Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2020

Goodbye EU!

Cokolwiek by myśleć o poglądach Nigela Farage’a, to jego pożegnalna mowa w parlamencie europejskim wywarła na mnie duże wrażenie. Czy faktycznie ocali to Wielką Brytanię? Zobaczymy. Wydaje mi się, że Anglia jest przeżarta tą samą chorobą, która toczy UE.

Chciałbym, aby Polska mogła tak samo pożegnać się z tym biurokratycznym i coraz bardziej niszczycielskim i tłumiącym wolność tworem. Mogę powtórzyć za Farage’m: „Kocham Europę, nienawidzę Unii Europejskiej”.


piątek, 24 maja 2019

Vyvyan traci głowę, czyli nadchodzi „Nowy Wspaniały Świat”

W latach dziewięćdziesiątych miałem okazję oglądać w Anglii od czasu do czasu serial komediowy „The Young Ones”, który zrealizowano jeszcze w latach osiemdziesiątych. Głupawa ta komedia przedstawiała czwórkę młodych ludzi wynajmujących razem mieszkanie. Każdy z nich reprezentował inną subkulturę młodzieżową. W jednym z odcinków młodzieńcy jechali dokądś pociągiem. Punk Vyvyan idąc przez wagon zwrócił uwagę na tabliczkę przy oknie, na której było napisane: Nie wychylać się! Oczywiście natychmiast wystawił głowę przez okno – bo dlaczego niby nie? – i stracił ją. W następnej scence zobaczyliśmy tułów Vyvyana, który po zatrzymaniu pociągu wyszedł w poszukiwaniu swojej głowy. Znalazłszy ją, zamiast nałożyć z powrotem na kark, zaczął ją kopać jak piłkę.

Współczesna cywilizacja zaczyna coraz bardziej przypominać Vyvyana. Ludziom cywilizacji europejskiej zaczęło się nagle wydawać, że umieszczone tu i ówdzie tabliczki: „Nie wychylaj się”, „Nie wchodź”, „Nie dotykaj” są bezsensowne, a nawet jeśli może w nich być jakiś sens, trzeba to sprawdzić robiąc właśnie to, przed czym te tabliczki ostrzegają. To nic, że za tymi zakazami, ostrzeżeniami i przestrogami stoi mądrość wieków i cywilizacja, jaką na ich przestrzeganiu zbudowano. Lepiej wystawić głowę!

Prawdopodobnie jesteśmy już na etapie (albo jesteśmy go blisko) oderwanej głowy, gdy tułów kręcąc się, próbuje ją po omacku znaleźć. Potem pewnie zacznie ją kopać. A w końcu ją odpowiednio zmumifikuje i umieści w muzeum ciekawostek.

Także w Polsce, będącej do tej pory jeszcze w miarę normalnym miejscem, liczba Vyvyanów zdaje się przyrastać w tempie astronomicznym i o jakim się nawet autorom science-fiction nie śniło.


sobota, 23 marca 2019

Trucizna z ręki matki zawsze będzie lepsza niż ta, którą jej dziecko trują inni

Nasza epoka w przyszłych podręcznikach historii będzie nazywana epoką wyjątkowej głupoty. Jeśli oczywiście ludzkość przetrwa tę erupcję szaleństwa, które ogarnęło świat. Jest tak, jakby ludzie przestali dostrzegać rzeczywistość, jakby twarde fakty, także naukowe, przestały się liczyć. Może ludzie zaczęli już po prostu żyć w rzeczywistości wirtualnej? Bez specjalnego kasku, rękawic symulujących wrażenia dotykowe i gogli przenoszących w świat trójwymiarowej iluzji?

Praktycznie każdy dzień przynosi wiadomości o nowych przypadkach obłędu. Jest tak, jakby ludzie prześcigali się w najdziwniejszych jego formach. Oto brytyjskie matki, zdegustowane brutalnymi filmami pornograficznymi, które oglądają ich dzieci, postanowiły zrobić swój własnyfilm pornograficzny, by pokazać seks dzieciom w innym świetle. Z całości zrobiono telewizyjne widowisko dla jednej z brytyjskich stacji telewizyjnych, które zatytułowano Mums Make Porn (Mamusie robią porno).

W ramach tego wstrząsającego w swej głupocie projektu mamy obejrzały też przykłady filmów pornograficznych. Jedna z matek była tak wstrząśnięta tym, co zobaczyła, że zwymiotowała, inna popłakała się przy scenie gwałtu. Postanowiły więc zrobić film pornograficzny, który pokazywałby ich dzieciom seks w innym świetle niż to, co ich pociechy mogły zobaczyć w Internecie! Panie wprawdzie same w nim nie wystąpiły, ale przecież liczą się dobre chęci, prawda?

Nie wiem, jaka była reakcja ich dzieci – dorosłych już prawie nastolatek, sądząc po rodzinnym zdjęciu – ale czekam niecierpliwie na kolejne pomysły. Ot, na przykład tatusiowie pokazują swoim synom, jak obrabować bank bez zbytecznej przemocy i niepotrzebnego rozlewu krwi. Albo jak ukraść auto i nie pobić przy tym właściciela. Albo jak zrobić malwersację finansową na wielką skalę i uniknąć więzienia. Pomysłów może być cała masa, choć zło tak naprawdę ma dość ograniczony repertuar.


wtorek, 17 lipca 2018

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. II


Każdy były uczeń szkoły średniej bez wątpienia pamięta (a przynajmniej tak było w moich czasach) scenę z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, kiedy Konrad wadząc się z Bogiem traci przytomność, co chroni go przed wypowiedzeniem bluźnierstwa. Jakie to bluźnierstwo? Że Bóg jest... carem! Dla przeciętnego Polaka zatem to zestawienie: Bóg i car, nałożenie się obrazu Boga i obrazu cara tak, że stają się jednym, wydaje się czymś niewyobrażalnym, profanacją, która tylko może przyjść do głowy chyba jedynie... demonom.


Tymczasem Caryll Houselander miała – tak to przynajmniej relacjonuje – dokładnie sto lat temu wizję cara jako ukrzyżowanego Chrystusa Króla, choć z początku nie zdawała sobie sprawy, co dokładnie ogląda. Była to druga w jej życiu wizja Chrystusa umęczonego. Miała ją, idąc londyńską ulicą do sklepu po... ziemniaki. Oddajmy zresztą głos bezpośrednio samej autorce:

Nagle znieruchomiałam, jakby magnes przykuł moje stopy do tego konkretnego miejsca pośrodku drogi. Przede mną, nade mną, dosłownie wymazując nie tylko szarą ulicę i niebo, ale cały świat, było coś, co mogę jedynie nazwać gigantyczną i żywą rosyjską ikoną. Nigdy wówczas nie widziałam rosyjskiej ikony ani – jak sądzę – żadnej reprodukcji jakiejkolwiek z nich. Później widziałam ich wiele, ale żadnej, która byłaby choć w przybliżeniu tak piękna.

Była to ikona Chrystusa Króla ukrzyżowanego.

Rozciągnięty na krzyżu ognia, w szacie, która skrzyła się i płonęła od klejnotów, ukoronowany wspaniałą koroną ze złota, która przytłaczała mu głowę, Chrystus unosił się ponad światem na naszej ponurej ulicy, tak uniesiony wypełniał niebo. Jego ramiona zdawały się sięgać od jednego krańca świata do drugiego, rany na Jego dłoniach i stopach to były rubiny, ale rubiny roztopione, które krwawiły światłem. Wszystko, nawet żarzące się fałdy szaty, wydawało się płonąć i poruszać życiem i ruchem płomieni ognia; rozłożone ramiona – z wydłużonymi dłońmi, wynurzającymi się ze zdobionych klejnotami rękawów – były jak olśniewające skrzydła przykrywające świat. Sam Chrystus – z głową pochyloną przez koronę, w zamyśleniu nad światem. Pośród tej wspaniałości surowa prostota tej pięknej twarzy ostro odróżniała się od całej reszty swoim smutkiem. Jednak oczy i usta uśmiechały się w nieopisanej miłości, która pochłania żałość i cierpienie, tak jak szmaty zostają pochłonięte przez płonące ognisko.

Nie wiem, jak długo tam stałam ani jak długo to wrażenie trwało. Myślę, że nie było to dłużej niż kilka minut, gdyż kiedy się skończyło, choć nad ulicą zmierzchało, to nie było zupełnie ciemno.

Byłam zażenowana, kiedy się okazało po moim dojściu do warzywnego, że łzy spływają mi po twarzy. Życzliwa kobieta, która sprzedawała mi ziemniaki, usiłowała mnie pocieszyć, przypuszczając, jak sobie wyobrażam, że mam jakieś kłopoty, ale nie mogłam powstrzymać tych łez. W końcu dała mi w podarunku jabłko i poszłam do domu.

Nie wiem, jak szybko potem opublikowano wiadomości o zamachu na cara – być może było to następnego dnia. Wiem tylko, że kiedy wyszłam ponownie z domu i zobaczyłam na tym samym rogu ulicy, na którym widziałam uprzednio ukrzyżowanego króla, afisz ogłaszający zamach na cara Rosji, zrozumiałam sens tego, co wcześniej bardzo żywo widziałam. Albowiem twarz cara na gazetowych zdjęciach była twarzą mojego Chrystusa Króla, ale bez tej wspaniałości.

Od tamtej pory całkowicie zawładnęła mną myśl o Rosji. Rosja stała się dla mnie krajem, w którym Męka Chrystusa się urzeczywistniała. Byłam przekonana, że dzięki ziarnu krwi męczenników, które tam zasiano, a nade wszystko dzięki krwi namaszczonego króla, świętokradczo tam przelanej, Chrystus – którego widziałam zstępującego na świat i w życie ludzi, by być w nich ukrzyżowanym – powróci na świat biorąc w posiadanie całą ludzkość poprzez Rosję; że nawrócenie świata do Chrystusa (nie mówiłam wówczas, że na katolicyzm) zacznie się – tak naprawdę już się zaczęło – w „Świętej Rusi” wraz z zabójstwem jej króla.
Ta wizja „ikony Chrystusa Króla” miała ogromny wpływ na moją postawę wobec innych ludzi.

Ostatnie zacytowane tu słowa przypominają objawienia w Fatimie. Są niemal powtórzeniem tego, co Matka Boska mówiła o nawróceniu Rosji. Być może Houselander świadomie lub nieświadomie zinterpretowała po latach własną wizję w świetle objawień fatimskich. Jej autobiografia wyszła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, musiała zatem wiedzieć o Fatimie.


Jak już pisałem, Polakowi bez wątpienia trudno przyjąć ze spokojem wizję Chrystusa Króla, który ma twarz cara Mikołaja II. A jednak obraz, który Houselander zobaczyła tamtej nocy sto lat temu, wydaje się kryć w sobie przesłanie, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Sama autorka skomentowała to w następujący sposób:

Teraz nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, ujrzałam dramat i rzeczywistość Męki Chrystusa w królach. Kiedy stałam na swojej londyńskiej ulicy po drodze, by kupić ziemniaki, król w Rosji umarł śmiercią Chrystusa. Tragedia i okropne tego piękno przeniknęło do mojej duszy; przeniknęło także do mojego serca, jak włócznia płonącego światła, która je otworzyła. W ciągu chwili stałam się głęboko świadoma świętokradztwa, jakie wiąże się z zabójstwem namaszczonego króla, a imię „Chrystus” – „Namaszczony” – nagle nabrało dla mnie niezwykłego znaczenia.

(...)

Nie bez znaczenia okazał się fakt, że mój pierwszy przebłysk wizji Chrystusa w człowieku był w najpokorniejszej ze świeckich sióstr, pochylonej pod wielką koroną cierniową, a drugi – w królu w jego splendorze, królu przytłoczonym wielką koroną ze złota. Uświadomiłam sobie, że każda korona jest koroną Chrystusa, a korona ze złota jest koroną cierniową.

Wszystkie cytaty są w moim przekładzie i pochodzą z elektronicznego wydania „A Rocking Horse Catholic” (wszelkie ich wykorzystanie wyłącznie za moją zgodą). Sama książka Houselander zasługuje na osobne omówienie. Ale na to może jeszcze w cyklu „Corner Shop” przyjdzie czas innym razem.


Caryll Houselander, A Rocking Horse Catholic, Pickle Partners Publishing 2016.

sobota, 14 lipca 2018

Gdzie ci dżentelmeni z dawnych lat?


Pamiętam z Irlandii trzy scenki z lat dziewięćdziesiątych, które pokazywały wówczas (bo chyba teraz niestety już nie) dobitnie różnicę między mentalnością przeciętnego Polaka a Irlandczyka. Wszystkie dotyczą komunikacji miejskiej – moich podróży autobusem, gdyż w latach dziewięćdziesiątych tramwajów w Dublinie nie było. Można było je obejrzeć jedynie na zdjęciach z początku XX wieku, dopiero parę lat po moim wyjeździe przywrócono w stolicy Irlandii komunikację tramwajową.


Pierwsza scenka rozegrała się gdzieś chyba na samym początku mojego pobytu w Dublinie, bo kojarzę, że jechałem dość długo do centrum, a przez krótki czas mieszkałem na obrzeżach miasta. Wsiadłem w każdym razie do pustawego autobusu, który stopniowo się zapełniał. Czytałem książkę i nie zwracałem uwagi na pasażerów. W pewnym momencie oderwałem się od lektury i spojrzałem wokół siebie. Było dość tłoczno. Niedaleko mnie stała kobieta w zaawansowanej ciąży. Nie wiem, kiedy wsiadła. Wszystkie miejsca były zajęte. Nikt nie kwapił się, by ustąpić jej miejsca. Szybko się podniosłem zażenowany i pokazałem jej, by usiadła. Podziękowała mi z wyraźną ulgą. Jechałem dalej w lekkim szoku.


Druga scenka była dość zabawna, ale mi zrobiło się nieco smutno. Dojeżdżałem już do centrum miasta. Musiał to być przystanek gdzieś chyba koło Christ Church. Autobus był wcześniej mocno zatłoczony, ale wyraźnie się poluźniło. Większość pasażerów wysiadła. Zwolniło się też parę miejsc. Obok mnie było jedno miejsce siedzące wolne. Nie siadałem, bo i tak za chwilę miałem wysiąść. W pewnym momencie podeszła do mnie kobieta i spytała się mnie, czy będę miał coś przeciwko, że usiądzie na tym wolnym miejscu. Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Nie wyobrażałem sobie, by jakaś kobieta mogła mnie pytać w Polsce, czy może zająć wolne miejsce. Skonsternowany przytaknąłem. Nie wiem, czy kobieta zwróciła uwagę na wyraz osłupienia malujący się na mojej twarzy.


Trzecia scenka rozegrała się niedaleko ulicy, na której wówczas mieszkałem. Czekałem na autobus. Oprócz mnie na przystanku stała jeszcze jakaś kobieta. Gdy autobus przyjechał, ustąpiłem jej i gestem ręki pokazałem, by wsiadła pierwsza. Kobieta zareagowała oburzeniem. Nie pamiętam już, co powiedziała. Ale wyraźnie rozłoszczona wskazała mi, bym wsiadał. Wzruszyłem ramionami i wszedłem do autobusu. Zapewne chciało mi się śmiać. Było to chyba pierwsze w moim życiu zetknięcie z feministką.


Pamiętam też, że jedną z rzeczy, na które uwagę zwracały polskie dziewczyny w Irlandii i w Wielkiej Brytanii, był stosunek mężczyzn do płci pięknej. Takie proste rzeczy, jak np. ustępowanie miejsca czy otwieranie drzwi kobiecie. Jeśli miałem wówczas jakieś kompleksy wobec ludzi szeroko rozumianego Zachodu, to w Wielkiej Brytanii i Irlandii dość szybko się z nich wyleczyłem.


Wygląda na to, że niestety coś się zmieniło, coś się popsuło. Kiedy to się stało? Jak do tego doszło? Otóż, przeglądam sobie dzisiaj wiadomości na różnych portalach i oto trafiam na coś takiego: „Niewzruszenisiedzieli w towarzystwie kobiety w ciąży. Interweniowała motornicza”. Nie, to nie jest wiadomość z Dublina, Londynu czy Paryża. Ten artykuł opisuje sytuację w... Krakowie. I pomyśleć, że Kraków kojarzy się zazwyczaj z konserwatyzmem. Hmm... A może po prostu portal Republika nie ma ciekawszych wiadomości i zapełnia stronę, czym się tylko da? Chciałbym w to wierzyć. Wolałbym myśleć, że to jedynie incydent i że tak się przypadkiem niezwykle zdarzyło, że do tego tramwaju wsiadły po prostu jakieś gbury z Irlandii lub Wielkiej Brytanii.


sobota, 27 stycznia 2018

Corner Shop: Szekspir niezreformowany


Rzadko kto pewnie w kontekście okrągłej rocznicy reformacji w zeszłym roku pomyślał o... Williamie Szekspirze. Niewielu też pewnie zastanawiało się przy tej okazji nad tym, jakiego wyznania był wielki Anglik. Jeśli powiemy, że wybitny pisarz ze Stratfordu był katolikiem, to zapewne niejeden czytelnik uniesie brew w zdumieniu, a może nawet parsknie szyderczym śmiechem, posądzając nas o fantazjowanie i „katolskie” chciejstwo.

Wprawdzie kwestia katolicyzmu angielskiego dramaturga nie jest tematem nowym, a z katolickich pisarzy języka angielskiego pisali o tym na przykład Hilaire Belloc i G.K. Chesterton, wspominano o tym również nie tak dawno temu w Polsce, to jednak podejrzewam, że wiedza o tym wciąż nie jest rozpowszechniona wśród przeciętnych czytelników, którzy swą znajomość teatru elżbietańskiego czerpią ze szkoły średniej lub nawet studiów uniwersyteckich. A jeśli autor Burzy katolikiem był, to jak najbardziej był to temat do refleksji w kontekście reformacji, gdyż żył w czasach brutalnych prześladowań katolików w Anglii za panowania królowej Elżbiety I i króla Jakuba I (notabene pisałem już na tym blogu o książce poświęconej tej tematyce).

Sceptycznie podchodził do kwestii katolicyzmu Szekspira również konserwatywny krytyk, pisarz i konwertyta na katolicyzm, Joseph Pearce, znany polskim czytelnikom z takich książek, jak Pisarze nawróceni, C.S. Lewis a Kościół katolicki, Podróż Bilba czy Wyścig z diabłem. Kiedy jednak pochylił się nad tematem, zaczął weryfikować źródła i dostępne dowody, jego wątpliwości zaczęły topnieć. A przecież zdaniem tego wybitnego znawcy literatury angielskiej, znajomość biografii i epoki, w której dany pisarz tworzył, pomaga zrozumieć w pełni jego dzieło i artystyczną wizję w nim zawartą. Pearce jest przeciwnikiem poglądu, że można dany utwór pojąć i interpretować bez znajomości kontekstu, w jakim on powstawał, a zwłaszcza bez poznania życia i poglądów samego autora. Przestrzega też przed „wpisywaniem” w teksty literackie z innej epoki współczesnej wizji świata i człowieka. Jeśli zatem Szekspir był faktycznie katolikiem, to wielkie tragedie i komedie geniusza ze Stratfordu zaczynamy postrzegać w nowym świetle, z którego być może nie zdawaliśmy sobie dotąd w pełni albo zupełnie sprawy.

Choć książka The Quest for Shakespeare (W poszukiwaniu Szekspira) ukazała się w roku 2008, nie doczekała się do tej pory polskiego wydania. A szkoda! Wizja bowiem, jaka wyłania się z publikacji brytyjskiego pisarza i krytyka, daleka jest od sielankowej wizji z hollywoodzkich produkcji typu „Zakochany Szekspir”.

Oto dowiadujemy się, że hrabstwo Warwick, w którym urodził się i wychował wybitny dramaturg, było siedliskiem tak zwanych „rekuzantów”, czyli katolików uchylających się od uczestnictwa w protestanckich nabożeństwach i uroczystościach religijnych. Co ciekawe takim rekuzantem był Jan Szekspir, ojciec Williama, a także jego córka, Zuzanna. O katolicyzmie jego ojca świadczy zarówno zachowany i odnaleziony testament, jak i kara finansowa, jaką musiał zapłacić nie wypełniwszy nałożonych przez państwo, a wymierzonych w katolików, zobowiązań. Taka sama kara dotknęła córkę dramaturga.

Kary finansowe, choć rujnujące pod względem majątkowym, nie były jednak tym, co najgorszego mogło spotkać katolika pod panowaniem królowej Elżbiety.

Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez Pearce’a, Szekspir znał prawdopodobnie trzech jezuickich męczenników (w tym słynnego Edmunda Campiona), którzy aresztowani, torturowani, oskarżeni o zdradę stanu, a wreszcie skazani na śmierć, zginęli zamordowani w okrutny sposób w imieniu prawa. Nawet jeśli weźmie się poprawkę na obyczajowość i mentalność epoki, opis wykonania kary śmierci jeży włos na głowie. Uświadamia też, przed jakim wyborem stawali ówcześni katolicy: jeśli pozostawali wierni Chrystusowi, musieli być przygotowani na najgorsze cierpienia.
A jakie były to cierpienia? Skazańca wieziono na widoku ludzi przez całe miasto na tzw. „kracie”. Na miejscu kaźni wieszano go, poczym odcinano, nim zdążył wyzionąć ducha. Jeszcze żywego poddawano kolejnym, okrutnym mękom. Odcinano mu genitalia, rozpruwano brzuch, z którego wywlekano wnętrzności i palono na oczach torturowanego. W wreszcie jego męczarnie kończono poćwiartowaniem ciała i odcięciem głowy. To wszystko odbywało się publicznie.

Sam Szekspir najprawdopodobniej należał do tzw. „bezpiecznych” katolików, to znaczy takich, którym pozwalano istnieć w państwie Elżbiety I, a potem Jakuba I. Nie wychylali się, a więc nie stanowili „zagrożenia”. Co nie znaczy, że nie mogli się stać ofiarami posądzonymi o spisek i zdradę stanu.

Innym takim przykładem wśród ówczesnych twórców był kompozytor William Byrd, którego głowę (tak samo jak zresztą jego żony), a już z pewnością majątek i wolność ocaliła sama... królowa Elżbieta. Można się domyślać, że do pewnego stopnia obu wybitnych Anglików chronił talent. Dla przykładu warto dodać, że drukarza, który wydał utwór poetycki z muzyką Byrda, pozbawiono uszu, a sam twórca poematu, do którego muzykę skomponował Byrd, musiał salwować się ucieczką z kraju.
Talent nie uchronił jednak wybitnego poety metafizycznego Roberta Southwella. „Gwoździem do trumny” tego dzielnego człowieka, był nie tylko fakt jego katolicyzmu, ale i to, że był księdzem, a na dodatek jezuitą. Wielokrotnie poddawany okrutnym torturom, został w końcu męczennikiem i... świętym Kościoła katolickiego. Można przypuszczać, że William Szekspir był świadkiem jego okrutnej śmierci. Postawa Southwella musiała budzić zarówno podziw, jak i współczucie wśród zgromadzonych, bo gdy go powieszono, jacyś ludzie z tłumu podbiegli i pociągnęli go za nogi, by skrócić jego męczarnię i opisaną wyżej kaźń.

Nie przypadkowo wspominam tutaj tego świętego, gdyż wszystko wskazuje na to, że autor Burzy mógł znać autora osobiście, a z pewnością znakomicie znał jego twórczość, do której aluzje można odnaleźć w jego dramatach.

W innej swojej książce, Through Shakespeare’s Eyes (Oczami Szekspira) Pearce pokazuje, jak aluzje do twórczości Southwella wplecione zostały w wersy Kupca weneckiego, przy okazji dowodząc, jak opacznie ten arcykatolicki dramat jest interpretowany przez współczesnych nam krytyków. Całkiem niedawno zresztą przez przypadek wpadł mi w rękę tom współczesnego przekładu tej komedii, gdzie na okładce widniała fotografia, jak można się domyślić, Shylocka z zafarbowaną na tęczowo brodą! Ten jeden wizerunek streszczał w sobie doskonale wszelkie możliwe aberracje interpretacyjne słynnego utworu, łącznie z wyeksponowaniem jako głównej postaci żydowskiego lichwiarza! Ale to temat na inny artykuł... W samym The Quest for Shakespeare zresztą autor podaje na końcu bardzo ciekawą interpretację Króla Leara, uwzględniającą katolicki kontekst tego utworu.

Na zakończenie dodajmy może jeszcze jedną ciekawostkę (a książka Pearce’a jest ich pełna – warto choćby wspomnieć tu o katolicyzmie środowiska teatralnego Londynu, o monarchizmie angielskich katolików, o tajemnicach życia i śmierci Christophera Marlowe’a czy małżeństwa Szekspira i prawdziwych przyczynach jego wyjazdu do Londynu, a także np. o jego poprawkach w dramacie o Tomaszu Morusie). Otóż o katolicyzmie Szekspira może świadczyć również i to, że wyprowadziwszy się już z Londynu nabył on dom, który był sekretnym miejscem spotkań katolików i jako tako taki znany tajnym służbom. Można się domyślać, że sam bard uczestniczył w mszach potajemnie tam odprawianych. Zdaniem Pearce’a trudno uwierzyć w to, że nie zdawał sobie z tego sprawy. O tym, że było to miejsce nabożeństw, dowiedziano się zresztą już po śmierci dramaturga, gdy po prostu któregoś dnia zawalił się strop, który nie udźwignął ciężaru zgromadzonych wiernych.

Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później zarówno ta książka Pearce’a, jaki i pozostałe jego prace poświęcone dramatom Szekspira, doczekają się wreszcie polskiego przekładu. Tych natomiast czytelników, którzy język Szekspira znają, zachęcam do lektury albo wersji papierowej, albo elektronicznej. Naprawdę warto wydać te parę funtów czy dolarów. Czas poświęcony na tę lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym. A jak pisze autor na podstawie swojego dochodzenia:

„Z perspektywy modernisty i postmodernisty Szekspir wyłania się jako nieoświecony i krnąbrny reakcjonista. Z perspektywy tradycyjnie nastawionych badaczy widoczna jasność wizji moralnej, którą od zawsze dostrzegali w sztukach, staje się wytłumaczalna i wyraźniej określona”.

Joseph Pearce, The Quest for Shakespeare. The Bard of Avon and the Church of Rome, Ignatius Press, San Francisco 2008.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Oni byli gotowi umrzeć za wiarę, a my? – „Angielscy męczennicy reformacji”


Wśród książek wydanych dla upamiętnienia tragedii reformacji warto zwrócić uwagę na niewielką objętościowo książeczkę księdza Jana Badeniego TJ. „Angielscy męczennicy reformacji” to wznowienie publikacji ze schyłku XIX wieku – jak się domyślam z Posłowia, prawdopodobnie wydanej pośmiertnie (ksiądz Badeni zmarł w roku 1889, a obecna publikacja jest oparta na wydaniu z roku 1901).


Choć niektórym lektura tej pracy może z początku wydać się nieco ciężka, głównie ze względu na odrobinę już staroświecki język, to zachęcam, by po nią sięgnąć – w pewnym momencie nie mogłem się od niej po prostu oderwać. Ale wciągająca narracja nie jest jedynym argumentem. Sporo kontrowersji obecnie wywołują różne przyjacielskie gesty katolickiej hierarchii wobec protestantów (mieliśmy tego przykłady również w Polsce). Próbuje się na różne sposoby wybielać i usprawiedliwiać początki tej jednej z największych katastrof w dziejach Europy. Aczkolwiek nie można zaprzeczyć, że wśród pierwszych „reformatorów” z pewnością byli ludzie, którym na sercu leżało dobro Kościoła, a których przeraziłyby skutki ich własnych działań, to trudno pomijać w rozliczeniach z przeszłością to, co wskazywało wyraźnie również na złe intencje inicjatorów i wykonawców owej „reformy”.

„Angielscy męczennicy reformacji” dla wielu czytelników mogą być znakomitą okazją do poznania w zarysie sytuacji katolików w Anglii, która za czasów Henryka VIII oderwała się od jedności z Rzymem. Autor opisuje położenie ówczesnych katolików poprzez losy męczenników Kościoła – gorliwych kapłanów, którym na sercu leżało zbawienie dusz ich własnych rodaków – mieszkańców Anglii. Pretekstem to napisania tej książki musiał dla polskiego jezuity być fakt – o którym wspomina we Wstępie – beatyfikowania 54 męczenników angielskich w roku 1886 przez papieża Leona XIII.


Badeni na początku daje krótki przegląd sytuacji za panowania Henryka VIII, poświęcając oczywiście miejsce Tomaszowi More i Janowi Fisherowi wśród wielu innych męczenników za wiarę, którzy są tu bądź wymienieni chociaż z imienia, bądź krótko przedstawieni. Większość jego książki skupia się natomiast na męczennikach z czasów królowej Elżbiety I. W szczególności wyróżnieni zostają trzej z nich: Edmund Campion, Aleksander Briant oraz Tomasz Cottam – każdemu z nich poświęcony jest osobny rozdział.


Czytając o losach tych wspaniałych ludzi nie sposób rumienić się ze wstydu. Ci bohaterscy wyznawcy Chrystusa gotowi byli ponieść okrutną śmierć męczeńską, by nawrócić choć parę dusz, sprowadzić je ze złej drogi ku Prawdzie. A kaźń, jaka czekała schwytanych kapłanów, była naprawdę przerażająca, nawet biorąc pod uwagę ogólną brutalność ówczesnych obyczajów. Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach niewielu znalazłoby się gorliwych katolików, którzy gotowi byliby oddać życie za ideały, które przyświecały Campionowi czy Cottamowi. Swoją drogą – czy taki napływ Polaków do Anglii, jaki nastąpił w ostatnich czasach, nie powinien był stać się okazją do „nowej ewangelizacji” (nomen omen) tego kraju? A stał się?


Należy przy tym zaznaczyć, że ówcześni katolicy byli monarchistami. Oskarżano ich natomiast o zdradę stanu. Broniąc się, owi męczennicy za wiarę katolicką podkreślali swoją lojalność wobec królowej. Odmawiali jej jednak prawa do decydowania o kwestiach wiary, czyli zwierzchnictwa nad Kościołem. Choć kuszono ich zaszczytami i wolnością, nawet widząc przerażającą kaźń swoich poprzedników, nie ulegli pokusie, zachowując wierność Chrystusowi i ojcowi świętemu w Rzymie. Władza świecka nie miała prawa decydować o prawdach wiary, a przecież takie było m.in. pokłosie reformacji, oprócz grabieży na szeroką skalę dóbr kościelnych.


Warto zwrócić przy okazji uwagę na jedną ciekawostkę, o której Badeni nie wspomina, gdyż pewnie nie miał o tym nawet pojęcia. Otóż istnieje pewne prawdopodobieństwo, że sam William Szekspir miał możliwość osobiście poznać Campiona. Są poszlaki, które wskazują na styczność z jezuitami jego ojca – Jana. Autor „Angielskich męczenników reformacji” wspomina o tym, że Campion wraz z towarzyszami był goszczony w drodze do Anglii przez Karola Boromeusza. Badania wykazały, że odnaleziony testament ojca Szekspira jest kopią dokumentu, który sporządził dla katolików znajdujących się w sytuacji zagrożenia włoski święty. Pierwotnie wzór takiej ostatniej woli miał służyć katolikom w czasach zarazy, gdy nie mieli szansy uzyskać pomocy duchowej ze strony kapłana. Znakomicie nadawał się dla katolików w Anglii, których położenie nie było dużo lepsze – wszak kapłanów katolickich w tym kraju bezwzględnie tępiono i ścigano. Wygląda na to, że towarzyszący Campionowi Robert Parsons (znany również jako Persons) organizował szmugiel kopii takiego testamentu do Anglii. Jezuici mogli otrzymać wzór owego dokumentu bezpośrednio od samego św. Karola Boromeusza, który ich tak gościnnie przyjął.


Książka „Angielscy męczennicy reformacji” jest skromnie, acz ładnie wydana. Bez wątpienia należy być wdzięcznym wydawnictwu Prohibita za wznowienie tej pracy, a także za opatrzenie jej krótkim posłowiem, które uzupełnia ją o te informacje, których Badeni wówczas posiadać rzecz jasna nie mógł. Żeby jednak nie było za słodko, trzeba wspomnieć o dwóch mankamentach.


Pierwszym jest niestety niezbyt dokładna korekta. Jeśli są to tylko literówki, w większości przypadków można domyślić się poprawnej wersji, ale czasami czytelnik może mieć wątpliwości, czy ma do czynienia z jakąś archaiczną formą językową, czy po prostu zwykłym błędem. Domyślam się, że interpunkcja jest w tekście oryginalna, nie uwspółcześniona – brak o tym informacji. I to jest właśnie drugi mankament – brak choć paru słów wyjaśnienia na temat współczesnego wydania tej książki. Z Posłowia wnioskuję na przykład, że oryginalny tytuł to „Błogosławieni męczennicy angielscy” i że opierano się na wydaniu z roku 1901, ale nie wiadomo, czy to było pierwsze, choć pośmiertne, wydanie, czy może kolejne.


Ks. Jan Badeni TJ, Angielscy męczennicy reformacji, Prohibita, Warszawa 2016.