Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież Franciszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież Franciszek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 stycznia 2020

Nowy rok z papieżem

Wiadomość z przełomu roku, która w dalszym ciągu rozgrzewa media społecznościowe (u nas chyba mniej niż na Zachodzie), to wideo z papieżem, który uderzył dłonie kobiety, gdy ta chwyciła go za ręce. Kobieta pewnie nie zdała sobie sprawy z faktu, że sprawiła ojcu świętemu ból szarpiąc go za ręce. Może chciała mu coś powiedzieć (słychać jak coś do niego woła), a może po prostu chciała choć przez chwilę być blisko kogoś, kogo katolicy traktują jak ojca. Może tylko chciała, by ktoś uwiecznił ją na zdjęciu. Można domniemywać, co nią kierowało, ale chyba nie jest to tutaj istotne. Nie wiem nawet, czy ktoś próbował ją odnaleźć i dowiedzieć się, co czuje i co nią kierowało. Kiedy z żoną w sylwestrowy wieczór zobaczyliśmy ujęcia wykrzywionej twarzy papieża Franciszka z placu św. Piotra, oglądaliśmy to z dużą przykrością.

Przeglądając reakcje komentatorów, spotkałem się z opiniami tych, którzy uważają – często nie bez pewnej satysfakcji – że to prawdziwe oblicze ojca świętego. Z drugiej strony są tacy, którzy bronią papieża, sugerując, że przecież każdy z nas może się zdenerwować, każdemu mogą puścić nerwy. A poza tym papież Franciszek następnego dnia przeprosił za swoje zachowanie, a w zasadzie za zły przykład, jaki podał. Spotkałem się nawet z opinią pewnego krytyka obecnego biskupa Rzymu, który powiedział, że w tym przypadku wyjątkowo pochwala zachowanie ojca świętego.


No cóż... nie będę pisał, że czuję satysfakcję, że wyszło szydło z worka. Bo nie czuję żadnej. Choć mam przeświadczenie, że trudno sobie wyobrazić taki incydent w przypadku Jana Pawła II czy Benedykta XVI, a przecież też uczestniczyli w różnych spotkaniach z ludźmi (chyba żaden do tej pory tak często, jak św. Jan Paweł II). Zgoda też, że każdemu z nas mogą puścić nerwy. A jednak niesmak pozostaje...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: dziecko szarpie nas boleśnie za ręce. Pewnie wiele osób zareagowałoby w tej sytuacji tak, jak papież Franciszek. Sądzę jednak, że chwilę potem uświadomiłoby sobie swój błąd. Zwłaszcza, gdyby dziecko się rozpłakało. Normalny rodzic z pewnością szybko by je przytulił, wytłumaczył, że nieświadomie sprawiło mu ból.

Przyznam się, że takiej reakcji oczekiwałem, kiedy oglądałem te zdjęcia z placu św. Piotra. Tymczasem ojciec święty odszedł z wykrzywioną twarzą. Kobieta stała tam zażenowana.

Nie bronię jej, bo w końcu też powinna pomyśleć. Żal, że do takiego incydentu doszło. Nie pierwszy to zresztą przypadek dziwnego zachowania papieża Franciszka. Nie chcę go osądzać. Jednak smutek i żal pozostaje. To prawda: nie jest nadczłowiekiem. Ale chciałoby się, by był wzorem kochającego ojca.


poniedziałek, 25 listopada 2019

Jezuita promuje ohydne bluźnierstwo! Gdzie są jego przełożeni?

Amerykański jezuita o. James Martin, znany także w Polsce, ponownie wywołał zgorszenie. Tym razem zamieścił na Twitterze na pozór niewinny komentarz do piątkowego czytania z Ewangelii: „Dzisiaj Jezus wypędza przekupniów ze świątyni (Łk 19). Uczeni od NT mówią, że było to jedno z głównych wydarzeń, które przyspieszyło Jego egzekucję. Jednak Jezus nie jest zastraszony przez swoich przeciwników. Inna Ewangelia mówi, że gorliwość o dom Jego ojca, pochłania Go. Zauważcie także, że Jezus – kontynuuje duchowny – nigdy nie jest zły ze względu na siebie samego (nawet na krzyżu), ale ze względu na innych (tutaj ze względu na znieważenie domu Ojca przez tych, którzy dążą do zysku). Bądź gorliwy w obronie innych, szczególnie ubogich i marginalizowanych oraz wszystkich tych, którzy są bezbronni”.

Wprawdzie ktoś, kto zna aktywność o. Jamesa Martina SJ, mógłby zawahać się przy „marginalizowanych” i „bezbronnych”, czując, że nie są to tak niewinne określenia, jakby się wydawało, ale autor wpisu bez trudu mógłby się wybronić przed wszelkimi zarzutami o nieprawomyślność. Także ilustracja, którą opatrzył swój komentarz, wywołuje mieszane uczucia – Pan Jezus przedstawiony jest na niej jako młodzieniec z grzywką, w garniturze i podkoszulce, który wywraca stół we współczesnym otoczeniu. I znów – co ostrożniejsi mogą czuć, że coś tutaj nie gra, ale stwierdzić, że ostatecznie jest to zaznaczenie nieprzemijającej wymowy tej sceny z Biblii.

Tymczasem duchowny, który niedawno chwalił się półgodzinnym spotkaniem z ojcem świętym, nie pozostawia wątpliwości, jakie są jego prawdziwe intencje. Podał nazwisko autora tej ilustracji, którym jest Douglas Blanchard. Tu już trudno uwierzyć w przypadek, bowiem obraz pochodzi z bluźnierczego i obrzydliwego cyklu „The Passion of Christ: A Gay Vision”, w którym Zbawiciel jest przedstawiony jako młody homoseksualista, a Trójca Święta jako związek dwóch homoseksualistów, których łączy Duch Święty przedstawiony jako kobieta! Pod pozorem dobra amerykański jezuita sieje zgorszenie i promuje ohydne bluźnierstwo.

Naprawdę trudno, by nie wywołało to zgorszenia i oburzenia. Jest to tak wstrząsające, że czytelnik musi się zapytać: Co robią przełożeni o. Jamesa Martina SJ? Czy są ślepi? Naprawdę tego nie widzą? Dlaczego ten ewidentny bluźnierca i heretyk (bo co do tego nie ma już chyba wątpliwości?) dalej prowadzi swobodnie swoją działalność i wprowadza w błąd łatwowiernych, w tym młodzież? Jak długo jeszcze będzie trwać to zgorszenie?

Ci, którzy mają mocne nerwy, mogą dowiedzieć się więcej na portalu „Life Site News”.


środa, 9 października 2019

Czy Pan Jezus był Bogiem? Co naprawdę powiedział papież Franciszek?

Anglojęzyczne media społecznościowe i nie tylko społecznościowe, zwłaszcza te katolickie, buzują (nie wiem, jak jest w niemieckojęzycznych, francuskojęzycznych itp., itd.). Eugenio Scalfari z „La Repubblica” puścił w świat kolejną wiadomość podważającą ortodoksyjność papieżaFranciszka. Tym razem rzekomo ojciec święty miał zanegować Bóstwo Pana Jezusa, gdy stał się człowiekiem.

Przypomnijmy, że to nie pierwszy taki „news” puszczony w świat przez Scalfariego. Poprzedni dotyczył rzekomego zakwestionowania piekła przez papieża Franciszka. A teraz taka w czasie kontrowersji wokół tzw. synodu amazońskiego i dziwnych obrzędów mu towarzyszących Scalfari wypuszcza w świat jeszcze i tę rzekomą wypowiedź obecnego biskupa Rzymu. Włos się na głowie jeży.

Watykan wydał wprawdzie oświadczenie, ale i ono z kolei budzi wątpliwości dziennikarzy.

Pamiętajmy jednak, że cokolwiek by się działo, bramy piekielne Kościoła nie przemogą. I ostatecznie to do Chrystusa należy zwycięstwo. Zatem: Nie lękajmy się!


wtorek, 8 października 2019

Dokąd zmierza Kościół katolicki i co mówią o tym Amerykanie?

Albo raczej: ku czemu chcą zmierzać niektórzy hierarchowie tego Kościoła? Amerykańscy publicyści, zwłaszcza ci, których moglibyśmy określić mianem „konserwatywnych”, z reguły nie owijają słów w bawełnę i dość ostro krytykują obecną sytuację w Kościele katolickim. Nie wahają się nawet z krytyką papieża, zwracając uwagę na to, że Kościół nie należy do papieża i że jego rolą jest głoszenie prawdy Chrystusa jasno i bez dwuznaczności. I niewątpliwie to dlatego ojciec świętych wspomniał Amerykanów w jednej ze swoich wypowiedzi, mówiąc, że uznaje to za zaszczyt, iż go atakują.

Michael Voris należy do tych krytyków obecnej sytuacji w Kościele, którzy walą prawdę prosto w oczy (albo jak kto woli: mówią, co myślą). Z pewnością warto posłuchać, co ma do powiedzenia, chociaż w Polsce taka krytyka może się wydawać niektórym aż nazbyt ostra. Wierni katolicy u nas mają bowiem często opory z wyrażaniem krytycznych opinii o duchowieństwie. Także dlatego, że jest ono niesprawiedliwie atakowane przez lewicę.

Tak zwany synod amazoński to kolejny przykład narastających kontrowersji w Kościele za tego pontyfikatu. Posłuchajmy zatem, co Amerykanie mają do powiedzenia:


sobota, 6 lipca 2019

Już wkrótce beatyfikacja arcybiskupa Fultona J. Sheena!

Kiedy wczoraj zamieszczałem kolejny odcinek z cyklu „Corner Shop”, nie przypuszczałem, że następnego dnia dotrze do nas dobra nowina: O uznaniu przez papieża cudu za wstawiennictwem arcybiskupa Fultona J. Sheena. Oznacza to, że wreszcie arcybiskup zostanie ogłoszony błogosławionym.

Proces beatyfikacyjny był wstrzymany trwającym trzy lata procesem z archidiecezją Nowego Jorku o wydanie doczesnych szczątków arcybiskupa Fultona J. Sheena. Mimo, że według wcześniejszych ustaleń trumna z arcybiskupem miała być przewieziona do Peorii, gdzie Sheen miał spocząć w grobowcu, kardynał Dolan nie chciał jej wydać. Bratanica Sheena, starsza już pani, musiała chcąc nie chcąc wdać się w proces sądowy, który archidiecezja Nowego Jorku przegrywała kilka razy i ponownie się odwoływała. Wreszcie ciało arcybiskupa zostało decyzją sądu wydane i przewiezione do diecezji w Peorii. Tym samym został wznowiony proces beatyfikacyjny i właśnie dzisiaj dotarła wspaniała wiadomość o uznaniu cudu, który jest podstawą do beatyfikacji arcybiskupa Sheena.

Zachęcam tym samym czytelników mojego bloga także do oglądania poprzedniego odcinka mojego wideobloga na temat książki Warto żyć. Miejmy nadzieję, że niewiele czasu upłynie, a Sheen zostanie również ogłoszony świętym, o co należy się modlić. Także prosząc go o wstawiennictwo w naszych potrzebach lub potrzebach bliskich nam osób.


piątek, 21 września 2018

Episkopat jak drogówka, czyli matka siedzi z tyłu


Żyjemy w chwili być może jednego z największych kryzysów w dziejach Kościoła katolickiego. Niektórzy katolicy świeccy w Stanach Zjednoczonych domagają się wręcz ustąpienia papieża Franciszka, a przede wszystkim solidnego śledztwa na temat świadectwa arcybiskupa Vigano i wyczyszczenia tej stajni Augiasza żelazną miotłą. W mediach amerykańskich zarówno katolickich, jak i świeckich wre, co jakiś czas na światło dzienne wychodzą nowe fakty.

Jednym z ciekawszych wątków w tej całej sprawie jest m.in. infiltracja Kościoła katolickiego w USA przez komunistów i umieszczanie w seminariach kandydatów, których celem było rozwalenie Kościoła od środka. Komentatorzy przypuszczają na podstawie świadectwa nawróconej komunistki Belli Dodd, że to jest jedno ze źródeł obecnej sytuacji w amerykańskim Kościele. Sama Bella Dodd opowiedziała Dietrichowi i Alice von Hildebrand, że udało się jej umieścić ponad 1000 młodych mężczyzn w różnych seminariach, którzy udawali wiernych katolików.

Co z tego dociera do polskich czytelników, widzów i słuchaczy? Czy przeciętny katolik jest świadom tego, co dzieje się w Kościele katolickim? Zaznaczam: tu nie chodzi o jakiś zbór protestancki, który targany jest skandalem i którego hierarchia nie chce potraktować poważnie problemu. Tu chodzi o Kościół katolicki, czyli Kościół powszechny! W ciągu minionych tygodni chyba tylko raz zdarzyło mi się usłyszeć na Mszy kapłana, który w modlitwie wspomniał trudną sytuację w Kościele katolickim. Może mam pecha. A przecież prośba o pomyślne rozwiązanie tego kryzysu powinna być główną intencją każdej Mszy św. i każdego nabożeństwa. 

Wydaje się, że nasi hierarchowie postępują w myśl zasady:

Niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna.

Gdzie „wieś” symbolizuje po prostu Polskę. Po co w końcu niepotrzebnie burzyć spokój przeciętnemu Kowalskiemu? Niech żyje sobie w błogiej nieświadomości.

Taki obraz polskiego Kościoła chyba chcą polscy biskupi posłać również w świat, którym wstrząsają wspomniane wyżej kolejne informacje o skandalu homoseksualnym w Kościele katolickim. Cóż bowiem takiego uznano za temat godny uwagi czytelnika zagranicznego i przetłumaczenia na język angielski oraz umieszczenia na oficjalnej stronie Episkopatu? Ekumeniczną (tak, tak – ekumeniczną!) akcję, której celem jest bezpieczeństwo na drodze! Nie wierzycie, to sobie zerknijcie tutaj.



Dodam, że do tej pory angielska wersja strony Episkopatu była dość rzadko aktualizowana, a przynajmniej w nieregularnych odstępach. Wydawałoby się więc, że jeśli już coś zostaje tu zamieszczone, to powinna to być przynajmniej naprawdę istotna kwestia dla Kościoła i wiernych (i nie chodzi mi o to, bym lekceważył bezpieczeństwo na drogach). Być może dla tłumacza zatrudnionego przez biskupów to takie wprawki w różnej tematyce, więc treść tak naprawdę nie jest istotna. Też ciekawe zajęcie.

A swoją drogą, mówiąc poważnie, przykład zdaje się iść z góry. Ojciec święty wśród skandalu molestowania seksualnego uznał, że ważnym tematem są plastykowe butelki wyrzucane do oceanu. Świeccy w Stanach Zjednoczonych domagają się jego ustąpienia, a papież Franciszek mówi o plastykowych butelkach! Może nic dziwnego zatem, że miał ostatnio czas dla proaborcyjnego piosenkarza Bono, a nie ma do tej pory tego czasu na odpowiedź na dubia lub dla argentyńskich kobiet, ofiar molestowania seksualnego, które chciałyby się z nim spotkać.

wtorek, 20 marca 2018

Corner Shop: Niepokojąca wizja Bensona - jak najbardziej współczesna


Niedawno w cyklu „Corner Shop” pisałem trochę o pisarzach katolickich języka angielskiego. Otóż jednym z niedocenionych i nieco zapomnianych wydaje się być Robert Hugh Benson, aczkolwiek jest to zarówno dość ciekawy autor, jak i nietuzinkowa postać. Jeśli na przykład ktoś chciałby poznać problemy i dylematy, na jakie musi się natknąć myślący i dążący do prawdy anglikanin, to powinien koniecznie przeczytać jego autobiograficzne Confessions of a Convert. Swoją drogą nie potrafię zrozumieć, jak C.S. Lewis, w końcu jeden z błyskotliwszych umysłów literatury angielskiej, mógł pozostawać anglikaninem po przeczytaniu tej książki, a nie chce mi się wierzyć, że nie miał jej w ręku. Wprawdzie stawianie jej na równi z Wyznaniami św. Augustyna jest nieco przesadne, ale bez wątpienia jest to dziełko warte uwagi. Także ze względu na odwagę autora, który potrafił nie tylko wyciągnąć wnioski ze swoich przemyśleń, ale również podjąć działanie i nawrócić się na katolicyzm.

Sprawa Bensona jest nieco zdumiewająca. Bo jeśli Jego Confessions trudno stawiać na tym samym poziomie, co dzieło św. Augustyna, choć podkreślam – książka to ważna, to inny jego utwór powinien zdecydowanie być wymieniany jednym tchem ze słynnymi dystopiami, takimi jak Nineteen Eighty-Four G. Orwella, New Brave World A. Huxleya czy nieco może już zapomniana powieść Raya Bradbury’ego Fahrenheit 451. Mam tu na myśli powieść Lord of the World.

Jeśli nawet dystopia Orwella się nieco zestarzała, choć zagrożenia tam opisywane nie znikły wraz z upadkiem, czy też transformacją komunizmu w Europie Środkowej i Związku Sowieckim, to Lord of the World wydaje się być powieścią niepokojąco aktualną. Tak samo zresztą jak New Brave World Huxleya.

Trochę o tej powieści zrobiło się głośniej, kiedy najpierw nawiązał do niej kardynał Ratzinger, a potem polecił ją wiernym sam papież Franciszek. Także w Polsce doczekała się przynajmniej jednego przekładu, choć nie miałem go w ręku, więc trudno mi ocenić jego zalety lub wady. Co ciekawe, to niektórzy krytycy obecnego ojca świętego zdają się sugerować, że właśnie wiedzie swymi działaniami Kościół w kierunku, który został opisany w tej powieści. A dziełko Bensona wyszło przecież w roku 1907!

Dystopia angielskiego konwertyty jest interesująca zarówno dla katolików, jak i dla miłośników fantastyki. Miłośnicy fantastyki potraktują ją jako uroczą ramotkę, w której pojawiają się różne ciekawe wizje przyszłości, nieco już... hm... przestarzałe, choć można sobie je wyobrazić jako możliwy scenariusz rzeczywistości alternatywnej. Notabene chętnie zobaczyłbym film, który zachowałby te elementy powieści Bensona. Wyobrażam to sobie jako film, który oddałby ten klimat przy pomocy nowoczesnych środków technicznych, jakim dysponuje współczesne kino. Trochę może jak słynna, choć nie do końca udana Diuna Davida Lyncha, a więc bez wad tamtego filmu.

Katolicy, ale także czytelnicy dobrej literatury, odkryją w Lord of the World ciekawe zbieżności z Krótką opowieścią o Antychryście Włodzimierza Sołowjowa. Nie badałem sprawy, więc nie wiem, czy Benson się inspirował tym dziełkiem rosyjskiego pisarza. Jeśli dobrze się orientuję, to Sołowjow napisał swój tekst wcześniej. Pytanie, czy Benson mógł mieć do niego dostęp? A może to po prostu ogólna atmosfera wówczas panująca i stąd wyczuleni twórcy, myślący podobnie, nadawali na podobnej częstotliwości? Nie wiem. Z pewnością jest to rzecz warta zbadania.

W każdym razie Benson przedstawia w powieści napisanej ponad sto lat temu coś, czego zdajemy się być świadkami. Jego dystopia prezentuje bowiem wizję świata, w której katolicyzm kurczy się, spychany do getta, gdy świat jednoczy się pod wodzą charyzmatycznego Felsenburgha. Oczywiście w imię humanitaryzmu, tolerancji i pokoju. W imię tych ideałów katolicy stają się ofiarami prześladowań, a księża apostaci włączają się aktywnie w budowanie nowego świata, stając się celebransami nowych obrzędów i nowych świąt świeckiego państwa.

Nie chciałbym zdradzać zbyt wiele, ale z takich ciekawostek wymieniłbym na przykład, że w tym upiornym hiperpaństwie przyszłości, które okazuje się być zatrważająco współczesne, eutanazja jest jednym z „dóbr” oferowanych „oświeconej” ludzkości, która porzuciła stare zabobony.

Rzecz jasna Felsenburgh to nie żaden zbawca, ale fałszywy prorok, Antychryst. Siłą rzeczy musi więc dojść do starcia z namiestnikiem Chrystusa. Zresztą... po prostu poczytajcie, reszty dowiecie się z książki...

PS
Jeśli ktoś ma czytnik typu Kindle, to może książkę Bensona ściągnąć sobie za śmieszne pieniądze z księgarni Amazon. To jest zresztą niebywała zaleta czytników elektronicznych - czytelnik ma nagle do dyspozycji coraz większą bibliotekę klasyki, która jest często dostępna albo za grosze, albo całkowicie za darmo.


Robert Hugh Benson, Lord of the World, różne wydania.

wtorek, 6 lutego 2018

Nie tylko o papieżu Franciszku, czyli „Ofiary Amora i Leticji”


Po rozczarowaniach filmowych może warto zająć się czymś poważniejszym niż popkultura. Wspomniałem już tutaj kilka razy o zamieszaniu związanym z adhortacją apostolską Amoris laetitia. Jeśli ktoś chce zgłębić temat i wyjść poza schemat ataku na papieża Franciszka lub jego obrony, w którym część komentatorów się obraca, może warto by sięgnął po najnowszy numer dwumiesięcznika „Polonia Christiana”. Znajdzie tutaj blok tekstów zatytułowany „Ofiary Amora i Leticji”, które pozwolą mu zgłębić istotę samego problemu.

Przede wszystkim artykuły pomieszczone w tym dziale styczniowo-lutowego numeru czasopisma dają tło historyczne całej sprawy. Jak pisze Mateusz Ziomber na początku swojego tekstu „Starcie ze światem”:

Kościół powinien „pojednać się” ze współczesnym światem – to myśl o zaskakująco długiej historii i równie pomijanych konsekwencjach. Skutkiem tego „pogodzenia się” jest – w ostatecznym rachunku – odejście od nadprzyrodzonej wiary, odrzucenie Objawienia i samego Chrystusa. Stawką nie jest w tym przypadku przyszłość Kościoła, tylko sposób, w jaki realizuje on swoją misję. A więc rzecz najważniejsza: zbawienie dusz.

O „Korzeniach buntu” pisze również Piotr Doerre w artykule o takim właśnie tytule, zwracając uwagę na to, że rzeczą, która różniła zawsze Kościół ze światem, była etyka seksualna. I dzisiaj podobnie ten konflikt trwa. Rozgrywa się również wewnątrz samego Kościoła, ale nie zaczął się od pontyfikatu papieża Franciszka, tylko dużo wcześniej. Autor porusza wiele interesujących wątków, także związanych z koncepcją ograniczenia populacji ludzkiej oraz wprowadzenia w obieg terminu „kontrola urodzin” i buntu wobec encykliki Humanae vitae wywołanego „przez kościelnych intelektualistów, kler i episkopaty niektórych krajów”.

Wywiad z chilijskim publicystą Jose Antonio Uretą „Od nieskalanego małżeństwa do radości miłości” porusza temat rewolucji seksualnej i jej „prehistorii”, a także wpływu, jaki zwolennicy tej rewolucji chcieli i chcą wywierać na Kościół. Z pewnością wielu „przeciętnych” katolików uzna tę rozmowę za mocno kontrowersyjną.

Roberto De Mattei z kolei podejmuje się obrony encykliki Humanae vitae i stwierdza, że wszelka próba reinterpretacji tego dokumentu, by zaakceptować sztuczne metody regulacji poczęć, byłaby zaprzeczeniem prawdy „określonej przez Kościół”.

W dłuższym tekście Krystian Kratiuk zastanawia się z kolei nad tym, „Co zrobią polscy biskupi”. Tekstowi towarzyszą wypowiedzi trzech dziennikarzy: Edwarda Pentina, Tomasza Terlikowskiego i Pawła Lisickiego.

Kolejny wywiad w tym bloku to rozmowa z ojcem Augustynem Pelanowskim o „fałszywym wizerunku Jezusa Chrystusa”. Ta rozmowa winna również wywołać kontrowersje i wytrącić wiele osób z miłej drzemki. Dość przytoczyć krótki fragment: „Nie da się wszystkich kochać. To jest utopia. Jak miałbym kochać na przykład kogoś z RPA? Przecież ja go nawet nie znam”. Zapewniam, że to nietuzinkowy wywiad. Sam mam parę wątpliwości i pytań po jego lekturze.

Całość kończy krótki wywiad ze Sławomirem Olejniczakiem z Instytutu im. Księdza Piotra Skargi o akcji „zbierania podpisów wiernych, zatroskanych o zachowanie dwutysiącletniego nauczania Kościoła”. Dość dodać, że obecnie liczba sygnatariuszy – przy milczeniu mediów katolickich – przekroczyła sto tysięcy!

środa, 24 stycznia 2018

Komuniści górą!


Wygląda na to, że nie poprzestanę na jednym wpisie o zamieszaniu w Kościele. Co chwilę pojawiają się kolejne informacje, które mówią o tym, że rzeczywistość nie jest tak różowa, jak niektórzy chcieliby to widzieć.

Oto wiadomość, która sprawia, że wierny katolik czuje się niekomfortowo. Chciałoby się wierzyć, że to gra, której celem jest dobro Kościoła. Ale naprawdę trudno to dobro zauważyć i trudno znaleźć dla takich rozwiązań jakieś sensowne wytłumaczenie. Właśnie dziś portal PCh24.pl podał informację o dogadaniu się Watykanu z chińskimi komunistami. Rzecz kuriozalna i trudna dla zrozumienia dla Polaków (choć chyba nie tylko), którzy swoje pod komuną przeszli.

Jak podaje redaktor naczelny portalu: „Watykan poprosił biskupów Petera Zhuanga z Shantou i Jospeha Guo Xijina z Mindong o przejście na emeryturę lub rezygnację. Ich miejsce mają zająć wyświęceni bez zgody Stolicy Apostolskiej biskupi ze Stowarzyszenia Patriotycznego. To ugięcie się Watykanu przed chińskim rządem w imię lepszych relacji między komunistami a Stolicą Apostolską”.

Wyobraźmy sobie, że w latach pięćdziesiątych Watykan każe ustąpić polskim biskupom na rzecz tzw. „księży patriotów”. Jak to potraktować? Zachęcam do zapoznania się z całym tekstem pt. „Szokującadecyzja Watykanu” (istotnie szokująca!) na stronie PCh24.pl, a także z wywiademz kardynałem Josephem Zenem.

wtorek, 23 stycznia 2018

Sic transit gloria mundi – co z katolicką Europą, ojcze święty?


Pisałem wczoraj o znanym blogerze i jego obronie ojca świętego. Stwierdziłem, że choć w innych dziedzinach wykazuje się on sporą przenikliwością, to akurat na temat Kościoła niewiele mądrego ma do powiedzenia, poza inwektywami wymierzonymi w zasłużonych dla wiary katolickiej duchownych. Nie trzeba było długo czekać, by przeczytać kolejne niepokojące wiadomości. Właściwie w przypadku tego pontyfikatu to niestety normalność i chciałoby się wierzyć, że nie nad wszystkim ojciec święty jest w stanie zapanować.


Pierwsza wiadomość przyszła z Portugalii i dotyczy twórczego rozwinięcia myśli Amoris laetitia. Jak informuje portal Church Militant, tamtejszy arcybiskup, Jorge Ortiga, postanowił wprowadzić w życie idę rozeznania i towarzyszenia parom, które po rozwodzie są w nowych związkach cywilnych. W tamtejszej archidiecezji będzie działał specjalny zespół, który ma za zadanie pomóc takim parom w rozeznaniu swojej sytuacji i podjęciu ostatecznej decyzji, czy mogą przystępować do Komunii Świętej.


Chciałoby się wierzyć, że to tylko taki trick, który ma tych ludzi sprowadzić na dobrą drogę i uświadomić im, że zgodnie z nauką Kościoła nie może być mowy o przystępowaniu do Komunii, gdyż po prostu żyją w stanie grzechu ciężkiego! Arcybiskup podpierając się wypowiedzią ojca świętego z Amoris laetitia stwierdził: „jesteśmy powołani do kształtowania sumień, a nie ich zastępowania”.


Druga smutna wiadomość pochodzi z Mariawald w Niemczech. Jak donosi portal PCh24.pl, „Watykańska Kongregacja ds. Instytutów Życia Konsekrowanego zmusiła zakon trapistów do zamknięcia klasztoru, który w przyszłym roku obchodziłby 110. rocznicę działalności”. Według portalu „dom zakonny w Mariawald, jako jedyny z niewielu w świecie, sprawuje Mszę świętą w tradycyjnym rycie. Niestety, już niedługo”. Okazuje się, że mimo dojścia do porozumienia, weto postawiła watykańska Kongregacja. Chciałoby się ze smutkiem powiedzieć: „Sic transit gloria mundi”.


poniedziałek, 22 stycznia 2018

A Toyah dalej galopuje hen, hen! – w bezdroża i oczerety


Toyah niestety kolejnymi wpisami tylko dowodzi mojej oceny, że na temat Kościoła nie ma nic sensownego do powiedzenia. Broni ojca świętego. No cóż... mógłbym powiedzieć, wzorując się na jego wpisach, że Kościół powinien bać się takiego obrońcy bardziej niż swoich krytyków. Ale może od biedy lepszy taki obrońca papieża niż ci, którzy wyzywają go od antychrysta i rzucają pod jego adresem wulgarne określenia? Chociaż z drugiej strony akurat w tym ostatnim przypadku widać z miejsca wyraźnie, że to, co wypisują, od złego pochodzi.


Nawet nie mam ochoty podawać linku do jednego z ostatnich wpisów Toyaha, aczkolwiek każe mi on nieco zmodyfikować swoją opinię o tym blogerze. Ten wpis, w którym Toyah wypowiada się pogardliwie o czterech kardynałach, wybitnych i zasłużonych dla Kościoła, porównując ich do faryzeuszy, po prostu nie zasługuje na upowszechnianie. Kto zechce, ten sobie go znajdzie. Wyraźnie widać, że o zamieszaniu w Kościele, jakie trwa za tego pontyfikatu, Toyah albo ma umiarkowaną wiedzę, albo nie chce o pewnych faktach najzwyczajniej w świecie wiedzieć (a można ich przytoczyć zatrważającą ilość). Być może niezbyt uważnie korzysta z Internetu. Potrafi rzucać tylko epitetami i to tak kuriozalnymi, jak „katoprawica” czy „staruszkowie” (ten ostatni jest chyba jego ulubionym, być może powinien dodać jeszcze, że są to staruszkowie niewykształceni i z małych miejscowości) i podawać swoją dość uproszczoną wersję wydarzeń. Nawet nie dostrzega, że faktycznie słowa Chrystusa – ale nie te, które przytacza, lecz te o nierozerwalności małżeństwa i o Mojżeszu – mogłyby być skierowane właśnie do obrońców zachowań i działań tego papieża, a zwłaszcza feralnego punktu 301 Amoris laetitia. No cóż...


sobota, 20 stycznia 2018

Toyah wali w Górnego, czyli szarża po bezdrożach i oczeretach


Lubię krytyczne spojrzenie na rzeczywistość, niezależność myślenia, unikanie stadności, stąd na moim blogu m.in. linki do dwóch harcowników Internetu: Coryllusa i Toyaha.


Nie oznacza to jednak, abym zgadzał się ze wszystkim, co na swoich blogach piszą. Odwaga myślenia wiąże się przecież z ryzykiem błądzenia i możliwością palnięcia piramidalnego głupstwa. Stąd zdarza się obu wymienionym blogerom nieco zagalopować w swoich szarżach.


I tak, choć nie czytam jego bloga dość regularnie, cenię sobie np. uwagi Toyaha na temat polskiej polityki. Chyba jako jeden z niewielu mógł z satysfakcją się przyglądać histerii w obozie propagandy „dobrej zmiany”, gdy okazało się, że minister Macierewicz został jednak zdymisjonowany. Przewidział to z dość dużym wyprzedzeniem, co czytelnicy mogą po prostu zweryfikować na jego blogu. Muszę mu więc przyznać to, że wykazuje przenikliwość w obserwacji polskiej sceny politycznej, co nie oznacza, że koniecznie się zgadzam z jego opinią o byłym ministrze obrony.


Z drugiej strony nisko oceniam jego kompetencje do wypowiadania się na tematy kościelne. Zwłaszcza po jego pogardliwym wpisie o czterech kardynałach, autorach słynnych dubiów. Tutaj Toyah galopuje na swoim koniku po terenie kompletnie mu obcym, waląc na lewo i prawo, jak jakiś śmieszny Don Kichot, pałętając się po bezdrożach, a nawet taplając w bagnie. Nie dotykając nawet meritum sprawy. Mam wrażenie, że orientacja autora w tych kwestiach jest bliska zera, choć nie przeczę, że z pewnością jest wiernym synem Kościoła katolickiego.


Tak też oceniam jego ostatni wpis, w którym broni papieża Franciszka, a tak naprawdę robi jakieś osobiste wycieczki pod adresem Grzegorza Górnego i to nie pierwszy raz (chyba że pomyliłem jego tekst z jakimś wpisem Coryllusa).


Otóż w sprawach kościelnych akurat więcej zaufania mam do Górnego. Szkoda może czasu na polemikę z tym tekstem (jak już napisałem – to bardziej jakieś osobiste, a przy tym złośliwe, wycieczki pod adresem byłego naczelnego „Frondy”) – twierdzenie, że większym problemem dla Kościoła katolickiego może być wierny katolik, krytykujący siejących zamęt duchownych z Zachodu i brak reakcji Watykanu, niż właśnie ci duchowni (choćby nawet „staruszkowie”) jest po prostu śmieszne. Warto może jednak zwrócić uwagę na dwa fragmenty.


Po pierwsze na samym początku Toyah pisze o „agresji”, z jaką papież Franciszek miał się ponoć spotkać „ze strony naszych głównych portali prawicowo-katolickich-niepodległościowych, zarzucających mu wspieranie aborcji”. Nie wiem, które portale zarzucały papieżowi wspieranie aborcji. Faktem jest natomiast, że duże kontrowersje nie tylko w Polsce wywołała kwestia przyznania orderu św. Grzegorza działaczce aborcyjnej Liliane Ploumen. Sam napisałem na tym blogu, że było to jak splunięcie w twarz Mary Wagner, która niemal w pojedynkę walczy z krwiożerczym (dosłownie!) systemem. Nie twierdzę, że ojciec święty wspiera w ten sposób aborcję, ale niestety takie wrażenie cała sprawa wywołała.


Toyah twierdzi na swoim blogu, że „wystarczyło zaledwie parę godzin, by plotki, które stały na samym początku tego kłamstwa, zostały skutecznie odsłonięte”. Nie wiem, o jakim kłamstwie mówi tutaj Toyah. Powtórzę – odniosłem wrażenie, że przede wszystkim krytykowano przyznanie orderu św. Grzegorza aborcjonistce” i wrażenie, jakie to wywołało – a było ono fatalne, zarówno dla wizerunku papieża Franciszka (obojętnie, czy wiedział coś o tym, czy nie), jak i samego Kościoła (a Mary Wagner siedzi w więzieniu). Gdzie tu kłamstwo i w jaki sposób „plotki (...) zostały skutecznie odsłonięte”? Chodzi o te idiotyczne tłumaczenia o zwyczajach dyplomatycznych??! Chyba że Toyah pisze o czymś, co przeoczyłem.


Druga kwestia jest natomiast raczej zabawna. Otóż pod koniec swojego wpisu Toyah ironizuje: „Znalazł Górny w internecie te informacje, napisał na ten temat tekst...” Ironizowanie na temat znalezienia informacji w Internecie jest raczej śmieszne (chyba, że mylnie odczytuję to zdanie, stawiając akcent tam, gdzie go nie ma). Jestem ciekaw, gdzie Toyah znajduje większość informacji. Internet to obecnie jedno z najlepszych źródeł informacji, gdyż daje możliwość niemal równoczesnego weryfikowania podanych wiadomości, sprawdzenia poglądów i opisu sprawy z różnych punktów widzenia. Te możliwości stają się jeszcze większe, gdy ktoś włada np. dwoma językami obcymi.

Oczywiście Internet jest też pełen pułapek i jeśli nie weryfikuje się serwowanych tam wiadomości wystarczająco starannie, można z łatwością popełnić kardynalny błąd. Zwłaszcza, jeśli jest się dziennikarzem. Sam się o tym przekonałem kilka razy, zbyt pośpiesznie biorąc za fakt coś, co było jedynie wytworem wyobraźni autora.


Czasem natomiast wystarczy jednak tylko jedno kliknięcie myszą, by się przekonać, z czym mamy do czynienia. Właśnie niedawno przeczytałem o pewnym księdzu, który po swoim skandalicznym postępku powinien był być natychmiast suspendowany, a nie spotkała go nawet łagodna nagana (mniejsza teraz o szczegóły). Po wpisaniu jego nazwiska w wyszukiwarce, kliknąłem myszą i gdy zerknąłem na jedno z wyświetlonych zdjęć, od razu wszystko stało się dla mnie jasne. Więcej nie było sensu szukać. Oczywiście dziennikarz z prawdziwego zdarzenia powinien wszystko dokładnie sprawdzić: może zdjęcie to fotomontaż, może duchowny znalazł się na tle tej tęczowej flagi przez przypadek albo rozwinęli ją za nim jego przeciwnicy?


Swoją drogą ciekawe, czy Toyah, gdyby poznał sprawę, uznałby, że problem stwarza w tym przypadku katolicki dziennikarz krytykujący brak reakcji ze strony biskupa miejsca, czy sam hierarcha, który toleruje takie sytuacje i nie reaguje na wybryki siejącego zgorszenie „staruszka”?


piątek, 19 stycznia 2018

Położyć kres zamętowi, a może znowu iskra wyjdzie z Polski...


Żyjemy w czasach zamętu. Zamętu nie tylko w świecie pogańskim, ale w samym Kościele.

Być może przeciętny katolik nie jest do końca tego świadom. Zwłaszcza katolik w Polsce, gdzie jeszcze jest w miarę normalnie, tzn. wiara odgrywa ważną rolę w życiu znacznej części mieszkańców.


Niestety w ślad za rewolucją seksualną przyszedł atak na rodzinę, atak na świętość więzów małżeńskich. Przykre to, ale duże zamieszanie wywołuje tutaj także dokument kościelny – adhortacja Amoris laetitia papieża Franciszka.


Obrońcy adhortacji twierdzą, że odczytują ten dokument zgodnie z tradycją i nauką Kościoła i posądzają krytyków o zwykłe uprzedzenie. Na jednym z portali na przykład stwierdzono, że to uprzedzenie wiąże się z tym, że przez długie lata papieżem był Polak, a teraz jest nim ktoś z dalekiej Ameryki Południowej. To dość absurdalny zarzut, gdyż ci sami krytycy działań obecnego ojca świętego zazwyczaj z rewerencją odnoszą się do papieża Benedykta XVI, nawet jeśli krytykują jego przejście na emeryturę. A przecież Benedykt XVI nie jest Polakiem, a co gorsza – Niemcem.


Broniący Amoris laetitia jakby nie chcą dostrzec, że w różnych miejscach na świecie pojawiły się interpretacje tego dokumentu sprzeczne z niezmienną nauką Kościoła, także za naszą zachodnią granicą, które dopuszczają do Komunii Świętej osoby rozwiedzione żyjące w nowych związkach cywilnych. A ojciec święty milczy, gdy kardynałowie w słynnych dubiach proszą go o wyjaśnienie i potwierdzenie doktryny Kościoła.


Ale jakby tego zgorszenia było mało, ostatnio pojawiły się nawet interpretacje jak informuje portal PCh24.pl stwierdzające, że homoseksualiści żyjący w grzechu ciężkim niekoniecznie muszą być pozbawieni łaski uświęcającej i mogą przystępować do Komunii Świętej! Teolodzy z amerykańskiego katolickiego uniwersytetu (sic!) głoszący taki pogląd podpierają się fragmentem adhortacji Amoris laetitia.


Dlatego zachęcam wszystkich wiernych katolików do podpisania petycji do polskich biskupów o potwierdzenie niezmiennego nauczania Kościoła na temat rodziny i małżeństwa. Akcję zainicjował portal Polonia Semper Fidelis. Może znowu iskra wyjdzie z Polski.