, bez podziału na poszczególne psalmy, tzn. bez możliwości „skakania” po całej księdze. Być może istnieje jakiś sposób, by ten problem rozwiązać, ja – jako amator nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobić. Wiem, że na przykład jedna z księgarni z plikami audio umożliwia ściągnięcie całej książki albo z podziałem na rozdziały, albo bez niego. W przypadku Księgi Psalmów byłoby to duże ułatwienie – umożliwiałoby po prostu bezproblemowe odtwarzanie swoich ulubionych psalmów.

Podobnie jak w przypadku filmu Grzegorza Brauna, autorzy całego projektu zrealizowali swoje dzieło korzystając z dobrowolnych datków ludzi dobrej woli. Pokazali więc, że można wiele zdziałać niekoniecznie ubiegając się o dotacje państwowe, czyli pieniądze wyciągane z kieszeni podatnika.

I jeszcze jedna rzecz – ciekawe, dlaczego SWK nie podało w tym roku do wiadomości publicznej nominacji do nagrody „Feniks”? Nigdzie nie znalazłem żadnej informacji o zgłoszonych propozycjach. Inaczej było w poprzednich latach. Czy teraz nominacje będą objęte tajemnicą? Chciałoby się jednak wiedzieć, jaka była konkurencja i co odrzucono. Myślę, że pozwoliłoby to trochę lepiej ocenić kryteria, jakimi kierują się organizatorzy i jury nagrody.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Komu i dlaczego wadzi degradacja Jaruzelskiego i Kiszczaka, czyli „poeta pamięta”


Jeśli ktoś chce zrozumieć istotę problemu, jaki ponownie się pojawił czy też uwidocznił ze zwielokrotnioną siłą, gdy prezydent Duda odmówił podpisania ustawy umożliwiającej degradację PRL-owskich oficerów, to powinien koniecznie przeczytać tekst Jana Polkowskiego „Druga niemiecka wina” i polscy naśladowcy. I nie chodzi mi nawet o dywagacje, czy z punktu widzenia prawnego Duda miał rację, czy nie. Sęk w tym, że cały ten system, w którym wciąż się babramy i z którego próbujemy się wywikłać (nie mówię oczywiście o „totalnej opozycji”) jest od samego początku zainfekowany. I o to właśnie chodziło.


Ten napisany przed paru laty szkic, opublikowany w zbiorze Polska moja miłość, jest tak „gęsty”, że w zasadzie można by cytować go linijka po linijce. Nic też nie stracił na swej aktualności. Zadaje przy tym kłam poglądowi, że poeci to dusze bujające w obłokach, oderwane od ziemi. Przynajmniej autor Drzew zdaje się twardo po ziemi stąpać. Na tyle twardo, że z przeraźliwą jasnością widzi to, co być może zbliża się do nas z nieubłaganą konsekwencją, a czego nie dostrzegają ci, którzy zajmują się bardziej przyziemnymi i „konkretnymi” pracami niż pisanie poezji.


Jak autor pisze już na samym początku: „Każdego dnia ciąży mi żrący osad obłudy pierwszych lat wychodzenia z komunizmu. Truje mnie zarówno pokraczna spuścizna niedawnej przeszłości, jak i świadomość, że to mętne krętactwo trwa. Trwa i zatruwa pamięć obleśna czułość, z jaką liderzy strony solidarnościowej obłapiali owinięte w odległy cień Moskwy sflaczałe odwłoki zbankrutowanych władców PRL”.


W swoim szkicu Polkowski zadaje kłam wielu mitom związanym z tak zwaną „transformacją ustrojową”. Na przykład, że była ona bezkrwawa. Jakże łatwo się zapomina o tym, że „bezkrwawy charakter miało wyłącznie zlizywanie z ust Jaruzelskiego okrągłych kłamstw, bo niepokornych księży mordowano niemal równolegle z kumoterskimi pijatykami w Magdalence”.


Oczywiście poeta, tak wyczulony na manipulacje językowe, dostrzega ten nieszczęsny zwrot „transformacja ustrojowa” i przy okazji zauważa, że „zamazuje [on] marionetkowy charakter PRL”.


To, co mnie uderzyło w tym tekście, to analogie do „transformacji” w Niemczech po II wojnie światowej, gdzie tzw. „denazyfikacja” okazała się fikcją. Na poparcie tego stwierdzenia autor przytacza liczby i dane. Mogą one szokować co bardziej naiwnych. Zasadnicze pytanie jednak, które się nasuwa, to: jakie będą konsekwencje budowania potęgi niemieckiej na braku prawdziwego rozliczenia z przeszłością. I drugie: Dlaczego to Niemcy stały się wzorem dla Polski?


A że stały się, autor nie ma co do tego żadnych wątpliwości, bo „podobieństw jest długi szereg”. Przyznam się, że osobiście nie wiedziałem na przykład, że „filozofia rządów Tadeusza Mazowieckiego i ilustrujące ją sztandarowe hasło o odkreśleniu grubą kreską przeszłości – to cytat z niemieckiego kanclerza” – Adenauera. Jak zauważa Polkowski z ironią: „To niemiecki kanclerz pioniersko potępił i wyrzucił do czyśćca ideę narodowego socjalizmu i jednocześnie przychylił nieba demokracji ludziom przez lata realizującym w przekonaniem plany Hitlera”. I to on stwierdził: „uważam, że powinniśmy skończyć z węszeniem za nazistami”.


W tym konkretnym przypadku, o którym mowa na samym początku mojego tekstu, analogia oczywiście dotyczy nierozliczonych ze swej hitlerowskiej przeszłości oficerów niemieckich, którzy tworzyli podstawy nowej armii. A przecież „w III RP żołnierzy, którzy w PRL strzelali do współobywateli, nikt nawet nie próbował rozliczać. Honor oddany Jaruzelskiemu i pozostałym dowódcom, wyprał z krwi wszystkie mundury, do szeregowca włącznie”.


Jak już napisałem na samym wstępie – tekst jest gęsty i mógłbym go cytować obficie, ale lepiej jeśli czytelnik sam go po prostu przeczyta. Książka Polska moja miłość, w której można ten szkic znaleźć, jest wciąż dostępna, choć powinna już dawno być wyprzedana – tak jest znakomita. Być może zresztą napiszę o niej jeszcze parę słów.


Zwróćmy może tylko uwagę na konkluzję autora, gdyż jak stwierdza: „nie chodzi (...) o przywołanie historycznych analogii. Ani o bezrefleksyjną krytykę wykorzystywania przez III RP doświadczeń zdobytych podczas posthitlerowskiej odbudowy Niemiec. (...) Istotne jest jednak, jaką interpretację i sens niemieckiej lekcji postanowiono w Polsce spożytkować”.


Zauważając, że oparcie odbudowy Niemiec na zwolennikach III Rzeszy i uczestnikach jej zbrodniczych praktyk „zaowocowało potęgą dzisiejszych Niemiec”, autor konkluduje m.in.: „ Polsce ochrona interesów zdrajców przyniosła demobilizację narodu, konflikty i zniechęcenie. Kraj zainfekowany strategiczną słabością w tym miejscu Europy nie przetrwa. I nie wypada pytać, dlaczego ten stan tak bardzo podoba się naszym sąsiadom”.


Przechodzą ciarki po plecach?