Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corner Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corner Shop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 września 2019

poniedziałek, 15 lipca 2019

Homo viator i homo superbus

„W wielkich dziełach literatury odkrywamy głębokie zrozumienie bytu człowieka i jego celu. Odkrywamy, że osoba ludzka to homo viator, pielgrzym, czyli wędrowiec, który podróżuje przez śmiertelne życie, pamiętając zawsze o życiu wiecznym. To zrozumienie, kim jesteśmy, zostało utracone. „Człowiek nowożytny – pisał Chesterton – bardziej przypomina podróżnika, który zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia i musi wrócić tam, skąd przyszedł, by odkryć, dokąd zmierza”. W rzeczywistości rzeczy przedstawiają się nawet gorzej, niż wyobraził sobie to Chesterton, ponieważ współczesny człowiek nie tylko zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia, ale nawet zapomniał, że ma jakieś miejsce przeznaczenia. Nie wie, że jest podróżnikiem. Nie ma świadomości, że podróżuje ani że ma dokąd pójść. Nie jest on homo viator, ale homo superbus – człowiek pyszny, żałosna istota złapana w pułapkę pomiędzy ograniczeniami konstruowanego przez siebie „ja”, więzień swojej własnej dumy i uprzedzenia”.

Joseph Pearce, Literature: What Every Catholic Should Know (tłum. własne)

wtorek, 30 kwietnia 2019

Corner Shop: „Elizabethan Shakespeare”, czyli dramaturg czasów destrukcji katolickiej Anglii

Elizabethan Shakespeare Petera Milwarda SJ to książka, którą każdy traktujący poważnie twórczość wielkiego dramaturga powinien koniecznie przeczytać. To, co mnie uderzyło przy lekturze tej pracy, to spokojny, wyważony namysł nad dramatami Szekspira, wywód, za którym stoi znakomita znajomość tych arcydzieł literatury kogoś, kto porusza się po nich z dużą swobodą i pewnością siebie. Ba! Przeglądając ją teraz, stwierdzam, że jednorazowa lektura nie wystarcza, że trzeba po tę książkę sięgnąć przynajmniej kilka razy, najlepiej też w konfrontacji z innymi tekstami poświęconymi mistrzowi ze Stratfordu.

Co ciekawe, Milward jest przeciwny „klasyfikowaniu sztuk Szekspira” jako „sztuk problemowych, sztuk rzymskich, wielkich tragedii i tak dalej”. Jak pisze: „Dotyczy to także zwyczaju, spopularyzowanego przez E.M. Tillyarda, dzielenia sztuk poświęconych historii Anglii na dwie tetralogie, od panowania Ryszarda II do panowania Ryszarda III – z pominięciem wcześniejszego przedstawienia Król Jan i ostatniego historycznego „romansu” – Henryka VIII. Nie chodzi o to, bym kwestionował wygodę takiego grupowania, z którego sam korzystałem w przeszłości, ale ich wielka niedogodność polega na sposobie, w jaki zacierają wyróżniające cechy każdej ze sztuk i łączą to, co lepiej zostawić rozdzielone. Bowiem Szekspir we wszystkich swoich autentycznych sztukach jest zdecydowanie wyjątkowy”.

To rozpatrywanie każdego z dramatów jako osobnego i wyjątkowego utworu nie przeszkadza jednak autorowi w tropieniu wątków i motywów, które pojawiają się i powtarzają w różnych formach w całym dziele Szekspira. Dotyczy to na przykład przedstawienia kobiet jako uosobienia Maryi Panny czy motywu przebrania, pielgrzymki lub podróży. Ciekawe jest na przykład spostrzeżenie, że te partie Henryka IV, które dotyczą niegodziwego i obmierzłego tchórza i pijaczyny Falstaffa, pisane są prozą i to samo dotyczy w Kupcu weneckim Shylocka, choć tutaj mamy do czynienia z pewną modyfikacją, gdyż są chwile, kiedy żydowski lichwiarz mówi „wciąż prozą, jednak jest w niej rytmiczna retoryka emocji”. Notabene analiza Kupca weneckiego autorstwa Milwarda aż się prosi o jakiś osobny tekst i najlepiej w konfrontacji z idiotyzmami interpretacyjnymi, które zdążono do tej pory o tej sztuce powypisywać czy przedstawić na scenie.

Warto może zauważyć przy okazji jeden fakt, że autor, pisząc m.in. o Kupcu weneckim, podkreśla skłonność Szekspira do moralizowania. Jak pisze: „Wydaje się, że jakby – mimo niemal powszechnej dezaprobaty świeckich uczonych – Szekspir objawia się w tej sztuce w swych prawdziwych barwach, jako kaznodzieja w nie mniejszej mierze niż dramatopisarz. Jego deklarowanym celem może być danie rozrywki publiczności i zarobku sobie i kolegom aktorom z trupy Chamberlain’s Men. Ale nie jego była nowożytna koncepcja „sztuki dla sztuki”, gdzie sztuka oddzielona jest od moralności. Pod tym przynajmniej względem w pełni dostosował się do krytycznego ideału renesansu, w którym rozrywka powinna łączyć się z pouczeniem. Tyle tylko, że jego idea pouczenia wykraczała zarówno poza Biblię, jak i banały moralności”.

Ważnym spostrzeżeniem Milwarda jest uwydatnienie dwóch ideałów kształtujących tę twórczość: tradycji i natury, obu obecnych na wsi i które zostają przeciwstawione miejskiej skłonności do rewolucji. I znowuż warto przytoczyć obszerniejszy fragment wywodów autora: „Różnicę pomiędzy tymi dwoma ideałami natury i tradycji można wyrazić dość prosto. Dla Szekspira natura była pogańska, jak to widzimy w duszkach podlegających Oberonowi i Tytanii (inne imię Diany) ze Snu nocy letniej, a tradycja była katolicka. Dotykamy tutaj nawet bardziej podstawowego aspektu geniuszu dramaturga, aspektu, który jest pomijany przez krytyków Szekspira od czasów krytyków wspomnianych wyżej [Bena Jonsona i Johna Miltona]. Dotykamy także tragedii wieku, w którym żył, tragedii, która również głęboko wniknęła w jego geniusz dramatyczny, a mianowicie: tragedii reformacji. Można by powiedzieć, że bez reformacji nie mielibyśmy Szekspira. Był tym, czym był, z powodu zmian religijnych, jakie zachodziły wokół niego od czasów jego narodzin, nawet w tak na pozór odległym hrabstwie, jak Warwickshire. Nie chodzi o to, że się zgadzał z tymi zmianami, gdyż wówczas nie stałby się tak wielkim dramaturgiem; raczej się z nimi głęboko nie zgadzał, gdyż – jak powiedziałem – był on człowiekiem wsi opowiadającym się za tradycją. Dla niego tradycja ta, wspólna Anglii i Europie, była katolicka, sięgająca wstecz do początków zarówno Anglii, jak i Europy i poza nimi do początków chrześcijaństwa. W jego oczach jednakże nowi protestanci, którzy zdobyli władzę pod auspicjami tak zwanej Królowej Dziewicy, byli rewolucjonistami z miast, angażującymi się w niszczenie wszystkiego, co było mu drogie”.

Przytoczywszy ten ostatni cytat nie muszę chyba wyjaśniać, jaki Szekspir wyłania się z książki Petera Milwarda. Jest to bez wątpienia Szekspir fascynujący, inny od tych interpretacji, które suflują nam pewni krytycy i interpretatorzy, widzący w nim na przykład prekursora egzystencjalizmu, teatru absurdu czy nawet ideologii gender.

Książka opatrzona jest dwoma dodatkami, z których pierwszy przytacza klasyczne opinie angielskich autorów o Szekspirze, a drugi podaje „Bibliografię poświęconą Szekspirowi i chrześcijaństwu”. Oba bez wątpienia mogą być pomocne w kolejnych poszukiwaniach i lekturach.

Peter Milward SJ, Elizabethan Shakespeare, Sapientia Press of Ave Maria University, Ave Maria, Florida 2007.


wtorek, 9 kwietnia 2019

Corner Shop: Gra cieni, czyli ukryty świat Szekspira

O tej fascynującej książce wspominałem już kilka razy na swoim blogu. Początki pomysłu na napisanie Shadowplay sięgają jeszcze pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy Clare Asquith przebywała w Związku Sowieckim, gdzie jej męża wysłano na placówkę dyplomatyczną. Oglądając w teatrze przedstawienie, które było adaptacją opowiadań Czechowa, autorka uświadomiła sobie, że zawierało ono aluzje do ówczesnej ponurej rzeczywistości. Były one jednak na tyle subtelne, że obecni na sali „stróże porządku” ich nie wychwycili. Wykształcony widz był natomiast w stanie je wyłapać.

Zastanawiając się nad tym, autorka doszła do wniosku, że być może podobnie było w przypadku Szekspira, który tworzył w czasach, kiedy w Anglii działało rozwinięte i rozbudowywane państwo policyjne, a prawa katolików były brutalnie łamane. W końcu wybitny dramaturg też korzystał ze starych dzieł, przerabiając je i adaptując do potrzeb scenicznych. Wgłębiając się w twórczość samego Szekspira, czytając inne utwory literackie i dokumenty z epoki, analizując ówczesną historię, Clare Asquith doszła do wniosku, że nadszedł czas, by na nowo odczytać dzieło wielkiego angielskiego dramaturga i poety. „Od jego śmierci uniwersalne sztuki Szekspira były adaptowane dla szerokiego spektrum aktualnych i politycznych przesłań: być może jest tak, że jedyne przesłanie, które przeoczyliśmy, to przesłanie samego autora”.

O swojej książce autorka powiada zatem, że „jej punktem wyjścia jest relacja o historii czasów Szekspira, która opiera się nie na tradycyjnej wersji Angielskiej przeszłości, ale na dziele nowego pokolenia badaczy reformacji, którzy malują obraz powszechnego oporu, inwigilacji, przymusu i prześladowań w XVI-wiecznej Anglii. Śledzi ona zatem rozwój zaszyfrowanego, dysydenckiego języka w represyjnych latach, jakie nastąpiły po reformacji, latach cenzury i propagandy, w czasie których tematyka religii i polityki była dramaturgom wzbroniona. I wyjawia ona, że Szekspir rozwinął ten ukryty szyfr w wyrafinowaną formę sztuki, wcielając ją z olśniewającą umiejętnością w swoje bardziej znane dzieła. Istotą tej zaszyfrowanej metody pisania oczywiście było to, że będzie ona „sporna” – innymi słowy niemożliwa do udowodnienia. Jedynie szczegółowe pokazanie uderzających ścisłych paralel pomiędzy doniosłymi wydarzeniami XVI wieku a nawiązaniami ukrytymi w cenzurowanej literaturze tamtego czasu przekona współczesnych miłośników Szekspira – przyzwyczajonych do wieków zdecydowanie uniwersalistycznych interpretacji jego dzieła – że istnieje obecnie argument za tym, by na nowo zbadać jego pisma w świetle ich zrewidowanego kontekstu historycznego. Dla wielu okaże się to szokiem. Przeciwnie do wielkich autorów klasycznych, Szekspir jest zazwyczaj postrzegany jako pisarz tak wybitny, że polityka jego czasów jest nieistotna, a nawet rozprasza. Jednak coraz częściej historycy i badacze literatury wydobywają na światło dzienne świadome echa tamtych czasów w ówczesnej literaturze, echa tak subtelne i aluzyjne, że sprowadzają się do ukrytego języka”.

Autorka zatem rozpatruje dzieło geniusza dramatu na tle wydarzeń historycznych. Zamiast przedstawiać nam jakiś zakłamany, zniekształcony obraz „Szekspira współczesnego”, oferuje nam Szekspira osadzonego w swoich czasach, w rzeczywistości elżbietańskiej Anglii, na którą przypadła większość jego życia, i w Anglii Jakuba I, pod którego rządami przeżył ostatnie 13 lat. Taka perspektywa, a także nawiązania do twórczości innych ówczesnych autorów, pozwala odkryć w dziele Szekspira rzeczy, które do tej pory badacze przeoczali. Na przykład kwestię katolickości ich autora. Ba! Pozwala zrozumieć te partie tekstu, które wydawały się do niedawna niezrozumiałe, niejasne. Pozwala także wyjaśnić pozorną niekonsekwencję, jaką było pojawienie się niektórych sztuk, które zdawały się wręcz cofnięciem w rozwoju albo zaskakującym odstępstwem od dotychczasowej linii rozwojowej. Takim przypadkiem są na przykład te utwory, które zdaniem Asquith były skierowane już nie do Jakuba I, ale jego przedwcześnie zmarłego syna, Henryka.

Nie sposób w krótkiej recenzji omówić wszystkich fascynujących rewelacji, jakie przedstawia ta niezwykła książka. Wydaje mi się też, że niektóre interpretacje mogą budzić pewne wątpliwości, choć nie sposób nie przyznać, że autorka zawsze podpiera je odniesieniami do ówczesnej rzeczywistości, osadza je w konkretnym kontekście. Na szczęście są też badacze, którzy kontynuują osiągnięcia Aquith i prowadzą badania nad katolickością Szekspira i ukrytymi nawiązaniami do ówczesnych realiów. Dużą zaletą dla czytelników twórczości wielkiego angielskiego dramaturga jest też zamieszczony na końcu książki słownik słów-kluczy, które pozwalają zrozumieć rozsiane po utworach aluzje. Dodajmy, że są to nie tylko słowa-klucze używane przez samego Szekspira.

Praca Asquith odkrywa więc faktycznie przed czytelnikiem świat, o którym do tej pory nie miał w większości pojęcia. Pod powierzchnią „uniwersalistycznych” sztuk wielkiego dramaturga, kryje się zakodowana historia czasów samego Szekspira, historia nie mniej ponura niż dzieje samego Makbeta czy Danii Hamleta, która „jest więzieniem”. Na szczęście w dobie, w której niektórzy katoliccy hierarchowie są gotowi świętować obchody reformacji, pojawia się coraz więcej opracowań pokazujących ponure oblicze reformacji, także tej angielskiej. A więc jest szansa również na to, że takie badania, jakie przedstawia książka Asquith, będą się przebijać do publicznej świadomości. Nawet jeśli opór będą stawiać wielbiciele Harolda Blooma, Jana Kotta czy np. „genderowych” odczytań wielkich dramatów. Jedyny problem polega jednak na tym, że ta znakomita książka, jaką jest bez wątpienia Shadowplay, do tej pory nie została udostępniona polskiemu czytelnikowi, który nie ma możliwości przeczytania jej w oryginale.


Clare Asquith, Shadowplay: The Hidden Beliefs and Coded Politics of William Shakespeare, PublicAffairs, New York.

sobota, 6 kwietnia 2019

Corner Shop: „Bridshead Revisited” – odnaleźć prawdziwą Miłość na ruinach złudzeń

Są takie książki, które wcześniej czy później trzeba koniecznie przeczytać. Nie, nie zamierzam tutaj podać jakiejś kolejnej głupiej listy z cyklu: „niezbędnik inteligenta”. Po prostu są takie książki, które trzeba koniecznie przeczytać, bo są dla nas w jakiś sposób ważne. Dla mnie taką książką była powieść Evelyna Waugh Brideshead Revisited.

Wiele lat temu miałem szansę na przeczytanie polskiego tłumaczenia tego jednego z ważniejszych utworów katolickiego odrodzenia w Anglii. W zasadzie to powinienem był z różnych przyczyn to zrobić. Ale jakoś nie miałem do tej lektury wówczas serca. Okoliczności były mało sprzyjające, choć paradoksalnie to właśnie te okoliczności jak najbardziej ku takiej lekturze powinny były skłaniać. Kto wie? Może gdybym wówczas jakoś się zmusił do czytania, zmieniłoby to moje spojrzenie na wiele spraw? Trudno powiedzieć.

Od tamtej pory Brideshead Revisited przypominało mi się na różne sposoby. A to ktoś napisał o tej książce na blogu. A to ktoś wspomniał o niej na jakimś portalu społecznościowym. A to znowuż gdzieś zobaczyłem informację o filmie na jej podstawie i tak dalej, i tak dalej... Nie mogąc się uwolnić od tych natarczywych upomnień, w końcu zdobyłem własny egzemplarz w oryginale, gdy nadarzyła się okazja.

Muszę przyznać, że już w trakcie czytanie pożałowałem, że nie przeczytałem Brideshead Revisited wiele lat temu. Być może jednak powieść, która mnie tak poruszyła, coś zmieniłaby w moim spojrzeniu na świat, na siebie? Może pozwoliłaby się wcześniej otrząsnąć z wielu rzeczy, zbytecznego balastu, który tylko ograniczał moje ruchy, pętał? Kto wie?

Ta arcykatolicka powieść jest interesująca choćby z tego powodu, że właściwie katolicy w niej są mało sympatyczni. Ci katolicy, którzy nie buntują się przeciwko Kościołowi, przeciwko jego nauce. Bridey z jego kolekcją pudełek od zapałek z trudnością może być uznany za bohatera, który budziłby w nas miłe odczucia. Momentami jest wręcz odpychający, choć budzący jakąś tam dozę pobłażliwej sympatii z powodu swojej fajtłapowatości. Ale jego życie wydaje się pozbawione jakiejkolwiek użyteczności, gdyby nie... No właśnie! A jego wpierw narzeczona, a potem żona? A Lady Marchmain? Wprawdzie trudno uznać ją za postać antypatyczną, ale w stosunku do Sebastiana podejmuje nieświadomie katastrofalną decyzję, która pogłębia tylko jego kryzys. Może wyjątkiem są tu zakonnicy, którzy pomagają Sebastianowi, choć też są dalecy od ideału. I stara niania.

A jednak to Bridey okazuje się być głosem rozsądku, choć dla świata – dla Charlesa – jest po prostu głupkiem, który podejmuje wydawałoby się katastrofalną decyzję. Katastrofalną dla Lorda Marchmain. I katastrofalną dla samego Charlesa. Choć w obu przypadkach tylko na pozór. O czym szybko dowiadujemy się w przypadku tego pierwszego, a o czym w przypadku drugiego dowiaduje się sam zainteresowany.

Być może też to właśnie Lady Marchmain przyczyniła się do nawrócenia swojego męża i swojego syna, choć sama już tego faktu nie dożyła i choć wobec tego ostatniego popełniła błąd? Może to jej modlitwy (i Cordelii) doprowadziły do nawrócenia Julii i ostatecznie Charlesa?

Notabene ciekawe, że najmłodsza siostra Sebastiana nosi imię odrzuconej córki króla Leara – bohaterki arcykatolickiej sztuki Szekspira (wbrew idiotyzmom, które powypisywał o niej Jan Kott). Zarówno bowiem Brideshead Revisited, jak i Król Lear nie oferują łatwych pocieszeń. Zaciszny, ciepły „domek” Charlesa rozpada się w drzazgi pod nagłą lawiną. Posiadłość, z którą łączyło go tak wiele wspomnień, podupada – stacjonujący tam żołnierze obchodzą się z nią bezceremonialnie, włażąc dosłownie z buciorami w to „sanktuarium”, z którym Charlesa tyle łączy. Jego ponowna wizyta tam w czasie wojny tylko podkreśla ułudę, jaką żyli z Julią. Można powiedzieć, że z jego planów i marzeń pozostają tylko zgliszcza i ruiny.

To samo w gruncie rzeczy jest w Królu Learze. Tutaj sam władca odrzuca prawdziwą miłość, a wybiera ułudę, pozór miłości. Bardzo szybko przekonuje się, jak potworny popełnił błąd. Jego błąd dotyka nie tylko jego, ale całego królestwa. Nawet natura nie pozostaje obojętna. Cierpienie jest wpisane w ten dramat jako przekleństwo, ale też jako oczyszczenie. To cierpienie doprowadza przecież króla do poznania prawdziwej miłości, którą uobecnia w tym dramacie Cordelia. Zarówno w Bridshead Revisted, jak i w Królu Learze następuje ogołocenie ze złudzeń.

Na bardzo ciekawą paralelę z kolei między Bridshead Revisited a Wyznaniami św. Augustyna wskazuje rozmówczyni Josepha Pearce’a – Elizabeth Klein. Jeśli ktoś zna angielski, może całość rozmowy posłuchać sobie na portalu Faith & Culture.


Evelyn Waugh, Brideshead Revisited. The Sacred and Profane Memories of Captain Charles Ryder.

piątek, 22 marca 2019

Corner Shop: Dlaczego Szekspir zaczął pisać baśnie?

Pisałem już o zaskoczeniu, jakie wzbudził we mnie fakt, że Władysław Tarnawski, rozpatrując przemiany w poszczególnych okresach twórczości Szekspira, pisał enigmatycznie o jego „rosnącej znajomości życia i natury ludzkiej”, natomiast nie zwrócił uwagi na to, w jakich okolicznościach politycznych i społecznych przyszło żyć wybitnemu dramaturgowi i że to one mogły w znacznym stopniu przyczynić się do przemian w jego twórczości.

Wspomniana już przeze mnie na tym blogu Clare Asquith w kapitalnej książce Shadowplay przedstawia, jak te okoliczności zaważyły na utworach Szekspira. Pamiętam toczone swego czasu dyskusje na ten temat, czy utwory skupiające się na lokalnych problemach mogą mieć uniwersalną wymowę. Czy zatem mogło być na przykład tak, że Mickiewicza czytaliby ludzie na całym świecie, mimo że jego główną problematyką byłaby niewola ojczyzny, rozdartej pomiędzy trzech zaborców? Szekspir jest znakomitym przykładem, że taka sztuka jest możliwa. Jego dramaty o wymowie uniwersalnej, mają jednocześnie jakby „drugie dno” – odnoszą się do ponurej rzeczywistości Anglii Elżbiety I i Jakuba I – ponurej dla katolików (choć nie tylko) prześladowanych przez reżym.

Asquith odszyfrowuje to ukryte przesłanie i wyjaśnia, dlaczego niektóre z utworów albo ich fragmenty są dzisiaj niezrozumiałe, a może nawet rozumiane opacznie czy wręcz lekceważone, choć dotyczą one tak naprawdę spraw istotnych.

Okres, którego dotyczyła cytowana przeze mnie uwaga Tarnawskiego, był dla katolików szczególnie bolesny. Zawiodły nadzieje pokładane w Jakubie I, nie nastąpiły rządy tolerancji religijnej, w roku 1604 zawarto pokój z Hiszpanią, a w roku 1605 doszło do spisku prochowego, który był kolejnym pretekstem do zaostrzenia prześladowań katolików.

Autorka podaje przykład pisarza Johna Haringtona, który w swoich utworach, licząc na zmianę kursu przez króla Jakuba, próbował w swoich pismach przemówić do niego na rzecz tolerancji. Takim przykładem jest jego Tract on the Succession. Clare Asquith konkluduje swoje uwagi na temat tego autora takim oto stwierdzeniem: „Ale po odnowie prześladowań z roku 1604 Harington, jak wielu innych, dał sobie spokój z królem. Zmienił dedykację swojej książki, kierując ją do księcia Henryka, który w tym czasie miał lat jedenaście”.

Dalej, pisząc już ponownie o Szekspirze, autorka stwierdza:

Są krytycy, na czele których stoi Samuel Johnson, którzy głowią się nad zadziwiającym kontrastem między następnymi trzema sztukami Szekspira a posępnym, coraz bardziej teoretyzującym dziełem poprzednich siedmiu lat. Szekspir zaczyna tworzyć baśnie. Pierwsza z nich, Perykles, jest niemal dziecinie naiwna w swoim sposobie przedstawienia i formie narracyjnej – do tego stopnia, że powszechnie się przyjmuje, iż pierwsza część sztuki jest dziełem innego autora. Jednak, jeśli się już to wykryje, przebieg kariery Szekspira jako katolickiego apologety dostarcza motywu dla tej nagłej przemiany. Szekspir, wraz ze sporym gronem innych wysoce inteligentnych rówieśników, takich jak Harington, miał właśnie poświęcić całą siłę perswazji na ponowne przedstawienie swojej argumentacji w słowach, których zamysłem było odwołanie się do czternastoletniego chłopca.

Chodziło oczywiście o wspomnianego już wyżej księcia Henryka.


sobota, 3 listopada 2018

Corner Shop: Niedorzeczny Szekspir Jana Kotta


Rekomendowałem już na tym blogu parę razy pisarstwo Josepha Pearce’a. Pearce, oprócz tego, że jest wykładowcą i autorem kilku ważnych książek poświęconych nie tylko Szekspirowi, ale również m.in. takim twórcom, jak Chesterton, Belloc czy Sołżenicyn, jest także redaktorem serii klasyki w amerykańskim wydawnictwie Ignatius Press. Wśród książek wydanych z tej serii jako „szekspirologa” amatora zwrócił moją uwagę rzecz jasna King Lear.

Gorąco polecam tę publikację każdej osobie, która czuje się na tyle mocna w angielskim, by spróbować lektury tego dzieła w oryginale. Przy tym rekomenduję wydanie w formie elektronicznej, gdyż ułatwia ona sprawdzanie nieznanych słów czy zwrotów bez potrzeby zaglądania co chwilę na koniec książki lub wertowania słowników (aczkolwiek w samej książce jest kilka błędów w edycji lub formatowaniu, które wydawnictwo powinno poprawić).

Zaletą tej edycji wielkiego dramatu Szekspira jest nie tylko możliwość czytania go w formie elektronicznej (gdyż staje się to już w zasadzie standardem), ale spory wybór krytyki szekspirowskiej. Mamy tutaj bowiem zarówno przykłady klasycznej recepcji Króla Leara (takich autorów, jak John Keats, Samuel Johnson czy A.C. Bradley), jak i teksty współczesnych znawców literatury angielskiej (oprócz szkicu samego redaktora wydania). Przy czym teksty współczesne rzucają snop światła na to dzieło z chrześcijańskiego punktu widzenia, co też nie jest niczym dziwnym, skoro o chrześcijaństwie, czy wręcz katolicyzmie wybitnego dramaturga angielskiego pisze redaktor wydania również w innych swoich publikacjach (o czym zresztą pisałem już na tym blogu).

Zwracam jednak uwagę czytelników na to amerykańskie wydanie Króla Leara nie tylko dla jego walorów poznawczych, to znaczy pomieszczonych tu esejów, które pozwalają zrozumieć i docenić głębię i ukryte wymiary tego arcydzieła. Podsuwam tę książkę również dla obecnego w niej wątku polskiego, a konkretnie dla krytyki takiej interpretacji Szekspira, jaką zaoferował Jan Kott, a także fatalnego wpływu tego krytyka na współczesne inscenizacje Króla Leara.

Jan Kott to pewnie dla wielu literaturoznawców, a także absolwentów filologii zarówno angielskiej, jak i polskiej, wciąż wybitny autorytet. Pamiętam, z jakim zachwytem sam niegdyś czytałem, jeszcze w podziemnych wydaniach „Zeszytów Literackich” jeden z jego sugestywnych i świetnych literacko szkiców. Ta sława zdaje się nie mijać, na co wpływ zapewne ma międzynarodowe uznanie i wpływ książki Kotta Szekspir współczesny. Ostatnio zetknąłem się z taką entuzjastyczną uwagą o tym krytyku w książce Teologie Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej (o której z pewnością nie omieszkam tutaj jeszcze napisać).

Tymczasem, czy wszyscy na Zachodzie tak bardzo ekscytują się spojrzeniem Kotta na twórczość Szekspira? Zerknijmy na dwa teksty z wydania Króla Leara pod redakcją Josepha Pearce’a.

James Bemis w swoim szkicu „King Lear on Film” przedstawia słynne filmowe wersje arcydzieła Szekspira. Pisząc o kinowej interpretacji Petera Brooka, w której główną rolę odtwarzał Paul Scofield, autor daleki jest od zachwytów, jakie można spotkać do dziś wśród polskich krytyków. Przede wszystkim zauważa, że dzieło znanego reżysera zamienia „Króla Leara w dramat egzystencjalistyczny, bez krztyny prawdziwego człowieczeństwa”. Dalej autor zwraca uwagę na wpływ Jana Kotta właśnie na taką, a nie inną wizję słynnego dramatu we wspomnianym wyżej filmie Brooka:

Być może egzystencjalizm był modny na początku lat 70-tych XX wieku, ale obecnie podejście Brooka wydaje się niemądre [w orginale: „silly”]. Co ciekawe, to spojrzenie na Leara zasugerował Szekspir współczesny, kontrowersyjna książka Jana Kotta. Kott przedstawia niedorzeczne twierdzenie, że Shakespeare był jednym z nas – nie jednym z tych zacofanych ludzi średniowiecza, ale naprawdę współczesnym facetem. Stąd wersja Leara Brooka ma modne źródła. W zgodzie z tym „postępowym” tematem Scofield przedstawia Leara jako monotonnego, ponurego i wyczerpanego. Niestety inscenizacja tej sztuki jako dramatu egzystencjalistycznego lekceważy jego oczywiste elementy odkupieńcze. A zatem, choć być może jest to Lear Brooka, to z pewnością nie jest to Lear Shakespeare’a.

Nie mniej krytyczny jest Jack Trotter w swoim eseju „Tragic Necessity and the Uncertainty of Faith in Shakespeare’s King Lear”. Autor broni tradycyjnej interpretacji Króla Leara i zauważa, że „pozostaje (...) argument nie do odparcia na rzecz poglądu, że tradycyjne odczytanie Króla Leara – takie, które uznaje jego wymiar transcendentny – oddaje większą sprawiedliwość sztuce niż dużo nowsze interpretacje, z których większość uparcie jest oddana postmodernistycznemu i (nie wprost) nihilistycznemu kulturalnemu Duchowi Czasu”. A nieco dalej stwierdza:

Mimo tego, co okazuje się w Królu Learze być opatrznościowym wzorem czyśćcowego cierpienia, po którym następuje przebaczenie, pojednanie i powrót do duchowego zdrowia, w ostatnich dziesięcioleciach krytyka usiłowała radykalnie zakwestionować tę perspektywę. Jak się wydaje ta zmiana nastąpiła na początku lat 60-tych XX wieku i w bardzo dużym stopniu odzwierciedla awangardowe niepokoje filozoficzne i artystyczne tamtej epoki. Na przykład wpływowa interpretacja tej sztuki autorstwa Jana Kotta nie odnajduje w niej tragedii w ścisłym rozumieniu, ale nową formę tragedii, w której dominującą nutą jest to, co groteskowe. Tragedia w klasycznym rozumieniu tego terminu, jak Kott prawidłowo zauważa, „jest potwierdzeniem i uznaniem absolutu”. Tragedia przynosi katharsis, podczas gdy groteska „nie oferuje jakiejkolwiek pociechy”. Król Lear w tym spojrzeniu nie  proponuje uznania absolutu ani pociechy. Shakespeare jest „nam współczesnym”, ponieważ przynajmniej w Królu Learze jego wrażliwość jest bliższa tej, jaką można odnaleźć w dramacie absurdu Becketta czy Ionesco. Dla Polaka Kotta świat Leara jest światem bezsensownego, na pozór przypadkowego okrucieństwa okupacji nazistowskiej i – następnie po niej – terroru okupacji sowieckiej.

Jakkolwiek osobiste i przesadne byłoby odczytanie Króla Leara przez Kotta, jego perspektywa gwałtownie rozprzestrzeniła się w środowisku akademickim, w którym nieco udomowiona odmiana podejścia Kotta do sztuki pozostaje konwencjonalnym paradygmatem.

William Shakespeare, The Tragedy of King Lear with Classic and Contemporary Criticisms, red. Joseph Pearce, Ignatius Press, San Francisco 2008 [wersja elektroniczna].

poniedziałek, 22 października 2018

Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. II


Przede wszystkim już na początku Pearce zauważa, że możliwe są „trzy sposoby czytania tej sztuki. Pierwsze to odczytanie fatalistyczne, w którym los, czyli fortuna są postrzegane, jako wszechmocne, ale bezosobowe siły, które miażdżą „kochanków, przez gwiazdy przeklętych” i każdego innego z mechaniczną obojętnością. (...) Drugi sposób czytania tej sztuki to jest to, co można określić jako zatargowe albo romantyczne odczytanie, w którym toczące spór strony są uważane za winne tragicznego losu kochanków doświadczonych fatum i zadurzonych w sobie. W takim odczytaniu nienawiść i bigoteria Kapuletich i Montekich to główna przyczyna wszystkich niedoli (...). Trzecim sposobem czytania sztuki jest ostrzegawcze, czyli moralne odczytanie, w którym podjęte w sposób wolny działania każdej postaci są postrzegane jako mające dalekosiężne i daleko idące konsekwencje” (podkreślenie moje – Terezjusz).

Otóż Pearce analizując szczegółowo słynny dramat dowodzi, że to ta trzecia interpretacja wydaje się być właściwą. Romeo i Julia (czy też Romeo i Juleczka) to nie pochwała romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia, w której emocje biorą górę nad rozsądkiem, ale przestroga przed zgubnymi konsekwencjami działań, w których rozum ustępuje uczuciom.

Nasza epoka wydaje się wysławiać romantyczne zadurzenie, szalone, niepohamowane, nieliczące się z konsekwencjami. Ileż to filmów każdy z nas miał okazję obejrzeć w kinie czy w telewizji, gdzie dzikie, egotyczne uczucia biorą w posiadanie bohaterów, a „rozum śpi”! Obojętnie, czy będzie to Angielski pacjent, Lolita, Pretty Woman, Dziewięć i pół tygodnia czy w takim duchu nakręcona interpretacja Romea i Julii Lanzmanna – by wymienić tylko kilka przykładów, jakie pierwsze nasuną się na myśl.

Nie miejsce tu, by przytoczyć całą argumentację Pearce’a, bardzo logiczną, szczegółową i błyskotliwą. Dość powiedzieć, że Pearce stosuje konsekwentnie klucz interpretacyjny, który rozpatruje dzieło literackie w kontekście, w którym powstawało, i przy uwzględnieniu tego, co wiemy o samym autorze. Jak taka interpretacja pozwala odkryć w utworze literackim to, co wydaje się być kompletnie zakryte dla współczesnych (dez)interpretatorów?

Oto próbka. Pearce zwraca uwagę na znamienny fakt, że Szekspir odmładza swoją tytułową bohaterkę w stosunku do źródła, którym się inspirował. Co ciekawe, nie tylko odejmuje Julii (albo Juleczce) dwóch lat, ale też dodaje „co najmniej dwa lata do wieku jej kochanka”. W ten sposób Julia staje się trzynastoletnią zaledwie dziewczynką! I jak stwierdza autor Shakespeare on Love: „W tragicznym centrum sztuki jest złamane serce dziecka”.

Aby podkreślić to jeszcze lepiej (jeśli ktoś już nie dostrzega, jakie są konsekwencje takiego zabiegu Szekspira, który przecież nie jest przypadkowy), Pearce uświadamia nam, że w elżbietańskiej Anglii uważano, że małżeństwo dziewczyny młodszej niż szesnaście lat było niebezpieczne dla jej zdrowia. „W konsekwencji osiemnaście lat traktowano jako najwcześniejszy wiek dla macierzyństwa, a za wiek idealny dla zawarcia małżeństwa przez mężczyzn i kobiety uważano odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia lat”.

Proszę sobie więc wyobrazić, jakim szokiem musiał być dla ówczesnej publiczności młodziutki wiek „Juleczki”! Gdybyśmy mieli szukać jakiegoś współczesnego nam odpowiednika, to chyba trzeba by było porównać dramat Szekspira do Lolity Nabokowa. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji i różnić w wymowie obu dzieł – chodzi mi o skandal i szok, jaki musiała wywoływać świadomość, że „Juleczka” to ledwo dziecko. Stąd polskie tłumaczenie tytułu tej sztuki powinno być właśnie raczej oddane jako Romeo i Juleczka lub Romeo i Julcia. Warto wszak zauważyć, że samo angielskie „Juliet” (francuskie „Juliette”) to zdrobnienie od francuskiego „Julie”.

Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, nagle wymowa całego dramatu staje w innym świetle. Trudno już nam zachwycać się młodzieńczą, romantyczną miłością, gdy mamy w świadomości, że coś tu „nie gra”, że ten Romeo wiedzie małą dziewczynkę ku zagładzie. Nagle zaczynamy inaczej patrzeć na jego „miłość” do Rozaliny. Nagle odkrywamy egotyzm i egocentryzm głównego bohatera. Nagle śmieszne i żałosne wydają się nam jego działania, w których bardziej kieruje się emocjami niż rozumem, impulsem niż rozwagą.

Co więcej – takie odczytanie nie odejmuje sztuce jej uroku, nie robi z niej nudną „piłę” dydaktyczną, ale pozwala odkryć jej głębię, pozwala dostrzec kolejne jej poziomy. Jak zauważa Pearce miłość Romea okazuje się bałwochwalcza, a przez to też wiodąca ku katastrofie. Jest ona nieposłuszeństwem wobec I przykazania Dekalogu, a tym samym zgubna. Zamiast wieść ku zbawieniu duszy, prowadzi ku jej potępieniu. Namiętność zaślepia na prawdę. Nie oznacza to oczywiście, że sami dorośli nie są w tej sztuce bez winny. Nawet ojciec Laurenty nie jest postacią kryształową.

Pearce umieszcza też słynny dramat w kontekście sporu nominalistów z realistami i pokazuje, że znane zdania Juleczki o imieniu Romea nie są jedynie pozbawioną większego znaczenia grą słów czy poetycką zabawą, ale mają głębszy sens i wymiar. Wpisują także tę tragedię w konkretną tradycję filozoficzną, przeciwną protestantyzmowi, a bliską katolicyzmowi.

Publikacja Pearce’a należy do tych, których niedostępność w polskim przekładzie jest bez wątpienia stratą. Miejmy nadzieję, że jakieś wydawnictwo zauważy ten brak i udostępni tę książkę w polskiej wersji czytelnikom nieznającym języka angielskiego.

Joseph Pearce, Shakespeare on Love. Seeing the Catholic Presence in Romeo and Juliet, Ignatius Press, San Francisco 2013.

sobota, 20 października 2018

Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. I


Lektura książek Josepha Pearce’a o Szekspirze może być dla wielu otwarciem oczu na piękno i głębię dramatów angielskiego poety, odkryciem ich w gruncie rzeczy na nowo. The Quest for Shakespeare, o której to książce już wspominałem na tym blogu, jest przede wszystkim analizą dowodów na katolicyzm autora Króla Leara. Sam Pearce zapatrywał się na tę sprawę sceptycznie – mimo że o katolickiej mentalności wielkiego dramaturga pisali również tacy wybitni katolicy, jak Belloc, Chesterton czy kard. Newman – ale w końcu musiał stwierdzić, że zebrany materiał – choć sam przyznaje, że jest to materiał poszlakowy – pozwala z dużą pewnością mówić o Szekspirze jako katoliku i w tym świetle czytać jego twórczość.

Już w The Quest for Shakespeare Pearce znajdował potwierdzenie na ten katolicyzm również w utworach. Nic dziwnego, że dwie kolejne swoje książki poświęcił dogłębnej analizie dramatów. Through Shakespeare’s Eyes szczegółowo interpretuje Hamleta, Kupca weneckiego i Króla Leara. O tej książce może jeszcze parę słów na tym blogu napiszę. Trzecia książka szekspirowska, Shakespeare on Love, skupia się tylko na jednej tragedii – Romeo i Julii, czy też może raczej – Romeo i Juleczce albo Romeo i Julci, jak chyba stosowniej byłoby przetłumaczyć tytuł tej sztuki (o czym mowa będzie za chwilę). Warto dodać, że na końcu tej publikacji znajduje się również obszerny i arcyciekawy dodatek poświęcony wpływom na twórczość Szekspira jego dalekiego kuzyna, wielkiego poety metafizycznego, męczennika Kościoła katolickiego i świętego – Roberta Southwella.

Podejście Pearce’a do dramaturgii Szekspira przypomina mi w dużej mierze spojrzenie Hansa Georga Wunderlicha na wykopaliska na Krecie. Wunderlich przyglądając się wykopaliskom w słynnym Knossos, a potem innym podobnym odkopanym „pałacom” na Krecie, doszedł do wniosku, że badacze tych archeologicznych odkryć popełnili błąd podstawowy – „czytali” to, na co patrzyli, stosując współczesne nam miary, współczesny światopogląd, współczesne wzorce kulturowe i nie biorąc pod uwagę faktu, że być może odkryta cywilizacja różniła się od naszej tak diametralnie, że należy ją raczej odczytywać w kontekście kultury i środowiska, w jakim powstawała, uwzględniając przy tym odkrycia z różnych innych dziedzin niż tylko archeologia, takie choćby jak geologia, historia literatury, mitologia, ekonomia, badanie starożytnych tekstów, które w różnej formie przetrwały do naszych czasów.

Kiedy Wunderlich zastosował taką metodę i odstawił na bok opowiastki o beztroskiej cywilizacji, którą zmiótł jakiś niespodziewany kataklizm, wyłoniła się kompletnie inna wizja cywilizacji minojskiej od tej, jaką zresztą do tej pory sprzedaje się turystom i czytelnikom popularnych opracowań na temat historii starożytnej Grecji. Nagle okazało się, że być może te pałace z wodociągami i „nowoczesnymi” wannami to tak naprawdę pałace funeralne, a więc miejsca pochówku, podobne do tych, jakie znajdują się w Egipcie; że radośnie pląsające delfiny, to wcale nie symbol beztroski, ale motyw żałobny; że panie paradujące w „śmiałych” strojach odkrywających biust, to w rzeczywistości płaczki żałobne itd., itp.

Piszę o tym w wielkim skrócie, bo tematem jest książka samego Pearce’a, a nie Tajemnica Krety Wunderlicha. Otóż analizy literackie Pearce’a, podobnie jak archeologiczne dociekania Wunderlicha, zmieniają zupełnie nasze spojrzenie na dramaturgię Szekspira. Od szkoły średniej w zasadzie traktowałem Romeo i Julię jako tragedię o romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia, która jako swą główną przeszkodę napotkała waśń między dwoma możnymi rodami. Nie mogąc się oficjalnie kochać, młodzi muszą skonsumować swój związek w tajemnicy, choć bacząc na względy przyzwoitości i moralności, bo po równie tajemnym ślubie, którego udziela im życzliwy zakonnik. Niestety nienawiść ich rodzin doprowadza do tragedii, której można by było uniknąć, gdyby dorośli mieli więcej rozsądku i nie kierowali się emocjami (!). Jak to możliwe, że sam nie dostrzegłem w tym sprzeczności?

No cóż... Pearce roztrzaskuje taką wizję słynnej tragedii w drobny mak. A robi to czytając tę sztukę m.in. w kontekście epoki i katolickiego, a już na pewno chrześcijańskiego i to zakorzenionego w filozofii św. Tomasza z Akwinu, spojrzenia na świat wpisanego w sam utwór. I nagle nie dość, że wszystko zaczyna nabierać głębszego znaczenia, to jeszcze okazuje się, że sama sztuka jest o czymś zupełnie innym, niż sądzą zarówno nieuważni badacze, jak i ulegający im czy czarowi samej sztuki czytelnicy. Jednym słowem autor Shakespeare on Love burzy romantyczne odczytanie tej tragedii.

czwartek, 4 października 2018

Corner Shop: „Tinker’s Leave” Maurice’a Baringa, czyli wojna, miłość i cierpienie, cz. II


Jest w tych przygodach Milesa parę rzeczy ciekawych. Po pierwsze jest to spojrzenie na Rosję okiem Anglika, Anglika zafascynowanego Rosją, ulegającego jej czarowi. I chodzi nie tylko o główną postać, ale o samego pisarza, który (jak się zdążyłem już dowiedzieć) spędził w tym kraju trochę czasu jako dyplomata, nauczył się jego języka (a sam był poliglotą), uczestniczył też w wojnie japońsko-rosyjskiej lat 1904-1905 jako korespondent, co niewątpliwie było również inspiracją dla powieściowych przygód Milesa.

Pisałem już na tym blogu o Caryll Houselander, również angielskiej autorce katolickiej, i jej wizji Chrystusa ukrzyżowanego jako rosyjskiego cara, wizji, która dla Polaka jest niemal bluźniercza, ale pozwala też wyjść poza utrwalony stereotyp Rosji. Nieco podobnie jest w przypadku Baringa, choć rzecz nie w mistycznych wizjach, ale w powieściowym obrazie tego kraju. Kozacy Baringa to nie brutalni żołdacy, którzy tłumią wolność buntującego się narodu ciemiężonego carskim knutem. To po prostu mniej lub bardziej sympatyczni żołnierze, którzy nie tyle budzą grozę, co pełnią po prostu swą służbę.

Ciekawe są też na przykład dywagacje Aloszy o policji carskiej i policji Wielkiej Brytanii. I ponownie – idą one pod prąd utrwalonych w polskiej świadomości wizji bezwzględnej i brutalnej policji zaborczego imperium. Co nie oznacza, że obraz Rosji w powieści Baringa jest sielankowy. Tinker’s Leave opublikowano w roku 1927, a więc już 10 lat po przewrocie bolszewickim. Powieść pokazuje kraj, w którym wrze i mówi się o rewolucji, choć część postaci jest sceptyczna co do możliwości jej wybuchu w najbliższym czasie. Jednym z głównych tematów jest kwestia agrarna. Sam Miles łapie bakcyla i emocjonalnie angażuje się w pewnym momencie w dyskusje polityczne. Ale nie sposób ulec wrażeniu, że jest też w tym wszystkim jakaś nuta melancholii, co być może potęguje spokojna narracja i świadomość, że obserwujemy świat, który już za parę lat ma ulec kompletnej zagładzie.

Jest w tej powieści również nieco egzotyki, bowiem oprócz Petersburga i Moskwy oraz rosyjskiej prowincji, mamy okazję oglądać oczami bohaterów wydarzenia w Mandżurii. Nie brak także humoru. Zabawne są na przykład dywagacje o tym, jak wyglądałby Hamlet napisany przez Ibsena, a jak w wizji Czechowa, aż chciałoby się przytoczyć obszerne fragmenty powieściowej rozmowy na ten temat. Zresztą o nawiązaniach do Szekspira i problematyce szekspirowskiej w tej powieści można by pewnie napisać sporą rozprawę. Wystarczy wspomnieć, że sam tytuł został zaczerpnięty z Wieczoru Trzech Króli.

Sporo tu dyskusji o teatrze, literaturze, sztuce i muzyce. Ten intelektualny ferment to także część owego wspomnianego wyżej wrzenia, ale zapewne i znak tamtych czasów. Jest oczywiście też dużo wódki, bo jakżeby inaczej w Rosji? A przy tym towarzystwo jest międzynarodowe, więc rosyjski miesza się z angielskim, francuskim i niemieckim, nie mówiąc już o chińskim. Wódka i inne trunki mieszają się z fragmentami literackimi, wśród których pojawiają się fragmenty poezji Belloca.

Ale oprócz fascynacji Rosją i dywagacji literackich, wydaje mi się, że głównymi tematami tej powieści są: wojna, miłość i cierpienie. A w tym wszystkim umiejętnie wpleciona jest kwestia religii katolickiej, choć główny bohater wydaje się być indyferentny na sprawy religijne, to jednak siłą rzeczy uczestniczy w dysputach religii poświęconych.

Wojna jest u Baringa inna od tego, do czego przyzwyczaiła nas literatura zarówno ta tworzona po I wojnie światowej, jak i zwłaszcza ta powstała po II wojnie światowej. Nie jest to żadne Na Zachodzie bez zmian. Nie jest to też Paragraf 22. Choć wojna jest okrutna, niesie ze sobą cierpienie, to jednak nie jest ukazana jako totalny bezsens, jako absurd, w którym uczestniczą wszyscy nie mogąc się z niego wywikłać. Co ciekawe, indywidualne cierpienie nakłada się tutaj z cierpieniem Chrystusa, z samotnością Chrystusa, który zostaje opuszczony przez swoich uczniów. Tym samym to indywidualne cierpienie wydaje się mieć głębszy sens. I co równie interesujące, takim człowiekiem, którego cierpienie zostaje zestawione z cierpieniem Chrystusa, jest carski oficer.

Drugim tematem w tej powieści zdaje się być miłość. I jest to zarówno miłość szczeniacka, taka jak młodzieńcza miłość Aloszy, o której Miles dowiaduje się od niego i miłość samego Milesa, która objawia się gwałtownością decyzji, hojnością serca. Jest tu również miłość zatruta, jeśli w ogóle można nazwać ją miłością, bo bardziej przypomina zaćmienie rozumu, jakieś zaczadzenie duszy. I tutaj ponownie przykładem jest Alosza. Jest wreszcie miłość dojrzała, taka, która „nie szuka swego”. I można powiedzieć, że ta miłość wydaje się ostatecznie zwyciężać w tej powieści (ale nie będę zdradzać za dużo, bo a nuż ktoś się skusi i tę powieść przeczyta).

Z tymi dwoma tematami – z wojną i miłością – wiąże się wreszcie temat cierpienia. Można w zasadzie powiedzieć, że ten motyw przewija się przez całą powieść i że samo cierpienie przybiera tutaj różne formy. Stanowi też cierpienie mocny akord pod koniec Tinker’s Leave, kiedy „wakacje” Milesa się kończą. I wydaje mi się, że być może ten motyw spaja całą powieść. Jak sam autor napisał w innym utworze: cierpienie będzie wówczas miało uzdrawiającą moc, jeśli się je przyjmie, a jest to najtrudniejsza rzecz na świecie.

Maurice Baring, Tinker’s Leave, darmowy e-book do ściągnięcia tutaj.

wtorek, 11 września 2018

Corner Shop: „Tinker’s Leave” Maurice’a Baringa, czyli wojna, miłość i cierpienie, cz. I


Są takie powieści, z których bohaterami ciężko jest się rozstać. Kiedy zbliżamy się do ostatnich stron, chciałoby się, aby w jakiś magiczny sposób nagle zwiększyła się objętość książki i by to nie był jeszcze koniec. Najczęściej takie książki spotyka się chyba w dzieciństwie. Przyzwyczajamy się do bohaterów, lubimy ich, chcemy towarzyszyć im w ich przygodach. Jedną z takich książek był dla mnie w dzieciństwie Robinson Crusoe. A ostatnio takim utworem okazała się powieść Tinker’s Leave
Maurice’a Baringa.

Na twórczość Baringa wpadłem przypadkiem, czytając autobiografię Belloca autorstwa Josepha Pearce’a. W zasadzie to można powiedzieć, że współcześni Chestertona i Belloca kojarzyli tych dwóch słynnych katolickich twórców nieodłącznie z Baringiem i pewnie trudno byłoby im wyobrazić sobie ich inaczej. Tak przynajmniej zostali oni uwieńczeni na obrazie „Conversation Piece” Herberta Jamesa Gunna, a więc nie jako słynny stwór Chesterbelloc (jak określił ich Bernard Shaw), ale jako trójka katolickich twórców i przyjaciół: Chesterton-Belloc-Baring. Sam Pearce porównuje ich do trzech muszkieterów, którzy razem toczyli boje i walczyli jeden za drugiego.

W dużej mierze to Belloc i Chesterton przyczynili się do nawrócenia Baringa, który wywodził się z rodziny anglikańskiej, lecz stopniowo utracił wiarę wyniesioną z dzieciństwa. Sam Baring wcześniej odwodził jednego ze swoich przyjaciół od zamiaru przejścia na katolicyzm, jednak jakiś czas potem poszedł w jego ślady i jak to określił: „było to jedyne działanie w moim życiu, którego z całą pewnością nigdy nie żałowałem”. Pearce sugeruje, że ogromny wpływ na konwersję Baringa mogła wywrzeć Ortodoksja Chestertona.

Maurice Baring raczej nie należy do pisarzy w Polsce znanych. W polskiej Wikipedii brak o nim hasła. A na język polski – jak wykazały moje pobieżne poszukiwania – przełożono i wydano w sumie tylko dwie powieści i to jeszcze przed wojną – Daphne Adeane oraz Tunikę bez szwów. Tunika bez szwów doczekała się drugiego wydania w innym tłumaczeniu po wojnie w roku 1995. I to wszystko, chyba że w jakiejś antologii umieszczono też przekłady jego wierszy, o czym nie wiem. Nic w tym w sumie dziwnego, gdyż w samym świecie anglojęzycznym o Baringu w zasadzie zapomniano, a jeśli książki Belloca i Chestertona można zdobyć z reguły bez wielkiego trudu także w wersjach elektronicznych, to z Baringiem jest znacznie trudniej albo są to wydania papierowe w cenach na polską kieszeń zbyt wysokich.

Z tego też powodu Tinker’s Leave to dla mnie wybór nieco przypadkowy – po prostu powieść ta była wyjątkowo dostępna w wersji elektronicznej i to za darmo. Ale nawet gdybym musiał za nią zapłacić, to nie byłby to pieniądze zmarnowane – czego czytelnik może się domyślić po moim wstępie.

W zasadzie powieść Baringa zaczyna się tak, jak wiele takich powieści z przełomu wieku XIX i XX. Czytelnik, który weźmie ją do ręki przypadkowo, może więc czytać ją nieco nieuważnie. Jednak po paru stronach, a już z pewnością od chwili, kiedy Miles Consterdine – główny bohater – znajdzie się w Paryżu, opowieść Baringa wciąga i uwodzi z taką siłą, że z trudem można się od niej oderwać. Tak było w moim przypadku – groziło mi zaniedbanie moich obowiązków, bo mimo zmęczenia mógłbym kontynuować lekturę do białego rana.

Miles Consterdine jest z jednej strony typowym „produktem” epoki, dzieckiem bogatych rodziców, pozbawionym przy tym wielkich trosk i kłopotów, a z drugiej wydaje mi się przypominać te setki lub tysiące dzisiejszych młodych ludzi jeżdżących po współczesnej Europie, nie mających jakichś wybitnych zdolności czy wyjątkowego wykształcenia, nie orientujących się za bardzo w literaturze, sztuce czy muzyce, wiodących życie pozbawione jakichś niezwykłych wrażeń czy doznań. Stąd może przemówić do współczesnej umysłowości. Chociaż różni Milesa od współczesnych młodych ludzi jedna rzecz: w przeciwieństwie do nich jest po dziecięcemu wręcz niewinny.


Ponieważ nie lubię zdradzać fabuły, by nie psuć czytelnikowi przyjemności odkrywania jej na własną rękę (jedna z najgorszych recenzji według mnie to streszczanie własnymi słowami przeczytanego dzieła czy obejrzanego filmu), stwierdzę jedynie, że w wyniku nieprzewidzianych okoliczności życie Milesa ulega zmianie i nagle doświadcza on przygód i wrażeń, które dawniej były mu obce.


wtorek, 17 lipca 2018

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. II


Każdy były uczeń szkoły średniej bez wątpienia pamięta (a przynajmniej tak było w moich czasach) scenę z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, kiedy Konrad wadząc się z Bogiem traci przytomność, co chroni go przed wypowiedzeniem bluźnierstwa. Jakie to bluźnierstwo? Że Bóg jest... carem! Dla przeciętnego Polaka zatem to zestawienie: Bóg i car, nałożenie się obrazu Boga i obrazu cara tak, że stają się jednym, wydaje się czymś niewyobrażalnym, profanacją, która tylko może przyjść do głowy chyba jedynie... demonom.


Tymczasem Caryll Houselander miała – tak to przynajmniej relacjonuje – dokładnie sto lat temu wizję cara jako ukrzyżowanego Chrystusa Króla, choć z początku nie zdawała sobie sprawy, co dokładnie ogląda. Była to druga w jej życiu wizja Chrystusa umęczonego. Miała ją, idąc londyńską ulicą do sklepu po... ziemniaki. Oddajmy zresztą głos bezpośrednio samej autorce:

Nagle znieruchomiałam, jakby magnes przykuł moje stopy do tego konkretnego miejsca pośrodku drogi. Przede mną, nade mną, dosłownie wymazując nie tylko szarą ulicę i niebo, ale cały świat, było coś, co mogę jedynie nazwać gigantyczną i żywą rosyjską ikoną. Nigdy wówczas nie widziałam rosyjskiej ikony ani – jak sądzę – żadnej reprodukcji jakiejkolwiek z nich. Później widziałam ich wiele, ale żadnej, która byłaby choć w przybliżeniu tak piękna.

Była to ikona Chrystusa Króla ukrzyżowanego.

Rozciągnięty na krzyżu ognia, w szacie, która skrzyła się i płonęła od klejnotów, ukoronowany wspaniałą koroną ze złota, która przytłaczała mu głowę, Chrystus unosił się ponad światem na naszej ponurej ulicy, tak uniesiony wypełniał niebo. Jego ramiona zdawały się sięgać od jednego krańca świata do drugiego, rany na Jego dłoniach i stopach to były rubiny, ale rubiny roztopione, które krwawiły światłem. Wszystko, nawet żarzące się fałdy szaty, wydawało się płonąć i poruszać życiem i ruchem płomieni ognia; rozłożone ramiona – z wydłużonymi dłońmi, wynurzającymi się ze zdobionych klejnotami rękawów – były jak olśniewające skrzydła przykrywające świat. Sam Chrystus – z głową pochyloną przez koronę, w zamyśleniu nad światem. Pośród tej wspaniałości surowa prostota tej pięknej twarzy ostro odróżniała się od całej reszty swoim smutkiem. Jednak oczy i usta uśmiechały się w nieopisanej miłości, która pochłania żałość i cierpienie, tak jak szmaty zostają pochłonięte przez płonące ognisko.

Nie wiem, jak długo tam stałam ani jak długo to wrażenie trwało. Myślę, że nie było to dłużej niż kilka minut, gdyż kiedy się skończyło, choć nad ulicą zmierzchało, to nie było zupełnie ciemno.

Byłam zażenowana, kiedy się okazało po moim dojściu do warzywnego, że łzy spływają mi po twarzy. Życzliwa kobieta, która sprzedawała mi ziemniaki, usiłowała mnie pocieszyć, przypuszczając, jak sobie wyobrażam, że mam jakieś kłopoty, ale nie mogłam powstrzymać tych łez. W końcu dała mi w podarunku jabłko i poszłam do domu.

Nie wiem, jak szybko potem opublikowano wiadomości o zamachu na cara – być może było to następnego dnia. Wiem tylko, że kiedy wyszłam ponownie z domu i zobaczyłam na tym samym rogu ulicy, na którym widziałam uprzednio ukrzyżowanego króla, afisz ogłaszający zamach na cara Rosji, zrozumiałam sens tego, co wcześniej bardzo żywo widziałam. Albowiem twarz cara na gazetowych zdjęciach była twarzą mojego Chrystusa Króla, ale bez tej wspaniałości.

Od tamtej pory całkowicie zawładnęła mną myśl o Rosji. Rosja stała się dla mnie krajem, w którym Męka Chrystusa się urzeczywistniała. Byłam przekonana, że dzięki ziarnu krwi męczenników, które tam zasiano, a nade wszystko dzięki krwi namaszczonego króla, świętokradczo tam przelanej, Chrystus – którego widziałam zstępującego na świat i w życie ludzi, by być w nich ukrzyżowanym – powróci na świat biorąc w posiadanie całą ludzkość poprzez Rosję; że nawrócenie świata do Chrystusa (nie mówiłam wówczas, że na katolicyzm) zacznie się – tak naprawdę już się zaczęło – w „Świętej Rusi” wraz z zabójstwem jej króla.
Ta wizja „ikony Chrystusa Króla” miała ogromny wpływ na moją postawę wobec innych ludzi.

Ostatnie zacytowane tu słowa przypominają objawienia w Fatimie. Są niemal powtórzeniem tego, co Matka Boska mówiła o nawróceniu Rosji. Być może Houselander świadomie lub nieświadomie zinterpretowała po latach własną wizję w świetle objawień fatimskich. Jej autobiografia wyszła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, musiała zatem wiedzieć o Fatimie.


Jak już pisałem, Polakowi bez wątpienia trudno przyjąć ze spokojem wizję Chrystusa Króla, który ma twarz cara Mikołaja II. A jednak obraz, który Houselander zobaczyła tamtej nocy sto lat temu, wydaje się kryć w sobie przesłanie, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Sama autorka skomentowała to w następujący sposób:

Teraz nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, ujrzałam dramat i rzeczywistość Męki Chrystusa w królach. Kiedy stałam na swojej londyńskiej ulicy po drodze, by kupić ziemniaki, król w Rosji umarł śmiercią Chrystusa. Tragedia i okropne tego piękno przeniknęło do mojej duszy; przeniknęło także do mojego serca, jak włócznia płonącego światła, która je otworzyła. W ciągu chwili stałam się głęboko świadoma świętokradztwa, jakie wiąże się z zabójstwem namaszczonego króla, a imię „Chrystus” – „Namaszczony” – nagle nabrało dla mnie niezwykłego znaczenia.

(...)

Nie bez znaczenia okazał się fakt, że mój pierwszy przebłysk wizji Chrystusa w człowieku był w najpokorniejszej ze świeckich sióstr, pochylonej pod wielką koroną cierniową, a drugi – w królu w jego splendorze, królu przytłoczonym wielką koroną ze złota. Uświadomiłam sobie, że każda korona jest koroną Chrystusa, a korona ze złota jest koroną cierniową.

Wszystkie cytaty są w moim przekładzie i pochodzą z elektronicznego wydania „A Rocking Horse Catholic” (wszelkie ich wykorzystanie wyłącznie za moją zgodą). Sama książka Houselander zasługuje na osobne omówienie. Ale na to może jeszcze w cyklu „Corner Shop” przyjdzie czas innym razem.


Caryll Houselander, A Rocking Horse Catholic, Pickle Partners Publishing 2016.

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. I


Dzisiejszej nocy minęła dokładnie setna rocznica zamordowania ostatniego cara Rosji i jego rodziny przez bolszewików. Dla nas, Polaków, słowo „car” nie ma najlepszych konotacji. Toteż z pewnością z jednej strony odczuwamy zgrozę z powodu tamtego brutalnego mordu, a z drugiej strony nie budzi to wydarzenie prawdopodobnie większego współczucia. Być może nawet jest to uczucie, jakie wielu żywiło oglądając zdjęcia z egzekucji Ceausescu i jego żony – świadomość, że dokonano tak naprawdę mordu przy pozorach praworządności, ale że i tak mu (im) się to „należało”, a proces z prawdziwego zdarzenia jedynie by przeciągał nieuniknione.


Tymczasem mamy w literaturze zapis, który przedstawia całą rzecz w zupełnie innym świetle. Jest to dość kontrowersyjne przedstawienie mordu dokonanego na carze Mikołaju II. Być może niektórzy nawet powiedzieliby, że bluźniercze. A już z pewnością trudne do przełknięcia dla przeciętnego Polaka.

Caryll Houselander prawdopodobnie jest autorką raczej słabo znaną polskiemu czytelnikowi. Z jej dorobku, jeśli dobrze się orientuję, wydano po polsku jedynie „Trzcinę Boga” i chyba ze dwie książki dla dzieci. Tymczasem ta XX-wieczna angielska mistyczka była inspiracją np. dla tak ważnego XX-wiecznego autora i duchownego, jak Fulton J. Sheen. Ślady tej inspiracji można odnaleźć w „Life of Christ”.

Caryll Houselander miała w swoim życiu trzy odmienne wizje Chrystusa. W tych trzech osobnych przypadkach zobaczyła Chrystusa w różnych ludziach, których napotkała na swojej drodze. Pierwszy taka wizja dotyczyła niemieckiej zakonnicy z Bawarii. Działo się to podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy raczej nie cieszyli się, mówiąc delikatnie, najlepszą reputacją, a młode dziewczyny wychowywane przez zakonnice, wśród nich i sama autorka, były, jak to określiła Houselander, indoktrynowane „w zapiekłej nienawiści do Niemców”.


Wśród tych zakonnic znajdowała się właśnie ta jedna z Bawarii, która w tej atmosferze wojennych złych emocji czuła się dość samotna, co pogłębiała dodatkowo słaba znajomość zarówno francuskiego, jak i angielskiego i brak atutów zjednujących sympatię młodych dziewcząt. Któregoś dnia młoda Caryll, idąc korytarzem, zauważyła, że owa zakonnica czyściły buty uczennic. Tak to relacjonuje dalej w swojej autobiografii „A Rocking Horse Catholic”:


Zatrzymałam się i weszłam do środka, zamierzając pomóc jej w czyszczeniu. Dopiero gdy się wystarczająco zbliżyłam, zauważyłam, że szlocha; łzy ściekały jej po różanych policzkach i kapały na błękitny fartuch i dziecięce buciki. Zmieszana spuściłam oczy i stałam przed nią, niema z zażenowania, nie mogąc zupełnie wykrztusić słowa. Widziałam, jak jej duże, spracowane dłonie opuszczają się na podołek i obejmują te buciki. I nawet owe dłonie, czerwone i spękane, o stępionych paznokciach, były złożone w sposób, który wyrażał nieukojoną żałość.
Obie byłyśmy pogrążone w całkowitym milczeniu: ja – patrząc na jej piękne dłonie, bojąc się podnieść wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć, ona – bezdźwięcznie szlochając.
W końcu z wysiłkiem uniosłam głowę i wtem – ujrzałam to – zakonnica miała na głowie cierniową koronę.
Nie będę próbować tego wyjaśniać. Po prostu mówię, jak to wyglądało.
Ta pochylona głowa była przytłoczona koroną cierniową.
Stałam tak – jak przypuszczam – kilka sekund, wprawiona w osłupienie i wtedy, odnajdując język, powiedziałam do niej:
– Ja bym nie płakała, gdybym nosiła koronę cierniową jak ty.
Spojrzała na mnie, jakby przestraszona i spytała:
– Co masz na myśli?
– Nie wiem – odparłam. I wówczas nie wiedziałam.
Usiadłam obok niej i razem polerowałyśmy buty.

Nim przejdziemy do drugiej wizji, tej, która dzisiaj jest najważniejsza, zmieńmy kolejność i krótko powiedzmy jeszcze o wizji trzeciej i ostatniej – Caryll Houselander jadąc metrem któregoś dnia zobaczyła nagle Chrystusa w pasażerach. Jak pisze: „Dość nagle ujrzałam swoim umysłem, ale tak żywo, jak cudowny obraz, Chrystusa w nich wszystkich [pasażerach metra]. Ale ujrzałam więcej niż to; nie tylko Chrystus był w każdym z nich, żyjąc w nich, umierając w nich, radując się w nich, smucąc się w nich – ale ponieważ On był w nich i ponieważ oni byli tutaj, cały świat był tutaj także, tutaj, w tym podziemnym pociągu; nie tylko świat taki, jaki był w tej chwili, nie tylko wszyscy ludzie we wszystkich krajach świata, ale wszyscy ci ludzie, którzy żyli w przeszłości i ci wszyscy, którzy mieli dopiero nadejść”.



CDN


czwartek, 12 lipca 2018

Corner Shop: „Dawn of All”, czyli potęga Różańca


Omawiałem już na tym blogu książkę Roberta Hugh Bensona The Lord of the World. Wizja, którą tam naszkicował, wydaje się być obecnie bardzo realistyczna. Nie mówię oczywiście o całym sztafażu science-fiction, który trąci dziś myszką i pokazuje, jak szybko starzeje się fantastyka (choć wciąż ma swój urok). Sytuacja Kościoła w tej powieści bardzo przypomina to, co obecnie dzieje się na świecie. Bardzo też bliska jest temu, co w swojej Opowieści o Antychryście przedstawił Włodzimierz Sołowjow.

Benson jednak napisał drugą powieść, która przedstawia wizję zgoła odmienną, tworząc w gruncie rzeczy coś w rodzaju dyptyku. W The Lord of the World chrześcijaństwo wydaje się być na wymarciu, ostatki chrześcijan chronią się przed prześladowaniem albo porzucają wiarę. W Dawn of All mamy świat, w którym chrześcijaństwo, a właściwie by być precyzyjnym – katolicyzm, dominuje świat. Jeśli w pierwszej powieści jest zatem Kościół wojujący, to w drugiej spotykamy Kościół triumfujący. Triumfujący już na tym świecie.

Obraz świata, jaki tworzy Benson w tym utworze, z pewnością będzie miły każdemu tradycjonaliście: W krajach Europy przywrócona zostaje monarchia, społeczeństwo jest zhierarchizowane, co uwidocznia się także w stroju, nauka Kościoła jest respektowana i szanowana, łacina jest językiem zarówno Kościoła, jak i nauki, herezja jest karana śmiercią przez władze świeckie, które bronią w ten sposób istniejącego ładu, Irlandia to w gruncie rzeczy jeden wielki klasztor, gdzie przyjeżdża się dla odnowy duchowej, medycyna uwzględnia w leczeniu czynnik duchowy, w Europie tylko jeden z władców jeszcze się waham, czy przejść na katolicyzm... itp., itd. Na dodatek wszelkiej maści socjalistów i liberałów wysyła się do Ameryki Północnej, gdzie mogą sobie organizować życie według swoich zasad na wyznaczonym obszarze, a w Europie są już tylko niedobitki lewicy, które walczą o przetrwanie, podejmując być może już ostatnią próbę rewolucyjnego przewrotu...

Benson maluje więc wizję świata, jak z najlepszego snu brazyliskiego myśliciela Plinia Correa de Oliveiry, który uważał, że przecież procesy zachodzące w społeczeństwie nie są nieodwracalne, a to, co często dzisiaj uznajemy za nowość (np. rozwody), wcale nie jest nowe, nie mówiąc już o tym, że nie jest też i dobre. Nie wiem, czy Oliveira znał tę powieść, która została wydana, kiedy był jeszcze trzyletnim dzieckiem, jednak bez wątpienia bardzo przypadłaby mu do gustu.

Ów wyimaginowany świat przyszłości oglądany jest oczami człowieka o mentalności na wskroś nam współczesnej, który jednocześnie piastuje w nim wysokie stanowisko kościelne. W czasach Bensona wiele rzeczy, które dla nas uchodzą za normalne i oczywiste, wcale takie oczywiste się nie wydawały, choć spora część nowinek stała się już powszechnością. Wystarczy poczytać Chestertona czy Belloca – dwóch pisarzy, którzy właściwie są niemal z tej samej epoki. W każdym razie bohater Bensona poznaje ten świat w zdumieniu, nie potrafiąc do końca pojąć, że nastąpił jakby cywilizacyjny regres, choć technologicznie świat, w którym się znalazł (albo o którym zapomniał – przyjemność odkrycia tego zostawiam czytelnikom), jest bardzo zaawansowany. Wiele z tych zmian wydaje się po pewnym czasie akceptować, kiedy odkrywa ich sens i pozytywne oddziaływanie na człowieka i społeczeństwo, ale też nie przyjmuje ich ze stuprocentową pewnością, ciągle targany wątpliwościami.

Powieść Bensona jest w gruncie rzeczy prowokacją dla naszych XXI-wiecznych gustów i poglądów. Rzuca nam przed oczy alternatywną rzeczywistość, która przy sprzyjających okolicznościach mogłaby zaistnieć, choć w dzisiejszych czasach powszechnego rozkładu i wszechobecnej pychy objawiającej się ekscesami egalitaryzmu, o jakich Benson nawet nie śnił, wydaje się niemal mglistym mirażem.

Podobnie, jak w przypadku The Lord of the World, chciałbym, aby ktoś nakręcił film na podstawie tej powieści. A najlepiej dwa filmy, które stanowiłyby dyptyk przeciwstawnych i uzupełniających się obrazów – Kościoła wojującego i Kościoła triumfującego. Tylko skąd wziąć takiego kontrrewolucjonistę, który się na to zdobędzie i będzie miał jeszcze fundusze, by zrobić z tego jeśli nie arcydzieło, to przynajmniej dobry film?

A co z tym Różańcem? No właśnie! Powieść Bensona to również utwór o przemieniającej sile i skuteczności modlitwy różańcowej. Tutaj zachęcam jednak do lektury, aby odkryć, o co chodzi. Zbyt wiele musiałbym zdradzić, a tego nie lubię w żadnej recenzji.

Notabene całkiem niedawno Wydawnictwo AA wydało polskie tłumaczenie Dawn of All jako Świt Nowej Ziemi. Nie wiem, czy to dobry przekład, ale z pewnością warto sięgnąć, jeśli nie zna się języka angielskiego. Tych natomiast, którzy posiadają czytnik książek elektronicznych i znają język angielski, zachęcam do ściągnięcia tej książki za darmo z księgarni Amazon (w takiej postaci ją właśnie przeczytałem) lub lektury online, skąd zresztą również można ściągnąć tę książkę w formacie PDF lub ePub. Ta wersja ma swój dodatkowy urok, bo jest skanem amerykańskiego wydania z roku 1911, a strony zmienia się niemal jak w prawdziwej książce.

Robert Hugh Benson, Dawn of All, A Public Domain Book.

piątek, 27 kwietnia 2018

Corner Shop: Skarb nie tylko w glinie – o autobiografii Fultona J. Sheena


Z całą pewnością wśród książek Fultona J. Sheena Treasure in Clay należy do jednych z ważniejszych i szkoda, że do tej pory nie została ona przetłumaczona i wydana po polsku. Bardzo często zdarza się, że autobiografie katolickie, zwłaszcza jeśli opisują zmagania z własną wiarą lub niewiarą oraz dramatyczne wydarzenia w życiu autora, porównywane są do Wyznań św. Augustyna. Często na wyrost, bo choć taka autobiografia bywa ciekawa, a nawet ważna, to jednak z reguły daleko jej do wielkiego dzieła tego wybitnego teologa i filozofa oraz ojca Kościoła w jednym.

Treasure in Clay można natomiast śmiało postawić na półce obok dzieła autora Państwa Bożego. I wcale nie dlatego, by okrzyknąć ją drugimi Wyznaniami. Nie zawiera bowiem jakichś niezwykłych zmagań z własną wiarą i niewiarą, a mimo to w moim przekonaniu należy do jednych z ważniejszych dzieł tego typu. Jest jakby przeciwwagą do burzliwych dziejów św. Augustyna. Gdyby chcieć oddać w przybliżeniu, o co chodzi, można by się odwołać do podobnego przypadku w literaturze mistycznej. Z jednej strony na przykład św. Jan od Krzyża ze swoją ciemną nocą duszy, a z drugiej pogodny mistyk angielski Richard Rolle.

W autobiografii wielkiego amerykańskiego duchownego jest tej pogody dość sporo, bo i nie brak tu sporej dawki humoru. Fulton J. Sheen zresztą podkreśla w swojej książce, że ten humor jest nieodłączną cechą katolika, bo ma on stosowny dystans do tego świata, wiedząc, że czeka nas wieczność. I jest to humoru różnoraki. Ci, którzy mieli okazję zobaczyć któryś z programów telewizyjnych Sheena, wiedzą, o co chodzi. Sheen bardzo często żartuje z siebie samego, wykazując tym samym zdrowy dystans nie tylko do świata doczesnego, ale także do własnej osoby. Zabawne anegdotki opowiadane przez Sheena nadają tej książce lekkości, co nie oznacza, że sama książka jest jedynie lekturą łatwą, zabawną i przyjemną.

Zawiodą się jednak niewątpliwie wszyscy ci, którzy szukają jakichś zakulisowych konfliktów, opisów kościelnych gier i starć ambitnych hierarchów. Autor takich konfliktów w swoim życiu nie uniknął, ale dowiadujemy się o nich jedynie co nieco ze wstępu, którego autor wspomina o atakach na Sheena ze strony kardynała Spellmana. Sam Sheen pisze o tych problemach ogólnikowo, bez wdawania się w szczegóły i obarczania winą kogokolwiek konkretnego.

Zawiedzeni będą także ci, którzy chcieliby się dowiedzieć jakichś niezwykłych tajemnic rodzinnych Sheena. Autor rzecz jasna wspomina swoją rodzinę, pisze o swojej matce i ojcu (i tu nie brak zabawnych momentów), ale jest oszczędny w serwowaniu nam rodzinnych tajemnic czy historii. Mówi tylko tyle, ile trzeba. Nie pisze nawet o tym, jak przeżył śmierć swoich rodziców, nie wtajemnicza nas za bardzo w kariery i historie rodzinne swoich braci, choć niewątpliwie sporo o rodzinie Sheena, atmosferze, w jakiej się wychowywał, środowisku, które go kształtowało, dowiadujemy.

Ot, choćby taka anegdotka. Sheen należał do pilnych i wyróżniających się w szkole uczniów. Jednak jego rodzice nie bardzo okazywali entuzjazm z powodu jego znakomitych wyników. Któregoś dnia młody Fulton J. Sheen nie wytrzymał i spytał swoją matkę, dlaczego jego ojciec go nigdy nie chwali, nie powie jakiegoś dobrego słowa. Matka popatrzyła na syna i powiedziała: „Nie chce cię popsuć, ale mówi wszystkim sąsiadom dookoła”.

W samej książce jest sporo materiału, który można by poddać refleksji, a któremu nie sposób poświęcić należytej uwagi w tak krótkiej recenzji. Fulton J. Sheen porusza w niej bowiem zadziwiająco szeroki wachlarz tematów, a o każdym z nich mówi sporo mądrych rzeczy. Pisze np. o swojej pracy wykładowcy i poświęca temu zagadnieniu wiele cennych uwag, które mogą być wskazówką zarówno dla każdego nauczyciela w szkole średniej czy podstawowej, jak i wykładowcy akademickiego. Sądzę, że także bezcenne są jego refleksje o kapłaństwie i celibacie. Zwłaszcza w dzisiejszym świecie, w którym panuje taki zamęt. Kapitalne są strony o misjach (w jednym z wypisów przytoczyłem jedną z opisanych w książce historii). Nie brak też wydarzeń w życiu Sheena niezwykłych, wskazujących na działanie Opatrzności.

Dla Polaków z pewnością cenne będą wątki polskie. Sheen, który nie miał złudzeń co do komunizmu, a sporo wiedzy o nim jako wykładowca (przeczytał sumiennie pisma Marksa, Lenina i Stalina, nim zaczął wykładać), nie miał też złudzeń co do losu Polski w czasie II wojny światowej. Kiedy nawet duchowni wyobrażali sobie nawinie, że Rosja walcząca po stronie aliantów jest „demokracją” (sic!), Sheen pozbawiony był tych naiwnych złudzeń. Choć wielu uważało go za szaleńca, wieszczył zajęcie Polski i Europy Środkowej przez Związek Sowiecki. Z wielkim szacunkiem i świadomością, że ma do czynienia z wybitną osobistością, Sheen wypowiadał się o Janie Pawle II. Autor Treasure in Clay wyraźnie zdawał sobie sprawę z roli, jaką Karol Wojtyła odegra w historii Kościoła i świata.

W zasadzie, gdybym chciał o tej książce napisać bez poczucia, że tylko dotknąłem tematu, musiałbym bez dużej przesady poświęcić jej codziennie przynajmniej jeden wpis na tym blogu – tak bogaty ładunek intelektualny, nie tylko faktograficzny ona zawiera. Napiszę więc o jednej rzeczy, która mi imponuje: abp. Fulton J. Sheen nawrócił wielką liczbę ludzi na katolicyzm. I to jest rzecz, która najbardziej mnie w nim ujęła. Wszystkie jego książki, programy telewizyjne i radiowe (był przecież w swoich czasach swego rodzaju celebrytą!), jego humor i talent głoszenia słowa Bożego nie miałyby dla mnie aż takiego znaczenia, gdyby nie fakt, że służyło to nawracaniu ludzi na prawdziwą wiarę. Pod tym względem Sheen imponuje mi na równi z innym wybitnym katolikiem, jakim był bez wątpienia Hilaire Belloc. Kiedy czytałem biografię tego ostatniego, to był również fakt, który mi zaimponował najbardziej. Zresztą Belloc, obok Chestertona i C.S. Lewisa należał do autorów, których sam Sheen podaje jako tych, którzy wywarli na niego największy wpływ.

Sheen pisze o swojej roli, jako duchownego nawracającego na katolicyzm, skromnie. Stwierdza, że był jedynie narzędziem w rękach Boga i że sam sobie nie może niczego przypisywać. Nawet kiedyś zwrócił uwagę pewnemu młodemu księdzu, który się pochwalił, że nawrócił już sześćdziesiąt dwie osoby w ciągu sześciu lat: „Radziłbym ci przestać ich liczyć, inaczej możesz pomyśleć, że to ty ich nawróciłeś, nie Bóg”. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli Sheen był jedynie narzędziem w rękach Boga, to było to narzędzie doskonałe. A choć sam Sheen nie przechwalał się tym, ile osób nawrócił, to w książce podaje parę ciekawych przykładów. Nie pomija również uczciwie i tych, gdzie jego próby zakończyły się niepowodzeniem.

Miejmy nadzieję, że wcześniej lub później doczekamy się w końcu polskiego przekładu i wydania tej znakomitej autobiografii, gdyż jest to zaiste prawdziwy „skarb”, może nie w glinie, ale na papierze. Skarb, który warto odkryć dla siebie, ale i też dla innych.

Fulton J. Sheen, Treasure in Clay, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydney, Auckland 2008.

piątek, 30 marca 2018

Corner Shop: „Life of Christ”, czyli jedyny taki Człowiek na świecie


Do znanych książek arcybiskupa Fultona J. Sheena, które jeszcze nie zostały udostępnione czytelnikowi w polskim przekładzie, należy Life of Christ. Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później doczekamy się przekładu na nasz język. W międzyczasie jedynie czytelnicy władający językiem Szekspira mogą cieszyć się zarówno wydaniem papierowym, jak i elektronicznym.


Jeśli ktoś się zastanawia, czy warto po tę publikację sięgnąć, może zachęci go fakt, że była to książka, którą – jak dowiadujemy się z przedmowy – zawsze miała przy sobie Matka Teresa z Kalkuty. Czy trzeba lepszej rekomendacji niż rekomendacja świętej?!


To jedna z tych książek Sheena, które warto przeczytać więcej niż jeden raz. Z pewnością każdy znajdzie tu sporo przemyśleń i rzeczy wartych refleksji. Sądzę też, że wielu dowie się przynajmniej paru rzeczy nowych, na które może nie zwrócili nigdy wcześniej uwagi.


Dzieło Sheena nie jest powieściową wersją życia Chrystusa, choć niewątpliwie czyta się jak powieść. Nie jest też pracą wyczerpującą wszystkie zagadnienia związane z życiem naszego Pana. Musiałaby wówczas liczyć przynajmniej kilka tomów, a już i tak obecne wydanie ma ponad 650 stron druku.

Z pewnością też Life of Christ nie jest książką w ścisłym rozumieniu tego słowa naukową, która wymagałaby od czytelnika znajomości teologii czy biblistyki. To rzecz w zasadzie dla każdego. I to zarówno katolika, jak i tego, kto chciałby dowiedzieć się o życiu Chrystusa czegoś, nie mając o naszej wierze żadnego pojęcia.


Arcybiskup Sheen niejako porządkuje dla laika materiał ewangeliczny, cytując obficie z Pisma Świętego, aczkolwiek w żaden sposób nie zanudzając, prowadzi nas przez życie Chrystusa, uświadamiając nam jednocześnie jego wyjątkowość. A na czym ta wyjątkowość polega?


Autor wymienia kilka istotnych elementów, które czynią z Chrystusa postać jedyną w dziejach ludzkości. A jak twierdzi, opiera się na dwóch dostępnych człowiekowi probierzach: historii i rozumie.


Po pierwsze Sheen stwierdza, że nasz Pan jest jedynym Człowiekiem na ziemi, którego przyjście zostało zapowiedziane. Żaden z mędrców, filozofów, założycieli religii czy wybitnych osobistości w dziejach świata nie był wcześniej zapowiedziany przez proroctwa. Nie można tego powiedzieć ani o Buddzie, ani o Konfucjuszu, ani o Sokratesie czy Mahomecie. Co więcej proroctwa dotyczące Chrystusa, które pojawiły się na wieki przed Jego przyjściem na ten świat, zawierają zdumiewające szczegóły, takie jak: dokładne miejsce Jego narodzin, narodziny z Dziewicy, sposób Jego śmierci, detale dotyczące Jego Męki, zdradę ze strony bliskiej Mu osoby itp., itd. Tego nie można powiedzieć o żadnej ze znanych nam postaci historycznych. 


Z tym faktem łączy się również to, że Chrystus był Mesjaszem powszechnie oczekiwanym. Gdyż, jak twierdzi Sheen, spodziewali się Go nie tylko Żydzi, ale nawet narody pogańskie, na co możemy znaleźć dowody w ich piśmiennictwie i to nie tylko rzymskim czy greckim, ale nawet w literaturze rejonu tak odległego geograficznie jak Chiny. Świat po prostu oczekiwał Zbawiciela, który wybawi go od grzechu.


Drugim elementem wyróżniającym Chrystusa jest to, że wpłynął On na historię z taką mocą, że wręcz podzielił ją na dwa okresy. Pierwszy – do Jego przyjścia i drugi – po Jego przyjściu. Chcąc nie chcąc nawet ateiści muszą datować różne wydarzenia według tego schematu. Można tutaj dodać, że nie zmienia tego faktu podział na lata przed naszą erą i lata naszej ery.


Trzecią rzeczą, która wyróżnia Chrystusa od wszystkich możliwych postaci historycznych, jest fakt, że nasz Pan narodził się po to, aby umrzeć, podczas gdy wszyscy ludzie rodzą się po to, aby żyć. Krzyż padał na życie Chrystusa już niemal od pierwszej Jego chwili na ziemi. Pojawia się tutaj znana analogia z malarstwa i teologii, która kojarzy małego Jezusa, obwiązanego w pieluszki z Chrystusem złożonym do grobu, obwiązanego śmiertelnym całunem. Także podczas ofiarowania w świątyni padają słowa starca Symeona, które zapowiadają cierpienie.


Dla każdego innego człowieka, nauczyciela, filozofa, mędrca śmierć była klęską, uniemożliwiała im głoszenie swojej nauki, przerywała ich pracę. Nawet jeśli Sokrates zażył cykutę z godnością, to nie zmienia to faktu, że była to katastrofa. W przypadku Chrystusa śmierć była triumfem nad złem, mimo pozorów, że to właśnie zło zwyciężyło. Śmieć była już na samym początku tym, po co na ten świat przyszedł.


Wreszcie czwartym ważnym wyróżnikiem dotyczącym Chrystusa było to, że naszego Pana nie można po prostu zakwalifikować jako jeszcze jednego mędrca czy nauczyciela – dobrego człowieka, który głosił naukę, jak np. wieść godne życie. Sheen przypomina tu argument używany przez apologetów, że albo Chrystus był Bogiem, albo złym człowiekiem. Nie można bowiem uznać za dobrego człowieka kogoś, kto oszukuje swoich uczniów. A przecież Pan Jezus mówił, że jest Synem Bożym, że jest Prawdą, Drogą, Życiem, a wreszcie, że jest jedno z Ojcem i Duchem Świętym. Jeśli tak, to nie mógł być po prostu dobrym człowiekiem, jednym z wielu mędrców, bo ktoś, kto jest dobrym człowiekiem nie może mówić swoim uczniom rzeczy, które są po prostu nieprawdziwe. Albo zatem był nikczemnikiem, podłym kłamcą, albo Bogiem. Tertium non datur!


Sheen używa argumentów rozumowych, by dowieść prawdziwości i wyjątkowości postaci Chrystusa. Sądzę, że są to argumenty, które mogą przekonać nawet osobę niewierzącą, a przynajmniej zachęcić ją do głębszego poznania postaci naszego Pana. Rzecz jasna książka Fultona J. Sheena nie koncentruje się jedynie na podanych wyżej argumentach, ale są one istotne dla zrozumienia żywota naszego Pana.


Jak już napisałem wyżej, książka Sheena daje bogaty materiał do refleksji, pozwala lepiej zrozumieć Ewangelię Chrystusa, a także wnikliwiej czytać Pismo Święte. Przede mną Sheen odkrył sensy, których wcześniej nie dostrzegałem, a które są istotne dla zrozumienia, w co tak naprawdę wierzymy, czego naucza Kościół.


Książka Sheena zadaje też kłam stwierdzeniom, że rzekomo katolicy szukają w wierze łatwego pocieszenia. Autor podkreśla, że Chrystus nie obiecywał swoim uczniom prostych rozwiązań – że na przykład nie doświadczą na tym świecie cierpień, jeśli tylko będą w Niego wierzyć. Wprost przeciwnie – nasz Pan jasno dał do zrozumienia, że skoro On cierpiał, to również Jego uczniów spotka podobny los. Świat bowiem zwróci się przeciwko Jego uczniom, tak jak zwrócił się przeciwko odwiecznej Prawdzie.


Fulton J. Sheen, Life of Christ, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydnej, Auckland, 2008.