Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglojęzyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglojęzyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 września 2019

poniedziałek, 15 lipca 2019

Homo viator i homo superbus

„W wielkich dziełach literatury odkrywamy głębokie zrozumienie bytu człowieka i jego celu. Odkrywamy, że osoba ludzka to homo viator, pielgrzym, czyli wędrowiec, który podróżuje przez śmiertelne życie, pamiętając zawsze o życiu wiecznym. To zrozumienie, kim jesteśmy, zostało utracone. „Człowiek nowożytny – pisał Chesterton – bardziej przypomina podróżnika, który zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia i musi wrócić tam, skąd przyszedł, by odkryć, dokąd zmierza”. W rzeczywistości rzeczy przedstawiają się nawet gorzej, niż wyobraził sobie to Chesterton, ponieważ współczesny człowiek nie tylko zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia, ale nawet zapomniał, że ma jakieś miejsce przeznaczenia. Nie wie, że jest podróżnikiem. Nie ma świadomości, że podróżuje ani że ma dokąd pójść. Nie jest on homo viator, ale homo superbus – człowiek pyszny, żałosna istota złapana w pułapkę pomiędzy ograniczeniami konstruowanego przez siebie „ja”, więzień swojej własnej dumy i uprzedzenia”.

Joseph Pearce, Literature: What Every Catholic Should Know (tłum. własne)

sobota, 6 lipca 2019

Już wkrótce beatyfikacja arcybiskupa Fultona J. Sheena!

Kiedy wczoraj zamieszczałem kolejny odcinek z cyklu „Corner Shop”, nie przypuszczałem, że następnego dnia dotrze do nas dobra nowina: O uznaniu przez papieża cudu za wstawiennictwem arcybiskupa Fultona J. Sheena. Oznacza to, że wreszcie arcybiskup zostanie ogłoszony błogosławionym.

Proces beatyfikacyjny był wstrzymany trwającym trzy lata procesem z archidiecezją Nowego Jorku o wydanie doczesnych szczątków arcybiskupa Fultona J. Sheena. Mimo, że według wcześniejszych ustaleń trumna z arcybiskupem miała być przewieziona do Peorii, gdzie Sheen miał spocząć w grobowcu, kardynał Dolan nie chciał jej wydać. Bratanica Sheena, starsza już pani, musiała chcąc nie chcąc wdać się w proces sądowy, który archidiecezja Nowego Jorku przegrywała kilka razy i ponownie się odwoływała. Wreszcie ciało arcybiskupa zostało decyzją sądu wydane i przewiezione do diecezji w Peorii. Tym samym został wznowiony proces beatyfikacyjny i właśnie dzisiaj dotarła wspaniała wiadomość o uznaniu cudu, który jest podstawą do beatyfikacji arcybiskupa Sheena.

Zachęcam tym samym czytelników mojego bloga także do oglądania poprzedniego odcinka mojego wideobloga na temat książki Warto żyć. Miejmy nadzieję, że niewiele czasu upłynie, a Sheen zostanie również ogłoszony świętym, o co należy się modlić. Także prosząc go o wstawiennictwo w naszych potrzebach lub potrzebach bliskich nam osób.


wtorek, 30 kwietnia 2019

Corner Shop: „Elizabethan Shakespeare”, czyli dramaturg czasów destrukcji katolickiej Anglii

Elizabethan Shakespeare Petera Milwarda SJ to książka, którą każdy traktujący poważnie twórczość wielkiego dramaturga powinien koniecznie przeczytać. To, co mnie uderzyło przy lekturze tej pracy, to spokojny, wyważony namysł nad dramatami Szekspira, wywód, za którym stoi znakomita znajomość tych arcydzieł literatury kogoś, kto porusza się po nich z dużą swobodą i pewnością siebie. Ba! Przeglądając ją teraz, stwierdzam, że jednorazowa lektura nie wystarcza, że trzeba po tę książkę sięgnąć przynajmniej kilka razy, najlepiej też w konfrontacji z innymi tekstami poświęconymi mistrzowi ze Stratfordu.

Co ciekawe, Milward jest przeciwny „klasyfikowaniu sztuk Szekspira” jako „sztuk problemowych, sztuk rzymskich, wielkich tragedii i tak dalej”. Jak pisze: „Dotyczy to także zwyczaju, spopularyzowanego przez E.M. Tillyarda, dzielenia sztuk poświęconych historii Anglii na dwie tetralogie, od panowania Ryszarda II do panowania Ryszarda III – z pominięciem wcześniejszego przedstawienia Król Jan i ostatniego historycznego „romansu” – Henryka VIII. Nie chodzi o to, bym kwestionował wygodę takiego grupowania, z którego sam korzystałem w przeszłości, ale ich wielka niedogodność polega na sposobie, w jaki zacierają wyróżniające cechy każdej ze sztuk i łączą to, co lepiej zostawić rozdzielone. Bowiem Szekspir we wszystkich swoich autentycznych sztukach jest zdecydowanie wyjątkowy”.

To rozpatrywanie każdego z dramatów jako osobnego i wyjątkowego utworu nie przeszkadza jednak autorowi w tropieniu wątków i motywów, które pojawiają się i powtarzają w różnych formach w całym dziele Szekspira. Dotyczy to na przykład przedstawienia kobiet jako uosobienia Maryi Panny czy motywu przebrania, pielgrzymki lub podróży. Ciekawe jest na przykład spostrzeżenie, że te partie Henryka IV, które dotyczą niegodziwego i obmierzłego tchórza i pijaczyny Falstaffa, pisane są prozą i to samo dotyczy w Kupcu weneckim Shylocka, choć tutaj mamy do czynienia z pewną modyfikacją, gdyż są chwile, kiedy żydowski lichwiarz mówi „wciąż prozą, jednak jest w niej rytmiczna retoryka emocji”. Notabene analiza Kupca weneckiego autorstwa Milwarda aż się prosi o jakiś osobny tekst i najlepiej w konfrontacji z idiotyzmami interpretacyjnymi, które zdążono do tej pory o tej sztuce powypisywać czy przedstawić na scenie.

Warto może zauważyć przy okazji jeden fakt, że autor, pisząc m.in. o Kupcu weneckim, podkreśla skłonność Szekspira do moralizowania. Jak pisze: „Wydaje się, że jakby – mimo niemal powszechnej dezaprobaty świeckich uczonych – Szekspir objawia się w tej sztuce w swych prawdziwych barwach, jako kaznodzieja w nie mniejszej mierze niż dramatopisarz. Jego deklarowanym celem może być danie rozrywki publiczności i zarobku sobie i kolegom aktorom z trupy Chamberlain’s Men. Ale nie jego była nowożytna koncepcja „sztuki dla sztuki”, gdzie sztuka oddzielona jest od moralności. Pod tym przynajmniej względem w pełni dostosował się do krytycznego ideału renesansu, w którym rozrywka powinna łączyć się z pouczeniem. Tyle tylko, że jego idea pouczenia wykraczała zarówno poza Biblię, jak i banały moralności”.

Ważnym spostrzeżeniem Milwarda jest uwydatnienie dwóch ideałów kształtujących tę twórczość: tradycji i natury, obu obecnych na wsi i które zostają przeciwstawione miejskiej skłonności do rewolucji. I znowuż warto przytoczyć obszerniejszy fragment wywodów autora: „Różnicę pomiędzy tymi dwoma ideałami natury i tradycji można wyrazić dość prosto. Dla Szekspira natura była pogańska, jak to widzimy w duszkach podlegających Oberonowi i Tytanii (inne imię Diany) ze Snu nocy letniej, a tradycja była katolicka. Dotykamy tutaj nawet bardziej podstawowego aspektu geniuszu dramaturga, aspektu, który jest pomijany przez krytyków Szekspira od czasów krytyków wspomnianych wyżej [Bena Jonsona i Johna Miltona]. Dotykamy także tragedii wieku, w którym żył, tragedii, która również głęboko wniknęła w jego geniusz dramatyczny, a mianowicie: tragedii reformacji. Można by powiedzieć, że bez reformacji nie mielibyśmy Szekspira. Był tym, czym był, z powodu zmian religijnych, jakie zachodziły wokół niego od czasów jego narodzin, nawet w tak na pozór odległym hrabstwie, jak Warwickshire. Nie chodzi o to, że się zgadzał z tymi zmianami, gdyż wówczas nie stałby się tak wielkim dramaturgiem; raczej się z nimi głęboko nie zgadzał, gdyż – jak powiedziałem – był on człowiekiem wsi opowiadającym się za tradycją. Dla niego tradycja ta, wspólna Anglii i Europie, była katolicka, sięgająca wstecz do początków zarówno Anglii, jak i Europy i poza nimi do początków chrześcijaństwa. W jego oczach jednakże nowi protestanci, którzy zdobyli władzę pod auspicjami tak zwanej Królowej Dziewicy, byli rewolucjonistami z miast, angażującymi się w niszczenie wszystkiego, co było mu drogie”.

Przytoczywszy ten ostatni cytat nie muszę chyba wyjaśniać, jaki Szekspir wyłania się z książki Petera Milwarda. Jest to bez wątpienia Szekspir fascynujący, inny od tych interpretacji, które suflują nam pewni krytycy i interpretatorzy, widzący w nim na przykład prekursora egzystencjalizmu, teatru absurdu czy nawet ideologii gender.

Książka opatrzona jest dwoma dodatkami, z których pierwszy przytacza klasyczne opinie angielskich autorów o Szekspirze, a drugi podaje „Bibliografię poświęconą Szekspirowi i chrześcijaństwu”. Oba bez wątpienia mogą być pomocne w kolejnych poszukiwaniach i lekturach.

Peter Milward SJ, Elizabethan Shakespeare, Sapientia Press of Ave Maria University, Ave Maria, Florida 2007.


wtorek, 9 kwietnia 2019

Corner Shop: Gra cieni, czyli ukryty świat Szekspira

O tej fascynującej książce wspominałem już kilka razy na swoim blogu. Początki pomysłu na napisanie Shadowplay sięgają jeszcze pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy Clare Asquith przebywała w Związku Sowieckim, gdzie jej męża wysłano na placówkę dyplomatyczną. Oglądając w teatrze przedstawienie, które było adaptacją opowiadań Czechowa, autorka uświadomiła sobie, że zawierało ono aluzje do ówczesnej ponurej rzeczywistości. Były one jednak na tyle subtelne, że obecni na sali „stróże porządku” ich nie wychwycili. Wykształcony widz był natomiast w stanie je wyłapać.

Zastanawiając się nad tym, autorka doszła do wniosku, że być może podobnie było w przypadku Szekspira, który tworzył w czasach, kiedy w Anglii działało rozwinięte i rozbudowywane państwo policyjne, a prawa katolików były brutalnie łamane. W końcu wybitny dramaturg też korzystał ze starych dzieł, przerabiając je i adaptując do potrzeb scenicznych. Wgłębiając się w twórczość samego Szekspira, czytając inne utwory literackie i dokumenty z epoki, analizując ówczesną historię, Clare Asquith doszła do wniosku, że nadszedł czas, by na nowo odczytać dzieło wielkiego angielskiego dramaturga i poety. „Od jego śmierci uniwersalne sztuki Szekspira były adaptowane dla szerokiego spektrum aktualnych i politycznych przesłań: być może jest tak, że jedyne przesłanie, które przeoczyliśmy, to przesłanie samego autora”.

O swojej książce autorka powiada zatem, że „jej punktem wyjścia jest relacja o historii czasów Szekspira, która opiera się nie na tradycyjnej wersji Angielskiej przeszłości, ale na dziele nowego pokolenia badaczy reformacji, którzy malują obraz powszechnego oporu, inwigilacji, przymusu i prześladowań w XVI-wiecznej Anglii. Śledzi ona zatem rozwój zaszyfrowanego, dysydenckiego języka w represyjnych latach, jakie nastąpiły po reformacji, latach cenzury i propagandy, w czasie których tematyka religii i polityki była dramaturgom wzbroniona. I wyjawia ona, że Szekspir rozwinął ten ukryty szyfr w wyrafinowaną formę sztuki, wcielając ją z olśniewającą umiejętnością w swoje bardziej znane dzieła. Istotą tej zaszyfrowanej metody pisania oczywiście było to, że będzie ona „sporna” – innymi słowy niemożliwa do udowodnienia. Jedynie szczegółowe pokazanie uderzających ścisłych paralel pomiędzy doniosłymi wydarzeniami XVI wieku a nawiązaniami ukrytymi w cenzurowanej literaturze tamtego czasu przekona współczesnych miłośników Szekspira – przyzwyczajonych do wieków zdecydowanie uniwersalistycznych interpretacji jego dzieła – że istnieje obecnie argument za tym, by na nowo zbadać jego pisma w świetle ich zrewidowanego kontekstu historycznego. Dla wielu okaże się to szokiem. Przeciwnie do wielkich autorów klasycznych, Szekspir jest zazwyczaj postrzegany jako pisarz tak wybitny, że polityka jego czasów jest nieistotna, a nawet rozprasza. Jednak coraz częściej historycy i badacze literatury wydobywają na światło dzienne świadome echa tamtych czasów w ówczesnej literaturze, echa tak subtelne i aluzyjne, że sprowadzają się do ukrytego języka”.

Autorka zatem rozpatruje dzieło geniusza dramatu na tle wydarzeń historycznych. Zamiast przedstawiać nam jakiś zakłamany, zniekształcony obraz „Szekspira współczesnego”, oferuje nam Szekspira osadzonego w swoich czasach, w rzeczywistości elżbietańskiej Anglii, na którą przypadła większość jego życia, i w Anglii Jakuba I, pod którego rządami przeżył ostatnie 13 lat. Taka perspektywa, a także nawiązania do twórczości innych ówczesnych autorów, pozwala odkryć w dziele Szekspira rzeczy, które do tej pory badacze przeoczali. Na przykład kwestię katolickości ich autora. Ba! Pozwala zrozumieć te partie tekstu, które wydawały się do niedawna niezrozumiałe, niejasne. Pozwala także wyjaśnić pozorną niekonsekwencję, jaką było pojawienie się niektórych sztuk, które zdawały się wręcz cofnięciem w rozwoju albo zaskakującym odstępstwem od dotychczasowej linii rozwojowej. Takim przypadkiem są na przykład te utwory, które zdaniem Asquith były skierowane już nie do Jakuba I, ale jego przedwcześnie zmarłego syna, Henryka.

Nie sposób w krótkiej recenzji omówić wszystkich fascynujących rewelacji, jakie przedstawia ta niezwykła książka. Wydaje mi się też, że niektóre interpretacje mogą budzić pewne wątpliwości, choć nie sposób nie przyznać, że autorka zawsze podpiera je odniesieniami do ówczesnej rzeczywistości, osadza je w konkretnym kontekście. Na szczęście są też badacze, którzy kontynuują osiągnięcia Aquith i prowadzą badania nad katolickością Szekspira i ukrytymi nawiązaniami do ówczesnych realiów. Dużą zaletą dla czytelników twórczości wielkiego angielskiego dramaturga jest też zamieszczony na końcu książki słownik słów-kluczy, które pozwalają zrozumieć rozsiane po utworach aluzje. Dodajmy, że są to nie tylko słowa-klucze używane przez samego Szekspira.

Praca Asquith odkrywa więc faktycznie przed czytelnikiem świat, o którym do tej pory nie miał w większości pojęcia. Pod powierzchnią „uniwersalistycznych” sztuk wielkiego dramaturga, kryje się zakodowana historia czasów samego Szekspira, historia nie mniej ponura niż dzieje samego Makbeta czy Danii Hamleta, która „jest więzieniem”. Na szczęście w dobie, w której niektórzy katoliccy hierarchowie są gotowi świętować obchody reformacji, pojawia się coraz więcej opracowań pokazujących ponure oblicze reformacji, także tej angielskiej. A więc jest szansa również na to, że takie badania, jakie przedstawia książka Asquith, będą się przebijać do publicznej świadomości. Nawet jeśli opór będą stawiać wielbiciele Harolda Blooma, Jana Kotta czy np. „genderowych” odczytań wielkich dramatów. Jedyny problem polega jednak na tym, że ta znakomita książka, jaką jest bez wątpienia Shadowplay, do tej pory nie została udostępniona polskiemu czytelnikowi, który nie ma możliwości przeczytania jej w oryginale.


Clare Asquith, Shadowplay: The Hidden Beliefs and Coded Politics of William Shakespeare, PublicAffairs, New York.

sobota, 6 kwietnia 2019

Corner Shop: „Bridshead Revisited” – odnaleźć prawdziwą Miłość na ruinach złudzeń

Są takie książki, które wcześniej czy później trzeba koniecznie przeczytać. Nie, nie zamierzam tutaj podać jakiejś kolejnej głupiej listy z cyklu: „niezbędnik inteligenta”. Po prostu są takie książki, które trzeba koniecznie przeczytać, bo są dla nas w jakiś sposób ważne. Dla mnie taką książką była powieść Evelyna Waugh Brideshead Revisited.

Wiele lat temu miałem szansę na przeczytanie polskiego tłumaczenia tego jednego z ważniejszych utworów katolickiego odrodzenia w Anglii. W zasadzie to powinienem był z różnych przyczyn to zrobić. Ale jakoś nie miałem do tej lektury wówczas serca. Okoliczności były mało sprzyjające, choć paradoksalnie to właśnie te okoliczności jak najbardziej ku takiej lekturze powinny były skłaniać. Kto wie? Może gdybym wówczas jakoś się zmusił do czytania, zmieniłoby to moje spojrzenie na wiele spraw? Trudno powiedzieć.

Od tamtej pory Brideshead Revisited przypominało mi się na różne sposoby. A to ktoś napisał o tej książce na blogu. A to ktoś wspomniał o niej na jakimś portalu społecznościowym. A to znowuż gdzieś zobaczyłem informację o filmie na jej podstawie i tak dalej, i tak dalej... Nie mogąc się uwolnić od tych natarczywych upomnień, w końcu zdobyłem własny egzemplarz w oryginale, gdy nadarzyła się okazja.

Muszę przyznać, że już w trakcie czytanie pożałowałem, że nie przeczytałem Brideshead Revisited wiele lat temu. Być może jednak powieść, która mnie tak poruszyła, coś zmieniłaby w moim spojrzeniu na świat, na siebie? Może pozwoliłaby się wcześniej otrząsnąć z wielu rzeczy, zbytecznego balastu, który tylko ograniczał moje ruchy, pętał? Kto wie?

Ta arcykatolicka powieść jest interesująca choćby z tego powodu, że właściwie katolicy w niej są mało sympatyczni. Ci katolicy, którzy nie buntują się przeciwko Kościołowi, przeciwko jego nauce. Bridey z jego kolekcją pudełek od zapałek z trudnością może być uznany za bohatera, który budziłby w nas miłe odczucia. Momentami jest wręcz odpychający, choć budzący jakąś tam dozę pobłażliwej sympatii z powodu swojej fajtłapowatości. Ale jego życie wydaje się pozbawione jakiejkolwiek użyteczności, gdyby nie... No właśnie! A jego wpierw narzeczona, a potem żona? A Lady Marchmain? Wprawdzie trudno uznać ją za postać antypatyczną, ale w stosunku do Sebastiana podejmuje nieświadomie katastrofalną decyzję, która pogłębia tylko jego kryzys. Może wyjątkiem są tu zakonnicy, którzy pomagają Sebastianowi, choć też są dalecy od ideału. I stara niania.

A jednak to Bridey okazuje się być głosem rozsądku, choć dla świata – dla Charlesa – jest po prostu głupkiem, który podejmuje wydawałoby się katastrofalną decyzję. Katastrofalną dla Lorda Marchmain. I katastrofalną dla samego Charlesa. Choć w obu przypadkach tylko na pozór. O czym szybko dowiadujemy się w przypadku tego pierwszego, a o czym w przypadku drugiego dowiaduje się sam zainteresowany.

Być może też to właśnie Lady Marchmain przyczyniła się do nawrócenia swojego męża i swojego syna, choć sama już tego faktu nie dożyła i choć wobec tego ostatniego popełniła błąd? Może to jej modlitwy (i Cordelii) doprowadziły do nawrócenia Julii i ostatecznie Charlesa?

Notabene ciekawe, że najmłodsza siostra Sebastiana nosi imię odrzuconej córki króla Leara – bohaterki arcykatolickiej sztuki Szekspira (wbrew idiotyzmom, które powypisywał o niej Jan Kott). Zarówno bowiem Brideshead Revisited, jak i Król Lear nie oferują łatwych pocieszeń. Zaciszny, ciepły „domek” Charlesa rozpada się w drzazgi pod nagłą lawiną. Posiadłość, z którą łączyło go tak wiele wspomnień, podupada – stacjonujący tam żołnierze obchodzą się z nią bezceremonialnie, włażąc dosłownie z buciorami w to „sanktuarium”, z którym Charlesa tyle łączy. Jego ponowna wizyta tam w czasie wojny tylko podkreśla ułudę, jaką żyli z Julią. Można powiedzieć, że z jego planów i marzeń pozostają tylko zgliszcza i ruiny.

To samo w gruncie rzeczy jest w Królu Learze. Tutaj sam władca odrzuca prawdziwą miłość, a wybiera ułudę, pozór miłości. Bardzo szybko przekonuje się, jak potworny popełnił błąd. Jego błąd dotyka nie tylko jego, ale całego królestwa. Nawet natura nie pozostaje obojętna. Cierpienie jest wpisane w ten dramat jako przekleństwo, ale też jako oczyszczenie. To cierpienie doprowadza przecież króla do poznania prawdziwej miłości, którą uobecnia w tym dramacie Cordelia. Zarówno w Bridshead Revisted, jak i w Królu Learze następuje ogołocenie ze złudzeń.

Na bardzo ciekawą paralelę z kolei między Bridshead Revisited a Wyznaniami św. Augustyna wskazuje rozmówczyni Josepha Pearce’a – Elizabeth Klein. Jeśli ktoś zna angielski, może całość rozmowy posłuchać sobie na portalu Faith & Culture.


Evelyn Waugh, Brideshead Revisited. The Sacred and Profane Memories of Captain Charles Ryder.

poniedziałek, 25 marca 2019

Kaliban bierze za mordę

Kaliban wziął się na sposób. Udaje zwiewnego Ariela. Mimikra jest tak doskonała, że wielu się na to nabiera. A nawet uroni łezkę współczucia na losem Kalibana, którego ponoć uciska wredny Prospero. Mimo że Kaliban wciąż jest tym prymitywnym stworem, który skupia się głównie na swoim pępku, a nawet już nie na pępku, tylko na swoich organach płciowych, mimo że tarza się w brudzie i plugastwie, stwarza pozory radosnego duszka, który skacze z kwiatka na kwiatek. I ponownie – wielu tak go właśnie widzi. Nie czując smrodu, nie widząc plugastwa, wołają ci sympatycy „słusznej sprawy” o uwolnienie Kalibana.

Mottem życiowym Kalibana, które przyswoił sobie od wiedźm (być może to jedna z nich była jego matką) jest „fair is foul, and foul is fair”. Stąd bywa nazywany z angielska „fairy”. A skoro „fairy” to pomyślał sobie, że może wyciągnąć swe brudne łapska po dzieci i że nikt się nie zorientuje. W końcu dzieci lubią tęczę. A na końcu tęczy zakopany jest skarb. Jako fałszywy Ariel Kaliban postanowił, że będzie czytał dzieciom bajki i wskaże im drogę do skarbu. W ten sposób je ze sobą oswoi. Wprawdzie dzieci, czując odór i obrzydliwe wyziewy, bały się Kalibana. Jednak pani przedszkolanka powiedziała im, że trzeba wszystkich tolerować i że ich odczucia to tylko złudzenie, bo Kaliban jest zabawnym i dobrym duszkiem. A poza tym wskaże im drogę do skarbu, jak będą grzeczne.

Dzieci więc nieufnie obsiadły Kalibana i słuchały jego bajań. W tych bajdach Prospero był złą czarownicą, a Kaliban wesołym figlarzem. Kaliban, śliniąc się, marzył jednocześnie, że będzie mógł wziąć ze sobą choć jedno z tych dzieci i pokazać mu drogę do skarbu na końcu tęczy.

Kaliban zdobył sobie nawet wpływowych i możnych sojuszników, którzy zaczęli go wspierać. Ci sojusznicy postanowili uczynić z wizyt Kalibana w przedszkolu normę. Spotkało się to z protestami „nietolerancyjnych” rodziców, którzy pogonili go precz. Kaliban się poskarżył. Roniąc łezkę współczucia znana aktorka wykrzyknęła: „Łapska precz od moich dzieci!” I powierzyła je opiece Kalibana. Aktorkę poparli piosenkarze, dziennikarze, pisarze, rzeźbiarze, poeci i malarze. Całe piękne towarzystwo. Oni też chcieliby powierzyć swoje pociechy opiece tego fałszywego Ariela, by je wychowywał w tolerancji i „miłości”. Lichwiarz Shylock z tęczową brodą sypnął groszem, by wesprzeć Kalibana. Bo Shylock też nienawidzi Prospera. Może nawet bardziej niż kupca Antonia, który psuł mu biznes.

To chyba to wsparcie pięknego towarzystwa tak rozzuchwaliło Kalibana, że zaczął się odgrażać. Już poczuł się mocny. Zagroził, że gdy dojdzie do władzy, chwyci za mordę i wtrąci do ciemnej jamy każdego, kto będzie śmiał go znieważać. Piękne towarzystwo wdzięcznie zaklaskało w dłonie. Shylock obsypał Kalibana złotym konfetti. Ogólnie zrobiło się jakoś... śmisznie (sic!).

A tymczasem Kaliban w sekrecie, kiedy myśli, że nikt go nie widzi, już przymierza sobie nocą czarny mundur z różową naszywką „SS”. Na półce w szafie czeka solidny pejcz. Kaliban przecież wie, co to tolerancja.


piątek, 22 marca 2019

Corner Shop: Dlaczego Szekspir zaczął pisać baśnie?

Pisałem już o zaskoczeniu, jakie wzbudził we mnie fakt, że Władysław Tarnawski, rozpatrując przemiany w poszczególnych okresach twórczości Szekspira, pisał enigmatycznie o jego „rosnącej znajomości życia i natury ludzkiej”, natomiast nie zwrócił uwagi na to, w jakich okolicznościach politycznych i społecznych przyszło żyć wybitnemu dramaturgowi i że to one mogły w znacznym stopniu przyczynić się do przemian w jego twórczości.

Wspomniana już przeze mnie na tym blogu Clare Asquith w kapitalnej książce Shadowplay przedstawia, jak te okoliczności zaważyły na utworach Szekspira. Pamiętam toczone swego czasu dyskusje na ten temat, czy utwory skupiające się na lokalnych problemach mogą mieć uniwersalną wymowę. Czy zatem mogło być na przykład tak, że Mickiewicza czytaliby ludzie na całym świecie, mimo że jego główną problematyką byłaby niewola ojczyzny, rozdartej pomiędzy trzech zaborców? Szekspir jest znakomitym przykładem, że taka sztuka jest możliwa. Jego dramaty o wymowie uniwersalnej, mają jednocześnie jakby „drugie dno” – odnoszą się do ponurej rzeczywistości Anglii Elżbiety I i Jakuba I – ponurej dla katolików (choć nie tylko) prześladowanych przez reżym.

Asquith odszyfrowuje to ukryte przesłanie i wyjaśnia, dlaczego niektóre z utworów albo ich fragmenty są dzisiaj niezrozumiałe, a może nawet rozumiane opacznie czy wręcz lekceważone, choć dotyczą one tak naprawdę spraw istotnych.

Okres, którego dotyczyła cytowana przeze mnie uwaga Tarnawskiego, był dla katolików szczególnie bolesny. Zawiodły nadzieje pokładane w Jakubie I, nie nastąpiły rządy tolerancji religijnej, w roku 1604 zawarto pokój z Hiszpanią, a w roku 1605 doszło do spisku prochowego, który był kolejnym pretekstem do zaostrzenia prześladowań katolików.

Autorka podaje przykład pisarza Johna Haringtona, który w swoich utworach, licząc na zmianę kursu przez króla Jakuba, próbował w swoich pismach przemówić do niego na rzecz tolerancji. Takim przykładem jest jego Tract on the Succession. Clare Asquith konkluduje swoje uwagi na temat tego autora takim oto stwierdzeniem: „Ale po odnowie prześladowań z roku 1604 Harington, jak wielu innych, dał sobie spokój z królem. Zmienił dedykację swojej książki, kierując ją do księcia Henryka, który w tym czasie miał lat jedenaście”.

Dalej, pisząc już ponownie o Szekspirze, autorka stwierdza:

Są krytycy, na czele których stoi Samuel Johnson, którzy głowią się nad zadziwiającym kontrastem między następnymi trzema sztukami Szekspira a posępnym, coraz bardziej teoretyzującym dziełem poprzednich siedmiu lat. Szekspir zaczyna tworzyć baśnie. Pierwsza z nich, Perykles, jest niemal dziecinie naiwna w swoim sposobie przedstawienia i formie narracyjnej – do tego stopnia, że powszechnie się przyjmuje, iż pierwsza część sztuki jest dziełem innego autora. Jednak, jeśli się już to wykryje, przebieg kariery Szekspira jako katolickiego apologety dostarcza motywu dla tej nagłej przemiany. Szekspir, wraz ze sporym gronem innych wysoce inteligentnych rówieśników, takich jak Harington, miał właśnie poświęcić całą siłę perswazji na ponowne przedstawienie swojej argumentacji w słowach, których zamysłem było odwołanie się do czternastoletniego chłopca.

Chodziło oczywiście o wspomnianego już wyżej księcia Henryka.


wtorek, 19 lutego 2019

Szekspir i trzęsienie ziemi w Anglii

Pisałem w sobotę o artykule Andrzeja Wadasa zamieszczonym w zeszłorocznym 141 numerze krakowskich „Arcanów”. Wspomniałem, że na postawione w tytule pytanie – „Szekspir jako świadek i kronikarz rewolucji tudorańskiej?” – można by odpowiedzieć przytaczając interpretacje 2-3 sztuk Szekspira, jakie można znaleźć w fascynującej książce Clare Asquith (cytowanej zresztą przez autora). Aby nie być gołosłownym, podam jeden interesujący przykład.

Najprościej, aby udowodnić, że Szekspir w swej twórczości odzwierciedlał (i komentował). czasy mu współczesne, byłoby wziąć jedną ze sztuk historycznych dramaturga. Dlaczego? Dlatego, że historia była dla ówczesnych twórców pretekstem do mówienia o otaczającej ich brutalnej rzeczywistości. Polakom chyba nie trzeba tego za długo tłumaczyć. Dość wspomnieć, że praktyka ta musiała być mocno upowszechniona, skoro główny cenzor królestwa w roku 1599 wydał zakaz publikacji sztuk o tematyce związanej z historią Anglii. Stąd prawdopodobnie, aby obejść te obostrzenia cenzorskie, Szekspir sięgnął do historii rzymskiej i tak powstał jego dramat Juliusz Cezar.

Jeślibyśmy więc chcieli sprawdzić, co wielki dramaturg miał do powiedzenia o swoich czasach, moglibyśmy poddać krótkiej interpretacji taką sztukę, jak Makbet (notabene tutaj z kolei autor sięgnął do historii Szkocji, co mogło być pozornym hołdem dla króla Jakuba I, ale też kolejnym przykładem igrania z cenzurą).

Co jednak, jeślibyśmy sięgnęli po coś, co w żaden sposób nie kojarzy się z prześladowaniem katolików, mordowaniem w imieniu prawa katolickich kapłanów, niszczeniem katolickich sanktuariów i relikwii? Na przykład, gdybyśmy wzięli tragedię Romeo i Julia? Albo jeszcze lepiej –jedną z komedii? Czy to możliwe, żeby taka z pozoru niewinna farsa, jak Wiele hałasu o nic, miała w sobie jakieś nawiązania do czasów współczesnych Szekspirowi? Co więcej – żeby dotyczyła w jakiś sposób prześladowania katolików, mówiła o najświeższej historii Anglii? Sztuka umiejscowiona we Włoszech? Clare Asquith udowadnia, że tak. A swoją drogą: skąd w ogóle pomysł, by sytuować akcje dramatów we Włoszech? Moda tylko?

Juliusz Kydryński w posłowiu do tłumaczenia komedii Wiele hałasu o nic pisze, że „dowcipne” dialogi Beatrice i Benedicka współczesnemu czytelnikowi nie wydają się wcale takie zabawne, a nawet te „inteligentne” potyczki mogą nużyć. Ot, po prostu się „zestarzały”. Autor posłowia jednak nie próbuje drążyć tematu i odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego humor tych dialogów się zestarzał, a scenki ze strażnikami miejskimi wciąż mogą wywoływać śmiech? Plebejski humor śmieszy nas zawsze, niezależnie od epoki, a wyrafinowane gry słowne i aluzje są już dla nas jedynie sztuką dla sztuki? A może najzwyczajniej w świecie czegoś nie dostrzegamy?

Clare Asquith sugeruje to ostatnie. Twierdzi, że te błyskotliwe dialogi (nie tylko Beatrice i Benedicka) – których sensu dzisiaj nie rozumiemy, a nawet jesteśmy gotowi posądzać tłumacza o spapranie translatorskiej roboty – są usiane aluzjami do współczesnych Szekspirowi wydarzeń lub najnowszej (dla autora) historii.

Weźmy dwa przykłady. Oto w pewnym momencie w dialogu bohaterów pada data 6 lipca. Dzisiaj czytelnik nie ma pojęcia, dlaczego w ogóle taka data w tekście się pojawia, nie znajduje dla niej żadnego uzasadnienia. Tymczasem wystarczy sobie uświadomić, że jest to data stracenia Tomasza Morusa, którego ścięto dokładnie 6 lipca 1535 roku. Co więcej, właśnie 6 lipca roku 1483 zmarł w Tower Edward V, a koronowany został Ryszard III (tytułowy bohater jednej ze sztuk historycznych Szekspira). Ale nie koniec na tym! 6 lipca 1553 roku zmarł Edward VI! Zadziwiająca koincydencja, prawda? Zwróćmy również uwagę na zwierciadlane odbicie roku: 1535-1553.

Daje do myślenia? To może jeszcze ten drugi szczegół, który może współczesnemu czytelnikowi czy widzowi umknąć. W pewnym momencie w dialogu pojawia się wzmianka o trzęsieniu ziemi. Tym razem nawet w kontekście ma to jakiś sens. Poza tym Włochy to rejon sejsmiczny. Jesteśmy nawet gotowi to pominąć i czytać czy oglądać dalej. Ale zaraz, zaraz... Mało kto kojarzy Anglię z trzęsieniami ziemi. Tymczasem w roku 1580 doszło do trzęsienia ziemi właśnie w Anglii. Jeśli dobrze się orientuję, to było to największe trzęsienie, jakie nawiedziło ten rejon, a jego skutki odczuwano także w samym Londynie. Za jaki znak to wówczas brano, nie muszę chyba wyjaśniać. Dodajmy, że wydarzyło się to w środę wielkanocną.

Jeśli wspomnimy jeszcze wzmianki bohaterów tej sztuki o „heretyckiej” postawie Benedicka, zwrócimy uwagę na to, że obie główne bohaterki – ich cechy fizyczne – uosabiają w zakodowany sposób protestantyzm (Hero) i katolicyzm (Beatrice), nagle zaczynamy dostrzegać w tej komedii coś więcej niż zwykłą, mniej lub bardziej zabawną romantyczną historyjkę...

Więc jak to będzie z tym kronikarzem i świadkiem?


sobota, 16 lutego 2019

Szekspir jako świadek i kronikarz?

Dopiero niedawno wpadł mi w ręce 141 numer „Arcanów” i dlatego dopiero teraz rzuciłem się z zaciekawieniem na artykuł Andrzeja Wadasa „Szekspir jako świadek i kronikarz rewolucji tudoriańskiej?” Rzuciłem się, przeczytałem i... odłożyłem rozczarowany.

Na postawione w tytule pytanie autor w zasadzie nie odpowiada. Wprawdzie podejmuje tematykę trzech utworów Szekspira: poematu Gwałt na Lukrecji i dwóch dramatów: Peryklesa oraz Troilusa i Cressidy, ale niewiele z tego podjęcia wynika. Autor jedynie dotyka tematyki tych utworów, a czytelnik, który nie ma odpowiedniego przygotowania, w zasadzie nie do końca rozumie intencji, jaka stoi za przywołaniem tych utworów. Komuś mogłoby się wydać wręcz, że utwory te zostały dobrane nieco przypadkowo i że równie dobrze mógłby to być Hamlet albo Makbet. W końcu ten ostatni najbardziej pasuje to reszty tego, co czytelnik znajduje w tekście.

Chyba jedynie pobieżne i krótkie streszczenie poematu Gwałt na Lukrecji może sugerować, że autor odpowiada na tytułowe pytanie. W gruncie rzeczy lektura tego artykuły pozostawia czytelnika w stanie konfuzji i sam zaczyna siebie pytać: Czy autor chciał na pewno podać nam odpowiedź na tytułowe pytanie? A może dać nam garść refleksji o rewolucji? A może w ramach względnie krótkiego artykułu chciał zawrzeć jak w pigułce kluczowe wydarzenia, które mogły wpłynąć na twórczość Szekspira i zaważyć na jego życiu? A może pragnął przedstawić nam kontrast pomiędzy katolicką Anglią przedreformacyjną a Anglią po zerwaniu jedności z Rzymem? A może chodziło mu o katolickich męczenników w Anglii? Tak naprawdę jest tu kilka tematów, które mogłyby stanowić materiał kilku artykułów.

Nie rozumiem więc za bardzo zamiarów Andrzeja Wadasa. Tytuł jego tekstu, tak jak tytuły na niektórych portalach informacyjnych, zapowiada więcej, niż w rzeczywistości czytelnik znajdzie w środku. A przecież wystarczyło streścić choćby ze trzy interpretacje dramatów Szekspira z przytaczanej w tekście książki Clare Asquith, by na to pytanie odpowiedzieć.

Z drugiej strony lektura artykułu w „Arcanach” nie była zmarnowanym czasem. Wadas faktycznie dostarcza garść cennych informacji na temat zniszczeń, jakich w Anglii dokonał Henryk VIII i reformacja. Uświadamia też do pewnego stopnia grozę czasów, w jakich przyszło żyć twórcy Makbeta.

Dla mnie cenną informacją jest w szczególności wzmianka o profesorze Władysławie Tarnawskim i jego badaniach nad katolickością Szekspira. Sama postać profesora, jego badania nad twórczością Szekspira oraz nasuwające się analogie między jego losem a losami męczenników katolickich w elżbietańskiej Anglii to zresztą jeden z tematów, który aż się prosi o rozwinięcie w osobnym artykule albo nawet dwóch czy trzech takich szkicach.

A czy Szekspir był świadkiem i kronikarzem rewolucji tudoriańskiej? Ależ oczywiście, że tak! Opowiada o tym Clare Asquith w swojej pasjonującej książce Shadowplay. Myślę, że jeszcze Wam o tej lekturze parę słów napiszę.


piątek, 15 lutego 2019

Nieudane inscenizacje Szekspira jako świadectwo mizerii naszych czasów

Pisałem już parę razy na tym blogu o karkołomnych interpretacjach sztuk Szekspira, które spłycają wymowę jego dzieł, robiąc z nich wręcz jakąś polityczną agitkę, niedostrzegając prawdziwej głębi i sensów, jakie kryją się w jego dramatach. Można wręcz powiedzieć, że teatralne dzieła wielkiego Anglika to utwory wielowarstwowe, a powierzchowna interpretacja dostrzega tylko to, co jest pozorem jedynie, nawet nie pierwszą warstwą. Jak zauważyła jedna z cytowanych na tym blogu badaczek, nawiązując do motywu trzech szkatułek w Kupcu weneckim, większość interpretatorów wybiera złotą szkatułkę i odchodzi z kwitkiem. Choć różnica pomiędzy nimi a bohaterami tej najczęściej mylnie interpretowanej komedii jest taka, że ci interpretatorzy nie zdają sobie sprawy, że wybrali błędnie.

Filmowe czy teatralne interpretacje Szekspira świadczą więc dobitnie o mizerii naszych czasów. Owe adaptacje przypominają wręcz wypaczające świat w sposób szczególny krzywe zwierciadło, które zamiast prawdziwych sensów i głębi, pokazuje w istocie jakąś parodię tych wielkich dramatów.

A co ciekawe, to te oryginale dzieła, których nieudane interpretacje sceniczne oglądamy, często mówią wiele tak naprawdę o nas samych, to znaczy o świecie, w którym przyszło nam żyć dzisiaj. Czym innym jest bowiem Makbet, jeśli nie zwierciadłem naszego świata, w którym staczanie się w szaleństwo nabiera przyspieszenia, gdy człowiek ustanawia siebie samego panem własnego losu, buntując się przeciwko normom i prawom Bożym? Czy masowe szlachtowanie nienarodzonych dzieci nie przypomina morderczego pragnienia zapanowania nad przyszłością, jakie kieruje Makbetem?

Nie, nie jest Szekspir żadnym prekursorem teatru absurdu ani egzystencjalizmu. W jego świecie Bóg istnieje, a naruszenie Jego praw kończy się klęską bohaterów, subiektywną, a nie obiektywną utratą sensu. Świat szekspirowskich dramatów ma sens, to jedynie grzech zaślepia jego bohaterów tak, że tracą poczucie rzeczywistości i przestają dostrzegać prawdę. Przytaczane często z lubością słowa Makbeta o życiu, które „jest cieniem ruchomym jedynie” czy „bajką opowiedzianą przez głupca, pełnego furii i wrzasków, które nic nie znaczą” (tłum. M. Słomczyńskiego”), tak naprawdę mówią wiele o stanie duszy głównego bohatera, a nie są opisem świata według Szekspira.

Coś takiego właśnie zdaje się mówić James Bemis w swoim szkicu „Macbeth on Film” w krytycznym wydaniu tego dramatu oficyny Ignatius Press, w którym poddaje analizie pięć adaptacji filmowych:

Na swoim najbardziej podstawowym poziomie, poza wspaniałą poezją i znakomitą charakterystyką postaci, Szekspir pokazuje Makbeta ulegającego pokusie pychy, tego samego grzechu, któremu uległ Adam. Obaj chcieli żyć bez Boga, wieść swoje własne życie, iść swoją własną ścieżką i lekceważyć granice swojej wolności narzucone przez Boże ograniczenia. Jednak czy ta „wolność od Boga” poprawiła światy tych ludzi, uczyniła ich szczęśliwszymi? Wprost przeciwnie, Adam został wygnany na zawsze z rajskiego ogrodu, a Makbet stoczył się w mordercze szaleństwo, które doprowadziło do śmierci sumienia i duszy, rozpadu jego małżeństwa, samobójstwa jego żony oraz chaosu i destrukcji jego królestwa. To zatem jest wielka lekcja, jaką Szekspir przekazuje w Makbecie: że próba życia bez Boga może jedynie przynieść cielesną i duchową śmierć, zarówno jednostek, jak i społeczeństw. Wziąwszy to pod uwagę, niepowodzenie tak wielu filmowych adaptacji w przywołaniu tego podstawowego sensu świadczy o bezmyślności czasów, w których żyjemy.


piątek, 1 lutego 2019

Jestem „dosyć prostym człowiekiem”, dlatego nie głosuję na kanalie

Jedną z największych krzywd, jaką wyrządzono Polakom po 1989 roku albo jaką Polacy sobie sami wyrządzili, to brak rozliczenia byłych komunistycznych aparatczyków, ich sługusów i wszystkich tych szumowin, które pozbawione kręgosłupa moralnego robiły wówczas kariery lub te kariery zaczynały. Dzisiaj mogą oni wszyscy puszyć się i pysznić w telewizji, radio i Internecie. Zamiast przemykać chyłkiem, ze wstydem zasłaniając się rękami lub przykrywając głowę płaszczem, oni grzeją się w ciepełku jupiterów.

Ich buta jest niesamowita. Oni dalej traktują mieszkańców „tego-kraju” jako podległy im motłoch (może nawet w większym stopniu niż dawniej) i są ewidentnie przekonani, że wcześniej czy później odzyskają swoje koryto. Czują się bezkarni, bo weszli na salony już nie moskiewskie, a europejskie. Zamiast ruskiego szampana, popijają prawdziwy szampan francuski, a jeśli nawet wcinają rosyjski kawior, to w wykwintnych brukselskich restauracjach. Dziś już nie są sekretarzami podstawowych komórek PZPR czy ZSMP, ale czerwonymi baronami, udzielnymi książętami czy księżnymi, które wchodzą nawet w związki z prawdziwą arystokracją europejską lub chociażby fotografują się w stylizowanych arystokratycznych strojach i wnętrzach.

To poczucie elementarnego braku sprawiedliwości można jedynie przełykać jak gorzką pigułkę, patrząc bezsilnie na te zadowolone z siebie, udające zatroskanie gęby. Na dodatek, jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości co do dawnych bohaterów opozycji solidarnościowej i tej z NZS-u, to powinien spojrzeć na najnowsze obrazki i wyzbyć się wszelkich złudzeń. Można sobie kpić z głupoty byłej pani premiery otoczonej „dinozaurami”, ale fakt jest faktem:

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł rozpoznać, kto jest kim” (tłum. Bartłomiej Zborski).


środa, 23 stycznia 2019

Kościół katolicki wobec fundamentalizmu i modernizmu

Fundamentalizm przyjmuje, że Biblia jest czymś fundamentalnym. Katolicyzm odpowiada (...), że Biblia to nie księga, ale zbiór ksiąg i stąd pytaniem bardziej fundamentalnym niż fundamentalizm jest: Kto zebrał te księgi razem i ogłosił, że stanowią one Biblię i mają być traktowane jako objawione Słowo Boga? Odpowiedzieć na to pytanie to dotrzeć do ciała kryjącego się za księgą, a mianowicie: Kościoła obdarzonego duchem; bowiem Dzień Pięćdziesiątnicy to nie było zstąpienie książek na głowy apostołów, ale zstąpienie języków. Od tamtego dnia to język i głos miał stać się tym, co fundamentalne w religii, a nie książka

Kościół jest nie tylko bardziej fundamentalny niż fundamentalizm, ale także bardziej nowoczesny niż modernizm, gdyż ma pamięć dwudziestu minionych wieków, a zatem wie, że to, co świat nazywa nowoczesnym, tak naprawdę jest bardzo stare – to znaczy, że ta nowoczesność jest tylko nową etykietą dla starego błędu. Modernizm pociąga jedynie umysły, które nie wiedzą, co jest stare, a może przestarzałe.

Fulton J. Sheen, Teizm ateizmu (tłum. własne).


piątek, 18 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo czy Shakespeare był homoseksualistą?

Joseph Pearce, podejmując w swojej znakomitej książce The Quest for Shakespeare temat rzekomego homoseksualizmu w niektórych utworach wybitnego dramaturga – co sugerują co bardziej „oświeceni” krytycy, przytacza m.in. wypowiedź Iana Wilsona:

„Wszystko w dziele [Shakespeare’a] (...) sprawia wrażenie, że był on autentycznie bogobojny w czasie, kiedy sodomia była przestępstwem zagrożonym karą śmierci, a ludzie religijni wszystkich wyznań uważali ją za natychmiastowy paszport do piekła. (...) Dzielił łoże ze starszą od siebie kobietą i poślubił ją, gdy był jeszcze nastolatkiem, mając z nią szybko trójkę dzieci. Jego koledzy aktorzy podobnie byli bogobojnymi, żonatymi mężczyznami z wielodzietnymi rodzinami (...) [i] jest wielce nieprawdopodobne, by tolerowali aktywnego homoseksualistę wśród swego grona”.

czwartek, 17 stycznia 2019

Dwie pokory

Współczesny człowiek jest pokorny nie tą pokorą, która sprawiała, że człowiek wątpił  w swoją moc, ale tą nową pokorą, która sprawia, że człowiek wątpi w swoje człowieczeństwo. Stara pokora opierała się na prawdzie: człowiek jest tym, czym naprawdę jest. Nowa pokora opiera się na braku większego znaczenia: człowiek jest jedynie pyłkiem w kosmosie.
To nowe nastawienie do pokory nie jest spowodowane postępem religii, ale postępem astronomii. Teleskopy i nauka wyjawiły przed nami bezmiar wszechświata. Ci, którzy mają wiedzę, informują nas, że ziemia jest jedynie drobniutkim szczegółem tego wszechświata.

(...)

Współczesny umysł przeciwstawia człowieka wszechświatowi i czyni z człowieka nicość; wieczny umysł przeciwstawia Boga wszechświatowi i czyni z wszechświata nicość. Ten pierwszy dochodzi do człowieczej błahości na podstawie wielkości kosmosu; ten drugi – do błahości kosmosu na podstawie majestatu Boga. Łatwiej jest pomniejszyć rzecz małą, taką jak człowiek, niż pomniejszyć rzecz dużą, taką jak wszechświat. Współczesne obrazowanie robi to pierwsze; nieprzemijające, objawione obrazowanie robi to drugie i z tego powodu jest dużo bardziej imponujące.

Fulton J. Sheen, Kosmiczne zastraszanie (tłum. własne).


wtorek, 15 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo Kiedy Antonio poznał Bassania

Kontynuując wątek rzekomej relacji homoseksualnej Antonia i Bassania (ukrytej lub jawnej) warto przytoczyć przypis do kapitalnego szkicu „Law and Mercy in The Merchant of Venice” (który sam warto polecić w całości jako fascynującą lekturę) amerykańskiego emerytowanego profesora prawa Daniela H. Lowensteina (tłum. własne):

Przeocza się często fakt, że Bassanio jest „szlachetnym krewnym” („most noble kinsman” –1.1.57) Antonia. To przeoczenie może pomóc wytłumaczyć obecnie szerzący się pogląd – tak powszechny we współczesnych przedstawieniach, iż osiągnął status truizmu – że istnieje mniej lub bardziej otwarty związek homoerotyczny pomiędzy Antoniem a Bassaniem, a przynajmniej homoerotyczna tęsknota ze strony Antonia za Bassaniem. Jest to kompletnie nieprzekonujące, po części z powodu relacji pokrewieństwa. W sztuce, w której pełno ojców żywych lub martwych (Porcji, Jessiki, Gobba) nie dowiadujemy się nic o ojcu Bassania. Najlepszy domysł jest taki, że Antonio jest wujem czy innym krewnym, który przybrał rolę zastępczego ojca Bassania.


sobota, 12 stycznia 2019

Wszechświat jako świątynia

Bóg zbudował wszechświat, który (...) ma swój przedsionek, swoje Miejsce Święte i swoje Miejsce Najświętsze.

Przedsionkiem stworzenia, czyli świata materialnego, jest świat słońca, księżyca, gwiazd, roślin, zwierząt i ludzi – jednym słowem rzeczy zmysłowych. Miejscem Świętym stworzenia jest świat przyczyn, nauki, filozofii i prawa naturalnego. Miejscem Najświętszym stworzenia jest świat tajemnicy i objawienia, takiego jak Trójca Święta i Wcielenie. Ten sam klucz, który otwiera przedsionek stworzenia, nie otwiera Miejsca Świętego stworzenia ani świat przyczyn nie otwiera Miejsca Najświętszego. Istnieją trzy klucze do świątyni. Pierwszym kluczem, otwierającym świat materii, jest pięć zmysłów, którymi smakujemy, widzimy, dotykamy, czujemy i słyszymy świat materialny i w ten sposób wchodzimy w komunię z nim. Drugim kluczem, otwierającym świat przyczyn i celów, jest klucz rozumu, który umożliwia nam przeniknięcie wewnętrznych znaczeń i celów rzeczy. Wreszcie, kluczem, otwierającym Miejsce Najświętsze stworzenia, jest delikatny klucz wiary.

(...)

Istnieją (...) trzy źródła wizji w tym wszechświecie, każde inne pod względem rodzaju, a jednak każde będąc udoskonaleniem pozostałych – oko, rozum i wiara. Pierwsze otwiera przedsionek stworzenia, czyli wszechświata materialnego; drugie otwiera Miejsce Święte stworzenia, czyli świata przyczynowo-skutkowego w porządku naturalnym; trzecie otwiera Miejsce Najświętsze, czyli świat Wcielenia i Łaski.

Abp. Fulton J. Sheen, Agnostycyzm (tłum. własne)


piątek, 11 stycznia 2019

Różnica między średniowieczem a naszymi czasami

Całą różnicę pomiędzy średniowieczem, które szukało przyczyn pierwszych, a epoką nowożytną, która szuka przyczyn wtórnych, można zilustrować sztuką. W średniowieczu żaden rzeźbiarz nigdy nie wyrył dłutem swojego imienia na posągu. Powód był taki, że pracował dla Boga, a Bóg był tym, który dał mu zdolność rzeźbienia i który dał mu umysł umożliwiający bycie artystą, a kiedy pozostawiał swoje dzieło jako anonimowe, to Bogu – Pierwszej Przyczynie – przypadało uznanie. W naszych czasach rzeźbiarz ryje dłutem swoje imię w marmurze, gdyż pracuje dla człowieka i zapomniał o Pierwszej Przyczynie i Przyczynie wszystkich przyczyn, jaką jest Bóg.

Fulton J. Sheen, Woskowy nos autorytetu naukowego (tłum. własne)