Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewangelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewangelia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2018

Arcybiskup, który namawia do głupoty


Sprawdzając wczoraj wiadomości o Patryku Jakim, natknąłem się na portalu „Fronda” na artykuł poświęcony wypowiedzi arcybiskupa Wojciecha Polaka, która – jak wnioskuję z tekstu – pochodzi z wywiadu-rzeki. Najpierw może przytoczmy samą wypowiedź prymasa Polski: „Jasno opowiedziałem się za przyjmowaniem uchodźców. I powtarzam, że wynika to wprost z Ewangelii. To nie jest opcja, którą chrześcijanin może przyjąć bądź odrzucić, ale samo sedno nauczania Jezusa Chrystusa. Jeżeli chcesz naśladować Mistrza z Nazaretu, powinieneś iść Jego drogą. Każda inna powiedzie cię na manowce, może nawet do zguby. Często się zastanawiam, dlaczego tylu naszych rodaków uważa uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce. Będą kraść, gwałcić i mordować”.


Przykro mi to powiedzieć, ale jest to wypowiedź zadziwiająca. Pisałem już na tym blogu o wypowiedzi pewnego franciszkanina, która w moim odczuciu była nacechowana nawet pewnego rodzaju... hm... pychą. Tutaj natomiast mam wrażenie, że czytam coś, co jest tylko z pozoru mądre.


Arcybiskup twierdzi, że przyjmowanie uchodźców, to jest coś, co wynika z Ewangelii i że nie można tego tak po prostu „przyjąć, bądź odrzucić”. Dziwi się też, dlaczego Polacy uważają „uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce” i „będą kraść, gwałcić i mordować”.


Spróbuję na to odpowiedzieć. Zgodzę się, że pomoc osobie w potrzebie jest czymś, co jak najbardziej wynika z Ewangelii. Mamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, która wyraźnie mówi o tym, czym jest miłość bliźniego i kim jest nasz bliźni. Podróżujący Samarytanin nie pytał, jakiej rasy jest poszkodowany i jaką wyznaje religię. Po prostu pochylił się nad cierpiącym człowiekiem i udzielił mu pomocy.


Ale też wydaje mi się, że Chrystus nie oczekuje od nas zachowań głupich, które narażałyby na niebezpieczeństwo inne osoby, zwłaszcza osoby nam bliskie. Zauważmy, że nie ma wzmianki o tym, aby Samarytanin podróżował z rodziną (żoną, dziećmi). Gdyby tak było, co zrobiłby najpierw? Czy nie upewniłby się, że nie jest to pułapka? Czy nie zadbałby najpierw o bezpieczeństwo swoich bliskich, a potem pochylił się nad cierpiącym człowiekiem? Chyba taka byłaby naturalna kolej rzeczy, prawda?


W gruncie rzeczy o tym, że w swoich działaniach należy się kierować również rozumem, a nie tylko odruchem serca, mówi przypowieść o pannach mądrych i głupich, czy też, jak się je ładniej określa w nowym tłumaczeniu – roztropnych i nierozsądnych. Zarówno te pierwsze, jak i te drugie kierowały się Ewangelią – oczekiwały przybycia Oblubieńca. Tyle tylko, że te pierwsze, kierując się rozumem, zadbały o oliwę. A więc były praktyczne, myślały racjonalnie. Te drugie chyba wychodziły z założenia, że „jakoś to będzie”. Przeliczyły się.


Wróćmy do Samarytanina z przypowieści. Nie zabrał napadniętego do swojego domu. Być może miał zresztą do niego daleko. Powierzył napadniętego cudzej opiece – w gospodzie. Zatroszczywszy się najpierw o niego, udzieliwszy pierwszej pomocy i spędziwszy trochę z nim czasu, zapewnił środki dla jego utrzymania. Dlaczego sam się nim nie zajął przez cały czas, narażając może na szwank swoje interesy i dobro swojej rodziny? Zapewne dlatego, że miał jeszcze inne obowiązki.


Mam wrażenie, że arcybiskup Polak oczekuje od nas postępowania takiego, jak postępowanie panien głupich. Polacy przecież udzielają pomocy mieszkańcom Syrii, ślą środki potrzebne im do życia, chętnie dają pieniądze, angażują się w różny sposób, a nawet przyjmują rodziny chrześcijańskie. Ale czy przyjmowanie nieznanych ludzi do Polski jest rozsądne? Abp. Polak pyta, dlaczego Polacy uważają uchodźców za obcych i obawiają się gwałtów, kradzieży i innych nieszczęść. Naprawdę nie wie czy udaje, że nie wie? Nie czyta gazet, nie śledzi doniesień z Europy? Kiedy jedzie do Włoch nie widzi kościołów, wokół których podejmuje się coraz większe środki bezpieczeństwa? Najpierw „tylko” uzbrojeni policjanci czy żołnierze, teraz także bramki i skanowanie toreb zwiedzających.


Na szaleństwo przyjęcia pod własny dach nieznanych osób, obdarzenie ich zaufaniem, może pozwolić sobie człowiek żyjący samotnie. Ale na podobne szaleństwo nie może się zdobyć człowiek, który ma rodzinę, bo musi troszczyć się o bezpieczeństwo swoich bliskich. Gdyby mężczyzna, który ma żonę i dzieci, wpuściłby pod swój dach obcych, nieznanych sobie ludzi, aby udzielić im schronienia, postąpiłby po prostu głupio i nieodpowiedzialnie. Może przecież zawsze rzucić im przez okno torbę z jedzeniem i piciem, ciepłe koce, a nawet pieniądze, by mogli kupić sobie potrzebne im do życia środki.


Napiszę to, co już kiedyś napisałem – takim domem, taką rodziną jest dla mnie Polska. Wpuszczanie do niej nieznanych ludzi, na dodatek z obcej kultury, jest ogromną nieodpowiedzialnością. Bogatsze od nas kraje, które przyjęły imigrantów, nie potrafią zapewnić pełnego bezpieczeństwa swoim obywatelom. Jak miałaby to zrobić Polska, która z trudem podnosi się po latach komunistycznej dewastacji? Pan Bóg nie zwolnił nas z posługiwania się rozumem. Mówią o tym także inne przypowieści, nie tylko ta o pannach głupich i mądrych. Arcybiskup Wojciech Polak chce, byśmy z rozumu zrezygnowali. W jakim celu?


piątek, 6 kwietnia 2018

„Zrobiła sobie dobrą kasę, ścierw...”


Tak się jakoś dziwnie złożyło, że jak zacząłem temat aborcji, to już kolejne wpisy dotyczyły głównie tego tematu. Nie da się od niego jakoś uciec. A trudno też na o tym milczeć, gdyż jest to rzecz, z której powodu będą następne pokolenia postrzegać nasze czasy jako wieki ciemne (chyba że świat nie przestanie staczać się w otchłań). Mimo bowiem ogromnego rozwoju technologii, osiągnięć, które pozwalają milionom żyć na poziomie, jakiego nie doświadczyły poprzednie pokolenia, pod względem moralnym wydajemy się stać poniżej prymitywnych plemion.

Analogie z Męką Pana Jezusa pojawiły się w tych wpisach chyba nie tylko dlatego, że jest to okres Wielkanocy, choć niewątpliwie sama atmosfera świąt te wrażenia potęgowała.

Jest piątek, który siłą rzeczy przypomina o Męce Chrystusa, choć jednocześnie dzisiaj, w oktawie Wielkanocy, post nie obowiązuje. Mamy więc zarówno pamięć o cierpieniach naszego Pana, ale i nadzieję.

Tymczasem znalazłem kolejny przykład tego, o czym już parokrotnie wspominałem – bluzgów, szyderstw, wulgaryzmów, z jakimi spotykają się obrońcy życia nienarodzonego. Przypomina to jako żywo podobne doświadczenia Chrystusa przed ukrzyżowaniem, ale także w trakcie ukrzyżowania – wszak również wówczas z Niego szydzono i kpiono. Obrońcy życia mogą się więc utwierdzić w przekonaniu, że postępują dobrze. Skoro bowiem naszego Pana to spotkało, to będzie to spotykać Jego uczniów.

Najnowszy przykład natomiast to wulgaryzmy i pogróżki, z którymi spotyka się Kaja Godek, połnomocniczka projektu „Zatrzymaj aborcję”.

środa, 4 kwietnia 2018

Diabelska parodia słów Chrystusa: „To jest Ciało moje!”


Pisałem wczoraj o tej zadziwiającej analogii między aborcją a Męką Pana Jezusa i zauważyłem, że czarne marsze nasuwają skojarzenie z satanistyczną „czarną mszą”. Dzisiaj na portalu PCh24.pl pojawił się krótki tekst o procesji eucharystycznej i drodze krzyżowej odprawionej przed kliniką aborcyjną w Stanach. Przy tej okazji przytoczono wypowiedź prof. Petera Kreefta, który zwrócił uwagę na dość zaskakującą zbieżność.


Otóż kobiety domagające się prawa do aborcji, czyli mówiąc bez ogródek: prawa do mordowania swojego nienarodzonego dziecka, podkreślają, że chodzi o ich ciało: „To jest moje ciało” (This is my body). Amerykański profesor, wykładowca i autor tłumaczonych również na polski książek z dziedziny apologetyki katolickiej, widzi w tym diabelską parodię Chrystusowego: „To jest Ciało moje” (This is my Body).


Mamy więc ponownie de facto czarną mszę. Czy tego chcemy, czy też nie, nie możemy uciec przed diabelskimi skojarzeniami.


Co więcej w artykule zacytowane są słowa ks. Franka Pavone, który rozwija ten wątek i mówi m.in.: „Oddając swoje Ciało Chrystus uczy sensu miłości: ofiaruję siebie dla dobra innych osób. Aborcja uczy przeciwieństwa miłości: ofiaruję drugą osobę dla własnego dobra!”.


Innymi słowy: zwolennicy aborcji chcą złożyć w ofierze niewinne dziecko, tak jak starożytni Żydzi postanowili złożyć w ofierze niewinnego Chrystusa. Intencją i jednych, i drugich (przynajmniej na pozór) jest ocalenie własnego życia, a nawet lepsza jakość tego życia.


Wiemy, jaki los spotkał Jerozolimę. Chrystus zapowiedział jej fatum w Niedzielę Palmową, ale także idąc na swoją śmierć na Kalwarii. Jaki los spotka współczesną „Jerozolimę”, która wydaje na śmierć niewinne ludzkie życie?


Może dorzućmy do tego jeszcze jedno skojarzenie. Tym razem dotyczy ono spostrzeżenia arcybiskupa Fultona J. Sheena. Otóż w jednej ze swoich książek amerykański duchowny zwrócił uwagę na intrygujący fakt: różne negatywne role odgrywają w Męce i śmierci Pana Jezusa mężczyźni. Nie ma natomiast ani jednej wzmianki choćby o jednej kobiecie, która by w jakiś sposób przyczyniła się do cierpień i śmierci naszego Pana. Kobiety odgrywają role raczej pozytywne. Kiedy wszyscy uczniowie, z wyjątkiem Jana, opuszczają Chrystusa, to one stoją pod krzyżem. To kobiety płaczą, kiedy podąża na swoją śmierć. To kobieta ostrzega swojego męża, Piłata, by nie miał nic wspólnego ze śmiercią Pana Jezusa. To kobiety wreszcie spieszą skoro świt, by namaścić wonnościami Ciało zmarłego Chrystusa.


Dzisiaj to kobiety zdają się krzyczeć najgłośniej: „Ukrzyżuj!”


wtorek, 3 kwietnia 2018

Czarna msza na ulicach polskich miast


Gdybym był niewierzącym, ale wiedział co nieco o naszej wierze i nie czułbym tej irracjonalnej nienawiści, której wybuchy co i rusz daje się zaobserwować, być może zastanowiłaby mnie pewna zaskakująca koincydencja.

Pisałem już, że działania PiS-u w sprawie ustawy chroniącej życie nienarodzonych przypominają mi postępowanie Piłata. PiS wie, że nienarodzone dzieci nie zasługują na karę śmierci, ale nie chciałby podpaść też władcy tego świata – objawiającemu się m.in. w badaniach opinii publicznej i czarnych marszach. Kluczy więc i kombinuje: Może udałoby się tę ustawę odesłać do jakiegoś Heroda, który sprawuje władzę nad Galileą – a nuż on weźmie na siebie brzemię wydania wyroku. Niestety! Herod odsyła skazańca! Rządząca partia dalej więc zwleka, szuka rozwiązania, które pozwoliłoby jej zrzucić z siebie odpowiedzialność i umyć ręce. Możemy być pewni, że nic z tego dobrego nie wyniknie. Przynajmniej taki wniosek zdaje się wynikać z Ewangelii.

Ta zaskakująca zbieżność z okolicznościami Męki i śmierci Chrystusa objawia się nie tylko w przypadku Prawa i Sprawiedliwości. Otóż w czasie świąt przyszła smutna wiadomość z Cypru. W Wielki Piątek zalegalizowano tam mordowanie nienarodzonych. W dniu upamiętniającym śmierć naszego Pana uchwalono wyrok skazujący tych, którzy nawet jeszcze się nie narodzili. Czy nie ma w tym przerażającej symboliki? Czy należy to uznać jedynie za przypadek?

Dodajmy, że jeden z ostatnich czarnych marszów odbył się również w piątek, wprawdzie nie Wielki Piątek, ale przecież także przypominający o śmierci Chrystusa. Przynajmniej ta symbolika jest szczególnie jasna dla katolików, którzy w tym dniu poszczą na pokutę (choćby jeszcze w Polsce).
A jeśli zwrócimy uwagę (o czym także już pisałem), że w czasie tych czarnych marszów (czarnych mszy?) opluwani, obrzucani wyzwiskami i różnymi przedmiotami są pokojowo demonstrujący obrońcy życia (a pośrednio te nienarodzone dzieci), to nawet nieuprzedzonemu niewierzącemu musi włos zjeżyć się na głowie. Analogie z cierpieniami Chrystusa są porażające. Wstrząsający jest też ogrom nienawiści.

Jestem gotów nawet uwierzyć, że wielu uczestników czarnych marszów (seansów nienawiści?) to ludzie, którzy po prostu nie wiedzą, w czym tak naprawdę uczestniczą, że im się wydaje, iż naprawdę walczą o jakieś dobro kobiet. Ale to samo można by powiedzieć o tych, którzy krzyczeli: „Ukrzyżuj!” Tamtymi nie wstrząsnął nawet widok ubiczowanego, zakrwawionego Chrystusa. Tymi z czarnych protestów nie wstrząsa widok poszarpanych, zakrwawionych zwłok nienarodzonych dzieci. Gorzej – oni wręcz chcą zabronić takich widoków. Tamci przed pałacem Piłata przynajmniej mieli odwagę spojrzeć na rezultat swojej nienawiści. Ci współcześni wolą zasłonić oczy. Także tak zwani katolicy „zawolnym wyborem”, jak to się ładnie określa. Oni również woleliby, aby im kapłani nie przypominali o tym, do czego prowadzi popieranie przez nich mordowania nienarodzonych.

Chciałoby się, aby Polska dała przykład, że ten przerażający trend można odwrócić, aby stała się tym kamykiem poruszającym lawinę... Chciałoby się, zwłaszcza, że już niedługo Irlandczycy pójdą głosować za Barabaszem lub za Chrystusem, za prawem do mordowania nienarodzonych lub za ochroną człowieka od chwili poczęcia. Nietrudno przecież dostrzec, kto tak naprawdę stoi za tym tłumem skandującym: „Ukrzyżuj!”

piątek, 30 marca 2018

Corner Shop: „Life of Christ”, czyli jedyny taki Człowiek na świecie


Do znanych książek arcybiskupa Fultona J. Sheena, które jeszcze nie zostały udostępnione czytelnikowi w polskim przekładzie, należy Life of Christ. Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później doczekamy się przekładu na nasz język. W międzyczasie jedynie czytelnicy władający językiem Szekspira mogą cieszyć się zarówno wydaniem papierowym, jak i elektronicznym.


Jeśli ktoś się zastanawia, czy warto po tę publikację sięgnąć, może zachęci go fakt, że była to książka, którą – jak dowiadujemy się z przedmowy – zawsze miała przy sobie Matka Teresa z Kalkuty. Czy trzeba lepszej rekomendacji niż rekomendacja świętej?!


To jedna z tych książek Sheena, które warto przeczytać więcej niż jeden raz. Z pewnością każdy znajdzie tu sporo przemyśleń i rzeczy wartych refleksji. Sądzę też, że wielu dowie się przynajmniej paru rzeczy nowych, na które może nie zwrócili nigdy wcześniej uwagi.


Dzieło Sheena nie jest powieściową wersją życia Chrystusa, choć niewątpliwie czyta się jak powieść. Nie jest też pracą wyczerpującą wszystkie zagadnienia związane z życiem naszego Pana. Musiałaby wówczas liczyć przynajmniej kilka tomów, a już i tak obecne wydanie ma ponad 650 stron druku.

Z pewnością też Life of Christ nie jest książką w ścisłym rozumieniu tego słowa naukową, która wymagałaby od czytelnika znajomości teologii czy biblistyki. To rzecz w zasadzie dla każdego. I to zarówno katolika, jak i tego, kto chciałby dowiedzieć się o życiu Chrystusa czegoś, nie mając o naszej wierze żadnego pojęcia.


Arcybiskup Sheen niejako porządkuje dla laika materiał ewangeliczny, cytując obficie z Pisma Świętego, aczkolwiek w żaden sposób nie zanudzając, prowadzi nas przez życie Chrystusa, uświadamiając nam jednocześnie jego wyjątkowość. A na czym ta wyjątkowość polega?


Autor wymienia kilka istotnych elementów, które czynią z Chrystusa postać jedyną w dziejach ludzkości. A jak twierdzi, opiera się na dwóch dostępnych człowiekowi probierzach: historii i rozumie.


Po pierwsze Sheen stwierdza, że nasz Pan jest jedynym Człowiekiem na ziemi, którego przyjście zostało zapowiedziane. Żaden z mędrców, filozofów, założycieli religii czy wybitnych osobistości w dziejach świata nie był wcześniej zapowiedziany przez proroctwa. Nie można tego powiedzieć ani o Buddzie, ani o Konfucjuszu, ani o Sokratesie czy Mahomecie. Co więcej proroctwa dotyczące Chrystusa, które pojawiły się na wieki przed Jego przyjściem na ten świat, zawierają zdumiewające szczegóły, takie jak: dokładne miejsce Jego narodzin, narodziny z Dziewicy, sposób Jego śmierci, detale dotyczące Jego Męki, zdradę ze strony bliskiej Mu osoby itp., itd. Tego nie można powiedzieć o żadnej ze znanych nam postaci historycznych. 


Z tym faktem łączy się również to, że Chrystus był Mesjaszem powszechnie oczekiwanym. Gdyż, jak twierdzi Sheen, spodziewali się Go nie tylko Żydzi, ale nawet narody pogańskie, na co możemy znaleźć dowody w ich piśmiennictwie i to nie tylko rzymskim czy greckim, ale nawet w literaturze rejonu tak odległego geograficznie jak Chiny. Świat po prostu oczekiwał Zbawiciela, który wybawi go od grzechu.


Drugim elementem wyróżniającym Chrystusa jest to, że wpłynął On na historię z taką mocą, że wręcz podzielił ją na dwa okresy. Pierwszy – do Jego przyjścia i drugi – po Jego przyjściu. Chcąc nie chcąc nawet ateiści muszą datować różne wydarzenia według tego schematu. Można tutaj dodać, że nie zmienia tego faktu podział na lata przed naszą erą i lata naszej ery.


Trzecią rzeczą, która wyróżnia Chrystusa od wszystkich możliwych postaci historycznych, jest fakt, że nasz Pan narodził się po to, aby umrzeć, podczas gdy wszyscy ludzie rodzą się po to, aby żyć. Krzyż padał na życie Chrystusa już niemal od pierwszej Jego chwili na ziemi. Pojawia się tutaj znana analogia z malarstwa i teologii, która kojarzy małego Jezusa, obwiązanego w pieluszki z Chrystusem złożonym do grobu, obwiązanego śmiertelnym całunem. Także podczas ofiarowania w świątyni padają słowa starca Symeona, które zapowiadają cierpienie.


Dla każdego innego człowieka, nauczyciela, filozofa, mędrca śmierć była klęską, uniemożliwiała im głoszenie swojej nauki, przerywała ich pracę. Nawet jeśli Sokrates zażył cykutę z godnością, to nie zmienia to faktu, że była to katastrofa. W przypadku Chrystusa śmierć była triumfem nad złem, mimo pozorów, że to właśnie zło zwyciężyło. Śmieć była już na samym początku tym, po co na ten świat przyszedł.


Wreszcie czwartym ważnym wyróżnikiem dotyczącym Chrystusa było to, że naszego Pana nie można po prostu zakwalifikować jako jeszcze jednego mędrca czy nauczyciela – dobrego człowieka, który głosił naukę, jak np. wieść godne życie. Sheen przypomina tu argument używany przez apologetów, że albo Chrystus był Bogiem, albo złym człowiekiem. Nie można bowiem uznać za dobrego człowieka kogoś, kto oszukuje swoich uczniów. A przecież Pan Jezus mówił, że jest Synem Bożym, że jest Prawdą, Drogą, Życiem, a wreszcie, że jest jedno z Ojcem i Duchem Świętym. Jeśli tak, to nie mógł być po prostu dobrym człowiekiem, jednym z wielu mędrców, bo ktoś, kto jest dobrym człowiekiem nie może mówić swoim uczniom rzeczy, które są po prostu nieprawdziwe. Albo zatem był nikczemnikiem, podłym kłamcą, albo Bogiem. Tertium non datur!


Sheen używa argumentów rozumowych, by dowieść prawdziwości i wyjątkowości postaci Chrystusa. Sądzę, że są to argumenty, które mogą przekonać nawet osobę niewierzącą, a przynajmniej zachęcić ją do głębszego poznania postaci naszego Pana. Rzecz jasna książka Fultona J. Sheena nie koncentruje się jedynie na podanych wyżej argumentach, ale są one istotne dla zrozumienia żywota naszego Pana.


Jak już napisałem wyżej, książka Sheena daje bogaty materiał do refleksji, pozwala lepiej zrozumieć Ewangelię Chrystusa, a także wnikliwiej czytać Pismo Święte. Przede mną Sheen odkrył sensy, których wcześniej nie dostrzegałem, a które są istotne dla zrozumienia, w co tak naprawdę wierzymy, czego naucza Kościół.


Książka Sheena zadaje też kłam stwierdzeniom, że rzekomo katolicy szukają w wierze łatwego pocieszenia. Autor podkreśla, że Chrystus nie obiecywał swoim uczniom prostych rozwiązań – że na przykład nie doświadczą na tym świecie cierpień, jeśli tylko będą w Niego wierzyć. Wprost przeciwnie – nasz Pan jasno dał do zrozumienia, że skoro On cierpiał, to również Jego uczniów spotka podobny los. Świat bowiem zwróci się przeciwko Jego uczniom, tak jak zwrócił się przeciwko odwiecznej Prawdzie.


Fulton J. Sheen, Life of Christ, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydnej, Auckland, 2008.

wtorek, 27 marca 2018

Woda na Wielki Post


Pisałem wczoraj o tym, że współczesny świat nie chce krzyża, bo pragnie życia ułatwionego, szerokiej drogi prosto do piekła. Dla niektórych jest to autostrada, po której pędzą z zawrotną prędkością. Okazuj się, że odkupieńczy krzyż Chrystusa jest najwidoczniej problemem również dla niektórych duchownych, gdyż w Wielkim Poście wolą raczej mówić i pisać o... wodzie. Tak, tak! Dokładnie tak! Wielki Post to dla nich okres, kiedy głównym problemem okazuje się nie grzech, skrucha, pokuta, nawrócenie, Męka i śmierć naszego Pana na krzyżu dla odkupienia świata, ale po prostu woda i na to chcą uczulić swoich wiernych. Nie wierzycie, to posłuchajcie (napisy po włączeniu):


poniedziałek, 26 marca 2018

O krzyżu


Współczesny świat usuwa krzyż z miejsc publicznych, każe go zakrywać, jeśli ktoś nosi go na szyi, albo ściągać, by nie urazić innych. Krzyż wymazywany jest nawet ze zdjęć używanych w reklamach albo jeśli pojawił się na mapach satelitarnych, gdyż nasi przodkowie ustawili go np. na szczycie góry. Świat nawet domaga się ściągania go z pomników o wyraźnie religijnym charakterze. Krzyż razi świat. Krzyż mu wadzi.


Czy jest w tym tylko fałszywa idea tolerancji? A czym w ogóle jest tolerancja – moglibyśmy spytać – jeśli nie toleruje krzyża, który jest tak ważny dla sporej części ludności? Czy chodzi jedynie o koncepcję tzw. „państwa świeckiego”? A cóż to za państwo, które traktuje część obywateli jako grupę podrzędną, bo ośmielają się nosić krzyż?


Wydaje mi się, że w tej niechęci do krzyża jest coś więcej niż jedynie obłędna koncepcja państwa bezwyznaniowego i tolerancyjnego. Sądzę, że jest to po prostu ogólna niechęć do krzyża w swoim życiu, że jest to pragnienie życia ułatwionego. Stąd m.in. pomysł, by nikogo nie obrażać. Nie liczy się prawda, bo może się okazać, że dla kogoś jest ona obrazą. Bo może się stać tak, że nagle ta prawda stanie się powodem krzyża dla tej osoby – konieczności zmiany swojej postawy, swojego życia, swoich poglądów.


Tak, homoseksualistów mamy kochać i szanować. Ale czy to znaczy, że mamy utwierdzać ich w grzechu? Czy mamy nie mówić im, że pójdą do piekła, jeśli będą tkwić w swych wypaczonych skłonnościach? Otóż współczesny świat mówi nam, że tak. Dlaczego? Bo współczesny świat nie chce krzyża. A prawda o czynach homoseksualnych mogłaby okazać się dla wielu „wesołków” krzyżem – koniecznością walki ze swoimi złymi skłonnościami, by dostąpić zbawienia. Stąd pomysł szerokiej drogi na skróty, którą wręcz Kościół miałby uświęcić swoim błogosławieństwem.


Tak, mamy kochać i szanować feministyki, nawet jeśli trudno nam je lubić. Ale czy to znaczy, że mamy utwierdzać je w ich obłędnej koncepcji „prawa do własnego brzucha”? I znów świat mówi nam, że tak. Bo dla świata nie ma życia po życiu, a więc liczy się tylko to, co jest tu i teraz. A to oznacza, że własny komfort – nazywany też samorealizacją – jest ważniejszy niż dziecko. Takie dziecko może być większym lub mniejszym krzyżem dla matki. Dziecko z zespołem Downa będzie krzyżem wręcz nie do zniesienia. A świat nie lubi krzyża, chce tej szerokiej drogi, która wiedzie do wiecznego potępienia, choć światu wydaje się, że to autostrada do słodkiego raju.


Arcybiskup Sheen w swojej książce wspomniał pewnego misjonarza, który pracował w Australii. Ów ksiądz działał w bardzo ciężkich warunkach. Choć miał do dyspozycji samochód, nie ułatwiało mu to zadania, gdyż musiał objeżdżać olbrzymi obszar, gdzie mogła nawet grozić mu śmierć. Raz wręcz był jej bliski. Auto zepsuło mu się z dala od wszelkich osad ludzkich. W australijskim upale oznaczać mogło to tylko śmierć z wycieńczenia. Nie było wówczas przecież telefonów komórkowych. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności na horyzoncie pojawiła się ciężarówka, która miała zapasowy akumulator.


Ów misjonarz w rozmowie z biskupem Sheenem powiedział, że chce wstąpić do trapistów i zrezygnować z misji. Każdy, kto się choć trochę orientuje w życiu zakonnym, wie, że to zakon o bardzo surowej regule. Sheen wysłuchał misjonarza, poczym wypisał mu czek na nowe auto (stare przepadło). Wręczył mu ten czek i powiedział, że misjonarz po prostu szuka pluszowego krzyża. Ksiądz zdenerwował się, podarł czek i wyszedł trzasnąwszy drzwiami.


Upłynęło parę dni, może tygodni. Misjonarz wrócił do biskupa Sheena. Przeprosił za swoje zachowanie, przyznał, że biskup miał rację. Poprosił o wypisanie czeku i wrócił do Australii, by w upale i koszmarnych warunkach dalej pracować na rzecz Pana.


Czy współczesny świat jest w ogóle w stanie zrozumieć, co się tutaj wydarzyło? Podejrzewam, że świat uzna raczej obu tych duchownych za wariatów, za głupców, którzy dla jakiegoś urojenia poświęcali swoje życie, narażając się nawet na śmierć. Ale przecież to nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem, wiemy, że krzyż Chrystusa jest głupstwem w oczach świata.


Lęk przed krzyżem nie jest też niczym nadzwyczajnym. Każdy z nas boi się krzyża. Czasami ten krzyż jest wręcz czymś śmiesznym dla innych, którzy znoszą cięższe rzeczy. Wiemy, że także nasz Pan przeżywał trwogę konania w Ogrójcu. Jednak unikanie krzyża może się skończyć fatalnie. Wprawdzie ocalimy swoje ciało, ale zatracimy duszę. A to jest gorsza śmierć niż śmierć ciała.


czwartek, 15 marca 2018

Piłat-PiS gra na zwłokę


Jeśli przyjrzymy się postępowaniu Piłata w Ewangeliach, odniesiemy wrażenie, że Piłat grał na zwłokę. Próbował uchylić się od odpowiedzialności za śmierć Chrystusa. Nawet próbował Go w gruncie rzeczy ocalić.

Odesłał więc Chrystusa Herodowi, który akurat przebywał w Jerozolimie z powodu święta Paschy. Kiedy Herod odesłał Go w białym płaszczu ponownie Piłatowi, kpiąc z Chrystusa, nie doczekawszy się od Niego żadnego cudu, Piłat chcąc, nie chcąc musiał ponownie zająć się naszym Panem.

Wpadł wtedy na „genialny” plan, postanowił dać Żydom wybór: albo Jezus, albo Barabasz. Odbyły się demokratyczne wybory. Głos ludu padł na Barabasza. Prawda została odrzucona. Niewinność przepadła w ogólnym głosowaniu.

Biczowanie naszego Pana było chyba ostatnią rozpaczliwą próbą po stronie Piłata ocalenia Chrystusa. Jednak lud pozostał nieubłagany. Nie wzruszył go widok zmasakrowanego, pokrwawionego ciała naszego Zbawiciela. Ponownie głos ludu przeważył. Piłat umył ręce. Bał się cezara i konsekwencji, czyli wpływu, jaki wściekłość ludu mogła mieć na jego względy u ówczesnego władcy świata. Wszelkie przewlekanie, próby ratowania, ale jednoczesne baczenie na względy władcy tego świata, skończyły się jednym – śmiercią Chrystusa na krzyżu (mówię oczywiście o ludzkim punkcie widzenia, bo wiadomo, że nic nie stałoby się bez woli Bożej).

Bardzo przypomina mi to postępowanie PiS-u w sprawie ochrony dzieci nienarodzonych. Niby większość członków tej partii wie i widzi, że nienarodzone dzieci są niewinne i nie zasługują na śmierć. Ale z drugiej strony jest ten lud – ubrany na czarno, wymachujący wieszakami. I cezar, siedzący gdzieś w Brukseli czy gdzie indziej, w każdym razie w dalekiej stolicy, mający władzę. Najchętniej więc PiS odesłałby tę sprawę jakiemuś Herodowi, byle tylko zrzucić z siebie odpowiedzialność. O dziwo za pierwszym razem pomogli mu w tym... kapłani, którzy niemal postawili się w roli Sanhedrynu.

Piszę – „niemal”, bo jednak bądź co bądź Episkopat Polski domaga się ochrony nienarodzonych. Ale znalazł się pretekst – karalność matek odpowiedzialnych za śmierć swoich dzieci.

I oto Chrystus..., tzn.... nienarodzone dzieci znów wróciły przed trybunał PiS-u. I cóż z tym teraz zrobić? Może znaleźć jakiegoś Barbasza i ogłosić narodowe referendum, w którym lud zdecyduje? Może wówczas uda się te nienarodzone dzieci ocalić, a cezarowi oznajmić, że tak właśnie chciał lud? Bo przecież demokracja, bo wola ludu. No niestety...

Cóż jednak, jeśli lud wybierze Barabasza? Wówczas będzie można odetchnąć z ulgą i po prostu umyć ręce.

Na razie jednak Chrystus czeka. Piłat wziął Go na stronę, by się upewnić, z kim ma do czynienia.

wtorek, 13 marca 2018

Biały płaszcz głupca


„Czasy nam współczesne przypominają te, w których sumienie naszego Pana stało bezsilne przed Herodem. Stroją nas w płaszcz głupca. Wyśmiewają nas, jeśli głosimy Chrystusowe potępienie cudzołóstwa. Nazywają nas głupcami, jeśli prosimy o przywrócenie religii do szkolnictwa; głupcami, jeśli twierdzimy, że cała władza polityczna pochodzi od Boga; głupcami, jeśli obstajemy przy tym, że jedność świata jest niemożliwa bez uznania powszechnego prawa moralnego; głupcami, jeśli modlimy się, pościmy, jeśli narzucamy sobie dyscyplinę.

A oto odpowiedź: Musimy być głupcami, gdyż Chrystus był wyśmiewany jako głupiec. Epoka zmysłowości jest siłą rzeczy epoką prześladowań. Wiek braku rozsądku jest wiekiem szyderstwa. Nikczemna władza nie podporządkuje się osądowi prawdy.

(...)

Nie można głosić dobroci złemu światu i oczekiwać czegoś innego niż to, że cię ukrzyżują.
Nikt nie będzie tracił czasu na błahostki. Nikt nie wyciągnie miecza przeciwko słabeuszom. Instynkt zła jest nieomylny; zna swoich nieprzyjaciół. Szukajcie zatem znienawidzonego Chrystusa, któremu składa się piękny hołd sprzeciwu, ogromny komplement nienawiści. Gdyż jeśli świat nienawidzi, wówczas to coś jest nie z tego świata, a jeśli jest nie z tego świata, to jest boskie, a jeśli jest boskie, to jest drogą zbawienia.

(...) 

Czy ludzie potrząsają pięściami nad grobem Napoleona? Czy armie szturmują grób Mahometa i wpadają z tego powodu w szał? Czy siły wojskowe atakują grób Lenina? Ci ludzie są martwi. Ale ludzie szturmują cytadelę Chrystusa; wściekają się przeciwko Jego Oblubienicy; faktycznie zabijają członków Jego Ciała; usiłują zdusić młode serca, które szeptałby Jego imię w szkole. A zatem Chrystus musi być żywy w swoim Ciele, którym jest Kościół”.

Abp. Fulton J. Sheen, Characters of the Passion, Angelico Press, 2015.

sobota, 10 marca 2018

Coś dla ducha, intelektu i oka, czyli „Droga Krzyżowa” z arcybiskupem Fultonem J. Sheenem


Wyobraźmy sobie, że w okresie Wielkiego Postu, jeśli nie wszystkie, to przynajmniej część mediów albo ich większość nadawałyby stonowaną muzykę, że nie byłoby puszczanych komedii, że w centrach handlowych panowałaby cisza zamiast radosnego „umcyk, umcyk”, że ogólnie zapanowałby nastrój powagi i skupienia. Nie chodzi o pokazywanie smutnych twarzy. Zresztą przecież nie na pokaz mamy obchodzić post, jak sam Chrystus podkreśla. Ale gdyby jednak w tym czasie było trochę więcej skupienia, gdyby refleksja, także w prasie, Internecie, telewizji, nakierowana by była na myśl o Męce naszego Pana (notabene jestem ciekaw, ile z tzw. „konserwatywnych” czy „prawicowych” mediów w tym czasie przypomina o Drodze Krzyżowej, o wyrzeczeniach i jałmużnie lub choćby promuje dobrą literaturę duchową?), o ileż radośniejsza byłaby Niedziela Wielkanocna przy tej nagłej eksplozji nie tylko dzwonów, ale i muzyki, śpiewu i śmiechu! A jak przypomina Fulton J. Sheen, bez Wielkiego Piątku nie byłoby Niedzieli Wielkanocnej.


Ot, właśnie dzisiaj się dowiaduję, że opozycyjna partia (zamilczę jej nazwę, może przejdzie po prostu do historii) stwierdziła, że przywróci „normalność” – czyli handelek w niedzielę. Może w ogóle przywrócić „normalność” i po prostu wprowadzić siedem dni pracy, a katolicy niech świętują sobie całkowicie prywatnie?


Niestety, współczesny świat nastawiony jest na robienie mamony. Stąd jęki na wolną niedzielę. Stąd biadolenia na to, że gospodarka nam podupadnie, sklepy pobankrutują, ceny pójdą w górę i w ogóle nastąpi koniec świata. Tylko nikt jakoś nie pyta: „Po co nam ten dobrobyt? Co z niego wynika, jeśli wewnątrz jest pustka?” Takie wyciszenie na Wielki Post dobrze by służyło refleksji nad tym, co naprawdę istotne. Może też i „prawicowi” publicyści broniący handlu w niedzielę, przypomnieliby sobie, że są rzeczy istotniejsze?


Współczesny Polak, zaganiany, pracujący po godzinach, często nie ma czasu, by uczestniczyć w tradycyjnych nabożeństwach okresu Wielkiego Postu. Może jednak warto wygospodarować trochę czasu i przynajmniej prywatnie porozmyślać o Męce Chrystusa? Będę pewnie monotonny i jeszcze trochę mój blog zamieni się w stronę o twórczości Fultona J. Sheena, ale nic na to nie poradzę: jeśli lubię jakieś pisarstwo, to chcę przeczytać jak najwięcej książek tego autora. A w tym przypadku jest to pisarz znakomity i pisze przy tym o rzeczach ważnych, ważnych dla ducha i dla naszego zbawienia.


Moim zdaniem dlatego warto nabyć sobie na własność DrogęKrzyżową arcybiskupa Sheena. Książeczka niewielka, składająca się z cyklu krótkich refleksji, które pozwolą w ciągu może pół godziny, może najwyżej godziny przebyć samemu całą Drogę Krzyżową i zastanowić się nad sensem Odkupienia, Męki i krzyża Pana Jezusa.


Jak czytamy, są to „rozważania (...) wygłoszone 20 marca 1932 roku w programie radiowym Godzina Katolicka”. Mimo upływu dziesięcioleci te krótkie teksty z pewnością trafiają do wyobraźni i mentalności współczesnego człowieka. Pewnie byłyby nieco za długie na twittera, ale w sam raz sprawdziłyby się w Internecie, czy jako krótkie filmiki dostępne w sieci.


Sheen z właściwą sobie błyskotliwością umiejętnie łączy rozważania Drogi Krzyżowej z tekstem Ewangelii, pokazując powiązania i sensy, z których często nie zdajemy sobie sprawy, nie zauważamy przebiegając wzrokiem znane nam passusy z Pisma Świętego. Czasami wręcz chce się zawołać: „Ach, no przecież! Dlaczego tego wcześniej nie widziałem?”


Wiemy na przykład, że pod krzyżem stali Maryja, Maria Magdalena i Jan. Ale czy uświadamiamy sobie też symboliczny wymiar tych trzech postaci? Że to niewinność, pokuta i kapłaństwo? Albo taki fragment: „Trzy rzeczy współdziałały w naszym upadku: nieposłuszny mężczyzna – Adam, pyszna kobieta – Ewa oraz drzewo. Nasz Odkupiciel użył tych samych trzech rzeczy, by podźwignąć nas na nowo ku Boskiemu życiu: posłusznego człowieka – Chrystusa, pokorną nową Ewę – Maryję i drzewo, które jest drzewem Krzyża”.


Nie chodzi jednak w tych rozważaniach tylko o błyskotliwość, popis skojarzeń, genialną interpretację biblijnych sensów. Zarówno same rozważania, jak i następująca po nich modlitwa odnoszą każdą ze stacji Drogi Krzyżowej do nas samych, do naszego życia, do konkretnych sytuacji. Odprawianie więc Drogi Krzyżowej to również, oprócz refleksji nad cierpieniami samego Chrystusa, które przeszedł dla nas, rozmyślanie nad sobą samym, nad sensem własnego życia i postępowania. To namysł nad tym, co mogę w swoim życiu zmienić, by być lepszym, by dostąpić zbawienia, by inni mogli we mnie widzieć odbicie twarzy Chrystusa, jak na chuście św. Weroniki.


Tę książeczkę warto mieć przy sobie i w wolnej chwili odprawić we własnym zakresie Drogę Krzyżową. Można to zrobić tak jak w kościele: czytając po kolei te rozważania i oddając się modlitwie, albo w ciągu dnia w wolnych chwilach czytać po jednej „stacji”. Można też tę książeczkę dać w prezencie własnemu księdzu proboszczowi. Z pewnością się z niej ucieszy, może będzie dla niego inspiracją.


To niewielkie rozmiarami dziełko jest starannie wydane. Podobnie jak wspomniana już na tym blogu „Kalwaria i Msza Święta” tego samego autora i również opublikowana przez to samo Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnię w Sandomierzu. Każdemu rozdziałowi towarzyszą ilustracje – ryciny Martina Engelbrechta. Całość stanowi zatem piękne dziełko łączące w sobie wartości duchowe, intelektualne i estetyczne. Podziękowania należą się więc zarówno wydawnictwu, jak i tłumaczce Izabelli Parowicz, że nam udostępnili tę niewielką, ale jakże bogatą książeczkę po polsku.


Abp. Fulton J. Sheen, Droga Krzyżowa, tłum. Izabella Parowicz, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, 2018.

piątek, 2 marca 2018

Czy na pewno liczy się to, co robimy?


„Mamy nieszczęsną skłonność do poglądu, że liczy się to, co robimy, a przecież tak naprawdę liczy się to, czy pozwalamy Bogu zrobić coś z nami. Bóg posłał anioła do Maryi, nie prosząc Jej, by czegoś dokonała, lecz by wyrazić zgodę na dokonanie się czegoś”.


Abp. Fulton J. Sheen, Siedem słów Jezusa i Maryi, tłum. Anna Skucińska, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2016.