Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 lutego 2019

Artyści odchodzą po cichu

Przeglądając wiadomości w różnych mediach, nie zauważyłem informacji o śmierci polskiego artysty Michała Świdra. Gdyby nie wpis na blogu Wojciecha Wencla, prawdopodobnie to to smutne wydarzenie kompletnie umknęłoby mojej uwadze.

Malarstwo Michała Świdra znam głównie dzięki „Frondzie” i z ilustracji do tomików Wojciecha Wencla, który poinformował o śmierci artysty. Nie znam się na tyle na sztuce współczesnej, by powiedzieć na przykład, że jego sława będzie z czasem rosnąć. Tego nie wiem. Oby.

Dla mnie jednak jest to malarstwo, które z pewnością wywierało na mnie silne wrażenie, ilekroć te dzieła sztuki oglądałem. Powiedziałbym – niezapomniane wrażenie. W przeciwieństwie do wielu „dzieł” sztuki współczesnej, które nie wywierają żadnego wrażenia albo o których chciałoby się zapomnieć zaraz po obejrzeniu wystawy.

Pamiętam, jak kiedyś poszliśmy z żoną do muzeum, by zobaczyć wystawę dawnego malarstwa. Coś mnie podkusiło, by potem udać się na wyższe piętra Muzeum Narodowego we Wrocławiu, gdzie prezentowane są okazy sztuki współczesnej. Wrażenie było szokujące. Nagle, jakbyśmy wkroczyli do rzeźni. To była prawdziwa jatka – strzępy, kości, fragmenty, rozkład, śmierć. Na dole królowało piękno, nawet w tych eksponatach, w których przedstawiona była wojna. Tutaj – na górze – była masakra i brzydota.

Otóż malarstwa Michała Świdra wydaje mi się być przeciwieństwem tego, co znajduję we współczesnej sztuce. To, co głównie mnie uderza w tych dziełach zmarłego artysty, to spokój, opanowanie, dostojeństwo, piękno... A także nawiązanie do wieków malarstwa i sztuki europejskiej. Do Biblii i do antyku. Wokół wrzask i chaos, a w tych pracach skupiona cisza i mądrość wieków. I tajemnica... Zarówno w sztuce o wyraźnej tematyce religijnej czy w np. aktach kobiecych. Może jest w tym nawet pewien chłód, ale taki chłód, który jest wyrazem wewnętrznego spokoju i pewności, czy może po prostu wiary, nadziei i miłości...

Zresztą oceńcie sami na stronie autora, który już niestety dla nas odszedł na drugą stronę... Wieczne odpoczywanie racz dać mu, Panie...


środa, 1 lipca 2015

Chusta z Manoppello – falsyfikat czy autentyk?


Mam z chustą z Manoppello problem. Z jednej strony wizerunek jest niesamowity, widoczny z obu stron chusty – o czym mogłem przekonać się naocznie w trakcie mojej niedawnej pielgrzymki po włoskich sanktuariach: Oblicze w jakimś dziwnym grymasie, jakby łapania powietrza, otwierania oczu (?). Twarz, która nie jest ładna, może jest opuchnięta, z charakterystyczną plamą na nosie. Na dodatek oglądając ten obraz (?) odnosiłem wrażenie, że twarz zmieniała się nieco w zależności od kąta widzenia. I dziwi także sposób, w jaki oblicze z tej chusty zostało przedstawione. Jeśli zostałoby namalowane ludzką ręką, a intencją autora byłoby przedstawienie Chrystusa, to od razu rodzi się pytanie: dlaczego w taki sposób? Dlaczego nie piękne oblicze Zbawiciela, tylko ten dziwny grymas, częściowo widoczne górne zęby, twarz jakoś dziwnie napuchnięta? Na dodatek czytam i słyszę, że na bisiorze, na którym to oblicze jest uwiecznione, nie ma możliwości nic namalować – farba po prostu spłynie. 

Z drugiej strony, jeśli nie zostało to namalowane ręką ludzką, jeśli faktycznie jest to oblicze zmartwychwstającego Pana Jezusa, to dlaczego oczy wydają się wyglądać jak narysowane lub namalowane ludzką ręką? Podobne wrażenie sprawiają kosmyki włosów. I te dziwne, małe usta. Ale czy one są małe, czy to tylko takie ich nietypowe ułożenie? Czy oczy tylko sprawiają na mnie wrażenie narysowania czy faktycznie tak jest? Nałożenie wizerunku z chusty z Manoppello na Całun Turyński wykazało, że oba wizerunki do siebie pasują i że pasują do siebie charakterystyczne plamy. Tyle tylko, że twarz z chusty z Manoppello wydaje mi się być różna od tej na Całunie. I nie chodzi mi o to, że oczy są otwarte ani o ten dziwny grymas, nawet nie o szczegóły anatomiczne, bo te wydają się zgadzać. Mam wrażenie, że na Całunie Turyńskim mamy człowieka z obfitym zarostem, gęstą brodą i wąsami, a na chuście z Manoppello są ledwo widoczne wąsiki, a i broda nie wydaje się być tak gęsta. Chociaż, gdy przyglądałem się wizerunkowi pod różnymi kątami, wydało mi się, że w pewnym momencie, jakby tej brody było widać więcej i że zależne jest to od punktu, z którego się patrzy. Wciąż wątpliwości nie znikają, a sam wizerunek nie przestaje intrygować. Chciałbym przeczytać naukową albo popularnonaukową pracę, która byłaby szczegółową analizą wizerunku, która krok po kroku konfrontowałaby różne punkty widzenia i wątpliwości i poparta byłaby wnikliwymi badaniami naukowców z różnych dziedzin, jak to miało miejsce w przypadku Całunu Turyńskiego. 

Jeśli jest się we Włoszech, to warto zajrzeć do tej małej miejscowości w górach i obejrzeć oblicze z chusty. Można dosłownie stanąć twarzą w twarz z Chrystusem (jeśli faktycznie jest to Chrystus). Dzieli tylko szyba. Samemu naocznie można się przekonać o niesamowitych właściwościach tego oblicza – przezroczystego, a jednocześnie nasyconego barwami – w jakiś cudowny sposób utrwalonego na bisiorze.

środa, 20 marca 2013

Masakra w Muzeum Narodowym


Wybraliśmy się w ostatnią niedzielę – w ramach odchamiania – z Sobotą do muzeum. Okazja była taka, że prezentowano dzieła z Kolekcji Santander. Ilość zgromadzonych obrazów nie była wprawdzie imponująca, ale w końcu Wrocław to nie Kraków czy inna Warszawa i nie o ilość chodzi, a o jakość. A jeśli chodzi o to ostatnie, to wydane pieniądze z pewnością nie były zmarnowane. Warto zobaczyć wybitne malarstwo „na żywo”, a nie w postaci reprodukcji. Obcowania z autentykiem jednak nie zastąpi nawet najdoskonalsza reprodukcja.

Nie będę wdawał się w dywagacje na temat obejrzanych dzieł sztuki, bo jestem tutaj ignorantem zupełnym, więc raczej nie napiszę nic mądrego. Stwierdzę tylko, że największe wrażenie wywarł na mnie początek wystawy prezentujący dzieła o tematyce religijnej. Święty Jan Chrzciciel nauczający Lucasa Cranacha Starszego, wstrząsający Ecce Homo Luisa de Moralesa, przepiękne obrazy ilustrujące sceny z dzieciństwa Jezusa anonimowego autorstwa czy poruszający Chrystus ukrzyżowany, z Toledo w tle El Greca warte są odwiedzenia Muzeum Narodowego we Wrocławiu, nawet gdyby nie było całej reszty prezentowanej kolekcji. Jest też w pozostałej części zgromadzonych dzieł kilka zapadających w pamięć, naprawdę pięknych, poruszających lub pokazujących kunszt malarski twórcy, który potrafił uwiecznić jakąś chwilę, pokazując wycinek rzeczywistości z pozoru nieistotny, niewarty uwagi, banalny wręcz, a urzekający niezwykłym pięknem.


Jeśli miałbym jakieś zastrzeżenia, to z perspektywy krótkiego czasu takie, że ta mała wystawa to w gruncie rzeczy – z całym szacunkiem dla zgromadzonych prac – „groch z kapustą”. Prezentowany obraz Picassa na przykład na tle wcześniejszych dzieł prezentuje się jak jakiś wygłup, wręcz bohomaz niewarty uwagi. A dwie zaprezentowane prace rzeźbiarskie zdają się być tylko pięknym ozdobnikiem, przypadkowo zaplątanym wśród kolekcji przez nieporozumienie, przynależnym do innej wystawy.

Po nasyceniu naszych oczu tym pięknem postanowiliśmy chwilę odsapnąć i napić się czegoś w muzealnej restauracji. Tymczasem okazało się, że są jakieś problemy z prądem czy ekspresem i na kawę nie było szans. Zaproponowałem, byśmy korzystając z okazji pofatygowali się na ostatnie piętro i zobaczyli wystawę polskiej sztuki współczesnej. Eksponowane na ostatnim, odnowionym piętrze muzeum prace polskich artystów zrobiły przygnębiające wrażenie.

Gdybym miał w jakiś sposób opisać moje odczucia, to powiedziałbym tak: wyglądało to, jakby ktoś wrzucił kilka wiązek dynamitu lub innego materiału wybuchowego w tłum z obrazu Cranacha Starszego, a rezultat powstały po eksplozji umieścił na wystawie jako współczesne dzieła sztuki. Obie wystawy – ta na dole prezentująca Kolekcję Santander i ta na górze pokazująca współczesną sztukę polską – to niebo i ziemia, a właściwie niebo i piekło. Z tym, że piekło znalazło się przez jakieś nieporozumienie na górze odwracając szyderczo dawną hierarchię i system wartości. Także piękno zostało zastąpione przez niebywałą brzydotę.

Jeśli diabeł może w jakiś sposób wpływać na sztukę, inspirować dzieła malarskie, to ta wystawa jest tego szatańskiego natchnienia niewątpliwym przykładem. W końcu brak nadziei, depresja, poczucie bezsensu nie są owocami Bożymi. A dwie wojny światowe w XX wieku nie są chyba wystarczającym wytłumaczeniem. Nawet biorąc pod uwagę masowość dokonywanych zbrodni.

Nie było to moje pierwsze zetknięcie z tymi wytworami współczesnych artystów polskich, ale chyba po raz pierwszy tak bardzo uderzyła mnie tych prac niespotykana brzydota i depresyjne oddziaływanie na widza. Stąd kilka dzieł z dwudziestolecia międzywojennego – znajdujących się na tym samym piętrze – było prawdziwym dla oka wytchnieniem.