Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2019

Nie dowieźli autobusami i wyszła klapa, a nie tęczowy cyrk

Widać objazdowy tęczowy cyrk dostał zadyszki albo nie zatankowano na czas i w Zabrzu Parada Równości poniosła klapę. Pojawiła się tylko jedna osoba (sic!). Reszta to ok. 200 przeciwników marszu. Brak doniesień, by te „krwiożercze, ksenofobiczne i nietolerancyjne bestie” rozerwały biednego, bezbronnego tęczowego demonstranta na strzępy. Może otoczył go bohaterski kordon policji albo kontrdemonstrantów zdjęła litość?

Ciekawe, czy teraz tęczowi, zasileni kolejnym zastrzykiem gotówki, będą próbować udowadniać, że Zabrze to miasto super-hiper-LGBT? Na razie ponoć odcinają się od tego demonstranta, który jest tak ograniczony, że nawet skrótu ich nazwy nie pamięta.

środa, 3 lipca 2019

Jak Dawid i Jakub ukryli się pod podłogą w nazistowskiej Polsce

Jest ponuro, a więc może, żeby nie było aż tak ponuro, coś śmiesznego. Otóż rozbawiła mnie ostatnio akcja dwóch homoseksualistów z wybrzeża, którzy postanowili zaanonsować, że w swoich apartamentach nad morzem nie będą przyjmować „m.in. sympatyków PiS, słuchaczy Radia Maryja czy wiernych widzów TVP”.

Ich akcja jest o tyle zabawna, że dzięki takiemu ogłoszeniu wiem, że powinienem uważnie sprawdzić, gdybym wybierał się nad polskie morze, czy przypadkiem nie trafiłem na ich ofertę. Traktuję ją jako swego rodzaju ostrzeżenie: „Uwaga! Złe psy!” Nie chciałbym bowiem trafić na panów, którzy mogliby się do mnie umizgać. Sama myśl o tym powoduje u mnie drgawki i odruch wymiotny. Dziękuję więc za klarowną informację, z kim mam do czynienia. To się dopiero nazywa uczciwość w biznesie!

Nieco bardziej serio: Pisałem już, że uważam, iż prowadzący biznes ma prawo odmówić wykonania usługi, jeśli ma poczucie, że współuczestniczyłby w czymś niemoralnym, że promowałby swoją usługą na przykład grzech ciężki. Stwierdziłem też, że według mnie są takie sytuacje, kiedy nawet w biznesie „neutralnym” można odmówić wykonania usługi, bo w końcu to biznes prywatny i jeśli ktoś jasno stwierdza, że na przykład w lokalu tym nie obsługuje się wysokich blondynów o niebieskich oczach, to jego sprawa. Może mu po prostu wyszło z kalkulacji biznesowych, że taka restauracja przyciągnie całą masę niskich brunetów, których akurat w okolicy jest sporo i firma będzie kwitnąć. Trochę inna jest kwestia wówczas, kiedy dany usługodawca monopolizuje rynek usług, twierdząc, że jest neutralny, a w rzeczywistości szykanuje określoną grupę – jak dzieje się to wśród gigantów mediów społeczenościowych. Ale to temat na inny, dłuższy artykuł.

Akcja dwóch homoseksualistów z wybrzeża jest o tyle śmieszna, że jest typowym przykładem pomieszania pojęć i życia w świecie wirtualnym. Oni oczywiście nie biorą pod uwagę czegoś takiego, że istnieje grzech i to grzech ciężki, któremu z całą namiętnością się oddają. Ale przede wszystkim mylą pojęcia. Jak czytamy, jeden z nich stwierdził, że „Polska przypomina Niemcy pod koniec lat 30-tych”. Panom się rzecz jasna wszystko pokiełbasiło w główkach i miesza im się film „Kabaret” z rzeczywistością, rasa ze zboczeniem, Żyd z homoseksualistą.

Wykreowane przez środowiska homoseksualne takie pojęcia jak „orientacja seksualna” i „mniejszość seksualna” mają zaczarować rzeczywistość. Nie ma czegoś takiego jak „orientacja seksualna” i „mniejszość seksualna” (choć oczywiście zboczeńcy są w mniejszości, wbrew temu, co starają się nam przedstawić media – niejeden chory na ciężką chorobę chciałby mieć tyle atencji środków masowego przekazu!), to terminy zapożyczone z polityki na wzór „orientacji politycznej” i „mniejszości etnicznej” lub „,mniejszości narodowościowej”.

Ponieważ ta zafałszowana terminologia weszła w życie i jest popularnie stosowana przez media, także niestety prawicowe, dwaj panowie „inaczej kochający” mogą brnąć dalej w ten świat fikcji i porównywać się do Żydów w hitlerowskich Niemczech. A nawet majaczyć, jak niektórzy to już robią, o obozach koncentracyjnych. Tymczasem w tej „hitlerowskiej” czy też „kaczystowskiej” Polsce jedyni, którzy grożą ludziom wyrzuceniem z pracy lub więzieniem, to właśnie... homoseksualiści.

A swoją drogą, to może ja po prostu coś źle zrozumiałem, wziąwszy pod uwagę fakt, że LGBT to ideologia totalitarna, a homoseksualiści starają się urządzić marsze w jak największej ilości polskich miast i miasteczek... Hm... może tym panom z wybrzeża się wszystko dobrze skojarzyło. W każdym razie jeszcze nie wybijają szyb sklepików katolickich drukarzy.


poniedziałek, 19 listopada 2018

Wolter miał łzy w oczach, kiedy mówił o Polsce, czyli róża dla Róży

Tego nawet nie ma co komentować. To trzeba jedynie przeczytać i mocno trzymać się krzesła, by nie spaść ze śmiechu. Ostrzegam! Kto, chce sprawdzić, wchodzi na własne ryzyko tutaj.

sobota, 12 maja 2018

„Faceci w czerni”, czyli o świntuszeniu w tłumaczeniu


Oglądałem ostatnio z żoną przezabawną komedię „Men in Black”. To jedna z lepszych komedii amerykańskich i jednocześnie jeden z lepszych filmów science-fiction, choć z gatunku tych, gdzie nic nie jest serio (por. kapitalny „Fifth Element”). Mimo że widziałem ten film już po raz trzeci czy czwarty chyba, w dalszym ciągu dobrze się bawiłem.


W pewnym momencie jednak coś mi zgrzytnęło. Otóż „Men in Black” nie prezentuje wulgarnego typu komediowego, tego, gdzie mamy bekanie, popierdywanie i rzyganie oraz inne tego typu ekscesy, które mają trafiać w gusta niewyrafinowanego, plebejskiego widza. Gdy trafiam na coś takiego, z miejsca wyłączam. „Gargantua i Pantagruel” jest jedynym takim dziełem, które jestem w stanie strawić, a te amerykańskie produkcje mu do pięt nie dorastają.


Mamy oto scenkę z uroczą panią patolog, która zachowuje się dość dziwnie i dwuznacznie. I nagle następuje ten zgrzyt. „J” nie rozumie, o co chodzi, jest zaskoczony tym, co wygląda na dość śmiałe... hm... zaloty i w końcu mówi mniej więcej coś takiego: „Zgoda, ale ja jestem na górze, bo tylko tak osiągam orgazm”. Zdębiałem i skrzywiłem się. Scenka miała podtekst erotyczny, była zabawna, ale nic nie było wprost, a tu nagle nasz bohater wali prosto z mostu.


Cały film jest taki, że można go spokojnie oglądać nawet z dziećmi (choć nie wiem, czy potrafią zrozumieć pewne aluzje i inne żarciki), a tu nagle: orgazm, spółkowanie i w ogóle robi się jakoś duszno. Coś, co po prostu nie pasuje do stylu całej tej komedii, w której wulgarności nie ma. Ja wiem, że poziom zaniżono już tak bardzo, że w tego typu filmach jest już mowa i o waginach, o orgazmach i innych członkach, ale to nie ten typ, nie ten poziom.


Postanowiłem sprawdzić w oryginale, co nie było trudne, gdyż w sieci można już znaleźć wiele (mimo coraz większej cenzury), jeśli nie prawie wszystko. Ów fragment akurat był na YouTube. Okazało się, że w oryginale ta cała dwuznaczność została zachowana. Trudno mi ocenić wprawdzie do końca, jak odbiera to tzw. „native”, bo przecież angielski to nie mój pierwszy język, ale chyba nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że amerykański rodzic w dalszym ciągu mógłby oglądać ten fragment ze swoimi pociechami i nie rumienić się, że oto pojawiają się jakieś sprośności. Wprawdzie nieco później ładna pani patolog mówi coś o „seksualnej niezależności”, ale słowo „sexual” po pierwsze można też przetłumaczyć jako „płciowy”, a po drugie w dalszym ciągu trudno to uznać za jakąś sprośność.


Otóż w oryginale we wspomnianym wyżej fragmencie „J” mówi coś takiego: „I gotta drive. It’s not some „macho trip”, it’s just the way I get down”. Nawet ktoś, kto nie zna dobrze angielskiego, od razu zorientuje się, że nie ma tu nic wprost i że w dalszym ciągu mamy tu dwuznaczności, a nawet wieloznaczności, a więc spójność stylistyczna zostaje zachowana. Oczywiście dla tłumacza jest to wyzwanie, bo trzeba to teraz jakoś po polsku oddać, a przy okazji nie popsuć stylu całej zabawy. Tymczasem tłumacz poszedł po najlżejszej linii oporu.



I od razu zaznaczę, że nie mam do tłumacza pretensji. W końcu sam nie jestem zawodowym tłumaczem i tylko domyślam się, że ktoś taki jest poddany presji czasu (widzowie czekają na premierę) i musi tekst oddać w terminie. Jednak ktoś ten tekst sprawdza, ktoś go akceptuje i nie wierzę, by mu tu nic nie zgrzytnęło. Chyba, że jest świntuch i takie grube żarty mu jak najbardziej w smak.


Zacznijmy od tego, że trochę wcześniej agent mówi: do dziewczyny: „Slow down, girl. You ain’t gotta hit the gas like that”. Co można by przetłumaczyć mniej więcej tak: „Zwolnij, dziewczyno. Nie musisz od razu wciskać gaz do dechy” (wszyscy wiemy, że oczywiście nie chodzi o prowadzenie auta, ale o dziwne zachowanie pani doktór). Idąc tym tropem i nawiązując do tej wypowiedzi, ów kontrowersyjny fragment można by spolszczyć może po prostu tak: „Ale ja prowadzę. I nie chodzi o to, że taki ze mnie znowu macho. Po prostu lubię, gdy dama dobrze się bawi”. Nie jest to może dosłowne (co zresztą byłoby trudne, tym bardziej, że „get down”, tak jak samo słowo „trip”, to idiom i może mieć różne znaczenia – a więc mamy tu nawet wieloznaczność, a nie dwuznaczność), ale dwuznaczność zachowana i wulgarności brak.


Oczywiście możliwości jest tutaj z pewnością więcej. Zapisałem pierwszą z brzegu propozycję, która mi się nasunęła. Zawodowy tłumacz zapewne jest w stanie podać ich więcej.


Hmm, ale skoro mi coś takiego przyszło do głowy w ciągu paru sekund (w trakcie pisania), to dlaczego nie przyszło do głowy tłumaczowi tego filmu? Świntuch jakiś, czy co? Może był zmęczony?


wtorek, 27 marca 2018

Woda na Wielki Post


Pisałem wczoraj o tym, że współczesny świat nie chce krzyża, bo pragnie życia ułatwionego, szerokiej drogi prosto do piekła. Dla niektórych jest to autostrada, po której pędzą z zawrotną prędkością. Okazuj się, że odkupieńczy krzyż Chrystusa jest najwidoczniej problemem również dla niektórych duchownych, gdyż w Wielkim Poście wolą raczej mówić i pisać o... wodzie. Tak, tak! Dokładnie tak! Wielki Post to dla nich okres, kiedy głównym problemem okazuje się nie grzech, skrucha, pokuta, nawrócenie, Męka i śmierć naszego Pana na krzyżu dla odkupienia świata, ale po prostu woda i na to chcą uczulić swoich wiernych. Nie wierzycie, to posłuchajcie (napisy po włączeniu):


poniedziałek, 26 lutego 2018

Wrocław europejskim miastem... no cóż... ten, tego...


Nie pamiętam już kto to, czy to Peter Kreeft, czy może Andre Frossard, zwrócił uwagę na fakt ciekawej ewolucji w cywilizacji europejskiej: od koncentracji na Bogu do koncentracji na swoim własnym pępku.


Cóż, ta ewolucja postąpiła dalej i teraz to już nie jest nawet koncentracja na własnym pęku („prawo do własnego brzucha”!), ale koncentracja na własnych... no tak... genitaliach.


Przy okazji dorabia się do tego wszelkiego rodzaju ideologie. Ot na przykład pewna wrocławska „artystka” (a w każdym razie informacja o niej jest na wrocławskiej stronie), o której dowiedziałem się z bloga Coryllusa (podaję tylko ogólny link do bloga Coryllusa, aby nie robić niepotrzebnej reklamy tej pani) wpadła na pomysł „oryginalnych” warsztatów pt. „Narysuj swoją cipkę” (sic!).


Po książeczkach typu „Podręcznik obsługi penisa”, „Wielka księga cipek”, „Monologi waginy” itp. mamy wreszcie też i warsztaty rysowania swoich organów płciowych. Super! Czekam teraz na to, aż jakaś „męska, szowinistyczna świnia” zaproponuje coś podobnego dla panów. Nie, nie! Nie zapiszę się.


Oczywiście dorobiono do tego stosowną ideologię. Ma to rzekomo „pomagać odzyskać kobiece ciało na wielu płaszczyznach”, a sama autorka pomysłu walczy „o prawo kobiet do samostanowienia i o wolną, dziką puszczę” i tym podobne bzdury. Nie będę się nawet pytał o jaką puszczę chodzi.


Przy okazji pani owa stwierdza z goryczą: „jesteśmy otoczone przez anonimowe penisy które spozierają na nas z murów, ścian szaletów i przystanków autobusowych. Penisy dominują naszą przestrzeń publiczną. W ten sposób manifestuje się męskie ego” (pisownia oryginalna). Zapewne chodzimy innymi ścieżkami, jeździmy innymi ulicami, bo ja jakoś głównie widzę bazgroły, które nazywa się graffiti, a żadnych penisów dawno chyba już nie widziałem na murach. W każdym razie doskonale widać, jaka jest główna obsesja tej „artystki”. Tu zdaje się być też ogromna potrzeba u tej pani męskiego narządu płciowego, który by nie był anonimowy.


Notabene pani chce żeńskie narządy płciowe wyzwolić wreszcie z majtek. To się chyba kiedyś nazywało ekshibicjonizmem, jeśli się nie mylę, a nie sztuką. Ciekawe, czy ta „artystka” dostaje na swoje obsesje dotacje z kieszeni podatnika?


poniedziałek, 29 stycznia 2018

Kawa z antysemitą


Tak się składa, że w ostatnim czasie ze względów towarzyskich mam okazję spotykać się z pewnym antysemitą. Nazwijmy go dla wygody „Andrzejkiem”. Akurat klimat jakoś sprzyja ostatnio tego typu tematyce, więc może warto dla odmiany nią się zająć.

Jest to tak naprawdę drugi prawdziwy antysemita, jakiego w swoim życiu spotkałem. Pierwszego miałem okazję poznać dawno temu, bo aż w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nazwijmy go dla ułatwienia wywodu „panem Władkiem”, bo człowiek był już z tej starszej nieco generacji.
Pana Władka również spotykałem wówczas w miarę często. Kiedy porównuję go do Andrzejka, mam wrażenie, że antysemityzm pana Władka był... jeśli to tak można określić... hm... nieco subtelniejszy. Czy to z racji lepszego wykształcenia, czy może tradycji rodzinnych – bo ojciec pana Władka, pilot w czasach II wojny światowej, był endekiem. A wiadomo: niedaleko jabłko pada od jabłoni.

Otóż pan Władek nie lubił Żydów i od czasu do czasu dawał temu wyraz. Jednak można było z nim normalnie porozmawiać o polityce, o gospodarce, o zmianach w Polsce. Jak z każdym innym. Pan Władek nie dostawał po prostu nagle szału, nie ogarniał go amok i nie bluzgał z pianą na ustach na tych „Żydów” w rządzie, w bankach, w szkole, w mediach itp. Jeśli by wspomnieć pewne nazwiska, np. Berman, Słonimski, Michnik, to oczywiście pan Władek nie omieszkał zwrócić uwagi na ich pochodzenie. Gdy była mowa np. o Polsce w pierwszych latach instalowania się nowej władzy, podkreślał duży udział Żydów w aparacie komunistycznej przemocy. Ale np. Kwaśniewski to był po prostu komuch, a nie „Żyd”.

Antysemityzm pana Władka bardziej przypominał niechęć do Niemców większości Polaków niż jakąś obłędną teorię spiskową, gdzie wszystkim władają Żydzi. Dla pana Władka Żydzi głównie mieszkali w Izraelu, było ich sporo w Stanach. Nie tropił jednak przedstawicieli tej nacji w poszczególnych członkach tego lub owego polskiego rządu, nie dopatrywał się ich w takim lub innym aktorze czy aktorce. W Polsce byli tylko ci, którzy ocaleli z Holokaustu i po roku 1968. Bliżej mu więc było do jakiegoś antygermanizmu niż nienawiści rasowej.

W porównaniu do pana Władka antysemityzm Andrzejka jest... no cóż... bardziej siermiężny, bardziej taki „rough”. Mam wrażenie, że myśli Andrzejka krążą niezmiennie już od wielu, wielu lat po tych samych, dobrze utartych koleinach i że od lat niewiele się zmienia. Przypomina mi pod tym względem pewną moją krewną, która ma jednego konika, ujeżdżanego niezmiennie od co najmniej pół wieku, a może dłużej – opowieści o księżach, którzy mają kochanki, piją i rozbijają się drogimi autami. Gdyby przeżyła kolejne 300 lat, podejrzewam, że jej ulubiona tematyka nie uległaby zbyt wielkiej zmianie.

Dla Andrzejka więc „Żydzi” są w każdym rządzie. Czy będzie to rząd PO, PiS, czy SLD, nie ma to znaczenia, to tylko zmiana dekoracji. Tak naprawdę to „Żyd” Mateusz Morawiecki zastąpił „Żydówkę” Beatę Szydło, a ta „Żyda” Tuska. Zaś „Żyd” Andrzej Duda zawetował ustawy reformujące sądownictwo. „Żydzi” są w szkolnictwie, w bankach, w handlu, w Kościele (tak, tak! Nie wiecie o tym, a dajecie „Żydom” na tacę, by paśli swoje grube brzuchy, a „Żyd” Jan Paweł II sprzedał Kościół Żydom), w przemyśle filmowym (wiecie na przykład, ile taki żydowski statysta dostaje dniówki? 3000 zł! I to wszystko „prawda”, a tylko oni dostają role) i w ogóle w przemyśle rozrywkowym. Oni są naprawdę wszędzie! Wszędzie!

Jeśli nie wierzycie, że dany celebryta, polityk, naukowiec, biznesmen, aktor, pisarz, poeta to Żyd, możecie to sprawdzić w Internecie. Tam są listy tych „Żydów” i możecie to zweryfikować. Zresztą Internet, tak jak telefonia komórkowa (oczywiście opanowana przez „Żydów”!) służy temu, by wami manipulować i prać wam mózgi (nie spytałem tylko, czy te listy „Żydów” też są przez nich układane, czy dzielni Polacy jakoś obchodzą ich internetową cenzurę).

Wizja Andrzejka jest tak naprawdę prosta jak drut. Czarno-biała i w pewnym sensie bezpieczna (gdyby nie ci „Żydzi” oczywiście). Łatwo się w takim świecie poruszać. Jeśli coś idzie źle – wiadomo, przecież to „Żydzi” znowu namieszali! Aż dziw, że ci biedni Polacy jeszcze w ogóle istnieją nad Wisłą! Tacy głupi, naiwni, łagodni, tak się dają wrobić w konia. Zupełnie jak Andrzejek, ale on przynajmniej wie, o co w tym wszystkim chodzi!

Antysemityzm Andrzejka i pana Władka niewiele więc mają ze sobą wspólnego, poza nienawiścią do Żydów realnych lub wyimaginowanych rzecz jasna.

Może łączy ich bardziej jeden fakt: obaj są (jeśli pan Władek jeszcze żyje) na bakier z nauką moralną Kościoła.

W przypadku pana Władka oczywiste to było może bardziej dla jego znajomych. Pan Władek bowiem chodził do kościoła na Mszę (może wciąż chodzi) i na pozór był przykładnym ojcem i mężem (może wciąż jest). Tyle tylko, że straszny był kobieciarz, a może lepsze byłoby określenie: „pies na baby”. To, czego bowiem kiedyś miałem okazję być mimowolnym świadkiem, bardziej przypominało ślinienie się psa na widok suczki. Tyle tylko, że pies nie ubiera tego w słowa, a pan Władek tak (rozbierając jednocześnie w myślach potencjalną zdobycz).

Andrzejek ponownie wypada tutaj na tle pana Władka bardziej prymitywnie. Bo to zadeklarowany ateusz, a przynajmniej antyklerykał. Kościół mu do niczego nie jest potrzebny, a poza tym przecież Kościół to „Żydzi”! Lubi sobie zażartować, że w piekle czeka już na niego miejsce w kotle i że będzie mu tam dobrze, bo ciepło. Chrystus ze swoją postawą nadstawiania drugiego policzka jest dla niego niepoważny. Ani chodzenie do kościoła, ani spowiedź czy sakramenty nie są mu do niczego potrzebne. Bo przecież „niczego złego nie robi”, jedynie chwali to, co zrobił Hitler.

Andrzejek w gruncie rzeczy jest niegroźny, mimo swoich wypowiedzi na temat wodza III Rzeszy. Wątpię, by kiedyś przyszło mu do głowy choćby uderzyć prawdziwego Żyda. Jednak jego monotonna wizja świata jest mocno nużąca. Kawa z nim smakuje jakoś gorzko. Dużo lepiej było ją popijać przy różnych okazjach z panem Władkiem.

Andrzejek ma jeszcze jedno hobby (jeśli nie liczyć majsterkowania, w czym jest prawdziwym mistrzem) – tzw. chemtrails. Robi nawet temu zdjęcia.

Jeśli dobrze zdołałem się zorientować, te „chemtrails” to smugi powstające za lecącym samolotem, a „w rzeczywistości” chemikalia rozpylane nad Polską. Po co? Po to, jak wyjaśnia Andrzejek, aby nie było w naszym ukochanym kraju urodzaju, aby obsiane pola nie obrastały zbożem, a krowy się nie cieliły. Zdaje się, że dotyczy to także dzietności.

A któż miałby zadawać sobie tyle trudu, aby to świństwo rozpylać nad Polską? – możecie spytać. No jak to kto? Jeszcze nie wiecie? To przecież jasne i proste jak drut!

czwartek, 20 kwietnia 2017

sobota, 19 grudnia 2015

Pęknięta rura – oświadczenie dolnośląskiego oddziału KOD DOK

Kaczystowski reżym, próbując pokrzyżować plany naszych braci i sióstr z KOD-u, pękł dzisiaj rurę z wodą we Wrocławiu, odcinając mieszkańców dolnośląskiej metropolii od dopływu wody i licząc na to, że nie mogąc się wykąpać, demonstranci nie pojawią się na manifie! Te niecne plany nie powiodły się! Wbrew kaczystowskim siepaczom demonstracja się odbyła! A przychylne demokracji służby naprawcze pokrzyżowały zamiary sługusów Macierewicza i Kamińskiego! 

Ludu Nadwiślańskiego Regionu Unii Europejskiej, musimy być czujni! Oni są wszędzie! Z pełna perfidią nie wprowadzili jeszcze stanu wojennego w tym kraju, ale to nie znaczy, że kaczyści na wszelkie sposoby nie będą dążyć do zniszczenia naszej wolności i demokracji! Akcje sabotażu i dywersji będą nieustannie nękać ludność miast i WSI, jeśli nie będziemy się starać im w porę zapobiec. Ale nie damy się! Nie załamiemy! Kaczystowski zapluty karzeł reakcji z nami nie wygra! Jeśli trzeba będzie, poprosimy o bratnią pomoc narody Unii Europejskiej! „Szczerzy Europejczycy”, tacy jak Martin Schulz, są z nami! Żadna pęknięta rura nie stanie nam na przeszkodzie! KOD DOK działa, czuwa, walczy!

środa, 16 grudnia 2015

Oświadczenie KOD DOK

KOD DOK pragnie wyrazić oburzenie nieodpowiedzialną i niedojrzałą postawą niektórych twórców, którzy w ostatnim czasie zakwestionowali wykorzystanie ich utworów w manifestacjach naszych uciśnionych braci i sióstr z KOD-u. Obserwujemy tę sytuację z prawdziwym smutkiem i niepokojem jako przejaw ulegania kaczystowskiej propagandzie i przemocy. Stanowczo chcielibyśmy się przeciwstawić takim infantylnym ekscesom! Utwory muzyczne, zwłaszcza z muzyki popularnej, są nieodłączną częścią kultury Nadwiślańskiego Regionu Unii Europejskiej i jako takie nie należą już do ich twórców (czy się im to podoba, czy nie), ale do wspólnego skarbca dóbr kultury. Z tego skarbca może hojną ręką czerpać każdy, kto nie należy do PiS-u czy szeroko rozumianej prawicy. W końcu obecną sytuację można przyrównać nie tylko do zabójstwa prezydenta Narutowicza, ale także do zabójstwa Juliusza Cezara! Z pewnością Szekspir nie protestowałby przeciwko czerpaniu z jego twórczości w obronie demokratycznych zdobyczy. A skoro tak, to wszelkie utwory literackie, muzyczne i dzieła malarstwa oraz architektury powinny być wykorzystywane jako oręż w walce o wolność i demokrację! Dlatego oczekujemy od wyżej wspomnianych twórców opamiętania się, złożenia samokrytyki i wystawienia na dobrowolną karę pod pręgierzem społeczeństwa. Precz z kaczystowską dyktaturą! KOD DOK działa, czuwa, walczy!

czwartek, 26 listopada 2015

KOD DOK, a może hot-dog

To już niedługo. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. To nieuniknione. Redaktorzy przekaziorów głównego ścieku już szykują szczoteczki do zębów, pakują piżamy (noce mogą być mroźne), chowają w sekretne miejsca swoje kolekcje dzieł Michnika, drukarki i zapasowe pojemniki z tuszem, paczki z papierem, niebieskie flagi z gwiazdkami, transferują pieniądze do banków szwajcarskich, szykują pierwsze odezwy ze słowami otuchy dla uciśnionego ludu Nadwiślańskiego Regionu Unii Europejskiej. Już niedługo zapłoną koksowniki na rogach ulic, a specjalne jednostki ZOMO będą pałować, a może nawet strzelać kulami paintballa do niepokornych dziennikarzy i ich czytelników na majdanie w Warszawie. Już niedługo na rynkach miast i miasteczek zapłoną stosy, na których zbiry Macierewicza będą palić książki Michnika i red. Lisa. Już niedługo punktualnie o północy przestaną działać wszystkie telefony, a drzwi wielu domów zostaną wyważone siłą przez oprawców Mariusza Kamińskiego (nie mylić z Michałem Kamińskim, który zostanie poddany brutalnym torturom przez samego Prezesa). Już są przygotowywane obozy dla internowanych, już sporządzono listy przyszłych więźniów, już opracowano plan powołania rezerwistów. Do 13 grudnia pozostało niewiele czasu, a nie ulega wątpliwości, że to wówczas nastąpi ta chwila i ostateczny kres resztek pozorów demokracji nad Wisłą. To wówczas na ekranach telewizorów pojawi się Jarosław Kaczyński w czarnych okularach i z kotem siedzącym na biurku, który odczyta dekret o wprowadzeniu stanu wojennego (Kaczyński, nie kot). Służalczy wobec reżymu dziennikarze stacji telewizyjnych i radiowych przywdzieją mundury, przestanie działać Internet, a cholernie niepokorni dziennikarze będą nadawać swoje programy autorskie z podziemia. To już niedługo, już wkrótce, już za chwilę! Dlatego zapamiętajcie i malujcie na murach ten tajny skrót radykalnej organizacji podziemnej, bardziej radykalnej od KOD-u: KOD DOK! Tylko te sześć liter: KOD DOK! Schodzimy do podziemia! KOD DOK działa, czuwa, walczy!

sobota, 24 października 2015

Nowe średniowiecze

Zupełnie przypadkiem tuż przed nową kontrowersją wrzuciłem wideo ze zwięzłym wprowadzeniem do średniowiecza, które obala kilka podstawowych mitów na temat tej epoki. 

Okazuje się, że mimo oczywistych dowodów, iż średniowiecze to żadne „wieki ciemne” (wystarczy spojrzeć na zapierające dech w piersi katedry czy pomyśleć o pierwszych uniwersytetach i o rozwoju logiki) ciągle ktoś powtarza słowo „średniowiecze” jako synonim słowa „ciemnota”. I to znowu w chwili gorących polemik.

Ile można tłuc w te zakute łby?

sobota, 17 października 2015

Biblia pomazana czarnym flamastrem

Wszystkie te naiwne misie łudzą się, że Kościół po 2000 lat nagle zaprzeczy sam sobie, sprzeniewierzy się sukcesji apostolskiej, roztrwoni depozyt wiary, wyrzuci przez okno na wielki stos i podpali tysiące zapisanych stron traktatów teologicznych, rozpraw, dokumentów, że papież wyjdzie na ambonę i ogłosi: lesbijki, homoseksualiści, sodomici, rozwodnicy, cudzołożnicy i co tam jeszcze, kochajcie się! Bo to teraz jest „trendy”. 

Oni sobie wyobrażają, że Kościół jest jeszcze jedną denominacją protestancką, sola Scriptura i te rzeczy… Tylko na dodatek taka sola Scritpura, z której wymazuje się czarnym flamastrem niewygodne fragmenty. No, cóż…

sobota, 10 października 2015

Rzym IV – Najtaniej w Wiecznym Mieście


Kiedy jest się w Rzymie – tak jak w każdym innym popularnym wśród turystów mieście – nie sposób nie natknąć się na ulicznych sprzedawców pamiątek, kartek, okularów przeciwsłonecznych, zabawek czy czegokolwiek, co turysta – lub pielgrzym – mógłby kupić. We Włoszech tacy sprzedawcy, kiedy usłyszą język polski, starają się powiedzieć choć kilka słów w tym języku, by nawiązać przyjacielski kontakt. Pewnie to samo dotyczy innych języków, choć przekonałem się, że próby porozumienia się po angielsku zazwyczaj – choć nie zawsze – są skazane na niepowodzenie.
  

Czasami można natknąć się na coś zabawnego. Tak było i w tym przypadku, kiedy zobaczyliśmy dwa uliczne stoiska w pobliżu Świętych Schodów (Scala Santa) naprzeciwko Bazyliki św. Jana na Lateranie. Od razu było widać, kto stanowi tutaj najpewniejszą i najliczniejszą grupę kupujących. 


Zresztą już na samym początku naszej pielgrzymki – w Padwie – natknęliśmy się na ulicznych sprzedawców, którzy spieszyli w miejsce, gdzie zatrzymywały się autokary turystyczne lub pielgrzymkowe. Na oko wyglądali na emigrantów z Afryki. Oferowali zabawki, które wyciągali z worków i wprawiali je w ruch, gdy tylko pojawili się potencjalni kupcy.