Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2020

Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa

Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć. Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”.

Chyba wbrew intencjom organizatorów natomiast znakomicie odzwierciedlił istotę islamu plakat, który propaguje to wydarzenie. Spójrzcie tylko, Państwo: wokół minarety z charakterystycznym półksiężycem – wręcz natłok tych minaretów, a za nimi – jakby oblężone – pozbawione krzyży wieże kościołów. Dodatkowo plakat ten świetnie oddaje sytuację współczesnej Europy. Tak właśnie może wkrótce wyglądać.

A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów? Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?

Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.

No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego. Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.



środa, 13 marca 2019

Burdel we wrocławskim Teatrze Polskim

Przepraszam za tytuł, ale takie słowa mi się nasuwają, gdy czytam o tym, co się tam dzieje. Gdyby to była instytucja utrzymywana z środków prywatnych, byłoby mi to obojętne. Jest to jednak instytucja utrzymywana z kieszeni podatnika, więc obojętne mi to być nie może. Tym bardziej, że już od lat, gdy przeglądam repertuar teatralny, by zabrać małżonkę na jakiś spektakl, chce mi się kląć i wyć (to taka „klątwa”?).

Nim wydobrzeję kompletnie po chorobie i zacznę regularne wpisy, polecam felieton Tomasza A. Żaka na temat sytuacji we wrocławskim Teatrze Polskim: „W teatrze jak na wojnie”.


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Wrocław będzie dofinansowywał handel żywym towarem

Ubiegły tydzień przyniósł jedną szczególnie smutną wiadomość, a jest nią przegłosowanie przez wrocławskich radnych dofinansowywania z kieszeni podatnika handlu żywym towarem, który nazywa się dla niepoznaki eufemistycznie „in vitro”. Wstyd mi, że mieszkam w tym mieście, którego zresztą nie darzę jakąś szczególną sympatią (to ostatnie ma tutaj najmniejsze znaczenie).

Spodziewałem się jakiejś ostrej reakcji arcybiskupa Józefa Kupnego, odczytania na Mszach w całej diecezji oświadczenia naszego hierarchy, stanowiska Kurii. Nic takiego w zeszłą niedzielę się niestety nie stało. Być może nasz arcybiskup był zajęty w tym czasie ekumenicznymi modłami z naszymi braćmi heretykami? Może uznał, że stanowisko Kościoła jest w tej sprawie jasne i nie trzeba zajmować żadnego konkretnego stanowiska? A może się mylę? Może po prostu „młyny Kościoła bardzo powoli mielą”, abp. Kupny nie miał czasu zapoznać się dokładnie z treścią uchwały i już wkrótce potępienie decyzji radnych Wrocławia padnie z ust naszego duszpasterza? Chciałbym, aby tak było. Obawiam się, że podobnie jak w przypadku nieodpowiedzialnych, sprzecznych z nauką Kościoła katolickiego wypowiedzi Patryka Jakiego na temat in vitro, reakcją będzie milczenie.

Zdumiewająca jest krótkowzroczność naszych polityków zarówno w skali krajowej, jak i lokalnej. Nie dostrzegają oni katastrofalnych implikacji w przyszłości swoich dzisiejszych decyzji. Implikacji zarówno moralnych, jak i społecznych. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że sam prezydent Wrocławia – Jacek Sutryk – miał powiedzieć: „Mówiłem zresztą o tym wielokrotnie w trakcie samorządowej kampanii wyborczej. Jestem za życiem. I tu stawiam kropkę”. Tak! I pan Sutryk postawił kropkę na dzieciach mrożonych w ciekłym azocie! Kapitalne i horrendalne! Gdyby pan Sutryk był faktycznie za życiem, to wprowadziłby program zachęty do adopcji dzieci z domów dziecka dla par, które nie mogą począć dziecka w naturalny sposób. Ale po co? Lepiej przecież użalić się spektakularnie nad bezpłodnymi parami i zaproponować im kupno dziecka. Pieniądze z kieszeni podatnika wydaje się bardzo łatwo. Zwłaszcza na coś, gdzie sentyment i pozór odgrywają większą rolę niż rozum i autentyczne dobro.


poniedziałek, 22 października 2018

Spektakularna klęska PiS-u


Kilka chaotycznych uwag dyletanta na temat wyborów samorządowych.

Według mnie jest to spektakularna klęska PiS-u. I to obojętnie, jaką propagandę sukcesu będą uprawiać media przychylne rządzącym.

Dlaczego? Przede wszystkim PiS-owi nie udało się odbić żadnego z większych miast Polski. Ani Wrocławia, ani Poznania, ani Łodzi. A raczej wątpliwe by udało się tego dokonać w Krakowie czy Gdańsku w II turze. Byłby to prawdziwy cud lub jakaś niespodziewana mobilizacja zwolenników zmiany.

Pytanie: jak można było przegrać wybory na prezydenta Warszawy, mając takie atuty w ręku jak afera prywatyzacyjna? Nie przeceniałbym wpływu na tę klęskę wyborcy konserwatywnego, który jak ja ma po prostu dosyć wygibasów „konserwatywnych” polityków. Jednak ciekawe, jaki procent takich wyborców po prostu został w domu, oddał głos nieważny lub wskazał innego kandydata, gdyż nie chciał by jego prezydent dofinansowywał in vitro czy wchodził w egzotyczny sojusz ze zwolennikiem homoseksualizmu? Czy inni wyborcy również wyczuli fałsz postawy Jakiego? I jeszcze raz: jak można było przegrać te wybory w Warszawie, jeśli miało się takie atuty w ręku? Wydaje się to czystą niemożliwością!

Ta klęska w przypadku wielkich ośrodków miejskich powinna być bolesną nauczką dla rządzących. Dlaczego? A to dlatego, że wygląda na to, że nie przekonali Polaków do zmian również na poziomie lokalnym. Wrocławianie na przykład będą dalej psioczyć na korki, złą organizację ruchu, marnotrawienie pieniędzy na bezsensowne inwestycje, zadłużanie miasta i inne absurdy mniejszego lub większego kalibru, ale zagłosują na stary układ, tylko z nową twarzą. A przecież miarą sukcesu działań rządu byłoby to, gdyby ludzie, nawet ci sceptyczni czy wrodzy rządowi, stwierdzili, że „dobra zmiana” jest faktycznie dobra i na tyle imponująca, że warto by nastąpiła ona również na ich lokalnych podwórkach. Tymczasem nic takiego się nie szykuje. Jest wrażenie zabetonowania pewnego układu.

Co ciekawe i raczej smutne, to takie przypadki, jak wybór na prezydenta miasta pani, która ma prawomocny wyrok sądowy, albo znakomity wynik wójta, który zdobył ponad 48 procent poparcia, a obecnie siedzi w areszcie i jest podejrzany o 92 przestępstwa, w tym kierowanie grupą przestępczą (sic!). Tych przypadków jest zresztą więcej. Naprawdę ludzi nie obchodzi, że głosują na kandydatów o podejrzanej reputacji? Naprawdę obojętne im jest to, czy będzie ich lokalną wspólnotą rządził jakiś bandzior, hochsztapler, zwykły cham czy kłamca? To również spektakularna klęska „dobrej zmiany”.

A jeszcze do tego wszystkiego te nieszczęsne „nasze” media, która obwieszczają „rekordowe” zwycięstwo i kpią sobie z niektórych kandydatów opozycji tam, gdzie jeszcze można sobie pokpić, bo wynik nie jest pewny. Naprawdę ci dziennikarze uważają, że najlepiej pomogą rządzącym kadząc im, zamiast pisać prawdę i krytykować to, co złe, a chwalić to, co dobre? Kiedy przejrzą w końcu na oczy, będzie już za późno. I będzie znowu można psioczyć, że to „oni” mają pieniądze i monopol informacyjny.

To naprawdę spektakularna klęska PiS-u.

środa, 17 października 2018

Po co urzędy miejskie we Wrocławiu mają numery telefonów?


Pisałem już chyba na tym blogu o tym, jak sprawnie i grzecznie załatwiane są niektóre sprawy w urzędach państwowych dzisiaj. Załatwienie na przykład formalności związanych z wymianą starego dowodu tożsamości na nowy lub z załatwieniem nowego dowodu osobistego, gdy skończyła się ważność dotychczasowego, trwa dosłownie chwilkę.


Odradzam jednak na przykład zmianę adresu zameldowania (do tej pory nie potrafię znaleźć żadnego sensownego uzasadnienia utrzymania obowiązku meldunkowego poza mnożeniem biurokracji i utrudnianiem ludziom życia). Jeśli sama formalność może potrwać dosłownie chwilkę, to potem zaczynają się kłopoty. Trzeba przecież wymienić dowód rejestracyjny, bo podany tam adres jest już nieważny. To samo dotyczy prawa jazdy. A to wszystko jeszcze na dodatek kosztuje (choć wymiana dowodu nie). Trzeba przy tym dysponować czasem do stracenia na stanie w kolejkach.


We Wrocławiu moja dwukrotna próba załatwienia nowego dowodu skończyła się niepowodzeniem. Za pierwszym razem, choć wydawało mi się, że przyszedłem w miarę wcześnie, nie było już nawet numerków ani druków do wypełnienia. Za drugim razem formularze wprawdzie były, ale pani z informacji dała mi do zrozumienia, że spędzę w urzędzie cały dzień i lepiej mi przyjść w innym terminie. Nie miałem czasu do marnowania, więc zrezygnowałem. Jestem ciekaw, czy trzecia próba mi się powiedzie.


Jeśli ktoś chce załatwić formalności w Urzędzie Stanu Cywilnego, to musi się nastawić na to, że zmarnuje być może nawet kilka godzin. Przy tym nie ma tam żadnego punktu informacyjnego (ja przynajmniej takiego nie znalazłem). Jeśli więc ktoś nie potrafi się połapać w instruktażach umieszczonych na tablicach informacyjnych, musi próbować uzyskać informację u jednego z zatrudnionych i zajętych urzędników. Pójście do tego urzędu w lecie, to istna masakra. Nie dość, że upał tego roku był straszliwy, to jeszcze czeka się w naprawdę długiej kolejce.


Gdyby ktoś wpadł jednak na pomysł, że można by zadzwonić i przed udaniem się do urzędu uzyskać stosowne informacje, by potem nie krążyć bezradnie i nie wracać do domu, jeśli zapomni się na przykład jakichś dokumentów czy danych potrzebnych do wypełnienia formularza, ostrzegam, że nie jest to takie proste. Jakimś dziwnym trafem udało mi się po kilku próbach dodzwonić do Urzędu Stanu Cywilnego przed pójściem tam, by załatwić formalności. Udało mi się to także za drugim razem, ale tym razem po naprawdę wielu próbach połączenia. Niestety, ponieważ sprawa ciągle jest w toku, musiałem tam zadzwonić ponownie, ale tym razem nie udało mi się ani razu dodzwonić od tamtego czasu: albo telefon jest zajęty, albo nikt nie odpowiada. Musiałem w końcu wysłać e-mail, na który odpowiedź dostałem w końcu po kilku dniach.


To samo dotyczy niestety Urzędu Wojewódzkiego, w którym z kolei jest załatwiana kolejna sprawa. Tutaj rezultat jest dużo gorszy – do tej pory nie udało mi się tam dodzwonić ani razu (sic!). Na telefon albo nikt nie odpowiada, albo z kolei numer jest zajęty. W desperacji próbowałem dodzwonić się do jakiegokolwiek działu, który może mieć cokolwiek wspólnego z ważną dla mnie sprawą. Bez rezultatu. Na wysłany przed prawie tygodniem e-mail nie dostałem żadnej odpowiedzi, aż do dzisiaj, kiedy wreszcie ktoś do mnie zadzwonił. Na szczęście urzędniczka okazała się bardzo uprzejma i pomocna.


To wszystko, przy informacjach o rosnącej, a nie malejącej biurokracji, jest zdumiewające. Nie wiem, co robią te rzesze urzędników państwowych utrzymywanych z naszych pieniędzy. Jeśli faktycznie jest ich tak dużo, to dlaczego nie ma ich wystarczająco dużo, by odbierać telefony i odpowiadać na e-maile? Po co w ogóle podają numery telefonów, jeśli wszelka próba dodzwonienia się, kończy się fiaskiem, a jeśli już zakończy się pomyślnie, to jedynie po nieskończonych próbach wybierania tego samego numeru? Może więc tych urzędników nie jest wystarczająco dużo, są tak zasypani pracą, że nie są w stanie uporać się z nią w szybkim tempie. A może obciążeni są niepotrzebną robotą papierkową albo część z nich zajmuje się rzeczami zbędnymi? Trudno mi powiedzieć.


I na koniec – jeszcze jedna kwestia. Urzędnicy państwowi z reguły są dzisiaj uprzejmi (czego przykład miałem dzisiaj), choć nie zawsze. Pamiętam, jak swego czasu, oburzony na praktyki pewnego znanego biura podróży, postanowiłem skonsultować się z rzecznikiem praw konsumenta. Po kilku próbach udało mi się w końcu i ktoś odebrał telefon. Okazał się to być jakiś gburowaty pan, niezbyt uprzejmy i niezbyt pomocny. Nawet jeśli miał rację, że w zgłaszanej sprawie, to biuro podróży było na wygranej pozycji i nic nie dawało się zrobić, to odczucie było takie, że zostałem spuszczony na drzewo. A przecież od rzecznika praw konsumenta można by oczekiwać odrobinę więcej życzliwości, prawda?


sobota, 28 kwietnia 2018

Kandydat byle-Jaki


Niedawno pisałem na tym blogu o pani posłance PiS-u, która obwiniała zwolenników ochrony życia (Ordo Iuris, Marka Jurka i licho wie kogo jeszcze) o rozbijanie prawicy, a przy tym zasugerowała niedwuznacznie, że sygnatariusze projektu „Zatrzymaj aborcję” to debile!. Sama ta pani jest natomiast... hm... jakby to powiedzieć?... raczej na bakier z prawicową wizją świata. Ja przynajmniej nie oddałbym na nią głosu.


Teraz kolejny członek PiS-u dał poPiS. Okazuje się, że Patryk Jaki, kandydat PiS-u na prezydenta Warszawy, wyraził poparcie dla finansowania programu in vitro z budżetu miejskiego! No proszę! Kolejny „prawicowy” kandydat! Taki Jaki(ś) na bakier z nauką Kościoła katolickiego. Muszę powiedzieć, że cieszę się, że nie mieszkam w Warszawie, bo wybór miałbym pomiędzy grypą a cholerą. Naprawdę nie wiem już, co lepsze, a co gorsze! Chociaż... zaraz... jaką mam gwarancję, że pani Stachowiak-Różecka nie wypali z podobnym pomysłem?


Nie śledziłem specjalnie kariery Jakiego. Wydawał mi się sympatycznym, młodym człowiekiem, który dość dzielnie radzi sobie, jeśli chodzi o przewodniczenie Komisji Weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji, choć miewa również głupie pomysły, które z moją prawicową wizją świata się nie pokrywają.


Wydawało mi się też, że jako człowiek, który sprzeciwia się aborcji eugenicznej, powinien doskonale zdawać sobie sprawę z tego, czym jest in vitro. Pomyliłem się. Dziwne to, ale nie zdaje sobie. Przy tym jest chętny finansować ten proceder handlu żywym towarem jeszcze na dodatek z kieszeni podatnika!


Jeśli PiS będzie wystawiał więcej takich „prawicowych” kandydatów, to niech się nie zdziwi, że prawicowi wyborcy nie będą chcieli na nich głosować. Tylko proszę mi nie sugerować, że ktoś rozbija prawicę, bo krytykuje Jakiego! Może za chwilę wyskoczy kolejny taki „prawicowy” kandydat PiS-u, który powie, że np. związki partnerskie to jedynie kwestia czasu i że on jak najbardziej się pod tym pomysłem podpisuje, bo przecież trzeba iść „z czasem, po(d)stępem i osiągnięciami techniki”.


Notabene swego czasu – dość dawno już – pisałem na tym blogu o pewnym takim euro(p)ośle. Był on „prawicowy” aż do szpiku kości, a homoseksualistów nazywał w czasach swojej młodości po chrześcijańsku „pedałami”. Tyle tylko, że jakoś chyba europosłowanie (a zwłaszcza perspektywa atrakcyjnego stanowiska) poprzestawiało mu klepki w głowie, bo nagle jakby pojął, że jego wizja świata jest już przestarzała, i zaczął opowiadać, że byłby „more than happy”, gdyby mógł pójść na imprezę homoseksualną. Teraz jest członkiem jakiejś kanapowej partyjki, co ma w nazwie „demokrację” czy jakoś tak. Przeszedł do tej kanapy długą drogę. A zgadnijcie, Drogie Misie: z ramienia jakiej partii był euro(p)osłem?


czwartek, 22 marca 2018

Gdzie rude lisy będą kupować „świerszczyki”?


Pamiętam, jak pod koniec lat dziewięćdziesiątych wróciłem do Polski po kilkuletnim pobycie na „obczyźnie”. Oprócz szoku związanego z uderzającym kontrastem pomiędzy poziomem zamożności Polski i Irlandii (który zauważało się dopiero po kilkuletniej nieobecności, a w tym czasie tylko raz byłem w Polsce – po pierwszym półrocznym pobycie w Londynie), zaszokowało mnie coś jeszcze.

Otóż szukałem pracy. Sięgnąłem po lokalne wydania gazet. Pierwsze, co mnie uderzyło, to ogromna ilość ogłoszeń tzw. „agencji towarzyskich”. Ani w Irlandii, ani w Wielkiej Brytanii nigdy nie widziałem w tamtejszej prasie czegoś takiego. Żadna szanująca się gazeta nie pozwoliłaby sobie na zamieszczanie tego typu ogłoszeń, pomijam już kwestie prawne – tzn. czy takie ogłoszenia w ogóle były (są?) zgodne z tamtejszym prawem. Nie sprawdzałem tego i nie miałem też takiej potrzeby. Natomiast we Wrocławiu łatwiej niż ogłoszenie o pracy byłoby wówczas znaleźć kontakt do burdelu czytając zwykły dziennik, do którego dostęp miała dorastająca młodzież.

Mój drugi szok poznawczy nastąpił, kiedy zatrzymałem się na stacji benzynowej. Z ciekawości rzuciłem okiem na stoisko z gazetami i tutaj szczęka opadła mi do ziemi. Nie mogłem po prostu uwierzyć! Na najniższej półce – a więc tam, gdzie małe dziecko mogło bez trudu sięgnąć – leżały tzw. „świerszczyki”. I to tak na oko, sądząc po okładkach – najobrzydliwsze z obrzydliwych. To już był po prostu skandal albo zwykła głupota i totalna bezmyślność sprzedawcy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakim szokiem musiałaby być dla małego dziecka taka wystawka, gdyby czekając na tatusia płacącego za benzynę, podeszło do półki z czasopismami szukając jakiegoś „Misia” czy „Świerszczyka” (cokolwiek tam dzieci czytały). Uraz do końca życia! Do tej pory żałuję, że nie opieprzyłem obsługi tamtej stacji z góry na dół.

Okazało się, że w katolickiej Polsce moralność w sferze publicznej w ciągu kilku lat tzw. „demokracji” sięgnęła dna. W Wielkiej Brytanii, która kojarzy się niektórym głównie z Soho, takie rzeczy po prostu byłby niemożliwe. Tzw. „świerszczyki” zazwyczaj umieszcza się na najwyższych półkach, a w niektórych sklepach lub rejonach tego kraju ich okładki są po prostu zasłonięte. Osobiście nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek natknął się wchodząc do sklepu na coś tak obrzydliwego, jak na tej pamiętnej stacji benzynowej.

Dzisiaj przeczytałem, że ponoć ze stacji PKN Orlen mają„świerszczyki” zniknąć. Jeśli ta wiadomość by się potwierdziła, to byłaby to dobra nowina. Oznaczałaby ona po prostu porządkowanie przestrzeni publicznej, dbanie o zachowanie jakiegoś poziomu przyzwoitości i spychanie na margines dewiacji i perwersji. Oczywiście już pojawiły się biadolenia o „cenzurze” i tym podobne bzdety. Z cenzurą faktycznie mamy do czynienia i możemy obserwować jej postępy, ale w kompletnie innej dziedzinie. Jednak tym redakcje pism „wyzwolonych” się raczej nie zajmą. Jest im taka cenzura jak najbardziej na rękę – tłumi wolność wypowiedzi ich przeciwników.

piątek, 16 marca 2018

O śniegu


Jestem ostatnią osobą, która narzekałaby na śnieg. Obce mi są wyrzekania i marudzenia, że spadł śnieg, że to okropne, że śnieg poza miastem to owszem, ale w mieście to lepiej nie.

Na widok śniegu cieszę się po prostu jak dziecko. Uwielbiam tę nieskazitelną biel świeżego śniegu, skrzypienie śniegu pod butami w mroźny poranek lub wieczór, śnieg padający z nieba grubymi płatami, które powlekają świat zimnym puchem, wieczorami w świetle księżyca przypominający lukier. Spadziste dachy domów wyglądają po prostu jak polukrowane, jakby to były domki z piernika.
Mogę odkopywać auto z głębokich zasp, mogę wlec się w korkach, bo zima zaskoczyła służby komunalne, mogę otrzepywać płaszcz ze śniegu – nic mi to nie przeszkadza.

To, czego nie cierpię, to szarość, brud i ponurość deszczowych i brzydkich dni. We Wrocławiu niektóre rejony miasta są wówczas szczególnie posępne. Zwłaszcza te poniemieckie, nieodremontowane, szare i nieszczęśliwe kamienice. Czuć w nich śmierć, jakieś słabe echa dawnego życia, które jest mi kompletnie obce.

To samo dotyczy parków, które powstały w miejscach dawnych cmentarzy. Już jako dziecko, jeszcze nie rozumiejąc, z czym to związane, czułem odmienność tych miejsc. Nawet w lecie.

Biel, biel, nieskazitelna biel, to dla mnie radość. Zima w bieli jest najpiękniejsza. Obojętnie, czy w mieście, czy w górach. Każda jest piękna na swój sposób. Jedne z najlepszych moich wspomnień mają związek z zimą. Pamiętam zapierający dech w piersi widok Alp na słonecznym stoku narciarskim we Włoszech. Albo skrzypienie śniegu pod nartami w polskich górach, wieczorem, gdzieś na uboczu, gdzie tylko od czasu do czasu zjawiał się jakiś narciarz.

Przyjemnie też jest zaszyć się w mroźny, zimowy wieczór, gdy wszystko zasypane jest bielą, w domu. Dobra herbata, wciągająca książka... i chyba jedyna rzecz, której mi w taki dzień brakuje, to kominek, w którym wesoło trzaska ogień.

We Wrocławiu poskąpiło takiej zimy w tym roku. I dopiero dzisiaj sypnęło śniegiem. Zrobiło się jak w baśni... Pewnie jutro albo pojutrze przyjdzie odwilż, ale choć przez chwilę jest tak, jakbym chciał, aby było przez minione kilka miesięcy. Jakby nagle nastąpiło jakieś zakłócenie linearnego biegu czasu, jakby jutro lub pojutrze miała być Wigilia, jakby moja Droga Mama miała postawić na stół kutię, pierogi i karpia, którego zawsze oporządzał Tato...

Taki to piątek Wielkiego Postu...

wtorek, 27 lutego 2018

Wrocław europejskim miastem rowerowej bzdury


Pociągnijmy jeszcze temat Wrocławia, skoro o to miasto zahaczyliśmy w poprzednim wpisie.
Na wstępie od razu mówię, że jestem jak najbardziej zwolennikiem tworzenia ścieżek rowerowych. Ale ścieżek bezpiecznych, po których mogłyby jeździć całe rodziny z dziećmi, nie obawiając się, że ich pociechy wpadną pod koła przejeżdżającego obok auta.

Otóż we Wrocławiu panuje swego rodzaju ścieżkomania rowerowa, tzn. władze miasta chyba od jakiegoś czasu bardzo pragną wpisać Wrocław do czołówki miast w Europie z największą ilością ścieżek rowerowych, pokonując przy tym w konkurencji zarówno Holandię, jak i Chiny Ludowe.
Popierałbym ten pomysł całym sercem, gdyby jego realizacja była sensowna. Niestety! To, co się dzieje we Wrocławiu, to jakiś absurd. Te ścieżki powstają w miejscach, w których teoretycznie nie powinny powstawać albo gdzie można by je spokojnie utworzyć bez zabierania dodatkowego miejsca dla ruchu kołowego.

Przykładów jest już sporo. Na przykład na ul. Zwycięskiej, w miejscu które z rana akurat jest najbardziej zakorkowane, są aż dwie (sic!) ścieżki rowerowe na krótkim odcinku ulicy, tak jakby tamtędy przejeżdżały całe tłumy rowerzystów, spiesząc do pracy. Wprawdzie można spotkać tu dosyć często Azjatów, ale raczej nie Chińczyków, tylko Koreańczyków lub Japończyków. I nie na rowerach, tylko w samochodach i to tych droższych.

Aby sprawdzić, jak durnowate są te pomysły władz miejskich, wystarczy zobaczyć, co się dzieje w centrum miasta. Weźmy znowu krótki fragment. Ulica Stawowa na odcinku od ul. Kościuszki do ul. Piłsudskiego. Ruch tutaj zawsze był nieco utrudniony ze względu na parkujące z jednej strony samochody. Teraz dodano kolejne utrudnienie: na wcale nie tak szerokiej ulicy wydzielono dodatkowo pas dla rowerzystów. Jak się tutaj teraz jedzie, najlepiej widać, gdy jedzie autobus lub ciężarówka. Te pasy ruchu dla aut są po prostu zbyt wąskie! Tworzy to sytuacje niebezpieczne, co szczególnie można zauważyć przy skrzyżowaniu z ul. Piłsudskiego. Kiedy większy wóz staje po lewej stronie, by skręcić w kierunku dworca, po prawej brakuje miejsca dla dwóch aut, by przejechać bezkolizyjnie skrzyżowanie na wprost. Dodatkowo jest tu jakby uskok. Jeden nieprzemyślany ruch i albo rowerzysta na samym krańcu po prawej wpada pod koła auta, albo dochodzi do stłuczki.

Inny przykład: ul. Świdnicka na odcinku od ul. Piłsudskiego do Opery. Tutaj to już jest prawdziwy galimatias. Oprócz ruchu aut, są jeszcze tramwaje i autobusy komunikacji miejskiej, a teraz dodano do tego wszystkiego ścieżki rowerowe, które można było spokojnie wytyczyć na szerokich chodnikach (są tam jeszcze Arkady, gdzie z reguły podążają wszyscy piesi). Zatrzymujące się tu autobusy nie mają zatoczki, co oznacza, że oczywiście zatrzymują się na tych ścieżkach rowerowych zarówno z lewej, jak i z prawej strony. Pomijam już to, że bardzo często blokują przy tym ruch i kierowca, który sobie tego nie uświadomi w porę, zostaje na środku skrzyżowania z ul. Piłsudskiego. Obok budynku Renomy zaś miejsca jest już naprawdę mało. Nie dość, że zatrzymują się tu tramwaje, to jeszcze trzeba uważać na jadących z boku rowerzystów. Zresztą, żeby opisać ten cały mętlik tu wytworzony, trzeba by było lepszego pióra niż moje. Naprawdę, dużo odwagi muszą mieć cykliści, by tędy jechać na rowerze.

I dodajmy jeszcze jeden przypadek. Na ulicy Kamiennej, w miejscu, w którym ulica ta nie była remontowana chyba od czasów PRL-u, wytyczono ścieżki rowerowe. To jest naprawdę kuriozalne, gdyż wydaje się, że najpierw trzeba byłoby tu poprawić stan bezpieczeństwa ruchu kołowego i po prostu wyremontować samą ulicę, może tworząc przy okazji ścieżki rowerowe tam, gdzie jest ona wystarczająco szeroka. Wydaje się pieniądze nie na to, co trzeba.

Gdyby to była tylko moja opinia, to uznałbym, że jestem po prostu uprzedzony do obecnych władz miasta, ale z reguły każdy, z kim rozmawiam, przyznaje mi rację. Obojętnie, czy są to zapaleni rowerzyści, czy zwykli kierowcy, którzy co rano podążają do pracy autem. W wielu miejscach ścieżki rowerowe utrudniają ruch, stwarzają sytuacje niebezpieczne, nie mówiąc już o tym, że są i takie miejsca, gdzie ścieżka nagle się urywa i tak naprawdę rowerzysta, by przestrzegać przepisów, musi albo zsiąść z roweru, albo zjechać na ulicę, albo łamiąc przepisy jechać po chodniku.

Notabene nie rozumiem, dlaczego nie ułatwić by ludziom życia i nie zezwolić na ruch rowerowy po prostu po chodnikach. Jedynym warunkiem byłby szacunek ze strony rowerzystów do pieszych i w razie jakiejś kolizji to na rowerzystę spadałaby główna odpowiedzialność. A przy tym kierowcy spieszący do pracy rano nie klęliby na zawalidrogę, który blokuje jeden pas ruchu.

Mam jakąś wątłą nadzieję, że może przy kolejnych wyborach lokalnych się coś zmieni i ster rządów w tym mieście obejmie ktoś rozsądniejszy. Tymczasem, gdyby komuś strzeliło do głowy jechać po tych ścieżkach rowerowych z dziećmi, to ostrzegam – może się to skończyć fatalnie.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Wrocław europejskim miastem... no cóż... ten, tego...


Nie pamiętam już kto to, czy to Peter Kreeft, czy może Andre Frossard, zwrócił uwagę na fakt ciekawej ewolucji w cywilizacji europejskiej: od koncentracji na Bogu do koncentracji na swoim własnym pępku.


Cóż, ta ewolucja postąpiła dalej i teraz to już nie jest nawet koncentracja na własnym pęku („prawo do własnego brzucha”!), ale koncentracja na własnych... no tak... genitaliach.


Przy okazji dorabia się do tego wszelkiego rodzaju ideologie. Ot na przykład pewna wrocławska „artystka” (a w każdym razie informacja o niej jest na wrocławskiej stronie), o której dowiedziałem się z bloga Coryllusa (podaję tylko ogólny link do bloga Coryllusa, aby nie robić niepotrzebnej reklamy tej pani) wpadła na pomysł „oryginalnych” warsztatów pt. „Narysuj swoją cipkę” (sic!).


Po książeczkach typu „Podręcznik obsługi penisa”, „Wielka księga cipek”, „Monologi waginy” itp. mamy wreszcie też i warsztaty rysowania swoich organów płciowych. Super! Czekam teraz na to, aż jakaś „męska, szowinistyczna świnia” zaproponuje coś podobnego dla panów. Nie, nie! Nie zapiszę się.


Oczywiście dorobiono do tego stosowną ideologię. Ma to rzekomo „pomagać odzyskać kobiece ciało na wielu płaszczyznach”, a sama autorka pomysłu walczy „o prawo kobiet do samostanowienia i o wolną, dziką puszczę” i tym podobne bzdury. Nie będę się nawet pytał o jaką puszczę chodzi.


Przy okazji pani owa stwierdza z goryczą: „jesteśmy otoczone przez anonimowe penisy które spozierają na nas z murów, ścian szaletów i przystanków autobusowych. Penisy dominują naszą przestrzeń publiczną. W ten sposób manifestuje się męskie ego” (pisownia oryginalna). Zapewne chodzimy innymi ścieżkami, jeździmy innymi ulicami, bo ja jakoś głównie widzę bazgroły, które nazywa się graffiti, a żadnych penisów dawno chyba już nie widziałem na murach. W każdym razie doskonale widać, jaka jest główna obsesja tej „artystki”. Tu zdaje się być też ogromna potrzeba u tej pani męskiego narządu płciowego, który by nie był anonimowy.


Notabene pani chce żeńskie narządy płciowe wyzwolić wreszcie z majtek. To się chyba kiedyś nazywało ekshibicjonizmem, jeśli się nie mylę, a nie sztuką. Ciekawe, czy ta „artystka” dostaje na swoje obsesje dotacje z kieszeni podatnika?


środa, 7 lutego 2018

Klęknijmy przed Panem – „róbmy raban” w zakrystii


Dziwią mnie niektóre rzeczy w naszym Kościele i niepokoją. Tym bardziej, że jeszcze parę lat temu ich nie było.


Weźmy na przykład przystępowanie do Komunii Świętej. Notoryczne jest teraz udzielanie Komunii Świętej na stojąco. I nie jest to jedynie wówczas, kiedy mamy olbrzymi tłum wiernych, Msza odbywa się na otwartym powietrzu, a warunki pogodowe są takie, że wierny musiałby uklęknąć w błocie lub kałuży. Tak jest po prostu praktycznie w każdym kościele.


Wspomniałem już tutaj wcześniej kościół św. Augustyna na Sudeckiej. Często do niego chodziłem. Praktycznie całe moje dzieciństwo i młodość. Zawsze ludzie przystępowali do Komunii przy balaskach zarówno przy bocznych ołtarzach, jak i przy głównym klęcząc. Teraz, z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu, Komunia przy głównym ołtarzu jest udzielana na stojąco i tylko w ten sposób. Jedynie przy bocznych ołtarzach istnieje możliwość przyjęcia Pana Jezusa do serca klęcząc.

Jeśli ktoś przy głównym ołtarzu chciałbym przyjąć Komunię klęcząc, nie ma na to szans. Kapłan stoi na stopniu, wyżej i powstałaby bardzo niezręczna sytuacja. Albo ksiądz musiałby zejść z tego stopnia, albo wierny w końcu się podnieść. Nie ma szansy na to, by wyrazić swój szacunek do Najświętszego Sakramentu klęcząc. Dlaczego? Podejrzewam, że franciszkanom na Sudeckiej po prostu nie chce się chodzić z Panem Jezusem w tę i z powrotem, bo nie znajduję żadnego sensownego wytłumaczenia. Chyba, że nie stać ich na zakup poduszeczek do klęczenia. To niech powiedzą, dołożę się, choć to nie moja parafia.


Mój kolega, z którym nie widziałem się od wieków, ostatnio wpadł do mnie w odwiedziny. Wiele się zmieniło od tamtych czasów. Był i wówczas katolikiem, ale teraz się „ztradycjonalizował”. Piszę to bez ironii. Nawet go podziwiam, bo potrafi podróżować parę ładnych kilometrów, by uczestniczyć we Mszy trydenckiej.


Otóż mój kolega opowiedział mi taką sytuację. Poszedł na „zwykłą” Mszę. Kiedy ludzie ustawili się w kolejce do Komunii, okazało się, że ksiądz udziela jej tylko na stojąco. Kolega jednak uważa, że jedynie na kolanach może przyjąć godnie Pana Jezusa, że taka postawa jest właściwa i godna. Uklęknął więc. Kapłan nie chciał udzielić mu Komunii w ten sposób. Powstała więc sytuacja nerwowa i wybuchowa, która w takim momencie nie powinna się w żadnym wypadku zdarzyć!

Po Mszy kolega poszedł do zakrystii i „zrobił raban” (zgodnie z zaleceniem papieża Franciszka, jakby ktoś jeszcze nie pojął). Ksiądz powiedział, że nie chce, by wierni przed nim klękali. Kolega obruszył się:

– Chyba się księdzu coś pomyliło. Ja nie klękam przed księdzem, tylko przed Panem Jezusem! By Go godnie przyjąć. To jest mój Pan i Król!


Widać do kapłana dotarła ta wydawałoby się oczywista oczywistość, bo sytuacja ponoć w tym kościele się zmieniła.


Róbmy więc raban! Róbmy go, my świeccy, ilekroć kapłan bez uzasadnienia odstępuje od tradycji Kościoła. Bo już niedługo młode pokolenie nie będzie klękać przed Panem Jezusem w tabernakulum, nie mówiąc już o tym, że będzie przyjmować Go na swoją brudną rękę!


czwartek, 18 stycznia 2018

„Seksmisja” po kanadyjsku


Jak się okazuje jedna z najzabawniejszych komedii w historii polskiego kina była nie tylko kpiną z totalitaryzmu, ale też przepowiednią czasów przyszłych, w których już żyjemy. Zapewne też wbrew intencjom samego reżysera. Jesteśmy też świadkami rzeczy, o których się wówczas ani reżyserowi, ani przeciętnym Polakom w siermiężnej komunie nie śniło. Na przykład: jednego z największych obłędów nowego stulecia (aż strach pomyśleć, co będzie dalej) – ideologii „gender”.


Wspomniałem już poprzednio na tym blogu, że Kanada, to kraj, któremu coraz dalej do sielankowego stereotypu o niej, a coraz bliżej do krainy przypominającej najczarniejszą dystopijną wizję.


Cóż jednak począć z tą wiadomością z Quebeku, którą podał portal LifeSiteNews? Śmiać się czy płakać? W latach osiemdziesiątych uznalibyśmy to za tak absurdalne, że nikt nie uwierzyłby, że takie rzeczy będą się dziać na serio. A jednak.


Otóż niejaki/niejaka (niepotrzebne skreślić) „Gabrielle” Bourchard została/został (niepotrzebne skreślić) szefową „największej grupy walczącej o prawa kobiet”. Ten ktoś urodził się jako mężczyzna, a teraz określa się jako „kobieta”. Nie wiem, czy po powrocie ściąga z ulgą perukę i zrzuca damskie ciuszki. W każdym razie taki absurd zaczyna niestety być dla nas powszechnością. Po Wrocławiu też biega coś/ktoś (niepotrzebne skreślić) w damskich szpilkach, co/kto (niepotrzebne skreślić) nieodmiennie kojarzy mi się z koziołkiem, a może satyrem.


Ale to nie koniec całej historii! Żeby było jeszcze zabawniej, część feministek zbuntowała się przeciwko nowej „szefowej”, twierdząc, że „nie może przemawiać w imieniu kobiet, gdyż urodziła się mężczyzną”.


„Szefowa” broni się natomiast twierdząc, że przedtem była/był (niepotrzebne skreślić) ponad „szklanym sufitem”, a teraz jest pod nim, stawszy się częścią „uciskanej grupy”, więc w rzeczywistości lepiej rozumie sytuację kobiet.


Cyrk trwa.

wtorek, 26 stycznia 2016

Taka zima...


Lubię zimę, obfite opady śniegu, szadź na drzewach i spadziste dachy domów pokryte mroźnym lukrem... A tymczasem piękna zima zamieniła się w niedzielę w typową dolnośląską i grypogenną ślągwę. Niestety! A więc przypomnienie zimy sprzed jakichś czterech lat.

środa, 2 grudnia 2015

Narodowe Forum Muzyki – czy to jest bezpieczne?

Mieliśmy wczoraj okazję wysłuchać wspaniałego koncertu Santander Orchestra – orkiestry złożonej z młodych muzyków, a wspaniale (i z humorem) dyrygowanej przez Johna Axelroda. Koncert składał się z trzech części, a główną atrakcją, która przyciągnęła niewątpliwie wielu słuchaczy – był występ w części drugiej – głównej – Szymona Nehringa – utalentowanego młodego pianisty, laureata nagrody publiczności oraz nagrody za wybitną kreację artystyczną XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. W programie, oprócz Chopina, były utwory Bizeta oraz Dvořáka. Zarówno pianista, jak i orkiestra spisali się znakomicie i myślę, że wielu słuchaczy wyszło z sali koncertowej z poczuciem, że uczestniczyli w wydarzeniu o wysokiej randze artystycznej, przepełnieni niezapomnianymi doznaniami estetycznymi. Stąd zasłużone owacje na stojąco dla młodego pianisty, jak i gromkie brawa dla orkiestry i dyrygenta. 

Była to nasza druga wizyta w Narodowym Forum Muzyki, którego wnętrze imponuje zarówno rozmachem, jak i stroną estetyczną. Jedynym mankamentem praktycznym są mało wygodne fotele (projektant chyba przewidywał, że publiczność będzie siedzieć z założonymi rękami).

Zgrzytem natomiast ponownie okazał się nowy parking podziemny, znajdujący się bezpośrednio przy Forum. Poprzednim razem spędziliśmy dużo czasu w kolejce do wyjazdu, a dla niektórych (jeśli nie większości) kierowców stroną ujemną były w takich warunkach strome podjazdy pod górę, na których co chwilę trzeba było się zatrzymywać. Wydawało się to mało bezpieczne. Tym razem już przy wyjściu z parkingu na poziomie – 3 zauważyłem dużą kałużę wody rozlanej pomiędzy windą a schodami, której obejście wymagało umiejętności akrobatycznych (chyba że komuś nie zależało na schludnym wyglądzie). Natomiast po koncercie ponownie okazało się, że trzeba było tkwić w długim sznurze samochodów wyjeżdżających z podziemnych miejsc parkingowych. Tyle tylko, że tym razem zdecydowaliśmy się zatrzymać samochód, zaparkować ponownie i wyjść na schody na świeże powietrze. Stężenie spalin było tak duże, że zaczęły nas boleć głowy, samochody wydawały się w ogóle nie ruszać z miejsca, a dodatkowo włączył się alarm i nad głową migało nam ostrzeżenie z poleceniem wyjścia z garażu. Wprawdzie jechała z nami teściowa, ale jestem z nią w zbyt dobrych układach, by ryzykować, że się nam udusi. Pytanie, czy ten garaż podziemny faktycznie spełnia kryteria bezpieczeństwa, zwłaszcza, gdy po koncercie wyjazd jest zakorkowany samochodami, a systemy wentylacyjne ewidentnie nie radzą sobie z poziomem stężenia spalin? 


poniedziałek, 12 października 2015

I Europejski Zjazd Miłośników Hitlerowskiej Propagandy Filmowej – Breslau 2015

Wyobraźmy sobie taką sytuację: oto we wrocławskiej gazecie czytamy artykuł, że we Wrocławiu odbędzie się I Europejski Zjazd Miłośników Filmów Fabularnych III Rzeszy. A jeszcze czytamy w nim, że organizatorzy szukają sobowtórów głównych bohaterów.

Pytanie: czy w ogóle mogłoby do takiego zdarzenia dojść? Czy byłaby szansa, by organizatorzy takiej imprezy doprowadzili swoje przedsięwzięcie (lub jak to się to teraz modnie mówi: projekt) do realizacji? Z pewnością nie. W mediach by wrzało, na pomysłodawców sypałyby się gromy. Nie pomogłoby im nic, nawet gdyby upierali się, że przecież prezentują tylko te filmy, w których nie ma wyraźnych akcentów antysemickich albo takie, które niosą ze sobą pozytywne przesłanie, mówią o przyjaźni i wspólnej walce. Nieważne, że obraz ówczesnej rzeczywistości jest zakłamany. Przecież to tylko filmowa fikcja, taka nazistowska licentia poetica.

Tymczasem, jak przeczytałem w jednej z lokalnych gazet, we Wrocławiu ma się odbyć impreza podobnego pokroju. Różnica jest tylko taka, że dotyczy serialu i nie nazistowskiego, ale komunistycznego. I nikt nie protestuje. Cisza w eterze. Dlaczego?

Otóż dlatego, że ów zakłamany serial, prezentujący nieprawdziwy obraz wojennej rzeczywistości – a zwłaszcza losów polskich żołnierzy, ich udziału w II wojnie światowej oraz relacji polsko-sowieckich – jest wciąż pokazywany kolejnemu już pokoleniu młodych Polaków. Już to jest samo w sobie skandalem (tak jak skandalem był zamiar realizacji remake’u tej komunistycznej agitki). A tutaj jeszcze na dodatek I Europejski Zjazd Miłośników tego serialu! Dlaczegóż by wobec tego nie zjazd miłośników hitlerowskich filmów fabularnych lub dokumentalnych? Wrocław-Breslau byłby doskonałym miejscem na realizację takiego przedsięwzięcia. W końcu to była hitlerowska twierdza – Festung Breslau!