Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką II, czyli świnie się tuczą

Praktycznie dzień po moim wpisie o posługiwaniu się ruską „pałką” okazało się, że i Konfederacja nią też się potrafi posługiwać. Oto na Twitterze znalazłem taki tekst: „JkmMikke: "Na szczęście A. Łukaszenka nie przyłączył Białorusi do Rosji, ale sytuacja, w której Polska nie zagwarantowała Białorusi przepływu potrzebnych ilości ropy i gazu, dowodzi, że PiS to albo ruscy agenci, albo ludzie bez wyobraźni politycznej". #Konfederacja #KORWiN”.

A więc myliłem się, że Konfedracja w nikogo chyba jeszcze nie uderza ruską pałką. Tyle tylko, że Korwin Mikke przynajmniej posłużył się nią z sensem i moim zdaniem walnął celnie. Nie walnął nią w taki sposób, jakby uważał swoich zwolenników za idiotów, tylko zaznaczył, że istnieje jeszcze możliwość, iż PiS to po prostu „ludzie pozbawieni wyobraźni politycznej”. Zwróciłem zresztą uwagę na to, że rządząca partia coś zaczęła ostatnio przebąkiwać o jakimś porozumieniu z Białorusią i wskazałem na fakt możliwego związku z wizytą Mike’a Pompeo u naszych sąsiadów.

Bardzo szybko też okazało się, że byłe komuchy, które teraz stały się „Europejczykami”, nie przegapiły szansy, by się wykazać kompletnym brakiem elementarnego poczucia wstydu. W mediach społecznościowych pojawiły się wypowiedzi „światłych”, którzy jeszcze parę dekad temu służyli Moskwie, biadolących coś o „polexicie” w związku z podpisaniem przez Andrzeja Dudę noweli ustaw sądowych.

Kiedy widzę te ich teksty, mam ochotę zacytować pewną wulgarną piosenkę Kukiza o politykach, ale nie zacytuję, bo nie lubię wulgaryzmów. Jednak pomysł z ostatniej zwrotki, by wsadzić ich w helikopter, jest godny rozpatrzenia. Najlepiej byłoby ich wysłać do Moskwy, w końcu tam powinni czuć się znacznie lepiej wśród starych towarzyszy niż w niebieskiej Unii Europejskiej (choć i ona niebieska jest tylko na powierzchni, a czerwona w głębi).

Zabawne przy tym są brednie pewnej feministki i weganaki czy też wegetarianki, która bełkocze coś o tym, że „demokracja jest najważniejsza” i że potrzeba „twardych rozwiązań”. Tej pani jakoś ciężko zaakceptować, że właśnie w wyniku demokratycznych wyborów w Polsce mamy taki rząd, a nie inny, i że zgodnie z wolą wyborców stanowi on takie, a nie inne prawo.

To jest zabawne, ale tak naprawdę strach pomyśleć, co by było, gdyby ta pani dostała realną władzę i zaczęła wprowadzać w życie te swoje zamordystyczne pomysły, które niszczyłby wieki cywilizacji europejskiej, cofając nas to stanu barbarzyńskiego, w którym krówki byłby święte, dzieci składano by w ofierze postępu – kto wie? może karmiąc nimi święte świnie – a wszyscy jedliby rośliny.


poniedziałek, 3 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką?

KO uderza co jakiś czas w PiS twierdząc, że rządząca partia działa na korzyść Putina. PiS uderza praktycznie bez przerwy w Konfederację, że to „ruscy agenci”. Konfederacja... hm... Konfederacja chyba jeszcze nie uderza w nikogo twierdząc, że to ruscy agenci, choć niewątpliwie politycy tej partii i dziennikarze z nią związani nie mają wątpliwości, że różna agentura działa w Polsce i ma swoje wpływy tu i ówdzie.

Twierdzenie, że PiS działa na korzyść Putina i Rosji jest oczywiście nonsensem. Choć z drugiej strony można by się zastanawiać, dlaczego nie angażuje się mocniej w porozumienie z Białorusią, pozwalając, by ciążyła ona w kierunku Rosji? Chyba ostatnio zaczęto coś na ten temat przebąkiwać, co może mieć związek z niedawną wizytą Mike’a Pompeo na Białorusi. No, ale nie o to chyba krytykom z liberalnej i lewicowej opozycji chodzi, bo sami nie prowadziliby polityki wobec Białorusi innej.

Twierdzenie, że Konfederacja to ruscy agenci, jest tak samo śmieszne, jak sugerowanie, że PiS to partia proputinowska albo „bolszewicka”. Fakt, że ktoś tam z polityków Konfederacji udzielił jakiegokolwiek wywiadu rosyjskim mediom, jeszcze o niczym nie świadczy. Gdyby taką argumentację traktować poważnie, to należałoby jednocześnie wykląć wszystkich polityków prawicy, którzy udzielili kiedykolwiek jakiegokolwiek wywiadu „Gazecie Wyborczej”, albo każdego księdza, który zgodził się na rozmowę z tą gazetą. Już zresztą o tym pisałem.

Intencje PiS-u w przypadku Konfederacji są jasne, a po mediach społecznościowych krąży wywiad z Adamem Lipińskim, który o tym mówi wprost. Gorzej, że poważni ludzie, a także zwykli wyborcy naprawdę traktują to serio (albo tak udają). PiS musi się liczyć z odpływem części elektoratu do Konfederacji, a moim zdaniem jest on nieunikniony. Wypowiedzi takie, jak najnowsza wypowiedź prezydenta Dudy o związkach partnerskich, czy ustępstwa w sprawie obrony życia dzieci nienarodzonych do tego się przyczynią wcześniej czy później. Dopóki konserwatywna alternatywa nie miała swoje reprezentacji w Sejmie, dopóty PiS mógł spać w miarę spokojnie. Choć Konfederacja nie wprowadziła swoich przedstawicieli do europarlamentu, to jednak ma jedenastu reprezentantów w Sejmie, a jeśli dobrze to rozegra, może uda się jej wprowadzić kolejnych.

Mechanizm jest prosty – do tej pory konserwatywni wyborcy myśleli sobie, że lepszy nienajlepszy PiS niż PO, który wpuści całą lewicową zarazę z zachodu do Polski. Teraz widzą, że jest szansa, by rozwalić układ. Dlatego PiS zastrzega się, że nie będzie żadnej koalicji z Konfederacją. Wciąż chce utrzymywać to motywowane strachem poparcie dla siebie. Może się na tym przejechać.

O intencjach KO nawet nie ma, co mówić. Dość powiedzieć, że są wśród nich politycy, którzy dawniej służyli wiernie PZPR, a teraz mają czelność pouczać innych na temat integracji europejskiej. Udając amnezję, chętnie też mówią o bolszewizmie PiS-u. Z obrzydzenia nie powiem już nic więcej.


piątek, 24 stycznia 2020

Sowieckie „wyzwolenie”

To, że rosyjska propaganda może mówić o wyzwoleniu polski przez armię sowiecką, jeszcze można zrozumieć. To, że takie nonsensy może mówić Polak w dzisiejszych czasach (choćby i był nawet byłym komuchem) nie czując niestosowności i kłamliwości takich poglądów, jest po prostu skandalem. Dlatego nigdy dosyć przypominania prawdy o tym, jaką to wolność niosła „niezwyciężona Armia Czerwona”.


środa, 15 stycznia 2020

Braun przyjmuje zaproszenie od „Towarzyszki Panienki"

Muszę przyznać, że z dużą przykrością dowiedziałem się o tym, że Grzegorz Braun przyjął zaproszenie do udziału w programie od „Towarzyszki Panienki”, czyli córki Wojciecha Jaruzelskiego. Z jednej strony rozumiem jego motywy, z drugiej strony jednak w tym przypadku kompletnie się z nimi nie zgadzam.

Zacznijmy od tego, że nie ruszają mnie kompletnie oskarżenia o to, że Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, bo udzielił wywiadu jakiemuś „Sputnikowi” czy innym rosyjskim mediom. Braun udziela wywiadów różnym mediom i wprost mówi, co o nich myśli. Bez żenady nazywa „gadzinową” telewizję, w której akurat występuje. Gdybyśmy mieli tak rozumować, to kapłani, którzy udzielają wywiadów „Gazecie Wyborczej” czy „Newsweekowi” powinni z miejsca być objęci ekskomuniką, nie mówiąc już o fakcie zamieszczania na łamach tych mediów jakichś artykułów czy felietonów (co samo w sobie jest skandaliczne).

W ogóle nazywanie Brauna „ruskim agentem” jest idiotyczne. Chyba nikt w polskiej kulturze tak jak Braun nie obnażył zarówno systemu komunistycznego, jak i tego, co dzieje się we współczesnej Rosji. Tymczasem spotkałem się z opinią, że jego filmy to „legendowanie agenta”. Takie rzeczy wypisują ludzie skądinąd inteligentni. Sugerowanie, że twórczość Grzegorza Brauna to uwiarygodnianie ruskiego agenta, jest mniej więcej taką samą bzdurą, jak stwierdzenie, że jego pobyt w Stanach Zjednoczonych czyni go agentem CIA.

Braun z pewnością wykorzystuje te różne media jako platformę, z której może dotrzeć do ludzi, którzy normalnie nie mieliby możliwości poznania jego poglądów bezpośrednio. Tak robią z reguły normalni politycy. Nie ma więc w tym nic dziwnego. Jeśli więc udziela wywiadu ruskiej czy niemieckiej gazecie, nie rusza mnie to – powtórzę.

Jednak w przypadku Jaruzelskiej mam poczucie niesmaku. Takie samo, jakie miałem, gdy do jej domu pospieszył Kukiz, czy wówczas, gdy z dumą obwieszczał swój wywiad z nią Ziemkiewicz. Tutaj nie zgadzam się Braunem kompletnie. Udzielanie wywiadu ludziom pokroju Jaruzelskiej to w rzeczywistości utrzymywanie „na topie” i uwiarygodnianie ludzi z postkomunistycznego establishmentu. Jest ich w mediach sporo. Oni tak naprawdę nie doszli do swoich stanowisk w wyniku ciężkiej pracy, ale dzięki temu, że znaleźli się od początku w korzystniejszej sytuacji od ich rówieśników, którzy nie mieli tatusiów w PZPR czy w milicji. To naprawdę smutne, że prawicowi publicyści i politycy tak ochoczo spieszą, by udzielić wywiadu dzieciom byłych komunistów.

Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, o co mi chodzi, to powiem tak: wiele razy z dużą przykrością myślałem o ostatnich latach moich Rodziców. Ciężko harowali w czasach komuny. W normalnym kraju pewnie mieszkaliby w domku z ogródkiem, a mój Tato jeździłby to pracy własnym autem. Transformacja nie przyniosła im żadnego wynagrodzenia za zmarnowane lata młodości, żadnej rekompensaty. Tymczasem w telewizji mogłem oglądać „brazylijską” parę prezydencką, która na tej transformacji się dorobiła, bo uprzywilejowały ją związki z komunistami. Całkiem niedawno do parlamentu UE wybrano paru byłych komuchów, którzy za swoją lojalność partii powinni być nagrodzeni, jeśli nie celą więzienną, to gorzkimi latami w jakimś obskurnym M-2 bez perspektywy na jakąkolwiek karierę polityczną. Z mediów pouczają mnie, a także obecny rząd, bezwstydni byli członkowie PZPR. Ich dzieci brylują w mediach i jeżdżą na egzotyczne wakacje, gardząc „Januszami”, którzy smażą się na bałtyckiej plaży i jedzą smażonego dorsza... Wystarczy?

Photo by Nikolay Vorobyev on Unsplash


środa, 8 stycznia 2020

Jak zostać „ruską onucą”?

Bardzo prosto. Wystarczy zanegować ogólnie podzielaną opinię np. na temat obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Albo sprzeciwić się udziałowi polskich żołnierzy w wojnie, która może wybuchnąć (już wybuchła?) między Stanami Zjednoczonymi a Iranem.

To zadziwiające, jak bardzo zero-jedynkowe jest myślenie skądinąd inteligentnych ludzi, których poglądy w innych sprawach gotów byłbym poprzeć. Wystarczy wejść na fora internetowe, by się o tym dobitnie przekonać. Ogólne wrażenie jest generalnej nawalanki, a nie wymiany myśli. Jakby zarówno zwykli „internauci”, jak i wytrawni komentatorzy polityczni tłukli się maczugami. Tu nie bierze się jeńców. Na dodatek nie chce się dostrzec, że nawet jeśli taki sam pogląd wyrażają np. posłowie Konfederacji i jakiejś lewicowej partyjki, to niekoniecznie robią to z tych samych pobudek ideowych i niekoniecznie ich cele są takie same.

Czy sprzeciw wobec obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski lub zwykła jej krytyka faktycznie dyskwalifikuje kogoś, kto taki pogląd wyraża? Czy rzeczywiście mamy powody do radości w związku z obecnością armii amerykańskiej w Polsce? Kiedy w naszej historii obecność obcej armii na naszej ziemi świadczyła o potędze i sile Polski? Nie mówiąc już o jej niepodległości. Jeśli nawet faktycznie ta armia jest gwarantem istnienia Polski, broni ją przed agresją Rosji, to czy nie jest to smutne?

Radość będziemy mogli wyrazić dopiero wówczas, kiedy ostatni żołnierz amerykański nasz kraj opuści, a Polska ponownie będzie na tyle silna, by stawić opór nawet najlepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Może zatem, zamiast dopatrywać się „ruskich agentów” wśród krytyków stacjonowania obcych wojsk na naszym terytorium, lepiej zastanowić się, czy nie mają oni racji i spytać, jaką mają propozycję alternatywną?

Podobnie jest teraz, kiedy wydaje się nam grozić wojna na dużą skalę. Niektórzy nawet wieszczą, że może się to przekształcić w III wojnę światową. Czy obecność naszych wojsk na terenie Iraku jest faktycznie wskazana? Czy powinniśmy w jakikolwiek sposób uczestniczyć w tym konflikcie? Czy może raczej powinniśmy się zastanowić (i to szybko) nad wycofaniem naszych żołnierzy? Czy nasz ewentualny udział w tej wojnie byłby udziałem w wojnie sprawiedliwej? Stawiam tylko pytania. Jednak nawet postawienie takich pytań może doprowadzić do kolejnej ogólnopolskiej nawalanki maczugami.


środa, 17 lipca 2019

Car jak umierający na krzyżu Chrystus

Ubiegłej nocy minęła 101 rocznica zamordowania przez bolszewików ostatniego cara Rosji wraz z jego rodziną. Rok temu napisałem tekst w dwóch odcinkach o niepokojącej wizji angielskiej XX-wiecznej mistyczki Caryll Houselander. Wizji, która szczególnie u Polaków musi budzić mieszane uczucia, gdyż idzie niejako pod prąd naszym stereotypom i niechęci do rosyjskiego caratu. Chciałbym dzisiaj przypomnieć ten tekst, gdyż wydaje mi się, że zarówno sama wizja, jak i postać Caryll Houselander są w Polsce praktycznie nieznane. Pierwszą część tego tekstu można przeczytać tutaj, a drugą tutaj.


wtorek, 11 września 2018

Corner Shop: „Tinker’s Leave” Maurice’a Baringa, czyli wojna, miłość i cierpienie, cz. I


Są takie powieści, z których bohaterami ciężko jest się rozstać. Kiedy zbliżamy się do ostatnich stron, chciałoby się, aby w jakiś magiczny sposób nagle zwiększyła się objętość książki i by to nie był jeszcze koniec. Najczęściej takie książki spotyka się chyba w dzieciństwie. Przyzwyczajamy się do bohaterów, lubimy ich, chcemy towarzyszyć im w ich przygodach. Jedną z takich książek był dla mnie w dzieciństwie Robinson Crusoe. A ostatnio takim utworem okazała się powieść Tinker’s Leave
Maurice’a Baringa.

Na twórczość Baringa wpadłem przypadkiem, czytając autobiografię Belloca autorstwa Josepha Pearce’a. W zasadzie to można powiedzieć, że współcześni Chestertona i Belloca kojarzyli tych dwóch słynnych katolickich twórców nieodłącznie z Baringiem i pewnie trudno byłoby im wyobrazić sobie ich inaczej. Tak przynajmniej zostali oni uwieńczeni na obrazie „Conversation Piece” Herberta Jamesa Gunna, a więc nie jako słynny stwór Chesterbelloc (jak określił ich Bernard Shaw), ale jako trójka katolickich twórców i przyjaciół: Chesterton-Belloc-Baring. Sam Pearce porównuje ich do trzech muszkieterów, którzy razem toczyli boje i walczyli jeden za drugiego.

W dużej mierze to Belloc i Chesterton przyczynili się do nawrócenia Baringa, który wywodził się z rodziny anglikańskiej, lecz stopniowo utracił wiarę wyniesioną z dzieciństwa. Sam Baring wcześniej odwodził jednego ze swoich przyjaciół od zamiaru przejścia na katolicyzm, jednak jakiś czas potem poszedł w jego ślady i jak to określił: „było to jedyne działanie w moim życiu, którego z całą pewnością nigdy nie żałowałem”. Pearce sugeruje, że ogromny wpływ na konwersję Baringa mogła wywrzeć Ortodoksja Chestertona.

Maurice Baring raczej nie należy do pisarzy w Polsce znanych. W polskiej Wikipedii brak o nim hasła. A na język polski – jak wykazały moje pobieżne poszukiwania – przełożono i wydano w sumie tylko dwie powieści i to jeszcze przed wojną – Daphne Adeane oraz Tunikę bez szwów. Tunika bez szwów doczekała się drugiego wydania w innym tłumaczeniu po wojnie w roku 1995. I to wszystko, chyba że w jakiejś antologii umieszczono też przekłady jego wierszy, o czym nie wiem. Nic w tym w sumie dziwnego, gdyż w samym świecie anglojęzycznym o Baringu w zasadzie zapomniano, a jeśli książki Belloca i Chestertona można zdobyć z reguły bez wielkiego trudu także w wersjach elektronicznych, to z Baringiem jest znacznie trudniej albo są to wydania papierowe w cenach na polską kieszeń zbyt wysokich.

Z tego też powodu Tinker’s Leave to dla mnie wybór nieco przypadkowy – po prostu powieść ta była wyjątkowo dostępna w wersji elektronicznej i to za darmo. Ale nawet gdybym musiał za nią zapłacić, to nie byłby to pieniądze zmarnowane – czego czytelnik może się domyślić po moim wstępie.

W zasadzie powieść Baringa zaczyna się tak, jak wiele takich powieści z przełomu wieku XIX i XX. Czytelnik, który weźmie ją do ręki przypadkowo, może więc czytać ją nieco nieuważnie. Jednak po paru stronach, a już z pewnością od chwili, kiedy Miles Consterdine – główny bohater znajdzie się w Paryżu, opowieść Baringa wciąga i uwodzi z taką siłą, że z trudem można się od niej oderwać. Tak było w moim przypadku – groziło mi zaniedbanie moich obowiązków, bo mimo zmęczenia mógłbym kontynuować lekturę do białego rana.

Miles Consterdine jest z jednej strony typowym „produktem” epoki, dzieckiem bogatych rodziców, pozbawionym przy tym wielkich trosk i kłopotów, a z drugiej wydaje mi się przypominać te setki lub tysiące dzisiejszych młodych ludzi jeżdżących po współczesnej Europie, nie mających jakichś wybitnych zdolności czy wyjątkowego wykształcenia, nie orientujących się za bardzo w literaturze, sztuce czy muzyce, wiodących życie pozbawione jakichś niezwykłych wrażeń czy doznań. Stąd może przemówić do współczesnej umysłowości. Chociaż różni Milesa od współczesnych młodych ludzi jedna rzecz: w przeciwieństwie do nich jest po dziecięcemu wręcz niewinny.


Ponieważ nie lubię zdradzać fabuły, by nie psuć czytelnikowi przyjemności odkrywania jej na własną rękę (jedna z najgorszych recenzji według mnie to streszczanie własnymi słowami przeczytanego dzieła czy obejrzanego filmu), stwierdzę jedynie, że w wyniku nieprzewidzianych okoliczności życie Milesa ulega zmianie i nagle doświadcza on przygód i wrażeń, które dawniej były mu obce.


wtorek, 17 lipca 2018

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. II


Każdy były uczeń szkoły średniej bez wątpienia pamięta (a przynajmniej tak było w moich czasach) scenę z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, kiedy Konrad wadząc się z Bogiem traci przytomność, co chroni go przed wypowiedzeniem bluźnierstwa. Jakie to bluźnierstwo? Że Bóg jest... carem! Dla przeciętnego Polaka zatem to zestawienie: Bóg i car, nałożenie się obrazu Boga i obrazu cara tak, że stają się jednym, wydaje się czymś niewyobrażalnym, profanacją, która tylko może przyjść do głowy chyba jedynie... demonom.


Tymczasem Caryll Houselander miała – tak to przynajmniej relacjonuje – dokładnie sto lat temu wizję cara jako ukrzyżowanego Chrystusa Króla, choć z początku nie zdawała sobie sprawy, co dokładnie ogląda. Była to druga w jej życiu wizja Chrystusa umęczonego. Miała ją, idąc londyńską ulicą do sklepu po... ziemniaki. Oddajmy zresztą głos bezpośrednio samej autorce:

Nagle znieruchomiałam, jakby magnes przykuł moje stopy do tego konkretnego miejsca pośrodku drogi. Przede mną, nade mną, dosłownie wymazując nie tylko szarą ulicę i niebo, ale cały świat, było coś, co mogę jedynie nazwać gigantyczną i żywą rosyjską ikoną. Nigdy wówczas nie widziałam rosyjskiej ikony ani – jak sądzę – żadnej reprodukcji jakiejkolwiek z nich. Później widziałam ich wiele, ale żadnej, która byłaby choć w przybliżeniu tak piękna.

Była to ikona Chrystusa Króla ukrzyżowanego.

Rozciągnięty na krzyżu ognia, w szacie, która skrzyła się i płonęła od klejnotów, ukoronowany wspaniałą koroną ze złota, która przytłaczała mu głowę, Chrystus unosił się ponad światem na naszej ponurej ulicy, tak uniesiony wypełniał niebo. Jego ramiona zdawały się sięgać od jednego krańca świata do drugiego, rany na Jego dłoniach i stopach to były rubiny, ale rubiny roztopione, które krwawiły światłem. Wszystko, nawet żarzące się fałdy szaty, wydawało się płonąć i poruszać życiem i ruchem płomieni ognia; rozłożone ramiona – z wydłużonymi dłońmi, wynurzającymi się ze zdobionych klejnotami rękawów – były jak olśniewające skrzydła przykrywające świat. Sam Chrystus – z głową pochyloną przez koronę, w zamyśleniu nad światem. Pośród tej wspaniałości surowa prostota tej pięknej twarzy ostro odróżniała się od całej reszty swoim smutkiem. Jednak oczy i usta uśmiechały się w nieopisanej miłości, która pochłania żałość i cierpienie, tak jak szmaty zostają pochłonięte przez płonące ognisko.

Nie wiem, jak długo tam stałam ani jak długo to wrażenie trwało. Myślę, że nie było to dłużej niż kilka minut, gdyż kiedy się skończyło, choć nad ulicą zmierzchało, to nie było zupełnie ciemno.

Byłam zażenowana, kiedy się okazało po moim dojściu do warzywnego, że łzy spływają mi po twarzy. Życzliwa kobieta, która sprzedawała mi ziemniaki, usiłowała mnie pocieszyć, przypuszczając, jak sobie wyobrażam, że mam jakieś kłopoty, ale nie mogłam powstrzymać tych łez. W końcu dała mi w podarunku jabłko i poszłam do domu.

Nie wiem, jak szybko potem opublikowano wiadomości o zamachu na cara – być może było to następnego dnia. Wiem tylko, że kiedy wyszłam ponownie z domu i zobaczyłam na tym samym rogu ulicy, na którym widziałam uprzednio ukrzyżowanego króla, afisz ogłaszający zamach na cara Rosji, zrozumiałam sens tego, co wcześniej bardzo żywo widziałam. Albowiem twarz cara na gazetowych zdjęciach była twarzą mojego Chrystusa Króla, ale bez tej wspaniałości.

Od tamtej pory całkowicie zawładnęła mną myśl o Rosji. Rosja stała się dla mnie krajem, w którym Męka Chrystusa się urzeczywistniała. Byłam przekonana, że dzięki ziarnu krwi męczenników, które tam zasiano, a nade wszystko dzięki krwi namaszczonego króla, świętokradczo tam przelanej, Chrystus – którego widziałam zstępującego na świat i w życie ludzi, by być w nich ukrzyżowanym – powróci na świat biorąc w posiadanie całą ludzkość poprzez Rosję; że nawrócenie świata do Chrystusa (nie mówiłam wówczas, że na katolicyzm) zacznie się – tak naprawdę już się zaczęło – w „Świętej Rusi” wraz z zabójstwem jej króla.
Ta wizja „ikony Chrystusa Króla” miała ogromny wpływ na moją postawę wobec innych ludzi.

Ostatnie zacytowane tu słowa przypominają objawienia w Fatimie. Są niemal powtórzeniem tego, co Matka Boska mówiła o nawróceniu Rosji. Być może Houselander świadomie lub nieświadomie zinterpretowała po latach własną wizję w świetle objawień fatimskich. Jej autobiografia wyszła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, musiała zatem wiedzieć o Fatimie.


Jak już pisałem, Polakowi bez wątpienia trudno przyjąć ze spokojem wizję Chrystusa Króla, który ma twarz cara Mikołaja II. A jednak obraz, który Houselander zobaczyła tamtej nocy sto lat temu, wydaje się kryć w sobie przesłanie, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Sama autorka skomentowała to w następujący sposób:

Teraz nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, ujrzałam dramat i rzeczywistość Męki Chrystusa w królach. Kiedy stałam na swojej londyńskiej ulicy po drodze, by kupić ziemniaki, król w Rosji umarł śmiercią Chrystusa. Tragedia i okropne tego piękno przeniknęło do mojej duszy; przeniknęło także do mojego serca, jak włócznia płonącego światła, która je otworzyła. W ciągu chwili stałam się głęboko świadoma świętokradztwa, jakie wiąże się z zabójstwem namaszczonego króla, a imię „Chrystus” – „Namaszczony” – nagle nabrało dla mnie niezwykłego znaczenia.

(...)

Nie bez znaczenia okazał się fakt, że mój pierwszy przebłysk wizji Chrystusa w człowieku był w najpokorniejszej ze świeckich sióstr, pochylonej pod wielką koroną cierniową, a drugi – w królu w jego splendorze, królu przytłoczonym wielką koroną ze złota. Uświadomiłam sobie, że każda korona jest koroną Chrystusa, a korona ze złota jest koroną cierniową.

Wszystkie cytaty są w moim przekładzie i pochodzą z elektronicznego wydania „A Rocking Horse Catholic” (wszelkie ich wykorzystanie wyłącznie za moją zgodą). Sama książka Houselander zasługuje na osobne omówienie. Ale na to może jeszcze w cyklu „Corner Shop” przyjdzie czas innym razem.


Caryll Houselander, A Rocking Horse Catholic, Pickle Partners Publishing 2016.

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. I


Dzisiejszej nocy minęła dokładnie setna rocznica zamordowania ostatniego cara Rosji i jego rodziny przez bolszewików. Dla nas, Polaków, słowo „car” nie ma najlepszych konotacji. Toteż z pewnością z jednej strony odczuwamy zgrozę z powodu tamtego brutalnego mordu, a z drugiej strony nie budzi to wydarzenie prawdopodobnie większego współczucia. Być może nawet jest to uczucie, jakie wielu żywiło oglądając zdjęcia z egzekucji Ceausescu i jego żony – świadomość, że dokonano tak naprawdę mordu przy pozorach praworządności, ale że i tak mu (im) się to „należało”, a proces z prawdziwego zdarzenia jedynie by przeciągał nieuniknione.


Tymczasem mamy w literaturze zapis, który przedstawia całą rzecz w zupełnie innym świetle. Jest to dość kontrowersyjne przedstawienie mordu dokonanego na carze Mikołaju II. Być może niektórzy nawet powiedzieliby, że bluźniercze. A już z pewnością trudne do przełknięcia dla przeciętnego Polaka.

Caryll Houselander prawdopodobnie jest autorką raczej słabo znaną polskiemu czytelnikowi. Z jej dorobku, jeśli dobrze się orientuję, wydano po polsku jedynie „Trzcinę Boga” i chyba ze dwie książki dla dzieci. Tymczasem ta XX-wieczna angielska mistyczka była inspiracją np. dla tak ważnego XX-wiecznego autora i duchownego, jak Fulton J. Sheen. Ślady tej inspiracji można odnaleźć w „Life of Christ”.

Caryll Houselander miała w swoim życiu trzy odmienne wizje Chrystusa. W tych trzech osobnych przypadkach zobaczyła Chrystusa w różnych ludziach, których napotkała na swojej drodze. Pierwszy taka wizja dotyczyła niemieckiej zakonnicy z Bawarii. Działo się to podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy raczej nie cieszyli się, mówiąc delikatnie, najlepszą reputacją, a młode dziewczyny wychowywane przez zakonnice, wśród nich i sama autorka, były, jak to określiła Houselander, indoktrynowane „w zapiekłej nienawiści do Niemców”.


Wśród tych zakonnic znajdowała się właśnie ta jedna z Bawarii, która w tej atmosferze wojennych złych emocji czuła się dość samotna, co pogłębiała dodatkowo słaba znajomość zarówno francuskiego, jak i angielskiego i brak atutów zjednujących sympatię młodych dziewcząt. Któregoś dnia młoda Caryll, idąc korytarzem, zauważyła, że owa zakonnica czyściły buty uczennic. Tak to relacjonuje dalej w swojej autobiografii „A Rocking Horse Catholic”:


Zatrzymałam się i weszłam do środka, zamierzając pomóc jej w czyszczeniu. Dopiero gdy się wystarczająco zbliżyłam, zauważyłam, że szlocha; łzy ściekały jej po różanych policzkach i kapały na błękitny fartuch i dziecięce buciki. Zmieszana spuściłam oczy i stałam przed nią, niema z zażenowania, nie mogąc zupełnie wykrztusić słowa. Widziałam, jak jej duże, spracowane dłonie opuszczają się na podołek i obejmują te buciki. I nawet owe dłonie, czerwone i spękane, o stępionych paznokciach, były złożone w sposób, który wyrażał nieukojoną żałość.
Obie byłyśmy pogrążone w całkowitym milczeniu: ja – patrząc na jej piękne dłonie, bojąc się podnieść wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć, ona – bezdźwięcznie szlochając.
W końcu z wysiłkiem uniosłam głowę i wtem – ujrzałam to – zakonnica miała na głowie cierniową koronę.
Nie będę próbować tego wyjaśniać. Po prostu mówię, jak to wyglądało.
Ta pochylona głowa była przytłoczona koroną cierniową.
Stałam tak – jak przypuszczam – kilka sekund, wprawiona w osłupienie i wtedy, odnajdując język, powiedziałam do niej:
Ja bym nie płakała, gdybym nosiła koronę cierniową jak ty.
Spojrzała na mnie, jakby przestraszona i spytała:
– Co masz na myśli?
– Nie wiem – odparłam. I wówczas nie wiedziałam.
Usiadłam obok niej i razem polerowałyśmy buty.

Nim przejdziemy do drugiej wizji, tej, która dzisiaj jest najważniejsza, zmieńmy kolejność i krótko powiedzmy jeszcze o wizji trzeciej i ostatniej – Caryll Houselander jadąc metrem któregoś dnia zobaczyła nagle Chrystusa w pasażerach. Jak pisze: „Dość nagle ujrzałam swoim umysłem, ale tak żywo, jak cudowny obraz, Chrystusa w nich wszystkich [pasażerach metra]. Ale ujrzałam więcej niż to; nie tylko Chrystus był w każdym z nich, żyjąc w nich, umierając w nich, radując się w nich, smucąc się w nich – ale ponieważ On był w nich i ponieważ oni byli tutaj, cały świat był tutaj także, tutaj, w tym podziemnym pociągu; nie tylko świat taki, jaki był w tej chwili, nie tylko wszyscy ludzie we wszystkich krajach świata, ale wszyscy ci ludzie, którzy żyli w przeszłości i ci wszyscy, którzy mieli dopiero nadejść”.



CDN


wtorek, 19 czerwca 2018

Z życia mikrobów XXVI: Dał młodzieży przykład Balcerowicz, jak zwyciężać mamy


Od czasu do czasu ojcowie założyciele III RP, która przyczyniła się do rozkwitu nowej, czerwonej arystokracji – jak ludzka huba żerującej na Polsce, raczą nas swoimi złotymi myślami, które płyną z ich ust, jak miód ze świeżego plastra. Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy, gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. A zmierzamy obecnie do... dyktatury.


Tako przynajmniej rzecze Leszek Balcerowicz. I w tym przypadku jego słowa nie są jak miód, ale mają posmak piołunu. Bo też ojcowie założyciele, niczym starotestamentowi prorocy, nie tylko miłe rzeczy prawią, ale również niemiłe i niepopularne, które przeszywają duszę jak miecz obosieczny. Z ich marsowego czoła nie schodzi wówczas wyraz zatroskania i niepokoju o los naszej ludowej ojczyzny.


Tym razem Leszek Balcerowicz zatroskał się o młodzież polską, wyrażając przy tym szacunek dla młodzieży rosyjskiej, która „odważnie staje przeciwko dyktaturze Władimira Putina”. Polska młodzież powinna spuścić oczy ze wstydu, a najlepiej zapaść się pod ziemię. Ojciec założyciel jest bowiem rozczarowany jej postawą: „Muszę przyznać, że z jakimś niesmakiem patrzę na zachowanie młodego pokolenia Polaków” – rzecze profesor i marmurową, a może spiżową dłonią poprawia okulary na nosie.


Powodów może być kilka, a nawet trzy tego niesmaku. A tym trzecim jest to, że polska młodzież, która tak bardzo rozczarowała profesora, nie odróżnia „dyktatury, czy zmierzania do dyktatury, od demokracji, państwa prawa”.


Ojciec założyciel, Leszek Balcerowicz, wie, co mówi. W końcu sam należał do nonkonformistycznej młodzieży w czasach PRL-u. On wówczas potrafił odróżnić „dyktaturę proletariatu” od demokracji, a nawet prawdziwą „demokrację ludową” od fałszywej demokracji burżuazyjnej, która oznaczała ucisk i wyzysk klasy pracującej miast i wsi. I dlatego, jeśli wierzyć Wikipedii, jako młody człowiek, bo w wieku 22 lat, wstąpił do partii komunistycznej, której członkiem był od roku 1969 do 1981.


To zapewne ten „nonkonformizm”, praktykowany w najbardziej nonkonformistycznej organizacji tamtych czasów, i świadomość, czym jest demokracja, a czym dyktatura, umożliwiły towarzyszowi Balcerowiczowi studia w Nowym Yorku w latach siedemdziesiątych. Wskażcie mi bowiem takiego młodego idiotę (albo „złodzieja”, jak powiada złotousta kramarka III RP, a obecnie pani komisarz ludowa w eurokołchozie), który mógłby wówczas, w czasach PRL-u, studiować w Stanach, nie potrafiąc jednocześnie dokonać tak oczywistej dystynkcji pomiędzy „demokracją” a „dyktaturą” i wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


Wstyd, polska młodzieży, wstyd! Poprawcie się, bo ojciec założyciel znowu plunie jadem!