Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność sumienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność sumienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Instytucje kultury czy antykultury?

Dzielny arcybiskup Marek Jędraszewski nie przestaje budzić wściekłości środowisk lewicowych i liberalnych. Jego wypowiedź o tęczowej zarazie bardzo je zabolała. Choć krakowski hierarcha nie zaatakował wprost żadnej konkretnej osoby, a jedynie potępił ideologię LGBT, nie przestają się sypać na jego głowę gromy i zwykłe chamskie wulgaryzmy. To wszystko ma znamiona wprowadzania knebla, którym chce się zamknąć usta wszystkim tym, którzy nie idą „z czasem, postępem, osiągnięciami techniki”. Jest też to forma zastraszania, grożenia palcem innym, którzy chcieliby swobodnie podzielić się refleksjami na temat współczesnych totalitarnych ideologii.

Innym przykładem jest przypadek prof. Ewy Budzyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego, która stała się obiektem nagonki wyznawców „tęczowej zarazy”. Pani profesor odeszła w proteście z uczelni po 28 latach pracy. Zamiast ukarać studentów, którzy złożyli na nią skargę, rzecznik dyscyplinarny uczelni przychylił się do ich stanowiska. Pani profesor popełniła myślo-zbrodnię, bo nazwała nienarodzone dziecko człowiekiem i podała zdroworozsądkową definicję rodziny. Tak oto uczelnie wyższe w Polsce – po krótkim okresie trzech dekad wolności – stają się ponownie instytucjami propagującymi totalniacką ideologię. Jakby nikt niczego się nie nauczył z niedawnej historii komunistycznego zniewolenia. Jakby nie było PRL-u i tłumienia wolności słowa. Oto skutki „grubej kreski”!

Teraz do tego wszystkiego czytam, że dwie „instytucje kultury” w Krakowie – MOCAK i Bunkier Sztuki – zrezygnowały z patronatów w Radiu Kraków. Powodem jest obecność na falach tej rozgłośni abp. Marka Jędraszewskiego. Nasuwa się jednak pytanie, czy są to jeszcze faktycznie instytucje „kultury”, czy też może raczej antykultury, które dążą do zniszczenia podstaw wiekowej cywilizacji europejskiej, jaka przetrwała w Polsce mimo dwóch totalitarnych i zbrodniczych reżymów? Może MOCAK powinien zmienić nazwę na „MOCARZ” (choć na glinianych nogach), a Bunkier Sztuki zakupić zapas amunicji i karabinów maszynowych dla swoich tęczowych jaczejek, które pewnie niedługo z niego wylegną na ulice, by wprowadzać rządy „miłości i tolerancji”?


poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Tęczowy PRL-bis

Pewien znany publicysta zamieścił na Twitterze grafikę, która sugerowała powiązanie pomiędzy koloratką a hitlerowskim wąsikiem. Niektórzy wyrażali swoje rozczarowanie tym chamskim „memem”, uważając widać wcześniej owego pana za człowieka większej kultury (szczerze powiedziawszy nie wiem, dlaczego). Jednak w pamięci utkwiła mi przede wszystkim jego odpowiedź na pytanie jednej z osób komentujących: „co to wnosi dobrego?” Otóż ów pan stwierdził, że to „osłabia agresora”!

To typowe. Prawdziwy agresor nazywa ofiarę agresorem, złodziej krzyczy: „Łapać złodzieja!” W końcu prowokacja gliwicka też była wymyślona po to, aby prawdziwy agresor mógł się przedstawiać jako ofiara, która nie miała innego wyjścia. Homobolszewicy nie wymyślili nic nowego, ale stosują tę technikę przy potężnym wsparciu mediów wypaczających rzeczywistość (właśnie miałem okazję przeczytać dzisiaj artykuł w pewnym irlandzkim medium, które obnosi się ze sloganem „Truth matters” – prawda może w tym artykule i była, ale potężnie zmaltretowana i wytarzana w błocie).

Homobolszewikom nie zależy wcale na żadnej tolerancji ani wolności, nie obchodzi ich też prawda. Chcą zamykać usta tym, którzy myślą inaczej niż oni. Zmuszanie ludzi do uczestnictwa w paradach homoseksualnych, tak jak kiedyś w pochodach 1-majowych, to już w niektórych miejscach Europy, np. w Holandii, rzecz normalna. Ta zaraza, „tęczowa zaraza”, jak ją słusznie nazwał abp. Jędraszewski, nawiązując do wiersza Józefa Szczepańskiego „Ziutka”, wkroczyła już do Polski i panoszy się coraz butniej.

Niektórzy może nawet jeszcze nie zdają sobie sprawy ze skali tego, co się dzieje. Ekscytując się wyczynami Kamila D. czy lotami marszałka Kuchcińskiego, być może nie zauważają, że oto znikają kolejne niezależne produkcje i kanały z sieci, bo właśnie do Polski wkroczyła homobolszewicka cenzura, za którą stoi kasa wielkich korporacji. Nie widzę też jakiejś zdecydowanej reakcji rządu, który powinien przecież bronić podstawowych praw i wolności obywatelskich. Czyżby dlatego, że cenzura ta dotyka media, które nie zawsze są tej władzy przychylne?

Homobolszewicy poczynają sobie coraz śmielej i jeśli nie będzie jakiejś zdecydowanej reakcji zarówno rządu, jak i zwykłych obywateli, już za chwilę obudzimy się w PRL-u bis. Jedyna różnica będzie może taka, że półki będą pełne (jak długo?), a zamiast czerwonej flagi, będzie powiewać flaga tęczowa.

Atak na arcybiskupa Jędraszewskiego jest doskonałym przykładem tego, jak działa homobolszewicka propaganda i jak wraca nowe. Mamy już nawet tęczowych księży-patriotów, którzy zgodnie z mądrością nowego etapu wzywają do dymisji krakowskiego hierarchy. Czy po objęciu rządów przez lewicę arcybiskup zostałby internowany? – takie pytanie jeszcze niedawno wydawałoby się absurdalne, dzisiaj okazuje się, że należy je potraktować jak najbardziej poważnie.


poniedziałek, 29 lipca 2019

Homobolszewicka „wolność słowa” – blokada wRealu24 TV

Pisałem już parokrotnie na tym blogu, że homobolszewicy, którzy teraz określają się jako LGBT przyniosą nam mniej więcej taką „wolność” i „tolerancję”, jaką nieśli nam bolszewicy począwszy od roku 1917. Oni chcą po prostu wszelkich swobód dla siebie, łącznie ze swobodą szydzenia ze świętości zarówno religijnych, jak i narodowych, bluźnienia, profanowania i obrażania innych, którzy myślą inaczej od nich. Mieliśmy w ciągu ostatnich miesięcy dosyć takich przykładów, by stworzyć jakąś „Czarną Księgę LGBT”, która by dokumentowała, jak naprawdę wygląda ich pojmowanie „wolności” i „tolerancji”.

YouTube, jeden z monopolistów na rynku medialnym, zablokował właśnie kanał wRealu24 TV. Tak właśnie wygląda „wolność LGBT”. Gołym okiem widać, że tak jak tzw. „demokracja ludowa” nie miała nic wspólnego z demokracją, tak „wolność i tolerancja LGBT” nie mają nic wspólnego z prawdziwą wolnością i tolerancją.

Kiedy jakiś drukarz czy cukiernik, którzy nie są monopolistami na rynku, odmówią wykonania usługi dla homoseksualistów, podnosi się wrzask i skowyt lobby LGBT, padają porównania do hitlerowskich Niemiec, a rzekomo „uciśnionych” homoseksualistów do Żydów itp., itd.

Tymczasem nie zdziwmy się, jeśli w sklepikach i zakładach usługowych drobnych przedsiębiorców zacznie się wybijanie szyb, bo na przykład nalepili sobie naklejkę „Strafa wolna od ideologii LGBT” albo po prostu otwarcie głoszą przywiązanie do nauki Kościoła katolickiego.

To homobolszewicy są prawdziwymi agresorami, to im zależy na tłumieniu wolności słowa, to oni głoszą prawdziwe zabobony, to oni są rzeczywistym zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka.


sobota, 27 kwietnia 2019

Komu wolno przywalić i kogo wolno obrazić, czyli tęczowy zamordyzm w akcji

To, że mamy do czynienia z narastającym zamordyzmem, chyba nie powinno być tajemnicą dla każdej myślącej osoby. Ledwo wyszliśmy z jednego totalitaryzmu, a już wkraczamy w kolejny system zniewolenia. Niestety Polska, zamiast stawiać temu zdecydowany opór (zwłaszcza, że ma tak bogate doświadczenie bycia zniewalaną, którym mogłaby się podzielić i o którym mogłaby uczyć innych), sama w tym procesie w różny sposób partycypuje. Głównie poprzez swoich przygłupich lub może po prostu cynicznych obywateli, którzy dorwali się do różnych stanowisk władzy.

Wraca cenzura. Działa ona na platformach, które usuwają treści konserwatywne lub religijne. Są wprowadzane prawa (na przykład we Francji, ale nie tylko), które zamykają usta np. walczącym z zabijaniem nienarodzonych. Cenzurę próbuje się przywrócić poprzez zabranianie tzw. „mowy nienawiści”, co tak naprawdę jest eufemizmem, mającym zamaskować prawdziwy cel takich przepisów, jakim jest po prostu blokowanie treści „nieprawomyślnych”, czy raczej powinniśmy powiedzieć chyba: „nielewomyślnych”.

Coraz częściej niszczy się wolność sumienia i prawo do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami i wierzeniami. Do szkół wprowadza się idiotyczną ideologię gender. Za krytykę tej ideologii można wylecieć ze szkoły, jeśli jest się nauczycielem, albo trafić do sądu, jeśli jest się rodzicem, który chce uwolnić swoją pociechę od prania mózgu. Lekarzy i pielęgniarki zmusza się do uczestnictwa w tzw. „zabiegach aborcji”, które tak naprawdę są zwykłym zabójstwem bezbronnej istoty i to zabójstwem w majestacie prawa, jak było dawniej w hitlerowskich Niemczech. Katolickie szpitale usiłuje się zmusić do partycypowania zarówno w zabójstwie nienarodzonych, jak i zabójstwie osób starszych i niedołężnych.

Narusza się coraz powszechniej prawo do wolności zgromadzeń, czego przykładem jest zarówno uniemożliwianie konserwatywnych spotkań i wykładów na wyższych uczelniach, które powinny być w szczególności miejscem wolnej wymiany myśli, ale także zabranianie demonstracji ulicznych. Ostatnim takim przykładem jest zakaz Marszu Suwerenności wydany przez Trzaskowskiego, który tutaj idzie niechlubnym śladem swojej poprzedniczki. Jednocześnie promuje się prawo do propagowania zboczeń i ruchów sodomickich, których celem stają się już najmłodsi.

Wielki krzyk podniósł się, kiedy spalono parę ezoterycznych książek przy kościele, by pokazać w ten sposób, że także książki mogą szerzyć zło. Tymczasem coś, z czego sobie żartowałem niedawno, staje się faktem: oto wycofuje się znane baśni dla dzieci ze szkolnego katalogu. Kto nie wierzy, niech sobie przeczyta tutaj (normalnie akurat tej strony bym nie polecał).

To wszystko oczywiście wprowadza się w imię tolerancji i szacunku dla „inności”. Wielki krzyk podnosi się rzecz jasna wówczas, kiedy „obraża się” homoseksualistów, transwestytów i różne inne „inności”. Wtedy krzyczy się o „mowie nienawiści” i braku tolerancji oraz o obrażaniu czyichś uczuć. Są jednak tacy, których uczucia można obrażać w dowolny sposób i dowolną ilość razy. Kiedy wystąpi się z ich obroną, podnosi się wrzask o łamaniu wolności słowa, wolności twórczej i wolności czegoś tam jeszcze. Tą grupą są tzw. „czciciele Wielkanocy”, czyli po prostu chrześcijanie albo po prostu katolicy – jak widać, opętanym już nawet słowo „chrześcijanin” nie chce przejść przez usta. Najnowszym przykładem jest bluźniercza akcja w Płocku. Tęczowi po prostu mają prawo to robić. Tęczowi wprowadzą nam taką „wolność” i „tolerancję”, że piekło będzie się rumienić ze wstydu.


piątek, 23 listopada 2018

Kijem w księdza profesora, zamiast argumentem i faktami

Jestem chyba ostatnią osobą, którą można by posądzić o antysemityzm. O antysemityzmie zresztą pisałem też na swoim blogu. Oczywiście, jak każdy typowy inteligent, wychowany jeszcze w czasach schyłkowego PRL-u, reaguję alergicznie na wszelkiego typu wypowiedzi, które wydają mi się pachnieć antysemityzmem.

Zdaję sobie jednak sprawę z niezdrowej atmosfery panującej w Polsce. Zwrócenie uwagi na fakt, że na przykład jakiś polityk czy dziennikarz jest Żydem od razu wiąże się z możliwym posądzeniem o antysemityzm. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiając ze swoją znajomą, która jest Żydówką, powiedziałem, poruszając jakiś temat, że jest ona „pochodzenia żydowskiego”. Reakcja mojej znajomej była natychmiastowa: „Słuchaj, ja nie jestem pochodzenia żydowskiego, ja jestem po prostu Żydówką! Stuprocentową Żydówką! Oboje moi rodzice byli Żydami”. Oczywiście użyłem nie bez przyczyny zwrotu „pochodzenia żydowskiego” – przecież jako Polak mam zakodowane, że stwierdzenie: „Pani taka a taka to Żydówka” to niemal jak nawoływanie do pogromów.

Próba poruszenia jakichś niezbyt przyjemnych faktów związanych z postępowaniem przedstawicieli społeczności żydowskiej w Polsce w czasach przedwojennych, w trakcie wojny lub po wojnie to jak napraszanie się o śmierć cywilną, zwłaszcza jeśli jest się naukowcem. Można pisać o kolaboracji Polaków z okupantem, można posądzać ich o większy antysemityzm od hitlerowców, można najgorsze kalumnie wypisywać o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale napisać o kolaboracji obywateli żydowskich czy o ich udziale w systemie represji wymierzonym w Polaków po II wojnie światowej to już stawianie się poza marginesem oficjalnego świata akademickiego czy dziennikarskiego. Nie mówię już o takich faktach, jak próby weryfikacji liczby Żydów pomordowanych w obozach koncentracyjnych czy choćby w Jedwabnem. To jak podważanie niepodważalnej prawdy objawionej.

Ba! Jak pokazywałem na przykładzie „Kupca weneckiego”, nawet literatura piękna jest interpretowana na nowo tak, by dostosować się do tego terroru poprawności politycznej w kwestii żydowskiej.

Jednak rzecz nie dotyczy jedynie minionych dziejów czy polityki. Całkiem niedawno dowiedziałem się od pewnego profesora rzeczy zdumiewającej, otóż powiedział mi, że w Polsce, w kraju, w którym mówi się o długiej historii stosunków polsko-żydowskich, w którym podkreśla się wzajemne relacje polsko-żydowskie, w którym zwraca się uwagę na koegzystencję tych dwóch kultur i narodów obok siebie przez wieki, w którym istnieją muzea żydowskie, w tymże kraju nie można prowadzić na przykład badań nad... Talmudem! Wszelkie próby naukowych dociekań na temat tej ważnej przecież księgi mogą się zakończyć złamaniem kariery naukowej! Nie mogłem w to uwierzyć. Pan profesor podał mi pewne przykłady, ale uświadomił mi jeszcze jedną rzecz: nie istnieje polski przekład Talmudu! Tak po prostu! Wieki wspólnej egzystencji, przenikania się kultury żydowskiej i polskiej, piękne przemówienia i uroczystości, jarmułki na głowach dostojników państwowych..., a tymczasem okazuje się, że nie ma ani badań nad Talmudem, ani polskiego tłumaczenia tej księgi! I jak tu nie wierzyć w spiski?

Oczywiście, jednym z winowajców wyżej opisanego stanu rzeczy (ale rzecz jasna nie tego, że brakuje polskiego przekładu Talmudu, nie mówiąc już o naukowych badaniach!) jest sam Adolf Hitler i okrucieństwa, jakie popełniono w czasie II wojny światowej. Żyjemy w sytuacji szantażowania Holokaustem. Jakakolwiek krytyka Żydów, kultury żydowskiej, mentalności żydowskiej, żydowskiej etyki to po prostu mowa nienawiści i niemal nawoływanie do budowania nowych obozów koncentracyjnych. Do licha! Tak dłużej być nie może! Należy odróżnić zwykłą nienawiść do jakiegoś narodu, rasy czy konkretnego człowieka od dociekań naukowych opartych na faktach. To pierwsze należy potępiać. W tym drugim przypadku należy się ścierać na gruncie faktów, na gruncie dociekań naukowych, na gruncie logiki.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? A to dlatego, że żyjemy w czasach pogłębiającego się zamordyzmu. I to zamordyzmu, który wprowadzają nie brutalni żołdacy, ale panowie w eleganckich garniturach czy nawet noszący na szyi koloratki. Kiedy przyjeżdża jakiś kontrowersyjny naukowiec, kontrowersyjny dlatego, że głosi prawdy niepopularne w mediach głównego ścieku czy poglądy nieprzystające do powszechnie uznawanej wizji świata, to okazuje się, że spotkania z jego udziałem na terenie uniwersytetu nagle są odwoływane! Uniwersytet, który powinien być miejscem wolności badań naukowych i wymiany myśli, okazuje się miejscem dla wybranych i głoszących jedynie słuszne poglądy. Prof. Zygmunt Bauman – tak. Prof. Paul Cameron – nie. Prof. Magdalena Środa – tak. Ks. prof. Tadeusz Guz – nie. Reżyser Wojciech Smarzowski – tak. Reżyser Grzegorz Braun – nie. Jeśli któryś z prelegentów głosi bzdury, to przecież cóż łatwiejszego? Należy wysłać kilku łebskich gości, którzy rozbiją jego argumentację w drobny mak. Oczywiście nie kijem baseballowym, ale siłą logicznego rozumowania i udokumentowanymi faktami. Tymczasem coraz powszechniejszą praktyką – zresztą nie tylko w Polsce – jest zastosowanie tego pierwszego – nawet jeśli nie jest to dosłownie kij baseballowy (a i użycie przemocy się zdarza), a na przykład odmowa wynajęcia sali czy nagonka medialna i utrącenie kariery naukowej.

Coś podobnego ostatnio zdaje się spotykać ks. prof. Tadeusza Guza. Sam ksiądz profesor zareagował tak, jak zareagować powinien każdy naukowiec, którego poglądy się kwestionuje – zaproponował debatę naukową iwspólne poszukiwanie prawdy. Jeśli poglądy głoszone przez ks. prof. Guza to niczym nie poparte bzdury, to cóż prostszego, niż udowodnić to publicznie, nawet w transmitowanej przez media dyskusji naukowej? Internet umożliwia w dzisiejszych czasach udostępnienie takiej debaty na cały świat w czasie rzeczywistym. Jeśli argumenty ks. prof. Guza zostałyby podważone logiczną argumentacją, popartą naukowymi dowodami i niezbitymi faktami, to jemu samemu pozostałoby już tylko wycofać się w niesławie z życia naukowego. Jeśli natomiast okazałoby się, że jego poglądy mają solidne podstawy, to wówczas nasuwałoby się pytanie: Dlaczego Polska Rada Chrześcijan i Żydów domaga się od jego zwierzchników działań dyscyplinarnych i dąży do tłumienia wolności badań naukowych?

Ci, którzy nie znają szczegółów sprawy, znajdą zarówno list ks. prof. Tadeusza Guza, jak i Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów w linkach zamieszczonych w powyższym akapicie. Natomiast ci, którzy uważają, że w tej sprawie nie można milczeć i popierają propozycję ks. prof. Tadeusza Guza, nawet jeśli sami nie zgadzają się z jego poglądami, ale cenią wolność dociekań naukowych, mogą podpisać petycję w obronie duchownego tutaj.


piątek, 12 października 2018

Dobra wiadomość z Norwegii!


Okazuje się, że jest jeszcze sprawiedliwość na tym świecie. Dr Katarzyna Jachimowicz, która została zwolniona z pracy za odmowę m.in. zakładania pacjentkom wkładek wczesnoporonnych, wygrała w Sądzie Najwyższym Norwegii proces, jaki wytoczyła swojemu pracodawcy. Decyzja pracodawcy naruszała wolność sumienia pani doktor.

Zauważmy, że także u nas są środowiska i politycy, którzy chcieliby uniemożliwić lekarzom protest przeciwko praktykom niezgodnym z ich sumieniem i odmowę wykonania tzw. „zabiegów”, czyli zamordowania nienarodzonego dziecka. To samo zresztą dotyczy przymuszania aptekarzy do wydawania środków antykoncepcyjnych.

Zmiany w prawodawstwie Irlandii, które popierali tacy użyteczni idioci, jak słynny piosenkarz Bono, doprowadziły do sytuacji, w której próbuje się tam już po zmianie prawa łamać sumienia lekarzy i przymuszać ich do wykonywania „usług”, które są niezgodne z ich sumieniem. Warto zapamiętać nazwisko irlandzkiego lekarza, dr Brendana Crowley’a, który występuje w obronie nienarodzonych i sprzeciwia się łamaniu sumień lekarzy i przymuszania ich do m.in. kierowania pacjentek do innego lekarza, by mogły zabić swoje dziecko.

Jak widać, obrona tzw. „praw kobiet” prowadzi do tworzenia systemu wręcz totalitarnego, w którym nie ma miejsca na wolność sumienia. Dobrze, że są jeszcze tacy dzielni lekarze, jak dr Jachimowicz czy dr Crowley, którzy mają odwagę przeciwstawić się zamorodyzmowi w białych rękawiczkach. Bronią także naszej wolności.

sobota, 16 czerwca 2018

Rzecznik Praw Niektórych


Nie wiem, czy w „Najwyższym Czasie” jest w dalszym ciągu dział „Postępy postępów”, ale chyba w ostatnich czasach mamy taki zalew postępowych niebezpiecznych kretynizmów, że ten dział nie nadążyłby z ich drukowaniem, słowem: najwyższy czas zacząć się bać.

Ot, na przykład irlandzki premier po uchyleniu ósmej poprawki do konstytucji już zapowiedział, że szpitale katolickie nie będą mogły odmówić wykonania aborcji, czyli mówiąc wprost – zamordowania w warunkach klinicznych nienarodzonego człowieka (notabene, dzięki, Bono, za Twój współudział w tej zbrodni, możesz dalej śpiewać swoje słodkie piosenki o Jezusie, po prostu: „Peace, man!”). W Australii z kolei na poważnie rozpatruje się zmianę prawa tak, by zmusić księży do złamania tajemnicy spowiedzi. Można to skwitować stwierdzeniem: tam, gdzie uchyla się prawa Boże, wolność kwitnie tak, że aż chwyta za gardło i nie puszcza.

Także u nas, choć Polska w sposób szczególny doświadczyła koszmaru totalitaryzmów i jej przeciętny mieszkaniec powinien być wyczulony na wszelkie nieodpowiedzialne i groźne dla życia brednie, nie brak takich, którzy chcą się znaleźć w czołówce postępowej ludzkości. Z pewnością pragnie w niej być Adam Bodnar, rzekomo Rzecznik Praw Obywatelskich, a tak naprawdę Rzecznik Praw Niektórych.

Niedawno media obiegła wiadomość, że drukarz, który odmówił druku materiałów LGBT, został uznany przez Sąd Najwyższy za winnego. Sąd wydał „salomonowy” wyrok, bo jednocześnie odstąpił od nałożenia na drukarza grzywny. Wyrok skandaliczny, bo naruszający podstawowe wolności i prawa człowieka, choć z drugiej strony, jeśli dobrze się orientuję (a nie zamierzam udawać znawcy w dziedzinie prawa), opiera się on o prawo, które powstało jeszcze w czasach PRL-u.

Jeśli słuszne jest moje przypuszczenie (a nawet jeśli jest to prawo uchwalone później), to normalny Rzecznik Praw Obywatelskich powinien zasugerować zmianę przepisów, a konkretnie art. 138 Kodeksu Wykroczeń, aby zagwarantować wolność zarówno działalności gospodarczej, jak i wolność sumienia (Ordo Iuris zwraca uwagę na niebezpieczeństwo wykładni Sądu Najwyższego dla tych wolności właśnie, które gwarantuje konstytucja – notabene gdzie te protesty KOD-ziarzy? Konstytucja! Konstytucja!).

Tymczasem jednak mamy Rzecznika Praw Niektórych, a nie Obywatelskich, gdyż jego reakcja jest taka: „Orzeczenie SN potwierdza, że usługodawca nie ma prawa kategoryzowania czy selekcjonowania klientów wyłącznie w oparciu o ich cechę osobistą. W wyjątkowych przypadkach wolność sumienia i wyznania uzasadnia odmowę świadczenia usługi, ale wydrukowanie roll-upu z logotypem fundacji nie jest takim wyjątkowym przypadkiem”.

Tak więc nasz Rzecznik Praw Niektórych stwierdza, że jako osoba prowadząca prywatny biznes mogę odmówić wykonania usługi tylko w „wyjątkowym przypadku”! Zakładam, że ów drukarz uważa promowanie homoseksualizmu za zło, jest to sprzeczne z jego sumieniem, ma poczucie, że współuczestniczyłby w promowaniu tego zła, gdyby zgodził się wydrukować czy to logo czy jakieś inne materiały promujące sodomię, ale Rzecznik Praw Niektórych uważa, że jest to „kategoryzowanie (...) wyłącznie w oparciu o (...) cechę osobistą” klienta! Czy jeśli przyjdzie do niego lub innego drukarza ktoś ze zleceniem wydrukowania materiałów pornograficznych, a drukarz odmówi, to też jest to „selekcjonowanie” ze względu na „cechę osobistą” czy już „wyjątkowy przypadek”? Co to za bzdury!

Adam Bodnar, czyli Rzecznik Praw Niektórych, powinien podać się do dymisji i przestać sprawować urząd, który piastuje, bo uzurpuje sobie miano, które mu nie przysługuje i wprowadza w błąd publikę. Nie potrafi też dostrzec zagrożeń dla podstawowych praw człowieka, w tym przypadku wolności sumienia i wypowiedzi, jak i wolności prowadzenia działalności gospodarczej. Zamiast bronić obywatela i jego praw, broni tak naprawdę obłędnej ideologii, która dąży coraz bardziej do łamania sumień i wolności wypowiedzi, a nawet wdziera się w życie rodzin, naruszając prawo rodziców do wychowania własnych dzieci.