Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islam. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2020

Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa

Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć. Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”.

Chyba wbrew intencjom organizatorów natomiast znakomicie odzwierciedlił istotę islamu plakat, który propaguje to wydarzenie. Spójrzcie tylko, Państwo: wokół minarety z charakterystycznym półksiężycem – wręcz natłok tych minaretów, a za nimi – jakby oblężone – pozbawione krzyży wieże kościołów. Dodatkowo plakat ten świetnie oddaje sytuację współczesnej Europy. Tak właśnie może wkrótce wyglądać.

A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów? Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?

Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.

No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego. Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.



poniedziałek, 16 grudnia 2019

Netflix bluźni, nie milczmy!

Pisałem już na swoim blogu o tym, że różne firmy dopuszczają się wszelkiego rodzaju działań, które uderzają w Kościół katolicki i wiarę, która jest nam droga. Wielu katolików i ogólnie chrześcijan nie podejmuje żadnych inicjatyw w odpowiedzi, tak jakby wiara nie stanowiła dla nich nic ważnego. Wielka sieć handlowa będzie eliminować z opisów odniesienia do Bożego Narodzenia, będzie promować homoseksualizm i inne wynaturzenia, ale katolicy w dalszym ciągu będą walić do jej sklepów drzwiami i oknami, tak jakby kawałek tańszej świeczki, talerzyk wyprodukowany w Chinach czy wielki ekran telewizyjny stanowiły większe dobro.

Od kilku dni narasta skandal wokół bluźnierczego filmu dostępnego na platformie Netflixa, w którym nasz Pan przedstawiony jest jako homoseksualista. Film wywołał protesty w Brazylii, gdzie złożono ponad milion podpisów pod petycją sprzeciwiającą się udostępnianiu tego filmu. Produkcja dostępna jest także w Polsce. Założę się, że Netflix nie ośmieliłby się na zamieszczenie filmu obraźliwego dla muzułmanów. Tymczasem robi to w przypadku chrześcijan i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Czy wyobrażacie sobie, że ktoś w okolicach ważnego dla was święta, ktoś, kto może często korzysta z waszej gościnności, zaczyna was obrażać i bluzgać, a wy mimo to w dalszym ciągu go zapraszacie i pozwalacie przebywać w Waszym domu? Chyba to mało prawdopodobne.

Dlatego zachęcam tych, którzy mają wykupiony abonament w Netflix’ie do protestu, a najlepiej rezygnacji z ich usług. Naprawdę nie warto płacić tym, którzy nas obrażają. Nie milczmy, nie bądźmy obojętni. Chyba bardziej kochamy naszego Pana, który oddał za nas życie niż możliwość obejrzenia paru fajnych filmów na platformie, która nas nie szanuje i której chodzi jedynie o nasze pieniądze? Oni Go obrażają w dniu Jego święta! Więcej o całej sprawie i petycji można przeczytać m.in. na portalu „Frondy”.


środa, 13 lutego 2019

Dlaczego mężczyźni zasilają szeregi islamu?

Michael Voris w jednym ze swoich nowszych programów poruszył temat męskości. Męskość we współczesnych czasach nie wydaje się być w cenie. Przynajmniej w kulturze Zachodu. I nie chodzi tylko o „zwariowane” pomysły na modę „męską” serwowane przez projektantów mody, którzy chcą, by mężczyźni nosili coś, co bardziej przypomina damskie fatałaszki, ale o rzeczy dużo poważniejsze.

Feminizacja kultury Zachodu postępuje. Zniewieściałość objawia się na każdym kroku. Jednym z symptomów jest podważenie samego konceptu płci, którą według najnowszych koncepcji można sobie wybrać, która nie jest rzeczą daną raz na zawsze. Szkodliwe zasługi położyła tutaj zwłaszcza teoria gender. A jednym ze skutków takiego traktowania płci jest jednocześnie podważenie samej koncepcji męskości jako takiej, próba eliminacji tych cech, które stanowią o charakterze mężczyzny. Głośna niedawno reklama producenta męskich utensyliów była tego znakomitym przykładem.

Ta szkodliwa tendencja niestety dotknęła również Kościół. Wielu hierarchom Kościoła brak takich męskich cech, jak zwyczajna męska odwaga, by głosić prawdę, bronić jej, przeciwstawiać się złu, choćby nawet konsekwencją była utrata życia. Z reguły jednak chodzi o rzeczy dużo bardziej trywialne niż utrata życia: o utratę wsparcia polityków, utratę świętego spokoju, utratę popularności, utratę łaskawości tych, którzy są w hierarchii wyżej.

Michael Voris, mówiąc o tym wszystkim, zauważył, że mężczyźni jednak szukają jakiegoś „ujścia”, które zapewni im realizację swoich naturalnych pragnień i ambicji. Takim rozwiązaniem okazuje się dla wielu islam, „męska” religia, która oferuje wypaczoną i wykrzywioną wizję męskości. Zresztą najlepiej zobaczcie i posłuchajcie sami: film można obejrzeć na stronie PCh24TV.


czwartek, 27 grudnia 2018

Wieprzowina na czas Chanuki

Współczesna cywilizacja dba bardzo o to, aby nikogo nie obrazić. Wszystkie religie są sobie równe (w końcu jak demokracja, to demokracja), stąd nawet sataniści zaczęli się domagać oficjalnego uznania i prawa do wznoszenia monumentów ku czci Szatana. Powszechna „urawniłowka” obejmuje wszelkie, nawet najgłupsze, poglądy.

Są jednak pewne wyjątki. Do nich należy katolicyzm. Katolików można, a nawet należy obrażać. Wydaje się być to w dobrym tonie. Popis dają różnej maści celebryci.

Oto „wybitna” pisarka, która słynie głównie ze swojego feminizmu i blond włosów, zionie miłością do bliźnich na Boże Narodzenie (słowo „Boże” zresztą przez usta jej nie przejdzie ani się nie ułoży pod palcami, kiedy używa klawiatury komputera), wulgarnie pozdrawia i eliminuje z obrazka samego Pana Jezusa, jak i pastuszków. Subtelność tej „wielkiej” pisarki jest po prostu porażająca.

Inny szoł z kolei odstawił pewien trybun ludowy, który na co dzień walczy o wolność, demokrację i konstytucję. Oto postanowił on uraczyć nas na Boże Narodzenie zdjęciem swojego smutnego dziecka i... sushi, które temuż dziecku, jak i sobie zaserwował na Wigilię (taka nowa świecka tradycja). Pewnie też tradycyjnie przełamał się z rodziną jajeczkiem, ale nas o tym już nie poinformował, bo to rzecz oczywista. On także zionął prawdziwą miłością do „prawdziwych katolików”.

Notabene ci trybuni ludowi to mają klawe życie. Jeden poczęstował nas kiedyś życzeniami wideo sprzed swojego „ubogiego” ciepłego kominka, ten zaś zdjęciami potrawy ubogich – sushi (a w tle stoi sobie instrument biednych – pianino). Tylko dziecka żal.

Zastanawia jednak jedna rzecz – po co ci celebryci epatują nas tymi zdjęciami, wulgarnymi życzeniami, kpinami i szyderstwami? Nie chcą obchodzić Świąt Bożego Narodzenia, niech ich nie obchodzą. Ich sprawa. Muszą to obwieszczać całemu światu? Czują się w ten szczególny dzień samotni? Brak im miłości? A może chcą się popisać „odwagą”? Jeśli tak, to proponuję uczcić Chanukę wieprzowiną albo ramadan całodziennymi hulankami i pijaństwem, a z pomocą tłitera i fejsbuka poinformować o tym cały świat. Sława murowana.


poniedziałek, 5 listopada 2018

Ważny apel – azyl dla Asii Bibi

Asia Bibi to chrześcijanka, która spędziła 8 lat w więzieniu pod zarzutem bluźnierstwa. Grozi jej w Pakistanie śmierć mimo wyroku uniewinniającego. Wyznawcy „religii pokoju” chcą jej śmierci. Mamy szansę coś zrobić w jej sprawie i jest inicjatywa zaapelowania do polskich władz o udzielenie jej i jej rodzinie azylu. Więcej można przeczytać na stronie PCh24.pl. Możemy złożyć swój podpis pod petycją i zrobić dla niej choć tyle. Tutaj liczba głosów naprawdę ma sens. Nie czekaj! Podpisz!

czwartek, 27 września 2018

Polacy – prawdziwi obrońcy Europy


Ktoś może powiedzieć, że to daleko posunięty wniosek na podstawie jednego incydentu, ale jednak będę przy nim obstawał – Polacy wydają się być dzisiaj prawdziwymi obrońcami Europy i wartości, które ją budowały.

Przytaczałem wczoraj słowa Belloca, że Europa to Kościół katolicki. Zapomniałem wspomnieć, że dodawał on, że również Kościół katolicki to Europa. Odejście od Kościoła katolickiego oznacza tak naprawdę schyłek Europy, która będzie zamieszkiwana przez barbarzyńców nierozumiejących jej przeszłości, tradycji, religii. Wypełnienie pustki po Europie przez muzułmańskich barbarzyńców to już tylko konsekwencja tego upadku.

Polacy jeszcze bronią resztek dawnej cywilizacji. W przypadku tej nieszczęsnej restauracji, w której doszło do bluźnierstwa i profanacji, to Polacy interweniowali i obrazy z naszym Panem oraz Matką Boską zdjęto z drzwi toalet. Ta wołająca o pomstę do Nieba profanacja pokazuje jednocześnie, w jakim poważaniu mieszkańcy dzisiejszej Europy mają tak naprawdę wartości europejskie.

Dlaczego twierdzę, że Polacy to prawdziwi obrońcy Europy? Ponieważ to oni okazują się jeszcze reagować w sytuacjach, kiedy inni wykazują się obojętnością. To na przykład Polacy swego czasu w Anglii stanęli w obronie byłego muzułmanina zaatakowanego przez wyznawców „religii pokoju”. To Polak jako jedyny interweniował w obronie napastowanej kobiety w Szwecji, gdy nikt inny nie reagował. Wprawdzie w tym drugim przypadku był to na szczęście jedynie eksperyment, ale przecież interweniujący rodak tego nie wiedział.

Te incydenty zdają się pokazywać, że Polacy stają zarówno w obronie religii, jak i że jest w nich jeszcze duch walki, którego podstawą musi przecież być przekonanie, że jest jeszcze coś, o co warto się bić. Można sobie kpić z określenia „Polska przedmurzem chrześcijaństwa”, ale to po prostu prawda. Może z taką poprawką, że to już nie przedmurze, ale po prostu bastion, który ostał się jeszcze w morzu barbarzyństwa. Chciałbym wierzyć, że to jeden z kilku bastionów, że nie jest to ostatnia twierdza.


I żeby nie było, że mam złudzenia – ten bastion już jest rozsadzany od środka. Trwa drążenie tuneli, by podłożyć materiały wybuchowe pod mury. Przeciwnik wie, co robi. Atak na Kościół katolicki jest tutaj podstawą. Jeśli uda się zniszczyć Kościół katolicki w Polsce, ten ostatni bastion (jeden z ostatnich bastionów?) cywilizacji europejskiej zacznie się kruszyć w zastraszającym tempie, jakby zaprawa utrzymująca jego mury w całości straciła nagle swą moc. Niestety pomagają w tym nie tylko zaprzańcy, ale również „nasi”, idąc na kompromisy z oblegającą twierdzę nawałą barbarzyńskich hord, wpuszczając ich szpiegów i dywersantów do środka.

Gdy upadnie w Polsce Kościół, będzie to faktycznie nie tylko koniec Europy, ale również finis Poloniae. Nawet jeśli następne pokolenia będą jeszcze mówić po polsku albo odmianą języka, która będzie polszczyznę przypominać.

sobota, 9 czerwca 2018

Dawid przeciwko 52-głowemu Goliatowi


Aż 52 przedstawicieli obcych państw poparło tzw. „paradę równości”, która ma się odbyć w Warszawie. Można się zastanawiać, czy nie jest to ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski. Można się też zastanawiać, czy naprawdę powinna cieszyć nas obecność wojsk NATO na terenie naszego kraju. Kto wie – może kiedyś (może już niedługo?) zostaną użyte one po to, aby zapewnić, że nad Wisłą też zapanuje „równość” i „wolność”.

Świat stacza się w kolejny totalitaryzm i widać to właściwie gołym okiem. Obłęd, jaki ogarnia ludzkość, jest czymś, w co jeszcze w latach osiemdziesiątych trudno byłoby tak naprawdę uwierzyć. W tym nowym totalitaryzmie cenzura będzie się nazywać zwalczaniem „mowy nienawiści”, brak wolności wypowiedzi będzie określany poszanowaniem tzw. „mniejszości seksualnych”, brak wolności religijnej – poszanowaniem innych religii. Na uniwersytetach ideologia gender już pełni rolę łysenkizmu, a kto ją podważa, może stracić pracę i dostać wilczy bilet.

Prawo do mordowania najbardziej bezbronnych istot ludzkich już się określa prawem kobiet do własnego ciała. Zabijanie staruszków w szpitalach to tzw. „godna śmieć”. Walka o prawo do zabijania spowijana jest w kolorowe opakowanie w wesołych kolorach (jeśli nie liczyć diabolicznych czarnych marszy) – serduszko, buzia z uśmiechem i hasło „Repeal the 8th” w Irlandii.

I tylko gdzieś tam na obrzeżu młody człowiek z zespołem Downa mówi, by głosować przeciwko uchyleniu ósmej poprawki, by inni, tacy jak on, mogli żyć. Ale kto się będzie nim przejmować? Już przecież niedługo takich jak on w Irlandii też nie będzie, podobnie jak nie ma już ich prawie w Islandii – wymorduje się ich, nim w ogóle będą mieli szansę się narodzić. W końcu po co jest ta cała nowoczesna technologia, która umożliwia wykrywanie wad już u nienarodzonego dziecka? Po co nowoczesne szpitale i kliniki? Przecież nie po to, aby się potem zajmować „downami” i zapewniać im stosowną opiekę!

Także ci, którzy dzisiaj mają mniej niż 60-50 lat powinni się szykować na to, że nie umrą śmiercią naturalną. Ktoś nam wyłączy respiratory, ktoś wstrzyknie do żył odpowiednią miksturę, byśmy mogli „godnie” odejść z tego świata.

Poparcie dla tzw. „parad równości” to tak naprawdę poparcie dla niszczenia tradycyjnej rodziny, która jest podstawą każdego silnego państwa i każdej silnej i zdrowej cywilizacji. To także atak na katolicyzm, bez którego Europy by po prostu nie było. Tak naprawdę to zagrożeniem dla Europy (i świata Zachodu) nie są hordy najeźdźców z krajów muzułmańskich, ale barbarzyńcy w instytucjach europejskich. To oni niszczą Europę. Ci muzułmańscy najeźdźcy, zamaskowani pod nazwą „uchodźców”, tak naprawdę tą Europą gardzą, bo z prawdziwej Europy zostały w niej tylko ruiny. Oni widzą, że ten piękny, kolorowy miraż jest jedynie iluzją, pod nią kryje się zgnilizna, rozkład i trupie truchło, które rozsypie się, gdy je dotknąć palcem i wpuścić trochę świeżego powietrza.

Polska mogłaby odegrać rolę bastionu Europy, broniąc tego, co tę Europę przez wieki tworzyło i budowało. Polska mogłaby być Dawidem, który staje naprzeciwko pysznego Goliata. Niestety, ze smutkiem myślę, że nic takiego się nie stanie. Aby Polska stała się Dawidem, musiałaby „bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Gdy patrzę na polską tzw. „prawicę”, myślę, że nie ma na to szans. Ponoć Patryk Jaki, „prawicowy” kandydat na prezydenta Warszawy, nie tylko planuje dofinansowywać in vitro z kieszeni podatnika, ale też nie będzie walczył z homoseksualną tęczą. Widać uznał, że „etap”, o którym kiedyś mówił niejaki Misio Kamiński – też przecież twardy „konserwatysta”, już nadszedł i że Polska jest nań gotowa.

poniedziałek, 14 maja 2018

Domówka w restauracji z kebabem


Dużo ekscytacji wywołuje ostatnio w mediach sprawa polityka PO, który obecnie siedzi w areszcie. Tym razem wykryto, że jego mieszkanie było wynajmowane paniom uprawiającym najstarszy zawód świata. Ten „news” rozgrzewa i klawiatury, i głowy. Jak się dowiedziałem, politycy opozycji wyszli nawet w proteście ze studia telewizyjnego, gdy zadano im pytanie na ten temat.


Wszystko wskazuje na to, że ta nowina, podana najpierw przez radio, jest prawdą. Pani najmująca lokal tłumaczyła się jedynie skromnie, że to nie żadna agencja towarzyska, a zwykła „domówka”. No cóż... jak zwał, tak zwał. Różne już nazwy wymyślano, by określić burdel. W końcu „agencja towarzyska” to też eufemizm.


Tym razem jednak broniłbym nieszczęsnego polityka opozycji. I to wcale nie dlatego, bym czuł do niego jakąkolwiek sympatię. Jestem gotów uwierzyć, że ów pan nic nie wiedział o tym, jaki proceder był uprawiany pod dachem wynajmowanego przez niego lokum. Każdy, kto otarł się o biznes wynajmu mieszkań, czy to jako właściciel, czy jako pośrednik z biura nieruchomości, wie dobrze, jakim ryzykiem może być wynajęcie mieszkania. Skala problemów jest szeroka, by nie powiedzieć – nieskończona.


Sympatyczni studenci, którzy nic tylko wkuwają do kolejnych egzaminów, bo studiują trudny kierunek, jakim jest medycyna, okazują się być bandą łobuzów zatruwających życie sąsiadom. Grają non-stop głośną muzykę, urządzają hałaśliwe imprezy do białego rana, a w czasie jednej z nich wpadają na „genialny” pomysł utylizacji pustych butelek – wchodzą na dach i wrzucają je do szybów wentylacyjnych (autentyczny przypadek).


Albo młody biznesmen, któremu dobrze z oczu patrzy, okazuje się być złodziejem i w piwnicy najmowanego przez siebie lokalu trzyma skradziony towar. Miła para, która akurat przeniosła się do naszego miasta wydelegowana tu przez firmę i szuka cichego mieszkania, to w rzeczywistości szajka oszustów posługująca się fałszywymi dokumentami i już wkrótce mieszkanie stoi puste, ogołocone z wszystkich mebli i sprzętów. Albo pani, która chce nająć mieszkanie w imieniu swojej firmy dla jej szefa (a potem nagle „szefów”, bo poproszona o jego dane stwierdza, że to jednak nie zawsze ten sam będzie), w istocie jest... prostytutką.


Tak więc temat agencji towarzyskiej (czy też „domówki”) w mieszkaniu aresztowanego polityka, to moim zdaniem temat zastępczy, a przy tym łatwy, miły i przyjemny, by się trochę pośmiać, pokpić, pooburzać i poznęcać nad tym panem, którego ogólna sytuacja nie jest zbyt wesoła. Jeśli mnie pamięć nie myli, to nie pierwszy zresztą polityk, któremu coś takiego się przytrafiło.


Tymczasem na zachód od Odry, w jednym z tych europejskich miast, które już wkrótce może się okazać stolicą kolejnego kalifatu, dwaj panowie postanowili wykazać się albo szczytem głupoty, albo szczytem bezczelności i urządzić swoją własną „domówkę” w restauracji z kebabem.


Ci dżentelmeni postanowili oto, że będą się raczyć alkoholem w lokalu, którego właściciel sobie tego nie życzył. Mimo protestów restauratora, który – jak wynika z opisu – musiał być muzułmaninem, panowie nie zaprzestali spożywania wyskokowego trunku. Konsekwencje były dla nich opłakane, znajdujący się w restauracji muzułmanie wpadli we wściekłość, wyrzucili obu gości na zewnątrz i spuścili im porządny łomot. W ruch poszły nawet krzesła. Ci z przechodniów, którzy próbowali interweniować, sami narazili się na ciosy rozwścieczonych wyznawców Allacha. Jeden z tych niesubordynowanych dżentelmenów wylądował w szpitalu z poważnymi złamaniami.


Nie zamierzam tutaj usprawiedliwiać takiego popisu przemocy. Przecież wkurzeni muzułmanie mogli obu panów po prostu tylko chwycić za kołnierz i wyrzucić za drzwi, a w razie dalszych problemów wezwać policję – w końcu po to ona jest. Jednak trudno mi uciec przed myślą, że ci dwaj miłośnicy alkoholu dostali to, na co sobie zasłużyli. I czy muszę tę „oczywistą oczywistość” tłumaczyć?


wtorek, 1 maja 2018

Arcybiskup, który namawia do głupoty


Sprawdzając wczoraj wiadomości o Patryku Jakim, natknąłem się na portalu „Fronda” na artykuł poświęcony wypowiedzi arcybiskupa Wojciecha Polaka, która – jak wnioskuję z tekstu – pochodzi z wywiadu-rzeki. Najpierw może przytoczmy samą wypowiedź prymasa Polski: „Jasno opowiedziałem się za przyjmowaniem uchodźców. I powtarzam, że wynika to wprost z Ewangelii. To nie jest opcja, którą chrześcijanin może przyjąć bądź odrzucić, ale samo sedno nauczania Jezusa Chrystusa. Jeżeli chcesz naśladować Mistrza z Nazaretu, powinieneś iść Jego drogą. Każda inna powiedzie cię na manowce, może nawet do zguby. Często się zastanawiam, dlaczego tylu naszych rodaków uważa uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce. Będą kraść, gwałcić i mordować”.


Przykro mi to powiedzieć, ale jest to wypowiedź zadziwiająca. Pisałem już na tym blogu o wypowiedzi pewnego franciszkanina, która w moim odczuciu była nacechowana nawet pewnego rodzaju... hm... pychą. Tutaj natomiast mam wrażenie, że czytam coś, co jest tylko z pozoru mądre.


Arcybiskup twierdzi, że przyjmowanie uchodźców, to jest coś, co wynika z Ewangelii i że nie można tego tak po prostu „przyjąć, bądź odrzucić”. Dziwi się też, dlaczego Polacy uważają „uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce” i „będą kraść, gwałcić i mordować”.


Spróbuję na to odpowiedzieć. Zgodzę się, że pomoc osobie w potrzebie jest czymś, co jak najbardziej wynika z Ewangelii. Mamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, która wyraźnie mówi o tym, czym jest miłość bliźniego i kim jest nasz bliźni. Podróżujący Samarytanin nie pytał, jakiej rasy jest poszkodowany i jaką wyznaje religię. Po prostu pochylił się nad cierpiącym człowiekiem i udzielił mu pomocy.


Ale też wydaje mi się, że Chrystus nie oczekuje od nas zachowań głupich, które narażałyby na niebezpieczeństwo inne osoby, zwłaszcza osoby nam bliskie. Zauważmy, że nie ma wzmianki o tym, aby Samarytanin podróżował z rodziną (żoną, dziećmi). Gdyby tak było, co zrobiłby najpierw? Czy nie upewniłby się, że nie jest to pułapka? Czy nie zadbałby najpierw o bezpieczeństwo swoich bliskich, a potem pochylił się nad cierpiącym człowiekiem? Chyba taka byłaby naturalna kolej rzeczy, prawda?


W gruncie rzeczy o tym, że w swoich działaniach należy się kierować również rozumem, a nie tylko odruchem serca, mówi przypowieść o pannach mądrych i głupich, czy też, jak się je ładniej określa w nowym tłumaczeniu – roztropnych i nierozsądnych. Zarówno te pierwsze, jak i te drugie kierowały się Ewangelią – oczekiwały przybycia Oblubieńca. Tyle tylko, że te pierwsze, kierując się rozumem, zadbały o oliwę. A więc były praktyczne, myślały racjonalnie. Te drugie chyba wychodziły z założenia, że „jakoś to będzie”. Przeliczyły się.


Wróćmy do Samarytanina z przypowieści. Nie zabrał napadniętego do swojego domu. Być może miał zresztą do niego daleko. Powierzył napadniętego cudzej opiece – w gospodzie. Zatroszczywszy się najpierw o niego, udzieliwszy pierwszej pomocy i spędziwszy trochę z nim czasu, zapewnił środki dla jego utrzymania. Dlaczego sam się nim nie zajął przez cały czas, narażając może na szwank swoje interesy i dobro swojej rodziny? Zapewne dlatego, że miał jeszcze inne obowiązki.


Mam wrażenie, że arcybiskup Polak oczekuje od nas postępowania takiego, jak postępowanie panien głupich. Polacy przecież udzielają pomocy mieszkańcom Syrii, ślą środki potrzebne im do życia, chętnie dają pieniądze, angażują się w różny sposób, a nawet przyjmują rodziny chrześcijańskie. Ale czy przyjmowanie nieznanych ludzi do Polski jest rozsądne? Abp. Polak pyta, dlaczego Polacy uważają uchodźców za obcych i obawiają się gwałtów, kradzieży i innych nieszczęść. Naprawdę nie wie czy udaje, że nie wie? Nie czyta gazet, nie śledzi doniesień z Europy? Kiedy jedzie do Włoch nie widzi kościołów, wokół których podejmuje się coraz większe środki bezpieczeństwa? Najpierw „tylko” uzbrojeni policjanci czy żołnierze, teraz także bramki i skanowanie toreb zwiedzających.


Na szaleństwo przyjęcia pod własny dach nieznanych osób, obdarzenie ich zaufaniem, może pozwolić sobie człowiek żyjący samotnie. Ale na podobne szaleństwo nie może się zdobyć człowiek, który ma rodzinę, bo musi troszczyć się o bezpieczeństwo swoich bliskich. Gdyby mężczyzna, który ma żonę i dzieci, wpuściłby pod swój dach obcych, nieznanych sobie ludzi, aby udzielić im schronienia, postąpiłby po prostu głupio i nieodpowiedzialnie. Może przecież zawsze rzucić im przez okno torbę z jedzeniem i piciem, ciepłe koce, a nawet pieniądze, by mogli kupić sobie potrzebne im do życia środki.


Napiszę to, co już kiedyś napisałem – takim domem, taką rodziną jest dla mnie Polska. Wpuszczanie do niej nieznanych ludzi, na dodatek z obcej kultury, jest ogromną nieodpowiedzialnością. Bogatsze od nas kraje, które przyjęły imigrantów, nie potrafią zapewnić pełnego bezpieczeństwa swoim obywatelom. Jak miałaby to zrobić Polska, która z trudem podnosi się po latach komunistycznej dewastacji? Pan Bóg nie zwolnił nas z posługiwania się rozumem. Mówią o tym także inne przypowieści, nie tylko ta o pannach głupich i mądrych. Arcybiskup Wojciech Polak chce, byśmy z rozumu zrezygnowali. W jakim celu?


sobota, 10 lutego 2018

Ojciec i Władca niewolników – to nie jest ten sam Bóg!


Wspomniany już na tym blogu najnowszy numer dwumiesięcznika „Polonia Christiana” warto kupić nie tylko dla bloku tekstów „Ofiary Amora i Leticji”, ale także m.in. dla dołączonej do niego płyty „Czas świadectwa”. Znajdują się na niej trzy filmy dokumentalne: wywiad z księdzem Tomaszem Jegierskim, prezesem fundacji SOS Dla Życia, zatytułowany „Z krwi męczenników”, wywiad z nawróconym na chrześcijaństwo muzułmaninem pt. „Odnalazłem Ojca” oraz dodatek specjalny, film „Nienawiść”, który mówi o prześladowaniu chrześcijan.

Z pewnością warto obejrzeć wszystkie trzy. Jednak tutaj chciałbym skupić się na wywiadzie z nawróconym muzułmaninem. Trochę także dlatego, aby kontynuować poruszony już na blogu wątek muzułmański. Na początku tego filmu dowiadujemy się, że jest to „świadectwo nawróconego wnuka ajatollaha”. Były muzułmanin pozostaje anonimowy ze względów bezpieczeństwa, co też jest charakterystyczne. Wskażcie mi bowiem byłego chrześcijanina, który by się obawiał o swoje życie po nawróceniu na np. islam. Stawianie znaku równości pomiędzy radykalnym islamem a radykalnym chrześcijaństwem jest po prostu wyrazem bezmyślności. Najlepiej chyba zilustrował to jeden z memów krążących po sieci. Przedstawiał on dwa zdjęcia. Na jednym byli radykalni muzułmanie – uzbrojeni po zęby bojownicy dżihadu. Na drugim – radykalni chrześcijanie – ubodzy braciszkowie zakonni w lichych habitach, boso. Czy trzeba coś więcej dodawać?

Wywiad z nawróconym muzułmaninem jest oczywiście ciekawy dlatego, że pokazuje bardzo dobrze mentalność wyznawców Allacha z pierwszej ręki. To przecież były radykalny muzułmanin, który chciał zniszczyć Kościół Chrystusa – dosłownie! Daje nam więc wgląd w świat tych, których niegdyś nazywano „pohańcami”, pokazując ich sposób myślenia i działania.

Jednak to, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to coś, co również uświadomiło mi, jaka przepaść dzieli chrześcijan od uczniów Mahometa. To coś po raz pierwszy tak dobitnie do mnie dotarło, kiedy oglądałem wywiad z innym nawróconym muzułmaninem – Mario Josephem, byłym imamem, który odkrył Chrystusa studiując... Koran. Jego wstrząsającą historię można poznać oglądając film dostępny w sieci. Różnica może jest taka, że Mario Joseph nie wypowiada się anonimowo, choć grożą mu śmiercią. Nawet jeździ po świecie i głosi słowo Boże.

Jednak obu byłych muzułmanów łączy jedno – gorliwość. W obu przypadkach ich poszukiwania i chęć służenia Bogu doprowadziły ich do Chrystusa. Mimo napotykanych przeszkód, mimo błądzenia – zwyciężyła prawda. Obaj poddali się Chrystusowi.

Ale łączy ich jeszcze jeden motyw. Motyw, który jest w pewnym sensie wstrząsający, kiedy się go uświadomi. Wstrząsający, bo my, chrześcijanie, nie uświadamiamy go sobie z taką mocą, z jaką ci obaj nawróceni muzułmanie go doświadczyli.

O co dokładnie chodzi? Otóż olbrzymim przeżyciem dla obu było odkrycie w Bogu... Ojca! Świadomość, że jest się dzieckiem Bożym. Nie niewolnikiem. Że relacja między człowiekiem a Bogiem, to nie relacja: niewolnik – Pan, ale relacja: syn – Ojciec. Warto posłuchać, z jakim wzruszeniem opowiada o tym Mario Joseph, zwłaszcza kiedy jego poszukiwania doprowadziły go do tego, że sięgnął po Ewangelię. Tak samo odkrycie to wstrząsnęło wnukiem ajatollaha.

Wystarczy chwilę się nad tym zastanowić (a założę się, że większość katolików nawet specjalnie się nad tym faktem nie rozwodzi, nawet za bardzo o nim nie myśli), by uświadomić sobie, jak zmienia to nie tylko nasz stosunek do Pana Boga, ale także perspektywę, spojrzenie na świat, podejście do bliźniego.

Muzułmanom należy tak naprawdę współczuć, a nie zachwycać się nad ich rzekomą religią „pokoju”. I myśleć o tym, jak ich nawrócić, a nie utwierdzać w przekonaniu, że ich religia jest wspaniała, urządzając im przy okazji „Dni islamu”.

piątek, 9 lutego 2018

Muzułmanie „walczą o pokój, aż się leje krew”


Zdarza się, że spotykam się z księżmi, którzy wypowiadają się z dużym szacunkiem o muzułmanach. Są to zazwyczaj ckliwe historie o tym, z jaką gościnnością się spotkali, jacy dobrzy byli ci muzułmanie dla nich, jacy życzliwi, jak chętnie pomogli im naprawić zepsuty samochód itp., itd.

Z tego faktu od razu są wyciągane wnioski, że islam to w rzeczywistości religia pokoju. Jest w takim myśleniu pewien błąd. Taki sam, jaki popełnia człowiek wyciągający fałszywy wniosek o chrześcijaństwie, a ściślej o katolicyzmie, na tej podstawie, że spotkany przez niego katolik był niegodziwcem, szują i kanalią.

Może dla jasności podajmy taką analogię: nikt przy zdrowych zmysłach – poza niedouczonymi idiotami, którzy ignorują fakty – nie powie, że komunizm był czymś dobrym. Wymieńmy jedynie: obozy koncentracyjne, wymordowanie milionów istnień ludzkich, nędza, cenzura, wojny i głód.

Jednak chyba każdy z nas spotkał „dobrego” komunistę (mówię o starszym pokoleniu, choć młodsi pewnie też jeszcze mają okazję na paru z nich się natknąć). Pewnie niektórzy nawet pili z nimi wódkę, chodzili na ryby, oglądali mecze piłki nożnej, razem stawiali płot i co tam jeszcze. Czy jednak na tej podstawie można powiedzieć, że komunizm to ideologia pokoju? Wolne żarty! Oni walczyli o pokój, „aż się lała krew”, by przytoczyć klasykę polskiej muzyki młodzieżowej.

Zadziwiające, że jakoś w latach osiemdziesiątych na przykład nikomu nie przyszło do głowy, by zorganizować „Dni komunizmu” w Kościele. Ani na Zachodzie, jeśli się nie mylę, ani w bloku komunistycznym. Ciekawe dlaczego?

piątek, 26 stycznia 2018

Dzień islamu w Kościele katolickim?


To pomysł naprawdę kuriozalny. Mogę zrozumieć spotkania z muzułmanami, rozmowy z nimi, ale dzień islamu??? Że jak niby??! A my nie mamy ich przypadkiem nawracać na prawdziwą wiarę?


Chyba najlepiej podsumował to Tomasz Terlikowski w krótkim tekście w swoim „Małym Dzienniku”.


poniedziałek, 15 stycznia 2018

Interes mojej żony i moich dzieci jest drugorzędny, liczy się pomoc imigrantom


Słuchając niektórych kapłanów lub hierarchów Kościoła katolickiego mam wrażenie, że ich wypowiedzi świadczą albo o nieuświadomionej pysze (pokazaniu, że jest się lepszym od całej reszty), albo o kompletnym oderwaniu od zwykłego życia (co jest zaskakujące w przypadku osób pomagających np. bezdomnym).


Obchodzono w niedzielę Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. Miałem okazję zatem wysłuchać wczoraj kazania, w trakcie którego wyszły z kościoła trzy osoby, co zauważył sam duchowny. Duchowny powiedział przy okazji, by nie dzwonić z pretensjami do proboszcza, bo on wie coś o tym, co mówi – pracował z bezdomnymi. Sprawdziłem, to prawda – duchowny zasłużony w działalności charytatywnej. Ale jakoś mu nie przyszło do głowy, że akurat te osoby, które wyszły, mogły mieć albo nieprzyjemne doświadczenia z tzw. „imigrantami” i „uchodźcami”, albo takie doświadczenie mogło spotkać ich krewnych. Naprawdę trudno to sobie wyobrazić?


Kapłan z parafii św. Augustyna we Wrocławiu przytoczył na samym początku wypowiedź Jana Pawła II, najpierw tajemniczo nie wyjawiając, kim jest autor. Potem oczywiście z triumfem oznajmiając imię autora tego cytatu (chyba większość parafian się i tak domyśliła). Prawdopodobnie cytował za arcybiskupem Gądeckim, którego wystąpienie jest dostępne dzisiaj na stronie Episkopatu Polski i w którym znajduje się, jeśli dobrze zapamiętałem, dokładnie ten sam cytat. Problem w tym, że jeśli wierzyć źródłom, ten sam papież miał wizję Europy najeżdżanej przez islamistów, wizję przerażającą, w której nasz kontynent ma doświadczyć rzeczy gorszych nawet niż w czasie totalitaryzmu komunistycznego i hitlerowskiego.


Ten sam duchowny stwierdził, że w mediach nie podaje się informacji o pomocy udzielanej chrześcijanom przez muzułmanów. Jako przykład przytoczył wiadomości o ataku na świątynię koptyjską w Egipcie. Stwierdził, że nie poinformowano w mediach o postawie imama z pobliskiego meczetu broniącego chrześcijan, a także o oddawaniu krwi przez muzułmanów dla rannych. Być może obaj czytamy inną prasę lub korzystamy z innych źródeł, bo do mnie taka informacja jednak dotarła. I to nie tylko w tym przypadku.


Dalej kapłan stwierdził, że nieprawdą jest, jakoby kraje muzułmańskie nie przyjmowały uchodźców. Jako przykłady podał m.in. Turcję i Oman. I znowu pudło. Nie argumentuje się bowiem w mediach, że kraje muzułmańskie nie pomagają uciekinierom, ale że nie robią tego bogate państwa arabskie, które wydają się mieć wystarczające środki finansowe, albo skazując osoby potrzebujące na karkołomną eskapadę do Europy, albo tak naprawdę wysyłając je tam celowo, by skolonizowały stary Kontynent. Turcja akurat sąsiaduje z krajami tamtego rejonu i stanowi jedną z dróg do Europy.


Przykład z Omanem był natomiast nietrafiony z tego powodu, że raczej odstraszający. Wierni bowiem dowiedzieli się, że to chrześcijanie negocjują między ludnością lokalną (muzułmańską) a imigrantami z Syrii (muzułmanami), by nie dochodziło między nimi do konfliktów. Mimo różnic, z których typowy Europejczyk nie zdaje sobie sprawy, jednak zarówno uchodźcy, jak i mieszkańcy Omanu wydają się być sobie bardziej bliscy pod względem kulturowym i mentalnym. Jaka istnieje przepaść między typowym Europejczykiem, a tzw. „uchodźcą” z kraju islamskiego, nie trzeba chyba mówić – zdążyli się już o tym przekonać mieszkańcy Zachodu.


Polski franciszkanin skonstatował również ze smutkiem, że Polska jest krajem zamkniętym i nie ma tutaj możliwości pomocy migrantom i uchodźcom. Trochę po macoszemu natomiast potraktował pomoc charytatywną udzielaną przez Polskę i Polaków np. Syrii oraz innym krajom muzułmańskim, a przecież dane, które można znaleźć w sieci, są naprawdę imponujące. Rozczulał się też nad osobami niewierzącymi, które bardzo martwią się losem imigrantów i uchodźców. Owszem, ich postawa może być zawstydzająca dla wielu katolików, ale czy czasami nie bywa też motywowana tą moralną wyższością, o której pisałem na samym początku?


Kapłan (który powiedział parę rzeczy ważnych – nie przeczę) zdaje się zapominać chyba jednak o jednej istotnej sprawie, o czym chyba powinien wiedzieć, jako osoba działająca na rzecz biednych, a mianowicie, że są różne formy pomocy i że nie każdy może pomagać w ten sam sposób. Pewnie sam stwierdziłby, że np. jego działalność charytatywna byłaby bardzo utrudniona, gdyby nie wsparcie finansowe różnych darczyńców. Tylko dlaczego ci darczyńcy, drogi ojcze, nie angażują się sami np. w rozdawanie zupy lub zbieranie osób bezdomnych z ulic? Zna, ojciec, odpowiedź?


Jeśli jeszcze nie zaświtało, a chyba również nie zaświtało to arcybiskupowi Gądeckiemu, który pięknie mówi o nadrzędności pomocy człowiekowi, traktując bezpieczeństwo państwa jako rzecz drugorzędną, to podpowiem.


Otóż, ów franciszkanin pewnie nie miałby oporów, by udzielić noclegu osobie bezdomnej pukającej do furty klasztoru. Kto wie, być może nawet odstąpiłby takiej osobie swoje własne łóżko, oddał swoją kolację. Niewykluczone. Ja natomiast nie. Co najwyżej dałbym mu torbę z jedzeniem, kubek herbaty, a nawet może jakiś śpiwór by się gdzieś znalazł lub choćby koc. Dlaczego nie udzieliłbym noclegu? Bo po prostu bałbym się o bezpieczeństwo i cześć mojej żony, wpuszczając taką osobę do domu. A to mojej żonie powinienem w pierwszej kolejności zapewnić to bezpieczeństwo i to ona jest dla mnie „najważniejszym punktem odniesienia” i to jej „bezpieczeństwo osobiste” przedkładam nad inne.


Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć? Każdy mężczyzna, który ma rodzinę i dzieci zrozumie to bez trudu, chyba że jest nieczułym głupcem, którego nie obchodzi dobro jego bliskich. Żaden normalny mąż i ojciec nie wpuści do domu grupy nieznanych mu ludzi, obawiając się o bezpieczeństwo swoich bliskich, których ma przecież chronić. Jakimże nieodpowiedzialnym głupcem byłby człowiek, który mając w domu żonę i np. dwójkę małych dzieci wpuściłby kompletnie nieznanych mu ludzi, proszących go o wsparcie i nocleg! Samotny mężczyzna może to zrobić na własną odpowiedzialność. Również kobieta (niestety mamy już drastyczne przykłady, czym się taka łatwowierność skończyła). Ryzykuje jedynie własne życie. Czy to wszystko naprawdę trzeba tłumaczyć??? Naprawdę?
Traktuję Polskę, swoją Ojczyznę, jako w pewnym sensie moją rodzinę. Zależy mi na bezpieczeństwie tej rodziny. I myślę (taką przynajmniej mam nadzieję), że jako taką traktują Polskę rządzący i że im też zależy na bezpieczeństwie tej rodziny. Teraz zamieńmy słowa „bezpieczeństwo narodowe” z wypowiedzi arcybiskupa Gądeckiego na „bezpieczeństwo rodziny”. Co nam wyjdzie? Jak wówczas zabrzmią słowa polskiego hierarchy?

sobota, 21 października 2017

Od islamu wybaw nas, Panie!


Niektóre media ekscytują się odpowiedzią, jakiej udzielił Cezary Pazura (atakowany przez postępowych celebrytów za udział w Różańcu do granic) prof. Jerzemu Stuhrowi. Oczywiście Cezary Pazura ma prawo prostować błędne i przekłamane informacje na swój temat (tym bardziej, jeśli przypisanych mu słów nie wypowiedział) i po swojemu rozumieć modlitwę. 

Mam jednak pytanie: Czy modlitwa przeciwko islamizacji, przeciwko temu, „żeby islamu w Polsce nie było”, faktycznie jest „bluźnierstwem”, jak chce znany aktor i reżyser? 

Modlimy się: „od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie”. Islam to religia wojny, wbrew temu, co głoszą sami jego wyznawcy. Czy zatem, jeśli będziemy modlić się np.: „Od islamu wybaw nas, Panie”, to popełniamy grzech bluźnierstwa? Wolne żarty!

czwartek, 24 listopada 2016

„Egzorcysta” i islam


Mam wrażenie, że mimo rozwoju technologii, środków masowego przekazu, szybkości obiegu informacji dookoła globu, na temat wielu zjawisk istnieje w świadomości przeciętnego człowieka więcej mitów, półprawd i zwykłych zmyśleń niż sprawdzonych informacji.

Jednym z takich zjawisk wydaje mi się być islam. Mimo zagrożenia, jakie ta religia (albo „herezja” – jak mahometanizm traktowali ojcowie Kościoła i np. z XX-wiecznych myślicieli Hilaire Belloc), ogólny stan wiedzy na jej temat jest dość niski.

Pamiętam ożywioną dyskusję, jakiej byłem świadkiem, pomiędzy pewnym zacnym duchownym a jego parafianinem na temat islamu i Koranu. Obaj interlokutorzy wyrażali sprzeczne poglądy: jeden twierdził, że islam to religia pokoju, a drugi, że wprost przeciwnie; jeden twierdził, że potwierdzenie na pokojowość islamu można znaleźć w Koranie i że terroryści postępują niezgodnie z jego nauką, drugi obstawał zaś przy tym, że właśnie to terroryści są wiernymi uczniami nauk Koranu, a przytoczyć można na to odpowiednie wersety tej świętej księgi mahometan. Nie wypowiadałem się o Koranie, bo moja wiedza była wówczas na ten temat zerowa. Wyraziłem jedynie wątpliwość co do pokojowości samej religii. Jednak najlepsza była konkluzja całej tej dyskusji: najpierw jeden z rozmówców, a potem tak samo drugi, przyznał, że... Koranu nigdy nie czytał i w ogóle go nie zna. Na czym więc opierała się cała dyskusja? No właśnie...

Ten przykład zdaje się świadczyć o tym, że potrzebna jest podstawowa chociaż edukacja na temat islamu. Sam osobiście zachęcałbym do lektury Koranu, by u źródła poznać, co ta księga faktycznie nam mówi. Choć trzeba się zastrzec, że nie jest to lektura łatwa i jeśli ktoś sądzi, że wyznaczy sobie np. rok na przeczytanie świętej księgi mahometan od deski do deski, może się srodze zawieść – bardziej niż w przypadku Biblii, która przecież też wymaga odpowiedniego wprowadzenia i przygotowania do lektury. Pierwsze wrażenie może być takie, że jest to po prostu bełkot, w którym czytelnik rozpozna fragmenty kojarzące się z Biblią, zarówno ze Starym, jak i Nowym Testamentem, ale w którym brak jakiegoś ładu i składu. Osobiście zachęcałbym do lektury Koranu od... końca, gdzie znajdują się najkrótsze sury, a więc również najłatwiejsze do ogarnięcia i przeczytania (co nie znaczy, że nie wymagają one komentarza i przypisów).

Kto zaś nie ma czasu, powinien sięgnąć po jakieś dobre źródło, przewodnik lub naukową rozprawę, podpartą również cytatami. Potrzebna jest wiedza, inaczej łatwo dać się uśpić, a przebudzenie może być bardzo bolesne – wówczas na reakcję może być już za późno.

Na to zapotrzebowanie odpowiada ostatni numer „Egzorcysty” – znakomitego miesięcznika, który miałem zamiar zarekomendować na tej stronie już jakiś czas temu. Jego zaletą jest m.in. staranna szata graficzna i bloki tematyczne poświęcone np. różnym zagrożeniom duchowym. Katolików letnich, którzy sądzą, że jest to rodzaj katolickiej „Wróżki” zachęcam, by raczej sami sięgnęli po pismo albo po prostu... puknęli się w czoło i zastanowili, co wiedzą o swojej wierze.

Otóż, listopadowy „Egzorcysta” daje swoim czytelnikom blok artykułów na temat islamu. Powiem wprost – czytelnik, który wie niewiele albo zgoła nic na temat islamu, pewnie będzie miał z początku jeszcze większy mętlik po tej lekturze, choć też całkiem sporo się dowie. Ale to dobrze, bo może zachęci to go do dalszych poszukiwań i weryfikacji pewnych opinii wyrażanych w tym miesięczniku.

Całość zaczyna się z pozoru niewinnie, a nawet bardzo dla islamu przychylnie, bo pokazując religię Mahometa od tej pozytywnej strony – przyjaznej przybyszowi, gościnnej, hołubiącej rodzinę, troszczącej się o dobre i bezstresowe wychowanie dzieci, z szacunkiem odnoszącej się do chrześcijaństwa, a nawet szukającej u katolickich zakonnic porady i wsparcia w trudnych i konfliktowych sytuacjach. Taki jest artykuł s. Anny Siudmak pt. „Życie wśród wyznawców islamu”. Jednak konkluzja tego artykułu i jeden z jego wcześniejszych fragmentów mrozi krew w żyłach.

Kolejny krótki tekst, to wyznanie Abdura Raufa, który opowiada o jego nawróceniu z islamu na chrześcijaństwo. Jak twierdzi:

Wyrosłem w społeczeństwie, które traktuje Boga jako istotę odległą, przebywającą gdzieś w niebie. (...) Ten Bóg akceptuje modlitwę tylko w jednym języku – arabskim.

Dręczony przez pytania, nie miał innego wyjścia jak „milczenie albo przyjęcie islamu”. Jego przyszła żona, a potem zakonnicy naprowadzili go na właściwą ścieżkę, a jeden z zakonników zalecił mu lekturę Biblii. Nastąpiła przemiana, o której tak pisze m.in.:

Wtedy dopiero spotkałem i odkryłem prawdziwego Boga – tego, który jest blisko, słucha mnie i rozmawia ze mną, obojętnie w jakim języku mówię, kocha mnie takiego, jakim jestem, poświęca swoje życie, by mnie uratować od śmierci.

„Gwoździem” całego numeru jest obszerny wywiad z prof. Remim Braguem – filozofem i autorem książek, które ukazały się również w polskich tłumaczeniach. Wywiady z profesorem można było już przeczytać na łamach polskiej prasy (m.in. w „Gościu Niedzielnym”). Ten należy chyba do najobszerniejszych. Tytuł nieco prowokacyjny: „Co zawdzięczamy Mahometowi?” Francuski profesor zwraca uwagę na pewną zasadniczą rzecz:

Europejczycy (...) stosują wobec islamu kategorie pochodzenia chrześcijańskiego. Dla nich religia musi mieć Boga, zakładać życie po śmierci, mieć duchownych oddających cześć Stwórcy, modlitwy, sakramenty, ewentualnie posty i pielgrzymki.
W przypadku islamu mamy problem, by zrozumieć, że chodzi w nim przede wszystkim o prawo. W średniowieczu, aby określić islam, stosowano łacińskie określenie lex Mauroroum (prawo Maurów), a także hebrajskie to-rat ha-Ismaelim (prawo synów Izmaela). Było w tym więcej racji, niż myślano. Islam jest przede wszystkim systemem praw, boskich nakazów, które oceniają niemal każde działanie, jakie obecne jest w ludzkim życiu: obowiązkowe, zalecane, obojętne, odradzane, zakazane. Od tego prawa zależą akty kultu (modlitwa, ramadan, pielgrzymka). Jeśli zatem muzułmanin znajdzie lub będzie wierzył, że znalazł w prawie islamskim zapis, jak usprawiedliwić – bądź w jaki sposób uczynić szlachetnym albo obowiązkowym – zabicie „niewiernych”, to to mu wystarczy. Poza tym uczyni to, co nakazuje mu prawo islamu.

Warto zapoznać się z tą rozmową, bo z pewnością pomoże ona wyjaśnić pewne nieporozumienia, gdyż jak mówi profesor: „konieczne jest, aby po obu stronach rozumieć słowa w tym samym sensie”. A okazuje się, że często mylnie uważamy, że jest możliwe porozumienie, nie zdając sobie sprawy z tego, że te same słowa mają inne znaczenie dla nas niż dla uczniów Mahometa.

Inny ważny i intrygujący tekst w tym numerze „Egzorcysty” to artykuł abp. Fultona J. Sheena „Maryja i muzułmanie”, w którym autor dowodzi, że nawrócenie mahometan przyjdzie przez Maryję.

Godny polecenia jest także „Osobowy Bóg i panteizm” ks. prof. Krzysztofa Kościelniaka. Bardzo często na Zachodzie mamy tendencję postrzegania islamu jako monolitu (nawet jeśli wielu słyszało o szyitach i sunnitach), nie zdając sobie sprawy z pewnych zasadniczych różnic między różnymi odłamami tej religii. A już sam tytuł sugeruje pewne tropy, które kłócą nam się z obrazem mahometanizmu. Ten erudycyjny tekst dostarcza sporą dawkę wiedzy i może być zachętą do dalszych poszukiwań.

Fascynujący (i jak najbardziej na miejscu akurat w tym czasopiśmie) jest artykuł tego samego autora „Złe duchy według Koranu”.

Podobnie, jak rozmowa z Remim Braguem zwraca uwagę na nieporozumienia związane z naszym postrzeganiem islamu, tekst ks. Krystiana Kałuży pokazuje, jaki „nieprzekraczalny dystans” dzieli od siebie obie religie i jak obca jest muzułmanom katolicka nauka o Zbawieniu.

Wymienione przez ze mnie teksty zasługują na zgłębienie, ale to nie znaczy, że w listopadowym numerze „Egzorcysty” to jedyna lektura godna uwagi. Naprawdę warto pospieszyć się i nabyć swój egzemplarz. To spora dawka wiedzy, a także lektura ubogacająca ducha i uświadamiająca piękno naszej religii

środa, 20 lipca 2016

Czy islamiści są opętani?


Kiedy słyszy się o kolejnych incydentach w Europie z udziałem islamistów, nie sposób nie zadać sobie pytania: czy mamy do czynienia z psychopatami, czy z ludźmi najzwyczajniej w świecie opętanymi przez diabła?

Jak to bowiem zrozumieć? Ojciec trójki dzieci wjeżdża ciężarówką w tłum świętujących w Nicei i dokonuje masakry niewinnych ludzi. Jakiś przybysz z Afganistanu (według ostatnich doniesień być może Pakistańczyk, który zmienił tożsamość, by dostać azyl) biega po pociągu w Niemczech i szlachtuje ludzi siekierą i nożem. Inny pochodzący z Maroka mężczyzna dźga nożem matkę i jej trzy córki na południu Francji, a ich jedyną winą jest to, że są „zbyt skąpo” ubrane. W tym ostatnim przypadku najmłodsza ofiara ma osiem lat!

Kiedy obserwuje się wydarzenia ostatnich miesięcy, a także bezradność (głupotę?, cynizm?, celową grę?) polityków europejskich, wrażenie jest takie, jakby do Europy wpuszczono stado demonów. Nie wiadomo już tak naprawdę, gdzie i kiedy dojdzie do kolejnego opętania i ile ofiar opętanego zginie lub odniesie rany.

PS

Ciekawe światło na to wszystko rzuca artykuł opublikowany na portalu „Polonia Christiana”: Komputery dżihadystów pełne pornografii. Amerykański generał o przyczynach agresji wobec kobiet i dzieci.

czwartek, 23 czerwca 2016

Odkłamać islam – Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie i krucjatach


Kiedy obserwuje się dyskusje na temat islamu, arabskiego terroryzmu i kwestii tzw. „uchodźców”, często można odnieść wrażenie, że dyskutanci kierują się bardziej emocjami niż faktyczną wiedzą na temat. Przeciętny obserwator może być w co najmniej lekkiej konfuzji słuchając przeciwnych punktów widzenia, zwłaszcza jeśli wcześniej nie interesował się ani kulturą arabską, ani samym islamem. Nawet w mediach katolickich można spotkać rozbieżne opinie na temat wyznawców Allacha i to często dość sprzeczne. Istnieje więc potrzeba jakiegoś popularnego przewodnika, kompendium wiedzy czy podręcznika, który dałby zasób podstawowych informacji na temat zarówno uczniów Mahometa, jak i cywilizacji, której podwaliny stworzył, a która zdaje się właśnie po raz kolejny (może ostatni?) toczyć bój z cywilizacją europejską. 

Jedną z książek, która zdaje się odpowiadać na takie zapotrzebowanie, jest „Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie ikrucjatach” Roberta Spencera wydany przez Frondę. Już sam tytuł zdradza, że autor nie zamierza bawić się w eufemizmy, troszczyć o to, by nie urazić wyznawców religii „pokoju”, jak często przedstawia się islam. Spencer zresztą zwraca uwagę w ostatnich rozdziałach swojej książki na kneblowanie ust krytykom mahometanizmu zarówno przez poprawną politycznie cenzurę obecną we współczesnych mediach, jak i działalność samych islamistów, którzy potrafią wszelkie niepoprawne wypowiedzi na swój temat karać albo zamykaniem im ust, albo w skrajnych przypadkach dość brutalnie – śmiercią. Jak sam stwierdza w tytule jednego z tych rozdziałów: „Krytykowanie islamu szkodzi zdrowiu”. 

„Przewodnik...” składa się z trzech części: „Islam”, „Krucjaty” oraz „Współczesny dżihad”. W poszczególnych rozdziałach każdej z części autor rozprawia się ze współczesnymi mitami na tematy związane z mahometanizmem,  jak i samego starcia tej religii z cywilizacją europejską zarówno w przeszłości, jak i dzisiaj. Jak pisze sam Spencer: „książka nie została pomyślana jako ogólne wprowadzenie do islamu ani wyczerpujące studium wypraw krzyżowych. Jest to raczej badanie pewnych wysoce tendencyjnych stwierdzeń na temat tej religii oraz krucjat, które to stwierdzenia przedostały się do publicznego dyskursu. Książka ma raczej w przypadku obu tych tematów przybliżyć opinię publiczną do prawdy”. 

Autor podpiera swoje twierdzenia i poglądy bogatą literaturą źródłową, którą przywołuje w tekście, a która świadczy przeciwko uczniom Mahometa i tym, którzy próbują nas przekonać, że islam to religia pokoju i tolerancji. Spencer pokazuje już na samym początku twórcę islamu jako „proroka wojny”, a Koran jako „księgę wojny”, a więc przeciwnie do szerzonych także w mediach katolickich stereotypów, które usiłuje się wtłaczać do głów wbrew faktom historycznym. Autor „Przewodnika...” przywołuje wydarzenia z życia Proroka, by pokazać, że już od samego początku była to religia szerzona bynajmniej nie w pokojowy sposób. Warto od razu zauważyć, że uderzającym przeciwieństwem jest tutaj zarówno postać samego Chrystusa, jak i dzieje wczesnego chrześcijaństwa. 

Niektóre rozdziały książki są wstrząsające, jak choćby ten, który mówi o traktowaniu kobiet w islamie. Zdarzyło mi się słyszeć opinie osób krytycznych wobec Kościoła katolickiego – w tym kobiet! – które pozytywne wypowiadały się o rzekomym szacunku dla kobiety w kulturze muzułmańskiej. Polecam im właśnie rozdział „Islam a traktowanie kobiet”. Autor przytacza liczne przykłady, także z Koranu, ilustrujące prawdziwy status płci pięknej w cywilizacji muzułmańskiej. Niektóre z tych rzeczy są znane, inne się ignoruje: małżeństwa dzieci, poligamia, maltretowanie żon, małżeństwa tymczasowe, traktowanie kobiety jako „pola uprawnego”, na które można sobie przychodzić, kiedy się chce, łatwość rozwodu (dla mężczyzny rzecz jasna), makabryczne i bolesne obrzezanie kobiet, podrzędne traktowanie świadectwa kobiety, gwałty... 

Innym rozdziałem, na który warto zwrócić uwagę, jest „Jak Allah wykończył naukę”. Autor rozprawia się w nim z popularnym mitem, którym często karmi się również młodzież w szkołach, istniejącym nie tylko w popularnych filmach, a twierdzącym, że pod panowaniem islamu kwitła nauka i sztuka, kiedy Europa tonęła w mrokach średniowiecza. Spencer stwierdza coś wprost przeciwnego (co dla wielu może być zaskoczeniem): islam nie tyle sprzyjał nauce i kulturze, co z samej zasady był przeszkodą dla jej rozwoju. I stwierdza kategorycznie: „Tylko judaizm i chrześcijaństwo, a nie islam, stanowią wiarygodną podstawę do badań naukowych”. Autor „Przewodnika...” zauważa, że „islam nie wpłynął w znaczącym stopniu na rozwój kultury czy nauki. (...) Przeciwnie, istnieje wiele dowodów potwierdzających, że to nie islam był motorem rozwoju [w średniowieczu], lecz innowiercy, którzy w różny sposób służyli muzułmańskim władcom”. Spencer idzie tutaj zresztą już utartym szlakiem, choć mało kto nim chodzi, bo większość wybiera bardziej uczęszczane trakty. To samo w pierwszej połowie XX wieku pisał np. Hilare Belloc, który podkreślał, że rozwój nauki nie był w najmniejszym stopniu zasługą mahometan i rzekomej wyższości i tolerancji ich religii. Spencer z kolei podaje oprócz różnych przykładów argumenty natury teologicznej. 

Część II książki warto polecić tym, którzy ulegają szerzącej się od dawna politycznie poprawnej krytyce krucjat. Nie wątpię, że część tej krytyki jest motywowana szlachetnymi pobudkami, a można się z nią spotkać nie tylko w mediach wrogich Kościołowi, ale również w artykułach na łamach prasy katolickiej, jak i w filmach czy dziełach chrześcijańskich poświęconych np. takim świętym jak św. Franciszek z Asyżu. I choć przebija z tej krytyki słuszna troska o to, by nie pochwalać zachowań sprzecznych z duchem Ewangelii, to nie sposób zauważyć kłamliwej perspektywy, jaką przyjmują tacy krytycy, zarówno katoliccy czy wrodzy chrześcijaństwu. Wystarczy nawet pobieżna znajomość historii Europy i zadanie sobie prostego pytania, by uświadomić sobie, na czym polega fałsz: Co stało się z cywilizacją chrześcijańską w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, jak to możliwe, że w ciągu praktycznie stu lat przestała ona istnieć? Kto tu był najpierw agresorem? I czy to np. Karol Młot zaatakował „pokojowych” uczniów Mahometa? Czy w późniejszych wiekach mieszkańcy Konstantynopola dobrowolnie przeszli na islam i oddali miasto wyznawcom Allacha? Czy może jednak agresorem byli ci drudzy? Jeśli kogoś w dalszym ciągu nie przekonują te proste fakty, polecam lekturę całej drugiej części „Przewodnika...” . Autor rozprawia się zarówno z mitami na temat przyczyn wypraw krzyżowych, jak i stereotypami dotyczącymi ich przebiegu. Nie pomija też milczeniem fałszów obecnych w kulturze popularnej, czego wybitnym przykładem jest np. film „Królestwo niebieskie”. 

W ostatniej części poświęconej współczesnemu dżihadowi Spencer pisze oświętej wojnie toczonej w różnych formach na terenach cywilizacji europejskiej, której podwaliny stworzyło chrześcijaństwo. Podkreśla przy tym sprzyjające warunki, jakie wytwarzają zarówno instytucje, jak i media cywilizacji zachodniej, kneblując usta krytykom mahometanizmu, gardząc własną kulturą i historią, fałszując fakty nie tylko historyczne, ale i te odnoszące się do wydarzeń współczesnych. Politycy, dziennikarze, wykładowcy stają de facto w tej (nie)świętej wojnie islamu z cywilizacją zachodnią po stronie wrogów.
Do zalet „Przewodnika...” należy zaliczyć osobne ramki pojawiające się w tekście, w których autor podaje zarówno interesujące fakty na temat islamu, jak i zestawia słowa Mahometa ze słowami Chrystusa. To ostatnie jest zwłaszcza pouczające. Na swoim blogu, nie znając jeszcze książki Spencera, zrobiłem dwa razy takie zestawienie (tu i tutaj). Polecam je zresztą jako ćwiczenie myślowe i duchowe tym, którzy mają trochę czasu i dostęp nie tylko do Biblii, ale i polskiego tłumaczenia Koranu. 

Jeśli miałbym zwrócić uwagę na mankamenty książki Spencera, to wymieniłbym przede wszystkim dwa, które wydają mi się istotne w przypadku książki tego typu, mimo zastrzeżeń autora przytoczonych na początku tej recenzji. Przede wszystkim szkoda, że autor nie podał choćby krótkiego zarysu albo chronologii życia Mahometa, chociaż przytacza różne fakty z jego biografii, które ilustrują krytyczny stosunek do mahometanizmu. Drugą wadą jest moim zdaniem brak choćby krótkiego słownika czy glosariusza wyjaśniającego podstawowe terminy związane z islamem. Taki słownik w dużej mierze ułatwiłby czytanie książki czytelnikom, którzy wiedzą niewiele albo zgoła nic na temat religii Proroka.

Robert Spencer, Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie i krucjatach, Fronda, Warszawa.

środa, 7 października 2015

Nowy Testament contra Koran II

Nowy Testament:

Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus – Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła. W końcu więc niechaj także każdy z was tak miłuje swą żonę jak siebie samego! A żona niechaj ze czcią się odnosi do swojego męża!
Ef 5,21-33

Koran:

Wasze kobiety są dla was polem uprawnym.
Przychodźcie więc na wasze pole,
jak chcecie,
i czyńcie pierwej coś dobrego dla samych siebie.
(…)
One mają prawa
Równe swoim obowiązkom,
Zgodnie z uznanym zwyczajem.
Mężczyźni mają nad nimi wyższość.
Bóg jest potężny, mądry!
Sura II, 223; 228

Mężczyźni stoją nad kobietami
ze względu na to, że Bóg dał wyższość jednym nad drugimi,
i ze względu na to,
że oni rozdają ze swojego majątku.
Przeto cnotliwe kobiety są pokorne
i zachowują w skrytości
to, co zachował Bóg.
I napominajcie te,
których nieposłuszeństwa się boicie,
pozostawiajcie je łożach
i bijcie je!
A jeśli są wam posłuszne,
to starajcie się nie stosować do nich przymusu.
Sura IV, 34

piątek, 2 października 2015

Nowy Testament contra Koran I

Nowy Testament:

Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. (…)

Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie.
Mt 5,38-39; 43-45

Koran:

Zwalczajcie na drodze Boga
tych, którzy was zwalczają,
lecz nie bądźcie najeźdźcami.
Zaprawdę, Bóg nie miłuje najeźdźców!
I zabijajcie ich, gdziekolwiek ich spotkacie,
i wypędzajcie ich,
skąd oni was wypędzili!
- Prześladowanie jest gorsze niż zabicie. –
(…)
I zwalczajcie ich,
aż ustanie prześladowanie
i religia będzie należeć do Boga.
A jeśli oni się powstrzymają,
to wyrzeknijcie się wrogości,
oprócz wrogości przeciw niesprawiedliwym!
(…)
A jeśli kto odnosi się wrogo do was,
to i wy odnoście się wrogo do niego,
podobnie jak on odnosi się wrogo do was.
Sura II, 190-194

(Cytaty z Nowego Testamentu – Biblia Tysiąclecia, z Koranu – tłumaczenie Józefa Bielawskiego)