Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myszkowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myszkowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 września 2019

Co Zoja Ekologistka skrywa za plecami?

Pisałem wczoraj o wykrzywionej twarzy dziecięcej ikony ruchu ekologistów-zamordystów, którzy próbują nas także chwycić za serce i przymulić nasze myślenie. Myślenie jest groźne, bo prowadzi do zadawania pytań, a jeśli padają pytania, to oczekuje się argumentów, a nie płaczu, zaciskania zębów czy groźnego pokrzykiwania.

Dawid Mysior pomyślał, pomyślał, poszperał i pokazał nam, co kryje się za plecami Zoji Ekologistki. Bardzo to interesujące. To w to wciąga się młodzież. To tak brzydko bawią się możni tego świata. Faktycznie jest się czym martwić. Włos jeży się na głowie. Polecam także sam kanał tego autora. Warto pooglądać. Proszę autora tylko, by nie zmieniał już imion i nazw, bo trochę jest to mylące i dezorientujące.


czwartek, 5 września 2019

Samobójca prosi o błogosławieństwo (i je otrzymuje!)

Na portalu PCh24.pl ukazał się kolejny odcinek programu Michaela Vorisa z cyklu „The Vortex”. Warto zobaczyć, bo mówi on o tym, jakiego dna sięgnął kryzys Kościoła katolickiego w niektórych parafiach w Stanach Zjednoczonych. To w gruncie rzeczy ostrzeżenie dla nas i dla naszych duchownych. Ta fala idzie też do nas, choć może tego nie dostrzegamy i wydaje się, że wciąż jest normalnie. Nie łudźmy się: siły zła działają cały czas.



poniedziałek, 2 września 2019

Dług wdzięczności – ciekawy reportaż

Nie mam telewizji już od ponad 20 lat. Jak pisałem w jednym z poprzednich wpisów, moje zetknięcia z telewizją kablową lub satelitarną utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że telewizja nie jest mi do szczęścia niezbędnie potrzebna. Śledzę natomiast z dużym zainteresowaniem rozwój telewizji internetowych (także z dużym niepokojem – wziąwszy pod uwagę niedawne próby ocenzurowania niezależnych stacji przy milczeniu przedstawicieli rządu).

Jest w tych niezależnych produkcjach naprawdę coraz więcej ciekawych programów i – jeśli korporacyjni cenzorzy nie dopną swego – będzie pewnie jeszcze większy ich wybór. Pojawiają się nie tylko nowe internetowe platformy telewizyjne, ale także nowi niezależni prezenterzy, którzy „nadają” swoje programy niezależnie od linii programowych tej czy innej redakcji.

Jednym z grzechów głównych tych produkcji jest chyba przede wszystkim to, że wiele z tych materiałów jest dość długich. Gdybym chciał na przykład obejrzeć wszystkie interesujące pojawiające się filmy, audycje i wywiady w całości, to musiałbym za każdym razem spędzić niemal cały dzień przed ekranem komputera, a akurat od tego próbowałem się wyzwolić, kiedy pozbyłem się dostępu do telewizji. To pewnie też swego rodzaju zachłyśnięcie się możliwościami, jakie daje Internet i nie dotyczy to jedynie produkcji polskich – to samo dzieje się na rynku anglojęzycznym, który staram się śledzić w wydaniu amerykańskim.

Z drugiej strony zaletą tych programów jest to, że prowadzący pozwala swojemu gościowi się „wygadać”, nie przerywając mu – co jest cenne zwłaszcza wówczas, gdy rozmówca ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia i robi to w sposób zajmujący. A poza tym programów tych nie trzeba oglądać o określonej godzinie (chyba że chce się oglądać jakąś audycję na żywo, bo jest szybką reakcją na aktualny problem) i można je zobaczyć o dogodnej porze, a nawet oglądać je fragmentami.

Nie zmienia to faktu, że przydałoby się więcej materiałów krótkich – takich, jak na przykład prezentowany na moim blogu kilka razy „Vortex” Michaela Vorisa, który z reguły ma nie więcej niż 15 minut, a przeciętnie pewnie mniej niż 10. Osobiście chętnie na przykład obejrzałbym serię takich krótkich, „szybkich” recenzji książkowych, które dałyby mi dawkę informacji o interesujących publikacjach.

Druga rzecz, która w tych niezależnych audycjach się pojawia i rozwija, oprócz „gadających głów”, to filmy dokumentalne i reportaże. I na jedną z takich produkcji, którą można znaleźć na portalu „wSensie.tv” i która została zrealizowana niedawno, chciałbym po tym przydługim wstępie zwrócić uwagę. Wprawdzie nie wszystko jest tutaj dla mnie jasne, ale sam materiał jest bardzo ciekawy i warty obejrzenia. Może więc dla odmiany, zamiast oglądać telewizję, warto wyłączyć odbiornik i włączyć komputer, by zobaczyć reportaż „Rajmund Gąsiorek: Dziś spłacam dług wdzięczności”.



czwartek, 29 sierpnia 2019

Rodzina to namiastka nieba na ziemi

Ofensywa totalitarnej ideologii LGBT na Polskę ma swój cel – jest nim zniszczenie tradycyjnej rodziny. Nie chodzi w tym o żadną miłość i tolerancję, o czym mogli się przekonać wszyscy choć trochę myślący, którzy oglądali relacje i zdjęcia z tzw. „marszów równości”. Profanowanie wizerunków Matki Boskiej, kpienie z Kościoła, ataki na duchownych, bluźniercze parodie Mszy świętej... Czy naprawdę trzeba więcej? Już niedługo może się okazać, że takie obrazki, jak z tego wideoklipu muzycznego, staną się przeszłością, a po naszych ulicach będą chodzić stwory takie, jakie można znaleźć tutaj (ostrzegam, że jest to dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, ale także dla tych, którzy łudzą się, że czytanie dzieciom przez tzw. „Drag Queen” to tylko niewinna przebieranka).

Może ktoś woli cięższe rytmy, może ktoś woli mniej sentymentalne dźwięki, ale ten teledysk, jest jak łyk świeżego tlenu, kiedy się pomyśli o tym paskudnym objazdowym tęczowym cyrku, jaki nawiedzał w ciągu tego roku kolejne miasta Polski. Po prostu chrońmy rodzinę!



Tymczasem różnej maści celebryci i gwiazdki muzyki pop z Zachodu są na pierwszej linii frontu cywilizacji śmierci. Jeśli następnym razem usłyszycie jakiś ich utwór o miłości, to zastanówcie się, o czym oni tak naprawdę śpiewają. Może ta ich „miłość” ma dużo więcej wspólnego ze śmiercią i nienawiścią, niż się może wydawać, a na pewno wiele wspólnego ze zwykłym egoizmem:

środa, 28 sierpnia 2019

„Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?”

Przypomina mi to pytanie zadane przez pewien tygodnik, który na okładce zamieścił coś takiego: „Dlaczego Kościół nienawidzi dzieci z próbówki?” Opór, jaki Kościół stawia niegodziwej metodzie in vitro, został tutaj sprowadzony do nienawiści wobec samych dzieci, które w wyniku tej metody się poczęły. Absurdalność tej logiki rozumowania powinna z miejsca być wyśmiana przez każdego, kto otarł się o okrojony kurs logiki w czasie studiów. Równie dobrze można by spytać: „Dlaczego Kościół nienawidzi dzieci poczętych w wyniku gwałtu?” Pomijam już sam fakt, że Kościół broni godności ludzkiego życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Trudno więc posądzać go o nienawiść do kogokolwiek, z wyjątkiem nienawiści do grzechu.

Pytanie, które zacytowałem w tytule, jest tak absurdalne, jak tylko można. Ale widać nie zdają sobie z tego sprawy redaktorzy, którzy takim tytułem opatrzyli artykuł w redagowanej przez siebie gazecie. To idiotyczne i manipulacyjne pytanie wzięli na „warsztat” panowie z PChTV. Warto posłuchać.

piątek, 12 lipca 2019

Z cyklu: Myszkując po Internecie, czyli kto nam nasłał Uranian?

Tak, wiem, miało o tym już nie być, przynajmniej przez jakiś czas, ale artykuł jest na tyle interesujący i wyjaśnia, skąd się wzięły pewne panujące do dziś (a zwłaszcza dziś!) mity na temat „kochających inaczej”, że warto go polecić na łykend (choć sama lektura zabierze niewiele czasu).

Tekst Jakuba Maciejewskiego sięga nieco dalej w głąb historii niż tylko rewolucja lat sześćdziesiątych XX wieku i pokazuje źródła i prekursorów ruchu określanego jako „LGBT”. Warto wiedzieć, że przed LGBT-coś-tam byli na przykład „Uranianie”. A skąd się oni wzięli, kto ich wprowadził na scenę i po co, tego można dowiedzieć się tutaj.


środa, 10 lipca 2019

Parę refleksji o „homofobii” (nie moich)



Ponieważ chłopak dobrze mówi i wydaje się to wszystko sensowne, jeszcze jeden jego klip, aby też zareklamować nowe sensowne inicjatywy w necie. I mam nadzieję, że tym filmikiem zamknę choć na chwilę temat homoseksualizmu na swojej stronie. Oni naprawdę nie stanowią pępka świata, choć im się tak wydaje i choć wielkie koncerny, media i sponsorzy tego bagna próbują nam to wmówić.

Prawdziwi cierpiący i poszkodowani, to m.in. chrześcijanie prześladowani w krajach muzułmańskich i nie tylko. To tacy ludzie, jak ten zakonnik, o którym pisałem niedawno, a który uciekłszy z niewoli sam zajął się pomocą ofiarom współczesnego niewolnictwa. No ale ponieważ homoseksualiści absorbują naszą uwagę i starają się wcisnąć nam wszędzie w życie – nawet do łazienki i kuchni! – to jeszcze jeden post na ich temat. Notabene niegdyś mówiło się coś o niezaglądaniu nikomu do łóżka, a teraz oni swoją seksualnością epatują nas od świtu do nocy, uczyniwszy z niej podstawę swojej tożsamości. Wyobrażacie sobie człowieka z nadwagą, oświadczającego z dumą, że lubi się opychać golonką i nie będzie ulegał dyktatowi chudych i który za to zbiera oklaski?


wtorek, 9 lipca 2019

Czy Polska będzie azylem homoseksualistów?

Dzisiaj dla odmiany rekomendacja – wideo bloggera, który w bardzo ciekawy sposób mówi o problemie homoseksualizmu. Naprawdę warto posłuchać. Przy okazji można zobaczyć tutaj wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie fragment z tęczową opaską, którą homoseksualista założył sobie na wzór chyba „gwiazdy Dawida”, i posłuchać głupot, które mówi, a którym pani dziennikarka przyklaskuje.

sobota, 18 maja 2019

„Jak pokazać kilku zbirów...”

Czyli ks. Oko o filmie Sekielskich. I chyba wystarczy tego festiwalu „niezależnego” dziennikarza. Jeśli będę coś jeszcze pisał o tej sprawie, to postaram się już nie robić reklamy panu redaktorowi. A czytelników zachęcam do sięgania po niezależne media. Jest jeszcze inny świat poza telewizją publiczną, poza tefałenami i „Gazetą Polską”, poza „złonetem” i „Niezależną”. Radio „Wnet” to jedno z takich mediów.


wtorek, 29 stycznia 2019

Z cyklu: Myszkując po Internecie - Sodoma i Gomora w kościele katolickim

Tym razem niczego nie będę komentował. To się komentuje samo. Wstrząsający odcinek programu Michaela Vorisa o homoseksualistach w katolickim kościele w Stanach zamieścił portal PCh24.pl. Wideo można zobaczyć tutaj. Trzeba mieć naprawdę mocne nerwy, by oglądać to bluźniercze widowisko, jakie odbyło się przed niedzielną Mszą i to ku aplauzowi wiernych (sic!).


sobota, 10 listopada 2018

Wielka improwizacja i powrót do domu z Melem Gibsonem


Ostatnie doniesienia na temat obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę są pocieszające. Narodowcy doszli do porozumienia z prezydentem i rządem, odbędzie się wspólny marsz, będzie wspólne świętowanie. Miejmy nadzieję, że odbędzie się bez incydentów, choć wygląda na to, że są tacy, którzy mają ochotę zrobić z tego za wszelką cenę jakąś rozróbę i nie chodzi tylko o panią prezydent Warszawy (swoją drogą: to są „Obywatele RP”? Naprawdę? „RP” musi tu chyba oznaczać coś zupełnie innego niż to, z czym się większości Polaków kojarzy).

Z drugiej strony nie sposób uciec przed myślą, że to wszystko wygląda na jedną wielką improwizację. Czy na przykład naprawdę nie można było spokojnie usiąść do stołu już choćby dwa lata temu lub nawet rok temu i porozumieć się co do wspólnych uroczystości, zaplanować wszystko dokładnie, przewidzieć różne scenariusze, pomyśleć o tym, jak zapobiec możliwym próbom zakłócenia przebiegu święta?

Inny przykład: Krucjata Różańcowa chciała, by przed Marszem Niepodległości odbyła się Msza polowa. Okazuje się, że o pozwolenie biskupa poproszono dopiero w czwartek! Nie wnikam w to teraz, czy jest sens organizowania takiej Mszy. Chodzi o to, że przecież o stuleciu niepodległości wiemy nie od tego tygodnia! Piszę to naprawdę nie po to, aby komuś dokopać, a już najmniej Krucjacie Różańcowej.

Mimo wszystko życzę wszystkim i sobie radosnego świętowania odzyskania niepodległości przez Polskę! A by zrobiło się nieco weselej, obejrzyjmy sobie filmik Polskiej Fundacji Narodowej, nakręcony z udziałem Mela Gibsona, który ponoć podbija sieć:


piątek, 14 września 2018

Z cyklu: Myszkując po Internecie: Pieśń grobu


Nie wiem, czy jest to ten typ śpiewania, który by mi szczególnie odpowiadał (bo podoba mi się i nie podoba zarazem), ale sam „klip” muzyczny bardzo mi się podoba. Zarówno pod względem doboru obrazów mówiących o przemijaniu i pięknie świata zarazem, jak i towarzyszących im naturalnych dźwięków, które współgrają z dźwiękami gitary i śpiewem. A ponieważ jest piątek, a więc wspomnienie Męki Pana Jezusa (dla wielu już niestety to zwłaszcza dzień, by dać sobie w gaz i zaszaleć na parkiecie), więc wydaje mi się, że piosenka o śmierci jest jak najbardziej na miejscu. A zatem: Pieśń Grobu Wojciecha Kassa w wykonaniu Jarosława Chojnackiego:



środa, 12 września 2018

Kto naprawdę jest za wolnością, czyli Acta 2

Jeśli będziecie kiedyś się zastanawiać, dlaczego nie ma już takiej wolności słowa w Internecie jak dawniej, to przypomnijcie sobie nazwiska europosłów PO, którzy głosowali za Acta 2. Oni są nie tylko przeciw Polsce, oni są generalnie przeciw prawdziwej wolności. A jeśli coś obiecują, to po to, aby tego nie zrealizować. PiS-owi wiele można zarzucić, ale w większości realizuje swój program wyborczy (z wyjątkiem zakpienia sobie z frankowiczów).

Z cyklu: Myszkując po Internecie: Kot i... orzeł


wtorek, 8 maja 2018

Produkty literackie, czyli marketing blogowy


Trochę szukając inspiracji, trochę po to, aby dowiedzieć się o jakichś ciekawych książkach, poszukałem w Internecie blogów literackich. A przynajmniej blogów o książkach. Już wcześniej próbowałem znaleźć coś sensownego, ale za każdym razem wyniki tych poszukiwań były mało zadowalające.

Tym razem trafiłem najpierw na stronę, która rekomendowała rzekomo najlepsze blogi tego typu. Były tam jakieś statystyki, wejścia na fejsbuka, tłitera i tym podobne. Wyróżniono chyba 4-5 blogów. Klikając na zamieszczone linki wszedłem na każdy z tych blogów po kolei. Ku mojemu zdumieniu na każdym znalazłem książki, których... nigdy nawet nie wziąłbym do ręki w księgarni, nie mówiąc już nawet o ich przeglądaniu (oczywiście mogę się mylić i być może jest tam wśród tych tytułów jakiś współczesny Norwid). Patrzyłem na te tytuły w pewnym osłupieniu. Spoglądałem na książki, nieznane mi tytuły i nazwiska, jak na kolorowe świecidełka czy pamiątki z wakacji, które ludzie kupują, a potem pokrywa je kurz na półce, bo nie wiadomo, co z nimi zrobić. Tak na oko była to po prostu kolorowa makulatura, której nikt nie będzie czytał już po pierwszym sezonie, a w najlepszym wypadku po dwóch-trzech latach. Coś jak kolorowe czasopisma dla pań wyzwolonych, które się gromadzi, gromadzi, by potem wyrzucić bez specjalnego żalu.

I te kolorowe czasopisma to chyba dobry trop. Jedną z autorek, którą zapamiętałem z racji dość charakterystycznego nazwiska, które zresztą zauważyłem już wcześniej, znalazłem również w takim kolorowym czasopiśmie dla pań wyzwolonych, które moja żona z rzadka kupuje dla zabicia czasu w podróży. Przeprowadzono z nią wywiad, zamieszczono recenzję. Na jednym z tych blogów owa pani pojawiła się chyba dwa-trzy razy w krótkim przeciągu czasu. Styl zarówno czasopisma, jak i owego bloga, nasunął mi skojarzenie, że to jest po prostu kampania marketingowa. Jest produkt, trzeba go sprzedać. Kto wie, może i to czasopismo, i tego bloga robią ci sami ludzie? Nie chce mi się sprawdzać, ale wcale bym się nie zdziwił.

Jeden z blogów zawierał dość wysmakowane zdjęcia tych „produktów literackich” w różnych kompozycjach. Może autorka ma po prostu talent fotograficzny i lubi się bawić aranżując różne kompozycje książkowe? Całkiem możliwe. Wydaje mi się jednak, z mojego własnego doświadczenia (i bez żadnych pretensji do bycia zawodowym fotografem), że oprócz wiedzy i umiejętności, trzeba mieć dobry sprzęt (choć utalentowany fotograf potrafi zrobić znakomite zdjęcie zwykłym smartfonem) i odrobinę czasu. W końcu taką kompozycję trzeba ułożyć, potem trzeba zadbać o dobre oświetlenie (nie łudźcie się – światło to podstawa w fotografii, najlepszy sprzęt niewiele da, jeśli obiekt nie będzie ciekawie oświetlony). A żeby to oświetlenie mieć, to trzeba albo na nie poczekać, albo stworzyć przy pomocy lamp i ekranów. W sumie znowu nachodzi mnie podłe podejrzenie, że ten blog to również część kampanii marketingowej.

Na innym z kolei blogu recenzje pojawiały się (przynajmniej w tym fragmencie, który przejrzałem) z częstotliwością niemal co dwa dni. Wyobraźcie sobie – ktoś czyta i co dwa dni wrzuca recenzję! Nie jestem szybkim czytelnikiem, ale jestem w stanie uwierzyć, że ktoś potrafi przeczytać jedną książkę w jeden dzień – moja żona książki, które sam czytam przez tydzień, w najlepszym wypadku przez kilka dni, czyta w jeden dzień-parę godzin. Ogromnie jej tej sztuki zazdroszczę. Mogę sobie też wyobrazić, że ktoś zamieszcza jeden tekst dziennie. Sam to robię w ramach eksperymentu, z wyjątkiem niedziel (czasami nie wychodzi z braku czasu). Ale dużo trudniej już wyobrazić mi sobie, że ktoś wrzuca co dwa dni recenzję z kolejnej książki. Chyba że mu za to płacą, a więc może sobie poświęcić czas i na pisanie i na czytanie. No cóż...

I to tyle marudzenia na dzisiaj.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Hare Kriszna jedzie na Przystanek Woodstock


Spotykam się czasem z wyrażonym przekonaniem, że wszystkie religie są sobie równe. A przynajmniej tak na pozór są traktowane w sferze publicznej. Niektórzy wręcz sądzą, że to po prostu różne ścieżki na ten sam szczyt. W wielkim skrócie można by to streścić następująco: nie jest ważne, jaką religię wyznajesz, w końcu ich cel jest taki sam. Gorzej pewnie by było, gdyby spytać: jaki to cel? Pewnie usłyszelibyśmy coś mglistego o zjednoczeniu z Bogiem albo o niebie, czyli generalnie o życiu po życiu – jakiś tunel, a potem światło i wieczna szczęśliwość.

Tacy ludzie nie zastanawiają się tylko nad absurdalnością takiego wyobrażenia. Skoro bowiem wszystkie religie są sobie równe, to po co w ogóle być wyznawcą którejkolwiek? Po co się męczyć, przestrzegać jakichś przykazań, chodzić co niedzielę do kościoła lub odmawiać pięć razy w ciągu dnia tę samą modlitwę, a raz do roku pościć i jeść tylko po zmierzchu? A może po prostu przejść się po nich, jak po supermarkecie i wybrać z każdej to, co nam najbardziej odpowiada i pasuje? Po co mozolnie wędrować z plecakiem obciążonym kamieniami, skoro do tego samego celu można wygodnie dotrzeć samolotem i jeszcze zjeść niezły lunch po drodze?

Takie wypowiedzi zresztą świadczą z reguły o braku jakiejkolwiek, choćby podstawowej wiedzy o zasadniczych różnicach, jakie dzielą nie tylko religie monoteistyczne od religii np. Wschodu (jak choćby sama koncepcja Boga i osoby ludzkiej), ale również religie monoteistyczne (judaizm, chrześcijaństwo i islam) od siebie nawzajem. Nie mówiąc już o takich subtelnościach, jak fundamentalne odmienności w traktowaniu człowieka, zbawienia i grzechu między na przykład katolicyzmem a protestantyzmem. Mówiąc w wielkim skrócie: twierdzić, że wszystkie religie są sobie równe i prowadzą do tego samego celu, to trochę tak, jakby powiedzieć, że aby dolecieć do układu Alfa Centauri, nie trzeba kierować się prosto w tamtą stronę, tylko można lecieć z ziemi w dowolnym kierunku. Albo jeszcze prościej i najordynarniej jak tylko można: że aby zrobić jajecznicę, można rozbić kilka jaj albo kamieni, a jak kto woli to nawet i parę bombek choinkowych – to bez znaczenia, byleby potem usmażyć (choć i to nie jest konieczne). Powodzenia!

Problem ten w swoim czasie podjął biskup Andrzej Siemieniewski w swojej bardzo interesującej książce o mistyce, która nosiła charakterystyczny i w istocie streszczający jej sens tytuł: „Różne ścieżki na różne szczyty”.

Jeśli ktoś chce zrozumieć na czym polega istota całego problemu, powinien sięgnąć po wywiad, jakiego udzieliła portalowi PCh24.pl siostra Michaela Pawlik. Tytuł jest równie wymowny, jak tytuł książki biskupa Siemieniewskiego: „Doświadczyłam zła religii wschodu”. Otóż to! Mnie osobiście nigdy nie pociągały Indie i zawsze dziwiła mnie fascynacja, jaką kultura tego kraju budziła w niektórych Europejczykach, intelektualistach czy zwykłych ludziach. Mnie ta kultura i religia (czy właściwie – religie) zawsze odpychały. Widziałem tam bardziej dekadencję i jakiś bałagan, a nawet kicz niż głębię duchową. Indyjscy guru kojarzyli mi się bardziej z hochsztaplerami niż z mędrcami. Niewykluczone, że i tam można odkryć jakieś okruchy prawdy, ale by szukać w mistyce Wschodu lub w mądrościach indyjskich guru inspiracji dla ubogacenia katolicyzmu, jak robił to Anthony de Mello? Wolne żarty! To jak wyjść z czystego, górskiego strumienia w błotniste bajoro, by ugasić tam pragnienie.

Siostra Michaela Pawlik podkreśla na podstawie własnego doświadczenia (a nie mądrości wyczytanych jedynie w książkach) podstawowe różnice w podejściu do człowieka, a także do Boga, jakie istnieją między katolicyzmem a hinduizmem. Trudno mówić o jakiejkolwiek miłości bliźniego w świecie, w którym panuje wiara w reinkarnację, a więc kompletna obojętność na los drugiego człowieka, bo przecież, jeśli umrze, to lepiej dla niego, bo wówczas wcieli się na przykład w kogoś lepszego, żyjącego na wyższym poziomie, którego nie ograniczają już restrykcje kastowe narzucone np. pariasom. Nawet Bóg nie jest tym samym, w którego my wierzymy – świętym i dobrym. Zresztą o którym z indyjskich bożków czy demonów mielibyśmy mówić?

Jest jeszcze jeden ważny wątek w tej rozmowie – a mianowicie siostra Michaela wspomina o działaniach podejmowanych po to, aby celowo wprowadzić religie Wschodu na grunt europejski, a także do Polski. Sama swego czasu, jeszcze za komuny, dostała taką propozycję – uczestnictwa w tym procederze przeszczepiania hinduizmu na grunt Polski, aby Polacy mieli „większy wybór”. Wprawdzie judaszowe srebrniki miały być wypłacane w dolarach i przelicznik pewnie był nieco inny, ale była to suma, jak na ówczesne czasy, nie mniej kusząca. To naprawdę ciekawy wątek, warty uwagi historyków zajmujących się czasami PRL-u, ale nie tylko.

Notabene swoją drogą to jakby potwierdza moje przypuszczenia z jednego z poprzednich wpisów, że zleceniodawcami wiecznego „młodzieniaszka” od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy muszą pozostawać ci sami macherzy, co pod koniec lat osiemdziesiątych. Proszę zwrócić uwagę na problemy, jakie napotykały na tzw. „Przystanku Woodstock” inicjatywy typu „Przystanek Jezus” czy akcje antyaborcyjne, a z jakim ciepłym przyjęciem spotykali się na nim wyznawcy Kriszny, którzy – jeśli się nie mylę – są stale tam obecni.

Zachęcam do obejrzenia wywiadu z siostrą Michaelą Pawlik. Trwa nieco ponad godzinę, ale zaletą internetu i przewagą nad zwykłą telewizją jest to, że zawsze można przerwać i wrócić do oglądania w wolnej chwili. A tego naprawdę warto posłuchać!

wtorek, 20 lutego 2018

Zabójcza logika, czyli staruszek podłączony do respiratora nie jest człowiekiem


Myszkując po Internecie natknąłem się przez przypadek na tekst pewnego dziennikarza z portalu Huffington Post. Nie będę podawał linku, bo nie zamierzam robić mu reklamy. Kto zechce i tak znajdzie. Nie wiem, kiedy tekst został napisany, ale z jego treści wynika, że jeszcze przed legalizacją aborcji, czyli mordowania nienarodzonych dzieci w łonach matek w Chile (komentarz odnosi się właśnie do sytuacji w tym kraju przed nieszczęsną „reformą” prawa).

To, co mną wstrząsnęło, to „prosta” i „żelazna logika” tego człowieka. Oto, jak pisze on o nienarodzonym dziecku: „Urojeniowym myśleniem jest, że embrion to istota ludzka. Embrion to tylko embrion i nie może przeżyć bez ciała swojej matki, co sprawia, że krytyczne myślenie o aborcji jest proste: jesteśmy właścicielami naszych ciał i ani rząd, ani Kościół nie ma żadnej jurysdykcji czy czegoś do powiedzenia, co z nim robimy.

Gdy już oddycha niezależnie poza łonem matki, ma prawa, ale nim embrion stanie się istotą ludzką, jest częścią ciała matki. Problem z ludźmi, którzy wysuwają argumenty przeciwko temu, jest taki, że myślą emocjami, zamiast logiką. Aborcja jest smutnym, ale czasami koniecznym wydarzeniem, matka powinna mieć wolność wyboru, co dzieje się w jej własnym ciele”.

Stosując jego tok myślenia, pozbawiony „emocji” i kierujący się „logiką”, należałoby uznać, że staruszek czy człowiek z niewydolnością płuc podłączony do respiratora nie jest już istotą ludzką, tylko... no właśnie – czym? Respiratorem? Więc jeśli go odłączymy, to nie popełniamy zabójstwa! Proste! Prawda?

Jedźmy więc dalej. Co z pacjentami, którzy wymagają regularnych dializ? Ich nerki są niewydolne. Bez dializy nie mogliby przeżyć, bo w ich krwi nagromadziłyby się zabójcze toksyny. Są jeszcze ludźmi czy już nie? Przecież bez dializatora nie przeżyją. Są więc częścią dializatora? Odłączenie ich na zawsze i skazanie na śmierć „jest smutnym, ale czasem koniecznym wydarzeniem”?

Reszty bzdur w jego tekście o rzekomym „wyzwoleniu” kobiet, jakie miały przynieść antykoncepcja i aborcja, nie chce mi się nawet komentować. Z pewnością wyzwoliły one tego pana z jednego – z człowieczeństwa.

niedziela, 13 listopada 2016

Katolickie kino – nowy polski portal

Pojawiła się ciekawa inicjatywa. Powstał portal, na którym można legalnie zobaczyć filmy religijne: Kino Pod Aniołem. Na razie nie ma tutaj za dużego wyboru (zaledwie 5 filmów, gdy piszę te słowa), ale mam nadzieję, że portal będzie się rozwijał, a repertuar wzbogacał o filmy zarówno fabularne, jak i dokumentalne i że może będzie można zobaczyć również wartościowe produkcje świeckie, tzn. takie, w których można odnaleźć rzeczy bliskie katolikowi. Mam też nadzieję na obrazy starsze – mankamentem bowiem typowych portali udostępniających filmy legalnie jest brak szerokiego wyboru klasyki kina. Gdyby na przykład Kino Pod Aniołem oferowało taki przemyślany wybór, byłoby ewenementem. Chętnie wówczas zobaczyłbym na tym portalu, oprócz np. takiej klasyki Franco Zeffirelliego, jak „Jezus z Nazaretu” czy „Brat Słońce, siostra Księżyc”, również choćby obrazy Andrieja Tarkowskiego. Czy inicjatorów tego portalu będzie na to stać i czy portal się wzbogaci – czas pokaże.