Jeszcze nie podano pełnych wyników wyborów, a już się
pojawili pierwsi męczennicy za demokrację i tolerancję. Oto dwaj bracia –
grubszy i chudszy – z pogardą spoglądają zbliżającej się kaźni prosto w oczy. Ba!
Przeciwstawiają jej kamerę, którą zarejestrują każdy cios i każdy kopniak! Nie cofną
się ani o krok! Przyjmą uderzenie prosto na klatę i nie ustąpią! Przydałby się im
tylko worek cebuli albo dwa, by przetrwać niesprawiedliwe ciosy losu albo PiS-u,
gdy będą gnić w więzieniu.
Maja Ostaszewska natomiast pewnie ostatnie zapasy Internetu
chowa i upycha do zakamarków i skrytek, by choć jeszcze przez chwilę radować
się świeżym powiewem wolności, która za chwilę stanie się towarem
reglamentowanym albo zgoła zupełnie niedostępnym.
Spazmów oczywiście dostała Krystyna Janda. Myli się tylko w
jednym, kiedy mówi, że „druga strona ma tylko siebie, wspomnienia i internet”.
Owszem siebie i wspomnienia – tak. Ale Internet z pewnością nie, bo przecież to
już ostatnie godziny, może minuty. Mówiła o tym już i wieszczyła inna wybitna
aktorka (vide wyżej).
Są i tacy, którzy są twardzi jak stal albo ich
nazwisko: siedzą na barykadzie i rozdają twarde ciosy i opinie. Krzywda ich za
to nie spotka, ale zyskają sławę i podziw (link litościwie pominę).
I tak to wygląda za każdym razem: histeria bab i „twarde,
męskie”, odważne do szaleństwa komentarze pupilków losu.
O tej autorce, która nie rozumie słowa „naród” i która
bredzi o „matczyźnie”, pisałem dwa lata temu tutaj.
Dwie opinie: Mój przyjaciel z dawnych lat, obecnie profesor,
o wytworach pani laureatki: „Próbowałem to czytać, nie przebrnąłem”. Moja
znajoma, wykształcenie wyższe, dumna, że Polska znowu coś znaczy, że o nas
mówią, że coś osiągnęliśmy jako naród, bo kolejna laureatka (ale przecież ona
nie rozumie słowa „naród”!): „Moje koleżanki dały mi jej książki w prezencie.
Nie byłam w stanie przez nie przebrnąć. No, ale to kwestia gustu przecież. Mi
jej styl po prostu nie odpowiada”. Chyba nie tylko jej, jak widać...
To wyjątkowo smutna wiadomość. Odszedł niezwykły aktor i
wyjątkowy też człowiek. W ostatnich czasach niestety jakoś nie potrafiono
wykorzystać w filmie jego talentu, ale może po prostu nie ma już dobrych
komedii. Będzie go bardzo brakować. Niech światłość wiekuista świeci Janowi
Kobuszewskiemu na wieki wieków. Amen.
Media obiegły dzisiaj zdjęcia i film wykrzywionej
histerycznie twarzy małej ikony ruchu ekologicznego. A na dodatek dorzucono i
jeszcze to przedstawiające jej „zimny wzrok” wlepiony w prezydenta Trumpa,
który jej nie zauważył. Ta wykrzywiona twarz nastoletniej dziewczynki świadczy
o mizerii i nikczemności całej tej socjotechniki, która wykorzystuje dziecko do
swoich celów. Jej histeryczne deklaracje, strajk w postaci niechodzenia do
szkoły i cała ta szopka z podróżą jachtem przez ocean świadczy jedynie o tym,
za jakich durniów mają nas macherzy od brudnej polityki. Jest też
potwierdzeniem, że we współczesnej kulturze nie używa się argumentów
racjonalnych, ale próbuje chwycić za gardło emocjami.
To wszystko w gruncie rzeczy przypomina te hulajnogi
porozrzucane po mieście – czyli totalną dziecinadę (notabne zastanawiam się,
kto na tym zbija kasę – w Heraklionie widziałem podobne (jeśli nie identyczne)
hulajnogi do tych, jakie można spotkać we Wrocławiu, założę się, że i w innych
miastach krajów europejskich jest podobnie). Epatuje się nas emocjami
dziewczynki, która zamiast jeździć po forach międzynarodowych powinna siedzieć
w szkole i się uczyć. Gorzej, że chodzenie do szkoły przestaje już gwarantować solidne
wykształcenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że w niektórych krajach europejskich
można z niej wylecieć za stwierdzenie zwykłej zdroworozsądkowej i naukowej
prawdy.
I tak, jeśli mediów nie obiegają kretyńskie wypowiedzi
jakichś „intelektualnych autorytetów”, to raczy się nas histerią małolaty,
którą hołubi się, jakby była Alfą i Omegą, a jest jedynie dzieckiem
wykorzystywanym przez dorosłych. Kiedyś dano by jej co najwyżej lizaka albo
parę klapsów, dzisiaj zaopatruje się ją w jacht i wysyła na zgromadzenie ONZ, a
poważne stacje przepraszają ją za „haniebne słowa” jakiegoś eksperta. Tak to
wygląda, za takich idiotów nas mają.
Agnieszka Holland o filmie Mela Gibsona Pasjaw roku 2004:
„Film ma złą energię. Nie chodzi o to, że jest kiczem, bo w
końcu kicze powstają ciągle i kiczowatych jest bardzo wiele dzieł sztuki. Niebezpieczeństwo
polega na tym, że Pasja otwiera jakąś otchłań przemocy, nieporozumienia,
gwałtu, odległych – w moim poczuciu – od tego, co jest treścią Ewangelii. A w
kontekście fundamentalizmów, które zaczynają władać światem, może stać się
zaczynem czegoś znaczenie straszniejszego, niż możemy sobie dzisiaj wyobrazić.
Jeśli film będzie miał takie znacznie, jak na to wygląda (w sensie skali
odbioru i identyfikacji z nim bardzo wielu grup chrześcijan), może oznaczać
powrót do najciemniejszych czasów i klęskę dwóch tysięcy lat nauki Chrystusa.
Ja u Gibsona nauki Chrystusa nie zobaczyłam. Zobaczyłam natomiast
bezinteresowne, bezmyślne okrucieństwo. Zobaczyłam Chrystusa nie jako
człowieka, który daje miłość, wiarę i nadzieję, ale jako jakiś potworny,
skrwawiony strzęp. I zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów. W moim pojęciu
Pasja my tyle wspólnego z Ewangelią, ile Osama ben Laden z Koranem”.
Jestem ciekaw, ile jeszcze widzów i czytelników pamięta z
tamtych czasów to wzmożenie różnej maści tzw. „autorytetów intelektualnych”,
którzy jeździli po tym wybitnym filmie, jakim bez wątpienia jest Pasja, i po
Melu Gibsonie, jak po łysej kobyle. Słuchając ich słów można było się
spodziewać fali wszelkiego rodzaju przemocy i pogromów. Jak dobrze wiemy, ta
histeria nie była nieuzasadniona, tak się przecież stało, płonęły żydowskie
sklepy i sklepiki, agresja i fundamentalistyczna nietolerancja zalały ulice, a
Agnieszka Holland jest jedną z nielicznych ocalonych. Młodsze pokolenie, które
nie czyta książek, chodzi zapewne w błogiej nieświadomości tego, co się wówczas
wydarzyło.
Proszę też zwrócić uwagę na to, że przytoczony powyżej
fragment wskazuje na autorytet Agnieszki Holland nie tylko w dziedzinie ogólnie
pojmowanego intelektu i sztuki filmowej, ale również w dziedzinie religii, a
zwłaszcza biblioznawstwa i interpretacji Koranu. Powinniśmy hołubić ją jako
dobro narodowe i już za życia otaczać czcią należną wręcz bogom.
Tym bardziej, że Agnieszka Holland znowu wieszczy i znowu
ostrzega. Oto dowiadujemy się, że mówi o „inżynierii społecznej megalomańskiej
władzy”, a dopytywana przez dziennikarkę, co to znaczy stwierdza, jak donosi tygodnik „Do Rzeczy”:
„No jest
to aluzja do tych populistycznych przywódców, którzy uważają,
że władza daje im prawo do tego, żeby projektowali człowieka,
żeby projektowali społeczeństwo, żeby projektowali naturę albo żeby niszczyli
naturę. I takich populistów mamy niestety w tej chwili sporo.
Od Trumpa (prezydent USA – red.) przez Bolsonaro (prezydent Brazylii
– red.) do prezesa Kaczyńskiego. (...) No właśnie boję się,
że będzie niedobrze.(...) mówmy
o głównych ideowych założeniach. Jak pani odbiera fakt, że de facto
proklamują państwo wyznaniowe? Jak pani odbiera fakt, że wyklucza rodziny,
które nie mieszczą się w »kobieta, mężczyzna i dzieci«? Jak pani
odbiera fakt, że połowa obywateli albo więcej znajduje się poza centrum
jego zainteresowania czy że tak wielką część obywateli uważa
za obywateli gorszej kategorii – jak pani to odbiera? Jak pani
odbiera próby tzw. repolonizacji czy – teraz to się inaczej nazywa
– repluralizacji mediów? Jak pani sobie to wyobraża? Do czego
to ma prowadzić?”
Muszę przyznać, że po tych słowach zacząłem ze strachem
ukradkiem spoglądać przez szparę w zasłonie na ulicę, nerwowo reaguję na każdy
dzwonek u drzwi, a kiedy listonosz przynosi mi urzędową korespondencję, nerwowo
trzęsą mi się ręce i pot ciurkiem ścieka mi po plecach. Skoro to wszystko mówi
nasz wybitny autorytet intelektualny (i filmowy), to musi być naprawdę źle!
Czas szykować szczoteczkę do zębów i zapas bielizny albo czym prędzej prosić o
azyl w jakimś cywilizowanym kraju. W końcu „bezmyślne okrucieństwo” już ostrzy
noże.
Nie słabną echa i komentarze związane z niedawnymwystawieniem skandalicznego przedstawienia na podstawie baśni Jaś i Małgosia.
Znany i ceniony profesor literatury porównawczej Stephen Faketeacher z
amerykańskiego Uniwersytetu Harbarda skrytykował w rozmowie z portalem „Odd and
Unbelievable News” tę znaną na świecie baśń.
„Znamy jedynie oficjalną wersję dzieci – powiedział w
rozmowie z tym renomowanym portalem. – Ale jak naprawdę rozegrała się ta
historia? Wygląda na to, że popełniono straszliwą i niewyobrażalną w swym
okrucieństwie zbrodnię na emerytce Babci Jadze, która dorabiała sobie do lichej
emerytury wypiekiem pierników i sprzedażą leczniczych ziół”.
Dalej profesor Faketeacher powołując się na znane
powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy, stwierdza: „Wszelkie dostępne dowody,
które dzieci starały się starannie zatrzeć – niewykluczone, że przy pomocy
swoich rodziców – wskazują na to, że oficjalna wersja jest nie tylko niewiarygodna,
ale sfabrykowana, by przykryć tę potworną zbrodnię. Najprawdopodobniej
prawdziwa wersja wydarzeń wyglądała następująco: dzieci, które albo przez swoją
nieodpowiedzialność, albo nieodpowiedzialność rodziców zgubiły się w lesie, dotarły
do domku staruszki i podkradły pierniki, by zaspokoić głód. Bacia Jaga
przygotowała te pierniki na sprzedaż i w ten sposób dzieci pozbawiły ją
dodatkowych środków utrzymania. Babcia Jaga postanowiła mimo wszystko pomóc
dzieciom, ale by nauczyć je szacunku do pracy i cudzej własności,
prawdopodobnie zleciła im wykonanie drobnych prac domowych, jednocześnie
szukając sposobu oddania dzieci rodzicom. Jako uboga emerytka nie miała
stosownego transportu, a wędrówka przez las z dwójką dzieci byłaby dla niej
zbyt uciążliwa. Postanowiła więc poczekać, aż nadarzy się okazja i będzie mogła
odesłać dzieci pod odpowiednią opieką do domu”.
„Wersja o patyczku, który Jaś pokazywał Babci Jadze zamiast
swojego paluszka – dodaje profesor – jest tak absurdalna, że dziwne, iż nikt do
tej pory nie podważył jej wiarygodności. Uwierzono wersji dzieci jakoby Babcia
Jaga była rzekomą kanibalką, która zamierzała upiec Jasia i zjeść go! Wygląda
na to, że kiedy w nocy Babcia Jaga zasnęła znużona emocjami dnia, dzieci
zamordowały staruszkę, a dla zatarcia śladów jej zwłoki wrzuciły do pieca.
Zagarnąwszy nieliczne kosztowności emerytki, wróciły do domu”.
Profesor Faketeacher wskazuje na spore nieścisłości i
niespójności w wersji dzieci, którym jednak uwierzono, nie próbując
zweryfikować w żaden sposób ich opowieści. „To nie pierwsza taka historia,
którą przyjęto bez zastrzeżeń – odpowiada dziennikarzowi portalu „Odd and
Unbelievable News”. – Weźmy choćby legendę o Minotaurze! Uczyniono z niego
bestię, a był najprawdopodobniej dzieckiem o specyficznej urodzie, które
Tezeusz zamordował z zimną krwią ze wstrętu dla jego odmienności. Potem przy
pomocy Ariadny, która była jego wspólniczką w zbrodni, upowszechnił zmyśloną
historię o jego rzekomym okrucieństwie. Uwierzono pięknemu królewiczowi i
księżniczce. Nikt nawet nie myślał, by dochodzić prawdy!”
Profesor Faketeacher stwierdził, że promocja przemocy w
baśniach i legendach służy jedynie eskalacji brutalizacji życia publicznego i
upowszechniania się skandalicznych stereotypów, „także dotyczących mniejszości
seksualnych lub rasowych”. Zdaniem wybitnego znawcy literatury należałoby takie
opowieści wyeliminować z bibliotek i czytelni i starannie weryfikować treści
podawane dzieciom.
W sprawie skandalicznego przedstawienia zabrał głos członek
rządzącej partii, Achim Rudziński, który stwierdził m.in.: „Nie da się obronić
palenia czarownic! Ten zwyczaj jest barbarzyński. Trzeba takie baśnie wyrzucić
na śmietnik historii w imię rozsądku. Emerytki też mają prawo do życia”.
Prokuratura już wszczęła śledztwo i przesłuchane zostały
przedszkolanki, które wystawiły skandaliczne przedstawienie. Policja
zabezpieczyła ślady w postaci kostiumów, scenariusza oraz zdjęć, które będą
stanowić dowody w sprawie.
Tymczasem członkowie opozycji próbują w bezrozumny sposób
bronić prawa dzieci do oglądania i czytania okrutnych baśni.
Już kiedyś pisałem na tym blogu, że niektórzy zdają się żyć
w rzeczywistości alternatywnej albo wirtualnej. Upalne dni zdają się ostatnio
sprzyjać utwierdzaniu się tych biednych obywateli w ich iluzji. Widać ich zwoje
mózgowe nie wytrzymują żaru lejącego się z nieba.
Wygląda na to, że niektórzy z całą pewnością żyją w kraju,
którym rządzi jakaś krwawa i bezwzględna junta. Więzienia pękają w szwach i już
padają pomysły zamienienia „orlików” i stadionów w obozy koncentracyjne. Oto
KOD urządził akcję „Wszystkich nas nie zamknięcie”. Z niepokojem wyjrzałem
przez okno, by sprawdzić, czy nie stoi tam jakiś wóz pancerny lub inna „suka”.
Na wszelki wypadek piszę to wszystko przy zasłoniętych żaluzjach i próbuję sobie
gorączkowo przypomnieć nazwiska tych, których ostatnio wtrącono do zimnego
lochu. Wszak trzeba je zapisać dla potomności. Jeśli Bruksela nie wkroczy w
porę z jakąś zbrojną interwencją, słuch po nich może zaginąć. Chwilę temu
śmiertelnie wystraszył mnie listonosz, który przyniósł pocztę. Myślałem, że to
już po mnie idą.
Nie na darmo pani profesor od filozofii nawoływała w
ulotkach drukowanych na powielaczu, które potem dzielni opozycjoniści
rozrzucili po ulicach miast, by budować państwo podziemne! Ja już gromadzę
papier na podziemne publikacje. Nie... zaraz... pomyliłem się. Ona to ogłosiła
w mediach społecznościowych! Jeszcze jej nie odcięli dostępu do sieci. Pewnie
nadaje przez satelitę z kryjówki w górach. Ale jeszcze trochę i gończe psy
wytropią jej ślad i rzucą się do gardła.
Jednak i media społecznościowe nie są już bezpieczne. Tam
też sięgają macki kaczystowskiego reżymu. Kolejni gwiazdorzy ogłaszają, że się
z nich wycofują. Udają się na emigrację wewnętrzną lub schodzą do głębszego
podziemia. Ostatnio swój zamiar opuszczenia twittera i Facebooka ogłosił nie
kto inny, jak Hołdys. „Okrucieństwo, toksyczny gniew i intelektualna
nieuczciwość są tu na najwyższym poziomie” – stwierdziła niejaka Maggie Habeman
(cholera wie, kto to jest, ale z pewnością ktoś niezmiernie ważny). A Hołdys,
który niegdyś nazwał Jarosława Kaczyńskiego „chu...em”, stwierdza, że ta pani
mówi w jego imieniu, bo „to niszczące środowisko, niszczące także dla Polski,
dla sztuki, dewastujące dobro międzyludzkie. Widać jestem nieprzystosowany”.
Hołdys wie, co mówi – on, wrażliwy artysta z pewnością nie mógłby żyć w takim
rynsztoku!
Zresztą sam artysta musiał ostatnio mylić trop i kluczyć,
nim dotarł do TVN-u. Chyba komuś bardzo zależało na tym, aby muzyk nie bluzgnął
miłością z telewizora, bo mało brakowało, a by nie zdążył na czas do studia.
Wyobraźcie sobie! Nieznani sprawcy wyprzedzili go, a potem zwalniali, by nasz
wybitny gwiazdor nie dojechał. Oni już mają go namierzonego! Nic dziwnego, że z
rodziną porozumiewa się tylko zaszyfrowanymi wiadomościami! Z pewnością już
słyszał: „Rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana...” Ale to się może
wkrótce też skończyć. A kaczystowska junta już stawia zagłuszarki, które
niedługo zablokują sygnał TVN i innych opozycyjnych stacji. Czas umieszczać głośniki
i nadajniki na dachach.
Walka trwa! Jeszcze nie wszystko stracone! Sąd Najwyższy
jeszcze się broni. Michnik i Szczerba jeszcze na wolności. Intelektualista
Petru na pewno coś wymyśli! „Uwolnić słonia! Uwolnić słonia!” Owsiak na
prezydenta księżyca!
Przeglądając wiadomości z wczorajszych protestów przeciwko
zmianom w sądownictwie odczuwałem na przemian rozbawienie i zdumienie.
Rozbawienie – gdyż widziałem ludzi sfrustrowanych, którym brak argumentów i
jedyne, na co ich stać, to wulgaryzmy i chamstwo. Zdumienie – gdyż gdyby to
ktoś wymyślił i umieścił na przykład w filmie, uznałbym to za bardzo dalekie od
rzeczywistości, a autora potraktowałbym jak wariata.
Oto młodzieńcy skaczą, skandują wulgarne hasła i krzyczą do
potulnych jak baranki policjantów: „ZOMO!”. Domyślam się, że Gestapo z kolei
kojarzy się im z eleganckimi mundurami i pejczami używanymi do sesji sado-maso.
Oto wulgarny stwór wrzeszczy na policjanta, który po prostu
próbuje obok niego przejść w tłumie, że on (stwór) ma prawo tam stać.
Oto ktoś maluje wulgaryzmy na ulicy, a potem się dziwi, że
policja próbuje go powstrzymać. Lepiej! Takiego wandala bronią posłowie
opozycji!
Oto polityk oskarżony o korupcję bredzi coś o
„antyeuropejskim” rządzie, który sądzi bohaterów z czasów komuny. Tak jakby
bohaterstwo z dawnych czasów dawało już odwieczny immunitet i stawiało bohatera
poza wszelkim prawem – być może mówca chciałby taki immunitet dla siebie
samego.
No cóż, gdzie rozum śpi, tam ponoć rodzą się demony. Być
może dlatego targają one ciałem córki znanej aktorki, co można zobaczyć tutaj
(tylko trzymajcie się mocno krzeseł, by nie spaść). Egzorcysta faktycznie
potrzebny od zaraz.
Oglądałem ostatnio z żoną przezabawną komedię „Men in
Black”. To jedna z lepszych komedii amerykańskich i jednocześnie jeden z
lepszych filmów science-fiction, choć z gatunku tych, gdzie nic nie jest serio
(por. kapitalny „Fifth Element”). Mimo że widziałem ten film już po raz trzeci
czy czwarty chyba, w dalszym ciągu dobrze się bawiłem.
W pewnym momencie jednak coś mi zgrzytnęło. Otóż „Men in
Black” nie prezentuje wulgarnego typu komediowego, tego, gdzie mamy bekanie,
popierdywanie i rzyganie oraz inne tego typu ekscesy, które mają trafiać w
gusta niewyrafinowanego, plebejskiego widza. Gdy trafiam na coś takiego, z
miejsca wyłączam. „Gargantua i Pantagruel” jest jedynym takim dziełem, które
jestem w stanie strawić, a te amerykańskie produkcje mu do pięt nie dorastają.
Mamy oto scenkę z uroczą panią patolog, która zachowuje się
dość dziwnie i dwuznacznie. I nagle następuje ten zgrzyt. „J” nie rozumie, o co
chodzi, jest zaskoczony tym, co wygląda na dość śmiałe... hm... zaloty i w
końcu mówi mniej więcej coś takiego: „Zgoda, ale ja jestem na górze, bo tylko
tak osiągam orgazm”. Zdębiałem i skrzywiłem się. Scenka miała podtekst
erotyczny, była zabawna, ale nic nie było wprost, a tu nagle nasz bohater wali
prosto z mostu.
Cały film jest taki, że można go spokojnie oglądać nawet z
dziećmi (choć nie wiem, czy potrafią zrozumieć pewne aluzje i inne żarciki), a
tu nagle: orgazm, spółkowanie i w ogóle robi się jakoś duszno. Coś, co po
prostu nie pasuje do stylu całej tej komedii, w której wulgarności nie ma. Ja
wiem, że poziom zaniżono już tak bardzo, że w tego typu filmach jest już mowa i
o waginach, o orgazmach i innych członkach, ale to nie ten typ, nie ten poziom.
Postanowiłem sprawdzić w oryginale, co nie było trudne, gdyż
w sieci można już znaleźć wiele (mimo coraz większej cenzury), jeśli nie prawie
wszystko. Ów fragment akurat był na YouTube. Okazało się, że w oryginale ta
cała dwuznaczność została zachowana. Trudno mi ocenić wprawdzie do końca, jak
odbiera to tzw. „native”, bo przecież angielski to nie mój pierwszy język, ale
chyba nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że amerykański rodzic w dalszym ciągu
mógłby oglądać ten fragment ze swoimi pociechami i nie rumienić się, że oto
pojawiają się jakieś sprośności. Wprawdzie nieco później ładna pani
patolog mówi coś o „seksualnej niezależności”, ale słowo „sexual” po pierwsze
można też przetłumaczyć jako „płciowy”, a po drugie w dalszym ciągu trudno to
uznać za jakąś sprośność.
Otóż w oryginale we wspomnianym wyżej fragmencie „J” mówi coś
takiego: „I gotta drive. It’s
not some „macho trip”, it’s just the way I get down”. Nawet ktoś, kto
nie zna dobrze angielskiego, od razu zorientuje się, że nie ma tu nic wprost i
że w dalszym ciągu mamy tu dwuznaczności, a nawet wieloznaczności, a więc
spójność stylistyczna zostaje zachowana. Oczywiście dla tłumacza jest to
wyzwanie, bo trzeba to teraz jakoś po polsku oddać, a przy okazji nie popsuć
stylu całej zabawy. Tymczasem tłumacz poszedł po najlżejszej linii oporu.
I od razu zaznaczę, że nie mam do tłumacza pretensji. W
końcu sam nie jestem zawodowym tłumaczem i tylko domyślam się, że ktoś taki
jest poddany presji czasu (widzowie czekają na premierę) i musi tekst oddać w
terminie. Jednak ktoś ten tekst sprawdza, ktoś go akceptuje i nie wierzę, by mu
tu nic nie zgrzytnęło. Chyba, że jest świntuch i takie grube żarty mu jak
najbardziej w smak.
Zacznijmy od tego, że trochę wcześniej agent mówi: do
dziewczyny: „Slow down, girl. You
ain’t gotta hit the gas like that”. Co można by przetłumaczyć mniej więcej
tak: „Zwolnij, dziewczyno. Nie musisz od razu wciskać gaz do dechy” (wszyscy
wiemy, że oczywiście nie chodzi o prowadzenie auta, ale o dziwne zachowanie
pani doktór). Idąc tym tropem i nawiązując do tej wypowiedzi, ów kontrowersyjny
fragment można by spolszczyć może po prostu tak: „Ale ja prowadzę. I nie chodzi
o to, że taki ze mnie znowu macho. Po prostu lubię, gdy dama dobrze się bawi”.
Nie jest to może dosłowne (co zresztą byłoby trudne, tym bardziej, że „get
down”, tak jak samo słowo „trip”, to idiom i może mieć różne znaczenia – a więc
mamy tu nawet wieloznaczność, a nie dwuznaczność), ale dwuznaczność zachowana i
wulgarności brak.
Oczywiście możliwości jest tutaj z pewnością więcej.
Zapisałem pierwszą z brzegu propozycję, która mi się nasunęła. Zawodowy tłumacz
zapewne jest w stanie podać ich więcej.
Hmm, ale skoro mi coś takiego przyszło do głowy w ciągu paru
sekund (w trakcie pisania), to dlaczego nie przyszło do głowy tłumaczowi tego
filmu? Świntuch jakiś, czy co? Może był zmęczony?
Pisałem wczoraj o tym, że opinie wygłaszane przez różnych
celebrytów, choćby to byli znakomici i wybitni aktorzy, są otaczane
niezasłużoną estymą i poświęca się im niepotrzebnie w mediach uwagę, jaka
należałaby się raczej prawdziwym mędrcom, teologom, specjalistom z dziedziny
np. etyki czy politologii. Stąd byle głupstwo, jakie palnie taka gwiazda
pierwszej lub drugiej świetności, urasta do rangi medialnej sensacji i jest
powtarzana albo z szacunkiem, albo z pogardliwym skrzywieniem i sarkazmem w
zależności od tego, którą stronę politycznej sceny dane media popierają.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Otóż wypowiedzi takich
celebrytów są również bardzo chętnie podchwytywanie przez „naszych”. Wystarczy,
że jakaś gwiazdka muzyki pop, jakiś aktor czy nawet modelka powie coś, co nie
mieści się w przyjętym lewackim lub liberalnym albo nawet libertyńskim
światopoglądzie, jaki tradycyjnie już przypisuje się temu środowisku, a
momentalnie ich opinia znajdzie się na wszelkich możliwych prawicowych i
konserwatywnych portalach i w innych mediach. Ekstaza (by nie powiedzieć
dosadniej) jest po prostu pełna! „On to powiedział!” „Znany aktor popiera PiS!”
„Aktorka taka a taka skrytykowała PO!” „Takiej odpowiedzi nie spodziewał się
dziennikarz TVN!” „Znany piosenkarz: Będę głosował na PiS”. I w ten deseń.
Jest to naprawdę żałosne. „Niusy” tego typu powinny się
raczej znaleźć albo na stronie internetowej z plotkami dla ciekawskich
nastolatków albo co najwyżej (jeśli w ogóle) w jakiejś mniej poważnej sekcji
typu „Humor z zeszytów szkolnych” poważnego konserwatywnego tygodnika czy
portalu. Te same media, które przypisują sobie miano „konserwatywnych” i
„największych”, nie potrafią odnotować ważnej książki lub nowego przekładu
klasyki literatury, a jednocześnie ekscytują się wypowiedzią jakiegoś
piosenkarza czy aktoreczki tylko dlatego, że ich twarz pojawia się często w
telewizji czy na okładkach czasopism dla nastolatków lub pań wyzwolonych.
Przeglądając ostatnie wiadomości natknąłem się na dwa
przykłady takich wypowiedzi celebrytów, które spotkały się z zarówno
potępieniem, jak i niezdrowym podnieceniem prawicowych mediów.
Oto pewna aktorka zażartowała sobie z pomnika ofiar zamachu
w Smoleńsku, pokazując przy tym, że zwoje mózgowe służą jej chyba tylko do
zapamiętywania tekstu roli filmowej lub teatralnej, ale do niczego więcej. Nie
będę nawet robił dodatkowej reklamy tej pani.
Z drugiej strony wypowiedź gwiazdki muzyki pop – Muńka
Staszczyka została opatrzona tytułem z wykrzyknikiem na „poważnym” portalu
prawicowym tylko dlatego, że powiedział parę krytycznych słów o PO.
Dziennikarze tego portalu (nie podaję jego nazwy, by ich jeszcze bardziej nie
pogrążać – kto zechce, ten znajdzie) nie dostrzegają nawet swojej śmieszności.
Dobrze, że chociaż muzyk ma zdrowy dystans do siebie samego i swojego środowiska.
Nie toleruję wulgaryzmów, poza uzasadnionym użyciem dla celów literackich lub
artystycznych, ale wyjątkowo przytoczę tę wypowiedź: „Przyjdzie kolejny artysta
i p...doli, jak jest źle”.
******
Są jednak wypowiedzi postaci ważnych, którym warto by było
poświęcić nieco więcej miejsca. A to dlatego, że akurat ich opinie mają
znaczenie i teoretycznie powinny być słuchane z dużą uwagą, a nawet szacunkiem.
Dotyczy to zwłaszcza osób duchownych.
Cóż jednak zrobić, jeśli człowiek, który jest ikoną Chrystusa,
wygłasza poglądy, które martwią i zdają się nie licować z jego urzędem?
Biskup Tadeusz Pieronek jest znany ze swojej niechęci do
PiS-u. I nie budziłoby to mojego specjalnego zainteresowania (tym bardziej, że
akurat duchowni mogą partii rządzącej nieco zarzucić), gdyby nie fakt, że ta
niechęć do PiS-u zdaje się biskupa zaślepiać do tego wręcz stopnia, że wygłasza
opinie, które stawiają pod znakiem zapytania jego ortodoksyjność jako
katolickiego duchownego. Była już pochwała samobójstwa, a teraz jest krytyka
wsparcia, jakie biskupi udzielają... nie, nie politykom PiS-u!... jakiego
udzielają projektowi ustawy „Zatrzymaj Aborcję”! To naprawdę zdumiewające!
Biskup, który wypowiada się krytycznie o ustawie chroniącej najbezbronniejszych
z bezbronnych, to już jakieś wstrząsające i głęboko martwiące kuriozum. Ten
człowiek jest duszpasterzem! Taka wypowiedź powinna wywołać prawdziwy wstrząs
tektoniczny w mediach prawicowych, a jakoś nie wywołuje. Więcej o sprawie na portalu PCh24.pl.
W przypadku wielu aktorów lepiej jest oglądać ich na scenie
lub w filmie, niż słuchać „mądrości”, które mają nam do zaoferowania. Albo taki
aktor okazuje się totalnym kabotynem, albo zdarzają się przypadki, kiedy wręcz
przydałaby się pomoc egzorcysty. Rzadko zdarza się, że sława medialna łączy się
z wybitnością intelektu. Na tym zresztą polega problem – sława, jaką zapewnia
takim celebrytom kultura obrazkowa i coraz bardziej zaawansowane pod względem
technologicznym media, mylona jest z jakiegoś powodu z wybitnością
intelektualną. To znaczy: uważa się, że taki aktor czy aktorka ma prawo do
wypowiadania się na tematy, które nie mają nic wspólnego z ich profesją, a
dotyczą tak szerokiego spektrum zagadnień jak: moralność seksualna, moralność
jako taka, polityka, życie Kościoła, homoseksualizm, prawo do życia, prawa
kobiet, prawa wyborcze, konstytucja, sądownictwo, prawo kanoniczne, Unia
Europejska, wolne niedziele, związki zawodowe itp., itd.
Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że fakt bycia gwiazdą
telewizyjną czy filmową nie oznacza, że zaraz taka osoba jest lepszym ekspertem
od np. stosunków międzynarodowych niż dajmy na to pan Władek, który jest
fryzjerem w jakimś Pcimiu Dolnym (bez obrazy zarówno dla Pcimia, jak i dla pana
Władka) i codziennie w wolnych chwilach czyta różne gazety, by się dowiedzieć,
co na świecie słychać. To, że ktoś mówi pięknie Szekspirem na scenie, nie
oznacza, że zaraz posiadł mądrość i intelekt wielkiego Stradfordczyka. Może
oznaczać, że jest wrażliwy na piękno słowa i niuanse językowe, że będzie
odróżniał mowę niską od wysokiej, ale niekoniecznie idzie to w parze z jakąś
niezwykłą mądrością czy wyższością moralną. Takie złudzenia miał wybitny poeta
Josif Brodski, któremu się wydało, że jak ktoś przeczytał Dostojewskiego, to
już nie może być taki zły. Jakoś umknął jego uwadze fakt istnienia subtelnych
miłośników wielkiej sztuki, muzyki i poezji, którzy nosili mundury SS.
Co jakiś czas popis daje rodzina Stuhrów. Jak nie młody
Stuhr, to stary coś chlapnie. I tak w kółko. Albo młodemu się pomyli Cedynia z
Głogowem, albo stary odgraża się, że „nie boi się biskupów”. Poziom głupstw
wypowiadanych przez ojca i syna jest taki, że naprawdę jakiś impresario mógłby
im doradzić, żeby zamilkli. Chyba, że jest to obliczone na rozgłos za wszelką
cenę: lepiej by ludzie mówili o nich źle, niż by nie mówili wcale.
Ostatnio Jerzy Stuhr pożalił się, że całe życie chciał być
Europejczykiem. Naprawdę współczuję mu. Ja jakoś nigdy takiego problemu nie
miałem. Całe życie się nim czułem, nawet gdy Polska była tłamszona pod sowiecką
okupacją, a pan Jerzy brylował w komunistycznych mediach. Nie wiem, może
wybitny aktor ma jakiś inny system wartości albo coś, ale trudno w to uwierzyć,
bo jeśli się dobrze orientuję, to pochodzi z zacnej rodziny, choć o korzeniach
austriackich (co zresztą powinno mu tę samoocenę poprawić). Cóż więc tak
biednemu aktorowi doskwiera? Jaki dramat życiowy nie pozwala mu zostać
Europejczykiem?
Cóż, to nie pierwsza taka głupota, jaką aktor (i reżyser
przecież!) wypowiedział. A tak jakoś przy okazji (i pewnie trochę bez związku) przypomniał
mi się fragment tekstu Jana Polkowskiego „Niema Polska”: „(...) problemu
pozazawodowego serwilizmu polskich intelektualistów (...) się na wszelki
wypadek nie bada. Gdyby rzeczowo przeanalizować dochodowe wazeliniarstwo
Jarosława Iwaszkiewicza i wielu pisarzy mniejszego kalibru, może dzisiaj Jerzy
Stuhr nie uważałby się za herosa, dołączając do hałaśliwej hałastry i
ogłaszając z dumę: nie boję się biskupów”.
Jak się okazuje jedna z najzabawniejszych komedii w historii
polskiego kina była nie tylko kpiną z totalitaryzmu, ale też przepowiednią
czasów przyszłych, w których już żyjemy. Zapewne też wbrew intencjom samego
reżysera. Jesteśmy też świadkami rzeczy, o których się wówczas ani reżyserowi, ani
przeciętnym Polakom w siermiężnej komunie nie śniło. Na przykład: jednego z
największych obłędów nowego stulecia (aż strach pomyśleć, co będzie dalej) –
ideologii „gender”.
Wspomniałem już poprzednio na tym blogu, że Kanada, to kraj,
któremu coraz dalej do sielankowego stereotypu o niej, a coraz bliżej do krainy
przypominającej najczarniejszą dystopijną wizję.
Cóż jednak począć z tą wiadomością z Quebeku, którą podał
portal LifeSiteNews? Śmiać się czy płakać? W latach osiemdziesiątych
uznalibyśmy to za tak absurdalne, że nikt nie uwierzyłby, że takie rzeczy będą
się dziać na serio. A jednak.
Otóż niejaki/niejaka (niepotrzebne skreślić) „Gabrielle”
Bourchard została/został (niepotrzebne skreślić) szefową „największej grupy
walczącej o prawa kobiet”. Ten ktoś urodził się jako mężczyzna, a teraz określa
się jako „kobieta”. Nie wiem, czy po powrocie ściąga z ulgą perukę i zrzuca
damskie ciuszki. W każdym razie taki absurd zaczyna niestety być dla nas powszechnością.
Po Wrocławiu też biega coś/ktoś (niepotrzebne skreślić) w damskich szpilkach,
co/kto (niepotrzebne skreślić) nieodmiennie kojarzy mi się z koziołkiem, a może
satyrem.
Ale to nie koniec całej historii! Żeby było jeszcze
zabawniej, część feministek zbuntowała się przeciwko nowej „szefowej”,
twierdząc, że „nie może przemawiać w imieniu kobiet, gdyż urodziła się
mężczyzną”.
„Szefowa” broni się natomiast twierdząc, że przedtem
była/był (niepotrzebne skreślić) ponad „szklanym sufitem”, a teraz jest pod
nim, stawszy się częścią „uciskanej grupy”, więc w rzeczywistości lepiej
rozumie sytuację kobiet.
Jak funkcjonują media w Polsce? Widać to na przykładzie
ostatniej afery z „polskim Kennedym”. Gdyby nie zdjęcie zrobione komórką przez
pasażera samolotu, a następnie puszczone w obieg w Internecie, prawdopodobnie
jeszcze długo o całej sprawie byśmy nic nie wiedzieli.
Czy romanse „nowoczesnego” polityka mnie ekscytują? Nie, nie
bardzo. Co najwyżej tyle, że cała ta „love story” pokazuje, z jak żałosnymi
politykami opozycji mamy do czynienia. Są gotowi wzniecić pożar, doprowadzić do
destabilizacji państwa, wykreować w mediach zagranicznych ponury obraz
„kaczystowskiej” dyktatury, po czym w samym środku tego wszystkiego wyjechać
sobie na Maderę lub w inne rejony, gdzie mróz i „zamordystyczny” reżym nie
będzie psuł im upojnej sylwestrowej zabawy.
Ale to nie wszystko. Czy pamiętacie, Państwo, jak media
spekulowały nad nieobecnością Agaty Dudy na uroczystościach państwowych u boku
męża? Drążono temat, domyślano się rozpadu małżeństwa, spięć małżeńskich i
licho wie czego jeszcze. Tymczasem sprawa wyglądała, jak się nie mylę, dość
prozaicznie – po prostu żona prezydenta zajmowała się chorym ojcem.
A może przypominacie sobie, jak analizowano zdjęcia i
nagrania z pewnej uroczystości, w której udział brali Andrzej Duda i Jarosław
Kaczyński? Spekulacjom nie było końca (i chyba do tej pory niektórzy drążą
temat).
Tymczasem gdzieś na boku trwał sobie romans. Może nawet już
od dłuższego czasu. Może od maja. A może dłużej. Nie, nie prezydenta Dudy i nie
jego żony. Nie Jarosława Kaczyńskiego. Romans „nowoczesnego polityka”.
Wymarzony temat dla tabloidów. I co? I nic.
Wspominałem już na tym blogu, że niektórzy obywatele Polski
zdają się żyć w rzeczywistości wirtualnej. Chyba najbardziej predestynowani do
takiego życia są aktorzy. I to się (niestety) potwierdza:
Pierwsza może mało istotna i pewnie pominąłbym ją
milczeniem, gdyby nie fakt, że jednak mocno mnie zirytowała. Oto na jednym z
forów internetowych pojawiło się zdjęcie śmigłowca ze słomy i napis, że niby
min. Macierewicz mówi, iż jest to śmigłowiec „na miarę naszych możliwości”.
Zirytowało mnie to po pierwsze dlatego, że domyślam się w
twórcy tego „mema” „wybitnego” specjalisty od sprzętu wojskowego (ze szczególnym
uwzględnieniem lotnictwa) i potrzeb naszej armii. Pewnie nawet jest on
znaczniejszym ekspertem niż ów pan wypowiadający się na łamach
„Rzeczpospolitej” w krótkim, a treściwym artykule „Dobrze, że caracale odleciały”.
Drugim powodem mojej irytacji był fakt, że co jak co, ale to
czasy rządów PO-PSL były jak żywcem wyjęte z filmów Barei. Przykładów różnych
„misiów” „na miarę naszych możliwości” można by podać mnóstwo, znalazłoby się
nawet paru Jarząbków wyśpiewujących „Łubu dubu...”. A jeśli ktoś ma krótką
pamięć, to może przypomnijmy choćby taki epizod z ostatnich wyborów
prezydenckich:
Drugie wydarzenie również kwalifikuje się do kabaretowych.
Otóż, pod darem Stalina, czyli Pałacem Kultury i Nauki (cóż za stosowne
miejsce!), odbył się protest aktorów pod hasłem „Nie oddamy wam kultury”.
Tak, proszę państwa, okazuje się, że aktorzy mają jakąś
kulturę, której nie oddadzą. Nie wiem, komu nie chcą oni tej swojej „kultury”
oddać, tzn. kim są owi „wy”, ale może niech ją sobie ci artyści po prostu...
zatrzymają. Zastanawia mnie bowiem, co skłoniło owych aktorów do protestu pod
tak kuriozalnym hasłem. Czyżby na jakiś spektakl wkroczyła policja, która
chciała siłą zarekwirować ową „kulturę”? Jakiś aktor, będący w posiadaniu tej
„kultury”, trafił do więzienia albo chociaż został zatrzymany na 24 godziny? A
może powróciła cenzura, która wykreśliła ową „kulturę” z paru przedstawień
teatralnych i teraz trzeba ją wystawiać w prywatnych domach i drukować na
powielaczach?
No, cóż... Okazało się, że ciągle chodzi o to samo, czyli o
„wybitny” spektakl teatralny pt. „Śmierdzi dziewczyna”... tzn., przepraszam...
„Śmierć i dziewczyna”... W każdym razie ten, który miał zatrudnić „aktorów
porno”. Wyjaśnił to pewien pan z trzęsącą się ręką (dlaczego ona mu się tak
trzęsła? Czyżby to on był tym aktorem porno, który nie zagrał?). Było tam też
coś o słowach „wybitnego Wrocławianina” oraz o strzelaniu (tak, tak!). Ach, tak... wybitni aktorzy scen polskich i seriali telewizyjnych szykują się na
męczeństwo. Zbierajcie więc, państwo, leki i materiały opatrunkowe, drzyjcie
prześcieradła na szarpie, bo poleje się krew.
Lubię zobaczyć dobrą komedię, zwłaszcza taką, w której jest
coś więcej niż tylko pusty śmiech. Niestety, kiedy przeglądam portale z filmami
i szukam czegoś znośnego do obejrzenia wieczorem z żoną, okazuje się, że poziom
jest tak żałosny, że nie polecałbym tych filmów nawet najgorszemu wrogowi. Jeśli
określi się to coś, co oferuje się nam jako humor, epitetem – prostactwo, to
będzie to jeszcze dalekie od prawdy. Podejrzewam, że nawet rekruci w wojsku i
kryminaliści w więzieniu dla zabicia czasu opowiadają dowcipy na wyższym
poziomie wyrafinowania.
Gdybym miał sobie przypomnieć jakąś dobrą komedię z
ostatnich lat, to chyba wymieniłbym z miejsca filmy braci Coen, uwzględniwszy
ich ostatni – przezabawny „Ave, Cezar!”. To naprawdę rozrywka na wysokim
poziomie, a przy tym miłośnik kina znajdzie w niej coś więcej niż jedynie serię
gagów.
Wspomniałbym jeszcze film „Nice Guys” Shane’a Blacka. To
niezła komedia, choć nie nazwałbym tego kina wybitnym. Znawcy X muzy z
pewnością odnajdą tu bez trudu nawiązania do paru kultowych obrazów, zarówno
tych śmiesznych, jak i bardziej poważnych. Przy braku jednak czegoś dobrego, na
bezrybiu i rak ryba, więc można w miarę bezpiecznie ten film polecić.
Oczywiście, można się wybrać na entą część „Bridget Jones”,
ale ile można eksploatować temat nieco przygrubej pani, która na dodatek wikła
się w jakieś bezrozumne łóżkowe sytuacje i potem nie pamięta, czyje to dziecko?
Dlatego nieco zaskoczył mnie brak nagłośnienia prześmiesznej
komedii włoskiej pt. „Jak Bóg da” w reżyserii Edoardo Maria Falconego. To film,
na który po pierwsze można pójść z całą rodziną i nie obawiać się żartów
waginalno-skatologicznych. Po drugie to znakomicie opowiedziana, choć prosta
historia. I tutaj muszę przyznać, że zaskoczyły mnie głupoty, jakie powypisywał
pewien krytyk o tym filmie, zarzucając mu niespójność opowieści i serię skeczów
– ja widziałem tu zgrabnie poprowadzoną i jak najbardziej spójną historię. Po
trzecie – w tym filmie chodzi o coś więcej niż tylko dobrą zabawę, a na dodatek
reżyser nie dopowiada niektórych wątków, ale przy tym daje do zrozumienia, że w pewnym
momencie żarty się kończą i trzeba sobie odpowiedzieć na parę ważnych pytań
dotyczących choćby... sensu życia. A jeszcze mamy na dodatek motyw swoistej
walki pomiędzy ateistą a katolikiem, wątek kryminalny, a sam film zaś unika uproszczeń kina
protestanckiego... Ale też nie chciałbym zdradzać za wiele.
We Wrocławiu „Jak Bóg da” można zobaczyć niestety
chyba tylko w jednym kinie – w DCF-ie.
„Jak Bóg da”, reż. Edoardo Maria Falcone, dystrybucja:
Rafael.