Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2019

Czy Danny DeVito popiera zabijanie niewinnych ludzi?

Przeglądanie niektórych mediów społecznościowych może być przygnębiającym zajęciem. Oto nagle natykasz się na zdjęcie swojego ulubionego i sympatycznego aktora wspierającego organizację, którą trudno nazwać inaczej, jak tylko zbrodniczą. Czym jest bowiem Planned Parenthood jak nie jedną z największych na świecie mordowni nienarodzonych?

Tak, tak, do wspierających tę ludobójczą instytucję należy również Danny DeVito. Dzisiaj rano zobaczyłem jego zdjęcie, na którym z jeszcze innym aktorem dumnie prężyli się w koszulkach „I stand with Planned Parenthood” („Jednoczę się z Planned Parenthood”).

I jak zwykle w takim przypadku zastanawiam się: Jak to się dzieje, że ludziom, którzy często są w stanie wyrazić najsubtelniejsze uczucia swą doskonałą grą aktorską, którzy potrafią się na ekranie wczuć w tragedię odgrywanej postaci, jednocześnie tak bardzo brakuje wyobraźni, że nie potrafią sobie uzmysłowić, jaką potwornością jest aborcja, czyli po prostu zabijanie nienarodzonych. Czy to jakiś defekt mózgu? Czy po prostu są użytecznymi idiotami, którzy nawet nie wnikają w to, czym jest tak naprawdę instytucja, której istnienia bronią? Ot, po prostu: inni w przemyśle rozrywkowym to robią, to ja też?

Jest jeszcze inna możliwość: szatańskie opętanie, jak jest niewątpliwie w przypadku tych pań, które dziękują Bogu (sic!) za aborcję.


czwartek, 29 sierpnia 2019

Rodzina to namiastka nieba na ziemi

Ofensywa totalitarnej ideologii LGBT na Polskę ma swój cel – jest nim zniszczenie tradycyjnej rodziny. Nie chodzi w tym o żadną miłość i tolerancję, o czym mogli się przekonać wszyscy choć trochę myślący, którzy oglądali relacje i zdjęcia z tzw. „marszów równości”. Profanowanie wizerunków Matki Boskiej, kpienie z Kościoła, ataki na duchownych, bluźniercze parodie Mszy świętej... Czy naprawdę trzeba więcej? Już niedługo może się okazać, że takie obrazki, jak z tego wideoklipu muzycznego, staną się przeszłością, a po naszych ulicach będą chodzić stwory takie, jakie można znaleźć tutaj (ostrzegam, że jest to dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, ale także dla tych, którzy łudzą się, że czytanie dzieciom przez tzw. „Drag Queen” to tylko niewinna przebieranka).

Może ktoś woli cięższe rytmy, może ktoś woli mniej sentymentalne dźwięki, ale ten teledysk, jest jak łyk świeżego tlenu, kiedy się pomyśli o tym paskudnym objazdowym tęczowym cyrku, jaki nawiedzał w ciągu tego roku kolejne miasta Polski. Po prostu chrońmy rodzinę!



Tymczasem różnej maści celebryci i gwiazdki muzyki pop z Zachodu są na pierwszej linii frontu cywilizacji śmierci. Jeśli następnym razem usłyszycie jakiś ich utwór o miłości, to zastanówcie się, o czym oni tak naprawdę śpiewają. Może ta ich „miłość” ma dużo więcej wspólnego ze śmiercią i nienawiścią, niż się może wydawać, a na pewno wiele wspólnego ze zwykłym egoizmem:

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Narodowiec-homoseksualista uprawiający seks ze swoim partnerem nie jest ok. Jasne?

Chyba nie, bo tekst pewnego znanego aktora (o którym szczerze mówiąc nie wiem nic) sugerujący coś zupełnie innego, został uznany przez konserwatywne medium za „mocny wpis”.

Więc zacznijmy raz jeszcze: Narodowiec-homoseksualista uprawiający seks ze swoim partnerem nie jest ok. Nie jest też ok, jeśli seks ze swoim partnerem uprawia socjalista-homoseksualista, anarchista-homoseksualista czy kogo tam sobie jeszcze wymyślicie. Uprawianie seksu homoseksualnego jest złe. Koniec. Kropka. Trzeba to powiedzieć jasno i klarownie. Niestety, jak się okazuje, nie jest to już takie jasne nawet dla hiperkonserwatywnych katolików pokroju Michała Ujazdowskiego, na którego kiedyś przed laty głosowałem (o czym piszę z prawdziwym wstydem).

Tekst celebryty nie jest „mocny”. Jest tak naprawdę jednym z tych tekstów pisanych przez milutkich ludzi, którzy chcą zadowolić każdego i do każdego się miło uśmiechnąć i puścić oczko. Przyświeca im światowe „Kochajmy się!”, za którym stoi mdła wizja słodkiej koegzystencji jednych z drugimi, homoseksualistów z narodowcami, komunistów z konserwatystami, katolików z ateistami, Kościoła z lożą masońską itd., itp. Nie jest to wizja świata oparta na prawdzie, ale wizja świata oparta na „milutkości”. Żeby tylko przypadkiem nie było żadnego konfliktu! To taka celebrycka wizja „wielu ścieżek na jeden szczyt”.

Być może autor uznałby, że nie czytam „ze zrozumieniem” i nie zauważam „znaków przystankowych”. Choć zgodzę się z nim, że uleganie „złym emocjom” i histeryzowanie nie jest wskazane i że „przestaliśmy myśleć”, to stwierdzam, że najpierw trzeba postawić pewne sprawy jasno, a potem próbować rozmawiać. Tymczasem autor plącze i miesza. Chce być słodki i po środku, chce, bym sprzeciwiając się grzechowi homoseksualizmu jednocześnie uznał, że dwóch panów współżyjących ze sobą to coś „ok” i że gorsze jest niepłacenie podatków czy palenie papierosa w zabronionym miejscu. Niestety na takie postawienie sprawy zgodzić się nie można. To znowuż taki odpowiednik patriotyzmu, który przejawia się kasowaniem biletu w tramwaju i sortowaniem śmieci.

Akty homoseksualne to zło zarówno w wymiarze moralnym, jak i społecznym. Dla duszy z pewnością nawet dużo bardziej niszczące i śmiertelne, niż zapalenie papierosa czy nawet stu papierosów w biurze wielkiej korporacji.


poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Rodzynek w zupie pełnej muchomorów albo smutek celebrytów

Wróciłem z parodniowego wyjazdu. Wyjechaliśmy sobie na parę dni w spokojne miejsce, gdzie wokół były las i góry, a w nocy cisza, jeśli tylko nie zakłócali jej hotelowi goście. Wróciłem i zacząłem przeglądać portale, bo również dostęp do Internetu był w ciągu tych kilku dni laby kiepski. W oczy rzuciły mi się dwa teksty o wypowiedziach dwóch celebrytek. W gruncie rzeczy nie przestaje mnie dziwić, po co poważne portale poświęcają im tyle uwagi.

Pierwsza gwiazdka to smutny przypadek utalentowanej piosenkarki ateistki, która to poprzednich głupot, jakie zdążyła wypowiedzieć, dodaje kolejne. Jej wizja świata jest smutna i najciemniejsza z ciemnych, a „filozoficzne” dywagacje o „prawdzie” mogą co najwyżej skłonić do modlitwy o światło dla niej, by już nie bredziła. I piszę poważnie – za nią należy się po prostu modlić, bo chyba próba jakiejś głębszej dyskusji niewiele tu pomoże. Aczkolwiek przyjmuję, że może się mylę.

Druga celebrytka (przyznam szczerze, że nie wiem tak naprawdę, czy jest ona słynna z tego, że jest żoną pewnego znanego faceta, czy z jakiegoś innego powodu) uraczyła nas swymi dywagacjami o in vitro. Poza argumentami uczuciowymi nie ma ona tak naprawdę nic sensownego do powiedzenia. To, że niektórzy członkowie PiS-u są na bakier z nauką Kościoła i traktują kwestię in vitro jako element gry politycznej również nie jest żadnym odkryciem. Niestety było to szczególnie widoczne w zeszłorocznych wyborach lokalnych. Śmieszne i żałosne natomiast jest to, że jakaś żona znanego faceta uważa, iż miałbym z większą uwagą słuchać jej emocjonalnych wypowiedzi niż nauki Kościoła, który istnieje na tej ziemi już 2000 lat.


sobota, 13 lipca 2019

O zawiązanych oczach i życiu w fikcji, które krzywdzi nas samych i bliźnich

Arcybiskup Fulton J. Sheen napisał:

Pary małżeńskie często mówią: „Nie możemy sobie pozwolić na więcej dzieci”.
Ci, którzy wyrażają takie zdanie, prawdopodobnie nigdy nie pomyśleli o straszliwej zasadzie, jaką zwiastują, a mianowicie: prymacie tego, co ekonomiczne nad tym, co ludzkie. Wprowadźcie to w życie we wszystkich innych dziedzinach. Przypuśćmy, że mąż mówi, iż nie będzie już wspierał swojej żony. Czy powinien mieć prawo ją zastrzelić?

(...)

Ci, którzy przyznają prymat temu, co ekonomiczne, nie są tak naprawdę zainteresowani oszczędzaniem czy zarabianiem; są zainteresowani wydawaniem, które dyktuje udaremnianie życia. Próżniackie namiętności i pragnienie więcej kredytu, ubrań, oraz egoizm określają ich filozofię. Wierzą, że wolno im manipulować życiem poza prawami Bożymi, ponieważ prawa płodnego małżeństwa wiążą jedynie katolików.

Powiadają oni, że katolicy są przeciwni wszelkiemu udaremnianiu ludzkiego życia w małżeństwie, ale należy pamiętać, że ci, którzy nie są katolikami, nie mają więcej wolności naruszania naturalnych praw Bożych niż ktokolwiek inny. Tak się składa, że Kościół katolicki broni prawa naturalnego. Są tacy, którzy wierzą, że sprzeciw wobec udaremniania miłości, zasada, że przeznaczeniem małżeństwa jest być płodnym, to jedynie i wyłącznie nauka katolicka. Przypuśćmy, że spora większość ludzi chodziłaby wokół z zawiązanymi oczami i zatkanymi uszami. Wkrótce mielibyśmy encyklikę papieską sprzeciwiającą się temu, a Kościół mówiłby: „Nie jest rzeczą właściwą, by zawiązywać oczy i zatykać uszy. Rozum mówi, że oczy zostały stworzone do widzenia, a uszy do słuchania. Musicie pozwolić tym organom pełnić funkcję, do której stworzył je Bóg”.

Wielu powiedziałoby: „Och, Kościół katolicki sprzeciwia się kontroli oczu”.
„Kościół katolicki sprzeciwia się kontroli uszu”.

Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że jest mądrzejszy od Boga, wyrządza krzywdę sobie i bliźnim. Zamiast przemyśleć prawa Boże, dostrzec ich sens, zauważyć, że nie wszystko to, co dobre, jest łatwe, a te prawa stoją na straży miłości, buntuje się przeciwko nim. Bardzo często wspomniany wyżej przez arcybiskupa Sheena prymat ekonomiczny odgrywa tutaj ogromną rolę, tak ogromną rolę, że przestaje się liczyć człowiek, osoba, brat, mąż, żona czy siostra. Zwłaszcza ten cierpiący, który wydaje się być bezużyteczny.

Vincent Lambert był pod względem ekonomicznym bezużyteczny, wymagał stałej opieki lekarskiej, był więc nikomu niepotrzebny. I nie mówię tutaj o jego bliskich, którzy do końca walczyli o to, by utrzymać go przy życiu (niestety nie wszyscy, jego żona na przykład chciała jego śmierci). Prymat ekonomiczny zwyciężył nad człowiekiem. Ludzki bunt przeciwko planom Bożym zwyciężył nad miłością bliźniego. Wygoda na brakiem egoizmu.

Niedawno pewna polska celebrytka powiedziała: „Dziwi mnie ten podział świata na płcie. Oczywiście jest to kluczowe, ale nie zawszy wyznacza wszystko. Zakochujemy się w człowieku, a nie w płci”. Z pozoru jest to wszystko sensowne, ale tylko z pozoru. Jest w tym niechęć do akceptacji rzeczywistości. Nie chodzi tutaj tak naprawdę o miłość bliźniego, ale wspomniany przez Sheena egoizm, o nieakceptację naturalnych praw Bożych. Miłość zostaje tutaj sprowadzona do seksu tak naprawdę, bo przecież nie do czego innego. Ta celebrytka woli chodzić w opasce na oczach i z zatyczkami w uszach, nie widzieć dwóch płci, które ją „ograniczają”, a jeśli Kościół powie jej, że to jest złe, będzie mówić, że to Kościół ją ogranicza...


środa, 26 czerwca 2019

Manuela, Manuela, kiedyś bym powiedział: „Bella!”

Nasze prawicowe media co jakiś czas przytaczają „skandaliczne” lub „haniebne” słowa różnych artystów, celebrytów, pisarek i pisarzy, poetek i poetów, gitarzystek i gitarzystów, piosenkarek i piosenkarzy. Wśród gwiazd kolorowej prasy dla pań wyzwolonych zdaje się szczególnym blaskiem błyszczeć, w tym „lepszym” i „nowocześniejszym” świecie, gwiazdka Manueli Gretkowskiej. Wpisałem w wyszukiwarkę „Do Rzeczy” jej nazwisko, szukając ostatniego artykułu na jej temat, i ku swojemu zaskoczeniu otrzymałem w wyniku całą serię tekstów jej właśnie poświęconych.

Rzut oka na tytuły uświadamia, że pani ta ma niewiele mądrego do powiedzenia. I aż dziwne, że prawicowe pismo poświęca jej tyle uwagi. Albo redakcja musi wypełnić miejsce czymś w miarę sensacyjnym, a przy tym durnym, by przyciągnąć mniej wyrobionego czytelnika. Albo poświęca tej pani aż tyle uwagi, bo kiedyś Czesław Miłosz powiedział o jej debiutanckiej książce parę ciepłych słów i siłą rzeczy ta sława się za nią ciągnie. Albo po prostu jest gorąco i redakcja nie panuje już nad tym, co zamieszcza, bo się jej twarde dyski przegrzały. Ale aż tyle razy? Trzeba by chyba sprawdzić, jaka była temperatura w pozostałych przypadkach.

Dlaczego więc sam poświęcam tej pani tyle miejsca (i to już po raz drugi)? A to dlatego, że jest ta pani swoistym pars pro toto. Istnieje u nas pewna grupa celebrytów, która jest znana po prostu z tego, że jest głośna. Albo inaczej i ściślej: że jest wulgarna. I dotyczy to nie tylko takich bluzgaczy jak Zbigniew Hołdys. Tutaj można by machnąć ręką, że to zwykły szarpidrut. Ale do tego grona zaliczają się „subtelni” intelektualiści, pisarze, filozofowie, prawnicy i członkowie (oraz członkinie) grona profesorskiego. Nie mają oni nic mądrego do powiedzenia, potrafią jedynie obrażać. A właściwie: usiłują obrażać.

Wypowiedzi pani Gretkowskiej dotykają mnie bowiem mniej więcej tyle, ile wypowiedzi jakiejś głupiutkiej, niedojrzałej nastolatki, która zrobiła sobie dredy, wpakowała pod pachę tom Sartre’a i myśli, że jest wielką buntowniczką (albo Zbigniewa Hołdysa), czyli tyle co nic. Różnica jest może taka, że w przypadku nastolatki zawsze jest jeszcze szansa, że z tego wyrośnie i zmądrzeje. W przypadku Manueli Gretkowskiej i wielu innych ta szansa wydaje się niestety być równa zeru. Pozostaje jedynie się za nią modlić. Ale po co przy tym zwracać na jej wulgaryzmy uwagę i komentować to na łamach poważnych konserwatywnych mediów?


wtorek, 28 maja 2019

Pogarda i goła prawda

Pogarda naszych nieszczęsnych „elit” wobec przeciętnych ludzi w Polsce jest zatrważająca. Mentalnie ci ludzie tkwią chyba w czasach głębokiej komuny. Albo po prostu w rzeczywistości wirtualnej, którą tworzą pewne główne media opiniotwórcze. Mogę zrozumieć jeszcze ich rozgoryczenie, że do europarlamentu nie dostali się ci, na których głosowali. Ale wyrażać je w taki sposób, w jaki wyrażają to ci aktorzy, celebryci, „dziennikarze”, „intelektualiści”, „autorytety moralne”!?! Oni po prostu gardzą Polakami, brzydzą się nimi, czują do nich wstręt. Aż dziwne, że w ogóle tutaj jeszcze mieszkają. No cóż, może po prostu nie znają języków, a w tej ich cudownej „Europie” pewnie nie mieliby takich warunków, jakie mają żyjąc tutaj i plując.

Żeby nie było tak różowo po „naszej” stronie: zadziwia mnie również buńczuczność niektórych reprezentantów władzy i sprzyjających im dziennikarzy („dziennikarzy”?), którzy z niemniejszą pogardą i chełpliwą butą odnoszą się do przegranej Konfederacji.

Panowie i Panie, Wy również gardzicie wyborcami, którzy na nich zagłosowali. Chciałbym zauważyć, że wśród nich znajdują się także ci, którzy wcześniej głosowali na Was, ale rozczarowali się Waszym stosunkiem do tak ważnych (wręcz ważniejszych od pomnażania dobrobytu) kwestii jak ochrona życia ludzkiego czy wystawieniem do wiatru frankowiczów. Potraficie w jeden dzień zmienić ustawę, by uspokoić lobby żydowskie, nie potraficie od wielu miesięcy zrobić nic, by uchronić niewinne dzieci przed śmiercią! Kiedyś przyjdzie Wam za to zapłacić. Utrata głosów nie będzie jeszcze największą karą. Każdy z nas wcześniej czy później musi spotkać się ze swoim Stwórcą. Wtedy nie będzie już żadnych wykrętów, tylko goła prawda.


środa, 30 stycznia 2019

Rodzina Adamsów wchodzi w politykę

Czytając o wystąpieniu pewnej rodziny w Brukseli, która prawiła tam o nienawiści w Europie, oraz o wcześniejszym wywiadzie dla postępowego tygodnika reprezentantki tejże rodziny, która po tragedii musi pełnić rolę jej głowy, zastanawiam się, czy doczekamy się teraz ze strony postępowej i oświeconej (zarówno polityków, intelektualistów, dziennikarzy, jak i celebrytów) całej serii kpin, wyrazów oburzenia, szyderstw, żartów i złośliwości typu: „polityczna nekrofilia”, „taniec na grobie”, „pull up!” (tutaj trzeba by to zastąpić czymś innym, może np. „światełkiem do nieba”?) itp. A może jacyś Obywatele Rzeczpospolitej pojawią się przed bazyliką i będą blokować drogę rodzinie udającej się na grób? Albo jakaś legenda „Solidarności” wda się w awanturę z policją chroniącą żałobników, a znana pani reżyser zamieści pełne zadumy zdjęcie sprzed barierek ochronnych ustawionych przez policję?

Nie? Nikt nawet nie zaprotestuje przeciwko politycznemu wykorzystaniu tragedii? Nic? A przecież to taki znakomity temat! Gdzie ci wszyscy znani i lubiani? Ich nazwisk wymieniać nie będę, bo mi się robi niedobrze.


poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dwie śmierci

Najgłośniej krzyczą ci, którzy powinni milczeć albo uderzyć się najlepiej również we własną pierś. Ale przecież zawsze łatwiej bić się w cudzą.

Polityczne wykorzystanie ludzkiej tragedii było do przewidzenia. Smutne, że rozwija się to zgodnie ze spodziewanym scenariuszem.

Inna tragedia ludzka: dwa miesiące temu zmarła Irena Dziedzic. Jej ciało przeleżało dwa miesiące w kostnicy, bo nie było komu zająć się pochówkiem. Niegdyś uwielbiana, potem zapomniana.

Ks. Mariusz Bernyś w książce, którą kiedyś tu recenzowałem, pisał o tragedii takich celebrytów jak Irena Dziedzic – ludzi cierpiących w samotności i opuszczeniu, niegdyś słynnych, a później zapomnianych przez swoich dawnych wielbicieli.

Płacą w ten sposób za swoje niewierności, za wyrządzone podłości i za ziemski sukces? Trudno powiedzieć, każdy przypadek przecież jest inny, a nie wszystkim uderza woda sodowa do głowy, nie każdy szedł na współpracę z UB lub SB. Może to jakiś rodzaj czyśćca już tutaj, na ziemi? Może współuczestnictwo w cierpieniu Chrystusa?

Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie.


piątek, 12 października 2018

Wolność według Kubusia


Swój stosunek do różnej maści celebrytów wyrażałem już na tym blogu kilkakrotnie. Niespecjalnie więc interesują mnie kłótnie między nimi, czy medialne ustawki. Czasami jednak warto posłuchać, co mówią, bo bywa, że jest masa śmiechu, ale też ich paplanina pozwala sobie wyobrazić, jakie plany mają groźniejsi od nich macherzy od „wolności”.

Oto ulubieniec publiczności, podstarzały nastolatek albo nastoletni ramol, wybitny (a jakże!) znawca pisarstwa Romana Dmowskiego, postanowił skarcić swoją byłą konkubinę, czy też – jak to się ładnie dzisiaj mówi – dziewczynę albo partnerkę. Otóż jego była ma zagrać w kontynuacji PRL-owskiej komedii obok... o zgrozo!... aktorki, która otwarcie wyraża swoje poparcie dla PiS-u. Tego oczywiście żaden bojownik o wolność i demokrację nie może przemilczeć lub puścić płazem. Przecież zwolennicy PiS-u powinni być izolowani, a najlepiej wysłani w jakieś miejsce odosobnienia. Nie może być tak, by np. aktor popierający PO zagrał obok aktora popierającego PiS. Najlepiej wprowadzić segregację partyjną. A agencje aktorskie obowiązkowo powinny wpisywać w CV swoich aktorów ich preferencje polityczne. Nie można w żadnym razie dopuścić do tego, by np. króla Leara zagrał jakiś „pisior”, a Edmunda zwolennik PO lub Nowoczesnej.

W następnym etapie powinno się badać również preferencje polityczne pacjentów, a do tabliczki z nazwiskiem lekarza podawać, jakiej partii jest zwolennikiem. Żaden doktor, który popiera KOD nie może przecież leczyć zwolenników kaczystowskiego reżymu! Strach też iść do lekarza, który Prezesa uważa za męża stanu!

Kubuś niewątpliwie sporo się nauczył pilnie studiując Dmowskiego i jego proroczą analizę dojścia Hitlera do władzy, kiedy przyszły kanclerz Rzeszy był jeszcze dzieckiem.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Ludzie listy piszą, czyli co ma piernik do wiatraka?


Niedawno żona znanego piłkarza napisała list (listy?) do Polaków. Teraz „mędrzec” Europy napisał list do lidera The Rolling Stones. Z miejsca stał się oczywiście pośmiewiskiem Internetu, ale jakby nie zauważając swojej śmieszności brnie ponoć dalej w ten kanał i zamierza napisać do lidera grupy Pink Floyd.


Gdyby nasz „mędrzec” po prostu wyraził swój entuzjazm do muzyki słynnej brytyjskiej grupy rockowej, to można byłoby na to machnąć ręką. Ale on oczekiwał jakichś działań na rzecz „demokracji” w Polsce! Na szczęście sam Jagger miał więcej oleju w głowie niż przeciętny celebryta oraz „mędrzec” i stwierdził: „Polska to piękny kraj, ale ja jestem za stary, żeby być sędzią. Ale nie jestem za stary, żeby śpiewać”.


„Mędrzec” stał się pośmiewiskiem Internetu – i słusznie! Dziwne jednak, że pośmiewiskiem Internetu i w ogóle całej Polski nie stają się poważne media, gdy nagłaśniają wypowiedź jakiegoś celebryty, jakieś gwiazdki filmu lub muzyki pop, jakiegoś mniej lub bardziej znanego aktora na temat aborcji, wolnych sądów, konstytucji, praw homoseksualnych itp., itd. Dlaczego tak się nie dzieje?


Być może dlatego, że na co dzień ludzie nie uświadamiają sobie absurdalności, jaką jest emocjonowanie się wypowiedziami znanych gwiazdek na wymienione tematy. Fakt, że ktoś pojawia się często w telewizji, jeździ po świecie z występami i oglądany jest na ekranach kin nie przekłada się na kompetencje tej osoby do wypowiadania się na tematy związane z polityką, moralnością czy choćby... astrofizyką. Wyobrażacie sobie, jakie wybuchy śmiechu wzbudziłaby jakaś Beyonce czy inna Madonna, gdyby w wywiadach telewizyjnych dywagowała na temat życia na Marsie? Dlaczego zatem ktokolwiek przejmuje się nonsensami, które jakaś Gretkowska, jakiś Sthur czy inny Hołdys wypowiada na temat polityki, związków homoseksualnych, genderyzmu, sądownictwa aborcji, in vitro? Oni nawet nie potrafią powiedzieć nic sensownego poza zwykłymi inwektywami! Różni mądrale kiedyś prawili, że krzyk jest oznaką braku argumentów. A czym innym jest wulgaryzm?


Lech Wałęsa, nie zdając sobie z tego sprawy, jedynie pokazał, jak bardzo idiotyczne jest ekscytowanie się wypowiedziami osób, których jedyną kompetencją jest sława, na tematy zupełnie nie związane z wykonywanym przez nie zawodem.


piątek, 11 maja 2018

Nasi mali czarodzieje, złodzieje pamięci


Myśląc sobie dzisiaj o Żołnierzach Wyklętych, ze smutkiem skonstatowałem, jak bardzo przez ćwierć wieku urabiano naszą narodową świadomość. I jaką rolę odegrali w tym ludzie kultury i pop-kultury. Ci sami, którzy teraz tak chętnie oskarżają obecny rząd o „bolszewizm”, „faszyzm” i inne zbrodnie. Z jednej strony jest to już stare pokolenie – tych, którzy wychowali się w PRL-u i w tamtej epoce robili kariery. Z drugiej młodsi, którzy wychowali się w tej całej zakłamanej rzeczywistości, w tym kokonie, którym otoczono Polskę po tzw. „transformacji”.

Zastanówmy się bowiem nad takim faktem: dopiero od niedawna tak naprawdę robi się filmy o żołnierzach podziemia niepodległościowego walczących z sowieckim okupantem, z komunistami, pisze się o nich książki, śpiewa. Trzeba było niemal ćwierć wieku, by się tego doczekać! A co robili ci wszyscy piosenkarze, aktorzy, reżyserzy, artyści wszelacy wcześniej, by odzyskać Polskę, polską myśl, polską historię, polską świadomość, polską tradycję? Przebierali nogami do Europy, by teraz rozpaczać, że do niej nie weszli?! Kpili z polskości cytując i grając Gombrowicza i Mrożka?

Razi ich rząd PiS-u? A ilu z nich protestowało, wygłaszało buntownicze deklaracje, kiedy prezydentem zostawał Kwaśniewski? Ilu z nich się oburzało, gdy premierem był Leszek Miller? Ilu z nich deklarowało, że wyjadą z Polski, jeśli pogrobowcy PZPR ponownie wygrają wybory? To ich nie raziło, nie przerażało? Czemu nie huknęli – oni, ludzie kultury! – kiedy Kwaśniewski opowiadał dyrdymały, by wybrać przyszłość? Nie zdawali sobie sprawy z roli, jaką odgrywa tradycja w świadomości narodu?

Dlaczego na początku lat dziewięćdziesiątych nie robili filmów o rotmistrzu Pileckim? Nie opowiadali językiem kina o straceńcach, którzy wbrew wszelkim szansom wciąż walczyli o Polskę po 1945 roku? Dlaczego nie wydobywali z mroków zapomnienia postaci takich, jak np. Florian Czarnyszewicz czy Sergiusz Piasecki, nie kręcili filmów na podstawie ich powieści i opowiadań, nie wystawiali spektakli? Dlaczego nie opowiadali masowemu widzowi o utraconych Kresach? A kiedy już to ktoś zrobił, to czy koniecznie musiał sięgnąć po prozę byłego komunistycznego prokuratora i żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Naprawdę tak trudno było znaleźć inspirację w innych dziełach?

Jeśli już padały jakieś pomysły na film wojenny, to były to koncepcje nakręcenia nowej wersji Kapitana Klossa albo „Czterech pancernych”. Tak jakby ci ludzie nie mieli dostępu do innej literatury, prawdziwych świadectw, niesfałszowanych opowieści o wojennej i powojennej rzeczywistości! A mogli sięgnąć przynajmniej po wstrząsające relacje „W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali...” zebrane przez pupilka salonu Jana Tomasza Grossa (tak, tak, tego samego!) i Irenę Grudzińską-Gross i stworzyć z tego tragikomiczną (z naciskiem na pierwszy człon) panoramę zagłady Kresów.

Gdyby na początku lat dziewięćdziesiątych powstały filmy i seriale o Żołnierzach Wyklętych, gdyby powstał pełnometrażowy i wysokobudżetowy film o rotmistrzu Pileckim, gdyby taki film, jak „Wyklęty” został nakręcony np. w roku 1992, gdyby zrobiono film na podstawie np. „Wicika Żywicy” czy „Zapisków oficera Armii Czerwonej”, Kwaśniewski nie miałby szans na to, by zostać prezydentem RP (dobrze wiedział, dlaczego wybierał przyszłość). Cimoszewicz nie ośmieliłby się dzisiaj pokazać publicznie. Jaruzelski z Kiszczakiem zostaliby zdegradowani do stopnia szeregowca już w latach dziewięćdziesiątych, a dzisiaj nie byłoby już dawno ani jednej ulicy kojarzącej się z czasami komuny.

Bajki tu opowiadam! Przecież wiadomo, że zakulisowi i jawni macherzy by do tego nie dopuścili! Nie po to był okrągły stół i rozmowy w Magdalence, nie po to 4 czerwca 1992 roku. Żaden też z tych aktorów, piosenkarzy i różnej maści artystów, którzy tak dzisiaj chętnie krytykują obecne rządy i tęsknią do Europy, nie nadstawiałby karku. Oni są po prostu częścią tego wielkiego systemu mydlenia oczu i zakłamywania rzeczywistości, obojętnie czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie. Koniec, kropka.

poniedziałek, 7 maja 2018

Dobry celebryta to martwy celebryta


Nie, nie nawołuję do mordowania gwiazdek pop czy strzelenia do aktorów. Stwierdzam tylko jeden fakt: należy z dużą ostrożnością podchodzić do różnych nawróceń czy deklaracji wiary ze strony wszelakich celebrytów – i to zarówno rodzimych, jak i tych znanych na całym świecie. Póki są na tym świecie, mogą wywinąć niezły numer. Nawet jeśli nie wdadzą się w romans na boku, nie zaćpają na śmierć, to może się okazać, że choć oficjalnie deklarują się jako katolicy, są na bakier z moralną nauką Kościoła.

Sam kiedyś ekscytowałem się słynnymi swego czasu nawróceniami w środowisku muzyki alternatywnej czy po prostu młodzieżowej w Polsce. Gdzieś wśród książek mam chyba przynajmniej dwie z wywiadami z takimi nawróconymi muzykami. Świadectwo ich życia robiło na mnie ogromne wrażenie i pewnie do tej pory mógłbym sporo dobrego o nich powiedzieć. Wielu z nich jest wciąż czynnych zawodowo, angażują się oni w różne przedsięwzięcia, niekoniecznie o charakterze religijnym, ale także np. patriotycznym. Nie śledzę ich karier teraz zbyt uważnie, ale wydaje mi się, że owoce ich działań są dobre. Choć mogą pewnie budzić różne kontrowersje, to zdaje się, że są one bardziej natury estetycznej i nie mają związku z ortodoksją katolicką.

Z drugiej strony jednak wszelka ekscytacja powinna tu być tonowana. Nie róbmy świętych z ludzi wciąż żyjących. Dopiero po ich śmierci w pełni będzie można ocenić owoce ich życia. Nawrócony czy deklarujący swój katolicyzm celebryta może okazać się osobą po prostu... głupią albo najzwyczajniej w świecie niezrównoważoną, nieodpowiedzialną czy podatną na wszelkiego rodzaju pokusy, co potem może w kiepskim świetle przedstawiać jego deklarowaną wiarę.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że takiej osobie często wydaje się, iż ma jakieś szczególne prawo do zabierania głosu w sprawach publicznych i firmowania swoją twarzą różnych działań, które nie mają żadnego związku z wykonywanym przez nią zawodem muzyka, aktora czy innego szołmena. Jeśli nagłaśnia się jej opinię na temat polityki, to równie dobrze można by nagłaśniać opinię na ten sam temat pana Zenka z wulkanizacji, pani Ani z zakładu fryzjerskiego czy pana Zdzisia z lokalnej piekarni. Może się okazać, że te tzw. „proste” osoby mają więcej oleju w głowie niż taka głośna gwiazda. Niestety nie mają takich możliwości finansowych ani takiej sławy, by swoje pomysły wcielać w życie. Niestety mają je celebryci.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, ale nie tylko, nie dostrzega tego mylenia kompetencji. Jeśli słynna gwiazda, która na dodatek deklaruje swój katolicyzm, poprze np. kampanię na rzecz prawa dopuszczającego aborcję, czyli mordowanie nienarodzonych, to niektórym zaczyna się mieszać w głowach i sądzą, że może Kościół się myli w swej nauce. Nie, nie myli się. To pstro w głowie ma ta słynna gwiazda. Niech lepiej śpiewa piosenki lub gra w filmach, a skoro deklaruje swój katolicyzm, to niech nie wypowiada się na tematy, na których kompletnie się nie zna, a może powiedzieć przy tym coś, co będzie nie tylko głupie, ale również być może postawi ją w sytuacji grzechu ciężkiego, nie mówiąc już o niepowetowanych stratach i zniszczeniach, jakie ich głupota może wywołać.

Jeśli więc macie zamiar wybrać się na koncert U2, kupić ich płytę lub poprzeć jakąś ich akcję, to się dobrze zastanówcie. Zwłaszcza, jeśli jesteście katolikami. Wsparcie, jakie ta banda łobuzów (bo inaczej się ich określić nie da) udzieliła dla zmiany prawa w Irlandii po to, aby dopuścić mordowanie nienarodzonych, tylko potwierdza to, co napisałem na samym początku – dobry celebryta to martwy celebryta. Oby Pan Bóg przywrócił im rozum, nim zejdą z tego świata (najlepiej śmiercią naturalną i mając wciąż jeszcze szansę na nawrócenie i naprawienie ewentualnych szkód). I pomyśleć, że te szarpidruty ilustrują swoje poparcie dla zbrodniczego prawa umożliwiającego szlachtowanie niewinnych istot... serduszkiem! Hitler mógłby się od nich wiele nauczyć!

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Celebryci w oparach absurdu


Wspominałem już na tym blogu, że niektórzy obywatele Polski zdają się żyć w rzeczywistości wirtualnej. Chyba najbardziej predestynowani do takiego życia są aktorzy. I to się (niestety) potwierdza:


sobota, 1 grudnia 2012

I tak oto Boguś przestał być bohaterem

A mogło być przecież tak pięknie! Boguś jako Franz Mauer, który z giwery grzeje do obrzydliwego esbeckiego konusa Mariana. Tyle tylko, że Franz Mauer też esbekiem był. Albo złą kobietą może, bo już nie pamiętam. A tak... eh! No cóż... Ani Kmicic, ani Franz Mauer... Więc kto?
Chcieliście bohatera, to macie! He, he...