Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2019

Daniel i złoty posąg, przed którym pokłony bije współczesna polityka

Przeczytałem sobie ostatnio fragment z Księgi Daniela, w którym mowa o wrzuceniu Daniela i jego towarzyszy do pieca ognistego za odmowę oddania czci złotemu posągowi. Daniel mówi tam tak:

„Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twej ręki, królu! Jeśli zaś nie, wiedz, królu, że nie będziemy czcić twego boga ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który wzniosłeś”.

Daniel więc liczy się z tym, że plany Boże mogą być inne i że mówiąc po ludzku może przegrać. Jednak przykazania Boże i Boża prawda są ważniejsze, nawet jeśli po ludzku dla Daniela miałoby to oznaczać klęskę. Jak wiemy, mimo wrzucenia do pieca ognistego, którego żar pochłonął tych, którzy ich tam wrzucali lub się doń zbliżyli, Daniel i jego towarzysze ocaleli. Wciąż jednak należy pamiętać, że Daniel chciał być wierny zasadom Bożym nawet, gdyby miało to oznaczać, że poniesie śmierć, że po ludzku przegra starcie z satrapą.

Współcześni politycy, którzy określają się mianem „chrześcijańskich” czy „katolickich”, idą na kompromisy z prawem Bożym dla słupków popularności. Wystarczyło, że parę ubranych na czarno bab (jeśli to w ogóle były baby) wyszło na ulice, a PiS przestraszył się, że może mieć to konsekwencje wyborcze i przestał stanowczo bronić dzieci nienarodzonych (jeśli w ogóle kiedykolwiek stanowczo je bronił). Sondaże, popularność ludu, naciski jakiejś komisji zlokalizowanej w Brukseli i tym podobne nakazują politykom korygowanie tego, co jest niezmiennym prawem Bożym, albo granie tym, co nie powinno być przedmiotem żadnej gry politycznej.

Demokratyczni politycy boją się, że obrona praw Bożych może kosztować ich kilka krzyżyków mniej na karcie wyborczej. Daniel nie bał się śmierci w piecu ognistym, wolał umrzeć, niż pokłonić się przed złotym posągiem. Miał nadzieję w Bogu, ale liczył się z tym, że z jakiegoś powodu Pan Bóg może dopuścić do jego śmierci. Nie tłumaczył sobie: „Co mi szkodzi, pokłonię się, przecież i tak wiem, że to jedynie kupa złota, a nie żaden bóg! Dzięki temu będę miał władzę i pomogę swojemu ludowi”. Nie, był gotów ponieść śmierć w płomieniach. Nie poniósł.

Współczesnym politykom „chrześcijańskim” i „katolickim” wydaje się, że nie poniosą śmierci w płomieniach, jeśli pokłonią się złotemu posągowi wyborów i władzy. Zapominają, że ten płomień fizyczny czy nawet metaforyczny, to nie jedyny płomień, który ich może czekać. A różnica jest taka, że ten, który ich czeka, płonie wiecznie, obojętnie czy w to wierzą, czy nie.


czwartek, 25 kwietnia 2019

Żydzi, Żydzi, Żydzi!

Żarty żartami, ale wygląda na to, że sami Żydzi podkręcają atmosferę w Polsce i dążą do tego, by rozpętać w naszej ojczyźnie falę antysemityzmu. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że Światowy Kongres Żydów wybrał sobie akurat Polskę, by zwrócić uwagę na wielkanocny zwyczaj, który nie jest jedynie polską tradycją? Nie trzeba długo szukać po Internecie, by dowiedzieć się, że podobne tradycje występują np. w Hiszpanii czy w Czechach. Ba! Czeski zwyczaj topienia kukły Judasza znalazł się na liście dziedzictwa kulturowegoUNESCO! Trzeba zatem mieć naprawdę masę złej woli, by wytypować sobie Polskę dla potępienia czegoś, co nie jest jedynie specjalnością jakiejś małej polskiej wspólnoty. Można odnieść wrażenie, że jest Polska, a odpowiedni kij się znajdzie.

Pytanie, w jakim celu Żydzi podsycają taką atmosferę w Polsce? Chodzi o roszczenia żydowskie do majątku i osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej choćby najbardziej absurdalnymi oszczerstwami i zarzutami? Co ciekawe swoimi głupimi wypowiedziami do podkręcania tej atmosfery przyczyniają się nie tylko politycy opozycji, ale nawet niektórzy politycy rządzącej partii. Stwierdzenie, że spalenie kukły Judasza jest przejawem antysemityzmu jest bowiem równie głupie, jak dawniejsze zarzuty, że Pasja Mela Gibsona to film antysemicki, który wywoła pogromy Żydów na całym świecie. Notabene nikt z tamtejszych krytyków do tej pory nie wszedł pod stół i nie odszczekał swoich zarzutów, dotyczy to także pewnej znanej pani reżyser.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do idiotyzmu całej sytuacji, to niech się po prostu chwilę zastanowi! Przejawem antysemityzmu jest spalenie kukły wyobrażającej Żyda, który zdradził innego Żyda! No chyba, że sami Żydzi uważają Judasza za bohatera narodowego, który słusznie wydał na śmierć bluźniercę!

Jeśli więc nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o te pieniądze, które Żydzi amerykańscy chętnie by sobie zgarnęli, choć im się nie należą. A jeśli im się należą, to poproszę o zwrot majątku moich dziadków, który Stalin zagarnął po II wojnie światowej i który obecnie jest w granicach Ukrainy!


piątek, 29 marca 2019

Myszkując po Internecie: Czy św. Paweł czytałby „Tygodnik Powszechny”?

Może i czytałby, gdyby znał język polski. Pytanie, jaka byłaby jego reakcja na cytowanie jego słów w kontekście „LGBT-coś-tam” przez ks. Adama Bonieckiego? Chyba tygodnik wylądowałby szybko w koszu na śmieci. Czy św. Paweł wytoczyłby „Tygodnikowi Powszechnemu” proces o zniekształcanie jego słów? Nie wiem. W każdym razie red. Krystian Kratiuk nawołuje do modlitwy za panów redaktorów „Tygodnika Otwartego”, bo tak chyba powinien się on teraz nazywać. I nawołuje całkiem serio.

Zachęcam do obejrzenia kolejnego odcinka programu JA KATOLIK. Warto, choć jest to tak naprawdę wstrząsające.


środa, 23 stycznia 2019

Kościół katolicki wobec fundamentalizmu i modernizmu

Fundamentalizm przyjmuje, że Biblia jest czymś fundamentalnym. Katolicyzm odpowiada (...), że Biblia to nie księga, ale zbiór ksiąg i stąd pytaniem bardziej fundamentalnym niż fundamentalizm jest: Kto zebrał te księgi razem i ogłosił, że stanowią one Biblię i mają być traktowane jako objawione Słowo Boga? Odpowiedzieć na to pytanie to dotrzeć do ciała kryjącego się za księgą, a mianowicie: Kościoła obdarzonego duchem; bowiem Dzień Pięćdziesiątnicy to nie było zstąpienie książek na głowy apostołów, ale zstąpienie języków. Od tamtego dnia to język i głos miał stać się tym, co fundamentalne w religii, a nie książka

Kościół jest nie tylko bardziej fundamentalny niż fundamentalizm, ale także bardziej nowoczesny niż modernizm, gdyż ma pamięć dwudziestu minionych wieków, a zatem wie, że to, co świat nazywa nowoczesnym, tak naprawdę jest bardzo stare – to znaczy, że ta nowoczesność jest tylko nową etykietą dla starego błędu. Modernizm pociąga jedynie umysły, które nie wiedzą, co jest stare, a może przestarzałe.

Fulton J. Sheen, Teizm ateizmu (tłum. własne).


środa, 7 listopada 2018

Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. II


Właściwie moje wątpliwości co do książki Grzegorzewskiej zaczęły się już od wstępu o. Szymona Hiżyckiego OSB, w którym pojawia się intrygująca, acz karkołomna, teza o „obiektywności” powieści i powieści jako formie uprawiania teologii:

Powieść pokazuje nam, że to, co opisuje teologia, nie jest wcale abstrakcją odklejoną od świata, ale raczej precyzyjnym opisaniem praw nim rządzących, więcej nawet – uchwyconych w konkretnym momencie rzeczy ukrytych od jego założenia, a które przecież decydują o naszym być albo nie być. Powieść ma w tym doświadczeniu tę przewagę nad doświadczeniem potoczności, że jest obiektywna i nieskażona naszymi uprzedzeniami do ludzi bądź instytucji. Kryje zatem w sobie olbrzymie możliwości poznawcze.

Wydaje mi się, że autor ulega mniej więcej temu samemu złudzeniu, jakiemu swego czasu uległ (wciąż ulega?) Milan Kundera, gdy pisał o polifoniczności powieści. Akurat powieści Kundery wydają się mieć więcej wspólnego z relatywizmem niż z polifonicznością. Piszę to jako osoba, dla której niegdyś odkrycie Nieznośnej lekkości bycia było ogromnym przeżyciem intelektualnym i estetycznym. Dzisiaj na tamtą młodzieńczą fascynację patrzę z dużym dystansem. O. Hiżycki chyba ma dokładnie takie same złudzenia jak Kundera. Zastanawiałem się wprawdzie, czy dobrze rozumiem jego intencje, ale stwierdziłem, że będę myślał prosto: „obiektywny” to znaczy pozbawiony uprzedzeń, to zaprzeczenie subiektywizmu, to odzwierciedlenie świata takim, jakim jest.

Czy powieść jest obiektywna? Myślę, że jednak nie. Powieść jest mniej więcej tak samo subiektywna jak wiersz, może tylko poprzez nagromadzenie fikcyjnych i odmiennych postaci dawać złudzenie tej „obiektywności”, o której pisze o. Hiżycki. Cały wywód autora wstępu miał na celu przekonania czytelnika o swoistej „obiektywności” dramatu, będącego zdaniem autora „powieścią obdartą ze skóry”.

Wracając do Grzegorzewskiej muszę powiedzieć, że książkę czytałem momentami z narastającym rozdrażnieniem. Nieco złośliwie, parafrazując samą autorkę, mógłbym powiedzieć, że Szekspir nie odrobił lekcji z wykładów Agambena i nie przeczytał książki neomarksisty Waltera Benjamina o źródłach dramatu żałobnego w Niemczech. I mógłbym dodać, że z pewnością nie wpadł w zachwyt, gdy Kott porównał Króla Leara do teatru absurdu. Nie wiem również, co Szekspir powiedziałby o stwierdzeniu, że „nachodźcy” to „przykład kolejnej totalitarnej nowomowy naszych smutnych czasów” (sic!). Jakże irytująca jest ta wyższość moralna niektórych intelektualistów!

Czy to oznacza, że nie warto przeczytać książki Grzegorzewskiej? Nie, warto. Autorka z pewnością daje popis olbrzymiej erudycji. Nie śmiałbym też w żaden sposób podważać jej kompetencji i znajomości teatru elżbietańskiego czy historii literatury. Można mówić o wspomnianej wyżej błyskotliwości stylu. Jako laik odnajduję w książce Grzegorzewskiej także garść cennych informacji. Czasem drobnych, ale mających istotne znaczenie dla zrozumienia dramaturgii wielkiego Anglika. Ot choćby słynne słowa Hamleta o klasztorze. Pearce nie wspomina, że słowo „nunnery” (klasztor) miało również inny sens w mowie potocznej – wulgarny, a oznaczający burdel. To zdecydowanie zmienia nasze spojrzenie na ten znany fragment. Być może autor The Quest for Shakespeare pomija to znaczenie, bo dla czytelnika w kulturze anglosaskiej jest ono oczywiste? A może po prostu jego interpretacja (z którą niekoniecznie trzeba się zgadzać) arcydzieła nie uwzględnia tego sensu? Trudno mi powiedzieć.

Bardzo też cenię sobie te partie esejów Grzegorzewskiej, w których odnajduje ona paralele i nawiązania do Biblii. Ten trop wydaje się wręcz oczywisty, choć można się zastanawiać, czy momentami autorka nie posuwa się w swoich interpretacjach za daleko. Ale to samo mógłby ktoś zarzucić Pearce’owi. Mam poza tym wrażenie, że zarówno Pearce, jak i Grzegorzewska dochodzą momentami do podobnych wniosków. Stosując ponownie metaforę, mógłbym jednak powiedzieć, że w przypadku autorki Teologii Szekspira wrażenie jest takie, jakby doprowadziła ona nas do tego samego punktu okrężną drogą, pokazując piękne lub przerażające krajobrazy, wiodąc nas po bagnach i oczeretach, by w końcu zaprowadzić nas do punktu, do którego Pearce doszedł dużo krótszą trasą, niekiedy może tylko usuwając ostrą maczetą zarośla i chwasty, które zarosły szlak. W kilku punktach z pewnością nie byłoby między nimi zgody.

Zastanawiam się też, czy tytuł: Teologie Szekspira nie jest nieco na wyrost. Czy faktycznie mamy tu do czynienia z kilkoma teologiami, czy z dywagacji Grzegorzewskiej, zadawanych przez nią pytań i wysnutych wniosków nie wyłania się jednak jedna teologia i to – wbrew intencjom autorki, by nie opowiadać się po żadnej stronie – jak najbardziej katolicka? Jednym z przewijających się motywów, który zwrócił moją uwagę, okazuje się motyw wyrządzonego zła, krzywdy, odkupieńczego cierpienia, miłosierdzia i przebaczenia. A na to wszystko nakłada się Męka naszego Pana, Jego śmierć na krzyżu i Zmartwychwstanie, a do tego katolicka nauka o Wcieleniu i rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii. Hmm...

PS.

Warto jeszcze dodać, że sama książka, choć skromnie wydana, ma pomysłową i ładną okładkę. Takie książki z przyjemnością bierze się do ręki i z pewnością należą się tutaj podziękowania i wyrazy uznania dla o. Borysa Kotowskiego OSB, który rzecz zaprojektował.

Małgorzata Grzegorzewska, Teologie Szekspira, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, seria Homini, Kraków 2018.

sobota, 15 września 2018

Droga śmierci i droga życia


Czytając niezwykle ciekawą książkę Hansa Georga Wunderlicha Tajemnica Krety, natknąłem się prawie pod koniec tej lektury na takie oto spostrzeżenie dotyczące przeludnienia w okresie między środkiem i końcem epoki brązu:

„Trudny jest wybór między pokojem i porządkiem za cenę zabijania dzieci, a wzrostem zaludnienia z towarzyszącą mu huśtawką: od rewolucji technicznych do wojen, epidemii i skażenia środowiska. Starożytny Egipt poszedł jedną drogą, Europa w ślad za Grekami podążyła inną. Ta pierwsza doprowadziła w przeszłości do społeczeństwa statycznego, zniewolonego, druga – do narodzin zachodniej cywilizacji, wędrującej wszakże ku jakiejś nieznanej nam przyszłości. Dokąd nas zaprowadzi? (tłum. Ireneusz Kania)”

Wunderlich stwierdza, że słowo „przeludnienie” jest „tylko terminem technicznym”, bo w opisywanej epoce chodziło o inny sposób uprawy ziemi, który mógł wyżywić ograniczoną ilość osób itd. A zatem nie należy rzutować współczesnych wyobrażeń o przeludnieniu na tamte czasy. Jako przykład „kontroli urodzin”, która miała zapobiec negatywnym skutkom takiego „przeludnienia”, podaje Egipt i powołuje się na znaną biblijną historię o Mojżeszu.

Sam początek tego akapitu: „Trudny jest wybór... itd.” budzi moje opory i wątpliwości natury moralnej, ale nie zamierzam się teraz na tym skupiać, tak jak nie zamierzam teraz wnikać w to, czy w ogóle opis Wunderlicha jest trafny, bo chodzi mi o co innego. Otóż autor dochodzi tutaj do ciekawego wniosku, a mianowicie, że tzw. „kontrola urodzin”, która dzisiaj wiąże się nie tylko z antykoncepcją, ale także z mordowaniem dzieci w łonach matek, prowadzi do stagnacji. Cywilizacja, zamiast się rozwijać, stoi w miejscu, a społeczeństwo jest zniewolone. Po tej cywilizacji pozostają piękne, może nawet i monumentalne artefakty, ale to wszystko jest jednym wielkim cmentarzyskiem, które nie generuje żadnej pozytywnej energii, żadnej twórczej siły, żadnej dynamiki rozwojowej.

Przeciwieństwem w tej wizji jest cywilizacja zachodnia, która stawia na ryzyko, niepewność, ale też wolność i taką „kontrolę urodzin” odrzuca, a swoje początki ma m.in. w starożytnej Grecji. Taki wybór prowadzi do rozwoju, twórczej dynamiki, innowacji i rozwiązań rodzących się z potrzeby przezwyciężenia piętrzących się problemów. Autor na końcu tego akapitu pyta: Dokąd nas zaprowadzi taka droga?

Wydaje się, że w chwili obecnej zaprowadziła nas do rozdroża (ta „chwila obecna” to też wielki skrót myślowy, bo można powiedzieć, że zaczęła się ona 500 lat temu wraz z rewoltą protestancką i trwa do tej pory). Cywilizacja zachodnioeuropejska (która oczywiście obejmuje też Nowy Świat) zdaje się skręcać w odnogę, która wiedzie ku modelowi wybranemu przez Egipt, czyli mówiąc wprost: na cmentarz. Dzisiaj też jako jedną z przyczyn mordowania nienarodzonych podaje się „przeludnienie”, choć dominować zdaje się nomenklatura mówiąca o tzw. „prawach człowieka”, co oznacza tak naprawdę egoizm, wygodę, unikanie wyzwań, jakie według Wunderlicha pozwoliły na zbudowanie cywilizacji zachodniej.

Kościół katolicki niezmiennie pokazuje inną drogę, tę która szanuje wolność i godność człowieka jako dziecka Bożego, każdego człowieka, niezależnie od jego pozornej „użyteczności społecznej”, także tego nienarodzonego. Ta droga może w rzeczywistości często przypominać wąską i kamienistą ścieżkę, a podążanie nią okazać się trudne, wręcz momentami wydawać się niemożliwe. To droga, która stawia wyzwania, ale też wiedzie ku prawdziwej wolności i rozwojowi, zarówno pod względem duchowym, jak i cielesnym, doczesnym, którego przykładem jest rozwój ziemskiej cywilizacji.

Już Didache, starożytny dokument chrześcijański, który badacze uważają za współczesny niektórym księgom Nowego Testamentu, zaczyna się znamiennym zdaniem:

„Dwie są drogi, jedna droga życia, a druga śmierci – i wielka jest różnica między nimi”.

Wunderlich się mylił zadając swoje pytanie o to, dokąd zaprowadzi nas obrana droga. Już w chwili, kiedy pisał swoją książkę, brzmiało ono inaczej: Czy jako Europa będziemy podążać drogą śmierci, czy jednak wybierzemy drogę życia? To pęknięcie, rozejście się dwóch dróg, do jakiego zdaniem Wunderlicha doszło w zamierzchłej epoce, po czasach, z których pochodzą wykopaliska z Knossos,  nastąpiło ponownie w czasach reformacji. Dzisiaj wydaje się, że Europa konsekwentnie podąża drogą śmierci.

poniedziałek, 3 września 2018

Kandydat (byle)Jaki za handlem żywym towarem, a nawet przeciw niemu


Prawicowy kandydat na prezydenta Warszawy, Patryk (byle)Jaki udzielił iście „salomonowej” odpowiedzi na pytanie o kwestię in vitro, do której odniósł się już wcześniej w kwietniu tego roku (pisałem już o tym na swoim blogu).

Otóż po pierwsze stwierdził on, że „nadal jest za tym, aby in vitro było dopuszczalne”, a przy tym wszystkim uważa (Uwaga! Mocno trzymajcie się krzesła!), „że jego pogląd na tę sprawę jest taki sam jak... stanowisko Konferencji Episkopatu Polski”.

Uparcie też podkreśla, że nie chce Warszawy ideologicznej i że sprawy typu in vitro to nie jest rzecz samorządów, co ewentualnie można by było jeszcze zaakceptować, gdyby nie fakt, że realia mogą stawiać samorządowców wobec wyborów niezgodnych z ich sumieniem. A więc postawa (byle)Jakiego zbliża się niebezpiecznie do postawy pani Kopacz traktującej katolicyzm jak okrycie wierzchnie, które można sobie zawiesić na kołku po wejściu do urzędu państwowego, a potem znowu nałożyć po jego opuszczeniu.

A w zasadzie to jest to ta sama postawa, posłuchajmy bowiem, co mówi dalej nasz „prawicowy” kandydat o in vitro i jaką „salomonową” mądrością się wykazuje (bo to jest właśnie ta wspomniana na początku odpowiedź godna żydowskiego monarchy):

„Jeżeli ten program będzie w momencie, w którym będę obejmował urząd prezydenta Warszawy, jeżeli wyborcy pozwolą, to nie będę go kasował. Jeżeli nie będzie, nie będę go wprowadzał”.

Sprytne, prawda? Drugi Salomon! Jednym słowem – kandydat (byle)Jaki umywa ręce. To znaczy... Hm... Ta odpowiedź bardziej przypomina tak naprawdę kluczenie Piłata, który usiłował wywikłać się z odpowiedzialności za śmierć Chrystusa, a w końcu uciekł się do pierwszego w historii chrześcijaństwa badania opinii publicznej (albo wyborów samorządowych), po czym umył ręce.

Kluczenie Piłata doprowadziło do śmierci Chrystusa. Kluczenie (byle)Jakiego doprowadzić może i do śmierci mrożonych w ciekłym azocie nienarodzonych dzieci, i do handlu żywym towarem, bo tym jest właśnie in vitro. Pomijam już, że samo sprowadzanie in vitro do kwestii ideologicznej jest relatywizowaniem tej sprawy, a więc również stawianiem pytania godnego samego Piłata: „Cóż to jest prawda?” Najwidoczniej decydują o tym wyborcy, jak zdecydowali w przypadku Chrystusa i Barabasza.

I taką oto mamy w Polsce prawicę. I kto tu dzieli wyborców?


piątek, 6 lipca 2018

Sodoma wchodzi do Warszawy bocznymi drzwiami, czyli dlaczego wolę Trzaskowskiego


O byle-Jakim kandydacie PiS-u na prezydenta Warszawy już pisałem. Ale sprawa jest na tyle, moim skromnym zdaniem, kontrowersyjna i niejako w pigułce pokazuje, co nas czeka w większej skali, że chyba warto do niej wrócić. Przyglądając się doniesieniom z kampanii, którą prowadzą Patryk Jaki i Rafał Trzaskowski, muszę stwierdzić, że zdecydowanie wolę tego ostatniego.

Gdyby Patryk Jaki jako prezydent Warszawy miał wpływ jedynie na kwestie, które z moralnością nie mają nic wspólnego, być może byłby lepszym kandydatem niż człowiek, który nie zna dzielnic Warszawy. Niestety, obaj panowie wypowiedzieli się również w sprawach z moralnością mających dużo wspólnego, a i wygląda na to, że będą tu również wiele mieli do powiedzenia jako potencjalni gospodarze stolicy.

Mówiąc wprost: pan Trzaskowski nie ukrywa, że chce z Warszawy zrobić Sodomę. Mówi to wystarczająco jasnym językiem, by dotarło to nawet do najbardziej tępego człowieka. Patryk Jaki natomiast stwierdza, że nie chce „Warszawy ideologicznej”. I w taki oto sposób szykuje nam ów koszmar – ów korowód, o którym pisze Chesterton w swojej powieści Człowiek, który był czwartkiem.

Notabene polskie tłumaczenie tej powieści wydane przez Frondę z jakiegoś powodu nie ma owego podtytułu, który wyjaśnia sens całego utworu (w oryginale nosi on tytuł: The Man Who Was Thursday. A Nightmare). Mówiąc w wielkim skrócie, o co mi chodzi: wydaje się, że Jaki traktuje walkę ze złem, jakim jest np. szerzenie homoseksualizmu czy handel żywym towarem (a takim jest in vitro), jako jedną z wielu ideologii, a więc jako coś, co stanowi jedynie element wielkiego korowodu, balu, na którym każda maska jest równie dobra – może piękniejsza, może brzydsza, ale wcale nie lepsza czy gorsza.

Otóż na coś takiego przystać nie mogę. Zło jest złem. Dobro dobrem i nie zmieni tego fakt, że współczesny świat ma na tę kwestię inny pogląd.

Otwieranie szeroko drzwi Sodomie jest rzecz jasna złe. Ale czy wpuszczanie jej bocznymi drzwiami jest lepsze? W tym pierwszym przypadku przynajmniej ludzie mogą się od razu przekonać, co się szykuje i zareagować. W tym drugim – kiedy się zorientują, co się stało, może być już za późno – ich dom otoczą sodomici, by poobcować z aniołami.

Dlatego zdecydowanie wolę Trzaskowskiego. Choć to nie znaczy, bym na niego głosował. W końcu zło jest złem. Również i to przebrane w skórę „nieideologicznej” owcy.

wtorek, 3 lipca 2018

O PiS-ie, co Pana Boga się nie bał


Posłowie rządzącej partii po raz kolejny pokazali wczoraj, że bardziej boją się ludzi niż Boga.

Pod wpływem Izraela w żenującym spektaklu zmienili w zeszłym tygodniu błyskawicznie ustawę o IPN. Choć Izrael zamieszkują potomkowie narodu wybranego, to jednak współcześni Żydzi nie są głosem Boga.

Wczoraj po raz kolejny decyzję o pracy nad projektem poprawki do ustawy, która miałaby chronić życie nienarodzonych obywateli Polski, odłożono ad Kalendas Graecas. „Nie zabijaj” to przykazanie Boże. Posłowie rządzącej partii jednak bardziej drżą przed wulgarnymi feministkami i naciskami międzynarodowego lobby aborcyjnego niż przed Panem Bogiem.

Ciekawe przed kim będą drżeć na Sądzie Ostatecznym?

sobota, 9 czerwca 2018

Dawid przeciwko 52-głowemu Goliatowi


Aż 52 przedstawicieli obcych państw poparło tzw. „paradę równości”, która ma się odbyć w Warszawie. Można się zastanawiać, czy nie jest to ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski. Można się też zastanawiać, czy naprawdę powinna cieszyć nas obecność wojsk NATO na terenie naszego kraju. Kto wie – może kiedyś (może już niedługo?) zostaną użyte one po to, aby zapewnić, że nad Wisłą też zapanuje „równość” i „wolność”.

Świat stacza się w kolejny totalitaryzm i widać to właściwie gołym okiem. Obłęd, jaki ogarnia ludzkość, jest czymś, w co jeszcze w latach osiemdziesiątych trudno byłoby tak naprawdę uwierzyć. W tym nowym totalitaryzmie cenzura będzie się nazywać zwalczaniem „mowy nienawiści”, brak wolności wypowiedzi będzie określany poszanowaniem tzw. „mniejszości seksualnych”, brak wolności religijnej – poszanowaniem innych religii. Na uniwersytetach ideologia gender już pełni rolę łysenkizmu, a kto ją podważa, może stracić pracę i dostać wilczy bilet.

Prawo do mordowania najbardziej bezbronnych istot ludzkich już się określa prawem kobiet do własnego ciała. Zabijanie staruszków w szpitalach to tzw. „godna śmieć”. Walka o prawo do zabijania spowijana jest w kolorowe opakowanie w wesołych kolorach (jeśli nie liczyć diabolicznych czarnych marszy) – serduszko, buzia z uśmiechem i hasło „Repeal the 8th” w Irlandii.

I tylko gdzieś tam na obrzeżu młody człowiek z zespołem Downa mówi, by głosować przeciwko uchyleniu ósmej poprawki, by inni, tacy jak on, mogli żyć. Ale kto się będzie nim przejmować? Już przecież niedługo takich jak on w Irlandii też nie będzie, podobnie jak nie ma już ich prawie w Islandii – wymorduje się ich, nim w ogóle będą mieli szansę się narodzić. W końcu po co jest ta cała nowoczesna technologia, która umożliwia wykrywanie wad już u nienarodzonego dziecka? Po co nowoczesne szpitale i kliniki? Przecież nie po to, aby się potem zajmować „downami” i zapewniać im stosowną opiekę!

Także ci, którzy dzisiaj mają mniej niż 60-50 lat powinni się szykować na to, że nie umrą śmiercią naturalną. Ktoś nam wyłączy respiratory, ktoś wstrzyknie do żył odpowiednią miksturę, byśmy mogli „godnie” odejść z tego świata.

Poparcie dla tzw. „parad równości” to tak naprawdę poparcie dla niszczenia tradycyjnej rodziny, która jest podstawą każdego silnego państwa i każdej silnej i zdrowej cywilizacji. To także atak na katolicyzm, bez którego Europy by po prostu nie było. Tak naprawdę to zagrożeniem dla Europy (i świata Zachodu) nie są hordy najeźdźców z krajów muzułmańskich, ale barbarzyńcy w instytucjach europejskich. To oni niszczą Europę. Ci muzułmańscy najeźdźcy, zamaskowani pod nazwą „uchodźców”, tak naprawdę tą Europą gardzą, bo z prawdziwej Europy zostały w niej tylko ruiny. Oni widzą, że ten piękny, kolorowy miraż jest jedynie iluzją, pod nią kryje się zgnilizna, rozkład i trupie truchło, które rozsypie się, gdy je dotknąć palcem i wpuścić trochę świeżego powietrza.

Polska mogłaby odegrać rolę bastionu Europy, broniąc tego, co tę Europę przez wieki tworzyło i budowało. Polska mogłaby być Dawidem, który staje naprzeciwko pysznego Goliata. Niestety, ze smutkiem myślę, że nic takiego się nie stanie. Aby Polska stała się Dawidem, musiałaby „bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Gdy patrzę na polską tzw. „prawicę”, myślę, że nie ma na to szans. Ponoć Patryk Jaki, „prawicowy” kandydat na prezydenta Warszawy, nie tylko planuje dofinansowywać in vitro z kieszeni podatnika, ale też nie będzie walczył z homoseksualną tęczą. Widać uznał, że „etap”, o którym kiedyś mówił niejaki Misio Kamiński – też przecież twardy „konserwatysta”, już nadszedł i że Polska jest nań gotowa.

czwartek, 17 maja 2018

Hiob bez twarzy


Księga Biblii, z którą mam najwięcej chyba problemu, to Księga Hioba. Być może dlatego, że nigdy jakoś nie dręczyło mnie pytanie o zło, które zaprzątało tak np. Czesława Miłosza (by odwołać się do przykładów z literatury polskiej), a mianowicie: „Unde malum?”.

Być może to moje ograniczenie i wrodzona głupota, ale nic na to nie poradzę. To pytanie nigdy jakoś nie spędzało mi snu z powiek, choć oczywiście od czasu do czasu z dużym nasileniem odzywały się we mnie wątpliwości dotyczące cierpienia niewinnych ludzi. Być może jakoś intuicyjnie czuję, że skoro Bóg jest dobry i wszechmocny, to także lepiej od nas wie, jak rządzić światem. Coś, czego my teraz nie pojmujemy, po drugiej stronie może okazać się proste jak drut.

Oczywiście trudno się pogodzić z różnymi formami cierpienia, które dotyka różnych ludzi. Na przykład ostatnio, w związku z pewnym polskim filmem, przeszukałem Internet, by sprawdzić informacje o człowieku, któremu zrobiono przeszczep twarzy. Uległ straszliwemu wypadkowi. Szczegóły są tak drastyczne, że ciarki przechodzą nie tylko po plecach, ale po całym ciele. Sam boryka się, jeśli wierzyć doniesieniom prasowym oczywiście, z problemami psychicznymi. Na dodatek lokalna społeczność, jak wynika z tych doniesień, zwróciła się przeciwko niemu. Jaki jest sens w tym wszystkim? Jak usprawiedliwić to, że dobry Bóg dopuścił, że coś takiego spotkało tego człowieka? Trudno to wszystko pojąć.

A jednak myślę sobie, że widzimy tylko drobny wycinek rzeczywistości i choć to straszliwe cierpienie „człowieka bez twarzy” wydaje się jakimś niewyobrażalnym skandalem, to jednak jeśli jest wieczność i lepszy świat, to nagle perspektywa staje się tak oszałamiająca, że dech zapiera. Nasze przytępione zmysły nie są w stanie tego pojąć, a tak ogromne cierpienie przeraża. Przeraża zwłaszcza wówczas, gdy ogarniają nas wątpliwości i wydaje się nam, że poza tą rzeczywistością doczesną nie ma już nic więcej.

Filozofując tak bardzo po amatorsku, sądzę, że jest to trochę tak, jak w sytuacji małego dziecka, które trzeba poddać jakiemuś bolesnemu zabiegowi. Dziecko z pewnością czuje żal do rodziców, że na to pozwolili, ale jest to dla jego dobra. Oni to rozumieją. A ono nie. A jednak ból mija i znów jest dobrze. Gdyby się na to nie zgodzili, dziecko mogłoby cierpieć znacznie gorzej. W perspektywie życia tego dziecka, jest to tylko drobny ułamek jego istnienia na tej ziemi, choć wówczas ten ból zdawał się niewyobrażalny i wydawać się trwać wieczność.

Księga Hioba mnie męczy. Nie rozumiem tych wszystkich dywagacji, rad czy komentarzy przyjaciół Hioba. Po kilku wersach gubię wątek i sens tych wypowiedzi. Łapię tylko jakiś ogólny zarys, a w pamięci zostaje... onager. Nie wiem nawet tak do końca, o co Hiob ma do swych przyjaciół pretensje. Kilka prób przeczytania tej księgi Starego Testamentu i zawsze poczucie klęski. Ostatnio było podobnie. Ale pojawił się jakiś promyk, jakieś światełko, które na chwilę coś mi z tej księgi wyjawiło. O tym jednak za chwilę.

Generalnie cierpienie Hioba wydaje się kompletnie pozbawione sensu. Hiob zdaje się niemal być królikiem doświadczalnym – zbuntuje się czy nie? Zobaczmy, dajmy mu pocierpieć. I stąd poczucie okrucieństwa Boga, który godzi się na ten eksperyment. Więc z jednej strony jest tu jakby to wygrażanie w stronę nieba (choć sam Hiob zachowuje wiarę w Boga cały czas) i pytanie: „Skąd to zło? Za co?” I drążenie, szukanie, czy na sumieniu Hioba jest jakaś plama, jakaś skaza, która by to cierpienie usprawiedliwiała. A skazy brak.

Z drugiej jednak strony Hiob otrzymuje chyba od Boga odpowiedź taką: Co ty próbujesz przeniknąć? To cię przerasta! Nie ty stworzyłeś świat, nie ty panujesz nad nim, nie ty kierujesz wszystkim, co na nim się dzieje. Innymi słowy – twoja perspektywa jest ograniczona, widzisz tylko wycinek rzeczywistości, znasz tylko jej fragment. Pytanie jest nie „Za co?”, ale „Po co?”. Ale to wie sam Bóg. I pewnie kiedyś tę tajemnicę wyjawi. Nasze zdolności pojmowania są ograniczone, choć zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i wizerunek.

Ale jest coś jeszcze, co nagle otworzył przede mną i pozwolił mi zrozumieć arcybiskup Fulton J. Sheen.

Otóż, na pozór wydaje się, jakby Szatan realizował chytrze swój plan. To on postanawia wystawić Hioba na próbę, to on chce pozbawić go całego dobra, które dostał od Boga, a sam Bóg... na to przystaje. Dziwne to i niepokojące. Dlaczego? Po co?

A jednak czyżby Szatan dyktował tu warunki? Fulton Sheen zwraca uwagę na jedną rzecz: Szatan może zdziałać tylko tyle, na ile pozwoli mu Bóg. I nic więcej. Nie może przekroczyć ograniczeń nałożonych przez Boga. Może pozbawić Hioba zdrowia, rodziny i majątku, ale nie może np. życia. A i tych pierwszych rzeczy nie mógłby uczynić, gdyby nie dopuścił do tego sam Bóg. W pewnym zaś momencie wszystko wręcz ulega totalnej odmianie i Szatan już nic nie jest w stanie wskórać! Może tylko działać „od – do”. Może jedynie zgrzytać zębami i ziać ogniem. Władcą jest Bóg i to On dyktuje warunki. Szatan nie jest władcą absolutnym, choć za takiego chciałby uchodzić. I ostatecznie przegrywa.

Tyle z tego zrozumiałem. I to chyba nie jest tak całkiem najgorzej, prawda?

wtorek, 1 maja 2018

Arcybiskup, który namawia do głupoty


Sprawdzając wczoraj wiadomości o Patryku Jakim, natknąłem się na portalu „Fronda” na artykuł poświęcony wypowiedzi arcybiskupa Wojciecha Polaka, która – jak wnioskuję z tekstu – pochodzi z wywiadu-rzeki. Najpierw może przytoczmy samą wypowiedź prymasa Polski: „Jasno opowiedziałem się za przyjmowaniem uchodźców. I powtarzam, że wynika to wprost z Ewangelii. To nie jest opcja, którą chrześcijanin może przyjąć bądź odrzucić, ale samo sedno nauczania Jezusa Chrystusa. Jeżeli chcesz naśladować Mistrza z Nazaretu, powinieneś iść Jego drogą. Każda inna powiedzie cię na manowce, może nawet do zguby. Często się zastanawiam, dlaczego tylu naszych rodaków uważa uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce. Będą kraść, gwałcić i mordować”.


Przykro mi to powiedzieć, ale jest to wypowiedź zadziwiająca. Pisałem już na tym blogu o wypowiedzi pewnego franciszkanina, która w moim odczuciu była nacechowana nawet pewnego rodzaju... hm... pychą. Tutaj natomiast mam wrażenie, że czytam coś, co jest tylko z pozoru mądre.


Arcybiskup twierdzi, że przyjmowanie uchodźców, to jest coś, co wynika z Ewangelii i że nie można tego tak po prostu „przyjąć, bądź odrzucić”. Dziwi się też, dlaczego Polacy uważają „uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce” i „będą kraść, gwałcić i mordować”.


Spróbuję na to odpowiedzieć. Zgodzę się, że pomoc osobie w potrzebie jest czymś, co jak najbardziej wynika z Ewangelii. Mamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, która wyraźnie mówi o tym, czym jest miłość bliźniego i kim jest nasz bliźni. Podróżujący Samarytanin nie pytał, jakiej rasy jest poszkodowany i jaką wyznaje religię. Po prostu pochylił się nad cierpiącym człowiekiem i udzielił mu pomocy.


Ale też wydaje mi się, że Chrystus nie oczekuje od nas zachowań głupich, które narażałyby na niebezpieczeństwo inne osoby, zwłaszcza osoby nam bliskie. Zauważmy, że nie ma wzmianki o tym, aby Samarytanin podróżował z rodziną (żoną, dziećmi). Gdyby tak było, co zrobiłby najpierw? Czy nie upewniłby się, że nie jest to pułapka? Czy nie zadbałby najpierw o bezpieczeństwo swoich bliskich, a potem pochylił się nad cierpiącym człowiekiem? Chyba taka byłaby naturalna kolej rzeczy, prawda?


W gruncie rzeczy o tym, że w swoich działaniach należy się kierować również rozumem, a nie tylko odruchem serca, mówi przypowieść o pannach mądrych i głupich, czy też, jak się je ładniej określa w nowym tłumaczeniu – roztropnych i nierozsądnych. Zarówno te pierwsze, jak i te drugie kierowały się Ewangelią – oczekiwały przybycia Oblubieńca. Tyle tylko, że te pierwsze, kierując się rozumem, zadbały o oliwę. A więc były praktyczne, myślały racjonalnie. Te drugie chyba wychodziły z założenia, że „jakoś to będzie”. Przeliczyły się.


Wróćmy do Samarytanina z przypowieści. Nie zabrał napadniętego do swojego domu. Być może miał zresztą do niego daleko. Powierzył napadniętego cudzej opiece – w gospodzie. Zatroszczywszy się najpierw o niego, udzieliwszy pierwszej pomocy i spędziwszy trochę z nim czasu, zapewnił środki dla jego utrzymania. Dlaczego sam się nim nie zajął przez cały czas, narażając może na szwank swoje interesy i dobro swojej rodziny? Zapewne dlatego, że miał jeszcze inne obowiązki.


Mam wrażenie, że arcybiskup Polak oczekuje od nas postępowania takiego, jak postępowanie panien głupich. Polacy przecież udzielają pomocy mieszkańcom Syrii, ślą środki potrzebne im do życia, chętnie dają pieniądze, angażują się w różny sposób, a nawet przyjmują rodziny chrześcijańskie. Ale czy przyjmowanie nieznanych ludzi do Polski jest rozsądne? Abp. Polak pyta, dlaczego Polacy uważają uchodźców za obcych i obawiają się gwałtów, kradzieży i innych nieszczęść. Naprawdę nie wie czy udaje, że nie wie? Nie czyta gazet, nie śledzi doniesień z Europy? Kiedy jedzie do Włoch nie widzi kościołów, wokół których podejmuje się coraz większe środki bezpieczeństwa? Najpierw „tylko” uzbrojeni policjanci czy żołnierze, teraz także bramki i skanowanie toreb zwiedzających.


Na szaleństwo przyjęcia pod własny dach nieznanych osób, obdarzenie ich zaufaniem, może pozwolić sobie człowiek żyjący samotnie. Ale na podobne szaleństwo nie może się zdobyć człowiek, który ma rodzinę, bo musi troszczyć się o bezpieczeństwo swoich bliskich. Gdyby mężczyzna, który ma żonę i dzieci, wpuściłby pod swój dach obcych, nieznanych sobie ludzi, aby udzielić im schronienia, postąpiłby po prostu głupio i nieodpowiedzialnie. Może przecież zawsze rzucić im przez okno torbę z jedzeniem i piciem, ciepłe koce, a nawet pieniądze, by mogli kupić sobie potrzebne im do życia środki.


Napiszę to, co już kiedyś napisałem – takim domem, taką rodziną jest dla mnie Polska. Wpuszczanie do niej nieznanych ludzi, na dodatek z obcej kultury, jest ogromną nieodpowiedzialnością. Bogatsze od nas kraje, które przyjęły imigrantów, nie potrafią zapewnić pełnego bezpieczeństwa swoim obywatelom. Jak miałaby to zrobić Polska, która z trudem podnosi się po latach komunistycznej dewastacji? Pan Bóg nie zwolnił nas z posługiwania się rozumem. Mówią o tym także inne przypowieści, nie tylko ta o pannach głupich i mądrych. Arcybiskup Wojciech Polak chce, byśmy z rozumu zrezygnowali. W jakim celu?


piątek, 13 kwietnia 2018

Tajemniczy Feniks 2018


Tak jak się spodziewałem i pisałem, film dokumentalny Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka” nie otrzymał nagrody „Feniks”Stowarzyszenia Wydawców Katolickich w roku 2018. Nic w tym sumie dziwnego, choć film w moim przekonaniu jest jednym z najważniejszych wydarzeń roku 2017 i powinien otrzymać nagrodę w kilku kategoriach i za co najmniej kilka rzeczy (pomijając już nawet kategorie ustalone przez organizatorów). Wymieńmy parę z nich:

-         za wybitne walory artystyczne
-         za podjęcie kontrowersyjnego tematu
-         za upamiętnienie rewolty protestanckiej dokumentem, który powinien stać się zarzewiem debaty publicznej
-         za odwagę podejmowania tematów kontrowersyjnych
-         za sposób finansowania tego filmu, którego twórcy nie czerpali bezczelnie środków z kieszeni podatnika, a datki darczyńców (wielu z nich anonimowych) finansujących powstanie tego dokumentu były jak najbardziej dobrowolne
-         za sposób dystrybucji tego dzieła – twórcy umożliwili oglądanie filmu na darmowych pokazach, na których widzowie mogli, ale nie musieli, wesprzeć autorów dobrowolnymi datkami
-         za przygotowanie materiałów dodatkowych – plakatów, ulotek i samej płyty DVD z filmem w dwóch wersjach – z książką i bez książki
-         wreszcie za sukces wbrew milczeniu (zaskakującemu) głównych mediów katolickich.

Grzegorz Braun włożył kij w mrowisko, ale zarządzający mrowiskiem kij ów zignorowali i udają, że nic się nie stało. No cóż... gdyby Stowarzyszenie Wydawców Katolickich nagrodziło ten film, zapewne wkrótce potem jakiś hierarcha wyskoczyłby z przeprosinami dla braci luteranów za szkalowanie dobrego imienia wspaniałego założyciela ich sekty, a sami organizatorzy zapewne poczuliby się zmuszeni do wydania oświadczenia, w którym stwierdziliby np., że nagrodzili sam film za podjęcie trudnego tematu, ale w żaden sposób nie jest to nagroda dla reżysera, z którego poglądami SWK się nie utożsamia.

Trudno wypowiadać mi się w sprawie wszystkich tych nagród generalnie. Może tylko dodam, że wyróżnienie w postaci Nagrody Głównej „Feniks” dla prof. Andrzeja Nowaka jak najbardziej jest zasłużone, ale z drugiej strony chyba też dla nikogo nie jest to tajemnicą, że mamy tu do czynienia zarówno z wybitnym autorem, jak i autorytetem. Szkoda, że organizatorzy nie wyróżnili w żaden sposób – po to by promować nazwiska mniej znane – np. Gabriela Maciejewskiego, którego książka „Socjalizm i śmierć” jak najbardziej zasługuje na uznanie i to na targach książki katolickiej właśnie – i ponownie można by tu wymienić szereg powodów. Sam tę książkę już polecałem i polecam raz jeszcze, bo jest to rzecz po prostu znakomita, a drążąca temat nie mniej kontrowersyjny niż ten, jakim zajął się Grzegorz Braun.

Żeby nie było, że się uwziąłem na SWK, zwrócę uwagę na jedną nagrodę – nagrodę „Feniks” Specjalny, która moim zdaniem jak najbardziej twórcom się należy, podjęli się bowiem zadania niezwykłego i wręcz tytanicznego – po raz pierwszy cała Biblia została w języku polskim nagrana i udostępniona w postaci plików audio. Autorzy całego przedsięwzięcia Biblia Audio Superprodukcja (przede wszystkim Krzysztof Czeczot, aktor i założyciel firmy OSORNO, oraz Maciej Budzich) bez wątpienia zasłużyli się dla polskiej kultury i sądzę, że ich wysiłek i trud docenią zarówno osoby niewidome, niedowidzące i starsze, które mają teraz możliwość słuchania dowolnej księgi Starego i Nowego Testamentu, jak i „zwykli” słuchacze, czytelnicy, ludzie wierzący, a także niewierzący, którzy chcieliby poznać Biblię, a może nie mają czasu, by po prostu usiąść i ją przeczytać. Teraz wystarczy ściągnąć za darmo (sic!) plik z nagraniem dowolnej księgi Pisma Świętego – można „wypalić” sobie płytę lub korzystać z odtwarza MP3 – i jadąc na przykład samochodem do pracy lub z pracy czy wybierając się w dłuższą trasę posłuchać Słowa Bożego w znakomitym wykonaniu. Można też całą Biblię po prostu kupić od producenta na płytach albo w postaci pendrive’a. Ba! Jest nawet możliwość zakupienia np. Apokalipsy św. Jana na płycie winylowej!



Imponuje rozmach twórców, bo zaangażowali do nagrania całego dzieła nie tylko profesjonalnych aktorów, ale też dziesiątki (setki?) zwykłych ludzi, „amatorów”, którzy mieli możliwość partycypowania w tym wiekopomnym dziele, udzielając również swojego głosu. Trudno mi ocenić tu całość, bo wysłuchałem na razie tylko drobnego fragmentu (m.in. Dziejów Apostolskich, Apokalipsy, Listów św. Pawła, Ewangelii św. Marka, Księgi Psalmów). Bez wątpienia niektóre nagrania będą się podobać bardziej, inne mniej. Dla mnie na przykład numerem jeden jest Ewangelia św. Marka czytana przez Piotra Fronczeskiego. Nie potrafiłem się natomiast przełamać i posłuchać Ewangelii św. Jana, która moim zdaniem powinna być czytana przez mężczyznę, a nie Małgorzatę Kożuchowską. I nie sądzę tak wcale dlatego, bym był w jakiś sposób uprzedzony do tej aktorki. Wydaje mi się po prostu, że jest to Ewangelia, która powinna być czytana przez mężczyznę.  W końcu św. Jan nie był żadną mimozą, ale dzielnym człowiekiem, który jako jedyny z apostołów nie zrejterował w krytycznym momencie, ale towarzyszył naszemu Panu do końca i stał pod krzyżem w chwili Jego śmierci. To był po prostu twardy mężczyzna. Głos Kożuchowskiej mi tu nie pasuje. Ale może się mylę, w końcu to właśnie kobiety wykazały się większą odwagą od mężczyzn w chwili Męki i śmierci Chrystusa.

O skali całego dzieła może świadczyć również fakt, że np. każdy Psalm – a jest ich przecież 150 – czytany jest przez inną osobę, a przynajmniej takie wrażenie odnosi się słuchając tej księgi. I ponownie – niektóre z wykonań są wręcz powalające, inne chciałoby się posłuchać w innej interpretacji. Niezwykłe wrażenie robi tu interpretacja Krzysztofa Globisza zmagającego się z afazją.
Jedyny problem, jaki dostrzegam, to fakt, że jeśli ściągnie się np. Księgę Psalmów, mamy jeden plik, bez podziału na poszczególne psalmy, tzn. bez możliwości „skakania” po całej księdze. Być może istnieje jakiś sposób, by ten problem rozwiązać, ja – jako amator nie mam zielonego pojęcia, jak to zrobić. Wiem, że na przykład jedna z księgarni z plikami audio umożliwia ściągnięcie całej książki albo z podziałem na rozdziały, albo bez niego. W przypadku Księgi Psalmów byłoby to duże ułatwienie – umożliwiałoby po prostu bezproblemowe odtwarzanie swoich ulubionych psalmów.

Podobnie jak w przypadku filmu Grzegorza Brauna, autorzy całego projektu zrealizowali swoje dzieło korzystając z dobrowolnych datków ludzi dobrej woli. Pokazali więc, że można wiele zdziałać niekoniecznie ubiegając się o dotacje państwowe, czyli pieniądze wyciągane z kieszeni podatnika.

I jeszcze jedna rzecz – ciekawe, dlaczego SWK nie podało w tym roku do wiadomości publicznej nominacji do nagrody „Feniks”? Nigdzie nie znalazłem żadnej informacji o zgłoszonych propozycjach. Inaczej było w poprzednich latach. Czy teraz nominacje będą objęte tajemnicą? Chciałoby się jednak wiedzieć, jaka była konkurencja i co odrzucono. Myślę, że pozwoliłoby to trochę lepiej ocenić kryteria, jakimi kierują się organizatorzy i jury nagrody.

piątek, 30 marca 2018

Corner Shop: „Life of Christ”, czyli jedyny taki Człowiek na świecie


Do znanych książek arcybiskupa Fultona J. Sheena, które jeszcze nie zostały udostępnione czytelnikowi w polskim przekładzie, należy Life of Christ. Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później doczekamy się przekładu na nasz język. W międzyczasie jedynie czytelnicy władający językiem Szekspira mogą cieszyć się zarówno wydaniem papierowym, jak i elektronicznym.


Jeśli ktoś się zastanawia, czy warto po tę publikację sięgnąć, może zachęci go fakt, że była to książka, którą – jak dowiadujemy się z przedmowy – zawsze miała przy sobie Matka Teresa z Kalkuty. Czy trzeba lepszej rekomendacji niż rekomendacja świętej?!


To jedna z tych książek Sheena, które warto przeczytać więcej niż jeden raz. Z pewnością każdy znajdzie tu sporo przemyśleń i rzeczy wartych refleksji. Sądzę też, że wielu dowie się przynajmniej paru rzeczy nowych, na które może nie zwrócili nigdy wcześniej uwagi.


Dzieło Sheena nie jest powieściową wersją życia Chrystusa, choć niewątpliwie czyta się jak powieść. Nie jest też pracą wyczerpującą wszystkie zagadnienia związane z życiem naszego Pana. Musiałaby wówczas liczyć przynajmniej kilka tomów, a już i tak obecne wydanie ma ponad 650 stron druku.

Z pewnością też Life of Christ nie jest książką w ścisłym rozumieniu tego słowa naukową, która wymagałaby od czytelnika znajomości teologii czy biblistyki. To rzecz w zasadzie dla każdego. I to zarówno katolika, jak i tego, kto chciałby dowiedzieć się o życiu Chrystusa czegoś, nie mając o naszej wierze żadnego pojęcia.


Arcybiskup Sheen niejako porządkuje dla laika materiał ewangeliczny, cytując obficie z Pisma Świętego, aczkolwiek w żaden sposób nie zanudzając, prowadzi nas przez życie Chrystusa, uświadamiając nam jednocześnie jego wyjątkowość. A na czym ta wyjątkowość polega?


Autor wymienia kilka istotnych elementów, które czynią z Chrystusa postać jedyną w dziejach ludzkości. A jak twierdzi, opiera się na dwóch dostępnych człowiekowi probierzach: historii i rozumie.


Po pierwsze Sheen stwierdza, że nasz Pan jest jedynym Człowiekiem na ziemi, którego przyjście zostało zapowiedziane. Żaden z mędrców, filozofów, założycieli religii czy wybitnych osobistości w dziejach świata nie był wcześniej zapowiedziany przez proroctwa. Nie można tego powiedzieć ani o Buddzie, ani o Konfucjuszu, ani o Sokratesie czy Mahomecie. Co więcej proroctwa dotyczące Chrystusa, które pojawiły się na wieki przed Jego przyjściem na ten świat, zawierają zdumiewające szczegóły, takie jak: dokładne miejsce Jego narodzin, narodziny z Dziewicy, sposób Jego śmierci, detale dotyczące Jego Męki, zdradę ze strony bliskiej Mu osoby itp., itd. Tego nie można powiedzieć o żadnej ze znanych nam postaci historycznych. 


Z tym faktem łączy się również to, że Chrystus był Mesjaszem powszechnie oczekiwanym. Gdyż, jak twierdzi Sheen, spodziewali się Go nie tylko Żydzi, ale nawet narody pogańskie, na co możemy znaleźć dowody w ich piśmiennictwie i to nie tylko rzymskim czy greckim, ale nawet w literaturze rejonu tak odległego geograficznie jak Chiny. Świat po prostu oczekiwał Zbawiciela, który wybawi go od grzechu.


Drugim elementem wyróżniającym Chrystusa jest to, że wpłynął On na historię z taką mocą, że wręcz podzielił ją na dwa okresy. Pierwszy – do Jego przyjścia i drugi – po Jego przyjściu. Chcąc nie chcąc nawet ateiści muszą datować różne wydarzenia według tego schematu. Można tutaj dodać, że nie zmienia tego faktu podział na lata przed naszą erą i lata naszej ery.


Trzecią rzeczą, która wyróżnia Chrystusa od wszystkich możliwych postaci historycznych, jest fakt, że nasz Pan narodził się po to, aby umrzeć, podczas gdy wszyscy ludzie rodzą się po to, aby żyć. Krzyż padał na życie Chrystusa już niemal od pierwszej Jego chwili na ziemi. Pojawia się tutaj znana analogia z malarstwa i teologii, która kojarzy małego Jezusa, obwiązanego w pieluszki z Chrystusem złożonym do grobu, obwiązanego śmiertelnym całunem. Także podczas ofiarowania w świątyni padają słowa starca Symeona, które zapowiadają cierpienie.


Dla każdego innego człowieka, nauczyciela, filozofa, mędrca śmierć była klęską, uniemożliwiała im głoszenie swojej nauki, przerywała ich pracę. Nawet jeśli Sokrates zażył cykutę z godnością, to nie zmienia to faktu, że była to katastrofa. W przypadku Chrystusa śmierć była triumfem nad złem, mimo pozorów, że to właśnie zło zwyciężyło. Śmieć była już na samym początku tym, po co na ten świat przyszedł.


Wreszcie czwartym ważnym wyróżnikiem dotyczącym Chrystusa było to, że naszego Pana nie można po prostu zakwalifikować jako jeszcze jednego mędrca czy nauczyciela – dobrego człowieka, który głosił naukę, jak np. wieść godne życie. Sheen przypomina tu argument używany przez apologetów, że albo Chrystus był Bogiem, albo złym człowiekiem. Nie można bowiem uznać za dobrego człowieka kogoś, kto oszukuje swoich uczniów. A przecież Pan Jezus mówił, że jest Synem Bożym, że jest Prawdą, Drogą, Życiem, a wreszcie, że jest jedno z Ojcem i Duchem Świętym. Jeśli tak, to nie mógł być po prostu dobrym człowiekiem, jednym z wielu mędrców, bo ktoś, kto jest dobrym człowiekiem nie może mówić swoim uczniom rzeczy, które są po prostu nieprawdziwe. Albo zatem był nikczemnikiem, podłym kłamcą, albo Bogiem. Tertium non datur!


Sheen używa argumentów rozumowych, by dowieść prawdziwości i wyjątkowości postaci Chrystusa. Sądzę, że są to argumenty, które mogą przekonać nawet osobę niewierzącą, a przynajmniej zachęcić ją do głębszego poznania postaci naszego Pana. Rzecz jasna książka Fultona J. Sheena nie koncentruje się jedynie na podanych wyżej argumentach, ale są one istotne dla zrozumienia żywota naszego Pana.


Jak już napisałem wyżej, książka Sheena daje bogaty materiał do refleksji, pozwala lepiej zrozumieć Ewangelię Chrystusa, a także wnikliwiej czytać Pismo Święte. Przede mną Sheen odkrył sensy, których wcześniej nie dostrzegałem, a które są istotne dla zrozumienia, w co tak naprawdę wierzymy, czego naucza Kościół.


Książka Sheena zadaje też kłam stwierdzeniom, że rzekomo katolicy szukają w wierze łatwego pocieszenia. Autor podkreśla, że Chrystus nie obiecywał swoim uczniom prostych rozwiązań – że na przykład nie doświadczą na tym świecie cierpień, jeśli tylko będą w Niego wierzyć. Wprost przeciwnie – nasz Pan jasno dał do zrozumienia, że skoro On cierpiał, to również Jego uczniów spotka podobny los. Świat bowiem zwróci się przeciwko Jego uczniom, tak jak zwrócił się przeciwko odwiecznej Prawdzie.


Fulton J. Sheen, Life of Christ, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydnej, Auckland, 2008.

poniedziałek, 26 marca 2018

O krzyżu


Współczesny świat usuwa krzyż z miejsc publicznych, każe go zakrywać, jeśli ktoś nosi go na szyi, albo ściągać, by nie urazić innych. Krzyż wymazywany jest nawet ze zdjęć używanych w reklamach albo jeśli pojawił się na mapach satelitarnych, gdyż nasi przodkowie ustawili go np. na szczycie góry. Świat nawet domaga się ściągania go z pomników o wyraźnie religijnym charakterze. Krzyż razi świat. Krzyż mu wadzi.


Czy jest w tym tylko fałszywa idea tolerancji? A czym w ogóle jest tolerancja – moglibyśmy spytać – jeśli nie toleruje krzyża, który jest tak ważny dla sporej części ludności? Czy chodzi jedynie o koncepcję tzw. „państwa świeckiego”? A cóż to za państwo, które traktuje część obywateli jako grupę podrzędną, bo ośmielają się nosić krzyż?


Wydaje mi się, że w tej niechęci do krzyża jest coś więcej niż jedynie obłędna koncepcja państwa bezwyznaniowego i tolerancyjnego. Sądzę, że jest to po prostu ogólna niechęć do krzyża w swoim życiu, że jest to pragnienie życia ułatwionego. Stąd m.in. pomysł, by nikogo nie obrażać. Nie liczy się prawda, bo może się okazać, że dla kogoś jest ona obrazą. Bo może się stać tak, że nagle ta prawda stanie się powodem krzyża dla tej osoby – konieczności zmiany swojej postawy, swojego życia, swoich poglądów.


Tak, homoseksualistów mamy kochać i szanować. Ale czy to znaczy, że mamy utwierdzać ich w grzechu? Czy mamy nie mówić im, że pójdą do piekła, jeśli będą tkwić w swych wypaczonych skłonnościach? Otóż współczesny świat mówi nam, że tak. Dlaczego? Bo współczesny świat nie chce krzyża. A prawda o czynach homoseksualnych mogłaby okazać się dla wielu „wesołków” krzyżem – koniecznością walki ze swoimi złymi skłonnościami, by dostąpić zbawienia. Stąd pomysł szerokiej drogi na skróty, którą wręcz Kościół miałby uświęcić swoim błogosławieństwem.


Tak, mamy kochać i szanować feministyki, nawet jeśli trudno nam je lubić. Ale czy to znaczy, że mamy utwierdzać je w ich obłędnej koncepcji „prawa do własnego brzucha”? I znów świat mówi nam, że tak. Bo dla świata nie ma życia po życiu, a więc liczy się tylko to, co jest tu i teraz. A to oznacza, że własny komfort – nazywany też samorealizacją – jest ważniejszy niż dziecko. Takie dziecko może być większym lub mniejszym krzyżem dla matki. Dziecko z zespołem Downa będzie krzyżem wręcz nie do zniesienia. A świat nie lubi krzyża, chce tej szerokiej drogi, która wiedzie do wiecznego potępienia, choć światu wydaje się, że to autostrada do słodkiego raju.


Arcybiskup Sheen w swojej książce wspomniał pewnego misjonarza, który pracował w Australii. Ów ksiądz działał w bardzo ciężkich warunkach. Choć miał do dyspozycji samochód, nie ułatwiało mu to zadania, gdyż musiał objeżdżać olbrzymi obszar, gdzie mogła nawet grozić mu śmierć. Raz wręcz był jej bliski. Auto zepsuło mu się z dala od wszelkich osad ludzkich. W australijskim upale oznaczać mogło to tylko śmierć z wycieńczenia. Nie było wówczas przecież telefonów komórkowych. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności na horyzoncie pojawiła się ciężarówka, która miała zapasowy akumulator.


Ów misjonarz w rozmowie z biskupem Sheenem powiedział, że chce wstąpić do trapistów i zrezygnować z misji. Każdy, kto się choć trochę orientuje w życiu zakonnym, wie, że to zakon o bardzo surowej regule. Sheen wysłuchał misjonarza, poczym wypisał mu czek na nowe auto (stare przepadło). Wręczył mu ten czek i powiedział, że misjonarz po prostu szuka pluszowego krzyża. Ksiądz zdenerwował się, podarł czek i wyszedł trzasnąwszy drzwiami.


Upłynęło parę dni, może tygodni. Misjonarz wrócił do biskupa Sheena. Przeprosił za swoje zachowanie, przyznał, że biskup miał rację. Poprosił o wypisanie czeku i wrócił do Australii, by w upale i koszmarnych warunkach dalej pracować na rzecz Pana.


Czy współczesny świat jest w ogóle w stanie zrozumieć, co się tutaj wydarzyło? Podejrzewam, że świat uzna raczej obu tych duchownych za wariatów, za głupców, którzy dla jakiegoś urojenia poświęcali swoje życie, narażając się nawet na śmierć. Ale przecież to nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem, wiemy, że krzyż Chrystusa jest głupstwem w oczach świata.


Lęk przed krzyżem nie jest też niczym nadzwyczajnym. Każdy z nas boi się krzyża. Czasami ten krzyż jest wręcz czymś śmiesznym dla innych, którzy znoszą cięższe rzeczy. Wiemy, że także nasz Pan przeżywał trwogę konania w Ogrójcu. Jednak unikanie krzyża może się skończyć fatalnie. Wprawdzie ocalimy swoje ciało, ale zatracimy duszę. A to jest gorsza śmierć niż śmierć ciała.


czwartek, 15 marca 2018

Piłat-PiS gra na zwłokę


Jeśli przyjrzymy się postępowaniu Piłata w Ewangeliach, odniesiemy wrażenie, że Piłat grał na zwłokę. Próbował uchylić się od odpowiedzialności za śmierć Chrystusa. Nawet próbował Go w gruncie rzeczy ocalić.

Odesłał więc Chrystusa Herodowi, który akurat przebywał w Jerozolimie z powodu święta Paschy. Kiedy Herod odesłał Go w białym płaszczu ponownie Piłatowi, kpiąc z Chrystusa, nie doczekawszy się od Niego żadnego cudu, Piłat chcąc, nie chcąc musiał ponownie zająć się naszym Panem.

Wpadł wtedy na „genialny” plan, postanowił dać Żydom wybór: albo Jezus, albo Barabasz. Odbyły się demokratyczne wybory. Głos ludu padł na Barabasza. Prawda została odrzucona. Niewinność przepadła w ogólnym głosowaniu.

Biczowanie naszego Pana było chyba ostatnią rozpaczliwą próbą po stronie Piłata ocalenia Chrystusa. Jednak lud pozostał nieubłagany. Nie wzruszył go widok zmasakrowanego, pokrwawionego ciała naszego Zbawiciela. Ponownie głos ludu przeważył. Piłat umył ręce. Bał się cezara i konsekwencji, czyli wpływu, jaki wściekłość ludu mogła mieć na jego względy u ówczesnego władcy świata. Wszelkie przewlekanie, próby ratowania, ale jednoczesne baczenie na względy władcy tego świata, skończyły się jednym – śmiercią Chrystusa na krzyżu (mówię oczywiście o ludzkim punkcie widzenia, bo wiadomo, że nic nie stałoby się bez woli Bożej).

Bardzo przypomina mi to postępowanie PiS-u w sprawie ochrony dzieci nienarodzonych. Niby większość członków tej partii wie i widzi, że nienarodzone dzieci są niewinne i nie zasługują na śmierć. Ale z drugiej strony jest ten lud – ubrany na czarno, wymachujący wieszakami. I cezar, siedzący gdzieś w Brukseli czy gdzie indziej, w każdym razie w dalekiej stolicy, mający władzę. Najchętniej więc PiS odesłałby tę sprawę jakiemuś Herodowi, byle tylko zrzucić z siebie odpowiedzialność. O dziwo za pierwszym razem pomogli mu w tym... kapłani, którzy niemal postawili się w roli Sanhedrynu.

Piszę – „niemal”, bo jednak bądź co bądź Episkopat Polski domaga się ochrony nienarodzonych. Ale znalazł się pretekst – karalność matek odpowiedzialnych za śmierć swoich dzieci.

I oto Chrystus..., tzn.... nienarodzone dzieci znów wróciły przed trybunał PiS-u. I cóż z tym teraz zrobić? Może znaleźć jakiegoś Barbasza i ogłosić narodowe referendum, w którym lud zdecyduje? Może wówczas uda się te nienarodzone dzieci ocalić, a cezarowi oznajmić, że tak właśnie chciał lud? Bo przecież demokracja, bo wola ludu. No niestety...

Cóż jednak, jeśli lud wybierze Barabasza? Wówczas będzie można odetchnąć z ulgą i po prostu umyć ręce.

Na razie jednak Chrystus czeka. Piłat wziął Go na stronę, by się upewnić, z kim ma do czynienia.

wtorek, 13 marca 2018

Biały płaszcz głupca


„Czasy nam współczesne przypominają te, w których sumienie naszego Pana stało bezsilne przed Herodem. Stroją nas w płaszcz głupca. Wyśmiewają nas, jeśli głosimy Chrystusowe potępienie cudzołóstwa. Nazywają nas głupcami, jeśli prosimy o przywrócenie religii do szkolnictwa; głupcami, jeśli twierdzimy, że cała władza polityczna pochodzi od Boga; głupcami, jeśli obstajemy przy tym, że jedność świata jest niemożliwa bez uznania powszechnego prawa moralnego; głupcami, jeśli modlimy się, pościmy, jeśli narzucamy sobie dyscyplinę.

A oto odpowiedź: Musimy być głupcami, gdyż Chrystus był wyśmiewany jako głupiec. Epoka zmysłowości jest siłą rzeczy epoką prześladowań. Wiek braku rozsądku jest wiekiem szyderstwa. Nikczemna władza nie podporządkuje się osądowi prawdy.

(...)

Nie można głosić dobroci złemu światu i oczekiwać czegoś innego niż to, że cię ukrzyżują.
Nikt nie będzie tracił czasu na błahostki. Nikt nie wyciągnie miecza przeciwko słabeuszom. Instynkt zła jest nieomylny; zna swoich nieprzyjaciół. Szukajcie zatem znienawidzonego Chrystusa, któremu składa się piękny hołd sprzeciwu, ogromny komplement nienawiści. Gdyż jeśli świat nienawidzi, wówczas to coś jest nie z tego świata, a jeśli jest nie z tego świata, to jest boskie, a jeśli jest boskie, to jest drogą zbawienia.

(...) 

Czy ludzie potrząsają pięściami nad grobem Napoleona? Czy armie szturmują grób Mahometa i wpadają z tego powodu w szał? Czy siły wojskowe atakują grób Lenina? Ci ludzie są martwi. Ale ludzie szturmują cytadelę Chrystusa; wściekają się przeciwko Jego Oblubienicy; faktycznie zabijają członków Jego Ciała; usiłują zdusić młode serca, które szeptałby Jego imię w szkole. A zatem Chrystus musi być żywy w swoim Ciele, którym jest Kościół”.

Abp. Fulton J. Sheen, Characters of the Passion, Angelico Press, 2015.

sobota, 10 marca 2018

Coś dla ducha, intelektu i oka, czyli „Droga Krzyżowa” z arcybiskupem Fultonem J. Sheenem


Wyobraźmy sobie, że w okresie Wielkiego Postu, jeśli nie wszystkie, to przynajmniej część mediów albo ich większość nadawałyby stonowaną muzykę, że nie byłoby puszczanych komedii, że w centrach handlowych panowałaby cisza zamiast radosnego „umcyk, umcyk”, że ogólnie zapanowałby nastrój powagi i skupienia. Nie chodzi o pokazywanie smutnych twarzy. Zresztą przecież nie na pokaz mamy obchodzić post, jak sam Chrystus podkreśla. Ale gdyby jednak w tym czasie było trochę więcej skupienia, gdyby refleksja, także w prasie, Internecie, telewizji, nakierowana by była na myśl o Męce naszego Pana (notabene jestem ciekaw, ile z tzw. „konserwatywnych” czy „prawicowych” mediów w tym czasie przypomina o Drodze Krzyżowej, o wyrzeczeniach i jałmużnie lub choćby promuje dobrą literaturę duchową?), o ileż radośniejsza byłaby Niedziela Wielkanocna przy tej nagłej eksplozji nie tylko dzwonów, ale i muzyki, śpiewu i śmiechu! A jak przypomina Fulton J. Sheen, bez Wielkiego Piątku nie byłoby Niedzieli Wielkanocnej.


Ot, właśnie dzisiaj się dowiaduję, że opozycyjna partia (zamilczę jej nazwę, może przejdzie po prostu do historii) stwierdziła, że przywróci „normalność” – czyli handelek w niedzielę. Może w ogóle przywrócić „normalność” i po prostu wprowadzić siedem dni pracy, a katolicy niech świętują sobie całkowicie prywatnie?


Niestety, współczesny świat nastawiony jest na robienie mamony. Stąd jęki na wolną niedzielę. Stąd biadolenia na to, że gospodarka nam podupadnie, sklepy pobankrutują, ceny pójdą w górę i w ogóle nastąpi koniec świata. Tylko nikt jakoś nie pyta: „Po co nam ten dobrobyt? Co z niego wynika, jeśli wewnątrz jest pustka?” Takie wyciszenie na Wielki Post dobrze by służyło refleksji nad tym, co naprawdę istotne. Może też i „prawicowi” publicyści broniący handlu w niedzielę, przypomnieliby sobie, że są rzeczy istotniejsze?


Współczesny Polak, zaganiany, pracujący po godzinach, często nie ma czasu, by uczestniczyć w tradycyjnych nabożeństwach okresu Wielkiego Postu. Może jednak warto wygospodarować trochę czasu i przynajmniej prywatnie porozmyślać o Męce Chrystusa? Będę pewnie monotonny i jeszcze trochę mój blog zamieni się w stronę o twórczości Fultona J. Sheena, ale nic na to nie poradzę: jeśli lubię jakieś pisarstwo, to chcę przeczytać jak najwięcej książek tego autora. A w tym przypadku jest to pisarz znakomity i pisze przy tym o rzeczach ważnych, ważnych dla ducha i dla naszego zbawienia.


Moim zdaniem dlatego warto nabyć sobie na własność DrogęKrzyżową arcybiskupa Sheena. Książeczka niewielka, składająca się z cyklu krótkich refleksji, które pozwolą w ciągu może pół godziny, może najwyżej godziny przebyć samemu całą Drogę Krzyżową i zastanowić się nad sensem Odkupienia, Męki i krzyża Pana Jezusa.


Jak czytamy, są to „rozważania (...) wygłoszone 20 marca 1932 roku w programie radiowym Godzina Katolicka”. Mimo upływu dziesięcioleci te krótkie teksty z pewnością trafiają do wyobraźni i mentalności współczesnego człowieka. Pewnie byłyby nieco za długie na twittera, ale w sam raz sprawdziłyby się w Internecie, czy jako krótkie filmiki dostępne w sieci.


Sheen z właściwą sobie błyskotliwością umiejętnie łączy rozważania Drogi Krzyżowej z tekstem Ewangelii, pokazując powiązania i sensy, z których często nie zdajemy sobie sprawy, nie zauważamy przebiegając wzrokiem znane nam passusy z Pisma Świętego. Czasami wręcz chce się zawołać: „Ach, no przecież! Dlaczego tego wcześniej nie widziałem?”


Wiemy na przykład, że pod krzyżem stali Maryja, Maria Magdalena i Jan. Ale czy uświadamiamy sobie też symboliczny wymiar tych trzech postaci? Że to niewinność, pokuta i kapłaństwo? Albo taki fragment: „Trzy rzeczy współdziałały w naszym upadku: nieposłuszny mężczyzna – Adam, pyszna kobieta – Ewa oraz drzewo. Nasz Odkupiciel użył tych samych trzech rzeczy, by podźwignąć nas na nowo ku Boskiemu życiu: posłusznego człowieka – Chrystusa, pokorną nową Ewę – Maryję i drzewo, które jest drzewem Krzyża”.


Nie chodzi jednak w tych rozważaniach tylko o błyskotliwość, popis skojarzeń, genialną interpretację biblijnych sensów. Zarówno same rozważania, jak i następująca po nich modlitwa odnoszą każdą ze stacji Drogi Krzyżowej do nas samych, do naszego życia, do konkretnych sytuacji. Odprawianie więc Drogi Krzyżowej to również, oprócz refleksji nad cierpieniami samego Chrystusa, które przeszedł dla nas, rozmyślanie nad sobą samym, nad sensem własnego życia i postępowania. To namysł nad tym, co mogę w swoim życiu zmienić, by być lepszym, by dostąpić zbawienia, by inni mogli we mnie widzieć odbicie twarzy Chrystusa, jak na chuście św. Weroniki.


Tę książeczkę warto mieć przy sobie i w wolnej chwili odprawić we własnym zakresie Drogę Krzyżową. Można to zrobić tak jak w kościele: czytając po kolei te rozważania i oddając się modlitwie, albo w ciągu dnia w wolnych chwilach czytać po jednej „stacji”. Można też tę książeczkę dać w prezencie własnemu księdzu proboszczowi. Z pewnością się z niej ucieszy, może będzie dla niego inspiracją.


To niewielkie rozmiarami dziełko jest starannie wydane. Podobnie jak wspomniana już na tym blogu „Kalwaria i Msza Święta” tego samego autora i również opublikowana przez to samo Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnię w Sandomierzu. Każdemu rozdziałowi towarzyszą ilustracje – ryciny Martina Engelbrechta. Całość stanowi zatem piękne dziełko łączące w sobie wartości duchowe, intelektualne i estetyczne. Podziękowania należą się więc zarówno wydawnictwu, jak i tłumaczce Izabelli Parowicz, że nam udostępnili tę niewielką, ale jakże bogatą książeczkę po polsku.


Abp. Fulton J. Sheen, Droga Krzyżowa, tłum. Izabella Parowicz, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, 2018.

piątek, 9 marca 2018

Kolejna lekcja z Ewangelii do odrobienia na Wielki Post i nie tylko


Polecałem już na Wielki Post na tym blogu lekturę Kalwarii i Mszy Świętej Fultona J. Sheena. Ale literatura tego amerykańskiego duchownego jest na tyle bogata, że w zasadzie tych książek można polecić na okres wielkopostny znacznie więcej. Na szczęście również i ten czytelnik, który nie zna języka angielskiego, ma coraz większy wybór przekładów tego popularnego w swoim czasie (i nie tylko) hierarchy amerykańskiego Kościoła katolickiego.


Jestem właśnie świeżo po lekturze Siedmiu słów Jezusa i Maryi. Już sam tytuł wskazuje na to, że autor – podobnie jak w wyżej wspomnianej książeczce – podejmuje temat Męki i śmierci naszego Pana na krzyżu. Tym razem siedem słów Chrystusa, które stały się motywem nie tylko rozważań duchowych, ale również inspiracją do dzieł literackich i muzycznych, arcybiskup Sheen zestawia z siedmioma słowami Maryi zapisanymi w Ewangeliach. Jest to koncept zaiste doskonały, bo uzmysławia zarówno udział Maryi w dziele Odkupienia, Jej głęboką więź z Synem, jak i pozwala z pewnością wielu czytelnikom spojrzeć na znane im z niedzielnych czytań słowa nowym okiem i odkryć sensy, których wcześniej nie dostrzegali.


Ale, co ciekawe, jest to nie tylko rozważanie Męki Pana Jezusa, znaczenia Jego słów w powiązaniu ze słowami Jego Matki, ale także książka o tym, jak żyć, by dostąpić zbawienia. Stąd z pewnością też i jej podtytuł: Lekcje z Kany i Kalwarii. Jest to więc w pewnym sensie poradnik. Ale nie poradnik „szczęśliwego” życia według ziemskich wzorów, żadna recepta na „ziemskie szczęście”, tylko wskazówki, jak osiągnąć świętość, a tym samym Zbawienie.


Jako wzór do naśladowania są podani tutaj Matka i Syn. Są to rzecz jasna wzory nie mające sobie równych. Bo przecież to Bóg, który przybrał ludzką naturę dzięki swojej Matce i Matka, która stała się Bożą Rodzicielką. Jak napisał autor w innej swojej książce: był to pierwszy przypadek, kiedy Matka była obrazem swojego Dziecka, a nie odwrotnie. Ta Matka stała się współodkupicielką, mając swój udział w Zbawieniu.


Już od samego początku Sheen zwraca uwagę na motyw cierpiącej kobiety i pokonanego mężczyzny istniejący w arcydziełach naszej europejskiej literatury: w Iliadzie i Odysei. Ten tajemniczy wątek zyskuje swoje dopełnienie i wyjaśnienie w Synu i Matce, w Synu, który na pozór został pokonany, by jednak odnieść zwycięstwo nad złem i przynieść ludziom Zbawienie i w Matce cierpiącej pod krzyżem, która potem zostaje Królową Niebios miażdżącą głowę węża.


Jeśli więc chcemy dobrego życia, życia, które nie zakończy się klęską, choć z pozoru takim może wydawać się dla świata, to właśnie z Nich powinniśmy czerpać swój wzór. Chcemy być wolni? To właśnie Maryja i Chrystus dają nam najlepszy przykład: „jeśli chcemy poznać najwyższy sens wolności, przypatrzmy się życiu naszego Pana i Maryi”. To Oni przecież chcieli pełnić wolę Ojca, gdyż „oddanie siebie Doskonałej Miłości oznacza oddanie się szczęściu, a zatem oznacza doskonałą wolność”.


Chcemy żyć pełnią życia? Któż da nam lepszy przykład, jak nie Maryja i Jej Syn? Jak pisze arcybiskup Sheen:

Najpopularniejszą filozofią w dzisiejszych czasach jest wyrażanie własnego „ja”: „Bądź sobą! Nie narzucaj sobie ograniczeń!”. Wszelka wzmianka o potrzebie panowania nad sobą uchodzi za masochistyczny relikt ciemnych wieków. A tak naprawdę jedyni ludzie na świecie, którzy rzeczywiście wyrażają w ten sposób własne „ja”, mieszkają w zakładach dla obłąkanych. Nie mają żadnych zahamowań, nie przestrzegają żadnych konwencji, żadnych norm. Są tak nieograniczeni jak diabły – czyli pogrążeni w absolutnym chaosie.

Tymczasem inny przykład życia dają nam Chrystus i Maryja, gdyż „wyrażanie siebie” w opisanym wyżej sensie „oznacza autodestrukcję. Własne »ja« można jednak wyrażać w sensie dążenia do pełni siebie. Nie osiągnie się tego bez wyrzeczeń. Niezdyscyplinowani zawsze są niepełni. Aby to zrozumieć”, trzeba wrócić na Kalwarię.

I stąd siedem słów Chrystusa i siedem słów Maryi, które stanowią ich kontrapunkt, dają nam wgląd nie tylko w tajemnicę zbawczej misji Chrystusa, ale także w sens życia i są wskazówką, jak wieść życie, by nie skończyło się ono klęską – nie tą pozorną klęską, jak „klęska” Chrystusa na krzyżu, ale kompletną katastrofą, która wiedzie do wiecznego potępienia.


Podobnie, jak poprzednią rekomendowaną przeze mnie książkę, warto Siedem słów Jezusa i Maryi przeczytać kilka razy, warto do tej książki wracać i nie bać się stawiania sobie trudnych lub niewygodnych pytań, do których jej lektura skłania. Mógłbym tutaj wypisać z tej niewielkiej, bo liczącej zaledwie nieco ponad 120 stron książki, wiele cytatów, błyskotliwych passusów, złotych myśli. Ale najlepiej po prostu sięgnąć po nią. Zapewniam, że pozwoli ona zgłębić i lepiej zrozumieć sens tak dobrze znanych nam słów z Ewangelii, jak i inaczej spojrzeć na własne życie. Spora też w tym zasługa tłumaczki, Anny Skucińskiej, której przekład pozwala nam cieszyć się tą znakomitą lekturą po polsku.


Abp. Fulton J. Sheen, Siedem słów Jezusa i Maryi. Lekcje z Kany i Kalwarii, tłum. Anna Skucińska, Kraków 2016.

środa, 7 marca 2018

Niedzielna apokalipsa albo czy Zagajewski napisze elegię o zamkniętym centrum handlowym


Niedawno w mojej skrzynce znalazłem reklamy jednego z supermarketów. Wśród specjalnych ofert, rewelacyjnych produktów sprzedawanych za jeszcze bardziej rewelacyjne ceny, znalazła się rozpiska z wolnymi niedzielami w tym roku. Reklamówki wyrzuciłem, grafik zachowałem.

Parę dni później przeglądając papiery na stole, znalazłem tę rozpiskę. Popatrzyłem na nią przez chwilę i po chwili uświadomiłem sobie, że przecież od bardzo dawna żadnych zakupów w niedzielę nie robię. Ba! Popieram zakaz handlu w niedzielę. Wyrzuciłem ten papier do kosza.

Tymczasem wygląda na to, że dla niektórych nadciąga Armageddon. Lepiej – wzywają nawet, jak się dowiedziałem, do bojkotowania wolnej niedzieli i robienia w ten dzień zakupów. Do tego chóru przyłączyli się nawet niektórzy prawicowi publicyści. Pisałem już zresztą o tym, więc nie będę się powtarzał.

Osobiście nie wierzę w żadną apokalipsę dla polskiej gospodarki. Pan Bóg wiedział lepiej od człowieka, gdy dał mu przykazanie, by dzień święty święcić. Myślę nawet, choć nie jest to moją nadmierną troską, że ten zakaz może się przyczynić do rozwoju drobnych usług i sklepików. Aczkolwiek zachęcałbym takich handlarzy, by jednak dzień święty świętowali.
Chciałbym zwrócić uwagę natomiast na inny aspekt, który słusznie podnosił związek zawodowy „Solidarność”.

Otóż przypomniał mi się pewien tekst Adama Zagajewskiego. Był to jeden z głupszych tekstów, jaki ten poeta popełnił. Jeśli mnie pamięć nie myli, zamieszczony był w „Zeszytach Literackich” i stanowił fragment dziennika. Nasz subtelny wierszopis, który ilekroć go słyszę w radio mówi tak, jakby zaraz miał wyzionąć ducha (chyba przebija go w tym jedynie Ryszard Krynicki), ni mniej, ni więcej marudził tam o tym, że w wigilijny wieczór obcokrajowiec w Polsce nie może nic zjeść w restauracji ani się napić kawy w kawiarni. Wszystko pozamykane.

Chodził więc ten Zagajewski po Krakowie i zachowywał się jak kosmita, choć był we własnej ojczyźnie. Jeśli mnie pamięć nie myli, znalazł chyba jakąś budkę z kebabem i to wszystko. Ten czuły poeta użalał się nad obcokrajowcami, którzy mogli się raczyć tylko tym kebabem i nie mieli się dokąd udać. Może powinni byli spróbować polskiej gościnności i po prostu sprawdzić, czy znajdą wolne miejsce przy stole u pierwszej lepszej rodziny? To dopiero byłby temat!

Jakoś nie przyszło do głowy temu estecie i erudycie, miłośnikowi dobrej muzyki i wyrafinowanego malarstwa, że aby Kowalski lub Kowalska mogli obsłużyć jakiegoś Hansa, Jacka czy innego Jose w tym wyjątkowym dniu, w niejednym domu byłoby przynajmniej jedno, a może kilka pustych miejsc przy wigilijnym stole. Czyjś ojciec nie mógłby spędzić Wigilii z dziećmi, czyjaś matka nie mogłaby podzielić się opłatkiem ze swoimi pociechami, czyjś syn nie mógłby odwiedzić (może po raz ostatni) swoich starych już rodziców, czyjaś córka nie mogłaby pomóc mamie w przygotowaniu wigilijnej wieczerzy. A wszystko to po to, aby jakiś Hans, Jack czy inny Jose mogli zjeść sobie tego swego kebaba czy cokolwiek oni tam sobie wymyślą. Taka to czułość, taka to estetyka.