Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 kwietnia 2019

Corner Shop: „Elizabethan Shakespeare”, czyli dramaturg czasów destrukcji katolickiej Anglii

Elizabethan Shakespeare Petera Milwarda SJ to książka, którą każdy traktujący poważnie twórczość wielkiego dramaturga powinien koniecznie przeczytać. To, co mnie uderzyło przy lekturze tej pracy, to spokojny, wyważony namysł nad dramatami Szekspira, wywód, za którym stoi znakomita znajomość tych arcydzieł literatury kogoś, kto porusza się po nich z dużą swobodą i pewnością siebie. Ba! Przeglądając ją teraz, stwierdzam, że jednorazowa lektura nie wystarcza, że trzeba po tę książkę sięgnąć przynajmniej kilka razy, najlepiej też w konfrontacji z innymi tekstami poświęconymi mistrzowi ze Stratfordu.

Co ciekawe, Milward jest przeciwny „klasyfikowaniu sztuk Szekspira” jako „sztuk problemowych, sztuk rzymskich, wielkich tragedii i tak dalej”. Jak pisze: „Dotyczy to także zwyczaju, spopularyzowanego przez E.M. Tillyarda, dzielenia sztuk poświęconych historii Anglii na dwie tetralogie, od panowania Ryszarda II do panowania Ryszarda III – z pominięciem wcześniejszego przedstawienia Król Jan i ostatniego historycznego „romansu” – Henryka VIII. Nie chodzi o to, bym kwestionował wygodę takiego grupowania, z którego sam korzystałem w przeszłości, ale ich wielka niedogodność polega na sposobie, w jaki zacierają wyróżniające cechy każdej ze sztuk i łączą to, co lepiej zostawić rozdzielone. Bowiem Szekspir we wszystkich swoich autentycznych sztukach jest zdecydowanie wyjątkowy”.

To rozpatrywanie każdego z dramatów jako osobnego i wyjątkowego utworu nie przeszkadza jednak autorowi w tropieniu wątków i motywów, które pojawiają się i powtarzają w różnych formach w całym dziele Szekspira. Dotyczy to na przykład przedstawienia kobiet jako uosobienia Maryi Panny czy motywu przebrania, pielgrzymki lub podróży. Ciekawe jest na przykład spostrzeżenie, że te partie Henryka IV, które dotyczą niegodziwego i obmierzłego tchórza i pijaczyny Falstaffa, pisane są prozą i to samo dotyczy w Kupcu weneckim Shylocka, choć tutaj mamy do czynienia z pewną modyfikacją, gdyż są chwile, kiedy żydowski lichwiarz mówi „wciąż prozą, jednak jest w niej rytmiczna retoryka emocji”. Notabene analiza Kupca weneckiego autorstwa Milwarda aż się prosi o jakiś osobny tekst i najlepiej w konfrontacji z idiotyzmami interpretacyjnymi, które zdążono do tej pory o tej sztuce powypisywać czy przedstawić na scenie.

Warto może zauważyć przy okazji jeden fakt, że autor, pisząc m.in. o Kupcu weneckim, podkreśla skłonność Szekspira do moralizowania. Jak pisze: „Wydaje się, że jakby – mimo niemal powszechnej dezaprobaty świeckich uczonych – Szekspir objawia się w tej sztuce w swych prawdziwych barwach, jako kaznodzieja w nie mniejszej mierze niż dramatopisarz. Jego deklarowanym celem może być danie rozrywki publiczności i zarobku sobie i kolegom aktorom z trupy Chamberlain’s Men. Ale nie jego była nowożytna koncepcja „sztuki dla sztuki”, gdzie sztuka oddzielona jest od moralności. Pod tym przynajmniej względem w pełni dostosował się do krytycznego ideału renesansu, w którym rozrywka powinna łączyć się z pouczeniem. Tyle tylko, że jego idea pouczenia wykraczała zarówno poza Biblię, jak i banały moralności”.

Ważnym spostrzeżeniem Milwarda jest uwydatnienie dwóch ideałów kształtujących tę twórczość: tradycji i natury, obu obecnych na wsi i które zostają przeciwstawione miejskiej skłonności do rewolucji. I znowuż warto przytoczyć obszerniejszy fragment wywodów autora: „Różnicę pomiędzy tymi dwoma ideałami natury i tradycji można wyrazić dość prosto. Dla Szekspira natura była pogańska, jak to widzimy w duszkach podlegających Oberonowi i Tytanii (inne imię Diany) ze Snu nocy letniej, a tradycja była katolicka. Dotykamy tutaj nawet bardziej podstawowego aspektu geniuszu dramaturga, aspektu, który jest pomijany przez krytyków Szekspira od czasów krytyków wspomnianych wyżej [Bena Jonsona i Johna Miltona]. Dotykamy także tragedii wieku, w którym żył, tragedii, która również głęboko wniknęła w jego geniusz dramatyczny, a mianowicie: tragedii reformacji. Można by powiedzieć, że bez reformacji nie mielibyśmy Szekspira. Był tym, czym był, z powodu zmian religijnych, jakie zachodziły wokół niego od czasów jego narodzin, nawet w tak na pozór odległym hrabstwie, jak Warwickshire. Nie chodzi o to, że się zgadzał z tymi zmianami, gdyż wówczas nie stałby się tak wielkim dramaturgiem; raczej się z nimi głęboko nie zgadzał, gdyż – jak powiedziałem – był on człowiekiem wsi opowiadającym się za tradycją. Dla niego tradycja ta, wspólna Anglii i Europie, była katolicka, sięgająca wstecz do początków zarówno Anglii, jak i Europy i poza nimi do początków chrześcijaństwa. W jego oczach jednakże nowi protestanci, którzy zdobyli władzę pod auspicjami tak zwanej Królowej Dziewicy, byli rewolucjonistami z miast, angażującymi się w niszczenie wszystkiego, co było mu drogie”.

Przytoczywszy ten ostatni cytat nie muszę chyba wyjaśniać, jaki Szekspir wyłania się z książki Petera Milwarda. Jest to bez wątpienia Szekspir fascynujący, inny od tych interpretacji, które suflują nam pewni krytycy i interpretatorzy, widzący w nim na przykład prekursora egzystencjalizmu, teatru absurdu czy nawet ideologii gender.

Książka opatrzona jest dwoma dodatkami, z których pierwszy przytacza klasyczne opinie angielskich autorów o Szekspirze, a drugi podaje „Bibliografię poświęconą Szekspirowi i chrześcijaństwu”. Oba bez wątpienia mogą być pomocne w kolejnych poszukiwaniach i lekturach.

Peter Milward SJ, Elizabethan Shakespeare, Sapientia Press of Ave Maria University, Ave Maria, Florida 2007.


wtorek, 9 kwietnia 2019

Corner Shop: Gra cieni, czyli ukryty świat Szekspira

O tej fascynującej książce wspominałem już kilka razy na swoim blogu. Początki pomysłu na napisanie Shadowplay sięgają jeszcze pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy Clare Asquith przebywała w Związku Sowieckim, gdzie jej męża wysłano na placówkę dyplomatyczną. Oglądając w teatrze przedstawienie, które było adaptacją opowiadań Czechowa, autorka uświadomiła sobie, że zawierało ono aluzje do ówczesnej ponurej rzeczywistości. Były one jednak na tyle subtelne, że obecni na sali „stróże porządku” ich nie wychwycili. Wykształcony widz był natomiast w stanie je wyłapać.

Zastanawiając się nad tym, autorka doszła do wniosku, że być może podobnie było w przypadku Szekspira, który tworzył w czasach, kiedy w Anglii działało rozwinięte i rozbudowywane państwo policyjne, a prawa katolików były brutalnie łamane. W końcu wybitny dramaturg też korzystał ze starych dzieł, przerabiając je i adaptując do potrzeb scenicznych. Wgłębiając się w twórczość samego Szekspira, czytając inne utwory literackie i dokumenty z epoki, analizując ówczesną historię, Clare Asquith doszła do wniosku, że nadszedł czas, by na nowo odczytać dzieło wielkiego angielskiego dramaturga i poety. „Od jego śmierci uniwersalne sztuki Szekspira były adaptowane dla szerokiego spektrum aktualnych i politycznych przesłań: być może jest tak, że jedyne przesłanie, które przeoczyliśmy, to przesłanie samego autora”.

O swojej książce autorka powiada zatem, że „jej punktem wyjścia jest relacja o historii czasów Szekspira, która opiera się nie na tradycyjnej wersji Angielskiej przeszłości, ale na dziele nowego pokolenia badaczy reformacji, którzy malują obraz powszechnego oporu, inwigilacji, przymusu i prześladowań w XVI-wiecznej Anglii. Śledzi ona zatem rozwój zaszyfrowanego, dysydenckiego języka w represyjnych latach, jakie nastąpiły po reformacji, latach cenzury i propagandy, w czasie których tematyka religii i polityki była dramaturgom wzbroniona. I wyjawia ona, że Szekspir rozwinął ten ukryty szyfr w wyrafinowaną formę sztuki, wcielając ją z olśniewającą umiejętnością w swoje bardziej znane dzieła. Istotą tej zaszyfrowanej metody pisania oczywiście było to, że będzie ona „sporna” – innymi słowy niemożliwa do udowodnienia. Jedynie szczegółowe pokazanie uderzających ścisłych paralel pomiędzy doniosłymi wydarzeniami XVI wieku a nawiązaniami ukrytymi w cenzurowanej literaturze tamtego czasu przekona współczesnych miłośników Szekspira – przyzwyczajonych do wieków zdecydowanie uniwersalistycznych interpretacji jego dzieła – że istnieje obecnie argument za tym, by na nowo zbadać jego pisma w świetle ich zrewidowanego kontekstu historycznego. Dla wielu okaże się to szokiem. Przeciwnie do wielkich autorów klasycznych, Szekspir jest zazwyczaj postrzegany jako pisarz tak wybitny, że polityka jego czasów jest nieistotna, a nawet rozprasza. Jednak coraz częściej historycy i badacze literatury wydobywają na światło dzienne świadome echa tamtych czasów w ówczesnej literaturze, echa tak subtelne i aluzyjne, że sprowadzają się do ukrytego języka”.

Autorka zatem rozpatruje dzieło geniusza dramatu na tle wydarzeń historycznych. Zamiast przedstawiać nam jakiś zakłamany, zniekształcony obraz „Szekspira współczesnego”, oferuje nam Szekspira osadzonego w swoich czasach, w rzeczywistości elżbietańskiej Anglii, na którą przypadła większość jego życia, i w Anglii Jakuba I, pod którego rządami przeżył ostatnie 13 lat. Taka perspektywa, a także nawiązania do twórczości innych ówczesnych autorów, pozwala odkryć w dziele Szekspira rzeczy, które do tej pory badacze przeoczali. Na przykład kwestię katolickości ich autora. Ba! Pozwala zrozumieć te partie tekstu, które wydawały się do niedawna niezrozumiałe, niejasne. Pozwala także wyjaśnić pozorną niekonsekwencję, jaką było pojawienie się niektórych sztuk, które zdawały się wręcz cofnięciem w rozwoju albo zaskakującym odstępstwem od dotychczasowej linii rozwojowej. Takim przypadkiem są na przykład te utwory, które zdaniem Asquith były skierowane już nie do Jakuba I, ale jego przedwcześnie zmarłego syna, Henryka.

Nie sposób w krótkiej recenzji omówić wszystkich fascynujących rewelacji, jakie przedstawia ta niezwykła książka. Wydaje mi się też, że niektóre interpretacje mogą budzić pewne wątpliwości, choć nie sposób nie przyznać, że autorka zawsze podpiera je odniesieniami do ówczesnej rzeczywistości, osadza je w konkretnym kontekście. Na szczęście są też badacze, którzy kontynuują osiągnięcia Aquith i prowadzą badania nad katolickością Szekspira i ukrytymi nawiązaniami do ówczesnych realiów. Dużą zaletą dla czytelników twórczości wielkiego angielskiego dramaturga jest też zamieszczony na końcu książki słownik słów-kluczy, które pozwalają zrozumieć rozsiane po utworach aluzje. Dodajmy, że są to nie tylko słowa-klucze używane przez samego Szekspira.

Praca Asquith odkrywa więc faktycznie przed czytelnikiem świat, o którym do tej pory nie miał w większości pojęcia. Pod powierzchnią „uniwersalistycznych” sztuk wielkiego dramaturga, kryje się zakodowana historia czasów samego Szekspira, historia nie mniej ponura niż dzieje samego Makbeta czy Danii Hamleta, która „jest więzieniem”. Na szczęście w dobie, w której niektórzy katoliccy hierarchowie są gotowi świętować obchody reformacji, pojawia się coraz więcej opracowań pokazujących ponure oblicze reformacji, także tej angielskiej. A więc jest szansa również na to, że takie badania, jakie przedstawia książka Asquith, będą się przebijać do publicznej świadomości. Nawet jeśli opór będą stawiać wielbiciele Harolda Blooma, Jana Kotta czy np. „genderowych” odczytań wielkich dramatów. Jedyny problem polega jednak na tym, że ta znakomita książka, jaką jest bez wątpienia Shadowplay, do tej pory nie została udostępniona polskiemu czytelnikowi, który nie ma możliwości przeczytania jej w oryginale.


Clare Asquith, Shadowplay: The Hidden Beliefs and Coded Politics of William Shakespeare, PublicAffairs, New York.

czwartek, 4 kwietnia 2019

O Szekspirze w smętnym nastroju (dwuznaczność zamierzona)

Pisanie o Szekspirze bez znajomości języka angielskiego w zasadzie pozbawione jest sensu. Nawet najlepszy przekład nie odda wszystkich gier słownych i aluzji. A jeśli Clare Asquith ma rację, że wielki dramaturg zaszyfrował w swoich utworach historię swoich czasów, pozostawił w nich doświadczenie ówczesnego państwa policyjnego (a wydaje się, że jej wywody są mocne, wbrew niektórym krytykom), to sprawa dla czytelnika polskich przekładów jest w zasadzie beznadziejna. Tym bardziej, że współczesne przekłady Słomczyńskiego i Barańczaka nie są opatrzone żadnymi przypisami. Nie wiem, być może za tym brakiem kryje się poczucie translatorskiej klęski, a może po prostu koszty redakcji takiego tekstu, które zwiększałyby cenę książki. Przypisami opatrywał swoje tłumaczenia Władysław Tarnawski (również badacz katolickości tej twórczości), ale – co jest większym skandalem – jego przekład pozostaje w większości w rękopisie.

Weźmy jeszcze pod uwagę fakt, że dla naszych rodzimych interpretatorów wciąż niestety autorytetami wydają się być Harold Bloom i Jan Kott. A wydawałoby się, że akurat w Polsce, z naszym doświadczeniem, powinniśmy być wyczuleni właśnie na tę grę cieni, jak pisała o tym Asquith, albo też metadramat, jak nazywał to Peter Milward SJ – jak się wydaje jeden z wybitniejszych interpretatorów twórczości szekspirowskiej. Niestety, chyba na uczelniach na wydziałach filologicznych siedzi jakaś lewicowa jaczejka, a ważne książki Milwarda, Pearce’a, Wilsona czy Asquith pozostają znane jedynie wąskiemu gronu tych, którzy nie tylko władają językiem angielskim, ale jeszcze na dodatek na tyle się interesują literaturą, by po nie sięgnąć (jeśli w ogóle się o nich dowiedzą).

Jeden przykład. Bez wnikania w szczegóły, na które może jeszcze przyjdzie czas. Biorę do ręki trzy polskie tłumaczenia jednego z ważniejszych, piękniejszych i niezwykle przejmujących fragmentów twórczości wielkiego dramaturga: Ulricha, Słomczyńskiego i Barańczaka. Porównuję je z oryginałem. Okazuje się, że przekład Barańczaka jest zgrabny poetycko, ale autor jakby w ogóle nie zrozumiał (albo nie chciał zrozumieć?), o co w nim tak naprawdę chodziło. Coś tam niby z aluzji, podwójnych znaczeń i gier słownych zostaje, ale jest to raczej ich cień. A co najważniejsze Barańczak zupełnie ześwieccza przesłanie się w nim kryjące, wręcz banalizuje je. Tak – banalizuje. Po prostu spłyca. Co aż strach powiedzieć, ale tak niestety jest. Najbliżej oryginału są właśnie Ulrich i Słomczyński, choć i u nich pewne sensy się gubią. Zachowany jednak zostaje wymiar metafizyczny, religijny. Mogłyby to do pewnego stopnia poprawić przypisy, które nie tyle obnażałyby klęskę translatorskich trudów, ale podkreślały, z jak niezwykle trudną materią przyszło się tym tłumaczom zmagać. Nie wiem niestety, jak poradził sobie z tym passusem Władysław Tarnawski. W jego książce o Szekspirze, którą omawiałem na tym blogu, tego fragmentu niestety nie ma.

Reszta jest milczeniem. A może milczeniem jest spoczynek.


czwartek, 14 marca 2019

Po co nam Szekspir?

Przedwojenną książkę Władysława Tarnawskiego o Szekspirze nabyłem w zasadzie z dwóch powodów. Po pierwsze zaintrygowała mnie informacja, że był on w gruncie rzeczy jednym z prekursorów badań nad katolickością autora Hamleta. Po drugie dlatego, że kiedy przeglądałem Szekspira. Książkę dla młodzieży i dla dorosłych w czytelni Ossolineum, urzekła mnie jego opowieść o początkach fascynacji twórczością wielkiego dramaturga.

Książka Tarnawskiego jest w istocie tym, co zapowiada tytuł: „Książką dla młodzieży i dla dorosłych”, to znaczy jest napisana w przystępny sposób, taki, który przyniesie korzyść zarówno ludziom młodym, jak i dorosłym. To po prostu doskonałe wprowadzenie w twórczość angielskiego dramaturga. Autor zajmująco maluje tło historyczne, pozwalające pojąć rozwój dramatu i literatury, który doprowadził do pojawienia się geniusza, jakim był William Szekspir. Podaje też garść informacji o samym twórcy, jednocześnie sceptycznie podchodząc do pewnych niezweryfikowanych lub nieweryfikowalnych legend czy podań o jego życiu. Ta ostrożność autora jest cenna, bo nie upowszechnia rzeczy, które nie mają solidnych podstaw, opiera się tylko na tym, co jest pewnym faktem.

Większość książki to z kolei streszczenie sztuk Szekspira. I to jest część, która u czytelnika znającego twórczość dramaturga może budzić dużo mniejsze zainteresowanie. Autor bowiem rzadko zdobywa się na jakieś bardziej pogłębione interpretacje poszczególnych dramatów – to po prostu zwykłe streszczenia. Z reguły też te z dzieł Szekspira, które uważa za mało udane czy ciekawe, zbywa tylko paroma zdaniami – jednym krótkim akapitem. Bez trudu można poznać w ten sposób stosunek autora do danego dzieła. Najwięcej miejsca rzecz jasna poświęca tym, które powszechnie są uznane za najwybitniejsze osiągnięcia. Ta część książki może służyć jako rodzaj kompendium wiedzy o treści poszczególnych dramatów, przypomnienie przed maturalnym egzaminem lub po prostu odświeżenie sobie na szybko znajomości którejś ze sztuk przed pójściem do teatru.

Nie znaczy to, by ta część była dla czytelnika znającego utwory autora Makbeta bezwartościowa. Jej dużym atutem są tłumaczenia samego Tarnawskiego. Autor rozsiał dość sporo tych przykładów swojego translatorskiego kunsztu po całej książce. Jeśli dobrze się orientuję, Tarnawski przetłumaczył całość spuścizny Szekspira. Niestety w dalszym ciągu pozostaje ona po większej części w rękopisie. To dość dziwne. Czyżby w dalszym ciągu ciążyło na nim odium „wroga ludu”, który zmarł w komunistycznym więzieniu? Czy nie ma możliwości zdobyć dotacji z Ministerstwa Kultury na wydanie w całości tłumaczenia Tarnawskiego, tak jak zrobiono to z przekładami Barańczaka i Słomczyńskiego? Co robią angliści i instytucje dofinansowywane z kieszeni podatnika, które powinny podjąć taką inicjatywę? Promują gender studies?

W książce zaskoczyła mnie natomiast jedna rzecz. Tarnawski dostrzega przemiany w poszczególnych epokach, na które podzielił twórczość Szekspira, ale nie próbuje tak naprawdę zgłębić tych przyczyn. Ot, na przykład w epoce trzeciej, obejmującej lata 1599-1608, autor dostrzega „nagłą zmianę” i stwierdza, że „na poetę działała cały szereg przyczyn, a z pewnością nie najmniejszą z nich była rosnąca znajomość życia i natury ludzkiej”. Dalej stwierdza pojawienie się pesymistycznego obrazu „stosunku mężczyzny do kobiety” i stwierdza, iż „przypuszczano, że musiało w życiu Szekspira zajść coś, co na niego wpłynęło w tym duchu”.

Przypomnijmy, że to czasy, kiedy powstały jedne z najwybitniejszych dzieł Szekspira: m.in. Makbet, Hamlet, Król Lear, Juliusz Cezar. Autor z niezrozumiałych dla mnie względów pomija kompletnie ówczesną sytuację społeczno-polityczną. A przecież same daty, w ramach których Tarnawski zamyka tę trzecią epokę, są znamienne. Na przykład w roku 1599 główny cenzor Królestwa zabronił drukowania sztuk o tematyce historycznej. Chodziło o historię Anglii. Od razu mamy wyjaśnienie, dlaczego dramaturg właśnie w tym okresie napisał Juliusza Cezara, Koriolana oraz Antoniusza i Kleopatrę (jeśli datowanie jest prawidłowe). Lata 1600-1601 to spisek lorda Essex. Rok 1603 to śmierć królowej Elżbiety i objęcie tronu przez Jakuba I, z którym katolicy wiązali nadzieje na zakończenie prześladowań i tolerancję religijną. 5 listopada 1605 roku to spisek prochowy i zaostrzenie prześladowań katolików. Czy trzeba więcej? Wyobraźmy sobie, że w XXV wieku ktoś bada twórczość polskiego poety, o którym ma skąpe dane biograficzne, dostrzega u niego nagłą zmianę tonu w jego utworach w latach, powiedzmy, 1981-1983 i zamiast zwrócić uwagę na stan wojenny, badacz zastanawia się, co takiego zaszło w jego życiu osobistym!

Ale, jak napisałem, autor bardziej dał streszczenie poszczególnych utworów niż ich pogłębioną interpretację, na co zresztą w książce o takiej objętości nie byłoby z pewnością miejsca. Na końcu rozpatruje natomiast kwestię katolicyzmu Szekspira. Dostrzega argumenty za, nie wyklucza tej możliwości, ale jest ostrożny w swoich konkluzjach. Stwierdza, że „był jednak bez wątpienia dobrym chrześcijaninem. Jego dodatnie postaci w chwilach cierpienia zwracają się do Boga. (...) Ateistą jest u Szekspira jedynie zbrodniarz Edmund w Królu Learze”. Zdaje się, że siedem lat później, kiedy opublikował studium na ten temat, Tarnawski był bardziej przekonany co do katolicyzmu wielkiego dramaturga. Ale o tym zamierzam się dopiero przekonać.

Chyba warto na koniec przytoczyć ostatni akapit książki wybitnego znawcy Szekspira, mimo upływu dziesięciioleci zadziwiająco aktualny:

Grzeszy się w naszych czasach ciężko lekceważeniem spraw duchowych,  zapomina się o nich wśród gorączki życia. Niejeden odpowiedziałby na taką uwagę: Co nam po filozofii i poezji, skoro mamy kolej żelazną, auto, aeroplan, operacje odmładzające i kino? – Kilka minut myślenia dowiedzie nam, że bez jasnych wytycznych moralnych wszystkie nasze wynalazki będą jedynie środkami pogoni za brudnym zyskiem, narzędziami złych czynów i rozsadnikami zepsucia. Nie należy pogardzać zdobyczami naszej kultury materialnej. Ale tylko zdobycze duchowe, osiągnięte przez rasę naszą w ciągu niezliczonych wieków, mogą nadać im prawdziwą wartość i prawdziwą treść wewnętrzną. Szukajcie jej w Szekspirze – a znajdziecie.

Władysław Tarnawski, Szekspir. Książka dla młodzieży i dla dorosłych, Wydawnictwo Zakładu Narodowego Ossolineum, Lwów 1931.


wtorek, 19 lutego 2019

Szekspir i trzęsienie ziemi w Anglii

Pisałem w sobotę o artykule Andrzeja Wadasa zamieszczonym w zeszłorocznym 141 numerze krakowskich „Arcanów”. Wspomniałem, że na postawione w tytule pytanie – „Szekspir jako świadek i kronikarz rewolucji tudorańskiej?” – można by odpowiedzieć przytaczając interpretacje 2-3 sztuk Szekspira, jakie można znaleźć w fascynującej książce Clare Asquith (cytowanej zresztą przez autora). Aby nie być gołosłownym, podam jeden interesujący przykład.

Najprościej, aby udowodnić, że Szekspir w swej twórczości odzwierciedlał (i komentował). czasy mu współczesne, byłoby wziąć jedną ze sztuk historycznych dramaturga. Dlaczego? Dlatego, że historia była dla ówczesnych twórców pretekstem do mówienia o otaczającej ich brutalnej rzeczywistości. Polakom chyba nie trzeba tego za długo tłumaczyć. Dość wspomnieć, że praktyka ta musiała być mocno upowszechniona, skoro główny cenzor królestwa w roku 1599 wydał zakaz publikacji sztuk o tematyce związanej z historią Anglii. Stąd prawdopodobnie, aby obejść te obostrzenia cenzorskie, Szekspir sięgnął do historii rzymskiej i tak powstał jego dramat Juliusz Cezar.

Jeślibyśmy więc chcieli sprawdzić, co wielki dramaturg miał do powiedzenia o swoich czasach, moglibyśmy poddać krótkiej interpretacji taką sztukę, jak Makbet (notabene tutaj z kolei autor sięgnął do historii Szkocji, co mogło być pozornym hołdem dla króla Jakuba I, ale też kolejnym przykładem igrania z cenzurą).

Co jednak, jeślibyśmy sięgnęli po coś, co w żaden sposób nie kojarzy się z prześladowaniem katolików, mordowaniem w imieniu prawa katolickich kapłanów, niszczeniem katolickich sanktuariów i relikwii? Na przykład, gdybyśmy wzięli tragedię Romeo i Julia? Albo jeszcze lepiej –jedną z komedii? Czy to możliwe, żeby taka z pozoru niewinna farsa, jak Wiele hałasu o nic, miała w sobie jakieś nawiązania do czasów współczesnych Szekspirowi? Co więcej – żeby dotyczyła w jakiś sposób prześladowania katolików, mówiła o najświeższej historii Anglii? Sztuka umiejscowiona we Włoszech? Clare Asquith udowadnia, że tak. A swoją drogą: skąd w ogóle pomysł, by sytuować akcje dramatów we Włoszech? Moda tylko?

Juliusz Kydryński w posłowiu do tłumaczenia komedii Wiele hałasu o nic pisze, że „dowcipne” dialogi Beatrice i Benedicka współczesnemu czytelnikowi nie wydają się wcale takie zabawne, a nawet te „inteligentne” potyczki mogą nużyć. Ot, po prostu się „zestarzały”. Autor posłowia jednak nie próbuje drążyć tematu i odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego humor tych dialogów się zestarzał, a scenki ze strażnikami miejskimi wciąż mogą wywoływać śmiech? Plebejski humor śmieszy nas zawsze, niezależnie od epoki, a wyrafinowane gry słowne i aluzje są już dla nas jedynie sztuką dla sztuki? A może najzwyczajniej w świecie czegoś nie dostrzegamy?

Clare Asquith sugeruje to ostatnie. Twierdzi, że te błyskotliwe dialogi (nie tylko Beatrice i Benedicka) – których sensu dzisiaj nie rozumiemy, a nawet jesteśmy gotowi posądzać tłumacza o spapranie translatorskiej roboty – są usiane aluzjami do współczesnych Szekspirowi wydarzeń lub najnowszej (dla autora) historii.

Weźmy dwa przykłady. Oto w pewnym momencie w dialogu bohaterów pada data 6 lipca. Dzisiaj czytelnik nie ma pojęcia, dlaczego w ogóle taka data w tekście się pojawia, nie znajduje dla niej żadnego uzasadnienia. Tymczasem wystarczy sobie uświadomić, że jest to data stracenia Tomasza Morusa, którego ścięto dokładnie 6 lipca 1535 roku. Co więcej, właśnie 6 lipca roku 1483 zmarł w Tower Edward V, a koronowany został Ryszard III (tytułowy bohater jednej ze sztuk historycznych Szekspira). Ale nie koniec na tym! 6 lipca 1553 roku zmarł Edward VI! Zadziwiająca koincydencja, prawda? Zwróćmy również uwagę na zwierciadlane odbicie roku: 1535-1553.

Daje do myślenia? To może jeszcze ten drugi szczegół, który może współczesnemu czytelnikowi czy widzowi umknąć. W pewnym momencie w dialogu pojawia się wzmianka o trzęsieniu ziemi. Tym razem nawet w kontekście ma to jakiś sens. Poza tym Włochy to rejon sejsmiczny. Jesteśmy nawet gotowi to pominąć i czytać czy oglądać dalej. Ale zaraz, zaraz... Mało kto kojarzy Anglię z trzęsieniami ziemi. Tymczasem w roku 1580 doszło do trzęsienia ziemi właśnie w Anglii. Jeśli dobrze się orientuję, to było to największe trzęsienie, jakie nawiedziło ten rejon, a jego skutki odczuwano także w samym Londynie. Za jaki znak to wówczas brano, nie muszę chyba wyjaśniać. Dodajmy, że wydarzyło się to w środę wielkanocną.

Jeśli wspomnimy jeszcze wzmianki bohaterów tej sztuki o „heretyckiej” postawie Benedicka, zwrócimy uwagę na to, że obie główne bohaterki – ich cechy fizyczne – uosabiają w zakodowany sposób protestantyzm (Hero) i katolicyzm (Beatrice), nagle zaczynamy dostrzegać w tej komedii coś więcej niż zwykłą, mniej lub bardziej zabawną romantyczną historyjkę...

Więc jak to będzie z tym kronikarzem i świadkiem?


piątek, 15 lutego 2019

Nieudane inscenizacje Szekspira jako świadectwo mizerii naszych czasów

Pisałem już parę razy na tym blogu o karkołomnych interpretacjach sztuk Szekspira, które spłycają wymowę jego dzieł, robiąc z nich wręcz jakąś polityczną agitkę, niedostrzegając prawdziwej głębi i sensów, jakie kryją się w jego dramatach. Można wręcz powiedzieć, że teatralne dzieła wielkiego Anglika to utwory wielowarstwowe, a powierzchowna interpretacja dostrzega tylko to, co jest pozorem jedynie, nawet nie pierwszą warstwą. Jak zauważyła jedna z cytowanych na tym blogu badaczek, nawiązując do motywu trzech szkatułek w Kupcu weneckim, większość interpretatorów wybiera złotą szkatułkę i odchodzi z kwitkiem. Choć różnica pomiędzy nimi a bohaterami tej najczęściej mylnie interpretowanej komedii jest taka, że ci interpretatorzy nie zdają sobie sprawy, że wybrali błędnie.

Filmowe czy teatralne interpretacje Szekspira świadczą więc dobitnie o mizerii naszych czasów. Owe adaptacje przypominają wręcz wypaczające świat w sposób szczególny krzywe zwierciadło, które zamiast prawdziwych sensów i głębi, pokazuje w istocie jakąś parodię tych wielkich dramatów.

A co ciekawe, to te oryginale dzieła, których nieudane interpretacje sceniczne oglądamy, często mówią wiele tak naprawdę o nas samych, to znaczy o świecie, w którym przyszło nam żyć dzisiaj. Czym innym jest bowiem Makbet, jeśli nie zwierciadłem naszego świata, w którym staczanie się w szaleństwo nabiera przyspieszenia, gdy człowiek ustanawia siebie samego panem własnego losu, buntując się przeciwko normom i prawom Bożym? Czy masowe szlachtowanie nienarodzonych dzieci nie przypomina morderczego pragnienia zapanowania nad przyszłością, jakie kieruje Makbetem?

Nie, nie jest Szekspir żadnym prekursorem teatru absurdu ani egzystencjalizmu. W jego świecie Bóg istnieje, a naruszenie Jego praw kończy się klęską bohaterów, subiektywną, a nie obiektywną utratą sensu. Świat szekspirowskich dramatów ma sens, to jedynie grzech zaślepia jego bohaterów tak, że tracą poczucie rzeczywistości i przestają dostrzegać prawdę. Przytaczane często z lubością słowa Makbeta o życiu, które „jest cieniem ruchomym jedynie” czy „bajką opowiedzianą przez głupca, pełnego furii i wrzasków, które nic nie znaczą” (tłum. M. Słomczyńskiego”), tak naprawdę mówią wiele o stanie duszy głównego bohatera, a nie są opisem świata według Szekspira.

Coś takiego właśnie zdaje się mówić James Bemis w swoim szkicu „Macbeth on Film” w krytycznym wydaniu tego dramatu oficyny Ignatius Press, w którym poddaje analizie pięć adaptacji filmowych:

Na swoim najbardziej podstawowym poziomie, poza wspaniałą poezją i znakomitą charakterystyką postaci, Szekspir pokazuje Makbeta ulegającego pokusie pychy, tego samego grzechu, któremu uległ Adam. Obaj chcieli żyć bez Boga, wieść swoje własne życie, iść swoją własną ścieżką i lekceważyć granice swojej wolności narzucone przez Boże ograniczenia. Jednak czy ta „wolność od Boga” poprawiła światy tych ludzi, uczyniła ich szczęśliwszymi? Wprost przeciwnie, Adam został wygnany na zawsze z rajskiego ogrodu, a Makbet stoczył się w mordercze szaleństwo, które doprowadziło do śmierci sumienia i duszy, rozpadu jego małżeństwa, samobójstwa jego żony oraz chaosu i destrukcji jego królestwa. To zatem jest wielka lekcja, jaką Szekspir przekazuje w Makbecie: że próba życia bez Boga może jedynie przynieść cielesną i duchową śmierć, zarówno jednostek, jak i społeczeństw. Wziąwszy to pod uwagę, niepowodzenie tak wielu filmowych adaptacji w przywołaniu tego podstawowego sensu świadczy o bezmyślności czasów, w których żyjemy.


piątek, 18 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo czy Shakespeare był homoseksualistą?

Joseph Pearce, podejmując w swojej znakomitej książce The Quest for Shakespeare temat rzekomego homoseksualizmu w niektórych utworach wybitnego dramaturga – co sugerują co bardziej „oświeceni” krytycy, przytacza m.in. wypowiedź Iana Wilsona:

„Wszystko w dziele [Shakespeare’a] (...) sprawia wrażenie, że był on autentycznie bogobojny w czasie, kiedy sodomia była przestępstwem zagrożonym karą śmierci, a ludzie religijni wszystkich wyznań uważali ją za natychmiastowy paszport do piekła. (...) Dzielił łoże ze starszą od siebie kobietą i poślubił ją, gdy był jeszcze nastolatkiem, mając z nią szybko trójkę dzieci. Jego koledzy aktorzy podobnie byli bogobojnymi, żonatymi mężczyznami z wielodzietnymi rodzinami (...) [i] jest wielce nieprawdopodobne, by tolerowali aktywnego homoseksualistę wśród swego grona”.

wtorek, 8 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo smutny homoseksualista pluje na Żyda

Pisząc o posłowiu Juliusza Kydryńskiego do tłumaczenia Kupca weneckiego autorstwa Macieja Słomczyńskiego zwróciłem uwagę na sugestię o rzekomo homoseksualnej relacji Antonia i Bassania, jaka miała łączyć tych bohaterów. Oczywiście Kydryński pisał w czasach, kiedy mógł swobodnie dać wyraz swojemu obrzydzeniu, a samą taką sugestię potraktować jako jeszcze jeden przykład nikczemności głównych bohaterów tej sztuki: będących nie tylko wrednymi antysemitami i rasistami, ale także zboczeńcami.

Badając po amatorsku temat katolicyzmu Szekspira, zorientowałem się, że sugerowanie homoseksualnego związku Antonia i Bassania, a przynajmniej homoseksualnej „miłości” jednego z bohaterów, nie jest czymś wyjątkowym. Oto w omawianej już na tym blogu książce Małgorzaty Grzegorzewskiej Teologie Szekspira pojawia się taka interpretacja smutku Antonia (podkreślenie moje):

Kiedy pokusimy się o zestawienie kondycji Antonia z sytuacją Hamleta, wówczas jasnym stanie się, że o ile w wypadku tego pierwszego możemy mówić o nieznajomości samego siebie wynikającej z przymusu smooszukiwania (obserwując bieg zdarzeń domyślamy się, że Antonio ukrywa miłość do młodego Bassania), o tyle kondycja księcia wydaje się całkowicie uzależniona od zewnętrznych okoliczności.

Oto w jednym zdaniu pani Grzegorzewska rozwiązała problem smutku Antonia. Biedaczek „ukrywa miłość do młodego Bassania”! Domyślam, że chodzi oczywiście o „miłość” homoseksualną, bo jakże interpretować to inaczej, skoro Antonio daje wyraz swojego poświęcenia i męskiej przyjaźni (miłości) dla swojego przyjaciela niemal od samego początku i niczego nie trzeba się tu „domyślać”.

Joseph Pearce zwraca uwagę na to, że sugestie o homoseksualnych relacjach niektórych szekspirowskich bohaterów są po prostu jeszcze jednym znakiem aberacji naszych czasów. Chciałoby się dodać – upadku naszych czasów. Miłość została bowiem sprowadzona w świecie, w którym triumfuje idiotyczna ideologia gender, do relacji seksualnej, a wyrazy miłości między męskimi bohaterami szekspirowskich sztuk są traktowane jako ekspresja relacji homoseksualnej.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze powszechnej seksualizacji głębsze sensy wybitnego i mylnie odczytywanego dzieła, jakim jest Kupiec wenecki, umykają tak subtelnej badaczce teologicznych głębi szekspirowskiej dramaturgii. U Kydryńskiego Antonio był po prostu wrednym antysemitą i homoseksualistą łożącym kasę na swojego utrzymanka. U Grzegorzewskiej Antonio jest homoseksualistą, który nie ma odwagi zrobić „coming-outu”

środa, 7 listopada 2018

Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. II


Właściwie moje wątpliwości co do książki Grzegorzewskiej zaczęły się już od wstępu o. Szymona Hiżyckiego OSB, w którym pojawia się intrygująca, acz karkołomna, teza o „obiektywności” powieści i powieści jako formie uprawiania teologii:

Powieść pokazuje nam, że to, co opisuje teologia, nie jest wcale abstrakcją odklejoną od świata, ale raczej precyzyjnym opisaniem praw nim rządzących, więcej nawet – uchwyconych w konkretnym momencie rzeczy ukrytych od jego założenia, a które przecież decydują o naszym być albo nie być. Powieść ma w tym doświadczeniu tę przewagę nad doświadczeniem potoczności, że jest obiektywna i nieskażona naszymi uprzedzeniami do ludzi bądź instytucji. Kryje zatem w sobie olbrzymie możliwości poznawcze.

Wydaje mi się, że autor ulega mniej więcej temu samemu złudzeniu, jakiemu swego czasu uległ (wciąż ulega?) Milan Kundera, gdy pisał o polifoniczności powieści. Akurat powieści Kundery wydają się mieć więcej wspólnego z relatywizmem niż z polifonicznością. Piszę to jako osoba, dla której niegdyś odkrycie Nieznośnej lekkości bycia było ogromnym przeżyciem intelektualnym i estetycznym. Dzisiaj na tamtą młodzieńczą fascynację patrzę z dużym dystansem. O. Hiżycki chyba ma dokładnie takie same złudzenia jak Kundera. Zastanawiałem się wprawdzie, czy dobrze rozumiem jego intencje, ale stwierdziłem, że będę myślał prosto: „obiektywny” to znaczy pozbawiony uprzedzeń, to zaprzeczenie subiektywizmu, to odzwierciedlenie świata takim, jakim jest.

Czy powieść jest obiektywna? Myślę, że jednak nie. Powieść jest mniej więcej tak samo subiektywna jak wiersz, może tylko poprzez nagromadzenie fikcyjnych i odmiennych postaci dawać złudzenie tej „obiektywności”, o której pisze o. Hiżycki. Cały wywód autora wstępu miał na celu przekonania czytelnika o swoistej „obiektywności” dramatu, będącego zdaniem autora „powieścią obdartą ze skóry”.

Wracając do Grzegorzewskiej muszę powiedzieć, że książkę czytałem momentami z narastającym rozdrażnieniem. Nieco złośliwie, parafrazując samą autorkę, mógłbym powiedzieć, że Szekspir nie odrobił lekcji z wykładów Agambena i nie przeczytał książki neomarksisty Waltera Benjamina o źródłach dramatu żałobnego w Niemczech. I mógłbym dodać, że z pewnością nie wpadł w zachwyt, gdy Kott porównał Króla Leara do teatru absurdu. Nie wiem również, co Szekspir powiedziałby o stwierdzeniu, że „nachodźcy” to „przykład kolejnej totalitarnej nowomowy naszych smutnych czasów” (sic!). Jakże irytująca jest ta wyższość moralna niektórych intelektualistów!

Czy to oznacza, że nie warto przeczytać książki Grzegorzewskiej? Nie, warto. Autorka z pewnością daje popis olbrzymiej erudycji. Nie śmiałbym też w żaden sposób podważać jej kompetencji i znajomości teatru elżbietańskiego czy historii literatury. Można mówić o wspomnianej wyżej błyskotliwości stylu. Jako laik odnajduję w książce Grzegorzewskiej także garść cennych informacji. Czasem drobnych, ale mających istotne znaczenie dla zrozumienia dramaturgii wielkiego Anglika. Ot choćby słynne słowa Hamleta o klasztorze. Pearce nie wspomina, że słowo „nunnery” (klasztor) miało również inny sens w mowie potocznej – wulgarny, a oznaczający burdel. To zdecydowanie zmienia nasze spojrzenie na ten znany fragment. Być może autor The Quest for Shakespeare pomija to znaczenie, bo dla czytelnika w kulturze anglosaskiej jest ono oczywiste? A może po prostu jego interpretacja (z którą niekoniecznie trzeba się zgadzać) arcydzieła nie uwzględnia tego sensu? Trudno mi powiedzieć.

Bardzo też cenię sobie te partie esejów Grzegorzewskiej, w których odnajduje ona paralele i nawiązania do Biblii. Ten trop wydaje się wręcz oczywisty, choć można się zastanawiać, czy momentami autorka nie posuwa się w swoich interpretacjach za daleko. Ale to samo mógłby ktoś zarzucić Pearce’owi. Mam poza tym wrażenie, że zarówno Pearce, jak i Grzegorzewska dochodzą momentami do podobnych wniosków. Stosując ponownie metaforę, mógłbym jednak powiedzieć, że w przypadku autorki Teologii Szekspira wrażenie jest takie, jakby doprowadziła ona nas do tego samego punktu okrężną drogą, pokazując piękne lub przerażające krajobrazy, wiodąc nas po bagnach i oczeretach, by w końcu zaprowadzić nas do punktu, do którego Pearce doszedł dużo krótszą trasą, niekiedy może tylko usuwając ostrą maczetą zarośla i chwasty, które zarosły szlak. W kilku punktach z pewnością nie byłoby między nimi zgody.

Zastanawiam się też, czy tytuł: Teologie Szekspira nie jest nieco na wyrost. Czy faktycznie mamy tu do czynienia z kilkoma teologiami, czy z dywagacji Grzegorzewskiej, zadawanych przez nią pytań i wysnutych wniosków nie wyłania się jednak jedna teologia i to – wbrew intencjom autorki, by nie opowiadać się po żadnej stronie – jak najbardziej katolicka? Jednym z przewijających się motywów, który zwrócił moją uwagę, okazuje się motyw wyrządzonego zła, krzywdy, odkupieńczego cierpienia, miłosierdzia i przebaczenia. A na to wszystko nakłada się Męka naszego Pana, Jego śmierć na krzyżu i Zmartwychwstanie, a do tego katolicka nauka o Wcieleniu i rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii. Hmm...

PS.

Warto jeszcze dodać, że sama książka, choć skromnie wydana, ma pomysłową i ładną okładkę. Takie książki z przyjemnością bierze się do ręki i z pewnością należą się tutaj podziękowania i wyrazy uznania dla o. Borysa Kotowskiego OSB, który rzecz zaprojektował.

Małgorzata Grzegorzewska, Teologie Szekspira, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, seria Homini, Kraków 2018.

wtorek, 6 listopada 2018

Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. I


Trzy książki Josepha Pearce’a na temat Szekspira i jego twórczości były dla mnie otwarciem oczu na piękno dzieł wielkiego dramaturga i poety. Gdybym miał ująć to metaforycznie, stosując jakiś obraz, to powiedziałbym, że wrażenie jest takie, jakby Pearce rozciął gruby kokon interpretacyjny narosły wokół dzieła autora Makbeta i pokazał tę twórczość, jeśli nie w stanie czystym, to niemal takim właśnie. Mógłbym powiedzieć, że lektura The Quest for Shakespeare czy Through Shakespeare’s Eyes była czymś takim, jakby ktoś przetarł zamgloną, poplamioną szybę i nagle ukazał się wyraźny obraz tego, co było jedynie rozmazaną plamą.

Stosując tę metaforykę, mógłbym powiedzieć, że lektura Teologii Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej po tych trzech książkach była dla mnie takim doświadczeniem, jakby ktoś na nowo tego „odzyskanego” Szekspira szybko zaczął motać w nowy, gruby kokon interpretacyjny. Albo jakby ktoś na tę przetartą szybę rzucał kolejne, różnokolorowe plamy, dając nam do zrozumienia, że to jest rzeczywisty obraz.

Tak się składa, że mamy znakomity przykład zarówno u Grzegorzewskiej, jak i u Pearce’a, by zilustrować, o co chodzi. Oboje przytaczają dokładnie ten sam, dobrze znany „cmentarny” fragment z Szekspira. Dla Grzegorzewskiej jest to pretekst, by mówić o „szmerze istnienia” Maritaina i zacytować Ingardena. Tymczasem Pearce w Through Shakespeare’s Eyes zauważa przede wszystkim w tej scenie wyraźne nawiązanie do poezji Roberta Southwella, a konkretnie do jego wiersza Upon the Image of Death. Dalej stwierdza, że dla publiczności w czasach Szekspira nieobce byłyby, po rozpoznaniu tej inspiracji, inne aluzje do tego wybitnego poety metafizycznego, a przy tym jezuity i świętego męczennika Kościoła katolickiego. U Grzegorzewskiej o Southwellu nie ma ani słowa, ten poeta nie jest też wymieniony nawet w bibliografii na końcu książki.

Te różnice widać także i w innych partiach tekstu. Grzegorzewska chętnie przytacza koncepcję „szmeru istnienia” neotomisty Maritaina, Pearce raczej odwołuje się bezpośrednio do św. Tomasza z Akwinu. Grzegorzewska dość często cytuje neomarksistę Waltera Benjamina (nie powiem – jego uwagi są dość intrygujące), Pearce zwraca uwagę na spór nominalistów z realistami i jego widoczne echo w arcydziełach Szekspira (autorka Teologii Szekspira wspomina o nim jedynie mimochodem); Grzegorzewska wędruje po epokach, Pearce próbuje umieścić dzieła wielkiego dramaturga w kontekście jego czasów; Grzegorzewska zachwyca się spostrzeżeniem Jana Kotta o podobieństwie Króla Leara do XX-wiecznego teatru absurdu i nurtu egzystencjalnego, Pearce wykazuje absurdalność takiego tropu...

Przy tym zaznaczam, by nie być źle zrozumianym – bibliografia Pearce’a pewnie jest nie mniej bogata niż Grzegorzewskiej, oboje autorów łączy też błyskotliwość stylu – np. sam esej „Spopielanie. Hamlet” Grzegorzewskiej jest popisem zgrabnej kompozycji z przewijającym się motywem wspomnianego już wyżej „szmeru istnienia”.

sobota, 3 listopada 2018

Corner Shop: Niedorzeczny Szekspir Jana Kotta


Rekomendowałem już na tym blogu parę razy pisarstwo Josepha Pearce’a. Pearce, oprócz tego, że jest wykładowcą i autorem kilku ważnych książek poświęconych nie tylko Szekspirowi, ale również m.in. takim twórcom, jak Chesterton, Belloc czy Sołżenicyn, jest także redaktorem serii klasyki w amerykańskim wydawnictwie Ignatius Press. Wśród książek wydanych z tej serii jako „szekspirologa” amatora zwrócił moją uwagę rzecz jasna King Lear.

Gorąco polecam tę publikację każdej osobie, która czuje się na tyle mocna w angielskim, by spróbować lektury tego dzieła w oryginale. Przy tym rekomenduję wydanie w formie elektronicznej, gdyż ułatwia ona sprawdzanie nieznanych słów czy zwrotów bez potrzeby zaglądania co chwilę na koniec książki lub wertowania słowników (aczkolwiek w samej książce jest kilka błędów w edycji lub formatowaniu, które wydawnictwo powinno poprawić).

Zaletą tej edycji wielkiego dramatu Szekspira jest nie tylko możliwość czytania go w formie elektronicznej (gdyż staje się to już w zasadzie standardem), ale spory wybór krytyki szekspirowskiej. Mamy tutaj bowiem zarówno przykłady klasycznej recepcji Króla Leara (takich autorów, jak John Keats, Samuel Johnson czy A.C. Bradley), jak i teksty współczesnych znawców literatury angielskiej (oprócz szkicu samego redaktora wydania). Przy czym teksty współczesne rzucają snop światła na to dzieło z chrześcijańskiego punktu widzenia, co też nie jest niczym dziwnym, skoro o chrześcijaństwie, czy wręcz katolicyzmie wybitnego dramaturga angielskiego pisze redaktor wydania również w innych swoich publikacjach (o czym zresztą pisałem już na tym blogu).

Zwracam jednak uwagę czytelników na to amerykańskie wydanie Króla Leara nie tylko dla jego walorów poznawczych, to znaczy pomieszczonych tu esejów, które pozwalają zrozumieć i docenić głębię i ukryte wymiary tego arcydzieła. Podsuwam tę książkę również dla obecnego w niej wątku polskiego, a konkretnie dla krytyki takiej interpretacji Szekspira, jaką zaoferował Jan Kott, a także fatalnego wpływu tego krytyka na współczesne inscenizacje Króla Leara.

Jan Kott to pewnie dla wielu literaturoznawców, a także absolwentów filologii zarówno angielskiej, jak i polskiej, wciąż wybitny autorytet. Pamiętam, z jakim zachwytem sam niegdyś czytałem, jeszcze w podziemnych wydaniach „Zeszytów Literackich” jeden z jego sugestywnych i świetnych literacko szkiców. Ta sława zdaje się nie mijać, na co wpływ zapewne ma międzynarodowe uznanie i wpływ książki Kotta Szekspir współczesny. Ostatnio zetknąłem się z taką entuzjastyczną uwagą o tym krytyku w książce Teologie Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej (o której z pewnością nie omieszkam tutaj jeszcze napisać).

Tymczasem, czy wszyscy na Zachodzie tak bardzo ekscytują się spojrzeniem Kotta na twórczość Szekspira? Zerknijmy na dwa teksty z wydania Króla Leara pod redakcją Josepha Pearce’a.

James Bemis w swoim szkicu „King Lear on Film” przedstawia słynne filmowe wersje arcydzieła Szekspira. Pisząc o kinowej interpretacji Petera Brooka, w której główną rolę odtwarzał Paul Scofield, autor daleki jest od zachwytów, jakie można spotkać do dziś wśród polskich krytyków. Przede wszystkim zauważa, że dzieło znanego reżysera zamienia „Króla Leara w dramat egzystencjalistyczny, bez krztyny prawdziwego człowieczeństwa”. Dalej autor zwraca uwagę na wpływ Jana Kotta właśnie na taką, a nie inną wizję słynnego dramatu we wspomnianym wyżej filmie Brooka:

Być może egzystencjalizm był modny na początku lat 70-tych XX wieku, ale obecnie podejście Brooka wydaje się niemądre [w orginale: „silly”]. Co ciekawe, to spojrzenie na Leara zasugerował Szekspir współczesny, kontrowersyjna książka Jana Kotta. Kott przedstawia niedorzeczne twierdzenie, że Shakespeare był jednym z nas – nie jednym z tych zacofanych ludzi średniowiecza, ale naprawdę współczesnym facetem. Stąd wersja Leara Brooka ma modne źródła. W zgodzie z tym „postępowym” tematem Scofield przedstawia Leara jako monotonnego, ponurego i wyczerpanego. Niestety inscenizacja tej sztuki jako dramatu egzystencjalistycznego lekceważy jego oczywiste elementy odkupieńcze. A zatem, choć być może jest to Lear Brooka, to z pewnością nie jest to Lear Shakespeare’a.

Nie mniej krytyczny jest Jack Trotter w swoim eseju „Tragic Necessity and the Uncertainty of Faith in Shakespeare’s King Lear”. Autor broni tradycyjnej interpretacji Króla Leara i zauważa, że „pozostaje (...) argument nie do odparcia na rzecz poglądu, że tradycyjne odczytanie Króla Leara – takie, które uznaje jego wymiar transcendentny – oddaje większą sprawiedliwość sztuce niż dużo nowsze interpretacje, z których większość uparcie jest oddana postmodernistycznemu i (nie wprost) nihilistycznemu kulturalnemu Duchowi Czasu”. A nieco dalej stwierdza:

Mimo tego, co okazuje się w Królu Learze być opatrznościowym wzorem czyśćcowego cierpienia, po którym następuje przebaczenie, pojednanie i powrót do duchowego zdrowia, w ostatnich dziesięcioleciach krytyka usiłowała radykalnie zakwestionować tę perspektywę. Jak się wydaje ta zmiana nastąpiła na początku lat 60-tych XX wieku i w bardzo dużym stopniu odzwierciedla awangardowe niepokoje filozoficzne i artystyczne tamtej epoki. Na przykład wpływowa interpretacja tej sztuki autorstwa Jana Kotta nie odnajduje w niej tragedii w ścisłym rozumieniu, ale nową formę tragedii, w której dominującą nutą jest to, co groteskowe. Tragedia w klasycznym rozumieniu tego terminu, jak Kott prawidłowo zauważa, „jest potwierdzeniem i uznaniem absolutu”. Tragedia przynosi katharsis, podczas gdy groteska „nie oferuje jakiejkolwiek pociechy”. Król Lear w tym spojrzeniu nie  proponuje uznania absolutu ani pociechy. Shakespeare jest „nam współczesnym”, ponieważ przynajmniej w Królu Learze jego wrażliwość jest bliższa tej, jaką można odnaleźć w dramacie absurdu Becketta czy Ionesco. Dla Polaka Kotta świat Leara jest światem bezsensownego, na pozór przypadkowego okrucieństwa okupacji nazistowskiej i – następnie po niej – terroru okupacji sowieckiej.

Jakkolwiek osobiste i przesadne byłoby odczytanie Króla Leara przez Kotta, jego perspektywa gwałtownie rozprzestrzeniła się w środowisku akademickim, w którym nieco udomowiona odmiana podejścia Kotta do sztuki pozostaje konwencjonalnym paradygmatem.

William Shakespeare, The Tragedy of King Lear with Classic and Contemporary Criticisms, red. Joseph Pearce, Ignatius Press, San Francisco 2008 [wersja elektroniczna].

sobota, 20 października 2018

Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. I


Lektura książek Josepha Pearce’a o Szekspirze może być dla wielu otwarciem oczu na piękno i głębię dramatów angielskiego poety, odkryciem ich w gruncie rzeczy na nowo. The Quest for Shakespeare, o której to książce już wspominałem na tym blogu, jest przede wszystkim analizą dowodów na katolicyzm autora Króla Leara. Sam Pearce zapatrywał się na tę sprawę sceptycznie – mimo że o katolickiej mentalności wielkiego dramaturga pisali również tacy wybitni katolicy, jak Belloc, Chesterton czy kard. Newman – ale w końcu musiał stwierdzić, że zebrany materiał – choć sam przyznaje, że jest to materiał poszlakowy – pozwala z dużą pewnością mówić o Szekspirze jako katoliku i w tym świetle czytać jego twórczość.

Już w The Quest for Shakespeare Pearce znajdował potwierdzenie na ten katolicyzm również w utworach. Nic dziwnego, że dwie kolejne swoje książki poświęcił dogłębnej analizie dramatów. Through Shakespeare’s Eyes szczegółowo interpretuje Hamleta, Kupca weneckiego i Króla Leara. O tej książce może jeszcze parę słów na tym blogu napiszę. Trzecia książka szekspirowska, Shakespeare on Love, skupia się tylko na jednej tragedii – Romeo i Julii, czy też może raczej – Romeo i Juleczce albo Romeo i Julci, jak chyba stosowniej byłoby przetłumaczyć tytuł tej sztuki (o czym mowa będzie za chwilę). Warto dodać, że na końcu tej publikacji znajduje się również obszerny i arcyciekawy dodatek poświęcony wpływom na twórczość Szekspira jego dalekiego kuzyna, wielkiego poety metafizycznego, męczennika Kościoła katolickiego i świętego – Roberta Southwella.

Podejście Pearce’a do dramaturgii Szekspira przypomina mi w dużej mierze spojrzenie Hansa Georga Wunderlicha na wykopaliska na Krecie. Wunderlich przyglądając się wykopaliskom w słynnym Knossos, a potem innym podobnym odkopanym „pałacom” na Krecie, doszedł do wniosku, że badacze tych archeologicznych odkryć popełnili błąd podstawowy – „czytali” to, na co patrzyli, stosując współczesne nam miary, współczesny światopogląd, współczesne wzorce kulturowe i nie biorąc pod uwagę faktu, że być może odkryta cywilizacja różniła się od naszej tak diametralnie, że należy ją raczej odczytywać w kontekście kultury i środowiska, w jakim powstawała, uwzględniając przy tym odkrycia z różnych innych dziedzin niż tylko archeologia, takie choćby jak geologia, historia literatury, mitologia, ekonomia, badanie starożytnych tekstów, które w różnej formie przetrwały do naszych czasów.

Kiedy Wunderlich zastosował taką metodę i odstawił na bok opowiastki o beztroskiej cywilizacji, którą zmiótł jakiś niespodziewany kataklizm, wyłoniła się kompletnie inna wizja cywilizacji minojskiej od tej, jaką zresztą do tej pory sprzedaje się turystom i czytelnikom popularnych opracowań na temat historii starożytnej Grecji. Nagle okazało się, że być może te pałace z wodociągami i „nowoczesnymi” wannami to tak naprawdę pałace funeralne, a więc miejsca pochówku, podobne do tych, jakie znajdują się w Egipcie; że radośnie pląsające delfiny, to wcale nie symbol beztroski, ale motyw żałobny; że panie paradujące w „śmiałych” strojach odkrywających biust, to w rzeczywistości płaczki żałobne itd., itp.

Piszę o tym w wielkim skrócie, bo tematem jest książka samego Pearce’a, a nie Tajemnica Krety Wunderlicha. Otóż analizy literackie Pearce’a, podobnie jak archeologiczne dociekania Wunderlicha, zmieniają zupełnie nasze spojrzenie na dramaturgię Szekspira. Od szkoły średniej w zasadzie traktowałem Romeo i Julię jako tragedię o romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia, która jako swą główną przeszkodę napotkała waśń między dwoma możnymi rodami. Nie mogąc się oficjalnie kochać, młodzi muszą skonsumować swój związek w tajemnicy, choć bacząc na względy przyzwoitości i moralności, bo po równie tajemnym ślubie, którego udziela im życzliwy zakonnik. Niestety nienawiść ich rodzin doprowadza do tragedii, której można by było uniknąć, gdyby dorośli mieli więcej rozsądku i nie kierowali się emocjami (!). Jak to możliwe, że sam nie dostrzegłem w tym sprzeczności?

No cóż... Pearce roztrzaskuje taką wizję słynnej tragedii w drobny mak. A robi to czytając tę sztukę m.in. w kontekście epoki i katolickiego, a już na pewno chrześcijańskiego i to zakorzenionego w filozofii św. Tomasza z Akwinu, spojrzenia na świat wpisanego w sam utwór. I nagle nie dość, że wszystko zaczyna nabierać głębszego znaczenia, to jeszcze okazuje się, że sama sztuka jest o czymś zupełnie innym, niż sądzą zarówno nieuważni badacze, jak i ulegający im czy czarowi samej sztuki czytelnicy. Jednym słowem autor Shakespeare on Love burzy romantyczne odczytanie tej tragedii.

środa, 29 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. IV


Można by się tak dalej pastwić nad karkołomną interpretacją Juliusza Kydryńskiego, szczegółowo analizując cały tekst i pokazując wszystkie idiotyzmy (nie wahajmy się użyć tego słowa), jakie zawiera jego posłowie do dramatu Szekspira. Jednak wydaje mi się, że te parę przykładów, które omówiłem w poprzednich odcinkach, powinny wystarczyć. Nie jest to przecież rozprawa naukowa, jedynie amatorskie dywagacje. Zwróćmy może jeszcze tylko uwagę na dwa punkty w interpretacji Kydryńskiego.

Zatem tym razem dłuższy cytat z jego interpretacji:

„Więc to nie Shakespeare, lecz chrześcijańscy mieszczanie weneccy niszczą Shylocka, który zawinił jedynie tym, że powiedział: „Popełnię łotrostwo, którego wy mnie nauczyliście, a choć niełatwo to pójdzie, prześcignę nauczycieli!” – i że istotnie do końca można było się spodziewać, że je popełni.

Ale go przecież nie popełnił! Tymczasem Antonio, ów »szlachetny« Antonio, już po wyroku Porcji, mści się jeszcze na Shylocku za ową winę nie popełnioną, zmuszając go do przyjęcia chrztu i przywłaszczając sobie prawo decydowania o resztkach jego majątku (a mówiąc nawiasem, nie myśli nawet o oddaniu zaciągniętego długu)!” (podkreślenia – Kydryński).

Przykro to powiedzieć, ale Kydryński znowu powypisywał głupoty. Stwierdzenie, że Shylock „zawinił jedynie” tym, że coś powiedział, jest absurdalne. Shylock konsekwentnie domagał się przed sądem Księcia wykonania zobowiązania, które Antonio pochopnie podpisał, dając się Żydowi wciągnąć w pułapkę. Swoją zatwardziałością zszokował wszystkich. Dążył wyraźnie do tego, by zabić Antonia, bo tym przecież skończyłaby się realizacja podpisanego w rewersie warunku. Nastawał więc na życie obywatela Wenecji. Czy jakikolwiek sąd coś takiego puściłby komukolwiek płazem? „Proszę Wysokiego Sądu, ja tylko żartowałem!” To przecież paradne! Kydryński sugeruje, że być może werdykt, jaki został wydany, skrócił życie lichwiarza. A co musiał przeżywać Antonio, widząc w wyobraźni, jak Shylock wycina mu funt ciała, godząc się na to, przyjmując taki obrót sprawy z rezygnacją, bo był przekonany, że

Książę nie może zmienić nurtu prawa;
Gdyż zaprzeczenie przywilejów, które
Mają w Wenecji cudzoziemcy, może
Z wielkim uszczerbkiem być dla sprawy państwa?

Owszem, Shylock zasłania się tym, że nauczył się łotrostwa od chrześcijan. I mamy przykład w samym tekście, że sami chrześcijanie nie są świetlanymi postaciami. Gratiano pewnie z chęcią powiesiłby lichwiarza, gdyby tylko mógł. Sam Antonio z naszego punktu widzenia też nie jest tak szlachetny, jakby się chciało, bo przecież według słów samego Shylocka pluł na niego i kopał go. Jednak na jego usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że ta pogarda, okazywana w tak mało wyrafinowany sposób, była związana z lichwiarską działalnością Żyda oraz faktem, że nie był chrześcijaninem, a więc narażał swoją duszę na wieczne potępienie. Oczywiście dla naszej współczesnej mentalności nie jest to powód, by tak obchodzić się z człowiekiem. Nie mówiąc już o tym, że trudno kogokolwiek w ten sposób nawrócić.

Poza tym Antonio ratował dłużników Shylocka, pomagał im uniknąć kłopotów związanych z lichwiarskimi procentami. Chrześcijanie (z wyjątkiem Porcji, ale to temat na inny już tekst) nie są ideałami, ale też sam Szekspir nie kreśli postaci papierowych, to niemal ludzie z krwi i kości. W porównaniu do Shylocka, który jest postacią odrażającą, wypadają zdecydowanie lepiej, choć nie są też wzorami cnoty. 

Kydryński z uporem maniaka brnie w obronę Shylocka stwierdzając, że „przecież nie popełnił” czynu, który zapowiadał. Ale zamierzał go popełnić! I wyraźnie mówi o tym w rozmowie z Tubalem: „Jeśli nie dotrzyma terminu, wezmę jego serce, bo gdy zniknie z Wenecji, będę mógł tak handlować, jak zechcę”. Czy to tylko czcza przechwałka? Słowa te możemy potraktować niemal tak, jak wypowiadane na stronie, bo mówi je swojemu ziomkowi, a więc nie bezpośrednio któremuś z chrześcijan. Jak już napisałem wcześniej, pozbycie się Antonia byłoby dla Shylocka korzystne i mamy na to dowód w słowach samego lichwiarza.


niedziela, 12 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. III

Inny fragment, w którym Juliusz Kydryński wczytuje w tekst arcydzieła Szekspira swoje, niepoparte niczym, pomysły interpretacyjne: „Znamy wynik rozprawy i »odmowne załatwienie« Shylocka. Ale na jedno chciałbym zwrócić uwagę: jakkolwiek Shylock nieustępliwy jest do ostatka, nikt nie może z całą pewnością powiedzieć, że w decydującym momencie rzeczywiście zabiłby Antonia na oczach doży, sędziego i wszystkich zebranych. Albo inaczej: któż zaręczy, że zemsta Shylocka nie polega właśnie na owej grze do ostatniej chwili, na grze, która dostatecznie ukarze jego dawnego prześladowcę, a obecnego dłużnika? Przecież Porcja także gra do ostatka, niemal do samego decydującego momentu odwlekając pomyślne – dla Antonia i wszystkich z wyjątkiem Shylocka – rozwiązanie sprawy!”

To jest w gruncie rzeczy sprytny chwyt interpretacyjny – sugerowanie czegoś, czego w tekście nie ma, ale co na pozór jest możliwe. Równie dobrze można by powiedzieć, że dwie wyrodne córki Leara mogłyby się nawrócić, gdyby nie zginęły!

Otóż po pierwsze: nie ma nic w samym tekście, co sugerowałoby, że taka właśnie jest gra Shylocka. Nic! Gdyby autor tego pokrętnego wywodu przytoczył choć jedno zdanie Shylocka, choć jedną kwestię wypowiedzianą „na stronie” (co w tekście teatralnym sugeruje myśli bohatera, których rzecz jasna nie słyszą inni bohaterzy), to wówczas mógłbym przyznać mu rację, że „nikt nie może z całą pewnością powiedzieć”, że Shylock „zabiłby Antonia”.

Mamy za to całą kwestię Shylocka wypowiedzianą „na stronie” właśnie, która zdradza jego rzeczywiste powody i intencje:

Jakże spogląda ze wzgardą ów celnik!
To Chrześcijanin, więc go nienawidzę,
Lecz bardziej za to, że, głupiec nikczemny,
Pożyczki daje gratis, obniżając
Procent przy zwrocie tu u nas w Wenecji,
Jeśli uchwycę go, choć raz, pod żebro,
Nakarmię dawne urazy do syta.
Naród nasz święty ma on w nienawiści,
Łając mnie (w miejscach, gdzie schodzą się kupcy)
Za me umowy i uczciwe zyski,
Które zwie lichwą: jeśli mu przebaczę,
Niech klątwa spadnie na mój lud!

Raz jeszcze: to jest kwestia Shylocka wypowiedziana „na stronie”, a więc zdradzająca jego prawdziwe myśli. Czy trzeba przytaczać jeszcze inne jego słowa, by pokazać, co tak naprawdę kieruje lichwiarzem? Sam Shylock podaje tutaj dwie przyczyny swojej nienawiści: fakt, że Antonio jest chrześcijaninem i to, że ów kupiec psuje mu biznes. W zasadzie można by dopisać trzecią: nienawiść Antonia do Żydów, ale sam lichwiarz podaje przyczynę tej nienawiści – lichwę.

Dlaczego Szekspir nie włożył w usta Shylocka choćby takiej mniej więcej wypowiedzi „na stronie”: „Poigram sobie z tobą, bratku, aż mdlał będziesz z przerażenia, a potem splunę ci w twarz z pogardą!” Wówczas moglibyśmy przyklasnąć Kydryńskiemu, bo takie słowa Shylocka sugerowałyby możliwość wycofania się Shylocka w ostatniej chwili. Shylock natomiast mówi: „jeśli mu przebaczę, niech klątwa spadnie na mój lud!” To bardzo poważna deklaracja, choć wypowiedziana w myślach. To w gruncie rzeczy przysięga. Wycofanie się w ostatniej chwili byłoby złamaniem tej przysięgi.

Shylock był przekonany, że stoi za nim prawo. Sam domagał się bezwzględnego wypełnienia prawa, realizacji postanowień umowy, które trywializował z początku, by wciągnąć Antonia w pułapkę, co staje się jasne wówczas, gdy Antonio okazuje się być bankrutem (na pozór – jak późniejszy rozwój wypadków pokazuje). Zabicie Antonia „na oczach doży, sędziego i wszystkich zebranych” miało więc lichwiarzowi ujść na sucho, bo stało za nim prawo. Shylock nie przewidział jednak możliwych komplikacji prawnych właśnie, a wynikających z innych jeszcze regulacji, jak np. tych, dotyczących zabicia obywatela Wenecji.

Dlaczego mielibyśmy przypuszczać, że Shylock nie wykonałby swojego zamiaru? Wszak nic nie sugeruje, by sam Shylock był gołębiego serca. Jak już pisaliśmy wcześniej, wolałby na przykład ujrzeć swoją córkę martwą, gdyby zwróciło to mu jego kosztowności. Skąd więc przypuszczenie, że do ostatka by grał, a potem się wycofał? Zabicie Antonia byłoby wręcz dla Shylocka korzystne! Pozbawiłoby go to sporego kłopotu – człowieka, który psuł mu biznes pożyczając bez lichwiarskich procentów i wykupując dłużników!

Ale jeszcze kwestia Porcji. Tak, Porcja też przeciąga sprawę do ostatniej chwili. Ale ma to swoje uzasadnienie. Po pierwsze: daje Shylockowi szansę na wycofanie się ze swojego zamiaru, okazanie przez niego miłosierdzia. Shylock na takiej postawie nic by nie stracił. Więcej – zyskałby nawet pod względem materialnym – wszak Bassanio ofiarował mu hojne wynagrodzenie zwłoki w spłacie długu. Po drugie: Shylock chciał prawa, a nie miłosierdzia. I to właśnie dostał. Porcja pokazała konsekwencje ścisłego przestrzegania prawa. Wszak sam Shylock (prze)powiedział: „Na moją głowę niech spadną me czyny!” Tu wszystko jest logiczne, a domniemania Kydryńskiego to zwykłe chciejstwo, które ma jedynie podbudować jego chwiejne wywody.


czwartek, 9 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. II


Pisze dalej Juliusz Kydryński: „Chyba to jasne, że Shylock pada ofiarę spisku zawiązanego przeciwko niemu – to prawda, że pod wpływem szczególnych okoliczności i na pół tylko świadomie...”.


To kolejny nonsens. Autor wprawdzie się zmitygował i dodał, że ów „spisek” został zawiązany „na pół tylko świadomie”, ale to nie zmienia faktu. Jeśli mamy tutaj do czynienia w ogóle z jakimś „spiskiem”, to nie wymierzonym przeciwko Shylockowi, ale mającym na celu ratowanie Antonia i faktycznie „na pół tylko” świadomego lub kompletnie nieświadomego.


Zacznijmy jednak od początku. Antonio, proszony o pomoc przez Bassania, decyduje się zaciągnąć pożyczkę u Shylocka. Robi to dla przyjaciela i swojego „krewnego”, choć gardzi Shylockiem jako lichwiarzem, ale także Żydem (nie rzutujmy tutaj na sztukę naszego doświadczenia II wojny światowej!). Antonio jest przekonany, że dług spłaci bez trudności, wszak zainwestował w po ludzku pewny biznes, który ulokowany jest w kilku okrętach zdążających do różnych rejonów świata. Ba! Antonio jest przekonany, że spłaci dług na miesiąc przed terminem, który wynosi 3 miesiące. Jeśli ktoś tutaj „pada ofiarą”, to jest to z pewnością Antonio, na którego Shylock zastawia pułapkę! Winą Antonia jest może to, że zbytnio ufa w przyszłość i dobra materialne, jest zbyt pewny siebie i to, że dla poratowania przyjaciela decyduje się pożyczyć pieniądze od lichwiarza na procent, co sam potępia.


Shylock natomiast ewidentnie wciąga Antonia fortelem w pułapkę, proponując mu na pozór „śmieszny” i niepoważny kontrakt, jakim jest zobowiązanie się do spłacenia długu funtem własnego ciała, gdyby nie został on oddany na czas. Sugeruje przy tym, że tak naprawdę zależy mu nie tyle na zysku, co na przyjaźni samego Antonia, bo cóż to za zysk w postaci funta ludzkiego ciała! Antonio łatwowiernie, z miłości do przyjaciela daje się omamić, choć Bassanio próbuje początkowo protestować przeciwko takiemu na pozór „niewinnemu” zobowiązaniu. Gdzież jest więc ten spisek przeciwko Shylockowi? To Shylock czuje tak ogromną nienawiść do Antonia, że gotów jest nawet zaryzykować pieniądze (które ewidentnie kocha bardziej niż swoją córkę!), by się na nim zemścić. Ma nadzieję, że statki ulegną katastrofie, a wtedy Antonio stanie się ofiarą jego zemsty. Jego nienawiść jest tak silna, że sam Shylock już nawet nie zważa na stratę w postaci 3 tys. dukatów. Być może zresztą jest to tak naprawdę inwestycja w przyszłość, wszak Antonio psuje mu biznes!


To może w czasie konfrontacji przed księciem dopatrzymy się tego „spisku”, o którym pisze Kydryński? W którym miejscu? Shylock przez cały czas domaga się twardej sprawiedliwości, Antonio jest gotów „jego furii spokój przeciwstawić”. Shylock chce „funt ścierwa”, bo taki jest jego „kaprys”, swoją bezdusznością szokuje wszystkich dookoła i mimo apeli zgromadzonych ciągle domaga się „sprawiedliwości” i wypełnienia zobowiązania. Chce po prostu czystej sprawiedliwości, bez litości. Choć Bassanio proponuje 6 tysięcy dukatów, by spłacić zaciągnięty dług, który wynosi 3 tysiące dukatów, Shylock chce w dalszym ciągu, jak to sam powiada: „ów funt ciała, za który drogo zapłaciłem (...). Odmówić mi go, hańba waszym prawom”. Nic nie wskazuje na to, aby miał się ze swojej zemsty wycofać. Antonio jest gotów postradać życie. W tym momencie niespodzianie zjawia się Porcja, która przybywa w przebraniu, a o której fortelu nie wie ani Antonio, ani nawet sam Bassanio – jej świeżo poślubiony mąż. Pytam więc po raz kolejny: gdzież ten spisek przeciwko Shylockowi? Wszyscy apelują do niego o litość, lichwiarz może odzyskać swoje pieniądze z nawiązką, sam książę mówi: „Na jaką litość liczysz, jeśli sam jej nie masz?”, a Żyd uparcie chce „swój rewers”.


Porcja uznaje zasadność żądania Shylocka – zgodnie z prawem może on żądać funt ciała Antonia. Apeluje więc do Shylocka by okazał litość, Shylock idzie natomiast w zaparte i mówi znamienne słowa:


Na moją głowę niech spadną me czyny!
Chcę prawa, kary i spłaty rewersu.

Coś nam to chyba przypomina, prawda? Skądś znamy to mimowolne proroctwo, czyż nie?


Bassanio tymczasem jest gotów zapłacić więcej nawet niż dwukrotność sumy, wręcz oddać życie swe za przyjaciela, a wreszcie apeluje do Porcji – występującej tu jako znawca prawa, uczony Baltazar, mający rzekomo zastąpić eksperta Bellaria – by nagięła prawo dla ratowania jego przyjaciela, „aby małym złem, wielkie dobro spowodować”. Porcja sprzeciwia się osiąganiu dobra „małym złem” i łamaniu prawa. Gdzież więc ten spisek? Żyd chce sprawiedliwości i sprawiedliwość dostanie. Tylko nie taką, jakiej się spodziewał. Porcja więc nakazuje wypełnienie postanowień zawartej umowy, ale ostrzega, że muszą one być ściśle przestrzegane. I nagle Shylock uświadamia sobie, że przegrał, że jego domaganie się przestrzegania prawa, że jego upór i brak miłosierdzia, spaliły na panewce. I co robi? W tej sytuacji gotów jest nagle przyjąć ofertę Bassania. A Bassanio? Czy widząc, że lichwiarz już przegrał, wycofuje swoją ofertę? Nic z tych rzeczy! W dalszym ciągu chce mu oddać pieniądze! Jednak Porcja – jako Baltazar – interweniuje, stwierdzając, że przecież Shylock:


Odmówił wzięcia ich przed trybunałem,
Sprawiedliwości chciał, więc ma swój rewers.

Zamiast pieniędzy dostanie ścisłą sprawiedliwość. Sam przecież tego właśnie się domagał! Raz jeszcze pytam: gdzie ten spisek przeciwko Shylockowi? Ja go nie widzę, widzę jedynie zapiekłą nienawiść lichwiarza do człowieka, który psuje mu biznes i na którym chce się zemścić. Zamiast zemsty dostanie karę za usiłowanie „zgładzenia wprost lub pośrednio, obywatela miasta”.


wtorek, 7 sierpnia 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. I


Moja genialna żona w ramach jakichś wymian internetowych zdobyła mi około półtora roku temu prawie kompletne wydanie Szekspira w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego. W wolnych chwilach czytam więc poszczególne tomy, uzupełniając braki i czytając po raz kolejny to, co wydawało mi się niegdyś, że znam bardzo dobrze lub w miarę dobrze. Zaletą tłumaczeń Słomczyńskiego jest to, że są one w miarę wierne oryginałowi, czego nie można powiedzieć o znakomitych poetycko tłumaczeniach Barańczaka. Tak przynajmniej wynikło z moich pobieżnych porównań. Nie oznacza to, aby tekst Słomczyńskiego nie był podatny na karkołomne interpretacje, choć w tym raczej najmniejsza wina tego tłumacza. Ale o tym za chwilę.


Pisałem już na tym blogu o jakimś kuriozalnym współczesnym wydaniu nowego przekładu Kupca weneckiego. Nazwiska tłumacza nie pamiętam, ale w oczach dotąd tkwi mi okładka. Przedstawia ona zdjęcie jakiegoś brodacza, który zapewne w zamiarze ilustratora ma wyobrażać Shylocka – postać, która przecież nie jest głównym bohaterem tego dramatu, choć w całej intrydze pełni istotną rolę jako lichwiarz. Ale to nie wszystko – otóż jego broda jest zafarbowana na tęczowo! Tutaj nie sposób już parsknąć śmiechem, choć sam autor zapewne w grobie się obraca. To dość dobitny przykład współczesnych aberracji interpretacyjnych i rzutowania na dzieło wielkiego angielskiego dramaturga poglądów jak najbardziej współczesnych, które musiały mu być absolutnie obce.


Otóż jestem świeżo po lekturze Kupca weneckiego w przekładzie Słomczyńskiego i moja konkluzja jest pozbawiona w zasadzie wszelkich wątpliwości – interpretacja, która czyni z Shylocka głównego bohatera, ofiarę, biednego Żyda, który prześladowany jest przez chrześcijan i wokół którego obraca się cała intryga, pozbawiona jest wszelkich podstaw, choć Juliusz Kydryński w swoim bałamutnym posłowiu do tego wydania próbował udowadniać coś przeciwnego. Kydryński, mówiąc z grubsza, założył sobie, że Szekspir stwarza tutaj pozory, iż Shylock jest niegodziwcem, a tak naprawdę chce nam powiedzieć coś innego. I w myśl tego założenia pojechał po prostu po bandzie, wczytując w tekst Szekspira coś, czego najzwyczajniej w świecie tam po prostu nie ma (a nie ma zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu Słomczyńskiego!). Kydryński po prostu przypisuje Shylockowi intencje, których nijak nie da się wyczytać czy wywnioskować z samego tekstu!


Słowem komentarz autora posłowia jest znakomitym przykładem wspomnianych wyżej aberracji interpretacyjnych, które są projekcjami współczesnych koncepcji i świadomości na tekst powstały kilka wieków temu. O problemie nadinterpretacji czy też wczytywania w dramaty Szekspira rzeczy, których sam Stradfordczyk jako żywo by nie wymyślił, w swoich książkach, a także felietonach, pisze Joseph Pearce. Jedną z nich omawiałem na tym blogu. Bez częstego odwoływania się do brytyjskiego krytyka, przytaczając jedynie wypowiedź Kydryńskiego, spróbuję dać tutaj próbkę tego, na czym polega problem.


Weźmy choćby taki fragment wywodu Juliusza Kydryńskiego, który utkwił mi w pamięci: „Jessica wyraźnie mówi, że wstydzi się ojca (który ze swej strony kocha ją szczerze)...”

Gorszej już bzdury autor posłowia napisać nie mógł. Z tekstu wyraźnie wynika coś wprost przeciwnego: Shylock bardziej kocha swoje kosztowności, które Jessica zabrała ze sobą, niż własną córkę! A jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech przeczyta dialog pomiędzy Shylockiem a Tubalem, jaki toczy się tuż po owym słynnym passusie, który tak często jest przytaczany i podawany jako argument na „antyrasistowską” wymowę dzieła Szekspira („Czyż Żyd nie ma oczu...”)! Oto co ów „biedny” Żyd, ofiara „antysemickiego spisku” mówi o swojej córce, którą rzekomo kocha „szczerze”: „wolałbym mieć córkę martwą tu, u mych stóp, z owymi klejnotami w uszach: wolałbym, aby leżała na marach u mych stóp, z owymi dukatami w trumnie: - żadnych wieści o nich?” Czy tak mówi kochający ojciec???! Ależ jego bardziej interesują kosztowności zabrane przez jego córkę niż ona sama! Nie da się tej wypowiedzi – a przeczytajcie ją sobie całą – w żaden sposób usprawiedliwić ogromnym wzburzeniem rzekomo „kochającego” ojca! Shylock kocha przede wszystkim pieniądze i bogactwo, z pewnością nie własną córkę. A to nie jedyny fragment potwierdzający, że taka jest charakterystyka zamierzona przez autora. Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie sami – przeczytajcie po prostu też inne wypowiedzi Shylocka odnoszące się do jego córki.

sobota, 27 stycznia 2018

Corner Shop: Szekspir niezreformowany


Rzadko kto pewnie w kontekście okrągłej rocznicy reformacji w zeszłym roku pomyślał o... Williamie Szekspirze. Niewielu też pewnie zastanawiało się przy tej okazji nad tym, jakiego wyznania był wielki Anglik. Jeśli powiemy, że wybitny pisarz ze Stratfordu był katolikiem, to zapewne niejeden czytelnik uniesie brew w zdumieniu, a może nawet parsknie szyderczym śmiechem, posądzając nas o fantazjowanie i „katolskie” chciejstwo.

Wprawdzie kwestia katolicyzmu angielskiego dramaturga nie jest tematem nowym, a z katolickich pisarzy języka angielskiego pisali o tym na przykład Hilaire Belloc i G.K. Chesterton, wspominano o tym również nie tak dawno temu w Polsce, to jednak podejrzewam, że wiedza o tym wciąż nie jest rozpowszechniona wśród przeciętnych czytelników, którzy swą znajomość teatru elżbietańskiego czerpią ze szkoły średniej lub nawet studiów uniwersyteckich. A jeśli autor Burzy katolikiem był, to jak najbardziej był to temat do refleksji w kontekście reformacji, gdyż żył w czasach brutalnych prześladowań katolików w Anglii za panowania królowej Elżbiety I i króla Jakuba I (notabene pisałem już na tym blogu o książce poświęconej tej tematyce).

Sceptycznie podchodził do kwestii katolicyzmu Szekspira również konserwatywny krytyk, pisarz i konwertyta na katolicyzm, Joseph Pearce, znany polskim czytelnikom z takich książek, jak Pisarze nawróceni, C.S. Lewis a Kościół katolicki, Podróż Bilba czy Wyścig z diabłem. Kiedy jednak pochylił się nad tematem, zaczął weryfikować źródła i dostępne dowody, jego wątpliwości zaczęły topnieć. A przecież zdaniem tego wybitnego znawcy literatury angielskiej, znajomość biografii i epoki, w której dany pisarz tworzył, pomaga zrozumieć w pełni jego dzieło i artystyczną wizję w nim zawartą. Pearce jest przeciwnikiem poglądu, że można dany utwór pojąć i interpretować bez znajomości kontekstu, w jakim on powstawał, a zwłaszcza bez poznania życia i poglądów samego autora. Przestrzega też przed „wpisywaniem” w teksty literackie z innej epoki współczesnej wizji świata i człowieka. Jeśli zatem Szekspir był faktycznie katolikiem, to wielkie tragedie i komedie geniusza ze Stratfordu zaczynamy postrzegać w nowym świetle, z którego być może nie zdawaliśmy sobie dotąd w pełni albo zupełnie sprawy.

Choć książka The Quest for Shakespeare (W poszukiwaniu Szekspira) ukazała się w roku 2008, nie doczekała się do tej pory polskiego wydania. A szkoda! Wizja bowiem, jaka wyłania się z publikacji brytyjskiego pisarza i krytyka, daleka jest od sielankowej wizji z hollywoodzkich produkcji typu „Zakochany Szekspir”.

Oto dowiadujemy się, że hrabstwo Warwick, w którym urodził się i wychował wybitny dramaturg, było siedliskiem tak zwanych „rekuzantów”, czyli katolików uchylających się od uczestnictwa w protestanckich nabożeństwach i uroczystościach religijnych. Co ciekawe takim rekuzantem był Jan Szekspir, ojciec Williama, a także jego córka, Zuzanna. O katolicyzmie jego ojca świadczy zarówno zachowany i odnaleziony testament, jak i kara finansowa, jaką musiał zapłacić nie wypełniwszy nałożonych przez państwo, a wymierzonych w katolików, zobowiązań. Taka sama kara dotknęła córkę dramaturga.

Kary finansowe, choć rujnujące pod względem majątkowym, nie były jednak tym, co najgorszego mogło spotkać katolika pod panowaniem królowej Elżbiety.

Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez Pearce’a, Szekspir znał prawdopodobnie trzech jezuickich męczenników (w tym słynnego Edmunda Campiona), którzy aresztowani, torturowani, oskarżeni o zdradę stanu, a wreszcie skazani na śmierć, zginęli zamordowani w okrutny sposób w imieniu prawa. Nawet jeśli weźmie się poprawkę na obyczajowość i mentalność epoki, opis wykonania kary śmierci jeży włos na głowie. Uświadamia też, przed jakim wyborem stawali ówcześni katolicy: jeśli pozostawali wierni Chrystusowi, musieli być przygotowani na najgorsze cierpienia.
A jakie były to cierpienia? Skazańca wieziono na widoku ludzi przez całe miasto na tzw. „kracie”. Na miejscu kaźni wieszano go, poczym odcinano, nim zdążył wyzionąć ducha. Jeszcze żywego poddawano kolejnym, okrutnym mękom. Odcinano mu genitalia, rozpruwano brzuch, z którego wywlekano wnętrzności i palono na oczach torturowanego. W wreszcie jego męczarnie kończono poćwiartowaniem ciała i odcięciem głowy. To wszystko odbywało się publicznie.

Sam Szekspir najprawdopodobniej należał do tzw. „bezpiecznych” katolików, to znaczy takich, którym pozwalano istnieć w państwie Elżbiety I, a potem Jakuba I. Nie wychylali się, a więc nie stanowili „zagrożenia”. Co nie znaczy, że nie mogli się stać ofiarami posądzonymi o spisek i zdradę stanu.

Innym takim przykładem wśród ówczesnych twórców był kompozytor William Byrd, którego głowę (tak samo jak zresztą jego żony), a już z pewnością majątek i wolność ocaliła sama... królowa Elżbieta. Można się domyślać, że do pewnego stopnia obu wybitnych Anglików chronił talent. Dla przykładu warto dodać, że drukarza, który wydał utwór poetycki z muzyką Byrda, pozbawiono uszu, a sam twórca poematu, do którego muzykę skomponował Byrd, musiał salwować się ucieczką z kraju.
Talent nie uchronił jednak wybitnego poety metafizycznego Roberta Southwella. „Gwoździem do trumny” tego dzielnego człowieka, był nie tylko fakt jego katolicyzmu, ale i to, że był księdzem, a na dodatek jezuitą. Wielokrotnie poddawany okrutnym torturom, został w końcu męczennikiem i... świętym Kościoła katolickiego. Można przypuszczać, że William Szekspir był świadkiem jego okrutnej śmierci. Postawa Southwella musiała budzić zarówno podziw, jak i współczucie wśród zgromadzonych, bo gdy go powieszono, jacyś ludzie z tłumu podbiegli i pociągnęli go za nogi, by skrócić jego męczarnię i opisaną wyżej kaźń.

Nie przypadkowo wspominam tutaj tego świętego, gdyż wszystko wskazuje na to, że autor Burzy mógł znać autora osobiście, a z pewnością znakomicie znał jego twórczość, do której aluzje można odnaleźć w jego dramatach.

W innej swojej książce, Through Shakespeare’s Eyes (Oczami Szekspira) Pearce pokazuje, jak aluzje do twórczości Southwella wplecione zostały w wersy Kupca weneckiego, przy okazji dowodząc, jak opacznie ten arcykatolicki dramat jest interpretowany przez współczesnych nam krytyków. Całkiem niedawno zresztą przez przypadek wpadł mi w rękę tom współczesnego przekładu tej komedii, gdzie na okładce widniała fotografia, jak można się domyślić, Shylocka z zafarbowaną na tęczowo brodą! Ten jeden wizerunek streszczał w sobie doskonale wszelkie możliwe aberracje interpretacyjne słynnego utworu, łącznie z wyeksponowaniem jako głównej postaci żydowskiego lichwiarza! Ale to temat na inny artykuł... W samym The Quest for Shakespeare zresztą autor podaje na końcu bardzo ciekawą interpretację Króla Leara, uwzględniającą katolicki kontekst tego utworu.

Na zakończenie dodajmy może jeszcze jedną ciekawostkę (a książka Pearce’a jest ich pełna – warto choćby wspomnieć tu o katolicyzmie środowiska teatralnego Londynu, o monarchizmie angielskich katolików, o tajemnicach życia i śmierci Christophera Marlowe’a czy małżeństwa Szekspira i prawdziwych przyczynach jego wyjazdu do Londynu, a także np. o jego poprawkach w dramacie o Tomaszu Morusie). Otóż o katolicyzmie Szekspira może świadczyć również i to, że wyprowadziwszy się już z Londynu nabył on dom, który był sekretnym miejscem spotkań katolików i jako tako taki znany tajnym służbom. Można się domyślać, że sam bard uczestniczył w mszach potajemnie tam odprawianych. Zdaniem Pearce’a trudno uwierzyć w to, że nie zdawał sobie z tego sprawy. O tym, że było to miejsce nabożeństw, dowiedziano się zresztą już po śmierci dramaturga, gdy po prostu któregoś dnia zawalił się strop, który nie udźwignął ciężaru zgromadzonych wiernych.

Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później zarówno ta książka Pearce’a, jaki i pozostałe jego prace poświęcone dramatom Szekspira, doczekają się wreszcie polskiego przekładu. Tych natomiast czytelników, którzy język Szekspira znają, zachęcam do lektury albo wersji papierowej, albo elektronicznej. Naprawdę warto wydać te parę funtów czy dolarów. Czas poświęcony na tę lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym. A jak pisze autor na podstawie swojego dochodzenia:

„Z perspektywy modernisty i postmodernisty Szekspir wyłania się jako nieoświecony i krnąbrny reakcjonista. Z perspektywy tradycyjnie nastawionych badaczy widoczna jasność wizji moralnej, którą od zawsze dostrzegali w sztukach, staje się wytłumaczalna i wyraźniej określona”.

Joseph Pearce, The Quest for Shakespeare. The Bard of Avon and the Church of Rome, Ignatius Press, San Francisco 2008.